Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Leta Evans (née Vale)
AutorWiadomość
Leta Evans (née Vale) [odnośnik]10.06.22 10:57

Leta Circe Evans (née Vale)

Data urodzenia: 04.10.1924
Nazwisko matki: Runcorn
Miejsce zamieszkania: Dolina Godryka
Status majątkowy: Średniozamożny
Zawód: Nauczycielka - obecnie historii magii dla młodszych dzieci, które nie mogą uczęszczać do Hogwartu; pomaga teściowi z hodowlą pszczół
Wzrost: 160 centymetrów
Waga: 49 kilogramów
Kolor włosów: Kasztanowe
Kolor oczu: Chłodny błękit
Znaki szczególne: Perfumy o owocowej nucie, zawsze noszony naszyjnik z medalionem w kształcie hipogryfa


Nie trzeba było mnie tak nazywać - Circe. Jeśli to imię miało mi przynieść pomyślność, uzbroić w magię i otworzyć ścieżki zamknięte dla zwykłych śmiertelników, brawo. Merlin zaśmiał się do rozpuku, znając moje przeznaczenie i spoglądając na metrykę urodzenia, gdy tego październikowego poranka obdarzono mnie imieniem, pierwszym i drugim. Rzeka w Hadesie powodująca utratę pamięci i potężna czarodziejka, co jedno to gorsze.

W mojej rodzinie przyszłam na świat jako ostatnia, podobno z ociąganiem, bo matka wyczekiwała mnie jeszcze przez dziewięć długich dni po zapisanym przez akuszerkę terminie, a kiedy nadeszłam, to nawet niespecjalnie płakałam. Podobno to zły omen, a jeśli te towarzyszyły mi już od pierwszego oddechu, nic dziwnego, że nie miałam szans oszukać przeznaczenia. Zamiast zanosić się szlochem przyglądałam się nowemu światu ze zdziwieniem w oczach, wszystko było nowe, wielkie i nieznane, a dom, w którym przyszłam na świat raczej nie zachęcał ciepłą gościnnością. Był ciemny i stary. Gdyby był człowiekiem, pewnie dawno temu wyrosłyby mu wąsy i długa broda zapleciona w elegancki warkocz. Tak czy inaczej - przywitała mnie dwójka braci i jedna siostrzyczka, razem z rodzicami, chociaż ojciec wydawał się niespecjalnie pochłonięty rewelacją, może niezbyt lubił dziewczynki. Najstarszy z braci był chorowity, młodszy zabiegany, a siostrę... niezbyt pamiętam. Wiem za to, że dłonie matki były miękkie i łagodne i jeśli mocniej wysilę głowę, jestem w stanie przywołać do wspomnień dźwięk kołysanki, którą chyba właśnie ona musiała mi śpiewać.

Z niecierpliwością oczekiwano rozbłysku mojej magii. Albo przynajmniej - z taką niecierpliwością, na jaką można było sobie pozwolić po trzech wcześniejszych udanych sztukach; nawet wątłe zdrowie pierworodnego Hectora nie przeszkadzało mu w byciu czarodziejem. Najpierw sądzono, że magia, tak jak moje narodziny, po prostu się spóźnia. Nie kwapi się do nagłych wybuchów, nie zrywa jak fala podczas sztormu, a dojrzewa sobie gdzieś w moich żyłach i czeka na odpowiedni moment, jakby doszukując się poklasku w najbardziej spektakularnej chwili. Najpierw miałam trzy lata, potem cztery, potem pięć... Mówiłam, chodziłam, nawet biegałam i goniłam bezpańskie koty, które zakradły się do naszego ogrodu w Shropshire, po magii jednak nie było ani śladu. Nic, zero. Dłużej nie można było ignorować niepokoju; najpierw sprowadzono do mnie człowieka, który wodził różdżką przed moją twarzą i powtarzał dziwne inkantacje, których dzisiaj już nie pamiętam, a potem orzekł, że nie jestem przeklęta i winą nie należy obarczać niczego innego jak naturalnego nieszczęścia. Nie byłam czarownicą. Nie byłam Circe z legend mitologicznych, nie byłam jak moje rodzeństwo. Byłam za to jedynym w swoim rodzaju elementem w życiu mojego ojca - powodem do rozczarowania przez charłactwo.

Od tamtej pory Circe stało się przezwiskiem. Ojciec, patrząc na mnie bykiem, nazywał mnie tak, by podkreślić swoje rozczarowanie, częściej niż rzadziej powtarzając, że do niczego się nie nadaję i nadawać się nie będę. Nie było na to najmniejszych szans. Charłak? W czystokrwistej rodzinie? Vale'owie, zapatrzeni w swój nieskazitelny rodowód, przynajmniej na przestrzeni ostatnich dekad, wręcz pedantycznie podchodzili do czystości krwi. Oni, nie ja. Ja już nie miałam prawa głosu. Zakała, czarna owca, powód kłótni i długich rozmyślań co by tu ze mną zrobić, żeby prawda zbyt prędko nie wyszła na jaw i nie pomazała reputacji ojca smętną czarną farbą. Jeszcze nie wiedziałam dlaczego nakazano mi spakować walizkę. Znalazłam w niej dawno zapomnianą zabawkę, kiedy z trudem ściągnęłam ją z wyższej półki w szafie. Gdybym była wiedźmą, magia pewnie nie pozwoliłaby mi się tak przemęczać i ryzykować wspinaniem się na chybotliwy stołek o nierównej długości nogach, ale los jakoś nie przejął się niebezpieczeństwem i dalej pozostawał głuchy na moje ciche, pełne płaczu prośby. Chcę być czarownicą, błagałam, z perspektywy czasu nie wiem czy dla siebie, czy po to żeby dorównać kroku rodzeństwu, czy może żeby ugłaskać najeżonego ojca i przekonać, by pozwolił mi zostać w domu.



Jedynym punktem spójnym historii mojej i mitologicznej Circe jest fakt wygnania. Zesłano mnie na Ajaję w domu rodzinnym ciotki, siostry mojej matki, która łaskawie zgodziła się przyjąć rodzinne rozczarowanie i wychować jak swoje szczenię. Szkoda, że nie przewidziała ile ta decyzja będzie kosztować ją nerwów... Bo wcale nie było kolorowo. Choć ciotka Matilda była wyrozumiała i pozwalała mi na wiele (pewnie z litości), w moich żyłach zamiast magii wrzała krnąbrność, jaką odpowiedziałam na wyrzucenie z domu jak najsłabszego ogniwa. Nie mogłam pogodzić się z tym, co się wydarzyło, z odrzuceniem, niekochaniem i rozłąką, więc byłam, krótko mówiąc, paskudnym dzieckiem. Głośnym, obrażalskim, z tendencją do trzaskania drzwiami nawet przy potencjalnym zagrożeniu wujowskim pasem. Przynajmniej raz na dwa tygodnie pakowałam manatki i uciekałam z domu, na szafce nocnej zostawiwszy list, żeby mnie nie szukać, bo uciekam na zawsze i nie wiadomo dokąd. Wracałam jednak, kiedy pojawiał się pierwszy głód; niby z wyrozumiałości wobec tęsknoty opiekunów, chełpiłam się myślą, że nie znają prawdy i tak zręcznie ich przechytrzyłam, wymówką o chwilowej zmianie planów. Niestety - na mojej twarzy zawsze było łatwo wyczytać każdą emocję. Kwitły szumnie i wyraźnie, przez oczy czy minę uwydatniając to, co chciałam ukryć. Wszystko, co działo się w moim wnętrzu. Strasznie to niepraktyczne.

Z początku przyuczano mnie krawiectwa, żebym mogła w ten sposób zarabiać w przyszłości, jak stanę o własnych nogach, ale prędko okazało się, że nie miałam palców na tyle zręcznych, żeby poradzić sobie z trudniejszymi splotami nici, a wykrojone kształty tkanin zawsze pozostawiały wiele do życzenia. Zresztą - bardziej ciągnęło mnie do książek wuja, które zalegały na półkach domowej biblioteczki, trochę zakurzone i raczej niekochane. Tak natrafiłam na pierwszy ślad historii magii jako takiej. Z powodu charłactwa trzymano mnie bliżej mugolskiego świata, miałam do niego należeć i w nim się obracać, skoro w królestwie czarodziejów na nic bym się nie zdała, ale, nieposłuszna nawet wtedy, postanowiłam pokazać, że to nie do końca prawda. Zafascynowały mnie wersy, jakie pochłaniałam głodnym wzrokiem. Może i nie byłam wielką wiedźmą, ale mogłam się o nich uczyć. Nie będę brać udziału w żadnej magicznej wojnie, poznam przynajmniej te, które już się wydarzyły. Nie porozumiem się z fantastycznymi istotami, ale dowiem się wszystkiego o ich przeszłości. Wtedy plany uległy zmianie. Pozwolono mi pogodzić naukę typowo mugolskiego programu z podstawowymi wiadomościami magicznymi, które byłabym w stanie przyswoić bez posługiwania się różdżką. Różdżką, jakiej zazdrościłam każdemu poznanemu czarodziejowi. Czasem sięgałam po różdżkę ciotki, gdy ta drzemała na kanapie, i udawałam, że należy do mnie. Nieistotne ile razy wypowiadałabym zaklęcia zasłyszane od krewnych, nic się nie działo. Drewno nie odpowiadało na moje coraz bardziej dramatyczne, płaczliwe prośby. Tak bardzo czekałam i marzyłam... I guzik. Kolejne rozczarowanie.

Okres nastoletni stał się jeszcze bardziej buntowniczy niż dziecięce podrygi. Znów uciekałam z domu, przysparzałam problemów, wałęsałam się po okolicy i chyba po prostu szukałam guza w nadziei, że w sytuacji prawdziwego niebezpieczeństwa sprowokuję Merlina do łaskawości. Tyle że on nigdy nie był łaskawy, a raczej stary i głuchy. Byłam problemem dodającym ciotce zmarszczek i poddającym próbie cierpliwość wuja, aż dziwne, że nie pozbyli się mnie przy pierwszej lepszej okazji, oszczędziliby sobie przecież tylu awantur i poszukiwań w deszczu... Aż w końcu wszystko to ucichło. Ja ucichłam. Kto by pomyślał?



Nazywał się Jasper Evans i twierdził, że należy do magipolicji, chociaż nigdy nie widziałam go w żadnym mundurze. Paradował za to w skórzanej kurtce, trochę przetartej u dołu, a na szyi nosił łańcuszek z hipogryfem, jego ulubionym zwierzęciem i podobno szczęśliwym symbolem. Pewnego dnia znalazł mnie na starej stacji kolejowej, gdzie w biegu i ze zmarszczoną brwią chyba za kimś gonił; w każdym razie nie za mną. Zdążył spytać tylko o moje imię, po czym poprosił, żebym poczekała tu na niego, bo nie mogę o tak późnej godzinie wracać samotnie do domu. Jakby to był pierwszy raz... Nie wiem dlaczego się zgodziłam. To było krótko po wiadomości o śmierci ojca, dołączył do matki w zaświatach i tego dnia buntowniczo zapowiedziałam, że nie wybieram się na żaden pogrzeb, skoro nigdy nie pozwolił mi odwiedzić domu, w którym przyszłam na świat, a rodzeństwo dopuszczał do mnie od wielkiego święta przez wstyd i obrzydzenie. Nie byłam w stanie wybaczyć porzucenia ani zapomnieć o głębokiej zadrze, którą nosiłam w sercu. Nie zaakceptował mnie, nigdy, chociaż byłam jego córką. Nie kochał mnie. A mimo to wyłam w niemocy i jakiejś bezdennie głupiej tęsknocie, gdy dowiedziałam się o jego śmierci...
Tak czy inaczej Jasper wrócił, jak zapowiedział, i chyba udało mu się złapać złoczyńcę, którego ścigał, bo wydawał się uspokojony i zadowolony. Wyjaśnił mi, że to był tylko kieszonkowiec, ale notorycznie dokładający wszystkim problemów. Zabrzmiało znajomo? Niby niepozorne przestępstwo, ciągnące się jednak latami. Jak moje. Pamiętam, że pierwszy raz w życiu poczułam wstyd wynikający z mojego zachowania, chociaż tak naprawdę nie zwrócił mi uwagi bezpośrednio. A mimo to trafił w samo sedno.

Odruchowo zaprosiłam go na szarlotkę następnego dnia. Był starszy, ja miałam trochę ponad szesnaście lat i ta znajomość raczej nie spodobałaby się moim opiekunom - ale na wygnaniu nic nie było oczywiste i zamiast pieklić się na mój brak odpowiedzialności w doborze gości, wujostwo wpuściło Evansa do środka i stosownie ugościło. Spodobała im się powaga jego zawodu, stanowczy, twardy, ale niepozbawiony poczucia humoru charakter, a ja ze zdziwieniem przyglądałam się tej scenie, nastawiona na to, że musiałabym przekonywać do Jaspera moje wujostwo. Zupełnie jakby Odys przypłynął na Ajaję, a ja byłabym skazana na powtarzanie świniom, że przecież to fantastyczny mężczyzna i należy kwiczeć trochę ciszej. Nic z tego. Niespodzianka ciągnęła się za niespodzianką i kiedy na moment zostaliśmy sami, bo odprowadzałam go do drzwi, zapytał, czy teraz przestanę samotnie wałęsać się po opuszczonych miejscach. Nie chciał, żeby stała mi się krzywda. Nie dbał o to czy jestem czarownicą, czy mogę pochwalić się poważanym nazwiskiem, ani czy po śmierci ojca przypadłyby mi jakieś większe pieniądze; pod osłoną nocy na powierzchnię świata wypełzało plugastwo i prosił, żebym na siebie uważała. Chyba nikt inny nie mówił do mnie wcześniej w ten sposób - bez krzyku czy rozczarowanych syknięć, bo znowu pchałam się w kłopoty. Był inny. Wyrozumiały, chociaż surowy w tej wyrozumiałości. I wtedy zrozumiałam, czemu Circe tak niechętnie rozstała się z Odyseuszem.



Dwa lata później wyszłam za mąż. Stałam się Harriet Evans, żoną magipolicjanta bez munduru, nieświadomą tego, że w rzeczywistości mój mąż (jak to pięknie brzmiało!) pracował jako auror i ścigał nie zwykłych rzezimieszków, a prawdziwych, niebezpiecznych czarnoksiężników, prawie codziennie narażając swoje życie. Mimo to nasze życie, wspólne, w Dolinie Godryka, w domu, który stał się również mój, było dla mnie przepiękne. Zgody na przedwczesny ślub udzielił mój najstarszy brat, po śmierci ojca mój pełnoprawny opiekun, chociaż nigdy nie wróciłam pod jego skrzydło (było zbyt daleko, w Walii), a do ostatnich chwil mieszkałam z wujostwem. Niewielu Vale'ów przyszło na wesele, ale to dobrze. Tak naprawdę wcale nie chciałam ich widzieć, skoro odtrącili mnie w przeszłości za coś, co nie wyszło spod moich rąk a było jedynie zrządzeniem okrutnego losu (to zbyt mocno bolało, jakby rana wciąż była świeża). W międzyczasie ciągle się uczyłam. Doglądałam pszczół w ogrodzie teścia, bo jak się okazało, ten nie wyrzucił pasiek swojej żony, która niedawno zmarła, a zajął się nimi, rozsmakowany w słodyczy własnego miodu. Czytałam książki, w tym powieści detektywistyczne Agathy Christie, dokarmiałam koty ganiające po okolicy, rankiem spędzałam godzinę w piekarni na plotkach z koleżanką za ladą, a wieczorami, jeśli mój mąż był na nocnym dyżurze w jednostce (po co tak kłamałeś, Jasperze?), zapraszałam do siebie sąsiadki i grałyśmy w karty albo chodziłyśmy nad jezioro, gdzie w leniwym świetle księżyca pływałyśmy do zmęczenia.

Zawsze chciałam rozumieć trytony. Może stać się jedną z nich. Chyba dlatego tak często, w cieplejsze dni, spędzałam czas nad każdą możliwą wodą, czy to z książką w ręku, czy w objęciach łagodnych fal. Wylegiwałam się na nich i patrzyłam w niebo, interpretując kształty chmur. Życie było wtedy sielskie. Proste, przyjemne, do tego stopnia, że nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że to w ogóle możliwe. A jednak! Pół roku po ślubie zaszłam w pierwszą ciążę i radości dosłownie nie było końca. Ale czy życie Circe kiedykolwiek było tak proste, jak mogłaby tego pragnąć? Otóż nie - i klątwa, która za mną podążała, nie wzniecona przez magię, a okrutne przeznaczenie sprowadziła kres tej małej idylli, jaką wraz z mężem stworzyliśmy w Dolinie. Poroniłam. Pewnego popołudnia poślizgnęłam się na schodach i spadłam z nich, a mój organizm wypluł z siebie krew i to, co miało przynieść nam jeszcze więcej szczęścia. Gdybym była czarownicą i mogła przywołać zaklęciem sweter z piętra, a nie wspinać się na nie o własnych siłach, do niczego by nie doszło... Nie wydarzyłaby się tragedia, która na kilka następnych miesięcy ostudziła naszą miłość i odebrała tak cenny czas.

Zatraciłam się w pracy, żeby nie myśleć o dramacie, który przypominał czarną spiralę bez dna. Schodziła w dół do samego Hadesu i czasem wyobrażałam sobie, jak Hermes zabiera moje dziecko i pozwala mu odpoczywać na Polach Elizejskich; cokolwiek znajdowało się dalej, miałam nadzieję, że łaskawie przyjmie to niewinne stworzenie. Do zdrowia doprowadził mnie brat, Hector; nie przyznaliśmy się Jasperowi, że pracował jako magipsychiatra, wedle mojego męża był więc zwykłym, doświadczonym uzdrowicielem, dlatego posłał do niego prośbę o natychmiastową pomoc i brat mi jej udzielił. Zawsze był dobrym człowiekiem. Wcześniej po prostu tego nie dostrzegałam.
Pracowałam wtedy w szkole, uczyłam małe dzieci historii, w sposób raczej przystępny, bo mało kto zasypiał na moich lekcjach nawet przy niezbyt porywających tematach. Ale właśnie wtedy bardzo doceniałam te mało porywające kwestie. Było w nich coś bezpiecznego, stabilnego. Stagnacja pokojowych czasów nie odpowiadała wszystkim, to jasne, że dzieci wolały uczyć się o wojnach, podbojach i przedziwnych zjawiskach, bo jeszcze nie wiedziały, że w dorosłym życiu przyjdzie im takich trudów doświadczyć na własnej skórze. Oby tylko mniej krwawych i brutalnych, tego cały czas życzę każdemu z moich uczniów.

Pasję i szczęście przywróciła dopiero druga ciąża, chociaż ja bałam się przeraźliwie, że podąży tym samym torem i okropnie na siebie uważałam. To samo robił Jasper; kiedy tylko był w domu, dbał o niego zaklęciami, żebym tylko nie musiała się przemęczać. Dziewięć miesięcy później na świat przyszedł nasz syn: Orpheus. Byłam matką! Merlinie, co to była za radość, a jednocześnie co za horrendalna odpowiedzialność... Od pierwszej chwili, gdy mogłam trzymać syna w ramionach, wiedziałam, że zrobię dla niego wszystko. To nieważne, że poród był długi i trudny; słodycz małych rączek ułożonych na drobnym ciele noworodka wynagrodził mi każdy ból. Był doskonały w każdym calu. Czy zostanie czarodziejem, jak jego ojciec? Tego nie wiedziałam, chociaż czułam podskórnie, że przyszedł na świat pod łaskawszą gwiazdą niż jego matka; modliłam się o to w duchu do każdej wyższej istoty, która słuchała i mogłaby roztoczyć nad nim pieczę. Jasper był zachwycony, nosił syna na rękach z dumą, chwalił się nim bratu, bezdzietnemu, samotnemu i pewnie zastanowiłabym się, czy powinien tak podkreślać swoje szczęście przy kimś, komu rodzinnie niezbyt się powodziło, ale byłam zbyt rozkochana w mojej rodzinie. Dwóch najważniejszych istotach. Na tyle, by zapomnieć błąd sprzed dziewięciu miesięcy, kiedy, po kłótni z Jasperem, pocieszył mnie właśnie jego brat. Byłam okropną żoną, karciłam się w myślach każdego dnia, a potem kategorycznie urwałam kontakt z tym mężczyzną, chociaż niesmak pozostał. Był ze mną jak ostrze kata wiszące nad głową, gotowe spaść na szyję w każdej chwili. Nie przyznałam się. Ignorowałam spojrzenia i próby rozmowy ze strony mojego szwagra, byłam zresztą zbyt zajęta, żeby marnować na niego czas; musiałam zająć się synem i jakoś pogodzić macierzyństwo z poczuciem obowiązku w pracy. A wcale nie było to tak łatwe jak zakładałam - nieprzespane noce dodały mi cieni pod oczami, schudłam bardzo szybko, bo mało co jadłam. Przeznaczenie tylko na to czekało.



Życie za życie, poświęcenie za prawo do narodzin. Dwa lata po narodzinach Orpheusa Jasper zginął na służbie, trafiony okrutnym, szmaragdowym zaklęciem. Nad ciałem jego i kilku jego współpracowników zawisł wizerunek czaszki oplatanej przez węża; prężyła się na ciemnych, burzowych chmurach, z których lunął deszcz i obmył ciało mojego ukochanego, jakby w ten sposób próbując wynagrodzić mu cierpienie. Wtedy dowiedziałam się prawdy o jego życiu: był aurorem, o czym nigdy mi nie powiedział, żebym nie musiała się denerwować ani martwić. Tropił czarnoksiężników i magicznych złoczyńców, aż w końcu przypłacił to prawem do obserwowania jak jego syn rośnie jak na drożdżach i każdego dnia staje się coraz bardziej podobny do ojca. Znowu wyłam. Zatraciłam się w goryczy cierpienia, które oblało mnie żałobną czernią i zniechęciło do wszystkiego. Straciłam go. Moją drugą połowę, człowieka, którego tak bardzo kochałam, a o którym faktycznie wiedziałam tak niewiele. Codziennie zmagał się z trudnością i narażał w imię uporządkowanego, sprawiedliwego świata, żeby potem wrócić do domu z uśmiechem na ustach, nieważne co przeżył, i zapewnić mnie o tym, że miał spokojny dyżur. Czasem wracał poobijany, szary i przygnębiony, dręczony myślami, do których nie miałam dostępu - a których już nigdy nie poznam. Jego współpracownicy udzielili mi wsparcia, przyjaciele zaoferowali pomoc każdego rodzaju, ale ja chciałam tylko płakać w poduszkę z dzieckiem przyciśniętym do piersi. Jak miałam się nim zajmować po śmierci Jaspera? Dlaczego los zabrał jego, a nie mnie? Codziennie zadawałam sobie to pytanie, w każdej sekundzie wrzeszczałam w myślach do bogów szczerzących kły w uśmiechach na moje cierpienie, ale ono tylko dodawało im rozrywki.

Bez brata pewnie nie przeszłabym przez ten czas. Hector zjawił się na progu mojego domu jakby przyzwany przez samą mityczną Circe, która zwabiła go tam zaklęciem i nakazała wesprzeć swoją żałosną imienniczkę. Zrobił to. Zajął się mną, nami, pokierował mnie i pomógł logistycznie zorganizować pogrzeb Jaspera, na którym zjawiło się tylu czarodziejów, ilu nawet nie potrafiłabym zliczyć. Miał tylu przyjaciół. Większości z nich nie kojarzyłam.

A potem wybuchła wojna. Otwarty, jadowity konflikt, który wyrzekał się mugoli, mugolaków i charłaków takich jak ja; konflikt, w którego kuluarach Jasper stracił życie. Skorzystałam wtedy z mojej wiedzy, nie chciałam być przecież bezużyteczna, i zgodziłam się uczyć młodsze dzieci historii magii. Przez nowe prawo nie miały już wstępu do Hogwartu, gdzie wiele lat wcześniej uczyło się moje rodzeństwo; placówki, którą wyobrażałam sobie z każdej możliwej strony, marząc o przywdzianiu barw jednego z domów, byle jakiego, jakiegoś. Serce krajało mi się na myśl, że mój syn może doświadczyć takiego samego losu. Miał już prawie trzy lata, ale nie rozumiał powodów, dla których świat nagle stał się tak bezbarwny, podobnie zresztą jak uczniowie, którzy trafili pod moje skrzydło. W porównaniu do mnie posiadali przynajmniej własne różdżki.
Przekazywałam im całą moją wiedzę, a ci, którzy byli starsi i wymagali bardziej zaawansowanej podstawy programowej, trafiali do mojej koleżanki posiadającej arsenał znacznie rozleglejszych informacji. Dzięki temu dzieliłyśmy siły i mogłyśmy poświęcić się zadaniu jeszcze mocniej. Godziłam to z wychowaniem Orpheusa, z pasiekami w teściowskim ogrodzie, z kilkoma kurami w kurniku, z bezdomnymi kotami i dzieciakami z Doliny, które czasem zaglądały przez płot i pytały czy mogą zjeść trochę miodu.
Tymczasem pod moją skórą buzowała nierozsądna nadzieja: może ta okropna wojna sprawi, że w końcu moja magia wybudzi się z letargu? Byłabym w stanie wtedy obronić syna przed każdym niebezpieczeństwem, jakie na niego czyhało. A tak? Co mogłam zrobić? Polegać na innych, nauczyć się przyjmować pomoc, w międzyczasie próbując też zrozumieć kim tak naprawdę był mój mąż i jak ta okropna praca na niego wpłynęła... O tylu rzeczach nigdy mi nie powiedział. Znałam go, czy tylko jego wyobrażenie, które pozwalał mi kochać?



Statystyki
StatystykaWartośćBonus
Sprawność:4Brak
Zwinność:11Brak
Biegłości
JęzykWartośćWydane punkty
Język angielskiII0
Biegłości podstawoweWartośćWydane punkty
Historia MagiiII10
KokieteriaI2
PerswazjaI2
SpostrzegawczośćI2
SkradanieI2
ZielarstwoI2
Biegłości specjalneWartośćWydane punkty
Brak-0
Biegłości fabularneWartośćWydane punkty
RozpoznawalnośćI-
Sztuka i rzemiosłoWartośćWydane punkty
Literatura (wiedza)I0.5
GotowanieI0.5
PszczelarstwoI0.5
AktywnośćWartośćWydane punkty
PływanieII7
Taniec współczesnyI0.5
KolarstwoI0.5
ŁyżwiarstwoI0.5
Reszta: 0


Ostatnio zmieniony przez Leta Evans dnia 23.06.22 18:25, w całości zmieniany 2 razy
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Leta Evans (née Vale) [odnośnik]23.06.22 18:44

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana

INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam PW lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Brak

Kartę sprawdzał: Tristan Rosier

Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leta Evans (née Vale) Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Leta Evans (née Vale) [odnośnik]23.06.22 18:45


KOMPONENTYlista komponentów

BIEGŁOŚCIbiegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości biegłości

HISTORIA ROZWOJU[23.06.22] Rozwój początkowy; -100 PD
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Leta Evans (née Vale) Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Leta Evans (née Vale)
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach