Wydarzenia


Ekipa forum
I consider myself a reasonable mermaid
AutorWiadomość
I consider myself a reasonable mermaid [odnośnik]25.04.22 21:22

Lipiec 1941 roku, Wyspa Wight
- Mianuję was mężem i żoną! Możecie się pocałować. - Lady Margaret i lord Damien łączą się w pocałunku, nad którym wzdycham rozmarzona. To był ślub wszech czasów! Wielka miłość łączy dwa zwaśnione rody, Królestwo Syren i południową Francję. Para młoda odjeżdża w podróż poślubną powozem zaprzęgniętym w aetonany. Uśmiecham się triumfalnie, kiedy wpychając dwie porcelanowe lalki w zabawkową karocę, macham im na pożegnanie. Lady Margaret i lord Damien wyglądają na zadowolonych (choć próżno szukać na ich twarzach innych emocji), więc podnoszę się z miejsca, ciesząc z dobrze wypełnionego zadania.
- Teraz na całym świecie zapanuje pokój i miłość, koniec! - Kłaniam się nisko przed lustrem, trzymając w palcach brzegi sukienki. Zerkam kątem oka na odbicie, sprawdzając czy wyglądam odpowiednio dostojnie, jak na zakończenie tej niesamowitej opowieści. Nikt nie bije brawa, tylko namalowany na obrazie na przeciwko mojego łóżka psidwak merda ogonem, ciesząc się z finału pięknej opowieści (a raczej tak sobie mówię, bo i po co innego miałby się cieszyć?). - Dziękuję, Alfredzie, to dla mnie wielka nobilitacja - mówię, kłaniając się nisko przed obrazem. ”Nobilitacja”, uwielbiam nowe, poważnie brzmiące słowa, które sprawią, że dorośli zaczną mnie częściej dostrzegać. Moi rówieśnicy są wspaniali, chętnie rozmawiałabym z nimi częściej, ale mam wrażenie, że się stale rozmijamy. Oni bawią się, ścigają na plażę i pływają w morzu, podczas gdy ja zasiadam do kolejnej lektury, jaką podsuwa mi panna Rogers, moja guwernantka. Powtarza, że nie mogę tak często opuszczać swoich komnat, bo mnie przewieje, przeziębię się, dostanę kataru, kaszlu, szkorbutu, suchot i na końcu jeszcze umrę. Chyba boję się śmierci i nie chcę umierać. Nie, póki nie wyjdę za mąż, więc chowam się we własnym pokoju, czekając aż reszta dzieci wróci z zabaw, by posłuchać kto dziś dostał kamieniem w nos (zupełnym przypadkiem, aha, oczywiście), kto dalej cisnął kaczką na wodę, a kto zmoczył nogawki spodni.
Kto by pomyślał, że jestem taka grzeczna i posłuszna? Widzę w uśmiechu psidwaka (naprawdę się uśmiecha, czy tylko chcę go widzieć?), że zachęca mnie do opuszczenia komnaty - on już dobrze wie, że długo w jednym miejscu usiedzieć nie mogę, więc także puszczam mu oczko i ostrożnie uchylam drzwi, wychodząc na zewnątrz. Nudzę się, a więc idę tam, gdzie jest najwięcej dorosłych, którzy mogliby zwrócić na mnie uwagę. Mogę zatańczyć, zaśpiewać i powiedzieć wiersz, byleby mieć trochę towarzystwa, innego od porcelanowych lalek (kocham je, oczywiście, ale ileż można?!). Przechodząc korytarzem przy gabinecie pana ojca, podsłuchuję fragment rozmowy:
- Lord Greengrass, jest już? - słyszę głos ojca.
- Tak, udał się na wybrzeże. Posłać po niego? - odpowiada pan Levine, zaufany służący papy.
- Nie, niech przyjdzie jak już skończy.
Nie słucham już dalej, mknę korytarzem, ignorując zdumione spojrzenia zawieszonych w ciężkich ramach obrazów krewnych. Żaden ani myśli, by wszcząć alarm, uważając że to gestia guwernantki, by mnie pilnować. Czasem zatrzymam się przy cioci Tempest, by w tajemnicy zdradzić jej swoje plany, ale nie teraz, bo dziś nastał szczęśliwy dzień dla Evandry Lestrange - nowy gość w Thorness Manor! Cała aż drżę z ekscytacji, która nie pozwala mi się zatrzymać nawet na chwilę. Wymykam się ukradkiem, jednej ze służących unosząc ku ustom palec na znak milczenia. Wyda mnie? Bardzo prawdopodobne, ale nim mnie znajdą, będę już na plaży. Biegnę co sił, póki nikt nie widzi i nie może zwrócić mi uwagi. ”Panienkom nie można biegać, do nie przystoi! Zwolnij, bo złapiesz zadyszkę! Zatrzymaj się natychmiast, co mówił pan Vane?!”. Pan Ethan Vane to mój ulubiony uzdrowiciel, zawsze ciepło się uśmiecha i mówi mi “panno Lestrange”, co w jego ustach brzmi bardziej poważnie, niż w wykonaniu mojej guwernantki.
Na kilkanaście stóp przed celem zwalniam kroku, czując jak powietrze z trudem dociera do moich płuc. Biorę kilka głębszych oddechów i dalej ruszam już spokojnie, jak na damę przystało. Poprawiam brzeg letniej, błękitnej sukienki. W podobnym do niej kolorze panna Rogers zawiązała mi dziś kokardę na włosach, więc pomimo bucików oblepionych już mokrym piaskiem i mimo zaróżowionych policzków, prezentuję się dziś naprawdę godnie.
- Dzień dobry, sir - odzywam się od razu słowem powitania, dygając zgrabnie, choć zdecydowanie zbyt mocno, niż wymaga tego etykieta. - Czy syreny uraczyły już pana swoją pieśnią? - pytam z zainteresowaniem, używając ulubionego słowa matki “uraczyć”. Brzmi bardzo grzecznie i dystyngowanie; tak, jak powinna mówić każda dama. - Czasami przesiadują na skałach przez całe dnie, a czasem jest tu pusto, tak jak dziś. - Wskazuję ręką w stronę The Needles. - Wstydzą się obcych - dodaję teatralnym szeptem, kiwając głową z powagą. Życie syren nie ma dla mnie żadnych sekretów, każdego dnia przesiaduję na plaży i wypatruję charakterystycznego zmącenia fal. Ciekawostką rzucam tylko dlatego, że mam nadzieję, że tajemniczy lord Greengrass interesuje się syrenami i że w ten oto sposób zawiążemy przyjaźń na długie lata.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: I consider myself a reasonable mermaid [odnośnik]13.05.22 23:34
Przyglądał się przez magiczną lornetkę falom i skałom, starając się wypatrzeć odpowiednich sygnałów. Mimo swojego temperamentu był cierpliwy, a z pewnością cierpliwości nauczyły go pierwsze wyprawy i już kolejne miesiące skupione na pracy w Peak District. Wśród magicznych zwierząt, a w szczególności wśród smoków, czuł się jak w domu, choć dla wielu mogło to brzmieć niczym wyznanie szaleńca. Było w nich coś niezwykłego - coś urokliwego i onieśmielającego, jednocześnie majestatycznego, kiedy tak wzbijały się w przestworza, których były panami.
W wodach przy wyspie Wright jednak to syreny były władczyniami - i chcąc zbadać bliżej ich nawyki, postanowił zwrócić się z prośbą do rodu sprawującego opiekę nad tym niewielkim skrawkiem ziemi. Pogoda wcale go nie zrażała - wiatr czy chłód, choć musiał przyznać że było wyjątkowo ciepło jak na Anglię. Słońce nieśmiało wychylało się zza chmur, a na plaży głównie było słychać szum i trzask obijających się o pobliskie skały fal.
Mimo swojego głównego celu w jakim się zjawił na wyspie i w gościach - ubiór stanowczo świadczył o jego pochodzeniu, będąc po stronie tych elegantszych. Obserwacje syren wiązały się z innym ryzykiem niż obserwacje smoków - wszak nie było potrzeby, aby przy tych wodnych stworzeniach zabezpieczyć się przed oparzeniami jak w wypadku pracy w rezerwacie. Biała koszula, z rozłożystymi rękawami i ozdobnym, dwuwarstwowym żabotem, na której prezentowała się ciemnozielona kamizelka, na której wyszyte były jaśniejsze zielono-złote motyle, sugerujące dość jasno jego pochodzenie. Ciemne spodnie idealnie komponowały się z kamizelką, a brosza na żabocie była w kształcie motyla. Znajdująca się u jego boku niewielka, skórzana torba, pozwalała pomieścić mu najważniejsze potrzebne przedmioty do obserwacji jak lornetka czy notatnik i ołówek, a różdżkę trzymał wciąż ściśniętą w dłoni, nauczony ostrożności na każdym etapie.
Nie dostrzegał jednak stworzeń, które dzisiaj przybył obserwować - był pewny, że zrealizowanie celu nie mogło być proste, słysząc wiele opowieści na temat syren, jednak zawsze gdzieś z tyłu głowy pojawiała się nadzieja na łatwe osiągnięcie celu.
Nie dostrzegł początkowo młodej lady, która zdecydowała się go nawiedzić własną obecnością. Powoli jednak przesunął wzrok, opuszczając lornetkę, przez którą obserwował skały, na dziewczynkę. Nie mógł pomylić sposoby wysłowienia się czy ruchu dziecka z innym niż tym szlachetnie urodzonym - w końcu on sam wiedział jak silnie zasady etykiety są wpajane od najmłodszych lat na dworze.
- Dzień dobry, madame - zwrócił się do niej, zaraz delikatnie kłaniając, choć kątem oka już wodził za dorosłym, spod którego opieki młodociana lady musiała uciec. Nie potrzebował dzisiejszego dnia dodatkowych obowiązków - a w szczególności nie tych, które wymagały od niego sprawowania pieczy nad cudzymi dziećmi.
- Wierzę, że gdybym usłyszał pieśń syren, rozpoznałbym ją i zapadałaby w mojej pamięci, jednak zdaje mi się, że nie miałem jeszcze przyjemności, aby syreny się nią podzieliły z moją osobą - odpowiedział, wracając spojrzeniem do rumianej młodej lady. Może odruchowo pomyślał o tym, jak nieodpowiedzialnym było pozwalanie młodej lady na samotne przechadzanie się przy wodzie, w której znajdywały się syreny - zaraz jednak przypomniał sobie, że te nie stanowiły takiego zagrożenia jak smoki. Pamiętał sprzed kilkunastu lat panikę, kiedy przez nieuwagę i brak ostrożności jego brat został niemalże spalony żywcem. Wtedy też był to pierwszy raz, kiedy ujawniła się jego magia - a jednak serca im wszystkim szybciej zabiły na samą wizję, że mogli stracić brata, ich rodzice syna, a jeszcze inni kuzyna czy wnuka.
Mimo, że syreny nie przypominały w żadnym stopniu smoków - nauczył się poprzez obcowanie z tymi stworzeniami, że nie wypadało lekceważyć żadnych żyjących istot, a wszystkie były podobnie fascynujące. Chęć poznawanie ich i nauki na ich temat przywiodła go właśnie tutaj - na plaże Wright, do rodziny zaprzyjaźnionej właśnie z syrenami.
- Dobrym nawykiem jest nie zdradzanie siebie i swych sekretów przed obcymi, a jednak zaliczam się do tej grupy. Mam nadzieję, że ich brak dzisiaj na skałach nie sprawia zawodu i dla ciebie - powiedział, zatrzymując wzrok na ubranej w letnią sukienkę dziewczynce, po tym znów przenosząc wzrok na otaczające ich tereny plaży.
- Wierzę, że twój opiekun powinien znajdywać się nieopodal? Eskortuję cię do niego, jeśli tylko pamiętasz kierunek, w którym ostatni raz znajdywał się w zasięgu wzroku, madame - zaproponował, w duszy już nie mogąc się doczekać, aby pozbyć się nieproszonego podczas jego obserwacji gościa - a jednak nie wypadało pozostawić młodej damy samotnie tutaj na plaży.
Wyciągnął dłoń do małej lady.
- Wierzę, że nie mieliśmy jeszcze przyjemności, a pewniej jest znać imię towarzysza, lord Elroy Eliah Greengrass - przedstawił się bardziej dla własnego komfortu niż tego dziewczynki - choć zastanawiał się czy nikt jej nie nauczył, aby nie niepokoić gości Thorness Manor. Sam nie wyobrażał sobie zaatakować w podobny nieproszony sposób własną obecnością gości swojego ojca, nawet w wieku w którym się znajdywał, a cóż dopiero te kilka czy kilkanaście lat wcześniej! Wiek dziewczynki wciąż stanowił dla niego zagadkę - potrafiła już chodzić i wyraźnie mówić, jednak z faktu, że lipiec nie był miesiącem, w którym dzieci uczęszczały do szkoły, zakres wieku młodej lady było ciężej zawężać. Była młodsza niż jedenaście lat? A może już dawno otrzymała list z zaproszeniem do szkoły magii i czarodziejstwa?




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: I consider myself a reasonable mermaid [odnośnik]02.06.22 18:49
Konsternacja i niepewność gościa nie są dla mnie dostrzegalne, uprzejmość biorę za zachętę do dalszej konwersacji. Niegrzecznie byłoby teraz odejść i zostawić go samego, prawda? Tu, nad brzegiem morza, bywa czasem niebezpiecznie i nie chcę, by cokolwiek mu się stało, zwłaszcza jeśli nie bywał wcześniej w tych okolicach.
- Ależ skąd, widujemy się bardzo często. Może jak zobaczą, że jesteśmy tu razem, to uznają cię za mojego towarzysza i ośmielą się podpłynąć. - Choć doświadczenie pokazało, że założenie to nie jest zgodne z prawdą, to moja niezachwiana wiara nie pozwala mi powiedzieć inaczej. Obecność syren zachwyca mnie za każdym razem, ich błyszczące w słońcu łuski i brzmienie melodyjnych głosów. Lubię także spoglądać na reakcje tych, którzy widzą je po raz pierwszy w życiu, jak dech zapiera w piersi, mowa utyka w gardle, a powieki nie chcąc zamknąć się w mrugnięciu nawet na ułamek sekundy w obawie, iż magiczne istoty prędko znikną, okazując się wyłącznie snem.
Dopiero teraz, mając go wręcz na wyciągnięcie ręki, mogę lepiej przyjrzeć się barwnemu strojowi i zachwycić się misternymi wzorami. Haftowane, zielono-złote motyle zdają się ruszać na materiale eleganckiej kamizelki, nadając czarodziejowi dostojnego, ale i artystycznego charakteru. Jego artyzm różni się jednak od tego, który przelewa się korytarzami Thorness Manor, ma w sobie lekkość, jakiej próżno szukać w sali wypełnionej potężnymi, złotymi ramami obrazów. Motyli Książę, tak chcę go nazwać i tak też będę do niego mówić. W myślach, oczywiście, by nie speszył się nadto bezpośredniością, nie każdy potrafi przyjmować komplementy, zwłaszcza dorośli. Peszą się wtedy, oblewają rumieńcem, niektóre matrony machną tylko ręką, jakby bagatelizując zarówno swoje umiejętności (gdy chwalę śpiew, malarstwo czy wiedzę), jak i urodę (gdy wspominam suknie lub biżuterię). Panna Rogers powtarza, że lady powinna być skromna, ale czy skromność musi oznaczać wstyd? Uwielbiam, gdy komplementują mój śpiew oraz grę na harfie, w naukę wkładam wiele pracy, chcę żeby była doceniona, czy inni nie chcą zostać zauważeni?
O tym, że motyl jest symbolem Greengrassów słyszałam podczas jednej z lekcji z guwernantką, gdy zajmowałyśmy się heraldyką. Poza tym niewiele wiem na ich temat przez wzgląd na to, że przedstawiciele ich rodu rzadko kiedy bywają w Thorness Manor, bynajmniej w moim towarzystwie. Nie mogę się już doczekać, aż poznam wszystkich szlachetnie urodzonych czarodziejów, dlatego też staram się wykorzystać każdą okazję na zamianę kilku słów. Dotąd nikt nie nazwał mnie niegrzeczną, wszak wystarczy szeroki, uprzejmy uśmiech i wnet każdy zapomina o wszelkim nietakcie. Obecnie wierzę, że to za sprawą ich uprzejmości i dobroci oraz sile grzeczności, prawdę o ludzkiej słabości poznam dopiero za kilka lat.
Uśmiecham się jeszcze szerzej, szczerze zadowolona, że lord Greengrass mówi mi “madame”. Wiem, że tak mówi się tylko do starszych oraz tych zamężnych czarownic, ale nie mam się o co obrażać, widząc że nowy towarzysz naprawdę mnie szanuje i docenia. Celowo ignoruję pytanie o opiekuna, nie widząc powodu, dla którego należałoby przejmować się panną Rogers, zwłaszcza że do zamku jest zaledwie kilka kroków. Jeśli guwernantka spostrzeże moją nieobecność, na pewno będzie wiedzieć, gdzie jestem, od razu kierując się na wybrzeże. Albo do bawialni. Albo pokoju muzycznego. Lub biblioteki… W porządku, jako wszechstronnie uzdolniona młoda dama rzeczywiście mogę być wszędzie, oddając się nauce, lekturze bądź zabawie, ale kiedy wszystkie inne miejsca zawiodą, z łatwością domyśli się, że chodzi o spotkanie z syrenami.
- Witam na Wyspie Wight, lordzie Greengrass. - Wyciągam rękę, delikatnie ujmuję jego dłoń - nie dlatego, że się wstydzę, a dlatego, że nie mam siły do prawdziwego uścisku - zresztą inaczej młodej lady nie wypada, prawda? - Lady Evandra Guinevere Lestrange - przedstawiam się, zgrabnie akcentując głoski francuskiego pochodzenia. - Papa prosi, byś pomówił z nim po skończonej pracy - interpretuję podsłuchane słowa pana ojca, które ten kierował do pana Levine. Służący pewnie wkrótce do nas dotrze, by samodzielnie przekazać prośbę lorda Lestrange, więc by nie tracić czasu, jaki nam pozostał, płynnie przechodzę dalej:
- Czym jest przedmiot twoich badań? - pytam od razu, żywo zainteresowana tym, co Motyli Książę odnajduje jako fascynujące na The Needles. Przewieszona przez ramię torba świadczy, że nie ma ze sobą sprzętu do pływania, dodatkowych butów czy stroju kąpielowego. Skoro tak, musi być obserwatorem i teoretykiem, bądź dopiero przygotowywać się do wykonania kolejnego kroku. Czy można go jakoś ośmielić i zachęcić? Stawiam kolejne kroki na piaszczystej plaży i podchodzę bliżej tafli wody. Fale nie są na tyle silne, by zmoczyć mi pantofle, ale wcale się tego nie obawiam, bo choć są ładne, to nie należą do moich ulubionych. - Chętnie pomogę - deklaruję odważnie, mimo iż nadal nie wiem jak taka pomoc mogłaby wyglądać. Odwracam twarz w kierunku lorda Elroya i z szerokim uśmiechem staram się go zachęcić do zaufania mi. Na całej plaży jesteśmy tylko on i ja, a tak się składa, że w pomaganiu innym nie mam sobie równych.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: I consider myself a reasonable mermaid [odnośnik]11.07.22 23:46
Nie był nader zaskoczony, że lady Lestrange, mimo swojego wieku, miała do czynienia z syrenami - czy były dla niej tym, czym były dla niego smoki? Czymś niezwykłym i niewyobrażalnym dla wielu, a codziennością dla niego? Widział je od najmłodszych lat, pamiętał dokładnie te momenty, w których widział ich brutalność i agresję, choć zawsze z odpowiedniej odległości i przypadkiem. Wiedział, że niektóre widoki nie były przeznaczone dla jego oczu, a jednak natura była dzika i bezwzględna, podobnie jak te niebezpieczne magiczne stworzenia.
Ale czy to tworzyło ją złą? Kiedy innym razem obserwował jak młode smoki rozpościerają pierwszy raz skrzydła, wbijając się w lot, który miał być dla nich początkiem wielu podróży w przestworzach. Były niezwykłe, majestatyczne i władcze; niewzruszone ludzkim losem i wypadkowymi wojen.
- W takim wypadku powinienem podziękować za obecność lady u mojego boku i mieć nadzieję, że rzeczywiście zjawią się na brzegu czy skałach syreny - przyznał, obserwując uważnie małą lady. Nie był pewny jak powinien ją traktować, czy jak się zachować w jej obecności - zwykle przez sam fakt, że nie uważał, aby było odpowiednim żeby ta sama wędrowała po brzegu morza. Wody, choć zdające się teraz spokojne i bezpieczne, był pewny że było to zwodnicze założenie.
Derby nie było nadmorskim miastem - a nawet hrabstwa znajdujące się pod panowaniem jego rodziny wcale nie miały dostępu do dużej ilości wód, a jeśli już to były to rzeki i jeziora, a nie morza i oceany. Choć bryza rzeczywiście mogła być niezwykle orzeźwiająca.
Przesunął ponownie wzrokiem po okolicy, poszukując kogoś odpowiedzialnego za zgubę z Thorness Manor - guwernantki, służby, jednej z lady, która może spacerowała z najmłodszymi po plaży? Jednak nie było śladu po nikim podobnym. Dopiero dźwięk słów młodej lady Lestrange przykuł ponownie jego uwagę.
Uśmiechnął się do niej delikatnie, ujmując jej dłoń i pochylając się w geście, który sugerował ucałowanie jej dłoni - choć elegancko zatrzymał wargi tuż nad nią, nie stykając się ze skórą młodej lady, bo w końcu nie było to na miejscu. A jednak, skoro zainicjowała powitanie, powinien to uszanować.
- Bardzo miło mi poznać tak dobrze wychowaną lady Thorness Manor, nie spodziewałbym się niczego innego po córach Lestrange - zwrócił się do niej elegancko, chwilę przyglądając się jej uśmiechowi. Była czarująca - zdawała się również być chorowita. Przywodziła w tej delikatności Delilah, która ostrożnie przemieszczała się po korytarzach ich rodzinnej rezydencji. Były podobne, a jednocześnie tak różne - nie był jedynie w stanie wskazać dokładnie, co było tego przyczyną.
Otrząsnął się jakby dopiero po chwili, słysząc jej słowa.
- Naturalnie, zjawię się w gabinecie lorda, kiedy tylko zakończę moje obserwacje - potwierdził, choć bardzo słowa młodej lady go zdziwiły, czego postarał się nie pokazać po swojej ekspresji, odrywając wzrok od jej dziwnie przyciągającej aparycji, znów kierując go po okolicy, a w końcu i na fale, prostując się i nieco odsuwając.
- Przedmiotem są magiczne stworzenia, a w tym wypadku, syreny żyjące w wodach otaczających Wight, choć nie jest to dokładne pole, w którym pracuję nad uzyskaniem specjalizacji - wyjaśnił spokojnie młodej lady, obserwując jak ta zbliża się do fal obmywających brzeg, a które nie dotykały jej pantofli.
Po dłuższym zastanowieniu postanowił ostrożnie kucnąć, będąc zainteresowanym czy z tej perspektywy dziecięcej można było dostrzec więcej w wodzie - może syrenie ogony, może światło powinno się odbijać w zupełnie inny sposób niż robiło to teraz?
Przesunął znów wzrok na jej uśmiechniętą buzię - wciąż nie będąc pewnym czy nie powinien od razu odprowadzić jej z powrotem w stronę rezydencji. Tak powinno być bezpieczniej, choć ile razy to on plątał się pod nogami gości własnego ojca czy pracowników rezerwatu, kiedy tylko zjawiał się w oranżerii lub bibliotece, chcąc usłyszeć jeszcze więcej o smokach i tym, co działo się w Peak Distrcit? - W takim wypadku, jeśli pomoc została mi zaoferowana, niekulturalnym jest, aby jej odmówić, prawda? - odpowiedział, posyłając delikatny uśmiech. Zawsze był ostrożny w ekspresjach, którymi się dzielił - i wciąż nie był pewny, jak miał zachowywać się w obecności, nawet jeśli młodej lady, to wciąż dziecka. Nie był w końcu opiekunem, nie zwykł do tego aby sprawować pieczę nad latoroślami. I żałował, że w okolicy nie było żadnego dorosłego, któremu mógłby przekazać podobny obowiązek. Nie mógłby również pozostawić dziewczynki samej na plaży, nawet jeśli był wręcz przekonany co do faktu, że ta mogła znać to miejsce znacznie lepiej niż niektórzy z dorosłych, zamieszkujących rezydencję.
Jeśli zawędrowała tutaj sama, mogło to świadczyć o jej zafascynowaniu przyrodą, a może również i magicznymi stworzeniami? Może rzeczywiście towarzystwo młodej lady mogło być w rzeczywistości zbawieniem, a nie przekleństwem spadającego na jego barki dodatkowego obowiązku?
- Może jest miejsce, w którym często syreny się zjawiają? - zapytał, ostrożnie przenosząc wzrok z fal na dziewczynkę. - Miejsce, które syreny lubią, lady Evandro? - dodał po chwili, bo w końcu czasem coś podobnego mogło otworzyć wiele przejść. Może gdzieś w okolicy była jaskinia, lub skały, na których te stworzenia lubiły spędzać czas, kusząc na zatracenie mieszkańców?




Hope's not gone
Elroy Greengrass
Zawód : Smokolog w Peak District
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
I won't talk myself up, I don't need to pretend
You won't see me coming 'til it's too late again
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t10916-elroy-greengrass#332716 https://www.morsmordre.net/t10962-obsydian#334127 https://www.morsmordre.net/t10970-elroy-greengrass#334429 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10963-skrytka-bankowa-2372 https://www.morsmordre.net/t10961-elroy-greengrass#334126
Re: I consider myself a reasonable mermaid [odnośnik]11.08.22 13:10
Lord Greengrass może pewnie myśleć, że skoro jestem dziewczynką, to z dołu nie widzę jak tak wodzi wzrokiem po zieleni terenów, miast po spienionych falach. Sprawdza zapewne czy nie podąża za mną nikt dorosły i wkrótce na horyzoncie wyłoni się panna Rogers, domyślając się gdzie zniknęłam, ale teraz wiem, że mamy jeszcze chwilę, a tą zamierzam wykorzystać do cna. Nie mówię więc nic w tym temacie, bo wiem, że kiedy o tym wspomnę, to będzie pytać, czym tylko zniszczy nam naukowy nastrój. Tak, naukowy! Bo przecież mówimy o badaniach nad syrenami, a to o wiele bardziej istotna kwestia, niż ślub lady Margaret i lorda Damien.
Kiedy lord Greengrass ujmuje moją dłoń czuję się prawdziwie wniebowzięta - wie jak traktować damę! Chciałabym, by moje policzki skąpały się w rumieńcu, tak jak to pojawia się u innych dziewcząt, bohaterek lektur, czy u mojej młodszej kuzynki Cordelii Malfoy. Serpentyna szczędzi mi takich uroków, prawdziwie rzadko się rumienię, tylko w złości, albo w wielkiej ekscytacji.
- Nie? - dziwię się od razu skąd u lorda chęć zgłębiania tajników syren, podczas gdy przyznaje się właśnie do osadzenia zainteresowań w innym miejscu. - A co jest twoją specjalizacją? - Jakie inne magiczne stworzenia mógłby zgłębiać? Hippokampy? Druzgotki? A może trolle rzeczne?
- Naturalnie! - przytakuję ze skinieniem głowy, może nieco zbyt radośnie, niż wymaga tego kontekst. O syrenach wiem więcej, niż niejeden mieszkaniec Anglii, więcej niż przeciętni czarodzieje, a także więcej, niż wszyscy moi kuzyni razem wzięci. Może i uczą się pływania, może i znają się na szermierce. Może odpowiednia literatura podsuwana jest im pod nos, ale kto wyciąga z niej prawdziwie potrzebną wiedzę? Nie muszę chyba na głos podkreślać, że ja? - Proszę ze mną, sir. Wszystko pokażę - oferuję się uczynnie, bo w istocie lord Greengrass nie mógł trafić na lepszego przewodnika. Gaspard o syrenach nie wie nic, zresztą podobnie co Octavia. Może Cyrille opowiedziałby wszystko lepiej, ale w każde spędzane na Wight wakacje przesiaduje w stajni wśród hippokampów. Poza tym słabo mówi po angielsku - czy lord Greengrass mówi po francusku? Kusi, by chwycić jego dłoń i pociągnąć na spacer wzdłuż wybrzeża, ale nie jest ani papą, ani Francisem, ani także panną Rogers, pewnie by się obruszył. Kiwam więc tylko głową w stronę skał i zarazem ruszam przed siebie, upewniając się tylko, że nasz gość podąża w krok za mną.
Słońce unosi się wysoko, kąpiąc policzki w swych promieniach. Wszyscy wokół powtarzają, że nie powinnam spędzać tyle czasu na słońcu, bo co, jeśli skóra zbrązowieje i będzie wyglądać jak pomarszczona oliwka (nie wspominając, że mnie przewieje, przeziębię się, dostanę kataru, kaszlu, szkorbutu, suchot i na końcu jeszcze umrę)? A to przecież nie przystoi damom, nawet lady Georginie, bo chociaż ma chyba ze sto lat i jej twarz przypomina mopsa, to wciąż jest szlachetnie blada. Może dlatego, że nigdy nie opuszcza murów pałacu, a może też dlatego, że tak jak ja ma serpentynę?
”Ne mondj ekkora hülyeséget”, mówi wtedy mama, używając trytońskiego jak zawsze wtedy, gdy chce mnie zganić. Powtarza też, że zarówno w angielskim, jak i francuskim brakuje słów, którymi mogłaby odpowiednio wyrazić swoją dezaprobatę, a ja jej wierzę. Jeśli kiedykolwiek zostanę zmuszona, by przekląć, to tylko językiem syren. Co do lady Georginy, mama mówi też, że to nie starość, a zgryzota i brak życia w miłości - i w to też wierzę. Złożyłam samej sobie przysięgę, że przenigdy nie wyrzeknę się miłości i będzie ona we mnie wszechobecna.
- Na wschodnim wybrzeżu pojawiają się bardziej licznie, na łowy, oczywiście - mówię, chcąc w kilku słowach wprowadzić lorda Elroya w interesujący go temat. - Tamtędy prowadzi szlak z Francji, płynie tam wiele statków. Trudniej je wtedy znaleźć, bo się pilnują i nie wypływają na powierzchnię bez przyczyny. Papa mówi, że naszych statków nie atakują, bo mamy pakt. Ja sądzę, że po prostu są miłe. Czy jakbyśmy się nie lubili, to czy Keto uczyłaby mnie śpiewu? - pytam, choć nie oczekuję odpowiedzi, bo dobrze wiem, że mam rację. Z Keto nie widujemy się od dawna, już przyznała, że jestem bardzo utalentowaną czarownicą. W śpiewie, oczywiście, bo nie korzystam jeszcze z różdżki. Mama prosiła ją, by udzielała mi lekcji i jestem wprost nimi oczarowana! Zupełnie inaczej, niż z panną Rogers czy nauczycielem muzyki panem Pichardem, ale o tym innym razem. - Czasami wychodzą na brzeg tuż przy smoczym cmentarzu, choć tam mniej tłumnie. Na ziemi są bardzo ostre skały, więc ranią ich ogony. Ja im się nie dziwię, sama idę tam tylko w pantoflach. Ty też chyba nie biegasz boso po skałach. Czy bieganie w ogóle przystoi lordom? - pytam nagle, przerywając swój wywód. Wielokrotnie widzę swoich kuzynów, którzy biegają, choć opiekunki wołają za nimi, że tak nie wolno, bo nie przystoi. Wiele rzeczy jednak młodym nie przystoi, a na które dorośli sobie pozwalają - chociażby kieliszek wina do obiadu, bądź długie przesiadywanie w bawialni z gośćmi - czy bieganie podchodzi pod jedną z tych zasad?



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
I consider myself a reasonable mermaid
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach