Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pokój gościnny
AutorWiadomość
Pokój gościnny [odnośnik]17.05.22 8:11

Pokój gościnny

Niewielki, ale zdecydowanie wystarczający i przytulny pokój na piętrze służy domownikom jako pokój gościnny. Jego punkt centralny stanowi dość spore łóżko z zawsze zmienioną, czystą pościelą oraz stojąca naprzeciw niego drewniana szafa. Na stoliku nocnym, w wazonie stoją świeże kwiaty, a widok z niewielkiego okna wychodzi prosto na ogród.


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.

Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Pokój gościnny [odnośnik]17.05.22 21:59
9 KWIETNIA

Od samego rana czuła żołądek na samym czubku gardła, jego piekące zdławienie domagające się wypełznięcia na powierzchnię; nie, czuła go już od wczesnych nocnych godzin, kiedy z króciutkiej drzemki wybudził ją koszmar. Jeden, zawsze ten sam. Znajome kamienie wyścielające ciasną celę z nadgniłym materacem na ziemi i drzwi rozchylające się po kanonadzie kroków z korytarza, zbyt szybkich, zbyt gniewnych. Pochmurnych jak jesienne niebo. Od czasu pewnej regularności w przyjmowaniu specyfików Yvette demony powracały rzadziej, ale w starciu z tak silnymi emocjami, które przeżywała wiedząc, że już za chwilkę, już za moment w progu drzwi stanie Elric, zawsze obecne na mętnym dnie świadomości strachy znów doszły do tubalnego głosu. W listach zapewniał, że tęsknił; że mimo wszystko chciał się z nią zobaczyć; obiecywał, przysięgał, zarzekał się, że nie zmieni zdania (a powinien, miał do tego każde prawo, była obrzydliwa), powinna więc mu wierzyć. Ufać, skoro jednoczyła ich ta sama krew.
Szklanka ciepłego mleka, tylko tyle przełknęła bladym świtem, rozdygotana nad uroczym kubeczkiem o delikatnie obitym uchu, wpatrująca się w wierzch splecionych ze sobą dłoni, swoich własnych, jakby w liniach brukujących skórę miała jakąkolwiek szansę dostrzec wizję przebiegu tego spotkania. Zgrzytanie wskazówek zegara bolało; półwila czuła metaliczny chrobot każdej sekundy, liczyła je w myślach, zaklinała i prosiła, ale i tak nie słuchały. Nie przyspieszały. Ile jeszcze? Kiedy w końcu przyjdziesz, Elricu? Na nogach wiotkich jak wata porządkowała wnętrze pokoju gościnnego w Syreniej Lagunie. Jedną rzecz przekładała z miejsca na miejsce kilka razy, zupełnie zapominając, że wcześniej zdążyła już ją przestawić.
Nigdy nie sądziła, że czekanie może tak wyniszczać.
Aż w Tower poznała prawdziwy smak jego destrukcji, przesiąkła nim i przyprowadziła ze sobą aż do dalekiej, enigmatycznej Walii prawie za rękę, jak towarzysza podróży, która jeszcze nie miała prawa się skończyć.
W wyłożonym drewnem korytarzu znalazła się na kilkanaście minut przed planowanym pojawieniem się Lovegooda; ale musiała mieć pewność, że nie będzie zbyt długo czekał przed drzwiami, przecież mógł zmarznąć, na zewnątrz wciąż było zimno. Ubrana w granatową sukienkę w kwiaty miętosiła jej materiał w nieco spoconych z nerwów dłoniach, a kiedy mięśnie groziły, że dość było im frenetycznych wędrówek wte i wewte, przystawała przy dużej szafie, oparłszy się o nią plecami czy bokiem. Na chwilę, tylko na chwilę. Bezruch był niebezpieczny, bo rozpadłaby się przy zbyt długim zastaniu, jakby serce, którego głuchy łomot słyszała w uszach, miało nagle stwierdzić, że nie w smak było mu dłużej bić.
Ale biło - tak jak dłoń uderzająca o powierzchnię frontowych drzwi.
Drzwi dla niej niemal zbyt ciężkich, żeby otworzyć je jednym ruchem; tym razem Celine jednak nie zdążyła się zastanowić, czy ich masa przewyższała jej możliwości, bo natychmiast złapała za klamkę i pociągnęła ją do siebie z całej siły, szybko, szybko, byle jak najszybciej zobaczyć przed sobą Elrica. Tyle chciała mu powiedzieć, tak często układała w myślach ten moment, wybierała słowa i mocowała się z ich najlepszą konfiguracją, nie mogąc się doczekać (i nie będąc pewną czy kiedykolwiek miało dojść do) ich następnego spotkania. Aż do teraz.
Otworzyła drzwi i zastygła na moment, który wydawał się wiecznością. On tam był, właśnie on, jej dawno niewidziany kuzyn, wysoki jak szafa, odważny jak smok. Dzień dobry, Elricu, tak bardzo tęskniłam, jak dobrze cię widzieć, wejdź, proszę, na pewno zgłodniałeś, porozmawiamy przy herbacie. Nie, nic z tego.
Zaszklone oczy gwałtownie wypuściły ściśnięte dotychczas łzy, tak jak ona wyciągnęła w jego kierunku drżące, chude ręce, nagle przytłoczona tak mocno - tym widokiem, jego widokiem, tęsknotą, która uderzyła jak rwąca fala -, że słowa i piękne plany mogły co najwyżej ugrzęznąć głęboko w krtani. Celine otworzyła przed nim ramiona, niemo prosząc o dotyk. O to, żeby pozwolił jej się przytulić. I zrozumieć, że był prawdziwy. Prosząc, żeby jej nie odrzucił.


there's a part of me that's desperate for changes, tired of being treated like a pawn. but there's a part of me that stares back from inside the mirror, part of me that's scared I might be wrong, that I can't be strong...
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Pokój gościnny [odnośnik]30.05.22 22:03
Hey sister
Know that water's sweet but blood is thicker
Oh, if the sky comes falling down for you
There's nothing in this world I wouldn't do


Stresował się spotkaniem z młodszą kuzynką (nie, nie kuzynką, przecież nie kuzynką) bardziej niż czymkolwiek w czasie ostatnich tygodni. Wypady do Lucindy, choć powodowały lekki dyskomfort pochodzący gdzieś z najgłębszych partii serca, tak naprawdę zawsze przychodziły mu lekko, bo doskonale się rozumieli, a tęsknota szybko dawała o sobie znać. Nie znaczyło to, rzecz jasna, że z Celine nie dogadywał się dobrze... na tyle, na ile mieli okazję utrzymać kontakt, bo przecież zwykle była dla niego jedynie małą dziewczynką, małą kuzynką, którą uwielbiał nosić na barkach, ganiać po podwórku i opowiadać bajki o smokach. Potem, gdy skończyła Hogwart, ich kontakty były rzadsze, czego teraz bardzo żałował. Jakim cudem nie wiedział od razu o tym, że trafiła do Tower? O tym co stało się z wujkiem? Choć dla poczciwego wuja pewnie lepiej było, że umarł zanim się dowiedział.
Na samą myśl o tych latach kłamstw miał ochotę uderzyć pięścią w ścianę i posłać ojca do diabła - nie wybaczył mu, jeszcze nie, ale pewnie przyjdzie na to czas. Jak wyzna prawdę innym, Magdzie i matce. Przede wszystkim matce. Wtedy będą mogli wrócić do dawnej zażyłości, bo choć przyjął już do wiadomości, że rzecz miała miejsce tak dawno, nie zamierzał odpuszczać i pozwalać na to, by ich życie nadal toczyło się w kłamstwie. Ile miał w końcu lat, gdy się to wszystko działo? Z dziesięć? Magdalene chodziła już do Hogwartu!
Nie mógł o tym myśleć, a jednak musiał. Zamierzał wziąć większość ciężaru radzenia sobie z rodziną na siebie, bo dla Celine to przecież będzie jeszcze trudniejsze, jeszcze gorsze. Dla niej musiał być teraz podporą i bratem na jakiego zasługiwała. I... cholera, nigdy nie sądził, że będzie miał młodsze rodzeństwo! I to teraz, mając trzydzieści lat i starszą siostrę, która miała własne dzieci. Po prawdzie, czuł się trochę jakby sam został ojcem.
Ale miał zamiar zrobić wszystko jak trzeba.
Celine wywiało aż do Walii, co dla niego wciąż pozostawało tajemnicą. Skąd wzięła tutaj przyjaciół? Jeśli jednak czuła się w porządku, była bezpieczna, nie zamierzał wszczynać boju - chociaż wolałby, gdyby była z nim, to przecież w Walii była pewnie bezpieczniejsza niż w Anglii. Musiał o tym pamiętać.
Przybył w zwyczajnym ubraniu, płaszczu z lekko wytartymi łokciami, w wysokich butach smokologa. Włosy rozwiał mu walijski wiatr, twarz była poważniejsza niż zwykle. Otwierał usta do powitania, gdy Celine otworzyła mu drzwi, ale gdy zobaczył jej olbrzymie oczy, drżącą wargę i łzy na policzkach, zostawił słowa na później. Wyciągnęła do niego ramiona jak wtedy gdy miała dziesięć lat, a on bez chwili zawahania zagarnął ją do siebie mocno, pochylając się, bo była taka niziutka.
- Ćśśś... już dobrze, nie płacz, Calineczko - użył zdrobnienia, którego używał, gdy był szczeniakiem kończącym Hogwart, a ona dziewczynką z kucykami. Lubiła baśnie Andersena, a jemu maleńka blondyneczka kojarzyła się tylko z jedną. - Jestem. Chyba nie myślałaś, że nie przyjdę? - zapytał nieco żartobliwie, w końcu nawet cholernie zestresowany pozostawał sobą. - Tutaj mieszkasz z tym dobrym chłopcem? - zapytał, praktycznie od razu rozglądając się z zainteresowaniem. Ciekawiło go gdzie się zatrzymała, w końcu nie miała bliskiej rodziny, do której mogła wrócić.
A przynajmniej tak myślała.
Była jednak w błędzie.
[bylobrzydkobedzieladnie]



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Pokój gościnny [odnośnik]01.06.22 14:10
Dźwięk użytego przez mężczyznę zdrobnienia przywołał uśmiech na jej usta, blady, słony od łez, a jednocześnie tak szczęśliwy. Zupełnie jakby dopiero głos Elrica, a nie jego dotyk, nie dzielne ramiona zatrzymujące ją w stęsknionym uścisku, był potwierdzeniem tego, że stał przy niej prawdziwy, z krwi i kości, krwi Lovegoodów. Zawsze lubiła go słuchać. Głęboki głos modulował każdą opowieść, wywołując u dziewczątka zachwyty, salwy śmiechu lub wręcz przeciwnie - kołaczące drżenie serca w niepokoju wobec dalszej przygody, zanim zdejmował z jej barków ciężar niewiedzy i otwierał wrota do szczęśliwego zakończenia. Oni także dostali swoje własne zakończenie? Właśnie takie, szczęśliwe? Mimo wichrującej obok nich wojny i miesięcy rozłąki, które dla Celine wydawały się wiecznością. Zgubiła w ich trakcie samą siebie. Ale istniała szansa, że Elric znów będzie w stanie zaczarować głosem rzeczywistość i jakoś powiedzie ją w stronę weselszego słońca; chciałaby w to wierzyć, chociaż nadzieja miała nikłe szanse na prześlizgnięcie się wokół straży stworzonych z traum i pieczołowitego wbijania jej do głowy myśli, że była nikim i na nic dobrego nie zasłużyła.
- Niew-ważne co m-myślałam - wydukała pomiędzy jedną a drugą łzą, z twarzą przyciśniętą do ramienia kuzyna tak mocno, że prawie nie mogła oddychać. Nos łapczywie sycił się zapachem płaszcza, przez który przebijała się woń samego Elrica, chyba już na zawsze przesiąknięta charakterystycznym zapachem płomieni. Kojarzył się jej nie ze smokami, a z zimowymi wieczorami w Dolinie, kiedy tata wrzucał do ogniska polana i podpalał je miękkim gestem nadgarstka podtrzymującego jasną różdżkę z rączką w kształcie zamotanych piór. Kojarzył się z domem. Ze wszystkim, co było dobre, a za czym tęskniła każdej nocy i każdego poranka. - Jest-t-eś - sapnęła, głowę nieco odsunąwszy do tyłu, by móc spojrzeć na magizoologa zaczerwienionymi od płaczu oczyma. - To się li-iczy, tylko to - odszukała jego tęczówki w barwie ciemnej czekolady, po czym z trudem rozsupłała ręce z jego pasa i sięgnęła nimi ku górze; najpierw palcami musnęła jego policzki. Odrobinę chropowate, niżej pokryte zarostem, który dodawał mu dojrzałej powagi.
Elric był piękny. W każdym calu, duchowo i fizycznie. Półwila wspięła się na palce, bo chociaż pochylił się w dół, wciąż potrzebowała kilku centymetrów, żeby móc nosem leciutko stuknąć jego nos, dłonie chowając w puklach dłuższych, falujących kosmyków na czubku jego głowy. Potrzebowała tego - chwili rodzinnej bliskości i dotyku, niezmąconej żadnym złym wspomnieniem, nawet jeśli te nieustannie próbowały przebić się przez mur ulgi, jaką czarodziej przyniósł jej ze sobą z dworu. Nie, nie tym razem! Dudniące w piersi serce walczyło z myślą, gdy składała na jego czole czuły pocałunek (przyszedł, bo spodziewał się zastać Celine, nie taką mizerną kurwę jak ty, powtarzało echo kąsającego ją głosu, który nie należał do niej; był męski i złowieszczy), z kolei twarz zaczerwieniła się jeszcze mocniej na brzmienie zadanego przez niego pytania. Dziewczyna odsunęła się na kilka cali i dłońmi tym razem przysłoniła swoje usta.
- Z chło-opcem? - powtórzyła z niedowierzaniem. Naprawdę spodziewał się zastać tutaj Marcela? I że niby... Mieliby mieszkać sami? Tak we dwójkę? Tylko oni, nikt więcej? Serce załomotało jakby głośniej. To nie tak, że nie chciałaby mieć go bliżej, upewnić się, że był szczęśliwy, bezpieczny, pocieszony, kiedy ogarniałyby go smutek, strach czy niepewność, ale Marcel na pewno nigdy nie zamieszkałby z kimś takim jak ona. Brudnym, lepkim od złych wspomnień. - Och, głuptasie! To przecież n-nie wypada, nie ma tu żadnych chłopców... - Celine pociągnęła nosem i w końcu otarła łzy z policzków, chociaż to na niewiele się zdało. Małe, bezbarwne kryształki dalej ciekły ciurkiem z jej oczu. - Daj, proszę, powieszę - sięgnęła do rękawa elricowego płaszcza i delikatnie pociągnęła za jego skrawek. Właściwie oboje byli tu gośćmi; półwila poczuwała się jednak do tego, żeby na coś się przydać. Jakoś go ugościć. - Mam coś dla c-ciebie, zrobiłam trochę sama, trochę nie... - wyznała, a kąciki ust uniosły się ku górze w niepewnym uśmiechu. Zza rogu, gdzie znajdowała się kuchnia, dobiegały zapachy wczesnego obiadu. Pieczona pardwa z ziemniaczanym puree i kaszą gryczaną, całkiem zjadliwa, a jednak Celine wiedziała, że sama nie przełknie ani kawałka, nie w takich emocjach. - Chodź - poprosiła cicho, chcąc poprowadzić go do na miejsce, i oplotła ramię Elrica swoimi, przytulona do niego na każdym kroku. Jakby bała się, że za chwilę wymknie się spomiędzy ram rzeczywistości i zniknie. Tyle chciała mu powiedzieć, tyle ważnych rzeczy... Ale od czego zacząć? Co u ciebie, jak się masz?, to wszystko brzmiało tak głupio.


there's a part of me that's desperate for changes, tired of being treated like a pawn. but there's a part of me that stares back from inside the mirror, part of me that's scared I might be wrong, that I can't be strong...
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Pokój gościnny [odnośnik]19.06.22 12:35
Rozpacz Celine była onieśmielająca. W jaki sposób miał przekazać jej szokujące wieści, skoro dziewczyna rozkleiła się na sam jego widok? Ciężar odpowiedzialności gorzko stawał mu w gardle, ale za wszelką cenę nie dawał po sobie poznać, że jest zmieszany i zmartwiony bardziej niż tylko przez wzgląd na jej okropne doświadczenia sprzed tygodni. Bo to przecież dlatego tak płakała, dlatego tak wychudła i zmizerniała, prawda? Ponieważ jakiś brutalny, obrzydliwy człowiek w Londynie zdecydował, że istotka tak młoda i niewinna zasługuje na więzienie - i dlaczego? Nie potrafił sobie wyobrazić, by Celine mogła świadomie zrobić cokolwiek, by ściągnąć na siebie uwagę władz. To musiał być przypadek albo donosicielstwo albo zwyczajna podłość losu.
Nie mógł pozwolić jej nigdy więcej wrócić do miasta; dopóki trwała wojna, powinna się ukrywać, nie nadawała się ani do walki ani do tego, by samodzielnie się bronić.
- Jestem, oczywiście, że jestem. No już. Chcesz chusteczkę? - zapytał łagodnie, kiedy otuliła dłońmi jego twarz. Musiał się zgarbić, żeby zdołała pocałować go w czoło; zmieszał się, bo zapomniał już jak zwykła robić to jako dziecko, zaraz jednak uśmiechnął się i również pocałował ją w czubek głowy, by dać jej do zrozumienia, że wszystko jest już w porządku. Przyszedł i nie zostawi jej więcej samej; nie mógł. - Nigdy ci nie obiecam czegoś, czego nie będę mógł spełnić. Pamiętaj o tym, Calineczko - przypomniał łagodnie, wyciągając z kieszeni płaszcza kraciastą chustkę i ocierając jej policzek, a potem wręczając materiał do drobnych dłoni.
Był zadowolony, że jego domysł okazał się fałszywy. Chociaż starał się nie reagować z wzburzeniem starszego brata, bo jeśli Celine ufała chłopcu, który jej pomógł, to przecież miała do tego prawo (ten chłopiec był z nią wtedy, kiedy nie było Elrica ani jego ojca ani nikogo innego, kto miał obowiązek się nią opiekować), mimo wszystko nie byłby zadowolony, gdyby zatrzymała się u jakiegoś na stałe. Mężczyznom, zwłaszcza młodym, przychodziły do głowy głupie pomysły, dobrze o tym wiedział. A specjalny dar Celine stawiał ją w nawet większym niebezpieczeństwie niż każdą inną dziewczynę w jej wieku.
- To dobrze. Nie zrozum mnie źle, ale z chłopcami, nawet najlepszymi, się mieszka dopiero po ślubie - zaznaczył bez przesadnej surowości, zsuwając płaszcz z ramion i pozwalając Celine odwiesić go i krzątać się wokół, jeżeli w jakiś sposób ją to uspokajało. Widok łez w oczach siostry za każdym razem bolał tak samo, ale wiedział, że zobaczy ich dziś jeszcze więcej. Czując wzbierające poczucie winy, otulił Celine ramieniem, gdy przylgnęła do jego łokcia i pociągnęła go w stronę kuchni. - Pachnie wspaniale. Prawie jak w domu, co? - zaśmiał się jakoś tak smutno, bo nie mógł zdobyć się na żarty, mając świadomość, że całe wyobrażenie Celine o rodzinie wkrótce zostanie obrócone w pył. Czy miał serce dzisiaj jej o tym mówić? Czy nie powinien jeszcze trochę poczekać, dać jej odpocząć po Tower? Czy to byłoby sprawiedliwe? - Jak się czujesz, mała? - zapytał, żeby dać sobie czas i dlatego, że był ciekawy, chociaż właściwie to też trochę bał się odpowiedzi. - Od jak dawna tu mieszkasz? Potrzebujesz czegoś, czegokolwiek? Jedzenia, ubrań... - pieniędzy, dodałby, ale to brzmiało tak pusto. - Tęskniłem za tobą. - mruknął, odsuwając jej po dżentelmeńsku krzesło przy stole, by usiadła obok niego. Tyle musiał powiedzieć, za tyle rzeczy przeprosić.
Ale jak?



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Pokój gościnny [odnośnik]20.06.22 15:54
Nie zdawała sobie sprawy z tego, jak poważny ciężar przygniatał dzisiaj Elrica. Z tego, co nosił pośród fałd mózgu, z kreślonych przez wuja (jeszcze wuja) słów na pergaminie, tak gęsto go pokrywających, że przypominały mrówki pędzące do swojej kolonii. Został z tym sam: z koniecznością podjęcia decyzji czy podzielić się wiadomością, czy może zachować ją dla siebie i cierpieć z powodu prawdy jako jedyny z ich dwójki, czego Celine nigdy - nawet wiedząc o tym, co chciał lub musiał przekazać - by mu nie życzyła. Łzy płynące z oczu rozmywały jej widok na detale twarzy kuzyna (wciąż był dla niej tylko kuzynem, ważnym, najważniejszym na świecie, ale tylko kuzynem), na to, co mogłaby w niej odnaleźć i odczytać w ciszy przerywanej łkaniem. Biedak. Ojciec tak okrutnie obarczył go wyznaną prawdą; sam stchórzył, dlaczego?
Lekko pokiwała głową i uśmiechnęła się, w gest rozciągający usta wkładając tyle miłości, ile miała dla niego w sercu - a tej było przecież tak dużo. Nigdy jej nie zawiódł, zawsze zjawiał się zgodnie z obietnicą, nawet jeśli chodziło o najbardziej błahą rzecz pod słońcem. Jej dłoń, biała, drżąca przez ogrom płaczu i zmęczenia, jakie odcisnęło na niej wcześniejsze zdenerwowanie, ułożyła się na wierzchu ręki Elrica, którą, z chusteczką, ocierał jej policzek.
Teraz to wydawało się irracjonalne: jak mogła tak w niego zwątpić? Półwila przyjęła kraciasty materiał od kuzyna, przyjrzała mu się najpierw, a potem uniosła do twarzy i delikatnym ruchem otarła resztkę łez, które w międzyczasie spłynęły z kącików i naznaczyły karminową twarz ich słonymi esami floresami, błyszczącymi w blasku słońca wpadającego do pomieszczenia przez rozsunięte zasłony i czystą szybę okienną.
Trwało to dłuższą chwilę zanim ostatni raz pociągnęła nosem, uspokoiła oddech; przestał być rozdygotany, gwałtowny, świszczący, za to zamienił się w łagodną melodię, głęboką, bezsprzecznie ukojoną obecnością ukochanego człowieka i faktem, że tak mocno pomyliła się w czarnowidztwie jego wizyty. Elric był zbyt dobry, żeby ją od siebie odepchnąć i stwierdzić, że nie chciał babrać się w bagnie, jakie wciągało ją już przynajmniej po uda, bagnie, którego apetyt rósł w miarę jedzenia; a w końcu też bagnie, które doprowadziło do jej zgniłego rozkładu. Półwila widziała siebie w ten sposób. Przegniły, pokryty larwami łakomego robactwa w każdym miejscu, którego przez ostatnie pół roku dotykały nieproszone dłonie.
Różowa jak malina, wpatrywała się w smokologa z mieszanką niedowierzania i cierpkiego zakłopotania. - Ellie, to wcale nie tak - szepnęła; a szkoda. Przecież zawsze chciała, och bogowie, tak bardzo chciała, żeby to było tak; ale teraz pozostawały jej jedynie marzenia, suche i wymarłe. Marcel zasługiwał na coś lepszego, mniej wybrakowanego, mniej nieczystego. - My... jesteśmy tylko przyjaciółmi. A do ślubu jeszcze mi daleko - sprostowała, znów ucieknąwszy spojrzeniem na swoje dłonie, które nagle wydały jej się okrutnie ciekawe. Mi, nie nam. Policzki ją piekły. Pierś ścisnęła od środka. Serce zagłuszyło wszystko inne. Kiedyś po ślubie jakaś urocza panna zamieszka z Carringtonem, może w cyrkowej przyczepie, a może gdzieś indziej, wśród walijskiego piękna i spokoju, ale to nie mogła być ona.
Domowe zapachy, kiedy to było? Ich wspomnienie stało się koszmarnie odległe i prawie nierealne, jakby pochodzące z zamierzchłej epoki albo z życia, które dotyczyło innej dziewczyny.
- Tata przynajmniej gotował dużo lepiej. Pamiętasz? Jego czekoladowe puddingi, ciasta ze śliwkami i własny chleb co niedzielę? Ściany pewnie do dzisiaj nimi pachną - mówiła cicho, miękko i smutno. Pod każdym fragmentem pamięci bulgotała świadomość, że skazała tego dobrego człowieka na śmierć, że nie umiała go obronić i tak długo wątpiła w jego nieskazitelnie czyste serce, co musiał widzieć w jej oczach przy każdym widzeniu w Tower. Nawet wtedy usiłował ją ratować, szyfrując wiadomości tak, by nie zrozumieli ich strażnicy - ale w efekcie nie rozumiała ich też ona. Półwila na chwilę przygryzła dolną wargę, prawie do krwi, ukłuciem bólu karząc się za to wszystko.
Jego pytanie wyrwało ją z zamyślenia, gdy nakładała im porcje obiadu na talerze. - Och, coraz lepiej. Naprawdę. Powoli zaczynam więcej chodzić, ale wyobrażam sobie, że to przypomina żabie susy albo dreptanie małej kaczki - wysiliła się na żart i krótki, fałszywy uśmiech. Czuła się źle, czuła się stłamszona przez traumę i lęk przed powrotem koszmarów, czuła się osamotniona w palących wspomnieniach i przytłoczona obrzydzeniem wobec samej siebie. Ale on nie musiał i nawet nie powinien tego wiedzieć; najlepiej żeby w ogóle nie dopytywał, nie chciała przecież go okłamywać - chociaż musiała. - A ty? Tak dużo musiało się u ciebie wydarzyć, zmienić. Opowiesz mi? - poprosiła. O smokach i lelkach wróżebnikach, o przyjaciołach, o sąsiadach z Doliny, o jego nowych ulubionych punktach spacerowych i współpracownikach, którzy musieli cenić go za dojrzałą odwagę.
- Prawie tydzień - odpowiedziała, po czym przecząco pokręciła głową, z pełnym wdzięczności spojrzeniem odnajdując oczy Elrica. Taki dobry. Taki szlachetny. Tęskniłem za tobą; naprawdę? Mimo tego, co zrobiła? Dźwięk wyznania na moment zbił ją z tropu, wzruszył, szarpnął sercem, ale zanim zdążyłaby znów się rozpłakać sięgnęła do jego dłoni i uścisnęła ją lekko, delikatnie, jakby był z porcelany zamiast skóry, mięśni i kości. Ja za tobą też. Bardzo. Każdego dnia i w każdej minucie. Słowa ugrzęzły w jej gardle ściśniętym emocją, więc tylko splotła z nim palce i uniosła ich dłonie wyżej, jakby chcąc podkreślić, że dotyk był prawdziwy, że nic go nie rozerwie. - Nie wiem jak wyszła ta pardwa... Nie zmuszaj się jeśli będzie średnia, dobrze? Potem możemy pójść na górę, tam mam pokój. Poznasz Ogniomiota - zaoferowała Celine; potem, po obiedzie, chociaż żołądek miała ściśnięty jak sucha rodzynka.


there's a part of me that's desperate for changes, tired of being treated like a pawn. but there's a part of me that stares back from inside the mirror, part of me that's scared I might be wrong, that I can't be strong...
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Re: Pokój gościnny [odnośnik]25.06.22 16:18
Celine była żywsza, gdy była dzieckiem - tak, zawsze trochę wycofana, inna przez swoje przekazywane z pokolenia na pokolenie cechy nie będące w pełni ani przekleństwem ani korzyścią. Po prostu częścią niej samej tak jak częścią Elrica były jego sny, jego koszmary, którym starał się nie przypisywać nigdy siły sprawczej w życiu, raz za razem obrywając za ten niepoprawny optymizm. Mimo jednak wrodzonej księżniczkowatości, było to dziecko dumne i radosne. Taką ją przynajmniej zapamiętał, ale na ile tak naprawdę wartościowe były spostrzeżenia młodego dwudziestolatka, który pełnię uwagi i sił poświęcał na kładzenie fundamentów pod własną przyszłość - bez wątpienia świetlaną, jak wtedy uważał, choć w życiu, wiadomo, różnie bywało?
Nie zaskoczyła Elrica ani kruchość przegubów i kolan ani chwiejny nastrój, ani nawet ten onieśmielający potok łez, ale przykro było zdać sobie sprawę, że pewna część małej Lovegood przepadła bezpowrotnie i nigdy nie zobaczy w jej oczach tego samego ufnego uśmiechu. Może taka była kolej rzeczy, może dorosłość wymagała od nich utwardzenia się na brzegach i zakotwiczenia w rzeczywistości? Nie potrafili tego jednak wszyscy Lovegoodowie, a przede wszystkim - nie powinna uczyć się dziewczyna ledwie dorosła wepchnięta w łapy największych oprychów obecnych czasów.
- W porządku - zapewnił ją z nieco rozkojarzonym uśmiechem; wierzył jej na słowo i nie był zły, nie byłby zły nawet, gdyby przekonywała go o chłopca najczystszej miłości. Co najwyżej rozsądnie ostrożny i sceptyczny. Półwili ciężko będzie spotkać dobrego chłopca, teraz też nie był to dla niej zapewne najlepszy czas. Potrzebowała pozbierać najpierw części samej siebie przy wsparciu rodziny i przyjaciół. Przyjdzie moment, gdy będzie się przejmował amantami Celine, bo taki miał teraz obowiązek. Ale to nie był jeszcze ten moment. - Nie ma potrzeby się spieszyć. Cieszę się, że masz dobrych przyjaciół, którzy o ciebie dbali, kiedy nie wiedziałem co się z tobą dzieje. Jeśli będziesz ich mi chciała przedstawić, na pewno osobiście im podziękuję. - Przynajmniej już nie płakała odkąd dał jej tę kraciastą chustkę, ale nadal nie czuł się dość pewnie, by zacząć najtrudniejszy z tematów. Mieli czas - nie mógł tego pospieszyć i zepsuć.
Za mostkiem kuło go i paliło jakby zjadł kawał przesadnie zwęglonego befsztyku, gdy słuchał o poczciwym wujku i jego domowej kuchni. Starał się tuszować nieprzyjemne objawy sięganiem po wodę i przyglądaniem się szczegółom skromnej kuchni, jakby sprawdzał w ten sposób, czy warunki w których przebywała były dobre, a otoczenie bezpieczne. Tak naprawdę przeanalizować musiał własną misję, jej znaczenie tego dnia i wszystkie możliwe konsekwencje.
- Pamiętam. Jest mi okropnie przykro... - Sam próbowałby dowiedzieć się, co stało się z ciałem wujka po egzekucji, zapewnić mu godny pochówek i obiecać go Celine, ale zostawił to zadanie własnemu ojcu; on był to bratu winien po stokroć i okryje się hańbą jeżeli zawiedzie. - Dobrze sobie radzisz. Wiele osób na twoim miejscu by się już nie podniosło, a ty stąpasz dalej, choćby jako małe kaczątko. - Uśmiechał się, chciał odpowiedzieć żartem na żart, gmerając równocześnie widelcem w obiedzie, na który nie miał ochoty, ale na którego rzucił się żwawo od razu, gdy Celine zasugerowała smętnie, że się nie postarała. Ryba była dobra; i nie twierdził tak tylko dlatego, że była siostrzana i że powszechna bieda mocno przytępiła co wybredniejsze kubki smakowe. To gardło pozostawało uparcie ściśnięte, nawet wtedy, kiedy z energią zabrał się do opowiadania Celine o przypadku ostatniego upartego trójogona, który raz za razem wkradał się do piwnic opuszczonych strażnic i wież obserwacyjnych.
- ...poza tym nie dzieje się dużo, nie mam czasu na podróże, bo poza pracą w rezerwacie podejmuję się wielu zleceń dodatkowych w hrabstwach południowego zachodu, jeżeli ktoś potrzebuje akurat magizoologa. Towarzystwa dotrzymuje mi Marlena, ale ostatnio Jayden, profesor Vane, zastanawiał się, czy nie powinienem przyprowadzić jej jakiegoś pana do towarzystwa. Nie wiem tylko czy jestem gotowy na pisklaki, już jeden lelek wróżebnik potrafi narobić hałasu - Pozbierał talerze i obmył je sprawnie nad zlewem, nie dając Celine kolejnej okazji do gospodarowania, nie umyślnie, a po prostu niesiony energią historii i schodzącego pomału stresu. Czy to był ten moment? Czy na pewno dzisiaj? - To co, pora na Ogniomiota? Nie mogę się doczekać, wnioskując po imieniu, pewnie się dogadamy. - Wytarł dłonie w ścierkę, postukując nerwowo butem o podłogę.
Podjął postanowienie; powie jej o tym na górze. Powie, jak tylko znowu usiądą, jak tylko będzie okazja.



I'm here
I whisper
You can talk to me
or not talk to me
But i'm here
Elric Lovegood
Zawód : Smokolog
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
A potem świat
znowu zaczął istnieć
ale istniał zupełnie inaczej
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz
my kind belongs nowhere
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9649-elric-lovegood https://www.morsmordre.net/t9725-vincent#295249 https://www.morsmordre.net/t9722-droga-niewybrana#295200 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9724-skrytka-bankowa-nr-2210#295204 https://www.morsmordre.net/t9723-elric-lovegood#295203
Re: Pokój gościnny [odnośnik]26.06.22 7:59
Celine marzyła o ślubie odkąd była małą dziewczynką w sukience z falbankami i z kokardą we włosach, którą zawzięcie targał wiatr. Marzyła o odświętnie ubranym kawalerze czekającym na nią przy ołtarzyku na łonie natury, wśród pięknych drzew, krzewów i dzikich kwiatów w każdym kolorze tęczy, o ojcu prowadzącym ją na ostateczne wydanie, o tym samym wietrze, który kiedyś bawił się jej kokardą, a teraz muskałby welon. Tylko że te dziecięce pragnienia już zbladły, bo nie przyjąłby jej - nikt.
- Naprawdę chciałbyś ich poznać? - zapytała, jakby jaśniejąc w oczach. Było jeszcze za wcześnie by z całą pewnością stwierdzić, kogo utraciła na przestrzeni ostatnich miesięcy, a kto wciąż mógł choćby listem liznąć przeszłość i rozbudzić zażyłość; nie bez powodu każdego dnia snuła się przy oknach i wyglądała sów, skrzydlatych zwiastunów czegoś dobrego, czegoś, co mogłoby okazać się brakującym puzzlem w nadgniłym sercu, powiewem ratującej go świeżości. Uśmiechnęła się niepewnie, krótko. Wyobraźnia pognała naprzód, malując w jej myślach Elrica ściskającego dłoń Marcela i Jamesa, i to sprawiło, że oblało ją wewnętrzne ciepło; kuzyn z pewnością polubiłby tych nieprzeciętnych młodzieńców, odnalazłby jakiś temat do rozmowy mimo różnicy wieku, poznał ich i również zaakceptował. Te przebłyski radości, które czasem odzywały się w niej na milsze myśli i słowa, były promieniami słońca, do których wystawiała twarz, łaknąca ich jak chory zwracający się z prośbą o medykament. - A ty? - spytała nagle, choć bała się, że mógłby mieć za złe ciekawość wznieconą tematem. - Spieszysz się dla kogoś? - Celine przyjrzała mu się łagodnie. Nosił kogoś w sercu, planował ceremonię zaślubin? Czy może tylko o tym marzył, nieśmiało, nie jak typowy władczy mężczyzna, a chłopiec zatracony w rumianych fantazjach? Jej oddech zadrżał, ale tylko na chwilę, w oczekiwaniu.
A potem zadrżał ponownie i tym razem na dłużej. Miękkie tkanki gardła stężały od środka, gdy pamięć zawirowała i pchnęła w nią bolesne wspomnienia ostatnich chwil spędzonych z tatkiem. Był wychudzony bardziej niż ona, oczy miał zapadłe, skórę bladą i chorą, pokrytą niegojącymi się ranami wokół nadgarstków, zaognionymi infekcją. Przepocona tunika przylepiała się do ciała, a niegolona broda pokryła kościstą twarz; pamiętała brudne, wyziębione stopy sunące po chropowatym kamieniu i to, jak przylgnął do krat, gdy stanęła przed nimi zapłakana, błagająca cokolwiek o litość dla niego, uśmiechnięta w rozpaczy, gdy gładził jej policzek i obiecywał, że zawsze z nią pozostanie, nawet jeśli będą rozdzieleni jak wtedy. I rozdzielono ich, jeszcze bardziej. Jak mogłaby zrelacjonować to Elricowi? Egerton stał się duchem za życia, przygniecionym, przegranym. Zdawał sobie sprawę z tego, co go czeka, jeszcze zanim zapadł okrutny wyrok. A ona - nie znalazłaby słów, żeby nadać temu wspomnieniu kształt, kolor, zapach; albo może nie chciała tego robić, w naiwnej nadziei, że Elric zapamięta go takim, jakim był w Dolinie Godryka, wesołym, blondwłosym magizoologiem, który świetnie gotował i kolekcjonował karty z czekoladowych żab. Kątem oka spojrzała na kuzyna, ale szybko uciekła rozedrganym, przytłoczonym wzrokiem, nie mówiąc ani słowa; tylko leciutko kiwnęła głową, z goryczą myśląc o tym, że stąpanie dalej wcale nie było tym, co chciała robić. Po dziś dzień, nocami, zadawała sobie pytanie - dlaczego przeżyłam?
Na szczęście wieści o teraźniejszości smokologa rozproszyły cienie, odgoniły przylepiającą się do niej depresyjną czerń, zastąpiwszy smutek wątle migoczącym podekscytowaniem spokoju, opanowania i bezpieczeństwa; w ten sposób postrzegała codzienność Elrica, niezbyt rozsądnie, bo przecież miał do czynienia z potężnymi istotami, zdolnymi chapsnąć i połknąć człowieka w całości przy byle zachciance. Zamiast jeść, ułożyła łokieć na blacie i oparła brodę na dłoni, zapatrzona w niego z zabłąkanym na ustach uśmiechem, delikatnym, prawie niewidocznym, ale oczarowanym każdą zgłoską malującą historię czarodzieja.
Szkoda, że już nie podróżował. Pamiętała jak to kochał.
- Ale pisklaki są wspaniałe - zaoponowała. W Beauxbatons znalazła kiedyś nieopierzonego ptaszka, który musiał wypaść z gniazda, i razem z profesorem Beaufortem umieścili go tam z powrotem, uważnie i ostrożnie, bo przeżył zbyt wiele strachu, by jeszcze mu go dołożyli. Od tamtej chwili wpatrywała się w gniazdo na drzewie i poniekąd uznawała pisklaka za swojego. - Mogłabym ci z nimi pomóc, jeśli chcesz. Ile by się ich wykluło, dwa, trzy? Instynkty Marleny są naturalne, ja mogłabym doczytać o opiece, wiesz... Żeby ich przypadkiem nie skrzywdzić - zaoferowała półwila, oczyma wyobraźni widząc już wróżebnikową rodzinę w gniazdku Elrica, którą zajęliby się wspólnie, powołując na świat nowe życie w zadośćuczynieniu za to odebrane nawet nieswoją dłonią. - A gdy podrosną i hałas kilku by ci zbyt dokuczał, można podarować je przyjaciołom - naiwnie łapała się sztuczek, przekonywań, bo podejrzewała, że ani on, ani tym bardziej ona nie byliby zdolni wyrzec się stworzeń, które obserwowali od jajeczka.
A skoro o ptakach mowa, podziobała widelcem w talerzu, zjadła kilka większych kęsów mięsa, niechętnie sięgając jednak po ziemniaki, bo kojarzyły się jej z papką serwowaną w Tower, przynoszoną przez cuchnącego strażnika, który rzucał miskę na podłogę, przy okazji rozbryzgując dookoła większą część jedzenia. Pardwa była bezpieczniejsza. Niezbyt dobrze doprawiona (bo nie było czym), ale za to upieczona do zjadliwego stopnia, zresztą Celine nie wybrzydzała, wszystko było lepsze od tego, czym żywiła się przez ostatnie pół roku. A mięso pozwalało nabierać sił.
- Domyślasz się, czym jest Ogniomiot? - zagadnęła na schodach na górę. Chociaż nie były wysokie, to wspinaczka po nich cały czas była dla niej wyzwaniem. Z urywanym oddechem zatrzymywała się co kilka stopni, odpoczywała, po czym ruszała dalej z przepraszającym spojrzeniem, szepcząc czasem to nic, zaraz przejdzie. - Podpowiem ci. Tylko marzy o płomiennym oddechu, bo zamiast niego ma parę dwóch niesamowitych oczu, niezależnych od siebie. Jednym rusza w prawo, drugim w lewo. A ogon ma tak zakręcony na końcu jak bułka z dobrej piekarni - celowo nie wspomniała o kolorze, to byłoby już zbyt łatwe.
Otwarłszy drzwi, wprowadziła Elrica do zadbanej przestrzeni pokoju gościnnego, tapetowanego bielą z kwietnym motywem, z podłogą z sękatego drewna i stropem podtrzymywanym przez pokaźne belki. Niedaleko okna wychodzącego na ogród półwila ustawiła kolejny wazon z wysokimi roślinami, na których wylegiwał się kameleon, wystawiony do słońca, którego w kwietniu wcale nie było tak dużo.
- Elricu, to Ogniomiot, Ogniomiocie, to mój najdroższy Elric - przedstawiła ich sobie miękkim głosem pełnym sympatii, po czym usiadła na skraju łóżka, żeby odpocząć po wspinaczce, która zostawiła na jej twarzy dotyk zmęczonej czerwieni. Stworzonko przesunęło jedną gałkę oczną w kierunku wielkoludów, które weszły do pokoju, ale oprócz tego nijak się nie poruszyło i Celine nie była pewna, czego oczekiwała. - Trochę przypomina smoka, prawda? - westchnęła, z kącikiem ust uniesionym ku górze. - Znalazłam go w menażerii w Londynie, jeszcze zanim... Zanim... - słowa znów ugrzęzły w gardle, a dłonie zacisnęły na materiale sukienki na kolanach. Zanim wszystko się popsuło. Zanim ona wszystko popsuła.


there's a part of me that's desperate for changes, tired of being treated like a pawn. but there's a part of me that stares back from inside the mirror, part of me that's scared I might be wrong, that I can't be strong...
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
the men of the village were kind to us, but the women of the village soon grew cold.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455
Pokój gościnny
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach