Wydarzenia


Ekipa forum
[sen] księżniczka na wieży
AutorWiadomość
[sen] księżniczka na wieży [odnośnik]05.05.22 14:31
Wszystko spowijała mgła.
Nieprzyjemna, bladoszara, nie mająca w sobie niczego z fascynującego głębią mroku czarnomagicznego bytu, jakim władała - przypominała raczej lepki, pajęczy całun, przesłaniający widok, utrudniający zaczerpnięcie oddechu, kładący się cieniem na ostatnich rozkosznych doświadczeniach. Zasypiała, pogrążając się w tej wrogiej miękkości, a gdy się obudziła: znajdowała się w zupełnie innym miejscu, szarość ustąpiła ostremu promieniowi słońca, a rzeczywistość sennej marze, utkanej z najgorszych przewidywań.
Pokonano ją. Nie pamiętała jak, ale wiedziała, że stało się to, co najgorsze, najbardziej upokarzające. Obława Zakonu Feniksa, krzyki, inkantacje, świszczące promienie zaklęć, powietrze aż skwierczące od magii. Wściekłość zalewająca ją razem z krwią, obcą, własną; dziwne, obydwa strumienie wyglądały tak samo, mimo różnicy w czystości. Metaliczny posmak szybko zgasł w płomieniach ostrej woni porażki. Było ich więcej, nie dała im rady, nie w pojedynkę, zaskoczona; udało się jej zadać śmiertelny cios dwójce czarodziejów, nie pamiętała, czy na ziemię padł rudawy zdrajca Fox, Percival czy może jakieś Weasleyowe szczenię; to nieistotne, ostatnie, co zapamiętała przed utratą przytomności, było bolesne poczucie pustki. Odebrano jej różdżkę, zitanowe drewno, symbol mocy, ucieleśnienie potęgi - i to jej brak doskwierał jej w ciągu ostatnich godzin przytomności najokrutniej.
Ocknęła się w wieży, surowo wykończonej, zimnej, lecz wyposażonej w twarde łóżko, pusty stolik i kilka obrazów; ot, luksusowa cela, być może na szybko przystosowana do przyjęcia nietypowego gościa. Deirdre rozglądała się po wnętrzu skołowana i obolała; połatano ją, odruchowo sięgnęła do brzucha, który rozcięła mocna klątwa Greengrassa. Po głębokiej ranie została tylko blizna, a po eleganckiej, drogiej kreacji tylko wspomnienie; najwidoczniej uzdrowiono ją byle jak i przebrano ją w prostą czarodziejską suknię. Wspaniałomyślna łaska wroga, dbającego o to, by branka nie wykrwawiła się zanim zostanie wykorzystana ; wzruszyłaby się, gdyby nie pulsujący ból głowy oraz ten gorszy - cierpienie powracającej świadomości, punktującej konsekwencję porażki. Chwiejnie wstała z łożka, przeczesując posklejane krwią włosy drżącą dłonią, po czym ruszyła na obchód swojej wieży. Szukała możliwości ucieczki, przesuwała obdartymi opuszkami palców po okuciach okna, krawędziach murów, framudze drzwi, sięgała za obrazy - jeden z nich był wyjątkowo kiczowaty, półnaga Afrodyta wyłaniająca się z piany; pech czy przeznaczenie? - lecz nie znalazła nic, co mogłoby jej pomóc.
Wtem - po kwadransie? minucie? godzinie? - słyszała skrzypnięcie drzwi, odruchowo sięgnęła za pas pończoch, chcąc wyszarpnąć zza niego różdżkę, lecz palce natrafiły tylko na zgrzebny materiał bielizny. Ponownie zalała ją złość, gorycz, ostateczna furia; odebrano jej różdżkę, fioletowe drewno zniknęło w szlamich dłoniach. Jak mogła się z tym pogodzić? Moment, w którym pozbawiono ją możliwości czarowania napełniał ją okrutnym bólem - mniej cierpiała, otrzymując kolejne obrażenia w wyniku silnych uroków, od zaklęć, które doprowadziły ją do utraty przytomności, godności - a przede wszystkim tego, co stanowiło o jej istnieniu. Była Śmierciożerczynią, czarnoksiężniczką, oddała mrocznej magii swą duszę - a teraz, nie mogła z niej skorzystać. I ukarać pojawiającej się na progu arystokratki tak, jak na to zasłużyła, spółkując ze szlamolubnym zdrajcą. Przemknęła wzrokiem po sylwetce lady, po czym powróciła do kontemplacji obrazu Wenus. Wolała patrzeć na tę dziwkę niż na tą, która szczyciła się mianem lady.
- Interesujący wybór - stwierdziła obojętnie, w ramach przedłużenia powitania, obserwując obraz Wenus; w końcu odwróciła się jednak w stronę lady Mare, mierząc ją spokojnym spojrzeniem. Odważnie. Przychodziła do klatki lwicy i choć pozbawiona różdżki Śmierciożerczyni nie stanowiła już ostatecznego zagrożenia, i tak pojawienie się czarownicy bez uzbrojonej po zęby obstawy mocno ją zdziwiło.
- Lady Mare - powitała ją, przy pierwszym słowie wykrzywiając usta w grymasie specjalnie nieukrywanego obrzydzenia. Ta ruda kurwa nie zasługiwała na miano damy, na władanie tymi ziemiami, na kumulowanie w swych żyłach szlachetnej krwi. Zdradziła swoich przodków, magiczną tradycję, a także przyszłość swych dzieci. Jeśli Zakon Feniksa wygra: będą tarzały się w błocie ze szlamem, niczym świnie, pozbawione możliwości sięgania po wielkość. - Powiedziałabym, że cieszę się na lady widok, ale nie przywykłam do serwowania kłamstw - kontynuowała tonem zaskakująco melodyjnym, uprzejmym, prawie przyjacielskim - gdyby nie lodowate, martwe i w swej pustce przerażające spojrzenie czarnych oczu. Źrenice na dobre zlały się z tęczówką, a koci kształt oka podkreślał tylko zjadliwą żmijowatość spojrzenia. - Nie traktujecie chyba gości zgodnie z protokołem, prawda? Ale czegóż spodziewać się po miłośnikach szlamu... - westchnęła cicho, nonszalanckim gestem wskazując na pozbawioną dywanu podłogę, niewielkie okna, zakurzone obrazy i brak jakichkolwiek ozdób. O nieobecności wina i francuskich przekąsek nie wspominając. - To nie lady męża przedwczoraj pozbawiłam życia, prawda? - zapytała nagle z udawanym, sarkastycznym niepokojem, podnosząc posiniaczoną dłoń do ust, jakby właśnie przypomniała sobie popełnione na ważnym balu faux pas. Wiedziała, że nie, że Elroy żył; nie, inni padli na ziemię bez życia, zmieceni szmaragdową klątwą, lecz Greengrass ustał na własnych nogach. I to on ostatecznie ją pokonał. - Cieszę się, że lady mnie odwiedziła, ale wolałabym porozmawiać z kimś ważniejszym. Decyzyjnym. Nie z panią domu. Chyba, że pojawiła się tu lady by pokazać mi swoje dzieci, chętnie się z nimi zapoznam - kontynuowała nonszalanckim tonem, prawie tak, jakby ona sprawowała tutaj władzę, jakby miała nad czymkolwiek kontrolę. Nie miała, nie wiedziała, co ją czeka, czy ktoś ją szuka - i jak może wydostać się z tej przeklętej pułapki. Na razie była zbyt zmęczona i skołowana, by próbować wymyślić jakikolwiek plan; zdławiła panikę, stłumiła wściekłość; zamierzała grać na czas, nie dając się ponieść histerii. Wyjdzie z tego cało, musiała; dla Czarnego Pana, dla Tristana, dla dzieci, ale i dla dobra czarodziejskiego świata, który musiała ochronić przed terrorystami pokroju męża Greengrassówny.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]02.07.22 13:41
Wrócę do ciebie, najdroższa. Obiecuję.
Słowa najdroższego Elroya, ciepło jego warg na jej knykciach, gdy pocałunkiem przypieczętowywał obietnicę. Powietrze drżało od nerwowości, od kotłujących się emocji, ale chyba przede wszystkim od strachu. Miejsce lady Greengrass było przy boku jej męża, lecz nie wtedy, gdy ten wychodził w bój — w takim wypadku role, które na siebie przybrali, wyznaczały cel ich działań. Mąż walczył, walczył o lepsze jutro, o przyszłość dla swej rodziny, o każdy, nawet jeden dzień, który mógł wyrwać z rąk przeznaczenia, z rąk śmierci, o każden jeden gram zasług, zwycięstw, które mogły przechylić szalę na ich korzyść. Na korzyść Zakonu Feniksa, na korzyść dobra, wszystkiego, co szlachetne i wielkie. Jej celem było zapewnienie bezpieczeństwa — tego bezpośredniego, najpilniejszego — ich dzieciom. I sobie, w drugiej kolejności. Na pierwszym planie zawsze pozostawała trójka maluchów. Czteroletnia już Saoirse o bystrym spojrzeniu, w manierze przejętej od ojca próbująca dociec prawdy zawsze i wszędzie oraz dwóch niemal rocznych chłopców o czarnych włosach Greengrassów, nieodrodnych synów swego ojca. Nie odstępowała ich na krok, czujna i cierpliwa w ciągnącym się zagrożeniu, w rosnącej gdzieś w dole brzucha niepewności, w jeszcze silniejszej wierze — wszystko musiało się bowiem udać, jej mąż był słownym czarodziejem, musiał wrócić do domu.
I wrócił. Słodycz triumfu mieszała się z zapachem śmierci, kilkoro ludzi poległo, ale odeszli jak bohaterowie. Kolejny wielki krok do przodu, wśród osobistych tragedii. Poświęcenia były konieczne, bez nich dają się zepchnąć poza margines, ale nie mogli przecież oddać nawet skrawka pola. Musieli przeć przed siebie, wykorzystać wszystko to, co mieli, wreszcie wymierzając sprawiedliwość. Słysząc o pochwyceniu jednej z nich — czarnoksiężniczki, Śmierciożerczyni osobiście namaszczonej przez Czarnego Pana — nie czuła wcale olbrzymiej ekscytacji. Obecność czarnej magii, osób skażonych jej podłym działaniem, nawet jeżeli pozbawieni różdżki byli zdecydowanie mniej niebezpieczni, nie sprawiała, że myśl o ich bliskim sąsiedztwie (areszt to nie wakacje, lecz Mericourt otrzymywała zdecydowanie lepsze warunki od tych, które jej pobratymcy ofiarowywali tym, którzy mieli nieszczęście trafić do któregoś z ich więzień) stawała się spokojniejsza.
Strach nie miał jednak siły powstrzymać serca pełnego nadziei.
Postanowiła złożyć jej wizytę. Obowiązki damy wychodziły daleko poza przyjętą przez gawiedź, rozbudowaną rolę pani domu.
I choć towarzyszyło jej — jak zwykle — dwoje czarodziejów z przypinką w kształcie motyla o skrzydłach czarnych na górze i zielonych na dole, gdy rozległ się charakterystyczny dźwięk opuszczanych na moment magicznych zabezpieczeń miejsca odosobnienia, w drzwiach stanęła samotnie. Rude włosy zamknięte zostały w strojnym upięciu, którego przygotowanie zajęło pewnie sporo czasu którejś ze służek. Sama lady Greengrass na tę okazję przywdziała suknię w kolorze zgaszonej zieleni, zdobną w srebrny pas, na którym również zieloną nicią wyszyto motyle w locie. Srebrne kolczyki, kolia i kilka pierścionków na palcach dopełniały strój, nieistotny przecież w dużej mierze, bo to nie o modzie przyszła rozmawiać, a o... Obrazach?
— Nietrafione prezenty zdarzają się każdemu — odparła niewzruszona, bo tym właśnie był ten pokraczny — jej zdaniem — obraz. Wszelkie dzieła, których widoku nie mogła znieść, kazała przenieść w inne miejsce, w którym nie będą kłuły w oczy. Nie spodziewała się jednak, że jej życzenie zaprowadzi je do celi w jednej z wież, ku marnej pociesze madame Mericourt.
Skupiła na niej swe spojrzenie, gdy ta pomimo swej egzotycznej urody wolała być raczej dokuczliwa i zupełnie niesympatyczna. Prosta zagrywka, podobnie jak ton, którym wypowiadała jej tytuł. Nic, czego nie słyszała już wcześniej, nic, czego nie mogła spodziewać się po zamkniętej w klatce kobiecie. Jednakże, żeby wyprowadzić lady Mare z równowagi, potrzebne było coś mocniejszego, coś czego — na tę chwilę — Deirdre jeszcze nie mogła posiąść.
— Madame Mericourt. Z domu Tsagairt, o ile mnie pamięć nie myli — to przerażające, ile było na świecie osób gotowych do sypnięcia nazwiskiem, dawno porzuconym w zapomnieniu wspomnieniem, a to wszystko za kilkanaście sykli. Dalsze słowa Deirdre przyjęte zostały z uprzejmym, wyuczonym uśmiechem, który nie sięgał jednakże do oczu Greengrass. W powietrzu wisiała atmosfera zupełnej powagi, Mare nie mogła — i nie chciała — traktować aresztowanej z pobłażliwością, ze źle wykalkulowaną bagatelą. Wściekły pies próbował gryźć nawet z wybitymi zębami. — Doceniam szczerość. Zapewne spodziewa się madame, że to samo ucieszy sąd wojskowy, który zbierze się za trzy dni — losy Deirdre nie zależały przecież od panów Derby, a przynajmniej niezupełnie. Zresztą, przywykli do połączenia polityki z prawem Greengrassowie nie mogliby odmówić sprawiedliwego procesu, postąpić tak, jak robili to ich przeciwnicy. Każdy miał prawo do obrony, choć zdroworozsądkowo wszyscy wiedzieli, jaki wyrok zapadnie. Trudno było przecież obronić się przed zarzutami, przed kumulacją zarzutów, która i bardziej oddalone pionki Czarnego Pana prowadziła na szafot. Mroczny Znak znajdujący się na ramieniu czarnoksiężniczki wystarczał, by wiedzieć, że jej dusza była już przegniła na wskroś.
Uśmiech sięgnął oczu, dopiero gdy padły słowa o protokole.
— Gdybyśmy traktowali madame zgodnie z protokołem, musielibyśmy sięgnąć do zasady wzajemności — zieleń spojrzenia nie uciekała przed żmijowatością tego zupełnie niemal czarnego. Mare mówiła spokojnie i pewnie, może nawet drażniąco, z dłońmi ułożonymi, prawie że skromnie na podołku. Prawie — bowiem dalej eksponowały biżuterię, a nieustępliwe spojrzenie nadawało jej postawie irytującej dla strony przeciwnej hardości. — Wie madame dobrze, co robi, co robicie tym, których porywacie, pojmujecie. Krew na rękach da się zmyć, głos krzywdy tłumiony dotychczas, rozbrzmi najgłośniej, gdy nie będzie się tego madame spodziewać — uśmiech poszerzył się nieco, w delikatnym rozbawieniu. Deirdre brzmiała tak, jakby zasłyszała jakieś hasło i próbowała je odtworzyć. Może, gdyby trafiła na któregoś ze strażników, kogoś bez stosownej edukacji, udałoby się jej osiągnąć cel. Ale nie dzisiaj. — Protokół jednak mówi jasno: zasada wzajemności nie funkcjonuje w kontekście negatywnym, a odpłacanie złem za zło stanowi o braku dobrego wychowaniawyrecytowała z pamięci linijkę powtarzaną jej przez guwernantkę jeszcze w Weymouth, za dzieciństwa, w innym życiu. Otwartą dłonią wskazała zapraszająco na łóżko. Pozbawione wygód, ale zdolne do zapewnienia odpoczynku. — Proszę więc korzystać i nabrać sił. Będą potrzebne.
Kąciki ust opadły, a mimika powróciła do pełnej powagi, gdy poruszyły temat Elroya. Mare pokiwała przecząco głową w milczeniu, choć w duchu odetchnęła jeszcze z ulgą. Szczęśliwy powrót Elroya do domu był czymś, czego zawsze wyczekiwała, za co za każdym razem dziękowała gwiazdom. Oby wytrwali tak do końca tej paskudnej wojny. Wojna była jednak zdecydowanie bardziej paskudna od niskich pyskówek, płynących jak jad z ust Mericourt.
— Występuję dziś w zastępstwie mego męża, którego zatrzymały obowiązki znacznie ważniejsze od madamechoć była to przykra realizacja, aresztowanie Deirdre nie było najważniejszą ani najpilniejszą kwestią, która zaprzątała teraz myśli Greengrassów. Stąd taki, nie inny podział obowiązków. — Nie odwiedzam również madame po to, by spędzić przyjemnie czas przy wypiekach i herbacie.
Krótka cisza, ponowne splecenie palców dłoni ze sobą.
— Jest madame postawiona w stan oskarżenia. Jak mówiłam, sąd wojskowy zbierze się za trzy dni, do tego czasu może madame przygotowywać swą obronę, lub — jeżeli taka jest madame wola — przyznać się do stawianych oskarżeń — krótkie streszczenie reguł, tak naprawdę najważniejszych i jedynych, które mogłyby ewentualnie interesować osadzoną. Nie wyglądało na to, że zostało jej wiele czasu, lecz jeżeli pierwotne założenie Mare o duszy madame Mericourt było nieprawdziwe, mogła przed swym nieuchronnym odejściem z tego świata przynajmniej spróbować pojednać się ze skrzywdzonymi, próbować naprawić wyrządzone szkody. — Doszły mnie słuchy, że mąż madame już nie żyje. Co z resztą krewnych? Ojciec, matka? Jesteśmy w stanie powiadomić ich o madame losie, niepewność co do życia dziecka — nawet takiego — Jest karą, na którą w mojej opinii nie zasłużyli.
Mare milczała jednak o dzieciach Deirdre. Czy wiedziała o ich istnieniu? A może akurat ta informacja — pośród wszystkich, które już przywołała — zdołała jej umknąć?
— Oczywiście, jeżeli ma madame jakieś pytania odnośnie procesu, jestem też po to, by udzielić stosownych odpowiedzi w zakresie mojej wiedzy.


who will the goddess of victory smile for?
is the goddess of victory fair to everyone?
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 7 +2
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 12 +3
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]24.08.22 21:14
Nietrafiony prezent; Mare mówiła o obrazie czy o niej samej, więźniarce, którą mężczyźni zrzucili jej na głowę? Deirdre nie zareagowała na komentarz, malowidło drażniło ją, irytowało, podobne wisiało w Wenus; symbol kobiecości, zmysłowości, piękna nieskrępowanie wynurzającego się z wzburzonych wód. Banalna personifikacja uwznioślonej niewinności, stworzonej jednak głównie ku uciesze mężczyzn, mogących przyglądać się piersiom i żałować, że jasne włosy boginki przesłaniały newralgiczne części krągłego ciała.
Zbyt wiele uwagi poświęcała obrazowi, podświadomość kierowała ją ku upokorzeniu, ku przegranej; ot, metaforyczny prztyczek zaserwowany przez jakąś głęboko schowaną część śniącej duszy, skłaniającą Mericourt do myślenia o ostateczności. Spadającej na nią w postaci towarzystwa lady Mare, pięknej i wyniosłej w swej zielonej sukni, z motylami zdobiącymi kreację; na ustach Śmierciożerczyni zagrał jeszcze mocniej kpiący uśmiech, gardziła tymi owadami, gardziła Greengrassami - i gardziła wspomnianym nazwiskiem. Przyniosło jej tylko ból; przynajmniej arystokratka niezasługująca na to określenie nie przyzwała dziwarskiego imienia Miu. Nie dała jednak po sobie poznać irytacji, że rudowłosa posiadła informacje o jej przeszłości, o panieńskich czasach, gdy była grzeczną prymuską, posłuszną stażystką i narzeczoną wpływowego polityka. Wierzącą, że jakikolwiek sąd może wymierzyć rozsądną sprawiedliwość.
Kpiący uśmiech zmienił się w wybuch śmiechu, nieprzyjemnego, oschłego, szorskiego, a jednak w pewien sposób - ujmującego. - Cóż za humanitarne postępowanie. Mam prawo do magicznego adwokata? Do przemówienia przed zebraną gawiedzią i udowodnienia swych racji? - spytała ironicznie; rządy Rycerzy Walpurgii nie przewidywały sądów, karano nieposłusznych, mordowano tych, którzy zagrażali porządkowi oraz magicznej władzy. Prosto, czysto, całkowicie - cóż, prawie całkowicie - skutecznie. Sama uwielbiała wymierzać sprawiedliwość, godną, zgodną także z tym, w co wierzyła. - Mam tu spędzić trzy dni? Na Merlina, myślałam, że nie torturujecie więźniów tak bestialsko - westchnęła teatralnie, rozglądając się dookoła. Żadnej rozrywki, żadnej odskoczni, żadnej radości, tylko spartańska wstrzemięźliwość i okrągłe ściany, ściskające ją niczym w imadle. - Chyba, że to lady przysłano dla urozmaicenia mego pobytu? - zawiesiła głos, powracając wzrokiem do posągowej szlachcianki. Najwyższego urodzenia. Zabawne; dla Dei naprawdę zasługiwała na miano byle kurwy, sprzeniewierzającej się czarodziejskiemu rodowodowi. - Nie moglibyście zastosować wobec mnie zasady wzajemności, droga lady. Ledwie potraficie wyczarować skuteczną błyskawicę, co dopiero rozerwać kogoś na strzępy lub rozpłatać gardło na dwoje - dalej uśmiechała się ujmująco, stojąc przed Mare śmiało, z dłońmi zaciśniętymi w pięści, z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż smukłego ciała. Była wściekła: i świadoma, że coraz wyraźniej to widać. - Co takiego jednak robimy? O czym lady słyszała? - zagadnęła z doskonale udawanym, uprzejmym zaciekawieniem. Czy Mare słyszała o bestialskich torturach? O gwałtach? O detalach wymierzanych kar za występki przeciwko nowemu porządkowi? - Traktujemy terrorystów i rzezimieszków tak, jak na to zasługują. Niestety, lady mąż należy do tego grona - zniżyła głos do szeptu, ignorując sugestię, by usiadła na łóżku. Nie zamierzała zmieniać pozycji, dalej stała wyprostowana tuż przed szlachcianką; ba, zrobiła śmiały krok do przodu. Z tej odległości rudowłosa mogła dokładnie dostrzec nienaturalną, niezdrową czerń oczu; źrenice zlały się z tęczówką, białka pożółkły i cofnęły się; oczy Śmierciożerczyni, zapadłe w czaszce o egzotycznych rysach, budziły grozę i obrzydzenie; były niezdrowe, były mrokiem, były złem. - Zatrzymały go obowiązki, och, tak, z pewnością. Wiesz, że cię zdradza, prawda? Że oprócz ciebie ma przynajmniej dwie słodkie jasnowłose, szlamie dziewczyny, którym oficjalnie p o m a g a? I kilkoro bękartów, o których istnieniu może nie mieć nawet pojęcia? - wyszeptała, prawie ze współczuciem, widąc, ze temat Elroya jest dla dumnej Mare czymś tkliwym; że naprawdę kocha tego głupca, tego tępego idiotę, tego szlamojebcę. Chciała zasiać w niej wątpliwość; znała mężczyzn, wiedziała o ich pragnieniach, historiach i motywacjach; Greengrass nie różnił sie w tym prymitywnym aspekcie od innych lordów. Wiedziała, że potrafi wmówić to Mare choć na chwilę, że gadzie oczy, melodia głosu i mroczny czar, który posiadała, zdoła otumanić arystokratkę tym koszmarnym przeświadczeniem choć na chwilę.
Przez chwilę Deirdre wyglądała tak, jakby chciała położyć na ramieniu Mare dłoń, wspierająco, rozumiejąco, ale powstrzymała się - i wyminęła kobietę, idąc ku jednemu z wąskich okien. Wyjrzała przez nie, nie widząc zbyt wiele; jedynie wyrwany z kontekstu skrawek mglistej przestrzeni.
- O co jestem oskarżona? - spytała wprost, niewzruszonym tonem na moment zaplatając blade dłonie za plecami, jakby zadawała trudne pytanie podwładnemu lub uczniowi. Była ciekawa, do jakich informacji dotarli - i co właściwie planują. Publiczną egzekucję? Nie, nie byliby aż tak głupi. Skrzywiła się przelotnie słysząc ofertę powiadomienia bliskich; nie miała takowych, jej rodziną były bliźnięta - i Tristan. Tristan, który spali całe hrabstwo, byleby sprowadzić ją z powrotem do Białej Willi.
- Proszę powiadomić lorda Rosiera. Z pewnością stawi się na moim procesie - odwróciła się ku Mare, opierając się plecami o chłodną ścianę tuż obok parapetu. Znów z uśmiechem, już nieco mniej doskonałym niż na początku. Ciągle czuła się słaba i obolała. I ciągle z potwornym głodem magii - i swej różdżki. - I wyrżnie każdego, kto się tam pojawi, co do głowy - uśmiechnęła się nagle, szeroko, a uśmiech ten był antytezą rozbawienia; mógł budzić tylko obrzydzenie i strach. - Każda sekunda, którą tu spędzam, sprowadza na twój dom zniszczenie. Naprawdę chcesz obserwować jak twój mąż gwałci twoją córkę? Ile może mieć lat? - pokręciła z współczuciem głową. - Gdy po mnie przyjdą, gdy zjawią się tu pozostali - dama wiedziała przecież o Śmierciożercach, o tym, do czego są zdolni - będziesz żałowała, że sprowadziłaś na świat swoje dzieci. Wiem, że są dla ciebie najważniejsze. A ty wiesz, do czego jesteśmy zdolni. I wiesz, że prędzej czy później - odnajdą cię, odnajdą was i zapłacicie za terrorystyczną działalność twojego męża - zniżyła głos do litościwego szeptu; myśl, Mare, sięgaj dalej niż narzucone przez Elroya przekonania. Priorytetem matki zawsze będą dzieci. Ich bezpieczeństwo. Ich dobro. - Jeśli mi pomożesz, okażę ci łaskę. Szanuję czarownice, które potrafią myśleć samodzielnie - znów zawiesiła głos, uważnie spoglądając prosto w piękną, dumną i chmurną twarz lady Greengrass.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]27.08.22 13:47
Spotkanie z Deirdre było czymś absolutnie niezwykłym, czymś, czego Mare tak naprawdę nigdy nie chciała doświaczyć — nie dlatego, że się bała. Każdy bowiem czarodziej, a nawet czarnoksiężnik był przecież śmiertelny. Każdy z przynajmniej kroplą ambicji pływającą w duszy próbował poderwać się kiedyś do tańca na parkiecie życia, z lepszym lub gorszym skutkiem. Jako mała dama, nie miała pewnie jeszcze więcej niż siedmiu lat, pamiętała jedną przestrogę, którą zasłyszała od swojej babci, lady Selwyn. Im wyżej skaczesz, tym bliżej dna. I to jedno zdanie, w opinii arystokratki, mogłoby opisać długie lata historii życia madame Mericourt — wszystkie podjęte decyzje i wypite w obliczu zwycięstwa szampany, bąbelki łaskoczące podniebienie i gardło, ekscytacja płynąca przez żyły, chwilowy blask czarnych płatków kwiecia w słońcu tego, czy innego triumfu. Aż do chwili, gdy roztrzaskała się w czasie kolejnej bitwy, może zbyt pewna swych umiejętności, może porzuciwszy pokorę, może niedoceniwszy swych przeciwników.
Dlaczego więc — skoro zostało już tyle powiedziane — Mare nie marzyła nigdy o podobnym spotkaniu? Z jednego prostego powodu; nie widziała w nim zbyt wielkiego sensu. Cała postawa Deirdre wskazywała na jej rozdrażnienie, na pewien agresywny sposób wyrażania swojej bezsilności, który był w tej sytuacji jak najbardziej uzasadniony. Spotkanie takie przypominało bardziej wizytę w ogrodzie magizoologicznym, stukanie w szybę, za którą schowany był jakiś szczególnie jadowity i podatny na zaczepki gatunek, który jednak nie mógł — dzięki wysokim stopniom dbania o bezpieczeństwo zwiedzających — rzucić się z kłami ku aorcie tego, czy owego prowokatora.
Lady Greengrass nieszczególnie przepadała za okrucieństwem, nie ważne, w jakim wydaniu.
— Obawiam się, że magiczni adwokaci nie asystowali madame przy podejmowaniu decyzji, którym zaklęciem torturującym powinna się posłużyć w następnej kolejności — stwierdziła w półsmutku, który jednak w żaden sposób nie odbił się na jej mimice. W dalszym ciągu przyglądała się Deirdre, może nawet irytująco spokojnie. Coś podpowiadało jej, że Mericourt chciała pożywić się jakąś reakcją, którą z pewnością dostanie; jednakże nie na własnych warunkach, nie teraz, gdy naprawdę nic nie zależało od jej woli. — Jeżeli jednak tak było, pomoże madame i sobie, i nam zdradzając jego personalia — drobny, grzeczny uśmiech wystąpił na twarz arystokratki, gdy przymknęła na moment powieki, drobnym skinieniem głowy dziękując Deirdre za ułudę kooperacji. Nie były głupie — ani czarnoksiężniczka, ani znajdująca się po drugiej stronie arystokratka. Ale przecież mogły pozwolić sobie na moment pluskania się we wzajemnej ironii.
— To czas refleksji, nie wygód. Czas na przeżycie, zakładam, niemal trzydziestu intensywnie spędzonych dekad. Jeden dzień na dziesięciolecie. Wasze ofiary nie miały nawet tego — uśmiech zniknął z lica lady Mare, gdy wypowiadała te słowa. To przykra rzeczywistość, na którą wielu się nie zgadzało. Słyszała przecież głosy, że wobec Rycerzy Walpurgii, a w szczególności Śmierciożerców, nie powinno się podchodzić tak, jak do zwykłych przestępców. Że winy ich znajdywały odzwierciedlenie w statusie, który zdobyli w trakcie konfliktu, że nikt praworządny, żadna dusza mająca w sobie choć pierwiastek dobra, nie mogła identyfikować się z tą organizacją. W przypadku Deirdre dowód jej zbrodni był — w ocenie niektórych, Mare powoli wyrabiała sobie o tym zdanie — dosłowny. Mroczny Znak nie był symbolem pospolitym, nie zdobił ciała byle kogo. Czarnoksiężniczka z kolei ułatwiała zadanie swą butą i pewnością siebie; Mare miała wrażenie, że nie była w stanie przekonująco zagrać zbłąkanej owieczki, bezwiednie wplątanej w konflikt. Wymagałoby to przecież odrzucenia własnej siły sprawczej i sukcesów, przekazanie je komuś innemu. A to bolało.
— Potrzebuje madame pomocy w przypomnieniu sobie własnych przewin? — drobna mgiełka t r o s k i rozlała się w powietrzu między dwiema kobietami, choć Mare doskonale wiedziała, dokąd próbowała ją zaprowadzić Deirdre. Do miejsca, w którym dama wyrecytuje jej najbardziej obrzydliwe, najgłośniejsze przykłady bestialstwa, w których brała udział, za które miała odpowiedzieć. Do usłyszenia tego, jak głos szlachcianki potrafi zmienić barwę, gdy mowa o krzywdzie niewinnych dzieci, do zmuszenia jej umysłu, do przywołania duszącego zapachu krwi i zgnilizny; już raz udało im się minąć, w Staffordshire, w Lavedale. Lady Greengrass wraz z małżonkiem chowali wtedy j e j ofiary, choć nie byli wtedy świadomi, kto osobiście stał za tragedią wioski.
Zamiast ciągnąć temat dalej, skupiła się na oczach kobiety. Nienaturalnych, przyciągających uwagę i odpychających jednocześnie. Czy to spektakl, wyreżyserowany specjalnie dla niej? Czuła, jak żołądek ścisnął jej się w pierwszym, alarmującym odruchu, ale wciąż — pomimo okropieństwa, pomimo zimnego jak stal z ł a, które płynęło z oczodołów czarownicy — dalej był to teren lady Greengrass. Nie mogła ustąpić, nie mogła odwrócić wzroku, jakkolwiek obrzydliwy i trudny był to widok.
— Bardzo dokładny opis, madame — strach przed zdradami małżonka, a raczej przed zdradami tego, któremu ofiarowało się serce, zasiany był głęboko w sercu każdej kobiety. W początkach małżeństwa, gdy jeszcze nie znali się z Elroyem tak dobrze, Mare miewała momenty zwątpienia, czy nie byłoby mu lepiej z inną kobietą, lecz cierpliwy małżonek raz za razem udowadniał, że byli sobie pisani. Tak silna więź, niezbudowana wyłącznie na politycznych sojuszach, ale na fundamentach prawdziwej, spełnionej miłości, była jednak silniejsza od pokus. A odkąd serce Elroya spoczęło w jej dłoniach, w składanych raz za razem obietnicach, Mare nie miała wątpliwości odnośnie wierności swego męża. I tego, jak wielkie szczęście spłynęło na nią, że została żoną człowieka honorowego, prawdomównego i szlachetnego.
Deirdre zdawała się nie mieć aż takiego szczęścia.
— Ukochany madame również pomagał jasnowłosym dziewczętom? Widziała je madame kiedyś? — spytała, przechylając nieco głowę ku lewemu ramieniu. Była to okrutna odpowiedź na okrutne pytanie, ale na szczęście zbiegła się w czasie z utratą kontaktu wzrokowego, pozwalając tym samym szlachciance na nabranie świeżego oddechu. Drobny, niezauważalny dreszcz przeszedł przez plecy lady Mare, gdy dłoń żmii niemal oparła się o jej ramię, lecz nie cofnęła się. Nie było przecież przed czym. Deirdre prędko znalazła się przy oknie.
— Wielokrotne i ciągłe złamanie przepisów Kodeksu Tajności to najłagodniejsze z oskarżeń — co już przed wojną było wyjątkowo poważnym wykroczeniem. — Działalność w nielegalnej, zorganizowanej grupie terrorystycznej destabilizującej działalność legalnie wybranego rządu, wielokrotne zabójstwa w zamiarze bezpośrednim i ewentualnym, w tym ze szczególnym okrucieństwem, przy użyciu zaklęć niewybaczalnych. Szereg innych przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu, których wymienienie — zgodzi się madame ze mną — w chwili obecnej tylko zabrałoby nam cenny czas.
Wyliczenie i tak było długie, choć lady Greengrass umyślnie nie chciała wchodzić w szczegóły. Czekała z kolei na następny ruch Deirdre, ciekawa, czy odnajdzie w swym życiu kogoś, kogo będzie chciała powiadomić o swym losie. Wybór okazał się odrobinę tylko ekstrawagancki, ale warto było na niego czekać.
— Lord Tristan Corentin Rosier — głoski spłynęły z jej języka w pełni należnego im francuskiego blasku. Pierwszy z równych Czarnego Pana, ten, którego prędzej czy później czeka los podobny do jego Czarnej Orchidei. Lady Greengrass nie musiała wiedzieć o łączących go i madame Mericourt relacjach, by pociągnąć myśl dalej. — Jest dla madame droższy od własnych rodziców. I marzy madame o byciu uratowaną przez lorda z wieży, jakby była jego księżniczką, największą miłością — ciągnęła dalej, przyglądając się smukłej sylwetce czarownicy w skromnej, więziennej szacie. Odkąd wstąpiła na salony, kilka lat starszy lord Rosier miał już reputację bawidamka, nie sądziła jednak, że jego gusta mogą sięgać aż tak daleko. — Obawiam się jednak, że nie będzie mieć to miejsca. Bo widzi madame, nie różnimy się od siebie aż tak mocno, jeżeli odejmiemy oczywiście kwestię urodzenia — szpila została wbita celowo. Nawet jeżeli Deirdre usidliłaby jakiegoś szlachcica, status jej własnej krwi nie uległby polepszeniu. — Obie jesteśmy gotowe umrzeć za to, w co wierzymy, czyż nie? — Deirdre za idee Czarnego Pana, Mare za dobro rozkwitające pod skrzydłami Feniksa. — Podjęła madame decyzję o swym losie samodzielnie i ponosi jej konsekwencje ze wszystkimi skutkami. Jakkolwiek schlebia mi okazywane przez madame serce, o łaskę prosi wyłącznie winny.


who will the goddess of victory smile for?
is the goddess of victory fair to everyone?
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 7 +2
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 12 +3
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]27.08.22 22:03
Lady Mare udało się ją nieco zaskoczyć; nie spodziewała się, że napotka na swej drodze szlachciankę tak spokojną, niewzruszoną, pojawiającą się tutaj bez uzbrojonej po zęby w zaklęcia obronne straży. Oczywiście wierne psy czekały pewnie niedaleko, kto wie, może stale podglądali przez wyczarowane, a ukryte przed wzrokiem Deirdre, podwójne lustra; nieistotne, nie obchodziła ją opinia ani ich, ani nawet Greengrass, łaskawie zaszczycającej opustoszałą wieżę swą brudną obecnością. - Nie potrzebowałam niczyjej asysty, ma lady rację - skłoniła lekko głowę, dotrzymując rudowłosej kroku w ironicznym tańcu, zamierzała jednak nieco przyśpieszyć tempo. Irytowała ją ta ogłada, chciała dostrzec rysę na pełnym wzniosłości wizerunku zdrajczyni krwi. - Sama doskonale poradziłam sobie z wyrwaniem kręgosłupa Archibalda Prewetta przez jego usta. Niezapomniany widok- zacmokała z rozmarzeniem, nie spuszczając wzroku z jasnych, śmiałych oczu Mare; słodkiej Mare, Mare niosącej pocieszenie i ochronę, Mare, którą kochali wszyscy uciekinierzy i terroryści. Słyszeli o niej, rozmawiali w szeregach Rycerzy Walpurgii o kurwie Elroya, o jej szkodliwej działalności, wpływającej na rosnące morale szlamu. - Mieliście jak ich pochować? Niewiele z nich zostało. Właściwie tylko ten niemowlak wytrwał na tyle, by przynieść jakąkolwiek zabawę naszym wilkołakom... - zawiesiła znacząco głos, przemawiała jednak śmiało, prowokująco, bez żadnego zawstydzenia czy głębszej refleksji uderzając w najczulsze punkty człowieczeństwa, pragnienia ochrony niewinnych istnień. I krwi z jej krwi; krwi jednak splugawionej, oplutej decyzjami. Musieli ponosić konsekwencje swych czynów, skoro pragnęli sprzymierzać się z mugolami, niszczącymi świat czarodziejów.
- Znów ma lady rację - zamrugała teatralnie rzęsami w udawanym zdziwieniu przenikliwością Mare, odgarniając z czoła niesforny kosmyk brudnych, lepiących się ciągle od zaschniętej krwi włosów. - Całe trzy dni, by móc wspominać piękno sprawiedliwości, jaką wymierzałam lady krewnym. Szkoda, że tak krótko przyjdzie mi się tym rozkoszować, lecz wierzę, że później wspólnie zrekonstruujemy niektóre obrazy - puściła do niej oczko, słodkie, kokieteryjne i ociekające obrzydliwością. Chciała ją zranić, lecz głównie - chciała uspokoić się jej cierpieniem, nasycić bólem, wspomóc wywołanym strachem. Już od dawna żyła w ten sposób, karmiła sie śmiercią, to dzięki niej rosła w siłę, bez ofiar, bez wychłeptywania krwi z kielichów żył i kąsania ciepłej jeszcze skóry skroplonej słodkim potem. - Skoro już bawi się lady w oficjalną posłanniczkę woli swego męża, dobrze byłoby wypełniać te obowiązki choć w połowie. Chętnie więc wysłucham aktu oskarżenia - wzruszyła ramionami, spoglądając na Mare wyczekująco. Czy uda się jej wznieść poza gniew, strach i pogardę? Przeczuwała, może mylnie, że nie, że plugawy Zakon Feniksa, tak chwalący się cnotą i moralnością, w rzeczywistości jest po prostu nieskuteczny i mdły, pozbawiony ikry i odwagi, by choć nazywać dokonania sług Czarnego Pana.
- Oczywiście, że pomagał. Pomagaliśmy razem - ostatnie słowo wypowiedziała niemal z rozczuleniem, z złowrogim, brudnym drżeniem namiętności; nie musiała mówić wprost, by zasiać w wyobraźni Mare obrazy żywcem wyjęte z rozpustnych koszmarów - o ile takowe w ogóle mogły zrodzić się w główce tak nobliwej istoty. Przekonanej, że bzdury, które wymienia spokojnym głosem, mające dowieść przestępstw Deirdre Mericourt, są prawdą. Znów się zaśmiała, krótko, prawie ze współczuciem, mocniej opierając się plecami i tyłem głowy o ścianę. Dłonie splotła za sobą, jednoczesnie nonszalancko, uderzając bosymi stopami o kamienną podłogę, w rytmie jakiejś tylko sobie znanej melodii. - Żadna z tych zbrodni nie jest ujęta w kodeksie magicznego prawa miłościwie nam panującego Cronusa Malfoya, a wszystkie moje działania zostały usankcjonowane przez Czarnego Pana - wyjaśniła cierpliwie, jak kilkuletniemu dziecku. - To wzruszające, że mimo tylu ofiar, upokorzeń i porażek ciągle próbujecie uważać się za polityczną siłę. Za kogoś, kto jest w stanie złożyć sensowny kodeks - w kącikach ust Deirdre znów zadrżał kpiący uśmiech. Nienawidziła szlamu, zdrajców krwi a przede wszystkich tych, którzy łamali prawo. Ludzkie, magiczne, obyczajowe. - Powinna mi być lady wdzięczna. Robiłam i robię wszystko, by uczynić cały świat czystym, bezpiecznym i sprzyjającym rozwojowi miejscem - miejscem pełnym nieskrępowanej magii. Jeśli postąpi lady mądrze, lady dzieci będą miały szansę żyć w takiej rzeczywistości - kontynuowała już spokojniej, poważniejąc. Odepchnęła się od kamiennej ściany i zaczęła krążyć po okrągłym pomieszczeniu, omijając Mare. Tak haniebnie wypowiadającą imię Rosiera; jakże śmiała je przywoływać. - Tristan zawsze komentował twą osobę z wielkim rozczuleniem, lady. Opowiadał, z jakmi honorami powitałby cię w swojej posiadłości. Niedługo zapewne przekonasz się o jego wspaniałych manierach wobec branek, nie tylko tych jasnowłosych - zdradziła szeptem, powoli okrążając wyprostowaną sylwetkę damy, ciekawa, czy ta będzie obracać się w jej stronę, czy też nie wystraszy się posiadania za plecami zagonionej w ślepy zaułek Śmierciożerczyni. Dotkniętej porównywaniem ich do siebie, na Merlina, nic nie łączyło jej z tą dumną, zaślepioną chorą ideologią terrorystką, odmawiającą wspaniałomyślnie zaproponowanej drogi ucieczki z samobójczej ścieżki ku zagładzie. - Nie, Mare, ja jestem gotowa żyć za sprawiedliwy, czysty i bezpieczny świat czarodziejów. Żyć i słuszyć zasługującym na świetlaną przyszłość magom i wiedźmom. To większe bohaterstwo niż rzucanie się na barykady i plugawienie własnej krwi - wysyczała, przechodząc już na ty, dalej krążąc wokół szlachcianki niczym czająca się do skoku puma - lub wygłodzony kot, gotów bezsensownie zatopić kły w nawet silniejszym przeciwniku. - Nie potrzebuję ratunku. On tu przybędzie, wiesz o tym. Chcesz obserwować własne dzieci rozrywane na strzępy? Co z ciebie za matka, jeśli pozwolisz na taki ich koniec? - zbliżała się do Greengrass krok za krokiem, pełna pogardy i czegoś, z czego sama nie zdawała sobie sprawy: szaleństwa.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]02.09.22 14:58
Emocje kobiet były bronią potężną, choć obosieczną. Wiele z nich potrafiło przecież używać ich tak, by ciąć wszystko wokół. By wpływać na, częściej lub rzadziej zadając krzywdę, niezliczoną ilość osób. Emocje służyły także do stawiania przed sobą muru, w odpowiednim momencie należało się przecież wyciszyć, pozwolić, by drżące z emocji powietrze ustało na chwilę, schować się za szkłem i zza tego szkła obserwować, jak kończą ci, którzy tego nie robią.
Polityka nie była miejscem na wybuchy emocji, rządziła nią wyłącznie czysta kalkulacja. A taniec, w który wstąpiły madame Mericourt i lady Greengrass nie był niczym innym niż polityką właśnie.
— Nie mam problemów z pamięcią — oznajmiła, choć w zazwyczaj ciepły ton głosu wkradła się karcąca nuta. Zupełnie umyślnie, dla przypomnienia, kto był w ich dzisiejszym spotkaniu górą. — I wiem, jak, z czyjej ręki oraz za co zginął mój brat. Przykro ogląda się wyłącznie to, jak nie uczycie się na swoich błędach, madame — Zakon Feniksa też taki był; przez długi czas. Nie postępowali do przodu przede wszystkim dlatego, że nie potrafili wyciągnąć wniosków z odbieranych raz za razem lekcji. Ale i to wreszcie się zmieniło, bo zmienili się też ludzie. Monolit potrafił trwać tak długo, jak tylko mu się na to pozwalało. Nawet ten najmocniejszy, wydawałoby się, że najbardziej stabilny — szlachecki (przecież ostatecznie nawet uważani przez niektórych za szalonych Weasleyowie nie kochali niemagicznych, a małżeństwo z kimś poniżej stanu skutkowało pozbawieniem nazwiska) musiał wreszcie pęknąć i pęknął, poddając się ruchom łupiących go ze wszystkich stron. Wtedy przyszło nowe, niezapowiedziane. Pod skrzydłami feniksa musieli odebrać gorzką lekcję, bo nikt nie szanuje i nie kocha wolności tak, jak ten, który ją utracił.
— Każde dziecko ma matkę i ojca. Czasem rodzeństwo, dalszych krewnych. Nie boi się tego madame? Kumulacji gniewu w jej stronę? Wybierając najsłabsze ogniwa i przerywając je, nie udowadnia madame swej siły, a wręcz przeciwnie: słabość — tak bowiem wyglądało to z perspektywy arystokratki. Grupa szaleńców wybierająca się na mordowanie tych, którzy do walki stworzeni nie zostali, wskazująca sobie n i e m o w l ę t a, które rzucała na pożarcie bestiom, nie różniąc się od lykantropów niczym, a może jeszcze mniej przypominając człowieka od nich. Sami zgotowali sobie ten los, sami szkodzili sobie, nie przejawiając choćby cienia autorefleksji.
Duch Archibalda Prewett żył jednak dalej; od jego śmierci Mare wydawało się, że brat był przy niej właściwie bezustannie, pomagając jej przejść przez żałobę, wzbić się ponad burzowe chmury myśli, dokończyć dzieło. Rodzeństwo Prewett, jeszcze za życia lorda nestora Dorset, było zresztą mocno do siebie przywiązane i bardzo często reagowało na szereg wieści w podobny sposób. Teraz Mare walczyła z chęcią wywrócenia oczami w zniecierpliwieniu, co często robił jej brat.
Ale walczyła skutecznie; nie były z Deirdre koleżankami, by spoufalać się nawet w tak niecodzienny sposób. Utrzymała powagę mimiki.
— Nie sądziłam, że Śmierciożercy kształceni są w zakresie prawa, które wciąż łamią, więc muszę przyznać, że zupełnie nie dziwi mnie ta odpowiedź — bo czego innego można było się spodziewać? Oparta o ścianę Śmierciożerczyni będzie iść w zaparte do ostatniego tchu, oczekując, że świat pokłoni się u jej stóp. Lady Greengrass nie zmieni zdania ani nie cofnie czasu. Coś jednak w postawie, w słowach i manieryzmie madame Mericourt sprawiało, że bardziej od strachu czy obawy, arystokratka czuła drobne mrowienie obrzydzenia, tuż pod samą skórą. Ciężko było wskazać, który element przeszkadzał jej najbardziej, ale gdyby została zmuszona do prób wskazania tego, czy owego, prawdopodobnie pierwszym wyborem byłaby nieprzystająca powadze sprawy nonszalancja i lekkość, z jaką kobieta przywoływała do siebie rzeczy przecież okropne i okrutne. — Tak samo jak to, że nie respektuje legalnie i praworządnie wybranej władzy naszego kraju, obstając przy uzurpatorze — bo tylko tym był Cronus Malfoy. Ledwie kukiełką, niezdolną do samodzielnego podjęcia decyzji, ze sznurkami przywiązanymi do nadgarstków, nóg i głowy, którą poruszał pewnie nie tylko sam Czarny Pan, ale może i stojąca przed nią kobieta. Lady Mare wzniosła zielone spojrzenie ponownie na kiczowaty obraz "zdobiący" ścianę. — Nawet jeżeli uznamy, na potrzeby tego ćwiczenia logicznego, że lord Malfoy miałby jakąkolwek władzę nad Ministerstwem Magii, lex iniustissima non est lexniesprawiedliwe prawo nie jest prawem. — Ubolewam tylko, że nie będzie miała już madame okazji zapoznać się z formułą Radbrucha. Filozofia nie należy chyba do forte madame, czyż nie? — ot, tylko drobne kąśnięcie, nic szczególnie wielkiego. Rozmyślania filozoficzne doprowadzały przecież wreszcie do kwestii moralności, a tej — w skromnej ocenie damy — Deirdre nie miała za grosz.
A potem mówiła o tym, że powinna być jej wdzięczna. Że okrucieństwo, bestialstwo, którego się dopuszczała dało się wytłumaczyć czymś więcej niż w najłagodniejszym przypadku szaleństwem, a w najgorszym — wciąż rosnącym kompleksem boga, przegniciem duszy, utratą człowieczeństwa.
— Czyniłaś — umyślnie użyty czas przeszły. — Według swej oceny świat lepszym i bezpieczniejszym, za wrogów swych mając bezbronne noworodki. Czym ci zawiniły? Prawdziwie potężny i pewny siebie czarodziej nie widzi w dziecku wroga — gdy Deirdre rozpoczęła swój spacer, lady Greengrass powróciła doń spojrzeniem. Coraz bardziej przypominała zamkniętą w klatce, rozjuszoną kobrę i im dłużej trwało to przedstawienie, tym bardziej przestawało się to Mare podobać. Chyba wolałaby rozmawiać ze ścianą; byłoby to na pewno spokojniejsze przeżycie, a możliwe, że ściana wysłuchałaby więcej.
Gdy Deirdre znalazła się za jej plecami, nie odwróciła się. Nie drgnęła nawet, jedynie kątem oka próbując wyłapać jakikolwiek ruch za swymi plecami.
— Nie wątpię, nasze pierwsze spotkanie należało do niezwykle udanych, choć już wtedy miał opinię bawidamka i człowieka o wysokiej pewności siebie — miała ledwo osiemnaście lat, debiutowała razem z siostrą bliźniaczką, ale to na niej, nie na Procelli skupiły się oczy późniejszego lorda Kent. Gdyby historia potoczyła się inaczej, gdyby lady Mare nie była córką Dorset, które ucierpiało przez niefrasobliwość Rosierów, może dziś nie prowadziłyby tej rozmowy. Może obie oczekiwałyby na swój proces, dźwięcząc kajdanami przy każdym podejmowanym ruchu.
A może delektowałyby się teraz sukcesem wokół słodkiej woni róż, czerwonych jak krew.
Jeżeli jakimś cudem uda mu się tu przybyć, będzie już za późno — to nie była kwestia daty, tylko możliwości. — Po drodze ma jeszcze kilka przystanków. Lord Abbott i mój brat pojmali madame przyjaciół. Wieści z Dorset głoszą, że pan Mulciber nie jest tak skłonny do rozmów, jak madame, a to wielka szkoda. Sowy z Somerset głoszą, że pan Macnair z kolei gotów jest na każde zeznanie, ale pod jednym warunkiem. Zgadnie madame, jakim? — uznając za stosowne złożenie tej wizyty, nie spodziewała się, że tak prędko przyjdzie sięgnąć jej po te karty. Jedynym Śmierciożercą na szeroko pojętej wolności pozostał tylko sir Tristan.
A skąpana we krwi Anglia lubiła wstrzymywać w takich chwilach oddech.
To już nie był początek końca, a koniec w najczystszej postaci.


who will the goddess of victory smile for?
is the goddess of victory fair to everyone?
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 7 +2
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 12 +3
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]04.09.22 17:53
Zmarszczyła brwi, ignorując narastający ból głowy; była zawiedziona pozbawioną boleści reakcją Mare na wspomnienie brata, nieugiętą dumą, z jaką przemawiała. W innych warunkach, w innej sytuacji, w innym świecie mogłaby niemal zazdrościć jej opanowania - bo czyż nie taka właśnie chciała być? Czy nie taką widziała się w przyszłości, gdy sama ledwie opuściła czas panieńskiej niewinności? Czy nie chciała być dumną matroną rodu, czarownicą niezłomną wobec niepowodzeń, znosząca najgorsze cierpienia z wysoko podniesioną głową? Odpowiedź była oczywista, ale niemożliwa do przyswojenia, Deirdre była przecież Śmierciożerczynią, a przed nią stała nie odważna wiedźma o nienagannym rodowodzie, a rudowłosa zdrajczyni krwi, szlamolubka, która równie dobrze mogłaby spółkować z ogierami z własnej stajni. Gardziła nią, gardziła całym tym motylim krajem, lecz za pogardą krył się gniew. Nie lęk, nie bała się ani Elroya ani konsekwencji swych działań, ba, nie bała się nawet śmierci; ta na przestrzeni lat stała się przecież najczulszą kochanką, towarzyszką, powierniczką; pokarmem, na jakim wzrastała ponad to, co świat magii dotychczas choć ośmielił się poznać. - Na jakich błędach? Ależ uczymy się - na waszych szlamolubnych błędach. I na dotychczasowej polityce. Na szczęście rozsądni mężowie stanu oraz reprezentanci godnej zaufania szlachty byli gotowi wyciągnąć z otrzymanych lekcji rozsądne wnioski i zmienić tor swych poglądów - wytknęła od razu, doprawdy, nie pojmowała, dlaczego Greengrassowie, tak ważni dla czarodziejskiej historii, kochający magiczne stworzenia, stanęli po złej stronie historii. - Twój brat zginął haniebnie. Głupio. Niepotrzebnie. Broniąc tych, którzy chętnie pozabijaliby wszystkie wasze smoki a ciebie i twe córki spaliliby na stosie - dorzuciła z goryczą, chyba po raz pierwszy podczas tego spotkania tak autentyczną, popartą czystym żalem, że błękitna krew została przelana w obronie czegoś tak dla niej destrukcyjnego. Minął jednak czas na prośby i groźby; minął czas na edukację i polityczne propozycje; ród władający rezerwatem w Peak District wybrał stronę, po której stanął - i była to strona przegrana.
Deirdre wierzyła w to całą sobą nawet teraz, nawet pojmana, pozbawiona różdżki i prowokowana przez panią tego zamku, który za kilkanaście godzin miał stać się grobowcem dla całej jej rodziny. - Nie boję się niczego i nikogo oprócz Czarnego Pana i jego najbliższych sług - odpowiedziała swobodnie, znów zaskakująco szczerze; tylko gniew Lorda Voldemorta mógł wpędzić ją w panikę lub w jakikolwiek sposób jej zagrozić i tylko Śmierciożercy mogliby ją ukarać w bolesny i upokarzający sposób. Właściwie przynosiło jej to ulgę, cokolwiek w swej naiwności przygotował dla niej wielki i sprawiedliwy pożal się Merlinie lord Elroy, nic nie mogło równać się z zemstą naznaczonych Mrocznym Znakiem. - Czyszczę ten świat. Naprawiam go. To nic osobistego, Mare - wywróciła oczami, ciemnymi, brzydkimi, podkrążonymi fioletowym cieniem, nadającym spojrzeniu nieprzyjemnej głębi. Roziskrzyły się czymś żywszym dopiero podczas przemowy lady Greengrass. Aroganckiej, obraźliwej dla sprawiedliwych rządów Cronusa; Dei skomentowała to tylko śmiechem, nieprzyjemnym, ochrypłym; chichotała przez cały czas filozoficzno-politycznej lekcji, lecz nie było w tym śmiechu ani grama wesołości. Dźwięk ociekał sarkazmem, a w późniejszych fałszywych taktach - szaleństwem. Zwieńczonym krótkim aplauzem, lodowate, sinofioletowe dłonie Śmierciożerczyni uniosły się do góry, zaklaskała głośno kilkukrotnie. - Nie myślałaś o karierze guwernantki lub profesorki, skoro w roli matki niezbyt się spisujesz? Wspaniale próbujesz podkreślić swoją wyższość łacińskimi zwrotami i znanymi tylko wąskiemu gronu nazwiskami. Doprawdy, nie podejrzewałabym cię o takie retoryczne akrobacje najniższego rzędu - westchnęła teatralnie, jednocześnie zirytowana poziomem, na jakim się znalazły. Teoria, próba słownego udowodnienia swej wyższości; cóż za marnotrawstwo czasu. Miała tak wiele do zrobienia, tak wielkie połacie magicznego świata do uratowania, a przez partyzanckie działania zwolenników Zakonu Feniksa utknęła tutaj, w wieży na końcu świata, smagając się nawzajem z rudowłosą ostrymi batami słów. - W ogóle nie rozumiesz, Mare - znów wycedziła jej imię z odrazą, jakby w ustach miała kawałek zepsutego owocu, opuszczającego przy każdym ruchu języka porcję ohydnego jadu. - Szlamie potomstwo to tylko zabawka, ot, dodatek do wielkiego dzieła, jakie tworzymy. W końcu każdy musi rozluźnić się po ciężkim dniu pracy, czyż nie? Torturowanie w ten sposób szlamolubnych rodziców to wspaniałe narzędzie dydaktyczne. Nie uwierzysz, jak łatwo przekonać potem ich towarzyszy do posłuszeństwa lub zdradzenia kilku informacji o waszej organizacji terrorystycznej - obróciła się wokół własnej osi, krążyła dalej wokół lady Greengrass, za każdym razem zacieśniając krąg o jedną lub dwie stopy. W chwili, w której ognistowłosa czarownica wspominała niezmienną opinię o Rosierze, Deirdre niemalże dyszała jej w kark. Tęskniła za nim, nie chciała jednak tego wypowiedzieć, na razie próbując przeobrazić senną marę na swoją korzyść. - Och, wierzę, że jestem priorytetem na liście przystanków - wyszeptała, zaprzestając wędrówki lwicy, okrążającej zdobycz. Nie miała pojęcia, czy Mare wie o tym, że sprowadziła na ten świat dzieci nestora; dzieci wyjątkowe, dzieci skazane na wielkość. Nieistotne, nie o nich teraz myślała. Stała teraz kilka cali za plecami arystokratki, a spojrzenie, jakie wbijała w jej kark, mogłoby złamać go w kilku miejscach, gdyby tylko posiadła zdolność magii bezróżdżkowej. - Niech zgadnę - warunek Macnaira dotyczy dostarczenia mu odpowiedniej ilości ognistej whisky? - wyszeptała w rozbawieniu, kąciki ust zadrgały, ale wcale nie czuła się rozweselona informacjami o porwaniu pozostałych Śmierciożerców. Ufała Ramseyowi, ufała też Drew; na pewno mieli jakiś pomysł, na pewno spróbują wydostać się na własną rękę, a specyficzne poczucie humoru Macnaira nie oznaczało przecież jego zdrady. Czy aby na pewno? Nie, nie mogła w to wątpić, nie mogła też zwątpić w Tristana, lecz dopóki nie przekroczył drzwi wieży, zalany krwią, z pulsującymi czernią żyłami i pozbawionymi białek mrocznymi oczami, musiała spróbować poradzić sobie sama. - To ostatnia szansa, Mare. Wydostań mnie stąd, a ochronię twoje dzieci. Będą żyły bezpiecznie. Będą całe i zdrowe, dorastając w dostatku. Nie wiem, czy uda mi się ochronić ciebie, ale świadomość, że ci, których kochasz najbardziej, przezyją, powinna wystarczyć do podjęcia odpowiedniej decyzji. Widzisz, jak toczy się wojna, widzisz, do czego jesteśmy zdolni - a ty otrzymujesz szansę jedną na milion. Nie chcesz potem wracać do tego momentu, obciążona aż do śmierci wyrzutami sumienia, że zaprzepaściłas dobro własnych dzieci - sączyła jej do ucha, szczerze; nie kłamała, nie wiedziała, czy zdołałaby zaoferować Mare amnestię, ale błękitnokrwiści potomkowie mogli na nią liczyć; mogli żyć bezpiecznie, dostatnio, długo; mogli wieść szczęśliwe życie w czystym społeczeństwie, zamiast chować się w zamku a później zginąć okrutną śmiercią. Ich przyszłość należała teraz do ich matki - a Deirdre oczekiwała jej decyzji z wstrzymanym oddechem.





there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]11.09.22 13:36
Krótkie westchnienie wydostało się spomiędzy jasnych warg lady Mare. Jeszcze raz skrząca determinacją zieleń jej spojrzenia poszukała oczu madame Mericourt; niezależnie od tego jak nieludzkie mogłyby być, jak niezdrowo pożółkła od czarnej magii mogłaby być skóra jej twarzy, jak bardzo, z każdą mijającą sekundą zdawała się r o z p a d a ć na oczach arystokratki na dwie części — z jednej strony upodabniając się do jadowitego węża, z drugiej zaś, w dziwnej dychotomii, stając się zimnym symbolem nadchodzącej śmierci (czy tylko wyłącznie cudzej?) w postaci trupiej czaszki. Dwa symbole nierozerwalnie związane z jej działalnością, z jej ż y c i e m. Mroczny Znak na ramieniu, na lewej ręce, tej bliżej serca. Niezależnie od tego wszystkiego, podjąwszy decyzję o skrzyżowaniu spojrzeń, nie zamierzała z niej rezygnować. Obawy nie były przecież powodem do wstydu; wstyd dotykać mógł tych, którzy pozwalali obawom kneblować sobie usta, związać kończyny, zatrzymać się w miejscu.
Pomimo lat wojny pochłaniającej wszystko i wszystkich, którzy stanęli na jej drodze — obie parły dalej, linie ich żyć zbliżały się do siebie niebezpiecznie blisko, by chwilę później odbić w przeciwnych kierunkach. Ale wreszcie zetknęły się w wieży aresztu podlegającego rodowi Greengrass. Pewnie gdyby zależało to od samej Deirdre, wymieniłyby się rolami. Surowo—przytulna wieża zostałaby wymieniona na wilgotną, obślizgłą piwnicę, może Tower, czy inny Azkaban. Nie spodziewała się wiele po swych adwersarzach. Mężczyźni mogli przynajmniej liczyć na dość szybką egzekucję. Kobiety w czasach wojny musiały wycierpieć się znacznie dłużej, intensywniej; ale to tylko podpalało i układany przez nią z zapamiętaniem stos oporu, pozwalało na wyciśnięcie z siebie absolutnie całej determinacji. Nie odpowiadała przecież tylko za siebie, miała pod swoimi skrzydłami całą rodzinę. Dzieci, całą trójkę, Elroya, jego rodzeństwo, swą siostrę i brata. Kiedyś braci.
— Oczywiście, że zginął niepotrzebnie, ale to wyłącznie wasza wina, madame — mógł żyć. Mógł w dalszym ciągu kontynuować swoją misję, mógł obserwować, jak wzrastają jego dzieci, teraz wychowywane przez dziadków i rodzeństwo pozostające w Weymouth. Czy strata brata bolała? Oczywiście, że tak. Ale tak samo, jak Archibald nie zasługiwał na swoje przedwczesne odejście ze świata, tak samo Deirdre nie zasługiwała na żaden okruch żalu pojawiający się w jej obecności. Nie odda jej satysfakcji. Nigdy. — Niszczycie wszystko, co stanie wam na drodze. Ciągle do przodu, niezależnie od kosztów, niezależnie od tego, że zamiast ratować, jak to uparcie określacie, pozostawiacie po sobie wyłącznie zniszczenie, ogień, pustkę — wyliczała z drobną przerwą na oddech, tym razem przesuwając wzrok na czerń włosów stojącej przed nią czarownicy. Może w innym świecie znalazłyby ze sobą wspólny język. Gdzieś pod skórą lady Mare czuła przecież, że gdyby odjąć aspekt urodzenia i polityki, były do siebie nawet podobne. — Waszym błędem jest pycha, madame. To jednak cierpliwa przywara, przypomina o sobie w najmniej oczekiwanych momentach — cień uśmiechu zatańczył na wargach arystokratki, gdy przestąpiła jeden krok do przodu, w jej kierunku. — Im wyżej skaczesz, tym bliżej dna, madame.
Tym razem słowa miały odrobinę inny wydźwięk. Brzmiały niemalże czule, jakby Mare pragnęła w dobrej wierze i z czystego serca upomnieć Śmierciożerczynię, odciągnąć ją od popełnienia błędu, który zaważy na jej życiu. Ale na to — jak i wszystko inne dotyczące przekreślonego zwycięstwa Rycerzy Walpurgii — było już za późno.
— Ale podejmijmy się tego ćwiczenia myślowego razem. Załóżmy, że fortuna sprzyja wyłącznie wam. Udało się wam pozbawić życia każdego, co do którego mieliście podejrzenia o niesprzyjanie wam. Bycie wrogiem stanu. Spalone zostały wioski, miasta zrównane z ziemią, wiatry znad morza nie noszą zapachu słonej bryzy, tylko siarki, palonego drewna, palonych ciał, krwi. Stoisz, madame, pośrodku tego wszystkiego. I co dalej? — przekrzywiła głowę w bok, szczerze ciekawa odpowiedzi. — Kto stoi u madame boku? Ma madame dom, do którego jest w stanie wrócić? Nie będę aż tak okrutna, w końcu to nic osobistego, stwierdźmy, że jest takie miejsce. Zażywa madame kąpieli, je kolację, kładzie się spać. Co z następnym dniem? Ziemia, którą madame utopiła w krwi, nie urodzi przecież plonów. W zniszczonym kraju nie ma już nikogo, kim można byłoby rządzić. Przy życiu pozostał Czarny Pan, sir Rosier, madame, panowie Mulciber i Macnair, kto tam jeszcze... — próbowała przypomnieć sobie nazwiska poległych już jakiś czas temu; płotki padały pod ciężarem swych własnych przewin jako pierwsze. Wszyscy przeraźliwie pyszni, ale bez umiejętności, które mogłyby ich przed skutkami tej pychy obronić. W odróżnieniu od czwórki Śmierciożerców. — Lordowie i lady Burke, lord Shafiq, Travers, Rosier, panna Dolohov, panowie Macnair i Sallow. Chyba nikogo nie pominęłam? — jedna z rudych brwi wzniosła się do góry, w otwartym zaproszeniu do potwierdzenia tego, że faktycznie, był to pełny skład sług Czarnego Pana. Tych bliższych i dalszych. — Żeby nie wykonywać już retorycznych akrobacji, które niestety nie znajdą odbicia w twym wykształceniu, uproszczę to, do czego zmierzam — wiedza również była środkiem do pokazania swej wyższości. Prymitywna siła fizyczna potrafiła dotrzeć tylko do pewnego poziomu, a ci, którzy nie zwykli z niej korzystać, musieli uciekać się do innych sztuczek.
Podobnie było z Mare.
— Rewolucja zjada własne dzieci. A hierarchia jest w życiu wszystkim, na niej opiera się porządek rzeczy. Jakkolwiek chciałaby madame uznawać mnie za kobietę postępu, czy obrzydliwych nowości, wychowana zostałam w duchu konserwatyzmu i poszanowania do tradycji — bo tak właśnie było. Nie zakładała spodni, nie wychodziła w bój przed swym mężem, nie próbowała przyjmować zgniłych wartości, którymi zachłystały się żony, siostry i córki wrogo nastawionych do mugoli czarodziejów. — A was na wyższą od tej posiadanej z urodzenia pozycję wyniosło tylko to — mówiąc te słowa, skupiła wzrok na tatuażu. Może to jeden z ostatnich razy w życiu, w którym go zobaczy. — Arystokracja zawsze będzie stała na szczycie hierarchii. A przed czystokrwistymi kobietami stać będą czystokrwiści mężczyźni. W czasie pokoju zdanie żołnierza nie ma aż tak wielkiego znaczenia.
Mimika powróciła do neutralnego wyrazu, gdy Deirdre opowiadała jej o torturach na mugolskich dzieciach. Nic, czego nie spodziewała się po rozdmuchanym ego, zatruciu pewnością siebie. Dopiero na słowa o byciu priorytetem na liście przystanków kącik ust drgnął niemal niezauważalnie, zaś na twarzy szlachcianki odmalowało się wyraźne współczucie.
— Mam nadzieję, że przynajmniej przez ten czas zdołałaś odnaleźć swoje szczęście, jakiekolwiek by ono nie było — czysta kurtuazja, choć z zaznaczeniem, że cokolwiek stało się wcześniej, nie pozostawało poza uwagą Mare; lady Greengrass nie mogła przecież przejść do porządku dziennego nad popełnianymi chyba każdego dnia zbrodniami. Bywali tacy, którzy odmawiali im — Śmierciożercom, Rycerzom Walpurgii — człowieczeństwa. Ale w ocenie damy podejście takie było wyłącznie na rękę oskarżonym. Trzeba było przypominać im o tym, że w istocie — byli ludźmi. Gotowymi do potknięć, zmierzających do krańca swego życia, ludźmi, którzy przegrali. — Ale w przeciągu ostatnich dni zmieniło się wiele. Także, jak zakładam, lista priorytetów sir Rosiera.
Oczywiście, że słowa sączone przez Deirdre były kuszące. Byłyby jednakże bardziej, gdyby to Zakon Feniksa był w odwrocie. Gdyby tracili przyczółek za przyczółkiem. Gdyby sytuacja cofnęła się do początku roku 1958, gdyby serce lady Greengrass ściśnięte było w bezbrzeżnym żalu i bezsilnej złości, gdyby wtedy zamiast odnalezienia w sobie siły i uporu, by odwrócić losy kreślone bezwzględnymi rękoma Rycerzy Walpurgii, poddała się ich właśnie planom. Dzisiaj jednak fortuna stała po stronie jej i jej sprzymierzeńców.
A obróciwszy się na niskich obcasach pantofelków, stanęła twarzą w twarz ze Śmierciożerczynią.
Podjęła decyzję.
— Jak na Śmierciożercę jesteście zaskakująco łaskawą, madame. Niestety, jak mogła się madame domyślić, nie przyjmę propozycji — głos nie zadrżał nawet w jednej głosce. Była pewna swego, dzieci, podobnie jak w styczniu 1958 znajdowały się w bezpiecznym miejscu. Elroy i jego bracia zadbali o ich transport. — Mogę jednakże zaoferować dzieciom madame dostatnie i bezpieczne życie. Bliźnięta nie są winne swemu rodowodowi — jeżeli wcześniej nie poruszała tematu potomstwa czarnoksiężniczki i mogło wydawać się, że nie ma o nich pojęcia, w tej chwili rozwiała wszelkie wątpliwości. — Niebo i ziemie przeminą, ale słowa moje nie przeminą — rodowa maksyma panów Derbyshire i Staffordshire pieczętowała wszystkie istotne przysięgi. — Ale wszystko zależy od decyzji madame.


who will the goddess of victory smile for?
is the goddess of victory fair to everyone?
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 7 +2
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 12 +3
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
Re: [sen] księżniczka na wieży [odnośnik]12.09.22 18:12
Ledwie powstrzymała się od uniesienia opuszków palców do skroni, od bełkotu szlamolubnej Mare zaczynała boleć ją głowa. Nie pojmowała, jak wykształcona, wychowana w duchu szacunku do czarodziejskiej tradycji, chyląca głowę przed dokonaniami przodków, podążająca wytycznymi czystokrwistych rodów czarownica mogła tak drastycznie zmienić poglądy, wręcz opluwając to, w co tak głęboko wierzyła przez lata - i w co wierzyli jej przodkowie. - Mare, Mare, M a r e - prawie przerwała wywód o niszczeniu i pysze, unosząc szybko w górę bladą dłoń o chudych, długich palcach i równie wyraźnych paznokciach o ostro zakończonej płytce, zabarwionych już trwale - i nieelegancko - na brudną czerwień. Od krwi i mięsa, w których zagłębiała się z niemal grzeszną przyjemnością. - Niszczymy tylko wtedy, gdy zostaniemy do tego zmuszeni. Skoro plujecie na wielkość i pragniecie destrukcji magii - musimy odpowiedzieć z taką samą intensywnością - odparła niemalże czule, jakby wyjaśniała kilkulatkowi podstawowe zasady działania świata. Świata sprawiedliwego, otwartego, szanującego siłę czarów, świadomego, że czarodzieje nie muszą - ba, nie mogą - się ukrywać. O taką przyszłość walczyła i taką właśnie jej wizję rysowała odpowiedź Mare, rozległa, obrazowa, szczegółowa, niosąca dla samej Deirdre, pomimo okrutnych okoliczości, w jakich się znajdowała, zadowolenie, niemal ulgę. Nie czuła się zagrożona przed wysnutą przez lady Greengrass wizję; nie, bo wierzyła całym zgorzkniałym i czarnym sercem w przyszłość czystą i pozbawioną najgorszych trosk. - Jeśli ta przejmująca opowieść miała wzbudzić we mnie wątpliwości to, niestety, bez powodzenia - westchnęła z ironią, nie działała na nią ani propaganda Zakonu Feniksa ani ta mniejsza, bardziej ludzka, oparta na uczuciach jednostki. - Jeśli wygramy - będziemy mieli wiele do zrobienia. Opieka nad sierotami po zdradzieckich rodach, odnowienie zniszczonych przez mugolskie działania ziem, rekablibracja dzialań ekonomicznych, ustabilizowanie rynku galeonów, badania przywracające wybite przez mugoli magiczne istoty...Mogłabym tak wymieniać bez końca - zaczęła mówić z uczuciem, po raz pierwszy podczas tego starcia szczerze, z pasją, która pozwalała dostrzeć w tej zdegenerowanej, żywiącej się czarną magią istocie, jaką się stała, prawdziwego człowieka, kobietę zachwyconą perspektywami, pragnącą dla swego świata dostatku i dobra, jakkolwiek odmiennie je postrzegała. -Wy naprawdę sądzicie, że chodzi nam o zwycięstwo spalonej ziemi? O pragnienie dominacji? - zaśmiała się krótko, ironicznie, z wzburzeniem i gniewem; nienawidziła tak płytkiego postrzegania ich idei. - To wam wmawia Harold Longbottom? Że jesteśmy zaślepionymi zniszczeniem mordercami? Że jesteśmy źli do szpiku kości? Że nasze racje są podyktowane szaleństwem? Naprawdę, nie pojmujecie, jak Wami manipuluje? - spojrzała ostatni raz w jasne oczy Mare, prawie współczująco; czy ona też padła ofiarą kłamliwej propagandy Zakonu? - To wy pragniecie zniszczenia i śmierci magii. Za kilka pokoleń krew ulegnie rozcieńczeniu, nie będzie czarów, zaklęć, cudów alchemii i wspaniałości sztuki tkanej przy pomocy różdżek. Magiczne stworzenia zostaną wybite przez mugoli, czarodziejska flora - wyniszczona ich działalnością. Nic nie nauczyła was wojna szlamu? Trujące chmury nad Londynem? Zatrucie ciemnym dymem, który ze sobą niosą wszędzie, gdzie mordują świat wokół siebie? Władza mugoli to gwarancja zniszczenia tego, co piękne, wrażliwe, wymagające ochrony. W końcu - zabiją i was, swych sojuszników. I dopiero wtedy pojęlibyście, że sami zawiązywaliście na swej szyi stryczek, gotowi śpiewać pieśń podyktowaną przez Longbottoma - melodyjny głos Deirdre niósł się po komnacie pewnie, donośnie, z prawdziwymi emocjami; goryczą, złością, rozpaczą. Frustrowało ją niezrozumienie Mare, jej zaślepienie, śmieszna pewność, z jaką wymieniała personalia najbliższych popleczników Czarnego Pana. Skądś musiała czerpać tę wiedzę, Mericourt podejrzewała, skąd, ale nie chciała tego do siebie dopuścić. - Czarny Pan wywyższa tych, którzy są gotowi oddać za przyszłość czarodziejskiego świata własne życie. Niezależnie od płci. Tak wywyższył mnie - i to nie zmieni się podczas pokoju - sarknęła, w oczach zapalił się nerwowy blask. Senna Mare mogła wypowiadać na głos podświadome wątpliwości samej Deirdre, obawę o to, co stanie się po zakończeniu walk. Wierzyła jednak, że Mroczny Znak nie zniknie, że dalej będzie wiedźmą wpływową, władczą, z realnym wpływem na dobrobyt magicznej Wielkiej Brytanii. - Daruj sobie, Mare. To ty oplułaś tradycję, a wykształcenie odebrałam lepsze - w boju, w pracy w Ministerstwie, w faktycznym działaniu, a nie organizowaniu herbatek dla czarnych owiec szlachty i wyrzucaniu z siebie kolejnych rudowłosych potomków. Nie sprawisz, że zwątpię w to, co wierzę - i w szczęście, jakie poczuję, gdy wszyscy zdrajcy twojego pokroju spłoną żywcem na stosach, a ich popioły pozwolą wzrosnąć szybciej czarodziejskim roślinom - wysyczała zjadliwie, tracąc na moment kontrolę. Zapadała się coraz głębiej w śnie, w rozkołysaną nienawiścią rzeczywistość, w której jednak, mimo wszystko, nie zatapiała jeszcze kłów w delikatnej szyi arystokratki. Potrafiła przecież rozmawiać, prowadzić wprawne negocjacje, nawet, gdy postawiono ją pod ścianą, a Mare umiejętnie próbowała podkopać wiarę Deirdre w swój jedyny ratunek. Uosobiony w Tristanie; tak było od zawsze, powierzała mu swe życie, bez najmniejszych wątpliwości, lecz przywykła przecież do znajdowania się dalej na liście priorytetów. Zawsze za Evandrą, za jego oficjalną i prawdziwą rodziną, za rodzeństwem, za Evanem i Cosette; przełykała dumę, ale teraz...Teraz musiało być inaczej. Przecież jej nie zostawi, nie pozwoli, by wywleczono ją na dziedziniec tego zgniłego moralnie zamku, by powiesić ją jak byle rzezimieszka. Zaśmiała się nerwowo, jedyna nieoczywista oznaka tego, że Mare trafiła blisko celu; celu, do którego w końcu i tak dotarła, przywołując kwestię dzieci. Ich dzieci. Dzieci pełnych mrocznej magii, zrodzonych z najplugawszej nienawiści i chorej miłości, dojrzewających w skażonym łonie, w brzuchu smaganym anomaliami i potworną aurą Azkabanu. Twarz Deirdre wykrzywił w końcu szczery grymas, brzydki, zdający się ją oszpecać, rozcinać twarz wręcz na pół wygiętymi w dół wargami. Greengrass odwróciła się w porę, gdyby tego nie zrobiła, dłonie Śmierciożerczyni ukręciły jej kark - teraz mogła tylko wbić paznokcie w jej ramiona, mocno, rozcinając drogi materiał i skrywaną pod nim skórę. - Nie waż się wspominać o moich dzieciach - wywarczała, instynkt macierzyński najwidoczniej objawiał się w niej silniej niż w lady Greengrass. - Wolałabym sama poderżnąc bliźniętom gardła niż pozwolić, by wychowano je na tchórzy, terrorystów i głupców w tym waszym żałosnym siedlisku szlamu - wycedziła niemalże wprost w usta Mare, z daleka ich bliskość mogłaby zostać uznana za wręcz niestosowną, lecz w całkowicie czarnych oczach Deirdre buzowała wyłącznie nienawiść. Czysta, pozbawiona już jakichkolwiek manipulacji. - Tyle po tobie zostanie, słowa. Słowa, które będą przestrogą dla miłośników szlamu. A ja dopilnuję, byś sczezła w największych męczarniach, własnymi rękami wyłupiając oczy swojemu psiemu potomstwu - kontynuowała przez zaciśnięte zęby, a sekundę później lodowate dłonie przesunęły się z kruchych ramion szlachcianki na jej szyję. Musiała to zrobić, koszmar stawał się coraz okrutniejszy, a ona pragnęła zemsty - i ukojenia, poczucia pod palcami spowalniającego pulsu, wibracji ścięgien, świstow i gardłowych jęków, zapowiadających zaczerpnięcie przez Mare ostatniego oddechu. Dzielonego we dwie, znajdowała się przecież tuż obok, a gdyby spojrzenie mogło zabijać, to Deirdre pozbawiłoby tchu lady Greengrass skuteczniej od drapieżnie zaciśniętych na jej krtani dłoni.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
one more time for my taste
I'll lick your wounds
I'll lay you down

OPCM : 37 +3
UROKI : 4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 56 +5
ZWINNOŚĆ : 21
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt
[sen] księżniczka na wieży
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach