Wydarzenia


Ekipa forum
Painted handprints / 30.03.1958
AutorWiadomość
Painted handprints / 30.03.1958 [odnośnik]18.04.22 20:32
Paint me a horror or a sweet, sheltered dream.
30 marca 1958, dom Bathildy Bagshot


Tym razem chylące się ku zachodowi słońce musiało obejść się smakiem, pozostawione na pastwę losu przez soczyste czerwienie, dziewczęce róże czy żółcie. Była tylko szarość. Lichota gdzieniegdzie przetykana wstęgami przydymionego błękitu i słabego, prawie niedostrzegalnego fioletu, chociaż nawet one nie miały szans zaistnieć w starciu z warstwą deszczowych chmur, z jakich siąpiło już od przynajmniej dwóch godzin. Ulewa zacinała pod nierównym kątem, szarpała gałęziami drzew, wprawiała w ruch dzwonki czasem goszczące na werandach domów w Dolinie, zupełnie jakby świat był na coś zły - i w ten sposób, agresywny, gwałtowny, mokry, chciał podkreślić swoje niezadowolenie. Celine patrzyła na to z okna sypialni na piętrze. Pokoju niegdyś należącego do starszej pani, której już z nimi nie było. Szramy pozostawione na psychice nakazywały ostrożność; kiedy chciała nacieszyć oczy ogrodem albo sąsiedztwem, może po prostu po to, żeby przypomnieć sobie, że naprawdę była poza więzieniem, robiła to zza półprzezroczystej zasłony, przez ostatnie miesiące nauczona nie bycia. Cichości podobnej duchom. Poruszania się w cieniach, bo światłem i środkiem mogli przechadzać się tylko ci, którym było bliżej do człowieczeństwa, oraz ci, którzy wciąż mieli w sobie jakąś godność, nie obawiali się kary za choćby zbyt raptowne zatrzepotanie rzęsami.
Dzisiaj robiła dokładnie tak samo. Obserwowała posępną pogodę zza kotary, poniekąd traktując ją jak welon, który odsłaniała odrobinę mocniej tylko na widok psów biegnących wzdłuż ulicy albo dzieci pędzących do domów, niby przypadkiem wpadających w każdą większą kałużę po drodze. Urocze. Beztroskie. Dobre. I ciepłe, mimo mrozu, który sięgał bladej skóry przy ostrzejszym powiewie wiatru wślizgującym się pomiędzy ramy okienne.
A kiedy uznała, że już dość - Celine westchnęła cicho i krokiem tak bezszelestnym, tak stłumionym, wyszła z pokoju, na spiralnych schodach kierując się w dół, w stronę salonu, kuchni, miejsc, gdzie mogli znajdować się inni domownicy. Eliksiry od Yvette pomogły nieco odetchnąć. Koszmary pokryła mgła, prawie tak szara jak niebo za oknem, ale to nie znaczyło, że przestała bać się samej możliwości tego, że wrócą. Nieważne jak bardzo broniła się przed drzemką w ciągu dnia i próbowała wyczekać odpowiedniej pory, za każdym razem, gdy przykładała głowę do poduszki, niepokój kładł kres szybkiemu zaśnięciu i skazywał na godziny przewracania się z boku na bok. Gdyby nie mikstury wzmacniające i uspokajające, pewnie dziś byłaby w o wiele gorszym stanie.
Ale w stanie - powinna być lepszym. Skoro otrzymała tyle pomocy, skoro miała wokół siebie miłych ludzi, skoro od ratunku z pociągu minęło już tyle czasu. Skoro w listach nadchodziły słowa pełne miłości i tęsknoty. Nie potrafiła im tego wynagrodzić. Nie umiała. A to sprawiało, że gdy sen nie nadchodził - czuła złość. Mimowolną i wyniszczającą, wyciskającą z kącików oczu bezsilne, pełne niezrozumienia łzy. Gniew łaskotał ją w palce, podjudzany magiczną naturą. Gniew - na nikogo innego, tylko na siebie samą. Na Tower, że pozwoliło jej odejść. Na dziwne esy floresy, których szlakiem wciąż płynęły jej myśli; przypominały koszyk z wełną, do którego wpadł kot i wszystko ze sobą poskręcał, zostawiwszy kołtun na kołtunie i ją gdzieś na końcu nitek, próbującą to wszystko rozsupłać, ułożyć kolorem do koloru; bezowocnie.
- Cześć, Tom - nagle odezwała się w salonie, głosem, który już samą melodią świadczył o delikatnym uśmiechu, jakim upstrzone były wargi półwili. Zatrzymała się w progu, w żółtej sukience i błękitnym swetrze, obu rzeczach należących do Bathildy Bagshot, tej drobnej, niewysokiej staruszki; a rozmiary i tak były na nią teraz za duże. - Chcesz coś ze mną namalować? - zaproponowała i lekko przechyliła głowę do boku. Pesymizm sugerował, że odmówi. Pomyśli, że to zabawa dla dzieci, którymi od dawna nie byli; poza tym z pewnością miał już coś lepszego do roboty. Może szukał Dyni, który podkradł mu rybę, jaką zamierzał usmażyć sobie na obiad? Albo na kolację. Tutaj wszystko było możliwe. - Znalazłam w składziku na piętrze jakieś stare farby i prześcieradło. Do spania już się raczej nie nadaje, ale mogłoby udawać płótno - dopiero teraz postąpiła kilka kroków do przodu, z rękoma splecionymi przed sobą, z sercem przygotowanym na odmowę. No powiedz. Powiedz, że nie chcesz. Po co w ogóle zawracam ci głowę, przeszkadzam, zajmuję czas, odrywam od innych zadań? Podświadomie szukała tego w codziennym życiu - ciosu, który roztrzaskałby resztę szkła, z jakiego było zbudowane jej głupie serce, jakiegoś potwierdzenia, że wolność wcale nie oznaczała akceptowania jej wśród normalnych ludzi. Nawet takich jak on. Naznaczonych podobnymi bliznami i podobnymi doświadczeniami.


people become people by falling in love and knowing pain,
don't they?

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Painted handprints / 30.03.1958 [odnośnik]10.06.22 21:12
Nie mówił o niczym - nie informował ich, nie chciał tego zdradzać, jak źle się czuje i co się z nim dzieje. Tracił zmysły? Co innego? Po raz kolejny widział znów krew - krew, która nie znikała. Ostatnio również obudził się na podłodze. Nie pamiętał co miało miejsce poza tym, że pomagał wnieść coś do środka - ale nie pamiętał, co dokładnie. Przewrócił się, prawie spadając ze schodów. Obudził się na ziemi - i nie rozumiał co się stało. Wciąż nie rozumiał. Czy to było normalnie?
Koszmary go nie opuszczały, mimo że mijał już miesiąc. A woda... rzeka nieopodal była przerażająca. Bał się, że pochłonie go tak jak w snach - że nie będzie mógł się wydostać z niej. A może to właśnie to czemu powinien się oddać? Po prostu pozwolić, żeby ta woda go nie oddała? Czy jeśli byłby w stanie po prostu się zanurzyć, czy to wszystko by się skończyło?
Ale nie potrafił - nie wiedział co miał z tym wszystkim zrobić, ale nie potrafił też o tym powiedzieć. Był mordercą? Był... był prawie pewny, że to było prawdą. Dlaczego miałby o tym kłamać? Gdyby kłamał w tej kwestii, nie oddałby im wtedy wspomnień, a to zrobił? Pamiętał, że zrobił to dlatego, że...
Dlaczego?
Dlaczego im je oddał? Po co z nimi rozmawiał? Po co tam wtedy był, po co w ogóle próbował? Nie powinien próbować, nigdy. Ale nie mógł nie próbować, bo brak działania bolał go jeszcze bardziej! Niczym w spirali, która kręciła się w nieskończoność tak jak niektóre dzwonki. Pamiętał je, czasem tak pięknie grały na wietrze, ale zdawały się być wykonanie z niekończących się kawałków... czego tak właściwie? Metalu czy szkła? A może jeszcze czegoś innego.
Zaraz uśmiechnął się szeroko, tak jak to zawsze robił, kiedy nie chciał innych martwić. Nie chciał jej martwić, nie powinien.
- Cześć! Jak się czujesz? - zapytał, odwracając się zaraz na kanapie twarzą do niej. Nie czuł się dobrze, ale przecież nie była u nich gościem po to, aby ją martwić jakimikolwiek własnymi problemami - miała ich mnóstwo własnych. Wciąż wyglądała jakby miała się zaraz przewrócić - była tak słaba, że było to wręcz przerażające. Nie mieli jej jak pomóc, nie mieli środków na to tutaj. Jedynie mogli jej dać miejsce do spania i odrobinę jedzenia, ale niewiele, bo i sami go nie mieli tyle, ile powinni.
Spojrzał na nią jednak zaskoczony nieco na zapytanie. Nie spodziewał się podobnej propozycji, może stąd wzięło się lekkie zaskoczenie. Zaraz po tym, tym bardziej słysząc tłumaczenia dziewczyny, uśmiechnął się lekko, kiwając głową.
- Chętnie - powiedział, podnosząc się z kanapy i kierując do Celine. Może to był też dobry plan na to, żeby przestać myśleć o... o czym tak właściwie? Że był kompletną porażką? Mordercą?
Zawahał się na moment, kiedy te myśli znów do niego wróciły. Ale zaraz pokręcił głową, chcąc je odgonić. Nie mógł o tym myśleć, powinien się skupić teraz na czymś zupełnie innym. Na malowaniu. Tak, malowanie powinno być odpowiednim i właściwym zajęciem... Nawet jeśli lepiej ostatnimi czasy czuł się z rysowaniem samym w sobie. Ostatnim? Jeszcze przed marcem...
- Lubisz malować? Jak nam braknie farby to możemy coś wymyślić, wyczarować no wiesz! - zapewnił, łapiąc swoją różdżkę ze stolika. - Chcesz iść na górę? A może... może na zewnątrz? Chyba wciąż jest trochę zimno... I nie wiem czy będziemy dużo w sumie widzieć, ale możemy rzucić lumos! Na górze też tak naprawdę... - zaproponował, zaraz żwawym i sprężystym krokiem wymijając dziewczynę, jakby śpieszyło mu się rzeczywiście do malowania. W rzeczywistości serce dudniło mu w piersi na wszystkie myśli, od których chciał się odciąć. Miał ich dość. Przecież wiedział, że był zupełną porażką! Nie musiał tego słyszeć, nie chciał tego słyszeć! - Albo po prostu będziemy malować na strychu, co ty na to? Oh, potrzebujesz pomocy na schodach? - zapytał, będąc w ich połowie i odwracając się do dziewczyny. Zaraz zbiegł te kilka kroków do niej, aby podać jej pomocną dłoń. - Ostrożnie, dobrze? - poprosił, mimo że przecież dostrzegał, że uciekinierka z Tower powoli odzyskiwała siły. Nie potrafił jednak wyjaśnić, skąd w nim pojawiała się taka troska o nią. Może tak po prostu było łatwiej? Martwić się i przejmować kimś?
- Co byś chciała namalować? Kwiaty? A może Dynię wśród dyni? Z Clarą bawiącą się z nim?


Painted handprints / 30.03.1958 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Painted handprints / 30.03.1958 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Re: Painted handprints / 30.03.1958 [odnośnik]19.06.22 1:20
Jak się czuła? Jak zbroczona krwią tunika ciśnięta w kąt pokoju, nieczysta, wypaczona. W każdej sekundzie w żyłach tliło się pokłosie strachu, w jakim tkwiła przez ostatnie pół roku, czasu pełnego modlitw o wybawienie albo śmierć - i gdy wolność nadeszła w innej formie, nagle nie potrafiła sobie z nią poradzić. Jakie to głupie: Celine kiedyś myślała, że trafienie do portu było najgorszą rzeczą, jaka ją spotkała. Trudną, groźną, pieczętującą archiwum dotychczasowych dokonań artystycznych i jej wartości jako człowieka. Tak było przynajmniej do momentu, w którym zamieszkujące go dusze przygarnęły ją pod swoje opiekuńcze skrzydła i uzmysłowiły, że nawet tam dało się żyć, wśród ciężkiej woni wody, taniego piwa i ryb, a regularnie zażywany narkotyk wypalił smutki i pozostawił na ich miejscu jakąś szaleńczą przyjemność ulicznego baletu i dymnych wieczorów spędzanych w Parszywym. Przyzwyczaiła się, w sercu po cichu cały czas nosząc zadrę niesprawiedliwego potraktowania i rozdarcia między wiarą w ojca, a podejrzeniem, że może rzeczywiście zawinił. Teraz, och, teraz już nie musiała się o to martwić. Wiedziała, że jego sumienie było czyste, w porównaniu do czystości, jaką jej odebrano. Nie w sposób pełny, na szczęście, jednak Celine nie myślała w półśrodkach. Operowanie w szarościach zostawiała dla innych, siebie sądząc w czarno-białych kategoriach; a chociaż więzienie zostało gdzieś daleko za plecami, ona wciąż dręczyła się jego pamięcią. Nie potrafiła odpuścić.
Półwila uśmiechnęła się niemrawo, prawie niewidocznie w burzowym cieniu pokrywającym salon. Był szary, wypłowiały, gdzieniegdzie barwiony smętnym fioletem podkreślanym przez orkiestrę kropel obijających się o dachówki i okienne szyby. Przez dłuższy moment nie była pewna czy to piorun rozświetlił niebo, czy błyskawica pojawiła się wyłącznie w jej myślach, karcąc za niewdzięczność. Tom mógł wcale o to nie zapytać, a jednak był uprzejmy.
- Wszystko w porządku, dziękuję - odpowiedziała cicho, niezbyt przekonująco. Ale tak to właśnie wyglądało; oboje cierpieli z różnych powodów, w ciszy, tworzący wokół siebie bańkę osamotnionej iluzji, żeby jakoś to zamaskować i nie martwić drugiego. Celine przypomniała sobie o chłopcu z Beauxbatons, który miał bardzo podobne oczy do niego, tak samo smutne, jakby pomiędzy zielenią tęczówek cały czas kotłował się ciężar kotwicy ciągnącej go na dno stu oceanów, ciężar czegoś, czym się torturował, a czego refleksy pieczołowicie broniły się przed światłem dziennym. Wtedy nie potrafiła mu pomóc, choć bardzo chciała. Nigdy nie wyjawił co tak mu doskwierało i w pewne wakacje przepadł bez śladu.
Zgodę przyjęła z odrobinę zdziwionym dźwiękiem wdzięczności - zanim coś podszepnęło, że Thomas jedynie litował się nad chorym, mizernym ogniwem, może po to, żeby w końcu przestała się krzywić w takim cierpiętniczym bólu. Uniósł różdżkę. Zastygła. Na sekundę, na dwie, zamarła; a potem powłóczyła za nim nogami, panicznie milcząca, rozpamiętująca to, ile razy szpic takich różdżek zadawał jej ból siniaczący ciało; myślała o tym, podczas gdy z gardła chłopaka wylewał się potok słów, jakimi pragnął zagłuszyć własne rozterki. W końcu ją nimi uspokoił, nieświadomie; zawsze mu to wychodziło.
- N-na zewnątrz nie możemy, bo deszcz rozmyje nam farby. Z zazdrości albo z żalu, że nie może się z nami bawić - delikatnym ruchem dłoni wskazała na ulewę za oknem, gdy zatrzymała się u podnóża krętych schodów, których pokonanie chwilę wcześniej wymogło na niej tyle wysiłku. Syzyfowa praca. A mimo to mięciutkim gestem odprawiła zaoferowane ramię i uśmiechnęła się jeszcze raz, trochę szczerze, a trochę wciąż lękliwie, kręcąc przy tym głową. - Och, nie, nie. Poradzę sobie. Zobacz - zachęciła go półwila z fałszywą pewnością i wspięła się na pierwszy stopień, mocno przytrzymawszy się poręczy. To była długa droga na piętro, droga, podczas której nie zamierzała być dodatkowym balastem wiecznie żerującym na dobroci tego młodego człowieka. Jednym świśnięciem różdżki mógłby zepchnąć ją na sam dół, upadkiem połamać kończynę; ale tego nie zrobił.
- Nie zastanawiałam się nad tym... Właściwie jak zobaczyłam farby to pomyślałam, że mogłyby nas ponieść. Bez planu. Malowałeś tak kiedyś? To jakby... Stanąć na scenie, przy muzyce, i zatańczyć to, co poczuje twoje ciało - jej głos przygasł, przy ostatnich słowach z twarzy zniknął uśmiech. W oczach błysnął cierń smutku. Nie mogła już tańczyć, nie powinna; balet wymagał doskonałości, jaką jej odebrano, nie przyjąłby brzydkiego kaczątka do imponujących, białych jak śnieg łabędzi - bez znaczenia jak bardzo tęskniła. Ostatnie dwa miesiące w Tower spędziła w delirium leżąc na materacu w swojej ciasnej celi, chora albo wymęczona, wręcz w katatonii, jeśli akurat nie trzęsła się ze strachu; ale nawet w gorączce wracała wyobraźnią do tańca, a ciało okłamywało umysł, że pot zraszający pulsujące bólem czoło wynikał ze sztuki, zamiast ze zdewastowanego zdrowia. - Ale Dynia też byłby piękny - zreflektowała się już w pokoju Bathildy, gdzie wcześniej zostawiła na podłodze farby i prześcieradło. - Może podzielimy prześcieradło na połowy? I w trakcie zamienimy się stronami? - zaproponowała, jednocześnie usiadłszy na podłodze na kolanach, z bladożółtym materiałem sukienki oddzielającym ją od sękatego drewna. To nie było Tower, gdzie ofiara z drobnej nieprzyzwoitości mogła zapewnić nadprogramową - jakąkolwiek - przychylność; Celine nie musiała poniżać się w ten sposób. Już nie. Dlatego szczelnie okrywała się nienależącymi do niej ubraniami, jakby były tarczą chroniącą ją przed światem. Sięgnęła po prześcieradło i zaczęła rozkładać je na podłodze. - Patrz jak mole je urządziły na brzegach - westchnęła i wskazała wyraźne uszczerbki w tkaninie. Mole, myszy albo magiczne szkodniki; albo i czas, który sprawił, że materiał przerzedził się na bokach, a te po prostu poodpadały.


people become people by falling in love and knowing pain,
don't they?

Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Painted handprints / 30.03.1958 [odnośnik]29.07.22 14:32
Znał to aż zbyt dobrze - to uczucie i przymus, tę myśl że musiał skłamać, bo przyznanie się do tego, że czuł się źle, było zbyt dużym obciążeniem. Nikt nie czuł się dobrze po więzieniu, w którym się znajdywali - wiedział o tym, do czego ci ludzie byli gotowali dla własnej uciechy, nawet jeśli jednocześnie jego ostatnie wizyty były... łaskawe? To było z pewnością właściwe słowo.
Listopad zdawał się być już tak dawno i tak daleko - ale jednak pamiętali jego twarz. Mówił o tym Justine i Hesper, że go wtedy rozpoznali. Ten lęk, który go uderzał na tę myśl - czy rozpoznaliby go ponownie? Czy chcieliby ponownie go przytyrać po dziedzińcu, zadeptać i pobić brutalnie, może tym razem na zasłużoną już dawno śmierć?
Ale nie dopytywał. Wiedział, że nie powinien. Czasem tak było łatwiej, trzymać to w sobie jeśli się chciało. Zresztą, co miał jej poradzić? Jak pomóc? Nie potrafił - miał związane ręce.
- Jeśli rozmyje to znaczy, że się bawi z nami, nie tak? - odpowiedział miękko i naturalnie w świecie zagadek i może innej wrażliwości. Czy on miał inną wrażliwość? A może świat zmyślony był dla niego łatwiejszy? Może uśmiech był łatwiejszy niż płacz i smutek. Wiara w to, że deszcz mógł być zazdrosny była łatwiejsza niż zaakceptowanie, że było to zjawisko atmosferyczne.
Nie malował tak, nie w taki sposób - chociaż czasem o tym myślał. Ale teraz... nie był pewny. Nie cieszyło go to tak bardzo jak kiedy tworzył małe rysunki. A może powinno? Może po prostu sam nie potrafił się cieszyć? Tak szczerze i lekko jak zawsze to robił? Może jego pozytywne myśli wszystkie pozostały na dnie rzeki, która wyrzuciła go w zaspy śniegu na przełomie lutego i marca? Może sam już nie miał sił, łamał się w sobie i nie potrafił skupić na niczym co miało miejsce dookoła.
A jednak nie mógł tego dać po sobie poznać - nie chciał dać tego po sobie poznać.
- Nie... znaczy... tak, ale nie? Nigdy tak nie malowałem - przyznał, pozwalając Celine wspiąć się samej po schodach, chociaż obserwował jej ostrożne kroki i ruchy, jakby będąc w pogotowiu, gdyby jednak potrzebowała asysty. Nie chciał jej narzucać swojej pomocy, ale też i nie po to tutaj została, aby rzeczywiście móc jej pomóc. Nie po to, żeby...
- Wiesz, my tak tańczymy - powiedział, widząc jak gasła w oczach. Chciał... chciał, żeby nieco się uśmiechnęła? Rozweseliła? - To co poczujemy, do muzyki którą gramy. Tak tańczyliśmy wieczorami, wokół ogniska. Bawiąc się i śmiejąc, dzieląc wspólnym posiłkiem, który przygotowały nasze matki i ciotki, i siostry i żony, i kuzynki... - mówił wspominając jak to było jeszcze zanim rozdzielili się z rodzeństwem; jeszcze zanim wszystko zrujnował. - Nie musiało być doskonałe. Na pewno wiele razy nie było! Ale cieszyło... Zatańczyć po prostu z kimś, zaśmiać się wspólnie - wspomniał znów, odnosząc się do tego, co było kiedyś, za czym przecież czasem wciąż tęsknił. Wozami, muzyką, ogniskiem i ciepłym posiłkiem - wtedy było łatwiej. Ale czy byłoby wciąż? Wiedział, że wśród nich byli wtedy czarodzieje, ale również i mugole. Czy w obliczu wojny - w obliczu podróży między jednym, a drugim miejscem...
Czy tylko przyśpieszył los, który prędzej czy później miał się spełnić?
- To praca zbiorowa, razem z molami! - zaraz powiedział, siadając po przeciwnej stronie. Pochylił się nad prześcieradłem, łapiąc jego brzeg i zawijając do środka. - Patrz, widzisz tutaj? To kształt kwiatów, kiedy tak obrysujesz... A to tutaj łodyga - powiedział, wskazując na fragment, który dzięki zgięciu znów wyglądał jak jedna prosta linia. - Możemy później zszyć... Albo poprosić Sheilę, aby zszyła - zaproponował, tak naprawdę samemu nigdy wcześniej nie mając okazji do samodzielnego szycia. Wątpił, żeby dał radę z czymś podobnym - chociaż zdawało się to wszystko bardziej niż proste, kiedy widział jak babcia czy Sheila posługiwały się igłą i nicią.
- Będziemy się wymieniać... Oh, zobacz, a ta dziura tutaj? Może to pszczółka? Jeśli podłożymy pod to kartkę z czegoś... możemy to też zmienić w materiał i przyszyć później! Jak myślisz, kto spogląda zza tej dziury? Może żabka z niej wyskoczy, kiedy ją zaszyjemy nieco? - zaproponował, podnosząc się na moment z ziemi i sięgając po starą książkę, którą zabrał od człowieka z Walii. Wyrwał jedną z kartek, a po tym wyciągnął różdżkę i zaklęciem acus przemienił papier w materiał podobny do tego, z którego składało się prześcieradło.
- Spójrz, możemy coś namalować i na tym... i będzie spoglądać spod tej dziury. Co o tym myślisz? - zaproponował z uśmiechem, podając Celine fragment, o którym mówił.
Usiadł na nowo na ziemi, wyciągając nogi wzdłuż materiału. - Możemy się wymieniać stronami... - zgodził się, samemu chcąc zacząć od prostych plam na materiale, aby nadać całości kolorów.


Painted handprints / 30.03.1958 EbVqBwL
Thomas Doe
Zawód : Złodziej, grajek
Wiek : 21
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
Things didn't go exactly as planned
but I'm not dead so it's a win
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Painted handprints / 30.03.1958 AGJxEk6
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9764-thomas-doe?nid=5#297075 https://www.morsmordre.net/t9998-buleczka?highlight=Bu%C5%82eczka https://www.morsmordre.net/t9805-fircyk https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9797-skrytka-bankowa-nr-2234 https://www.morsmordre.net/t9798-thomas-doe#297380
Painted handprints / 30.03.1958
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach