Wydarzenia


Ekipa forum
31.03.57 - tomorrow belongs to me
AutorWiadomość
31.03.57 - tomorrow belongs to me [odnośnik]18.05.22 9:21
31.03.1957, poranek przed Bezksiężycową Nocą, Ministerstwo Magii

Później będą mówić, że cała operacja była sekretem. Że nikt nie wiedział, poza elitą najbardziej wtajemniczonych i komendantami policji wykonującymi rozkazy. Cornelius nie wiedział, czy należał już do elity. Będzie do niej należeć za rok, postara się o to. Pewnie nie powinien wiedzieć,  ale faktem jest, że wiedział. Albo się domyślał. Kręcił się w biurze Ministra Magii, słyszał to i owo, czuł nastrój wśród najważniejszych osób w państwie. Dosłownie wyczuwał nastrój kogo popadło, jeśli mógł dyskretnie zacisnąć palce na różdżce i przywołać znajomą i nielegalną i niewykrywalną dla otoczenia magię aby odczytać cudze emocje. Nie znał jeszcze szczegółów, ale lada moment - domyślał się, że może nawet już dziś, a na pewno w najbliższej przyszłości - świat stanie na głowie.
Nikt nie domyślał się, że Cornelius Sallow wcale nie podchodził do tych podejrzeń z bezkrytycznym entuzjazmem. Stresował się. Bardzo się stresował. Odkąd zaostrzyły się nastroje społeczne, coraz częściej myślał o tych, o których przez lata udawało mu się nie myśleć. Blondynka o nieobecnym spojrzeniu - nadal mieszkająca pewnie tam, gdzie ją zostawił, choć już kilka lat temu przestał przesyłać jej pieniądze na mieszkanie. Łudził się, że uciekła z miasta, ale w głębi duszy wiedział, że nigdy nie była zbyt zaradna.
Szczególnie po mało wprawnej legilimencji. Był wtedy bardzo młody.
Ale było jeszcze dziecko. Już nastolatek. Nastolatek, który odziedziczył magię i powinien odziedziczyć głowę na karku i tchórzostwo zdrowy instynkt samozachowawczy. Może on się nią zajmie. Może już dawno nie ma ich w kraju - tak zrobiłby Cornelius na ich miejscu, wyjechałby z kraju.
Nie powinien o nich myśleć, nie powinien się przejmować. Od lat nie byli jego problemem, a sekret - niegdyś tylko upokarzający i brudny - teraz był dla niego naprawdę niebezpieczny. Kariera nigdy nie rozwijała się tak dobrze, perspektywy nigdy nie były tak szerokie i powinien o tym pamiętać. Z tą myślą wszedł do ministerialnej windy, ale zanim drzwi zdążyły się zamknąć (Cornelius żałował, że nie można zamykać ich samemu, na przykład na widok tego, że ktoś inny zbliża się do windy) do środka wszedł ktoś jeszcze.
Sallow podniósł wzrok i wszystkie skrupuły oraz irracjonalne wspomnienia o życiu, które nigdy nie istniało, momentalnie wyparowały.
Spoglądał właśnie na człowieka, którego obecność w Ministerstwie była chyba większym cierniem w boku niż istnienie własnego bękarta gdzieś na świecie. Abbottowie od pokoleń budzili w Sallowach zazdrość, dominując sądy i błyszcząc sztuką oratorstwa. Nienawiść panów Avery wystarczyła zaś, by rzymski ród znienawidzili też Sallowowie - pielęgnując nawet kilka (nieznanych Abbotom) mitów o tym, że to Rzymianin z rodu Abbott sprowadził zgubę na druidów z rodu Sallow, albo że jedyny Sallow na stołku sędziego Wizengamotu nie umarłby przedwcześnie gdyby nie rywalizacja z bezzasadnie upierającym się przy swoim zdaniu Abbotem.
Cornelius momentalnie zapomniał o całym świecie i rozciągnął usta w przesadnie uprzejmym uśmiechu, uświadamiając sobie coś istotnego.
Rhennard Abbott nic nie wiedział.
Przed oczyma Sallowa przemknęły upajające wizje, jedna lepsza od drugiej - Abbotowie składający upokarzający hołd Ministrowi Magii albo Dolina Godryka w płomieniach. Osobiście bał się ognia, ale był skłonny go tolerować w pewnych usprawiedliwionych okolicznościach. Zresztą, nie patrzyłby na wojnę, tylko ją pięknie opisze.
(A może powinienem zrobić coś więcej niż pisać? Pnę się na szczyt szybko, ale historia opiewa dzieje generałów, nie rzeczników - przemknęło mu przez głowę, choć sądził, że nie był jeszcze gotowy...)
-Dzień dobry. - przywitał się grzecznie, choć przez usta nie przeszło mu "dzień dobry, lordzie." Będzie udawał, ze zapomniał, choć nie zapominał. Przeoczenie też mogło być złośliwością.
Zielone oczy błyszczały jadowicie, a Sallow uśmiechał się jakoś szerzej niż zwykle, zupełnie jakby naprawdę wierzył, że ten dzień będzie bardzo dobry.
Drzwi zamknęły się, zanim zdążył dołączyć do nich ktoś inny. Doskonale. Winda ruszyła. Sallow wyprostował się dumnie, usiłując ignorować fakt, że Abbot był od niego o kilka centymetrów wyższy.
-Ufam, że postępy w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami idą doskonale. - zagaił, miękko i łagodnie, jakby w istocie życzył Rhennardowi udanego dnia pracy i owocnych postępów.
Nigdy nie wypowiadał nazwy żadnego departamentu z taką pogardą, jak tego. W dodatku Wydział Zwierząt, dobre sobie.
-Słyszałem, że media zainteresowałoby oświadczenie o wpływie mugoli na nasze środowisko. - dodał, choć trudno było wyczuć, czy ironizuje czy nie. Nie sprecyzował też, o jakie media chodzi.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
31.03.57 - tomorrow belongs to me Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: 31.03.57 - tomorrow belongs to me [odnośnik]18.05.22 19:51
Powietrze było gęste. Nieznośne. Pełne słów wypowiadanych szeptem, opadających nagle na zamiataną podłogę spojrzeń, wibracji wysyłanych przez zbyt długo i zbyt mocno napięte mięśnie, szybkich kroków zwalniających w pobliżu gabinetów należących do osób, którym nie chce się nastręczać kłopotów swoją osobą. Swoją krwią. Podskórnie czuł, że to nie przypadek, że akurat dzisiaj czuł się, jakby wszystkie te bodźce atakowały go z potrójną siłą. Podskórnie czuł, jakby coś za chwilę miało się stać. Coś złego. Coś, co jak najostrzejsze zaklęcie przebije twardą powłokę strachu i pogruchocze psychiki wszystkich czarodziejów. Dokładnie tak, jak zrobiły to anomalie. Dokładnie tak, jak zrobiły to płomienie Pożogi burzące ściany Ministerstwa Magii, miażdżące i spopielające kości tych, którym nie udało się uciec. Rhennard zrzucał to na karb zmieniającej się na ich oczach (na gorsze) polityki - ciągłe dyrektywy i ustawy, ciągłe roszady personelu, ciągłe fałszywe plotki o tym, że z Sali Wizengamotu znów kogoś wynosili, a trzask różdżki łamanej w pół, ale wciąż tak, by nie naruszyć rdzenia, słyszany był na najwyższym piętrze budynku. Wyżej niż Wydział Zwierząt. On nic takiego nie słyszał. Jego najbliżsi, najbardziej zaufani znajomi również. To plotki. Ale co jeśli? Plotki były ziarnem, a przeświadczenie o prawdziwości lub fałszu stanowiło grunt - miał ogromną i szczerą nadzieję, że jego przyjaciele nie dadzą się omamić, nie spojrzą w oczy bazyliszkowi krążącemu między korytarzami ich wspólnego miejsca pracy.
Dzisiaj się nie spieszył. To również mogło być przyczyną zbyt mocnego „czucia” wszystkiego dookoła. Skupiał się bardziej na tym, co miał mu do zaoferowania znany mu świat - świat, który zmienił się nie do poznania; świat, któremu przestawał ufać w tempie szybszym niż samego siebie by o to podejrzewał. Od kiedy to wszystko się zaczęło, to całe szaleństwo, sądził, że w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami będzie ciszej, w końcu nie zajmowali się ani mugolami, ani czarodziejami, ale stworzeniami zamieszkującymi Wyspy Brytyjskie, będącymi niczym innym jak istotami pozbawionymi wszelakiej polityki. Zasady rządzące ich światami były proste, wręcz prymitywne - najmocniejszy przewodził stadem, o chorych się dbało, młodszych uczyło, a kobiety szanowało, bo nikt inny nie był w stanie przedłużyć gatunku. Jednak z dnia na dzień coraz mniej słyszało się o podejmowanych działaniach w kierunku ochrony życia zwierząt, a więcej o tym, co działo się wokół, jak wysoko sięgały już płomienie władzy i jak wiele jeszcze zmian mogli wprowadzić, żeby to czarodziejom żyło się lepiej. Czuł się, jakby tam przestawał pasować. Jakby ta szata, którą przydział kilka lat temu, nagle się skurczyła, jakby uciskała płuca i serce, nie pozwalając, by życiodajna krew dotarła do rąk, do palców i pozwoliła im zacisnąć się na różdżce. Nie wiedział, że wytrzyma tam jeszcze zaledwie kilka dni, że pasek szaty nie pozwoli mu czasami spać i przełknąć posiłku, że kołnierz będzie naciskał na grdykę, aż nie zacznie dusić. Ale dzisiaj...
Dzisiaj się nie spieszył. Wiedział, że nie dostanie na biurku raportu od Teofiliusa, bo ten wolał krzywo na niego patrzeć i zrzekać się brania udziału w misjach terenowych z Rhennardem. Wiedział, że przyszedł właściwie o czasie podobnym do jego, i jeśli przyspieszy kroku, spotkają się w drzwiach. Nie miał dzisiaj na to ochoty. Nie po wzroku, którym dzisiaj obdarzyła go przy śniadaniu Cecylie. Nie po słowach matki, jakoby miała umówić synową z uzdrowicielem, który zajmie się jej „schorzeniem”.
Przyjść. Odbębnić. Wyjść. Odetchnąć, jak tylko uda mu się dotrzeć do lasu znikaczy.
Szedł do windy - jako jeden z niewielu. Przywitał się po drodze z Diggorym, który pracował piętro niżej, ale z którym pozytywne relacje wielce sobie cenił. Szli w tym samym kierunku, rozmawiając o swoich bieżących obowiązkach. Rozstali się przy windzie. Robert musiał zabrać kilka rzeczy z magazynu. Nie był pewien, czy powinien być mu wdzięczny, że został go wtedy samego z Sallowem, czy wręcz przeciwnie, przekląć go za to z absurdalną szczerością. Szczęki zacisnęły się same, gdy go zobaczył, gdy jego sylwetka ukazała się zza odsłaniającym się drzwi windy niczym wydaliny lunaballi odkrywane przez schnące źdźbła szmaragdowej niegdyś trawy. Wziął normalny, płytki wdech i wszedł do windy, wciskając zaraz przycisk z piętrem trzecim.
- Dzień dobry, panie Sallow - on o swoich manierach nie zapomniał. Mógł go nienawidzić, mógł wrzucać jego ministerialne popisy do ognia, ale dopóki byli w Ministerstwie Magii, a on dzierżył w sobie dumę rodu Abbottów, nie zamierzał nikomu skakać do gardła. Zwłaszcza tej żmii. Odchrząknął, gdy drzwi windy zaczęły powoli się zasuwać i w końcu zgrzytnęły nieprzyjemnie, zwiastując podróż w górę. - Cieszy mnie to zainteresowanie, panie Sallow. Postępy, owszem, odnotowujemy w księgach raportowych. Magiczna fauna jest codziennie skutecznie zabezpieczana. - albo zabijana. Ale tego już nie powiedział głośno, choć chciał, jednocześnie obarczając tego człowieka szczątkową winą za ostatnie zgony chronionych gatunków zabijanych „przypadkiem, przez działania pacyfikujące zagrożenie”. Brednie, na litość Merlina. Strząsnął łagodnie rękaw szaty z nadgarstka, by odsłonić zegarek. Winda nie ruszała. - Zastanawiające słowa - prowokujesz, Sallow, oczywiście, przecież to twoja pasja. - Ciekaw jestem, z jakiego powodu przekazuje pan je akurat mojej osobie. Jak dzisiaj czuje się szanowny lord Malfoy? - przecież codziennie musisz całować mu jego wypastowane lakierki.
Mięśnie szczęki zadrgały lekko, niczym struna harfy muśnięta palcem powabnej solistki.



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: 31.03.57 - tomorrow belongs to me [odnośnik]19.05.22 7:03
Czasami tworzył plotki, a czasami upewniał się, że prawda pozostanie plotkami. Na przykład, Szefowa Biura Autorów powiesiła się we własnej celi - to najprostsza plotka, choć żałował, że nie wiedział wcześniej. Gdyby tamta sprawa nie potoczyła się tak szybko, być może zdołałby wymyślić coś jeszcze bardziej wyrafinowanego. Już w szkole zdążył się przekonać, że kłamstwa zmyślane na poczekaniu powinny być jak najprostsze - a te, które mają szansę dojrzeć, mogą być wyrafinowane. Nie rozmawiał nigdy z ojcem o rodzinie, w ogóle niewiele rozmawiał z ojcem - ale jedno z pierwszych i ostatnich wspomnień o dziadku dotyczyło właśnie kłamania. Siedzieli w ogrodzie, a Cornelius miał osiem lat i tłumiąc przerażenie usiłował zrzucić winę za plamę atramentu na książce na syna jednej ze służących (wtedy jeszcze stać było ich na więcej służby). Dziadek spojrzał na niego przeciągle i zbeształ go za mało przekonujący ton głosu, by wreszcie pochwalić chłopca za sensowną wymówkę. O samej książce nigdy nie porozmawiali, nagle stała się nie istotna - panuj nad swoim strachem, Corneliusie. Pamiętaj, że tym, co różni Sallowów od innych rodzin jest to, że u m i e m y kłamać. Noś głowę wysoko i nie przynieś rodzinie wstydu.
Potem dziadek kazał stajennemu wybatożyć niewinnego chłopaka i kazał Corneliusowi patrzeć, z zadartą wysoko głową. Ojciec o wszystkim się później dowiedział, ale nic nie powiedział.
Teraz też zadarł głowę wysoko, świadom tego, że musi utrzymać fasadę kłamstwa i normalności - nawet, jeśli w Ministerstwie czuć było już powiew zmian. Pokerowa twarz, żadnych wskazówek odnośnie nadciągającego sztormu, nie wprost.
Przez myśl przemknęło mu, że być może ostatni raz widzi Rhennarda Abbota w tej windzie. Nie wiedział jeszcze, co zrobi jego rodzina i miał szczerą nadzieję, że zrobi jedyną mądrą rzecz. Abbotowie powinni podporządkować się Ministerstwu - samodzielnie nie mieli szans z potęgą Londynu i innych hrabstw, a ich ekspertyza sądownicza (ku ubolewaniu Corneliusa - nawet on musiał przyznać, że szybciej skorzystać ze starych elit niż stworzyć nowe) i dawny autorytet pomogłyby polityce Ministra Malfoya. Tak, nie wiedział, co zrobią Abbotowie, ale miał podskórne poczucie, że podejrzewa co zrobi Rhennard Abbot. Podporządkuje się swojej rodzinie, to oczywiste, ale czy dalej będzie bywał w tej windzie? Nawet krótkie interakcje, przelotnie zamienione słowa o zwierzętach i skrycie badane emocje utwierdziły Corneliusa w przekonaniu, że Abbot jest kimś, kogo nigdy w życiu by nie zrozumiał. Idealistą. A oni kiepsko przystosowują się do zmian.
Jeśli to w istocie ostatnia okazja, mógł się trochę pobawić. Nie dało się już zatrzymać rewolucji, to tylko kwestia czasu - a po rewolucji sam będzie nietykalny. Może i nie miał szlachetnego nazwiska, ale w przeciwieństwie do Rhennarda od lat pracował na to, by znaleźć się po zwycięskiej stronie dziejów. Nie znał się na zwierzętach, ale mężczyzn podobnych Rhennardowi porównałby do jakiegoś... ślepego lwa, łatwą ofiarę hien. Nie wiedział, czy lwy mogą być ślepe, ale metafora mu się podobała - słowa nie musiały mieć sensu, dopóki brzmią ładnie. Lub jadowicie.
W odpowiedzi na swoje pytanie otrzymał same frazesy, ale nic innego nie mógł się spodziewać. Abbot zawsze pozostanie Abbotem, nawet jeśli dziczał w obecności zwierząt i ksiąg rachunkowych. To nawet lepiej, czasami zabawniej prowokować kogoś znającego się na sztuce przemawiania niż choćby jakiegoś... nieokrzesanego Sykesa. Czasami zaś spokój lorda Somerset frustrował, ale nie dziś, nie dziś. Dziś nic nie mogło zepsuć Corneliusowi humoru, nie licząc wspomnień o osobach, które porzucił - i od których Rhennard skutecznie go odciągnął.
-Wspaniale. Żałuję, że dokumentacja nie jest bardziej... przystępna dla ogółu obywateli, z pewnością z większym zainteresowaniem posłuchaliby o postępach w "Walczącym Magu". Za to staranna biurokracja jest fundamentem dla przyszłych pokoleń. - stwierdził niemalże pogodnie, szczerze wierząc zresztą we własne słowa. Bardziej zabolał go pożar Ministerstwa i zniszczenie części archiwów niż zabolałoby go wyrżnięcie jakiś śmierdzących lam albo lunaballi albo Merlin wie czego.
Nie lubił zwierząt, poza własnym kotem - ale nawet Panią Sallow można było zastąpić.
Abbot chyba się niecierpliwił, zastanawiał jakie ukryte dno kryło się w uwagach Corneliusa - ależ proszę bardzo, z przyjemnością mu je zdradzi! Może nawet zaskoczy go swoją bezpośredniością, chciał to zobaczyć. Niech opadnie część masek.
-Wydział zwierząt nigdy nie współpracował z Biurem Dezinformacji, lordzie Abbot - tym razem zdecydował się na formę grzecznościowa by nie przeciągać struny, a wcześniejsze niedopatrzenie zrzucić na karb zwykłego zmęczenia, głupiego gapiostwa. - a propagandę należy różnicować. Z przyjemnością przeczytałbym raport o tym, jakim zagrożeniem są mugole dla magicznej fauny. - spojrzał Rhennardowi prosto w oczy, stanowczo - a w głosie pobrzmiała stalowa nuta. Doskonale wiedział, że powinien dopasować ton do tej prośby - ale świadomie zdecydował się na brzmienie, które więcej miało wspólnego z propozycją nie do odrzucenia. Wygiął lekko w górę kąciki ust, ciekaw, czy Abbot zachowa się przewidywalnie i wzgardzi tak bezpośrednim, celowo wręcz wulgarnym, powiązaniem własnej pracy z ministerialną propagandą. Jeśli tak, jeśli zachowa się przewidywalnie, to Cornelius złoży mu tą propozycję raz jeszcze - gdy Anglia spłynie już mugolską krwią. Wtedy pozwoli sobie na jeszcze szerszy uśmiech.
Niewykluczone tez, że będzie musiał poprosić o artykuł dla "Walczącego Maga" jakiegoś młodego szczyla, który zajmie w Wydziale Zwierząt miejsce zdrajców i obcego elementu. Jeśli tak, to tym bardziej chciał zobaczyć minę Rhennarda teraz, lekkie drżenie szczęki, jak narkotyk.
-O to może lord go spytać w kręgach towarzyskich, nieprawdaż? - to Abbot był tutaj arystokratą, Malfoy też. -Jestem jedynie skromnym pracownikiem lorda Ministra, nikim więcej. Nie rozmawiamy o samopoczuciu i pamiętam o swojej pozycji. - odparował z fałszywym uśmiechem i równie fałszywą pokorą (i skłamał, bo na samopoczucie Ministra był akurat wyjątkowo wrażliwy, legilimencja wyczuliła go na podobne bodźce - nie musiał jej używać, by interesować się cudzymi emocjami) , choć mógł zademonstrować niechęć do plotkowania o swoim szefie w inny sposób.
-Ale, jak to ujęła w "Hamlecie" mądra... jak miała na imię jego martwa narzeczona? Ach, Ophelia. Proszę wybaczyć, dawno nie czytałem Szekspira - jedynie odkąd poznał plotki o żonie Rhennarda, by mieć cytaty na stosowne okazje. Nie znał się na literaturze na tyle, by cytować Szekspira z pamięci, ale znał się na byciu złośliwym. -ale jeden cytat utkwił mi w pamięci. Wiemy, kim jesteśmy, lecz nie wiemy, czym możemy być. - wyrecytował z promiennym, jadowitym uśmiechem.
Nigdy nie pozwolił sobie na tak wiele, na wymówienie jej imienia z powolnym namaszczeniem, ale choć był cierpliwym człowiekiem to nie umiał całkowicie odmawiać sobie przyjemności. Wolał na nie czekać, a dzisiaj... dzisiaj mogła być ostatnia okazja. Nie wiedział, kim będą jutro - może Abbotowie złożą hołd Ministrowi, może spłoną w wojennej pożodze, ale jedno było pewne. On chciał być wyżej, coraz wyżej.


Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
31.03.57 - tomorrow belongs to me Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: 31.03.57 - tomorrow belongs to me [odnośnik]10.07.22 22:29
Nie akceptował kłamstwa. Prawo było prawdą - tego trzymali się wszyscy Abbottowie. Prawo było święte i niepodważalne, podobnie jak Wizengamot, który miał być ostoją praworządności pod ich skrzydłami. Nikt nie sądził, że pozwolą brutalnie zepchnąć się z ław sądowniczych; nikt nie sądził, że ktoś wojną i pożogą zmusi ich do ustąpienia miejsca fałszowi i plotkom, tak samo kłamliwym jak usta, które je opowiadały. A kiedy to się stało, właściwie stanie, przecież w głowie Rhennarda nie było miejsca na tak nieprawdopodobne dywagacje, nie uwierzą. Nie do końca. Zostać zdjętym z piedestału przez Malfoya - to była dla nich istna udręka, historia zatoczyła koło w tak błazeński dla nich sposób. Będą walczyć, ale minie czas, zanim rany zagoją się i w pełni na to pozwolą.
Tymczasem musiał stoczyć słowny bój z personą, której nienawidził podobnie do Malfoyów, ich błazeńskiego ruchu zmieniającego ustrój państwa i tego, kto pociągał za sznurki. Sami-Wiecie-Kto. Był pewien, że Cornelius Sallow w jakiś sposób w tym wszystkim uczestniczy, zapewne nie bezpośrednio, jego mała główna nie mieściła możliwości stania na przodzie i przejmowania inicjatywy, musiał mącić i mieszać w tym bulgoczącym od fałszu kotle, musiał podawać tę trującą mieszaninę maluczkim, osobom postronnym, do które owe kłamstwa i ostrzeżenia trafiały najsprawniej. Wykorzystywał problemy i bolączki narodu, ciskał noże tam, gdzie zadziałać mógł najlepiej, trafić najłatwiej. Teraz musiał z nim stać w zepsutej windzie, podczas gdy chciał po prostu wziąć, co swoje, i wyjść stąd, planując nigdy nie wrócić. Nie, póki Malfoy będzie siedział na swoim zmyślonym tronie.
- Biurokracja zawsze pozostawała, pozostaje i, mam nadzieje, pozostanie poza oczami obywateli. Obarczono by odpowiedzialnością za to was, całe Biuro Ministra, nie mylę się? Wielbiciele i obrońcy życia magicznych stworzeń nie zajmują się tylko obsadzaniem wolnych stołków w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, żyją i istnieją w całym magicznym Londynie, jeśli pan tego nie wie, panie Sallow. Przykrym mogłoby się okazać, że nagle zaczęliby schodzić się chmarami, bo żądni władzy i terenów politycy zaczęli wybijać magiczną faunę, zabijając również magiczną społeczność, dzięki której posiadamy tak wielką wartość. Słyszał pan kiedyś o qilinach? Fascynujące istoty. Posiadają tak wielkie pokłady magii, że gdyby wymarły, byłby to pewien smutny koniec dla nas, czarodziejów. - zdawał sobie sprawę, że człowiek nie mógł posiadać nieskończonej wiedzy. Nie wiedział, czy Sallow znał się na opiece nad magicznymi zwierzętami, czy wiedział, że qiliny, choć naprawdę rzadkie, zamieszkiwały głębokie rejony Chin i z Anglią nie miały absolutnie nic wspólnego. Nie skłamał jednak mówiąc, że jeśli wyginą, zabiorą ze sobą część magicznej społeczności - grały w niej ogromną rolę, w pewien sposób tworzyły hierarchię czarodziejstwa.
Nienawidził tej prowokacji. Miałkiej, pisanej jak na dziecko. Nie był nim, a mimo to aż prosiło, żeby się odszczekał. Żeby rozkwasił mu ten zadarty nos na ścianie windy. Nie chciał sobie tego wyobrażać, bo wiedział, że ciężko będzie mu się powstrzymać, jeśli Sallow zajdzie za daleko. A wiedział, że spróbuje.
- Być może taki raport do was trafi, kto wie - odparł cicho, chrypliwie, jakby zaciskał zęby.
Był tego bliski.
- Niestety czas nie pozwoli mi zadać podobnego pytania Ministrowi Magii, liczyłem więc na szczerą odpowiedź z ust jego skromnego sługi... proszę wybaczyć, zmęczenie wzięło nade mną górę. - spojrzał na niego z pokornym uśmiechem, dystyngowanym, prostym. - pracownika, oczywiście. Ale jeśli nie, to nic się nie stało. Może Walczący Mag powie mi więcej.
Nie powinien prowadzić z nim tej rozmowy, z trudem przyznał, że Sallow prowadził go za nos jak wytresowanego posokowca. A mimo to nie mógł przestać. Był w klatce - głównie psychicznej, ale zakleszczonej w ramionach fizycznych granic zamkniętej, zablokowanej windy.
Był pewien, że to zrobi. Wiedział. Doskonale wiedział. Pociągnie nożem po skórze, naciągnie ją, odsłonie serce, i dźgnie jego czubkiem prosto w nie. Hamlet. Ophelia. Bohaterka tragedii. Pisanej i przeżywanej od lat. Czy szlachetniejszym jest znosić świadomie losu wściekłego pociski i strzały, czy za broń porwać przeciw morzu zgryzot, aby odparte znikły? Cecylie czytała to siostrze na jego prośbę. Chciał, żeby wiedziała, jakie katusze bez niej przeżywa.
A teraz czuł się podobnie, ale to Sallow dawał mu do wiwatu.
- Hamlet to doprawdy dobra lektura dla tych, którzy nie wiedzą, czym mogliby się stać, gdyby tylko przestali chować się w czyimś cieniu, panie Sallow - tym razem zęby były lekko zaciśnięte, a oddech, brany powoli, musiał starczyć na uspokojenie.
Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: 31.03.57 - tomorrow belongs to me [odnośnik]09.08.22 13:58
Prawo było narzędziem i tym chciał uczynić je jedyny Sallow, który zasiadł w Wizengamocie, gdzie został tam brutalnie zakrzyczany (tak opowieść brzmiała w uszach małego Corneliusa, dziadek nie opowiedziałby wnukowi o sile argumentów, woląc zdemonizować wroga), stłamszony, aż stres kosztował go zawał serca. Bardziej niż jednego przodka, Cornelius żałował jednak całej rodziny oraz całej przyszłości Anglii - tego, jak Abbottowie, o jakże szlachetnej krwi i jakże szlachetnym podejściu do prawa, odebrali angielskim czarodziejom nadzieję na postęp. Prawo powinno iść z duchem czasu, nie prawdy, nie istniała przecież tylko jedna prawda. Różne wersje prawdy Cornelius tworzył przecież ciągle, w przemówieniach, w gazetach, a czasem w cudzych wspomnieniach. Przez lata zanurzał się w propagandę w pracy, zatracał w legilimencji prywatnie, aż zatracił zdolność wiary w jedną i obiektywną prawdę. Czymże jest prawda, skoro wspomnienia każdego człowieka wyglądają inaczej? Kiedyś, jeszcze w młodości, podczas sekretnych ćwiczeń na mugolach miał przyjemność zajrzeć do głowy dwójki kochanków - stracił wtedy wiarę w to, co jemu samemu mówią kobiety i przekonał się, że każdy może przeżywać i pamiętać to samo zupełnie inaczej. Wreszcie, czymże jest prawda, skoro angielska tłuszcza uwierzy w kreowane przez niego słowa, skoro Edith Bones popełniła samobójstwo, a wiara w Kodeks Tajności Czarodziejów chwiała się w posadach wśród elit? Choć nie wiedział jeszcze, jak będzie wyglądała czystka omawiana w kuluarach ani kiedy ziści się plan Ministra, to już układał w głowie piękne słowa, gładkie usprawiedliwienia. Za sto lat wszyscy zapomną o krwi, a będą sławić piękno.
Rhennard Abbot był jedną z osób, które samym swoim istnieniem psuły wiarę Corneliusa w nieomylność własnych działań. Choć odzywał się oszczędniej, to samo jego nazwisko, sam przenikliwy wzrok, sama obecność w Ministerstwie działały Sallowowi na nerwy. Tak mocno, że dziś nie mógł odmówić sobie wbicia szpili - możliwe, że ostatniej. Wojna była kwestią czasu, a intuicja podpowiadała Sallowowi, że znienawidzeni Abbottowie nie okażą się w niej roztropni. Może i byli rodem wyważonych sędziów, ale w kwestii kompromisów ideologicznych więcej rozsądku spodziewałby się nawet po Sykesach.
Czuł się zupełnie bezkarny - dopóki winda nie zgrzytnęła i nie stanęła.
Uniósł lekko brwi, bo mimo wszystko nie chciał pozostawać z rozdrażnionym Rhennardem Abbotem zbyt długo w jednym miejscu. Zdławił jednak emocje, przy nim nie mógł okazać słabości - a gdy weszło się już w słowną potyczkę, nie sposób się z niej wycofać. Na pewno naprawią ją w kilkanaście sekund - wytłumaczył sobie, wierząc, ze w Ministerstwie działają profesjonaliści.
-Och, mówię o przyszłych pokoleniach, nie o ogóle obywateli. Abbotowie strzegli sądownictwa przed świeżą krwią tak długo, że chyba zgodzi się ze mną lord, że w niektóre sprawy należy w pełni wtajemniczać jedynie wybranych? - uśmiechnął się jadowicie. -Za to Biuro Informacji z przyjemnością zapoznałoby się z pełnią postępów w kwestii zagrożonych gatunków, by przedstawić obywatelom starannie wyselekcjonowane informacje. - jedna pomyłka w wypełnianym gdzieś w polu wśród zwierząt formularzu, Abbott, a znajdę ją i z przyjemnością ci ją wytknę. Był pedantem, j e g o dokumenty nie miały żadnych błędów.
-Doprawdy? Wielbiciele magicznych zwierząt spoglądają obojętnie na mugolskie fabryki, a nie są zadowoleni z oddanych magicznemu światu polityków? - zdziwił się teatralnie. -Czy może mówi lord tylko za siebie, lordzie Abbott? Lord nestor Tristan Rosier miałby pewnie zgoła odmienne zdanie na temat tego, czy to czarodzieje czy chmary mugoli są większym zagrożeniem dla smoków. - właściwie, nie był pewny zdania samego lorda Rosier, chętnie by z nim porozmawiał, ale bałby się wyjść na ignoranta. Przywołał przystojnego, młodego nestora ze zgoła innego powodu, potrzebując środka retorycznego. -Ale, zapomniałbym. Niektórzy ludzie zajmują się smokami i przyszłością własnego rodu, a inni papierkami w Ministerstwie. - uśmiechnął się promiennie, oto środek retoryczny. Tristan Rosier miał już pierworodnego syna, zniewalająca piękną żoną i tytuł nestora, a o ile pamięć nie myliła Corneliusa, był młodszy od Rhennarda (na pewno z twarzy!). Wbił w bezdzietnego Abbota jadowite spojrzenie, ciekaw, jak się z tym czuł. -Nie śmiałbym, rzecz jasna, sugerować, że dziedzictwa jednych rodów są gorsze od drugich. Ale chyba zgodzi się lord, że smoki są ważniejsze od znikaczy? Ich nie zastąpi w końcu żaden wynalazek, żaden znicz. - małe ptaszki i źle pojmowana sprawiedliwość, tylko to twoja rodzina ma do zaoferowania światu. Abbottowie byli zbyt szanowani, by Cornelius mógł marzyć, że dożyje czasów, w których wykreśli się ich ze skorowidza, ale... sam wybór kariery Rhenanrda był dowodem na to, że ich krew chyba się rozwodniła. -Qiliny, opowie mi lord o nich coś więcej? Albo - napisze, na piśmie. Jaka mugolska technologia im zagraża? - brnął dalej, nie mając pojęcia, czym właściwie są qiliny - ale jeśli polityka go czegoś nauczyła, to pewności siebie. Gdy uzyskał z ust Abbotta upokarzające "być może trafi do pana taki raport", ledwo powściągnął triumfalny uśmiech. Kilka lat temu nigdy nie usłyszałby czegoś takiego, powinien usłyszeć jawną odmowę - a tymczasem nastawał nowy, wspaniały świat, w którym nawet lord Abbott nie może się wprost oburzyć za (prawdziwą, zresztą!) sugestię, że to mugole byli odpowiedzialni za upadek magicznych stworzeń, że jego praca zostanie kiedyś wykorzystana do propagandowej machiny. Właściwie, Cornelius nie myślał nawet wcześniej o takim artykule, ale dzisiejsze spotkanie było bardzo inspirujące, pomysły przychodziły mu do głowy same. Niestrudzenie próbował dotrzymać ekspertowi kroku w tej rozmowie o magicznych stworzeniach, maskując złośliwością własną ignorancję, ale oto - przeszli do spraw prywatnych.
A w tych czuł się nieskończenie swobodnej.
-Ależ wierna służba polega na dyskrecji, nieprawdaż? - odparował na przytyk o Ministra. Naprawdę, sądził, że tak wbije mu szpilę?
Człowiekowi, którego przodkowie od lat sprzątali krew rozlewaną przez Averych?
-O ile zarządza się podwładnymi właściwie, rzecz jasna. - dodał słodko. A ty, Abbott, masz wokół siebie l o j a l n y ch ludzi? Lepiej być znienawidzonym niż kochanym, a nikt, kto nie przeleje dla ciebie krwi nie jest prawdziwie wierny. Nie znosił krwi, prawdę mówiąc, miał nadzieję, że nikt nigdy nie każe mu jej przelewać, nie dosłownie - ale powoli oswajał się z myślą, że na wojnie będzie musiał udowodnić własną lojalność.
Zresztą, niedawno pomógł przyjacielowi rodziny zabić mugoli odpowiedzilanych za śmierć jego syna. Miał się odwrócić, gdy Dirk zabijał ich gołymi pięściami, ale właściwie nie było tak źle - chciał nawet jednego zlegilimentować w połowie, dowiedzieć się jakie to uczucie, ale nie miał śmiałości przerywać Doge'owi. Nikt nigdy się nie dowie, Harold Longbottom nie mógł już ścigać zaginięć niemagicznych, a wspomnienie metalicznej posoki dawało Corneliusowi poczucie upajającej bezkarności.
Uśmiech lekko przybladł, gdy Rhennard zarzucił Sallowowi chowanie się w czyimś cieniu.
Zawsze będę w cieniu, jeśli ograniczę się do mówienia i pisania. - przemknęło mu przez myśl z bolesną pewnością. Zamrugał, chcąc przepędzić cień z własnego spojrzenia. Trafił, ale nie da mu satysfakcji, nigdy.
-O tak, czarodzieje zbyt długo chowali się w cieniu, nieprawdaż? - odparował, mrużąc ze złością oczy. -Mam nadzieję, że gdy otworzą już oczy - niedługo, niedługo, niedługo - - to nigdy nie zapomną, czyje decyzje były za to odpowiedzialne. Wieki straconego postępu, w imię pychy sędziów i polityków, dyktujących Kodeks Tajności i to, jak mamy żyć. - waszej pychy, Abbott. A ja, ja, j a postaram się, by nigdy nie zapomnieli.



Słowa palą,

więc pali się słowa. Nikt o treści popiołów nie pyta.

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda

OPCM : 5
UROKI : 35 +5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
31.03.57 - tomorrow belongs to me Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
31.03.57 - tomorrow belongs to me
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach