Wydarzenia


Ekipa forum
Jadalnia
AutorWiadomość
Jadalnia [odnośnik]24.06.22 10:14

Jadalnia

Całkiem sporych rozmiarów pomieszczenie o jasnych ścianach i podłodze z paneli ciemnego, sękatego drewna. W komodzie niedaleko przejścia do ogrodu znajduje się zastawa obiadowa, a także porcelana, którą kiedyś zgromadziła matka zmarłego męża Lety. Na środku stoi duży, prostokątny stół z kilkoma krzesłami. Na blacie, pomiędzy posiłkami, zazwyczaj widać wazon świeżych kwiatów.

Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]28.06.22 0:30
do ustalenia data

Powoli, krok po kroku – dzień po dniu, tydzień po tygodniu. I tak od trzynastu bezsennych lat. Co ranek z bólem otwierał powieki, podnosząc się z bolesną świadomością kolejnego dnia i z przerażeniem składał głowę na miękkiej poduszce, zawsze za miękkiej. Bo to właśnie nocą, gdy powieki stawały się za ciężkie, gdy umysł zbyt ospały, z ukrycia wychodziły koszmarne obrazy, o których później w świetle dnia próbował zapomnieć.
I z tego powodu nie znosił bezczynności, to go zabijało. Wystarczyło, że zbyt długo siedział w jednym miejscu, opierając się plecami o chłodną, kuchenną ścianę. Wtedy, za każdym mrugnięciem przenosił się do innej kuchni – jej ściany były postrzępione od wybuchu. Na sercu zaciskały się palce strachu, a podnosząc oddech dalej czuł ciężar karabinu przyciśniętego do piersi. Nie pozostawał sam na sam z własnymi myślami, nie mógł. Te potrafiły być zgubne. Dlatego ciężko nazwać jego chęć zajęcia rąk i umysłu altruistyczną pomocą. Egoistycznie uciekał od wspomnień, których nie chciał.
A chęć uspokojenia myśli okraszona sympatią do pani Evans sprawiła, że dzisiejszego popołudnia Alfie stał na drabinie przy kurniku. Pogoda sprzyjała pracom porządkowo-remontowym, słońce nieśmiało wychylało się nieśmiało zza chmur. Promienie przyjemnie tańczyły na karku. Alfred co prawda nie mógł nazwać się mistrzem w dziedzinie majsterkowania, natomiast przez trzynaście lat zdobył podstawową wiedzę, która pozwalała mu na uporanie się z takimi drobnymi usterkami. Uporał się z całą robotą w okolicach pory obiadowej, którą zapowiedział zapach dobiegający z kuchni. Jego śladem Alfie podążył w stronę domu, a wraz z nim – a raczej na nim – pewien młody jegomość, który dzisiaj pełnił rolę pomocnika pana majstra. Mały Orpheus siedział okrakiem na barkach Alfreda, wplatając palce w jego nieco dłuższe włosy. – Mistrzu, uwaga na głowę – ostrzegł chłopca, jednocześnie niezbyt zgrabnie kucając w progu, aby mieć pewność, że czubek głowy trzylatka nie zahaczy o framugę. Na głowie Orpheusa znajdowała się prowizorycznie złożona czapka ze starej gazety, tak aby mógł poczuć się jak prawdziwy budowlaniec. – Meldujemy, że kurnik już nie przecieka – odparł z nieco przerysowanym optymizmem, który jednak wywoływał szeroki uśmiech na twarz chłopca. Alfie lubił dzieci – jako najstarszy z szóstki piątki rodzeństwa zdobył praktykę w opiece nad nimi. Poza ty Summers zazdrościł im beztroski i niewinności.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Jadalnia [odnośnik]28.06.22 21:12
Nie byłam pewna gdzie upatrywać winy, co lub kogo nią obarczać - srogą zimę gryzącą świat zziębniętymi kłami, czy może nieobecność mojego męża - za stan dachu kurnika, który w ostatnim czasie do złudzenia przypominał ser szwajcarski.
A może po prostu obwiniałam wszystko na raz.
Z początku miękki śnieg przesycił wilgocią źle zaimpregnowane drewno, sprawił, że to zaczęło gnić, a gdy drobiny bieli zbiły się w tężejący lód, jego waga tak mocno osiadła na deskach, że tu i ówdzie szczerbiły się odpadającymi kawałkami. Co jeszcze? Pan domu by do tego nie dopuścił, tyle że obecny pan domu miał trzy lata i przeklęte humorki. Próbowałam więc ratować to tak, jak potrafię: szmatkami wetkniętymi w dziury i metalowym wiaderkiem zbierającym skapującą z nich wodę. Kiedy przechadzałam się rano, żeby sprawdzić co naszej kurze, Helenie, udało się zmalować, musiałam dekoncentrować się pilniejszymi myślami żeby nie popadać w wątpliwość czy nie było jej tu za zimno. Sądziłam zresztą, że kwiecień przyniesie trochę spokoju, wytchnienia, pogodnej łagodności - tylko że w życiu miałam tendencję do częstych pomyłek i tym razem wcale nie było inaczej. Jakby mało nam było niedoli, deszcz zamienił się w porywiste ulewy i gdyby Alfie w porę nie pojawił się na horyzoncie, pewnie nigdy nie zaczepiłabym go z kolejną prośbą o pomoc. Już i tak zbyt często go wykorzystywałam. Miał smykałkę do krzątania się przy starzejących się domach do takiego stopnia, że czasem zastanawiałam się, czy nie używał do tego jakiegoś specjalnego rodzaju magii, rzemieślniczej, naprawczej odmiany arkan codziennego użytku, o której nigdy nie byłoby mi się dane dowiedzieć; magii, którą Merlin zachował wyłącznie dla niego.
Kiedy z Orpheusem wrócili do środka, akurat kończyłam gotować ziemniaki. Miały dołączyć do pieczonego w papryce pstrąga, którego zapach unosił się w całym domu, w miernej, krótkotrwałej próbie wprowadzenia tu jakiejś harmonii; od czasu śmierci Jaspera było jej tu mało, bardzo mało. Synek rósł w kwaśnym gniewie, jakiego nie potrafiłam z niego wyplenić, skory do dąsów na każdy zakaz, przykaz czy sugestię, ale trudno się dziwić, skoro miał mnie za przykład, nabuzowaną jak pszczoła odrzucająca królową. Cichł przy Alfredzie, potulniał, rozweselał się. Nie chciałam mówić tego głośno - że byłam wdzięczna za jego wizyty, za męską obecność kogoś, kto chociaż śladowo wypełniał lukę w chłopięcym sercu Orpheusa tęskniącego za ojcem.
I kto mi również pozwalał poczuć się spokojniej.
- Tak szybko daliście radę? - zdziwiłam się i parsknęłam na widok czapeczki na czubku głowy syna, którą ten prezentował tak dumnie, jakby była Tiarą Przydziału. - Helena was nie podziobała? Ostatnio diablica wymusza więcej ziarna i dziobie mnie w kostki bez opamiętania, powinnam była cię uprzedzić - rzuciłam do Alfiego. Nie dodałam jednak, że nie zrobiłam tego celowo, ciekawa czy sobie z nią poradzi, czy wróci naznaczony czerwonymi punkcikami, dowodem cudzego głodu. Na moje nieszczęście znaliśmy się na tyle długo, by wiedział, kiedy kłamię czy czegoś nie dopowiadam; to nie było trudne, zważywszy na to, że moja twarz, ekspresja, oczy, że to wszystko pozostawało otwartą księgą. - Umyjcie ręce i siadajcie do stołu, majstrowie. Łowiłeś już ryby w tym sezonie? Mam te pstrągi od starego Arlingtona, powinny być niezłe; powiedział mi przy okazji, że to dobry czas na wędkowanie. Coś o niskiej temperaturze, deszczu i jakichś na pewno wstrętnych robakach - wymruczałam uśmiechnięta ni to kwaśno, ni zawiadiacko, a odcedzone ziemniaki przełożyłam do miski i położyłam ją na drewnianej tacce, żeby przejść z nią do jadalni.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]01.07.22 2:10
Czasem po prostu to wszystko na raz - wszystkie nieszczęścia świata zdawały się skupiać na jednej rzeczy. Teraz złośliwości skupiły się na trawieniu dachu starego kurnika, którego królową była Helena. Temperamentna właścicielka tych włości od początku zadbała oto, aby niezapowiedziany gość doskonale wiedział kto tutaj rządzi.
Kiedyś właśnie tak wyobrażał sobie swoje życie - krzątanie się wokół obejścia, dbając o przeciekające dachy, próchniejące drewno w szopie, czy zapas opału na zimę, a to wszystko w towarzystwie dziecka i ze świadomością, że w środku czekała na niego żona. Ale tego marzenia już nie było - umarło wraz z chłopcem, któremu włożono w dłonie karabin. Los bywał okrutny - Jasper miał wszystko to, o czym niegdyś marzył i jego duch nadal był obecny, chociażby w krnąbrnym zachowaniu małego Orpheusa bądź we wspomnieniach Lety, natomiast jego ciało przepadło. Alfred był - stał przy kurniku, oddychał i chodził. A jednak czasem miał wrażenie, że duch go opuścił, że umarł na skąpanych we krwi polach będących sceną dla makabrycznego spektaklu. Teraz już nie myślał o przyszłości, nie liczył na własny dom - po prostu żył tak z dnia na dzień, przekonując samego siebie co ranek, że warto wstać z łóżka. Ratowała go jedynie lojalność wobec tych, którym zobowiązał się pomóc i znikome strzępki nadziei.
- Z taką pomocą poszło gładko - odparł, zaczepnie skubiąc małego w bok. Co prawda trzylatek nie mógł być realną pomocą podczas prac naprawczych, ale chłopiec wyglądał na naprawdę zadowolonego, szczególnie kiedy wzorem budowlańców pochylających karki nad robotą w upalny dzień, złożył Orphiemu czapkę ze starych stronic znalezionej gazety. - Powiedzmy, że nie była zbyt gościnna. Dopiero później chyba załapała, że łatam jej dach i jakoś się tak, uspokoiła - stroszyła na niego pióra, dziób nawet kilkukrotnie zaczepił o jego kostki i kiedy spojrzał na Letę widział, że prawdopodobnie tego się spodziewała. Jednakże i tym razem - z uwagi na kurtuazję - udawał, że jej małe kłamstewko pozostało nierozpoznane. A raczej nienazwane, chociaż kącik podrywający się do góry sugerował co innego. - Się robi, szefowo. Czas złazić, proszę pana - rzucił posłusznie, po czym złapał pasażera na gapę ze swoich ramion i przełożył go sobie nad głową. - No właśnie nie byłem, wędka odmówiła mi posłuszeństwa. Ale stary Arlington zna się na rzeczy, skubany wie, gdzie się ustawić i nie chce powiedzieć - w sumie to mu się nie dziwił, w czasie wojny na wszystkim można było zrobić interes i stary wyjadacz skorzystał ze swojej okazji. W między czasie trzymał małego na wysokości zlewu, aby mógł obmyć dłonie i pomógł mu je wytrzeć, zaczepiając też malca, próbując wyrwać mu palce podczas wycierania ich ręcznikiem. A później na niego przyszła kolej, a wtedy już tylko pozostało im zająć miejsca. Zatem ruszył w stronę jadalni.- W każdym razie pachnie cudownie. Pomóc ci? - zagadnął, stojąc jeszcze w progu.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Jadalnia [odnośnik]01.07.22 13:20
- Pomogę jeszcze - zadeklarował Orpheus i spróbował odgonić lekko podszczypujące go szpony, najwyraźniej odebrawszy komplement jako zaproszenie do dalszej współpracy, na co znów uśmiechnęłam się pod nosem. Wydawał się taki szczęśliwy, kiedy miał u boku silną, męską sylwetkę mogącą wprowadzać go w tajniki majsterkowania i bycia dorosłym, czego sama nie potrafiłam mu zaoferować, nie w ten sposób. Tymczasem Alfred spisywał się brawurowo. Nie miał jeszcze własnych dzieci, ale domyślałam się, że to tylko kwestia czasu, a trening z Oprhiem sprawi, że zostanie naprawdę wspaniałym, trochę bardziej doświadczonym ojcem. Ciekawe czy gdyby nie Jasper, nie to, że już go z nami nie było, dostałby podobną szansę z innym dzieckiem...
- W nagrodę dam ci trochę jajek, co ty na to? I w zadośćuczynieniu za jej brak gościnności, okropne stworzenie - zaproponowałam. Helena rozbudzała się po zimie i znosiła coraz więcej potencjalnej jajecznicy, którą mogłam i chciałam podzielić się z Alfiem, w końcu zasłużył na to poświęceniem i ciężką pracą. Inaczej ulewy dalej kapałyby jej na głowę przez nieszczelne deski, a ja musiałabym się martwić podkładaniem coraz to nowszych wiader.
- Nie chcę, nie lubię - zaperzył się Orpheus, gdy woda pociekła z kranu. Faktycznie wolał taplać się w błocie, a im bardziej był brudny, tym był szczęśliwszy, ku mojej ogromnej udręce. Przyjrzałam się im kątem oka; syn w końcu wymruczał coś niezrozumiałego i podstawił dłonie pod kran, chyba chcąc tym samym zaimponować Alfredowi, obmył zakurzone palce i spłukał z nich mydło, po czym spojrzał w górę na podtrzymującego go czarodzieja i wyszczerzył się z zadowoleniem.
- Nie mów, naprawdę tak ci skąpi? Przecież nie wyłowi wszystkich ryb sam, nie dość, że lata już nie te, to zawsze będzie ich zbyt dużo na jednego człowieka. Co za sknera - westchnęłam, a gdy trzylatek, osuszający razem z Summersem ręce, już otwierał usta, żeby powtórzyć określenie, które nadałam sąsiadowi, ostrzegawczo uniosłam ku górze dłoń z wyciągniętym wskazującym palcem. - Tak się nie mówi - upomniałam go, jakbym dawała mu przykład, chociaż w rzeczywistości po prostu wymykały mi się niewybredne epitety, czasem jeszcze gorsze niż zwykły sknera.
- A ty mówisz - podkreślił posępnie i spojrzał na Alfreda, swojego współpracownika, wujka i jedyne wsparcie, które mógł otrzymać w naglącej go sprawie. - Mama tak mówi - wymamrotał, w ten sposób poszukiwał przyzwolenia. Westchnęłam na to donośnie i cmoknęłam z dezaprobatą, a potem skinęłam na mężczyznę, żeby po prostu poszedł za mną do jadalni. Orpheus i tak podreptałby za nim, trzymając się blisko, niestrudzony w poszukiwaniu autorytetu. Serce łamało mi się na myśl, że zastępował ojca, szukał go w innych, jego śladów, wspomnień, zachowań - dlatego z całych sił próbowałam o tym po prostu nie myśleć. To nie był Jasper. To był Alfred, żywy, skrywający w sobie wciąż nieodkryte tajemnice, aż nazbyt uczynny.
Dręczony przez cienie, przez wspomnienia, przez demony.
- Zjedz wszystko, tak mi pomożesz - rzuciłam przez ramię, ustawiwszy miskę z ziemniakami na stole, na okrągłej, drewnianej podstawce, zaraz obok półmiska z pieczonym pstrągiem. - Na deser będzie trochę leśnych owoców - obiecałam słodkości obu z towarzyszących mi panów i usiadłam na jednym z krzeseł, od razu sięgając po serwetkę, którą miałam zaczepić przy kołnierzu koszulki syna. Miał tendencję do paprania się we wszystkim, czym można było się ubrudzić, bo sam nie robił ręcznego prania. Gdybym była czarownicą... - Chcesz do tego kawy? - spytałam, wyjątkowo tym razem nie patrząc na Alfreda, bo byłam zbyt zajęta przygotowywaniem syna do obiadu. Dopiero później na niego spojrzałam, uniosłam się na krześle i sięgnęłam do potraw, żeby nałożyć na jego talerz kawałek ryby i ziemniaków, jak pełnoprawna gospodyni - chociaż to on łatał dach w kurniku i zajmował się tym zbyt dużym jak na mnie domem. - Wiesz - zaczęłam przy okazji. - Ostatnio robiłam porządek na strychu, strasznie tam dużo rupieci, i przy okazji znalazłam kilka starych mebli... Całkiem użytecznych. Starych, ale dobrej jakości. Może znasz kogoś, komu by się przydały? - docierały do mnie różne wojenne wiadomości, także te o wysiedleniach i ludziach uciekających do bezpiecznych kryjówek, pozostawiwszy za sobą całe dobytki. Czasem w tych kryjówkach niczego nie było, bo tworzyli je sami, w garstkę osób złączonych przez los.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]05.07.22 17:55
- No mam taką nadzieję - odparł jeszcze, nie chcąc gasić chłopięcego entuzjazmu. Skoro malec lubił spędzać czas w jego towarzystwie to Summers nie miał w sobie na tyle okrutności, aby odsuwać go od siebie. Nawet jeżeli był jedynie kimś obcym, kimś z zewnątrz. Kimś, kto nie dzielił z nim ani kropli krwi. Nie próbował mu też zastąpić ojca - nie musiał, Leta, jak każda matka, wspinała się na wyżyny ludzkich możliwości, które wykraczały poza skalę pojmowania Alfreda. Bo nigdy nie miał poczuć miłości rodzica do własnego dziecka. A przynajmniej tak uważał, że jego czas minął już bezpowrotnie, a te wyrwane momenty z synem sąsiadki, to najbliższy kontakt z dzieckiem jaki miał go spotkać.
- Przestań, to nie jest konieczne - rzucił i machnął ręką, podkreślając kontekst swojej wypowiedzi. Mógłby, przecież by się nie zmarnowały, prawda? Jednakże nie po to to robił. Wstępował w niego ten dziwny rodzaj dumy, który pozwalał oferować pomoc, ale niekoniecznie już ją przyjmować. Bo przecież musiał być silny, aby inni mogli oprzeć na nim swój ciężar. Szkoda, że sam przypominał chwiejną konstrukcję. Z pozoru stabilny szkielet próchniał od środka, niczym deski na dachu kurnika.
- Chce mieć monopol, pewnie spora część miasta się u niego zaopatruje - w sumie nawet nie miał mu tego za złe. Może był i stary, ale założyłby się, że jak każdy miał rodzinę, którą chciał odpowiednio wykarmić i zapewnić jej bezpieczeństwo. Chociaż nie był do końca pewien, czy w czasie wojennej zawieruchy moneta miała jakąkolwiek wartość. Uniósł jedną brew ku górze. - Bo mamie wolno trochę więcej, aye - odparł, niestety nie dając małemu wsparcia w tym pojedynku. Postawił Orphiego na podłodze i sam skierował swoje kroki w stronę jadalni, w krok za Letą. Uśmiechnął się jedynie i posłusznie zajął miejsce przy stole, zgodnie z poleceniem gospodyni. Nie miał pojęcia, czy to jest uniwersalna zasada, ale z zasady nie operował w kuchni bez wyraźnego pozwolenia pani domu.
Poza tym za chwilę dotarł do niego zapach przygotowanego przez Letę jedzenia i jakby na ten znak jego żołądek zaczął butnie domagać się posiłku, który przecież już po chwili znalazł się na jego talerzu. - Postaram się sprostać temu wyzwaniu - prawda była taka, że mało jadł. A raczej tyle, aby wystarczyło - tyle aby mógł wstać i unieść karabin, aby wrócić do domu z upolowaną zwierzyną. Aby móc obsłużyć prasę drukarską. Bo coraz częściej czuł się jak w potrzasku, jakby ten dom w Dolinie miał rozmyć się tak samo, jak ich stare mieszkanie w Birmingham. Jak to, z którego zostali wywleczeni na londyńską ulicę, tak jak stali.
Teraz to uczucie ciągłego napięcia, ciągłego stanu gotowości na chwilę odeszło. Jakby wojna w ogóle nie dosięgnęła tego skrawka ziemi, tej jadalni. Niemalże od razu zabrał się jedzenia. - Przepyszne - zdołał jedynie wydusić z siebie między jednym a drugim kęsem, lądującym w jego ustach. Zastanowił się chwilę, próbując w głowie odnaleźć odpowiednią osobę, ale gdy żadne imię nie wybiło się spośród jego myśli, pokręcił wpierw głową. - Nie, nie przypominam sobie, ale popytam. Chciałabyś je na coś zamienić? Czegoś wam potrzeba? - oczywiście, że była wojna i należało sobie pomagać, ale właśnie w takich momentach handel wymienny kwitł. Dziwnie poczucie odpowiedzialności nie pozwalało mu na pozostawienie Lety i Orphiego samym sobie. Zupełnie jakby w imieniu Jaspera chciałby się nimi zaopiekować, chociaż nawet go nie znał. To było niesprawiedliwie. Czasem czuł te niesprawiedliwość zaskakująco silnie i żal. Żałował Evansa, który nie miał już możliwości patrzeć jak jego syn dorasta. I żałował bezimiennej kobiety, która w innym życiu mogłaby stać się jego żoną, matką jego dzieci.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Jadalnia [odnośnik]06.07.22 11:28
Orpheus energicznie kiwnął głową, pewnie wyobrażał sobie wiele spektakularnych napraw, które wykonają razem z Alfredem - a może jego myśli powędrowały w kierunku tego przeklętego domku na drzewie, o którym mamrotał pod nosem już od jakiegoś czasu? Jasper nigdy nie zdołał zabrać się za pracę, chociaż obiecał synowi, że to zrobi. Chociażby dlatego nie powinien był umierać. Obietnic nie można było łamać, szczególnie tych złożonych dzieciom. Do diabła.
- Konieczne może nie, ale stosowne - zaoponowałam. Helena, póki co wciąż samotna, zaopatrywała nas w jajka, które w zupełności wystarczyły do spełniania zachcianek syna jeśli chodziło o jajecznice, ja natomiast starałam się ich nie dotykać, by więcej oszczędzić dla Orphiego; ale Alfie zasłużył, tak bardzo nam pomagał. Często za nic, z dobroci serca; serca, którego nie mogłam nadwyrężać, zawsze karcąc się potem w myślach na wizję tego, jak musiał być zmęczony po pracach nad moim rozpadającym się domem. - Nie chcesz zjeść porządnej jajecznicy? Te od Heleny smakują najlepiej. Uważaj, bo stracisz jedyną szansę - upomniałam go żartobliwie, jedną stronę ust rozciągnąwszy w uśmiechu. To dziwne, z jaką łatwością Summersowi przychodziło rozbawianie mnie, nawet jeśli nie próbował tego osiągnąć. Jego obecność wprowadzała w te ściany komfort, który z kolei przechodził również na mnie, oblewając skórę jak miód leniwie ją rozgrzewający. Czasem, w nocy, karciłam się również i za to. Nie powinnam postrzegać go w ten sposób, wykorzystywać, żeby samej poczuć się lepiej - a jednak to robiłam, nie mogłam się powstrzymać. Nie mogłam pozwolić mu więcej nie wrócić, choćbym sama miała doprowadzić Ul do ruiny.
Kiwnęłam głową z pełnym dezaprobaty westchnieniem na motywacje Arlingtona. Miało to sens, staruszek musiał zająć się niedołężną żoną i wnuczętami, które pozostawiono pod ich opieką, kiedy rodzice ruszyli na pomoc krewnym uciekającym z Londynu i jeszcze nie wrócili. Tymczasem syn zaperzył się, ostentacyjnie skrzyżował ręce na piersi.
- No widzisz - wymruczałam do niego w zgodności z Alfredem, na co chłopiec, podążając do jadalni, zaczął z całej siły tupać o podłogę przy każdym kroku, jakby to miało kogokolwiek przekonać do jego racji i zachęcić, żeby od teraz już zawsze się z nim zgadzać.
Co za niepoprawny urwis.
- Powiedziałabym, że będziemy siedzieć przy stole tak długo, aż nie sprostasz w stu procentach, ale jednak nie masz trzech lat i chyba wystarczająco dojrzałeś do własnych decyzji- rzuciłam do mężczyzny i tym razem nie powstrzymałam cichego parsknięcia, które prędko wydostało się z moich ust tuż po tych słowach. Podobne komunikaty padały wyłącznie w stronę Orpheusa; chłopiec rozpoznał ich brzmienie i wystawił język, ale był na tyle głodny, żeby nie uprawiać dalszych psikusów, więc chwycił widelec w pulchną, dziecięcą dłoń i zabrał się za pałaszowanie obiadu, który wcześniej pokroiłam dla niego na jego talerzu.
Pstrąg bez odpowiedniej ilości przypraw nie powalał, ale papryka zrobiła swoje i nadała mu zjadliwości, co zresztą potwierdził Alfred; z początku nie byłam pewna, czy mówił tak wyłącznie z uprzejmości, której mu nie brakowało, jednak widok sztućców sprawnie pokonujących tę samą trasę w przyjemnej szybkości przekonał mnie, że chyba rzeczywiście mu smakowało. Poczułam ciepło, znów. Radość, strzępioną na brzegach, odrobinę niestosowną. W czasie wojny trudno było wybrzydzać. Na targach panowały pustki, w sklepach - kto pierwszy, ten lepszy.
- Sama nie wiem. Przydałoby się trochę ubrań - dyskretnym ruchem głowy wskazałam na syna, - ale teraz pewnie nikt nie chciałby z nich rezygnować. A on rośnie jak na drożdżach. Jakby obrał sobie za punkt honoru, żeby codziennie wyrosnąć z nowej rzeczy - westchnęłam pomiędzy kolejnymi kęsami obiadu. Krawcowe liczyły sobie coraz to wyższe sumy za zdejmowanie miar i szycie kompletów lub pojedynczych ubrań i chociaż zarabiałam całkiem nieźle na nauczycielskiej pensji, nie zawsze mogłam pozwolić sobie na wszystko, czego Orpheus potrzebował. Czy Alfred miał podobnie? Właściwie do tej pory nie zastanawiałam się nad jego finansami, ale podejrzewałam, że stabilna praca w drukarni pozwalała mu przynajmniej godnie przetrwać ten trudny czas. - Chcesz rzucić na nie okiem? Na te meble? - zaproponowałam, gdy posiłek dobiegał już końca. Chyba do tej pory nie był na naszym strychu, a przynajmniej nie przypominałam sobie jego wizyty w tym wiecznie zakurzonym miejscu; na szczęście dach, w porównaniu do kurnika, nigdy tam nie przeciekał.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]11.07.22 2:20
Kącik ust drgnął delikatnie ku górze.
Szeroki uśmiech - taki sięgający oczu - raczej się wkradał się na twarz Alfiego. Potrafił się cieszyć, zaśmiać się z żartu, wygiąć usta w uśmiech. Jednakże mało co mogło go prawdziwie cieszyć. Tak, aby stalowe spojrzenie rozjaśniało pod wpływem czystej, niezmąconej niczym radości. Zamiast tego, w jego oczach czasem pojawiało się ukojenie. Jakby tych kilka oddechów było łatwiejsze, jakby to kilka uderzeń serca nie było karą. Taki spokój nie zdarzał mu się często. Spięte mięśnie i myśli trzymane w żelaznym uścisku nie rozluźniały się przy wszystkich. A jednak - stopniowo - ten rodzaj swobody pojawiał się kiedy towarzyszył Lecie. Ciepło jakie roztaczała w swoim domu, opiekuńczość, która była niemalże namacalna sprawiała, że oddychanie stało się przyjemniejsze. Orphie również swoją niewinnością, czystością i przede wszystkim niespożytą energią odganiał złe myśli. Ul, który mógłby kojarzyć się z chaosem, dla niego był spokojem. I namiastką odpowiedzi na dywagacje co by było, gdyby...
Co by było, gdyby wojna nie zatruła jego serca, duszy i myśli? Gdyby odzyskał zaufanie do człowieka na tyle, aby oddać drugiej istocie swoje serce we władanie z ufnością, jaką był to gotów zrobić przed przywdzianiem munduru. - Po takiej zachęcie, niemądrze byłoby odmówić - odparł, a na jego ustach zamajaczył pełen wdzięczności wyraz. Z jajek Heleny miał skorzystać nie tylko on, ale również jego rodzice - ludzie, których krzywda bolała Alfreda, ludzie, którzy przeżywali trzecią wojnę, a nie skończyli jeszcze sześćdziesiątki.
- Dwa razy nie musisz mnie namawiać - rzucił nim jego usta na dobre zajęły się spożywaniem przygotowanego posiłku. Co prawda nie miał wielkich oczekiwań, przecież wojna nie rozpieszczała nikogo, a sam Alfred nie należał do wybrednych osób. Przecież ciepły posiłek był w tych czasach na wagę złota - dodając do tego smaczne przygotowanie, niemądrym byłoby odejść od stołu, nie kończąc swojej porcji.
- Popytam, ludzie chcą się pozbyć różnych rzeczy, może coś się uda załatwić - chociaż jemu coraz trudniej było trzymać się nadziei, nie mógłby odbierać jej innym. Czasem ubrania na nic się już nie zdawały bo dzieciaki znowuż wyrastały ze swoich szat, a materiał jeszcze nie zużył się na tyle, aby posłać je na śmietnisko. - A jeżeli nikt nie będzie chciał, to zawsze można je pozostawić na zimowy opał - owszem, zima dopiero co zacierała się w ich wspomnieniach, ale przyszłość jawiła się jako niepewna. I używanie mebli do opału byłoby jednym z ostatecznych wyjść, nie można było go wykluczyć.
Odchylił się nieco, gdy jedzenie całkowicie zniknęło z jego talerza. Z pewnością mógł powiedzieć, że żołądek miał wypełniony po brzegi i gdyby nie pytanie Lety, dałby się porwać objęciom rozleniwienia, zwyczajnego po sytym obiedzie. - Jasne, chętnie na nie spojrzę - w jego głosie nie było słychać zmęczenia, czy znużenia. Od razu wstał z krzesła, stając za oparciem. Nie czuł się jeszcze na tyle swobodnie - i nie powinien się tak czuć - aby samemu wdrapać się na strych bo zapewne odnalezienie go nie stanowiłoby wyprawy nie do odbycia w pojedynkę. - Od razu zerknąłbym na dach, wiem, że do zimy jeszcze daleko, ale teraz jest dobry czas na takie prace, żebyś później nie musiała się tym martwić - odczuwał dziwny niepokój na myśl, że przez jego niedopatrzenie Leta i Orpheus mogliby cierpieć podczas dotkliwszych mrozów. Nigdy nie wypytywał Lety oto, sądząc, że to nie na miejscu i nie wiedział, czy miała rodzeństwo, rodzinę, do której mogłaby się zwrócić o pomoc. W jego wyobrażeniu była kobietą silną, ale samotnie stawiającą czoło przeciwnościom.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Jadalnia [odnośnik]15.07.22 18:21
Alfie nosił w sobie demony, których nie sposób było dostrzec gołym okiem, choć Merlin świadkiem, że próbowałam; przyglądałam mu się uważnie, gdy akurat odwracał wzrok, jakbym mogła prześwietlić warstwę skóry i odnaleźć to, co zagrzało sobie w nim miejsce za pomocą cierni wbitych w trzewia i pasożytów żerujących na myślach; obserwowałam uwijającego się przy pracy mężczyznę w leniwe jesienne popołudnia, rozgryzałam w wiosenne poranki, patrząc na niego przez płot sąsiedniego domu, pytałam bez słów o jego historię przy zimowych wieczorach nadchodzących zbyt szybko. Nigdy jednak nie zrobiłam tego na głos, coś podpowiadało mi, że nie chciał o tym rozmawiać... Albo tak naprawdę to ja nie chciałam? Może przerażało mnie to, czego mogłabym się dowiedzieć, co w nim odnaleźć. Raz wypowiedziane słowa nigdy nie wrócą z powrotem do krtani, należałoby natomiast jakoś się z nimi uporać; żyć z nimi, z ich ciężarem, ze wszystkim, co mogły znaczyć. A choć mięśnie miał teraz przyjemnie rozluźnione, nie miał w zwyczaju zbytnio opuszczać gardy. Jakby postawił wokół siebie mur nie do sforsowania, na tyle stabilny, by przepuszczał wyłącznie przebłyski tego, co Alfred chciał pokazać światu. Na co sam się zdecydował. Ta podejrzliwość - czy może po prostu troska? - znów na moment przecięła moje rozważania, lecz odgoniłam je w mgnieniu oka, bo Orpheus szczęśliwie odwrócił moją uwagę kęsem ziemniaka nabitym na widelec, którym potem machnął w kierunku starszego sąsiada, uderzając w niego drobną porcją z rozradowanym ciach! Pięknie, tylko tego nam jeszcze brakowało.
- Żadnej bitwy na jedzenie, młody człowieku - natychmiast go zgromiłam i pacnęłam lekko dłonią o blat stołu, żeby zyskać sobie niechętną atencję trzylatka, który momentalnie wykrzywił mięśnie mimiczne w wyrazie cierpiętniczej, nadąsanej urazy. - Nawet nie wiesz ile mamy szczęścia, że mamy co włożyć do garnka. A może po prostu chcesz uprać koszulę wujka Alfreda? - zakończyłam swój wywód wymownym hm?, choć wiedziałam, że wszystkie moje komentarze spełzną na niczym. Mimo to, że syn nie jeden raz widział mnie przy pracy (manualnej, pozbawionej magii, matki jego kolegów posługiwały się różdżkami i radziły z plamami w ciągu kilku sekund), nigdy nie odczuł jej faktycznego ciężaru na swojej skórze, nie wiedział więc o czym jego stara, zgorzkniała matka znów tak bardzo gdera. - Wybacz - skrzywiłam się delikatnie, tym razem odezwawszy się do Summersa. Pewnie i tak powinnam obiecać mu, że zajmę się praniem za naprawiony kurnik, ale póki co to jeszcze nie przyszło mi na myśl.
Tymczasem on znowu pomagał; znowu wychodził przed szereg, deklarując gotowość do podpytania tu i ówdzie, chociaż mężczyźni, wśród których niewątpliwie się obracał, ojcowie, bracia, synowie, pewnie o takich rzeczach nie będą mieć pojęcia. To matki, siostry i córki mogły cokolwiek zaoferować - a mimo to i tak byłam mu niewymównie wdzięczna, uśmiechając się znad własnego pustoszejącego talerza. W porównaniu do porcji przed Alfiem, moja nie była tak duża, ale to dlatego, że po śmierci Jaspera wciąż bardzo mało jadłam. Hector pewnie by ocenił, że to jakiś psychologiczny, psychiczny czy jeszcze inny psy- problem, dlatego cieszyłam się, że to nie jego mam przed oczyma, a uroczego sąsiada o silnie zarysowanych kościach policzkowych, rzeźbionej szczęce i oczach wiecznie noszących w sobie cień huków, strzałów, wybuchów.
- Nie zaszkodzi, z drewnem też pewnie będzie krucho. Wcześniej sama... Nie musiałam się tym zajmować - wymamrotałam i wstałam z miejsca - nie, uciekałam -, żeby pozbierać puste talerze. Jasper umarł na przełomie jesieni i zimy, gdy nad Brytanią zapanowały okropne mrozy, tyle że to mój brat zajął się organizacją logistyczną tak przyziemnych potrzeb, jak ogrzewanie domu. Ja nie byłam w stanie tego zrobić. Byłam zagubiona pomiędzy żałobą, pracą a opieką nad dzieckiem, inaczej to będzie wyglądać w nadchodzącym sezonie. - Jest pan dla nas za dobry, panie Summers - rzuciłam przez ramię, odniosłam zastawę do kuchni i odkręciłam kran, żeby pozwolić naczyniom namoczyć się w wodzie, po czym zawołałam do syna, - Orphie, pobawisz się chwilę sam w salonie? - Seria niezadowolonych burknięć mogła oznaczać zarówno tak i nie, ale to, że trzylatek w ogóle się odezwał było dobrym znakiem, mogliśmy liczyć na chwilę spokoju... W trakcie której ten pewnie i tak pomaże kredką po ścianie albo wywinie inny numer, który potem przyprawi mnie o ból głowy.
Ach, uroki macierzyństwa. Samotnego, beznadziejnego macierzyństwa.
W drodze z kuchni do jadalni zatrzymałam się w korytarzu, nie wchodząc już do pomieszczenia i skinęłam lekko na Alfreda, żeby ruszył za mną na piętro. - Od razu cię uprzedzę, że schodki nie są najlepszej jakości, a siódmy od góry strasznie się chybocze. Najlepiej na niego nie stawaj, żebyś nie zrobił sobie krzywdy - był w doskonałej kondycji i pewnie łatwo uchroniłby się od jakiegokolwiek nieszczęścia, ale nie chciałam myśleć, że mimo to mogłoby dojść do nieszczęśliwego wypadku. Do rozbitego nosa, zwichniętej nogi czy nawet drzazgi wbitej w palec. Zwykle nie szczędziłam ludziom cierpienia, ale wobec tych dobrych od zawsze miałam skrupuły - a tych najlepszych?
W połowie drogi przez piętro sięgnęłam po wysłużony chwytak schowany za komodą, który zaczepił się o wnękę w suficie i spuścił najpierw kładkę, a potem rozkładaną drabinkę drewnianych szczebli. - Zawsze mam wrażenie, że powybijam sobie tu zęby - przyznałam, dzielnie wspinając się na górę; w powietrzu unosił się kurz, a jedynym źródłem światła na poddaszu było niebywale nieduże okienko w przeciwległej ścianie, na tyłach domu.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]24.07.22 21:00
Jego usta pozostawały zasznurowane, układając się najczęściej w grzeczny, subtelny uśmiech, który nie sięgał zobojętniałych oczu. Cokolwiek go męczyło wżarło się w duszę i zabrało jej skrawek bezpowrotnie, czyniąc go niekompletnym. I nic nie umiało wypełnić tej dziury - matczyne spojrzenie jedynie koiło ból, obecność w domu Lety, który swoim ciepłem zapraszał do siebie rozpraszał jego uwagę, skupiał go na czymś innym. A jednak ta bolesna pustka, której fragment odbijał się w oczach, pulsowała tępo będąc tłem jego codzienności. Zastanawiał się czasem, czy jest możliwym dla niego znaleźć zrozumienie. Ale jedyne co znajdował to badawcze, czasem współczujące spojrzenia, które przywoływały frustrację zgrzytającą między zaciskającymi się zębami.
Towarzyszyła mu nieprzerwana czujność - nawet jakby teraz spodziewał się ataku z trudnej do określenia strony, jakby był gotów do odparcia zagrożenia czyhającego za zamkniętymi drzwiami. Czasem właśnie wpadał w stany zawieszenia gdzieś pomiędzy rzeczywistością a myślami. Wpatrywał się nieco dłużej w pustoszejący talerz, pozwalając ciszy wybrzmieć. Ta jednak została gwałtownie przerwana. Poderwał głowę nerwowo - ale bez złości - kiedy ziemniaczana paćka spotkała się z materiałem jego koszuli. Ciach. Przez ułamek sekundy jego spojrzenie było nieco rozbiegane, skacząc między ucieszoną twarzą Orpheusem, czerwieniejącą od złości Letą a najbliższym oknem. Huk uderzającej dłoni o drewniany blat echem potoczył się po jego głowie powodując lekkie wzdrygnięcie, kolejny nerwowy ruch, za który sam siebie skarcił. Dłoń szybko zacisnęła się na przygotowanych serwetkach, zbierając ziemniaczaną papkę z materiału koszuli, po której został nieregularny, owalny kształt.
- Nic się nie stało - przełknięta ślina smakowała gorzko. Usilnie chciał nadać swoim słowom naturalnego brzmienia, ale miał wrażenie, że jego wargi zesztywniały. Jej słowa, jej własny popłoch sprawił, że miał kilka oddechów na uspokojenie się, naprowadzenia myśli na odpowiednie tory.
Nie musiałam się tym zajmować...
Mógłby nic nie mówić, ale słowa same układały się na ustach nim myśl potrafiła je pochwycić. - Będę i tak zajmował się opałem dla nas, popytam - nie pytał czy tego potrzebowała a deklarował, że to zrobi. Leta winna mieć czas na wychowanie syna, a Alfie jeżeli chociaż trochę mógł się przydać zamierzał to uczynić. Bo chyba po to jeszcze dostał kilka lat w kredycie od przewrotnego losu, prawda? Fred doceniał jej siłę - wiedział ile w życiu dziecka znaczyła matka, co zresztą gołym okiem widać było w podejmowanych decyzjach. Nie pozwoliłby matce zostać z tyłu, nie umiał zostawić jej za plecami i ruszyć dalej. Miłość matki do dziecka była największą magią i siłą trudną do opisania - a on jedynie chciał być jej godzien. I miał nadzieję, że kiedyś, gdy Orpheus nieco odrośnie od ziemi zdoła to zrozumieć. Poza tym było jeszcze coś - w jej smutniejącym czasem spojrzeniu widział lustrzane odbicie oczu, które kilkanaście lat temu wlepiała w niego inna wdowa, za której spódnicą chował się mały chłopiec. Wtedy przytłoczony i zagubiony obrócił się i udawał, że zapomniał. Nieco sztywne, pokryte stwardniałą skórą palce przeczesały poprzetykane siwizną blond włosy do tyłu. - Bzdura, pani Evans. Robię to tylko i wyłącznie dla jajek od Heleny - chociaż głos nie wyrażał rozbawienia to faktycznie była to próba obrócenia tego komplementu w żart.
Uśmiechnął się delikatnie do nadąsanego chłopca, który szybko zapomniał o dziecięcych dąsach i oddał się własnej wyobraźni. A on w milczeniu wyszedł z jadalni na korytarz i posłusznie ruszył w krok za Letą. - Zrozumiano - odparł jedynie i podczas wspinania się po schodach zgodnie z jej wskazówką ominął felerny schodek, gdzieś w pamięci odnotowując, że i ta usterka wymagała naprawy. - To nie brzmi zachęcająco - rzucił, jednocześnie zaciskając dłoń na boku drabinki, jakby chciał ustabilizować jej chybotliwość. Poczekał aż drobna sylwetka pani Evans zniknie na strychu, po czym sam zaczął się mało zgrabnie wspinać się do góry. Przywitały go duszące tumany kurzu, które poskutkowały niekontrolowanym kaszlnięciem i przytłumione światło dobiegające gdzieś z drugiego końca. Niepewnie chylił głowę, jakby bał się, że zahaczy czubkiem głowy o sufit i stopniowo prostował przykurczone ramiona. Ciasnota pomieszczenia sprawiała, że nie było zbyt wiele przestrzeni do poruszania się, a coraz częściej i dłużej grzejące słońce nagrzewało powietrze na poddaszu. Wziął głęboki wdech, nierówno wypuszczając powietrze przez nozdrza.
Nic się nie dzieje.
Zerknął na nią przelotnie, po czym wytarł dłonie w materiał spodni i zaczął powoli przesuwać się, chcąc rozeznać się w utworzonym labiryncie. - Które z tych mebli chciałabyś wydać, wszystkie? - zagadnął, kucając przed komodą i zaczął otwierać poszczególnie szafki, sprawdzając czy aby na pewno dobrze działały. Zmarszczył brwi w charakterystycznym dla siebie geście skupienia i przez chwilę poddawał mebel krótkim oględzinom. - Żaden ze mnie stolarz, ale wyglądają solidnie, popytam w pracy może ktoś się zainteresuje - rzucił, oglądając się na Letę. Przygaszone światło tańczyło na jej twarzy, układając się w ciekawy sposób na jej rysach, ukazując nieco inną wersję jej twarzy, z której widokiem przecież zdążył się już oswoić. - Jeżeli chcesz mogę znieść je na dół - dodał, spojrzeniem uciekając znowuż w stronę nieco nadszarpniętego zębem czasu, ale wciąż w pełni sprawnego mebla.
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Jadalnia [odnośnik]09.10.22 1:17
Nie byłam świadoma stanu gotowości jego ciała i psychiki, męczącego poczucia bagnistego gruntu pod stopami, niepewnego i zdradliwego; w końcu w moim domu nic mu nie groziło, tak jak i ja w obecności Alfreda nie czułam się zagrożona - jednak problemy, o których nie miałam pojęcia, sięgały głębiej. Poza granice mojego zrozumienia, spostrzegawczości. Może gdybym była Hectorem, byłabym w stanie sprawniej wyłapać dręczące go zgryzoty, zaoferować jakąś pomoc, realną, inną niż to, że czasem pojawiał się w samotnych czterech ścianach Ula i bawił się z nami w patchworkową rodzinę, gdzie każdy symulował uśmiech irracjonalnego szczęścia. W gruncie rzeczy wszyscy byliśmy rozbici. Byliśmy porcelaną, która spadła na podłogę i roztrzaskała się w drobny mak, pozostawiwszy po sobie zgliszcza zamiecione pod dywan.
Wydawało mi się, że dojrzałam sztywniejące ciało, zastygające mięśnie, ale jego reakcji nie przypisałam bolesnym wspomnieniom wojennych okopów, a niezadowoleniu z zachowania mojego rozbrykanego syna. Orpheus wymęczył pod nosem gburowate mruknięcie, po czym wrócił do obiadu, ja z kolei posłałam Alfiemu blady, przepraszający uśmiech; mógł być pewien, że przy powstaniu plamy zamierzałam się nią zająć, nie wróciłby do siebie ze śladami, szeptami o tym, że od Evansów wychodziło się brudnym. Że ja, charłaczka, nie byłam w stanie odpowiednio przyjąć, a także oporządzić gości, którzy tego wymagali. W wyobraźni widziałam wykrzywioną w podłym grymasie twarz ojca kręcącego głową z obrzydzeniem, prędko jednak odegnałam od siebie te myśli i razem z moimi towarzyszami skończyłam posiłek we względnej ciszy.
- A zatem obiecuję dodać przynajmniej jedno nadprogramowe jajko w dowodzie uznania i wdzięczności - rzuciłam, z uśmiechem zaplątanym w koniuszkach ust, uśmiechem, który nie sięgał oczu. Alfie mógł, musiał znać to uczucie - gdy tak bardzo pragnęło się odczuwać swobodną radość, lecz ona wymykała się z błagalnego uścisku dłoni i pozostawiała po sobie niezaspokojoną pustkę. Tym dla mnie była żałoba, dla niego: lata ścierania się z traumą pozbawioną diagnozy i odpowiedniego leczenia. Paradoksalnie bylibyśmy w stanie wzajemnie się zrozumieć, gdybyśmy tylko zdobyli się na odrobinę szczerości. Gdyby w naszych uszach nie dźwięczała cisza wypełniania prozaiką codzienności, nad którą pochylaliśmy się w nadziei, że prędzej czy później przekona nasze serca do innego rytmu bicia.
- Dlatego nie pozwalam Orphiemu się tu bawić - przyznałam. Zachęta wspinania się po niepewnych schodkach była żadna, a ja nie mogłabym znieść myśli, że przy samotnym przedzieraniu się na strych mój syn mógłby zrobić sobie krzywdę. - Wcześniej zastanawiałam się, czy nie urządzić mu tutaj pokoiku do zabawy, zrobionego pod dyktando jego wyobraźni, ale to wymaga ogromu pracy. Nawet nie wiem od czego zacząć. Od schodów? Nie może sam tu wchodzić i nie będzie mógł, dopóki czegoś z nimi nie zrobię - westchnęłam, za każdym razem mając wrażenie, że moja niemoc stawiała mnie na równi z wybrakowanymi, nieodpowiednimi matkami. Gdybym tylko mogła, podarowałabym Orpheusowi gwiazdkę z nieba - problem jednak tkwił w tym, że nie mogłam i świat bardzo dobitnie usiłował mi o tym przypomnieć. Nie spojrzałam na Alfreda, choć wiedziałam, lub przynajmniej miałam nadzieję, że on nie myślałby o mnie w ten sposób.
- Żadnego z nich nie używamy - skinęłam głową, nieświadomie sięgnąwszy po liczbę mnogą, jakbym wciąż mówiła o sobie i Jasperze; skrzyżowałam ręce na piersi i przyglądałam się ocenom Alfreda, dobrze było widzieć go przy pracy, obserwować, z jaką precyzyjnością wodził wzrokiem po kantach drewna, zamkach trzymających ścianki w ryzach, po fakturze mebli i ich funkcjonalności, która po latach nieużytku mogła dawno temu już się zatracić. Wiedział, co robi. Zawsze wiedział. - Poradzisz sobie? - pytająco i chyba nieco wątpiąco uniosłam brwi ku górze. - Nie zniesiesz ich sam po schodkach - zerknęłam w kierunku uchylonej klapy prowadzącej na korytarz, aż nagle uderzyła we mnie oczywistość jego słów, na co piegowatą twarz oblał wściekły, głęboki rumieniec zażenowania. - Och, oczywiście... Zaklęcia - wymamrotałam pod nosem, brzmiąc niemalże jak mój trzyletni syn. Naprawdę spodziewałam się, że Alfie weźmie komodę na grzbiet i spróbuje w pojedynkę znieść ją na dół, by potem to samo zrobić z resztą mebli? Poczułam się jak ostatnia idiotka, tak z pewnością widział mnie ojciec, może również matka. Może nawet Hector.
- Możemy wstawić je do pokoju gościnnego, tak chyba będzie najwygodniej. Następnym razem przynajmniej nikt nie będzie musiał się tu wdrapywać i ryzykować rozbitym nosem - patrzyłam na wszystko, tylko nie na niego, zmieszana i zdeprymowana. Całe życie wychowywałam się w świecie czarodziejów, ale nie byłam jedną z nich, zapominałam o łatwości, z jaką przychodziło im funkcjonować, o wygodach, poręcznościach. - Poprzesuwam meble bliżej wyjścia - zaoferowałam, nie chcąc być kompletnie bezużyteczną; zaczęłam więc od małego narożnika, szurając drewnianymi nóżkami o podłogę, podczas gdy on zajmował się resztą. Zupełnie jak Jasper. - I, Alfie? Dziękuję.

zt x2
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]13.10.22 21:53
1.06?

Todzieńdziecka, powtarzał sobie Orestes, usiłując pamiętać, że okazja jest w e s o ł a. Ostatni dzień dziecka spędził z mamą, kupiła mu miotłę, a potem tata poszedł do pracy, a potem było s t r a s z n i e, czy to naprawdę minął już rok? Odsunął się przezornie od krzaczków w ogrodzie cioci, nie powinien myśleć przy roślinach o mamie. Ostatnio zwiądł krzew róży w ogrodzie taty i Orestes miał przygnębiające wrażenie, że to wina jego magii, choć tata zapewniał, że wcale nie. Tata zawsze był taki miły.
-Ciociu! - uśmiechnął się smutno, przytulając się do cioci Lety z nieco sztywną nieśmiałością. Zawsze przejmował zachowania rozmówców, a ciocia przytulała się właśnie tak, chyba że do Orpheusa.
-Przyniosłem figurki Merlina i Morgany. Mogę iść na górę? - podskoczył na jednej nodze, bo z kuzynem nie dało się nudzić, a Merlin nie latał nigdy na miotle. Przynajmniej nie w zabawach Orestesa.
Hector uśmiechał się łagodnie zza jego pleców. Zachowując dystans, jak zwykle, nie licząc tamtego zimowego popołudnia, gdy trząsł się ze stresu w salonie siostry.
-Też coś przyniosłem. - powiedział cicho, kładąc na stole ciemne pudełeczko. Intuicja podpowiadała mu, że może pewniejszym prezentem byłoby mleko lub kakao, ale tego ostatniego nigdzie nie dało się dostać, a poza tym i tak rozpieszczał Orpheusa. Chciał podarować siostrze coś pięknego - żałosną namiastkę dziedzictwa i dzieciństwa, które zostały jej odebrane.
-Dla ciebie. - dodał, jakby to nie było oczywiste. Zawsze sądził, że dobrze jej w srebrze, ale tamten młody czeladnik przekonał go, że złoto będzie dobrze współgrać ze szmaragdami i pszczelim motywem. Kolczyki, w kształcie pszczół - na tyle niskie i niewielkie, by Orpheus ich nie rozszarpał - czekały spokojnie w pudełeczku przewiązanym pedantycznie wstążką.
Hector przestąpił z nogi na nogę, niedyskretnie lustrując wzrokiem pomieszczenie, nieco mniej pedantyczne niż jego wysprzątany magią salon.
-Jak sobie radzisz? - zapytał cicho, gdy Orestes już odbiegł. Wszyscy oczekiwali, że lato będzie łaskawsze od ciężkiej zimy, ale znał się na roślinach na tyle, by zacząć niepokoić się już w kwietniu. Deszcze były zbyt obfite, pogoda dziwna, zbiory zapowiadały się kiepsko. Dobrze, że Leta ma zaradnych teściów i te swoje pszczoły.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 17.01.23 5:03, w całości zmieniany 1 raz
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Jadalnia [odnośnik]16.01.23 21:02
Bogowie to uwielbiali - oczekiwanie na najgorszy możliwy moment, na nadzieję uspokajającą wrzenie mojej niemagicznej krwi, na gości, którzy już za chwilę mieli pojawić się na progu. Ostrzyli pazury i śmiali mi się w twarz. Wizyta Hectora i Orestesa, w którego spokrewnienie z Beatrice wciąż nie mogłam uwierzyć, była zaplanowana od długiego czasu; ten szczególny dzień zachęcił nas do spędzenia go rodzinnie z nadzieją, że tak będzie łatwiej. Głupota. Powinnam była przewidzieć, że życzenie łatwości płynące z dna serca zaprocentuje katastrofą wiszącą w powietrzu, może przynajmniej oszczędziłabym sobie trochę pracy.
Nie dalej jak dwadzieścia minut temu, a więc dwadzieścia minut przed ich przybyciem, skończyłam myć podłogę przedsionku i kuchni. Orpheus zajmował się sobą, bawił się gdzieś w salonie, zapewne układając klocki, z których budował prawdziwe arcydzieła, dopóki kolorowe, drewniane elementy były posłuszne jego wyobraźni i spełniały wygórowane oczekiwania. Gdy przestawały to robić, popadał w złość. Nie winiłam go za to, odziedziczył charakter po mnie po ojcu, a teraz borykał się ze stratą, której nie rozumiał. Miał prawo do emocji. Oparłszy długą rączkę mopa o ścianę, odwróciłam się dosłownie na chwilę, na ułamek sekundy, żeby osuszyć dłonie, i było to coś, czego nie powinnam była ryzykować. Najpierw do moich uszu dotarł gwałtowny dźwięk chluśnięcia, a później zadowolony chichot i plaskanie stóp rozbiegających się po wodzie odbijającej w sobie promienie słońca wpadające do holu przez szeroko uchylone okna. Dobry Merlinie. Nie wiedziałam czy powinnam zawyć z niemocy, skarcić syna czy dla rozładowania złości rozbić przypadkowo chwycony kubek, po prostu stanęłam ze zwieszonymi rękoma czując, jak w mojej piersi rozchodzi się żrące uczucie furii. Tylko czy mogłam gniewać się na trzylatka? Wiedziałam, że okropny z niego psotnik, to ja powinnam być mądrzejsza. A mimo to odesłałam go na piętro, sycząc naganę.
Wcale nie byłam od niego mądrzejsza. Wcale.
Tam zastali mnie brat i bratanek, w przedpokoju, z mopem wciąż w rękach, zaczerwienioną z irytacji na własną głupotę, kulejące w ostatnim czasie macierzyństwo, oraz złośliwość przeznaczenia, które po wszystkich tych latach nie było skore jeszcze mi odpuścić, podła wywłoka.
- Wytarliście buty? - burknęłam, zanim zrozumiałam, że i oni nie byli niczemu winni. Niełatwo jednak było mi przepraszać; zamiast tego przyciągnęłam do siebie Orestesa i zamknęłam go w ramionach, zostawiwszy na wierzchu jego głowy głośny pocałunek, po czym zmierzwiłam mu włosy. - Wyprzystojniałeś - oceniłam z powagą leciwej, wszechwiedzącej ciotki i skinęłam w odpowiedzi na jego pytanie. - Leć i powiedz mu, że jak przestanie się dąsać, to możemy iść na plac zabaw, jeśli będziecie chcieli - obiecałam, niepewna, czy obrażoną jednostką byłam ja, czy może teraz już mój niepokorny trzylatek.
Kiedy zostaliśmy sami, obrzuciłam Hectora zmęczonym i piorunującym spojrzeniem mówiącym tyle, by nie pytał. Lubił wiedzieć, czasem dla własnej przyjemności, a czasem w imię troski o innych, lecz ja święcie wierzyłam, że żadnej troski nie potrzebuję. Poszukiwanie szczegółów tragedii ciężkiej od zapachu płynu do mycia podłóg mogłoby dolać oliwy do ognia.
- Jak widać - westchnęłam wymownie i gniewnym ruchem barku wskazałam na wiadro wypełnione spienioną cieczą, a potem otarłam czoło i założyłam włosy za uszy. Były zmierzwione, spieszyłam się do ostatniej chwili. - W salonie czekają truskawki - ich smak powinien osłodzić mi podwójny wysiłek. Podejrzewałam też, że Hector nie mógł cieszyć się na co dzień ich smakiem. Świat zwariował, poszedł do stu diabłów, a w piekle trudno było o świeże owoce. - Co to? - zapytałam podejrzliwie na widok opakowanego podarunku, do którego zbliżyłam się powoli, jak kot, zainteresowany, ale przy tym wciąż jeszcze nieufny. - Oby nic po matce - dodałam i spojrzałam na niego w potrzebie usłyszenia, że nie, to nie po niej, że cokolwiek znajdowało się pod wstęgą i wieczkiem nie było splamione rodzinną historią.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Jadalnia [odnośnik]17.01.23 5:31
Pedantycznie wytarł buty już w progu - wyuczony, staranny odruch, nad którego genezą starał się nie zastanawiać. Podłogi powinny być czyste i tyle.
(Mgliste wspomnienie, miał może cztery, pięć lat - biegał jeszcze swobodnie na dwóch nogach i wpadł do domu jak burza by pochwalić się czymś bratu. Zostawił mokre plamy na parkiecie, a potem zapomniał po co właściwie szukał Vica: Wiesz, jak drewno reaguje na wodę?! I ile kosztowały te podłogi?! Czy jak zwykle, jesteś zbyt głupia? - ojciec kierował te słowa do matki, nie do niego, ale i tak trudno było ich nie słuchać. Cofnął się, by wytrzeć buty, ale było już za późno. Trzask zamykanych drzwi do kuchni, zdławiony krzyk.)
Orestes, na szczęście, nie miał podobnych odruchów, ale i tak przystanął na wycieraczce obok taty, bo zawsze chętnie brał z niego przykład.
-Ciociu... - speszył się lekko, ze wstydem godnym d o r o ś l e j ą c e g o siedmiolatka, ale potem spojrzał na Letę z dziecięcym zdziwieniem. -Jasne, że będziemy chcieli! - zdecydował męsko za Orpheusa, bo jak można nie chcieć iść na plac zabaw?
Hector spoglądał w tym czasie na podłogę, wyrokując w duchu, że wody było zbyt wiele jak na zdrowy rozsądek Lety - czy Orpheus znowu coś przewrócił? Chciałby wierzyć, że była zarumieniona i uwijała się w takim pośpiechu tylko z powodu nagłej psoty syna.
Chciałby wierzyć, że nie sprzątała specjalnie dla nich. Może i rodzice "zadbali" o to, by był w jej życiu tylko gościem, ale wciąż czuł się jej starszym bratem. Kimś, dla kogo nie musiała i nie powinna się wysilać.
-Przyniosłem marcepan dla chłopców. - odpowiedział z uśmiechem. -Ale powinnaś sprawdzić, czy dobry. - dla chłopców i dla ciebie. -I czereśnie dla nas, drzewo sąsiadki wydało owoce. - Orpheus był za mały, by zostawić go samego z pestkami, a Orestes najadł się w domu. Powinni je zjeść, zanim chłopcy skończą się bawić na górze.
Uśmiech zbladł nieco, gdy spytała o matkę. Rozumiał i podzielał (choć może w jej przekonaniu mniej ogniście, w końcu musiał spuszczać głowę i nie okazywać tych emocji o dekadę dłużej od siostry) uczucia Lety wobec ojca, ale z matką zawsze był bliżej. Może nawet najbliżej z całego rodzeństwa. Starał się jednak rozumieć, że Leta zapamiętała ją... inaczej. Zaskoczyło go tylko podejrzenie, że mógłby dać jej rodzinną pamiątkę, bez ostrzeżenia, bez powodu - nie był przecież taki, wiedział, co jest starą raną.
-Nie, nie. Coś zaprojektowanego dla ciebie. - zaznaczył, trochę onieśmielony. -Przez jubilera, ale pomysł był mój. - podsunął jej pudełeczko i splótł ręce ze plecami, co jeśli się jej nie spodoba?
Niepokój - a raczej jego skala - był irracjonalny wobec prezentu dla młodszej siostry, ale bał się, że znowu zrobi coś źle. Ich relacja wciąż przypominała stąpanie po kruchym lodzie, pełna niepisanych reguł, których nie rozumiał i granic, których nie chcieli albo nie powinni przekraczać. Przez ostatnie kilka lat pewne momenty zdawały się ich popychać bliżej siebie, pomagać w burzeniu niewidzialnych murów, ale to zawsze były kryzysy: pogrzeby, opieka medyczna, tamten straszny tydzień w lutym po którym Leta była jedyną osobą, której się zwierzył. Wtedy wsparcie zdawało się naturalne, odpowiednie gesty i słowa przychodziły jakoś łatwiej - ale chciał przecież być z siostrą również w dobrych, codziennych chwilach i bał się, że to właśnie je zepsuje.
-Pomóc? Skoro owoce czekają na ciebie w kuchni... - zaproponował możliwie nienachalnie, tak jakby obejrzenie prezentu i rozpakowanie czereśni miało być szalenie absorbujące. Wiedział przecież, że Leta reaguje alergicznie na cokolwiek, co mogłoby zasugerować, że sobie nie poradzi, że oferta pomocy zawsze powinna iść w parze z racjonalnym i niezwiązanym z umiejętnościami siostry powodem tejże oferty.
Wiedział też, że nie powinien bez dobrego powodu sięgać przy siostrze po różdżkę, nawet jeśli magia poradziłaby sobie z kałużą na podłodze w kilka sekund.
Sięgnął zatem po mopa - upewniając się prędkim spojrzeniem, czy Leta mu na to pozwoli. Już kiedyś przecież próbował pomóc w sprzątaniu - gdy rozgniewany i głośny Orpheus wymagał natychmiastowej obecności matki - i pamiętała, jak mu poszło.

jak poszło mi z mopem w przeszłości?
1. Zupełnie nie mam pojęcia jak obsługiwać to mugolskie urządzenie - ostatnio urządziłem w kuchni równą powódź jak Orpheus i ostatecznie musiałem wysuszyć podłogę magią, ale zarzekałem się, że "już rozumiem" i "następnym razem pójdzie mi lepiej", co zamierzam dzisiaj udowodnić w razie wątpliwości. Długo nie wiedziałem jak nauczyć się tej dziwacznej techniki, ale wypytałem o to chorego przyjaciela, gdy leżał u mnie po Bezksiężycowej Nocy. Jako, że miał połamane żebra i złamaną rzepkę, wypytałem go tylko w t e o r i i, ale to przecież prawie to samo, co demonstracja w praktyce, prawda?
2. Mop nie przekracza moich możliwości i posprzątałem nawet dobrze, skutecznie odciążając siostrę - niestety, śliska podłoga przekracza czasem moje możliwości i nadwyrężyłem trochę nogę. Do dzisiaj łudzę się, że zajęta Orpheusem Lata nie zauważyła mojego upadku ani późniejszej zbolałej miny (przy siostrze nie używam również zaklęć przeciwbólowych) i nie znajduję logicznych powodów dla których nie miałbym znowu użyć mopa, tym razem może tak nie szarżując i nie zostawiając laski w kącie pokoju.
3. Gdybym nie został magipsychiatrą i nie reformował ludzkich żyć, reformowałbym wnętrza - magiczne i niemugolskie. Nudziłem się w dzieciństwie tak bardzo, że podpatrzyłem od matki wszystkie sposoby sprzątania, łatwo podchwytując również niemagiczne - jestem i d e a l n y m panem domu i w moich rękach mop zdziała cuda!


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 17.01.23 5:39, w całości zmieniany 2 razy
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Jadalnia [odnośnik]17.01.23 5:31
The member 'Hector Vale' has done the following action : Rzut kością


'k3' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Jadalnia Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Jadalnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach