Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

W głębi lasu
AutorWiadomość
W głębi lasu [odnośnik]14.04.22 22:31

W głębi lasu

Wiosną...



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: W głębi lasu [odnośnik]15.04.22 20:08
Roselyn & Jayden

14 kwietnia 1958

« Zwycięstwo bez możliwości klęski jest zwycięstwem bez chwały »
Nie wiedział do końca, ile czasu już znajdowali się w tym miejscu. Zaczarowana klepsydra jednak uparcie odmierzała minuty, chociaż była tam bardziej jako atrapa, aniżeli przydatne urządzenie — w końcu Jayden specjalnie na nią nie patrzył. Raz czy dwa jego spojrzenie przemknęło po przedmiocie, lecz nie zatrzymało się na dłużej, pozwalając, by piasek oraz szkło zlało się z otoczeniem. Nie działo się tak dlatego, że profesora nie obchodziła godzina. Nie. Po prostu... Nie chciał wiedzieć? Mimo że przecież powinien był teoretycznie mieć go pod kontrolą. Ale czy nie oznaczało to, że mijające minuty nie więziły go silniej, aniżeli kajdany skuwające więźnia? Że to nie on kontrolował samego siebie, lecz odmierzany czas? Nawet jeżeli astronom postrzegał go w zupełnie innych kategoriach aniżeli większość czarodziejów. Tego konkretnego dnia nie chciał być na jego uwięzi. Nie chciał przestrzegać zasad dyktowanych mu od pokoleń uwięzionych w zegarze. Chciał być obecny tu i teraz, a żeby to osiągnąć, musiał całkowicie wyrzec się przeszłości i przyszłości. Pozwolić, by stały się jednym i stworzyły niekończącą się nigdy teraźniejszość. Pogodzenie się z tym równocześnie pozwalało docenić to, co znajdowało się aktualnie. To, co robił aktualnie. To, na co patrzył aktualnie. Na kogo. A obserwował siedzącą na pieńku naprzeciwko kobietę, która — podobnie jak on sam — jadła przygotowane wcześniej drugie śniadanie. Gorąca woda z sokiem malinowym, chleb i garść pasków suszonego indyka. Do tego kilka mandarynek, by przegonić sól zostawioną w ustach po mięsie. Niezbyt wyrachowane czy zróżnicowane, lecz pożywne i dodające siły. I dające pretekst do zrobienia chwili przerwy. Przerwy, która wypełniona była całkowitą ciszą, podczas której — z policzkiem wyjątkowo kwaśnymi cząstkami mandarynki — Vane obserwował Roselyn. Jej lekko pochyloną sylwetkę, dłonie popękane od mrozu, które obierały owoc z twardej skórki, zmarszczone brwi od natłoku myśli. Lekko odstające uszy, z których w szkole niektóre dzieci lubiły się śmiać. Jeden z butów oparła na wystającym z ziemi korzeniu, podczas gdy chusta wyłożona na spódnicy służyła jej za niewidzialny talerz. Milczeli. Jak wcześniej.
Jayden wracał parokrotnie do momentu z tamtego poranka. Jakby się mógł skończyć, gdyby nie Śpioszek? Pojawienie się skrzata domowego, sprawiło, że czarownica odsunęła się, mimo że Vane chciał ją przy sobie zatrzymać. Zignorować swojego małego gospodarza, wygonić go nawet zaklęciem za drzwi, jeżeli byłoby trzeba i wrócić to, co zostało im zabrane. Mógłby, ale przecież wiedział, że nie byłoby to samo — bo ulotność chwili właśnie na tym polegała, że nie dało się do niej tak po prostu wrócić. Zniknęła, a wraz z nią pewność i brak wstydu, jakie widział jeszcze kilka sekund wcześniej w swojej towarzyszce. Wdało się skrępowanie, spłoszenie, duże zawstydzenie, gdy czerwień oblała jej policzki, zupełnie jakby nie uczestniczyła w tym, co się działo. Jayden jednak tego nie czuł — zmieszania. Obserwował ją po prostu, gdy wychodziła z pokoju, by dać przestrzeń jemu i Śpioszkowi, który po prostu stał w progu ze szmatkami do mycia okien. I gdy znikała w dalszej części korytarza, a oni zostali sami ze starym skrzatem.
Ta czarownica to kelpie w ludzkiej skórze.
Zrobiłeś to specjalnie.
Zwiastuje kłopoty. Nie dla profesora.

Nie był zły. Wiedział, że stworek chciał dla niego jak najlepiej, ale nie postrzegał świata tak, jak robili to czarodzieje. Z tego też, co wiedział sam profesor o swoim małym pomagierze, ten, zanim zjawił się w Hogwarcie, znajdował się wcześniej w rodzie Yaxleyów, a to wystarczyło, by zrozumieć, jak patrzył na czarodziejów o statusie krwi innej niż czysta. I dlaczego. Mimo wszystko astronom w żaden sposób go nie potępiał, ale nie zamierzał też tego tolerować, powoli przyzwyczajając skrzata do szacunku. Czy skutecznie? Nie mógł tego wiedzieć. Chciał wierzyć, że kiedyś miało się to udać, bo przecież chodziło nie tylko o Rose i Melanie, ale także Maeve oraz innych. Kogokolwiek. Gdziekolwiek. Od chwili jednak rozstania tamtego dnia z uzdrowicielką nie mieli wielu momentów ani możliwości do okazywania sobie większej czułości. Nie mieli nawet czasu, aby porozmawiać tak, jak sobie obiecali. Nie dlatego jednak, że odgrodzili się od siebie, ale z uwagi na zwyczajny... Brak. Brak wszystkiego. Urwane sploty dłoni w porannym pośpiechu mówiły wystarczająco wiele o pochłonięciu przez dzień powszedni jednego, jak i drugiego. A i tak były ważne. Tak samo jak wymowne spojrzenia, wodzące za znajomą sylwetką. Raz tylko udało mu się przytrzymać ją na dłużej, gdy zasnęła znów przy chłopcach, a on odniósł ją do sypialni. Znowu, ale tym razem to wszystko miało zupełnie inny wydźwięk. Podobnie jak ten sam pocałunek w czoło, tuż przed tym jak otulił ją kołdrą. Składał go wielokrotnie, ale to już nie było to samo. A tak... Nawet wyprowadzka była zmieszana z normalnymi, codziennymi obowiązkami. Wszystko w pośpiechu, wszystko mijało prędzej, niż powinno, grając na ich niekorzyść.
Ten, krótki moment, jaki wyszarpnęli na spotkanie, również nosił te znamiona. Ale Jayden nie chciał, aby tak właśnie się działo. I chociaż wolałby, aby mogli skupić się na samych nawzajem bez dodatkowych nakładów, to, co aktualnie robili, było ważniejsze. Istotniejsze, jeżeli oboje mieli czuć się bezpieczniej — on z wiedzą, że wokół domu uzdrowicielki panowała sfera zabezpieczeń, a ona, że mogła spać spokojnie. - Nie każdemu wychodzi to za pierwszym razem. - Cisza panująca od dłuższego momentu była dość uciążliwa, jeśli nie powiedzieć irytująca. Oczywiście, że nikt nie lubił przegrywać, ale zdawało mu się, że Roselyn będzie miała chociażby nieco więcej cierpliwości do zadania, którego się podjęli. Oczywiście, że nie było ono łatwe, a wiedza, jaka plasowała się przy zabezpieczeniach, jedynie pobieżnie wydawała się prosta. Dla kogoś, kto nie operował regularnie z tego typami zaklęć, wdrożenie się wymagało poświęcenia. Nie tylko tego czasowego, ale także psychicznego. Należało równocześnie znać podstawy procesów magicznych do właściwego nimi operowania i nieważne jak silnie i poważnie był ktoś zaawansowany w magii defensywie — trzeba było pokory, aby poprawnie aktywować mechanizm pułapki. Wiedział to aż za dobrze, gdy parę dni temu praktycznie stracił przytomność przy nakładaniu zabezpieczeń. Do teraz czuł metaliczny posmak krwi na języku. - Spróbuj delikatniej. Czulej - dodał, kończąc jeść i starając się wyłapać kobiece spojrzenie, ale zaraz też uciekł wzrokiem gdzieś w ziemię. - Pomyśl... - zamyślił się na krótki moment, by podjąć temat dalej. - Pomyśl o swoich robótkach. Masz pęczek materiału i z nici tworzysz końcowy efekt. Ten sweter na przykład. - Złapał wystający zza płaszcza gruby i krzywy golf, by w końcu złapać kontakt wzrokowy z czarownicą. - Efekt przychodzi z czasem. Masz w głowie jego końcową formę, lecz aby do tego doszło, musisz odpowiednio połączyć materiały. Tak samo jak z zabezpieczeniami. Tylko tutaj twoimi materiałami nie są igła, nić, tkaniny, druty i pęczek. Tutaj masz magię oraz różdżkę. Ten rodzaj zaklęć tkasz, nie zaś rzucasz. Bardziej skomplikowane wymagają kilkudziesięciu godzin, dlatego też efekt nie będzie widoczny momentalnie. Ale tak jak na końcu nici zobaczysz sweter, tak na końcu procesu będziesz wiedziała, po prostu poczujesz, że magia została spętana.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: W głębi lasu [odnośnik]22.04.22 0:15
Minęło siedem dni. Dni, które zdawały się ciągnąć całymi tygodniami. Powrót do rodzimej Szkocji nastał z kolei bardzo szybko. Niemal zbyt szybko. Niepostrzeżenie, zgubiony w natłoku codziennych obowiązków, zmartwień i trudów. Odkryła, że życie swoje i Melanie była w stanie zamknąć w przestrzeni dwóch ciężkich walizek. Tych samych, które przywiodła ze sobą z Londynu. Nieco pełniejszych, bo nie zbieranych w pośpiechu Bezksiężycowej Nocy. Wciąż jednak nie zapełniły pustych półek nowego domu. Domu, który stracił tożsamość porzucony na pastwę wojennych szumowin. Teraz dom stał się niezapisaną kartą. Pusty. Gotowy do zapełnienia przestrzeni całkiem nowymi wspomnieniami. Brakło tu jednak skromnych monumentów historii jego właścicielek. Zakonserwowanych w ramkach szkiców z czasów, gdy miała jeszcze czas na drobne pasję. Przypiętych z czułością do szafek obrazków stworzonych ręką panienki Skamander. Nie było wiecznie kurzących się tomiszczy traktujących o anatomii i magii leczniczej, zbiorów notatek, drobnych wspomnień zaklętych w małych figurkach, klamotach, które trzymała przez wzgląd na sentymenty. Nie było ukrytego w głębinach szuflady pierścionka zaręczynowego czy kopczyka notatek schowanych w szafce nocnej po jego stronie łóżka - tych, których nie pozbyła się - ot, po prostu - bo miała tendencje do zatrzymywania wszystkiego co kiedykolwiek było jej drogie. Pustka nowego domu ziała chłodem, przenikającym wyziębione ściany. Pierwsza noc była zimna. Nie spała wiele. Nie mogła. Frustracja przelała się w pracę. Chociaż ojciec starał się przygotować jak najlepiej dom na ich powrót, to brakło w nim kobiecej ręki. Sprzątała, porządkowała przestrzeń, przemeblowała każde pomieszczenie, by w końcu poczuć to czego wcześniej nie chciała do siebie dopuścić - to wszystko było jej. Jej skromne dziedzictwo po niezbyt majętnych rodzicach, podarunek od ojca, która nie miał służyć na chwilę, a miał stać się częścią jej przyszłości, a pewnego dnia miała go przekazać Melanie. Nie pozwalała sobie na te myśli wcześniej, nie chciała snuć planów, robić sobie nadziei. Nie tak wcześnie, nie gdy wszystko było jeszcze nie dopięte na ostatni guzik. W ciszy pustego domostwa zaakceptowała ową nadzieję, zaakceptowała myśl o przyszłości. Przez ostatnie miesiące zdawało jej się, że jedynie kradła. Każdy kolejny dzień, nieśmiało budowany plan na ten następny. Trwała, zaciskając zęby. Wciąż do przodu. Wciąż bez ustanku. Teraz zezwoliła sobie na śmiałość myślenia o tym co mogło czekać kiedyś. Nie, gdy granice Anglii upadną, nie gdy Ministerstwo Cronosa Malfoya pochłonie całą Wielką Brytanię. Ten strach przychodził z łatwością. Pozwoliła sobie myśleć o przyszłości jaka mogła czekać w innym świecie - w tym, w którym pozostawili tą wojnę za sobą. Puste zagony, wyniszczone budynku gospodarcze mogły wypełnić się życiem. Ten dom mógł się nim stać jeśli tylko odda mu serce, włoży w niego pracę, a tej pozostało wiele.
Serca zdawało się jednak pozostać zamknięte w kleszczach tamtego poranka.
Nie. Nie tylko poranka. Wszystkich dni, które tam spędziła. Niespełna roku. Zwykła zapuszczać korzenie. Rozpamiętywać. Zachowywać to co drogie. W Thaech Fael zostawiła część siebie. Tą, która z niepokojem nasłuchiwała dźwięków domu Vane’ów. Nie lubiła ciszy, w której nie było słychać chłopców, kątów pozbawionych pamiątek rodzinnych starego, irlandzkiego rodu. Kuchni, w której nie leżały notatki właściciela. Nie było go. Nie lubiła niewiedzy, która wypełniła przestrzeń. Teraz nie wiedziała czy Jayden wrócił do domu o zaplanowanej porze, czy jego synowie byli zdrowi. Czuła lęki nawet te tak bardzo niemądre - że Cassian, Arden i Samuel mogliby jej zapomnieć.
Tęsknota żyła w niej, rozciągając czas, czyniąc z siedmiu dni tak wiele. Tak wiele myśli szarżowało pod barierą czaszki. Tych, które należały do Jaydena. Tak wiele słów, na które zdawało się być za późno, gdy przeminęła już chwila. Tych, niewypowiedzianych każdego kolejnego dnia, gdy przestrzeń między nimi mącił czas. Jego brak. Gdy te pozostały zgniecione, porzucone na pergaminie niewysłanych listów. Czas miał być czym mieli się obdarować. Wszakże wiedziała, że go potrzebują. Oboje. Każde przez wzgląd na inne czynniki. Czas na to, aby odpowiedzieć sobie na pytanie zadawane przez własne umysły.
Jakie?
Nie potrafiła ich zmaterializować. Ubrać w powłokę słów. Pozwoliła, aby wyślizgnęły się spomiędzy warg. Dlaczego czas miał być kluczowy. Czego chcieli. Co tak właściwie robili. Do czego dążyli. One wszystkie zgubiły się w nienaturalnym dla nich milczeniu. Nieznośnym. Przecież wiedziała, że nie puścili tamtego poranka w niepamięć. On trwał między nimi, chociaż zdawał się być tak ulotny, pozostawił piętno. Nawet gdy przelotne spojrzenie zatrzymało się na jego dłoniach, skupionych na obieraniu mandarynek. Pamiętała, że te same palce sunęły po skórze szyi. Te same ramiona zamknęły ją w objęciach. Że byli tam. Oboje. Pamiętała co czuła. Jego bliskość. Przynależność. Oparcie. Bezpieczeństwo. Pragnienie.
Dziś jednak zamknęło się w ramach codzienności. Byli znów tymi, których znali na co dzień. Oboje praktyczni, oboje zajęci. Pochłonięci własnymi sprawami na tyle, by nie trwonić czasu, a wykorzystywać go w całej swojej okazałości.
Nie czuła jednak niezadowolenia. Bynajmniej nie z powodu jego obecności. Frustracje rodził przymus, który narzucił jej własny umysł. Nie była dziś cierpliwą uczennicą. Pozwoliła, aby wypełniła ją złość. Nie wymierzona w niego, a w samą siebie, bo od siebie właśnie oczekiwała więcej. Szybciej. Bez większych przeszkód. Skuteczniej. Jej położenie wymagało szybkich postępów, efektywności. Nerwowo przyjęła nawet to, że zarządził przerwę. Chociaż sama czuła, że właśnie tego potrzebował wymęczony magią umysł. Nocą wiła zaklęcia, lecząc grupę przybyłych z Gloucestershire powstańców, rano pozwoliła sobie na krótki, płytki syn. Była zmęczona i niecierpliwa. Była w tym i krztyna pychy - bo nie przywykła do tego, aby nauka sprawiała jej trudności. Sama uczyła Isabelle, pomagała Olliemu. Znała tajniki magii leczniczej niedostępne dla każdego jej użytkownika, a jednak dziś przegrywała raz za razem, mierząc się z myślą że być może nie była taka pojętna, bystra za jaką się uważała. Zdawała sobie sprawę, że przecież nikt nie był alfą i omegą. Nie każdy miał posiąść wiedzę i zadowalające umiejętności w każdej dziedzinie. Dziś nie pozwalała sobie jednak na wymówki.
Cień grymasu przemknął po twarzy uzdrowicielki. Nie odpowiedziała, w porę gryząc się w język. Nie chciała utrudniać tego czego i tak dzisiaj nie ułatwiała.
Pośpiesznie otrzepała spódnicę, gotowa na kolejny etap nauk. Szczupłe palce ponownie zacisnęły się na magnoliowym drewno. Spojrzenie umykało podobnie jak tego jego. Niemal sięgających niebieskich oczu profesora, skupiając się jednak na wszystkim tym co rozpraszało - tańczących na wietrze gałęziach, które prawie zahaczały o policzek i pąkach liści, które nieśmiało oczekiwały cieplejszych dni.
Powietrze ciężko opuściło płuca, próbując uszczknąć odrobinę jego cierpliwości i spokoju. - Gdy rzucam zaklęcia lecznicze znam ich efekt, tworzę go, ale znam też każdy najmniejszy proces, który jest jego częścią. Krok po kroku. Znam go. Czuję go. Jestem jego częścią. Tu widzę tylko przestrzeń. Ciebie. Mnie. Drzewa. Korzenie. Gałęzie. Znam inkantację. Znam ruch różdżki. Nie czuję jednak tego. Nie potrafię spętać tego czego nie widzę - przyznała, opuszczając dłonie wzdłuż ciała. Nie chciała się do tego przyznać, nie przed sobą. Nie potrafiła uzmysłowić sobie jednak istoty tego typu magii. Brwi zmarszczyły się w wyrazie uporu. - Pokaż mi. Jeszcze raz - powiedziała pewniej, nie pozwalając by tym razem spojrzenie znowu uciekło gdzieś w przestrzeń za nim.



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
Re: W głębi lasu [odnośnik]22.04.22 20:07
« Zwycięstwo bez możliwości klęski jest zwycięstwem bez chwały »
Pokaż mi. Jeszcze raz.
Odetchnął. Patrzyła wprost na niego, a on wcale nie spuścił spojrzenia. Odłożył za to trzymaną w dłoni książkę, którą wziął na wsparcie jej starań i wstał, nie zrywając kontaktu wzrokowego z pełną wewnętrznego wyzwania Roselyn. I chociaż przez chwilę ona znajdowała się ponad nim, tak wstając, to profesor górował wzrostem nad czarownicą, pozwalając, by jej podbródek zadarł się wyżej. Z zadziornością małoletniej Melanie, która odgrywała matkę tak idealnie w tym ich małym rytuale buntu. A jednak żadna z panien Wright nie sprawiała wrażenia przytłoczonej, przebywając w towarzystwie astronoma. Tak córka wcześniej, jak i jej matka aktualnie. Nie. Nie była słaba, a każdy, kto jej nie doceniał, był głupcem. W tym drobnym ciele czaiła się wszak determinacja, w ciemnych oczach siedziała lwica, a w dłoniach zaklęta była wprawna uzdrowicielka. Zaciętość tę znał tak dobrze. Obserwował ją wszak od tak wielu lat i nie zmieniła się ani na moment. Zasznurowane usta, lekko drgająca prawa brew, zaciśnięte pięści. Była gotowa. Była gotowa, by walczyć. Ale nie obawiał się jej. W końcu wiedział, że to nie jemu rzucała rękawice, a trudnościom, z jakimi aktualnie musiała się zmagać. Zawsze ambitna, zawsze zdobywająca to, czego pragnęła. Zawsze lubiąca kłopoty. Wszak nie wybierała łatwych ścieżek i chociaż nie zawsze stawały się one jej ostatecznymi, radziła sobie z konsekwencjami własnych decyzji już do końca. Była nie do zdarcia i tak właśnie widział ją Jayden — jako najsilniejszą z osób, jakie znał. Dumna, łatwo ulegająca frustracjom, gdy coś nie szło po jej myśli, lecz równocześnie gotowa do przezwyciężania własnych słabości. Widział to także i teraz. W policzkach ściągniętych mrozem. W połatanym płaszczu. W niezdarnie spełnionym na szybko warkoczu. W grymasie zniesmaczenia samą sobą. Była piękna, gdy to robiła. Wiedział to. Zawsze to wiedział. I zawsze był z niej dumny, że nie dała się zwieść oszustwom tego świata. Że trzymała się rozsądku i wiedzy. Że starała się znaleźć wartości tam, gdzie inni widzieli jedynie proch.
To nie było proste — nawyknąć do jej braku. Szczerze — to wciąż nie przeszedł z tym do porządku dziennego, łapiąc się na poszukiwaniu jej spojrzeniem, na poszukiwaniu jej myślami. Nawet projektując ją w fotelu w dziecięcym pokoju. Na pół uderzenia serca wydawało mu się, że tam była. Że miała skontrolować go spojrzeniem uzdrowiciela, próbującego przeanalizować stan pacjenta. W nocy, wpatrując się w sufit swojej sypialni, zdarzało mu się zastanawiać, czy i ona odczuwała tęsknotę. Czy gdyby przyszedł, przyjęłaby go? Czy byłby w stanie spełnić jej oczekiwania i czy chciałaby tego, by trwali? Nie potrafił wyzbyć się tych myśli, podobnie zresztą jak wspomnień jej dotyku, spojrzenia i uczuć, jakie w nim wywoływała. Czuł się tak dobrze znajomo, będąc przy niej — słaby i silny równocześnie. Czuł się odpowiednio. W końcu pełen. W końcu na miejscu. W końcu... Chciany. I on chciał. Zmienili się. Zmienili się, równocześnie wcale się nie zmieniając. Wcześniej też wypatrywali siebie nawzajem, czekali w korytarzu, sprawdzając, kto wszedł przez drzwi wejściowe. Zdawało się być to tak normalne, że długowieczne. A gdy zostało im odebrane, nic nie było w stanie tego zapełnić. Chociaż w Irlandii wciąż pozostawała Maeve, jej obecność nigdy nie przypominała tej Roselyn. Dawna wiedźmia strażniczka poruszała się niczym kot, chodząc własnymi drogami, podczas gdy Wright po prostu była jego częścią. Domu. Chciała, aby był jak najlepszy. Aby miał duszę, która zdawała się umrzeć wraz ze śmiercią wcześniejszej gospodyni. Pomimo niechęci Śpioszka nie próbowała się go pozbyć, szanowała wszystko, co wiązało się z Theach Fáel. Do tego... Vane tęsknił jeszcze za jedną rzeczą. Każdonocne pohukiwanie Furii w cokole nad drzwiami wejściowymi, gdy profesor wychodził po zmroku do pracy w Hogwarcie, sprawiało, że nawykł do świadomości obecności. Wszak sowa zdawała się być przedłużeniem oczu i opieki swej właścicielki, a Jayden patrząc w te okrągłe, mądre oczy widział ucieleśnie Cailleach. A teraz... Teraz nie było nawet tego.
Tu... Nie potrafię... Nie widzę...
- Więc poczuj to. - Jego głos po raz kolejny rozległ się w przestrzeni między nimi, łącząc w sobie tak wiele sprzeczności. Będąc zarówno łagodnym, jak i wymagającym. Będąc cierpliwym, jak i łaknącym rezultatów. Będącym litościwym, jak i absolutnym. Będąc daleko. Jak i będąc blisko. Zbliżył się powoli do czarownicy i gdy znajdował się jedynie pół kroku od niej, wciąż obserwował z góry tak dobrze znaną sobie twarz. Tylko na moment przeniósł uwagę na jej opuszczoną wzdłuż tułowia dłoń, która nie dzierżyła różdżki, by po nią sięgnąć i na nowo odnaleźć utracone orzechowe tęczówki. Biorąc jej rękę w swoją, skierował ich oboje w dół, nie mówiąc nic, aż ich kolana nie opadły na wychłodzoną ziemię. Jej osnute spódnicą, jego materiałem garniturowych spodni. Nie przejmował się tym jednak — zimnem. Zamiast tego opuścił palce Roselyn, aby ułożyły się na ziemi, a jego własne delikatnie podtrzymywały damski nadgarstek. - Za bardzo skupiasz się na tym, co widoczne - odezwał się na nowo, ale nie pozwolił jej przerwać, chcąc, aby słuchała i skupiła się na tym, co miał jej do przekazania. - Zamknij oczy. - Czekał też cierpliwie, aż wykonała jego zadanie. Wszak na to też się zgodziła — na poddawaniu się jego poleceniom, nawet jeżeli nie było to jej w smak. Jednak nazbyt polegała w swojej pracy, w swoim życiu codziennym na bezpośrednich zmysłach, które teraz oczywiście jej przeszkadzały. Wszak to nie oczy miały patrzeć, to nie dłonie miały leczyć. To nie różdżka miała opatrywać rany. - Poczuj ziemię. Leżące na niej gałęzie, poruszające się po niej zwierzęta, penetrujące ją korzenie. Poczuj, że żyje. - Po dłuższej chwili powoli podniósł jej dłoń i ulokował ją tym razem na swojej klatce piersiowej. Tam, gdzie w rozpięciu płaszcza mogła poczuć miękkość własnoręcznie wykonanego swetra kryjącego bijące, męskie serce. Nie było w tym jednak nic niewłaściwego. Podszytego niewłaściwymi intencjami. Chciał, aby zrozumiała. Aby poczuła. - Mnie. - Oddychał. Mięśnie pracowały, unosiły się i opadały. Żył. - W tym wszystkim jest magia. Nie skupiaj się na efekcie końcowym tak bardzo — zostań w procesie - mówił dalej, nie pozwalając, by otworzyła oczy. Mówiąc spokojnie i instruując ją przy każdym słowie. - Wyczuj życie płynące wokół. W moich i twoich żyłach. Skup się na nim. To wszystko jest ukryte i czeka, żebyś i ty stała się tego częścią. Rozumiesz czemu i jak bije serce. To też jest część magii. Uzbrój się we własną wiedzę i odpuść. - Nie przerywając ponownie ułożył dłoń czarownicy na ziemi, puszczając ją jednak zupełnie. Pozostał obok, lecz ich dłonie już się nie stykały. Z tym elementem musiała poradzić sobie sama. - Nie myśl. Czuj.


he's the hero world deserves, but not the one it needs right now. they'll hunt him. he can take it. he's a silent guardian, a watchful protector. A DARK KNIGHT.
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, erudyta, ojciec
Wiek : 32
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their f a i t h rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-theach-fael https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane
Re: W głębi lasu [odnośnik]13.05.22 23:06
Starała się czerpać z nowej codzienności. Ze swego rodzaju odzyskanej wolności. Nie, Jayden nie był kimś kto miałby zakuć ją w kajdany kontroli, ani też jego gościnność nie była jej przykra. Pamiętała jednak o tym, że Thaech Fael niezmiennie należało wyłącznie do niego. Miało być domem dla jego dzieci, nie dla córki Rose - jak bardzo by jej nie kochał. To był dom, w którym on stanowił zasady, a ona jego tymczasowy mieszkaniec winna była się do nich dopasować. Nie, nie była niewdzięczna. Doceniała wszystko co dla niej zrobił. Pozwoliła sobie na to, aby zespolić się z murami starej posiadłości Vane’ów. W jakiś pokrętny sposób pokochać ją, tak jak kochała jego mieszkańców. Pozwoliła sobie poczuć się jego częścią, nawet jeśli nie należała do niego w pełni. Potrzebowała jednak tego, aby stworzyć swoją własną przestrzeń. Taką, która należała do niej. Nie miała nic przeciwko, aby się nią dzielić. By wypełniać ją tymi, którzy byli najbliżsi jej sercu. Od miesięcy jednak brakowało jej właśnie tego. Własnego miejsca. Własnego prawa. Czegoś co mogła nazwać swoim. Odrzucić od siebie widmo niekończącej się ucieczki. Miejsc, które były schronieniem, nie jej domem.
Nie mogła zbiec od stawianych w nocnej ciszy pytań -  jak byłoby gdyby mogli się tym dzielić. Gdyby nie istniało twoje i moje, a powstało nasze. Nasza przestrzeń. Nasze zasady. Nasze decyzję. Nasz dom. Nasze dzieci. My. Czy biorąc pod uwagę ich temperamenty, przekonania, przeszłość… To miało jakiekolwiek prawo bytu? Czy znów ulegała iluzjom? Wszakże czasami zdawali się być jak dwa idealnie dopasowane, zsynchronizowane ze sobą tryby. Potrafili współpracować, odciążać się nawzajem w domowych obowiązkach, dawać sobie komfort  - po prostu dbać o siebie nawzajem, nie w ten inwazyjny, toksyczny sposób, który odbierał im odrębność. Troszczyli się o siebie. Potrafili się o siebie troszczyć, a wbrew pozorom nie była to łatwa sztuka. Czasami jednak nie była pewna czy to nie była ta część ich, która stanowiła o ich przyjaźni. Te emocje, uczucia, pragnienia… Nie potrafiła im ufać. Tym swoim. Tym jego - nawet jeśli nie znała ich pełni. Bała się popełnienia błędu, który w konsekwencji odebrał by ich sobie. Bała się tego, że być może znów fantazjuje. Że znów nie dostrzega tego co było tuż przed jej nosem. Widoczne - ale nie dla nich.
Wiedziało jedno. To, że chociaż rozłąka była bolesna, to właśnie tego potrzebowali oboje, aby dostrzec wszystko to co niedostrzegalne we wspólnej codzienności. By dostrzec jak i w  pełni docenić, to czego im zaczęło braknąć. I… Ona również musiała odnaleźć swój spokój. Swoją tożsamość. Uleczyć rany, które mogła uleczyć tylko ona sama. Jakże piękną ideą było leczenie siebie nawzajem, zabieranie własnego bólu, niesienie sobie spokoju. Burze, które nosiła we własnym sercu, musiała zwalczyć jednak samodzielnie. Tylko wtedy miala poczuć, że jest w stanie coś zaoferować. Nie strach, nie złość, nie wojnę, a stabilny fundament, którego potrzebowała cała ich szóstka.
Dziś tkwili w potrzasku obowiązków i zobowiązań, twardych ramach rzeczywistości. Chociaż momentami, w załamaniach krótkich chwil chciała odrzucić od siebie je wszystkie. Chcieć, mieć, brać. Pozwolić by decydowały emocje, porzucić ciężar zmartwień o konsekwencje. Po prostu być, tak jak tylko tego pragnęli. By wszechświat znów skupił się wyłącznie na ich dwójce, by pozostawili materialny stan rzeczy, unieśli się ponad wszystko. Ramię w ramię w milczeniu, obok siebie czy też dzieląc się bliskością. By znów dać sobie poczuć wszystko to co czuła tamtego poranka i wiedziała, że on również to czuł. Że podobnie jak i ona tego chciał.
To była swojego rodzaju udręka. Być ponad wszystko rozsądnym, trzymać wodzę własnych potrzeb. Nie pozwalać sobie na to, aby nie myśleć o samym sobie.
Nie tacy jednak byli. I to dlatego właśnie jego chciała. Nie dlatego, że miała pewność że zrobiłby dla niej wszystko, zniszczył świat, spalił wszystko co na swojej drodzę… Lecz dlatego, że wiedziała, że nie zrobiłby tego.
Nawet teraz gdy to ona traciła rozsądek. Topiła się we własnych frustracjach, podduszała się własną dumą. Dawał jej to czego potrzebowała - spokój, cierpliwość, ale wciąż wymagał. Słyszała to w barwie jego głosu. I nawet jeśli czuła wewnętrzny opór - ten tak bardzo małostkowy. Wszakże była tylko człowiekiem - małym i pełnym niedoskonałości. Przecież stawiała ich sobie naprzeciw, na równi -  trudniej zaś przychodziła pokora. Pozwolenie na przybranie pozycji nauczyciela i ucznia. Bywała zbyt dumna, bywała nielogiczna. Ciężko jednak było jej przybrać stanowisko kilka stopni niżej, podczas gdy chciała być równą. Ciężko było obnażać słabości, defektu umysłu. Bo w istocie - postrzegała świat takim jakim był. Namacalnym - wszystkim tym co mogła zgłębić, dotknąć, zobaczyć, usłyszeć. Badała magię twardych faktów, a istotą jej umiejętności zawsze pozostawała wiedza. Żadne z potężnych zaklęć, które opuszczały czubek jej różdżki, nie nabrałoby mocy twórczej, gdyby nie rozległa świadomość jej efektów, wpływów, znajomości najmniejszych niuansów rządzących ludzką fizjonomią. Swojego rodzaju abstrakcyjność pozostawała jej obca. Mogła wczytywać się w teorię zaklęć, zagłębiać się rachunki przestrzeni i rządzących się nią praw. W starciu z tego rodzaju magią, pozostawała jednak ślepcem. Owe poczuj było wyzwaniem. Bo tak rzadko pozwalała sobie  po prostu czuć. Postrzegała to jako swoją własną słabość - czucie było zdominowane przez wiedzieć.
Mimo nieznośnego uporu poddała się jego ruchom. Wiedziała, że chce dobrze. Wiedziała, że potrzebuje usłyszeć te słowa, dać sobie pokazać jeszcze raz, a jeśli to nie wystarczyło to kolejny i kolejny.
Gdy kazał zamknąć jej oczy, spojrzała na niego nie poważnie. Zrobiła minę, gdy poczuła jak kieruje jej dłoń, by palce wyczuły bicie jego serca.
Nieme - nie pomagasz mi się skupić zatańczyło na krańcu języka, pozostało jednak niewypowiedziane, gdy ciemne brwi zmarszczyły się w wyrazie skupienia. Starała się niewystarczająco czy może zbyt bardzo?
W końcu wczuła się w bicie jego serca, pozostawiając za sobą wszystko to chciała zrozumieć. Biło, a ona znała jego rytm. Wiedziała jak napędza cały system krwionośny, jak tworzy jego centrum, ale każdy najmniejszy element całego układu stanowił o tym, że żył, że był zdrowy, jak tętniący w aortach tlen napędza każdą komórkę jego ciała, jak żyły odprowadzają toksyny które miały opuścić system, by nie zakłócać jego działań. To wszystko wiedziała jak i wiedziała czym była przestrzeń. Znacznie bardziej ulotna. Zbudowana ze wszystkiego co materialne i niematerialne. Z roślin tkwiących wciąż w okresie zimowania, jak i żyjących w symbiozie z florą zwierząt. Miały jednak granice i te właśnie wyznaczała, tworząc je magią własnej różdżki. Niewidzialne dla oka mugoli, tak samo niedostrzegalne jak dla niej przedtem. Napędzane tym czym była magia - twórczością. Tak samo jak potrafiła pobudzić tkanki do przyśpieszonego rozwoju, połączyć je ze sobą. Tak też mogła wyznaczyć ową barierę. Tego co widzialne i tego co chciała, aby pozostało widocznym. Nie dom, a niezdatną do zamieszkania ruinę. Sieć korzeni, która dawała miejsce nowym drzewom - życiu, które istniało jedynie na dnie wyobraźni. Tej, którą trzymała w ryzach. Rysowała ich kształt z precyzją z jaką potrafiła naszkicować filary budynków. Malowały obraz widocznego, nie tego czym w istocie było. Czas zdawał się rozbiec w procesie, na którym się skupiła. Zdawała sobie sprawę, że wątłe sieci inkantacji nie były tak silnymi jak te, które mogły być wiązane przez Jaydena. Nie szkodzi.
W końcu napotkała błękitne spojrzenie jego oczu. Z nietypową spolegliwością, doszukując się jakiejkolwiek aprobaty. Była dziś trudna, ale to poczucie - to że może, że jest w stanie. Że pozostało w niej coś więcej niż widzieć, obserwować.
Uśmiech - szczery, niemal pradawny rozszerzył wargi. Nie wstydziła się samozadowolenia. Nie w tym momencie, gdy chciała dzielić je właśnie z nim. Mały triumf. Te beztroskie uczucie, którego zdawało się jej brakować, gdy pierwszy raz zdobyła się na to, by zaklęcie Patronusa zmaterializowało jego postać.
Nieprzyjemne ciśnienie rozniosło się po całym ciele, kumulując się w za płatem czołowym. Poczuła jak wilgotna stróżka, gęstej cieczy spływa po skórze, przecina powierzchnię warg. Dłoń mimowolnie sięgnęła ust, by dostrzec na opuszkach palców szkarłatny ślad krwi.  Roztarła go. Znów - nie było jej szkoda tego wysiłku.
- Myślę, że na dzisiaj wystarczy praktyki -  stwierdziła, gdy spojrzenie umknęło w jego kierunku, na nowo starannie omijając granice jego oczu. - To nic - zapewniła. - Jestem zmęczona. Muszę trochę odpocząć. Pokaż mi resztę - zachęciła go.

| nakładam Repello Mugoletum



what we have become but a mess of flesh and emotion - naked on all counts

my dearest friend


Roselyn Wright
Zawód : Uzdrowiciel w leśnej lecznicy
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the healer has the
b l o o d i e s t
hands.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 35
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 7
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Czarownica
when will enough be enough?
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t6412-roselyn-wright https://www.morsmordre.net/t6516-furia#166169 https://www.morsmordre.net/t6521-roselyn#166208 https://www.morsmordre.net/f415-szkocja-highlands-knieja https://www.morsmordre.net/t6553-skrytka-bankowa-nr-1612#167244 https://www.morsmordre.net/t6551-r-wright#282514
W głębi lasu
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach