Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]24.06.22 10:18

Salon

Błękitne ściany i jasna podłoga odznaczają ten dom, zazwyczaj biały, polerowany i hermetyczny, tchnieniem koloru. Tutaj także znajduje się przejście do ogrodu, w postaci dwóch szerokich, przeszklonych drzwi, przy których stoi dodatkowy wieszak na wierzchnie odzienia, które można złapać w biegu. W kącie znajduje się duży regał z książkami, oraz mniejszy obok niego, mieszący zabawki chłopca, które zostawiłby pod koniec dnia bez posprzątania i zaniesienia ich do swojego pokoju. Komplet mebli to wygodna, szeroka, rozkładana kanapa i dwa fotele pokryte miękkimi kocami i kolorowymi poduszkami. Na regale pod ścianą z kominkiem stoi mugolskie radio.

Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Salon [odnośnik]24.07.22 21:37
data-kwiecień?

Palce lewej dłoni zaciskał na lasce, jak zawsze, a w prawej ręce manewrował naręczem książek i siatką ze starymi, drewnianymi zabawkami Orestesa (wciąż w doskonałej kondycji!). Pod koniec marca posprzątał wreszcie sypialnię Beatrice, potem rzucił się w wir porządków w całym domu, nawet na niechętnie odwiedzanym (schody, schody, schody) strychu, gdzie znalazł prawdziwe perły. Zabawki dla trzylatka, baśnie odpowiednie dla Orpheusa, chyba nawet sweterek, w który by wszedł - wszystko, co Orestes chętnie odda kuzynowi.
W myśl budowania rodzinnych relacji postanowił zaskoczyć dziś Letę, sprawić jej miłą (oby, nawet jeśli nie swoją obecnością, to prezentami) niespodziankę i kojarząc (zgodnie z własnym terminarzem, w którym zapisywał czasem i jej terminarz - fakty, których się dowiadywał, rutynę, którą wyczuł; z każdym bliskim robił to samo), że powinna spędzić sobotnie popołudnie u siebie. Humor miał wyśmienity, nawet wizyta u teściów nie zdołała mu go zepsuć. Orestes został u nich na obiad, ale miał nadzieję, że niedługo przyprowadzi go tutaj, żeby pokazał kuzynowi nowe zabawki.
Zapukał do drzwi łokciem, naprawdę przybył obładowany, ale odpowiedziała mu cisza.
-Leta? - zawołał w stronę ogrodu, ale albo nie było jej w domu albo go nie słyszała. Może poczeka, albo odstawi te książki na ziemię - na razie odruchowo oparł się o drzwi barkiem...
...a one znienacka uchyliły się pod jego ciężarem. Nie przewidział, że będą otwarte (to niebezpieczne!), musiał niechcący trącić książkami klamkę, w każdym razie - poleciał wraz z drzwiami do przodu. Mało brakowało, a wywróciłby się na parkiet w hallu, ale zaszczepiony mu przez matkę lęk przed upadkiem był zbyt silny. Zadziałał instynktownie, wypuszczając z ręki książki i zabawki, by złapać się framugi - a drugą dłonią podeprzeć o laskę. Złapał równowagę, ale tomy bajek i drewniane koniki upadły na podłogę z głuchym ŁUPS, ŁUPS, ŁUPS, bez wątpienia przykuwając uwagę każdego, kto mógł znajdować się w salonie.
Hector syknął coś pod nosem, wyprostował się i podniósł wzrok, spodziewając się przewracającej oczami siostry albo zaciekawionego Orpheusa - ale ku swojemu zdumieniu, w tyle korytarza zobaczył mężczyznę.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Salon [odnośnik]25.07.22 12:43
Niektóre dni były łatwiejsze. Myśli wydawały się spokojniejsze, a rzeczywistość przystępniejsza do przyswojenia. Najczęściej jednak każdy oddech był walką z rosnącym niepokojem - myślał, że im więcej czasu upłynie od Wielkiej Wojny Mugoli, tym bardziej wspomnienia przesiąknięte szkarłatem zaczną blednąć. Dzisiejszy dzień należał do tych gorszych - tych podczas których każdy szmer drażnił zakończenia nerwowe, a on balansował na cienkiej granicy między teraźniejszością a przeszłością. Wtedy bardziej niz zwykle szukał czegoś, czym mógłby zająć ręce. Sam - nie do końca poproszony - pojawił się przed drzwiami Lety z marną wymówką chęci naprawienia tego chyboczącego się schodka, który mógł pozbawić ją zębów. Orphie - jak zawsze - dzielnie asystował w naprawach, podając mu niezbędne narzędzia, a raczej przykładając rączkę do akurat podnoszonego narzędzia.
To właśnie wtedy usłyszał huk.
Zimno ogarnęło jego ciało, a złowrogi dreszcz przebiegł wzdłuz kręgosłupa.
Nie wiedział kiedy obraz zamazał się, a charakterystyczny zapach domu pani Evans zmieszał się z ciężkim, drażniącym nozdrza odorem kurzu unoszącego się w powietrzu, który nie zdążył osiąść po eksplozji. On nie słyszał upadającego, nie do końca sprawnego fizycznie czarodzieja, który nie spodziewał się, że zamek ustąpi pod naciskiem. On słyszał niemieckiego żołnierza z karabinem u boku, który bez mrugnięcia okiem był w stanie posłać śmiertelny cios w jego stronę. - Zostań tu - zdołał wymruczeć, chociaż szczęki zacisnęły się w paraliżującym strachu. Nierówny oddech szarpał klatką piersiową, a on starał się wrócić do swojej mantry.
Nazywam się Alfred Summers, nie jestem już żołnierzem, jestem cywilem.
Te słowa rozmywały się jednak wśród zalewających go obrazów z przeszłości. Nie do końca pamiętał jak stoczył się ze schodów do korytarza na parterze, w którym stanął z twarzą kolorem przypominającą białą kartkę papieru, na której widać było wiele, niemalże wszystko. Każdą brzydką emocję, te wszystkie blizny, które na codzień skrzętnie skrywał za obojętnym spojrzeniem, wychodziły na światło dzienne. Strach, złość, ból - to wszystko mieszało się ze sobą, rozgrzewając krew, przyśpieszając oddech oraz bicie serca. Spojrzenie to nabierało to znowu traciło ostrość podobnie, w momentach kiedy jego połączenie z teraźniejszością zacierało się.
Dłoń nadal zaciskała się na poręczy schodów, tak kurczowo, że skóra na kłykciach jaśniała trupią bielą, chociaż dla niego palce nadal były pokryte warstwą brudu zmieszanego z krwią. Moją? Czy jego?
- Poddaj się - wyharczał, jednocześnie popadając w większą panikę, którą można było zobaczyć w oczach, ale nie usłyszeć w głosie. Gdzie jego broń? Przebrzydły, cholerny, nazistowski pies. Dla niego Hector nie był Hectorem, nie widział w nim czarodzieja w skrojonym, eleganckim stroju. Był żołnierzem w mundurze Rzeszy.
Albo on, albo ja.
Ta myśl zdawała się go przytłaczać.
Nienienienie.Nie. NIE!
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Salon [odnośnik]01.08.22 13:40
Dwie niezapowiedziane wizyty jednego dnia - choć z ową sztuką nigdy nie miałam do czynienia, jestem pewna, że któreś tomiszcze traktujące o alchemicznych miksturach podałoby te okoliczności jako przepis na katastrofę wysadzającą kociołki wykonane nawet z najczystszego złota. Ingrediencja plugawa i szlachetna, połączone w zakazanym romansie, ścierające się ze sobą skórami drażnionymi niechcianym dotykiem, co w końcu doprowadzało je do niebezpiecznego bulgotu. Tylko który z nich był szlachetny, a który plugawy?
I czy mój dom również mogli wysadzić w powietrze?
Alfie pracował na górze, mocując się ze schodkami prowadzącymi na strych - ja w tym czasie zajmowałam się wywieszaniem świeżego prania w ogrodzie oraz zbieraniem tkanin, które zdążyły wyschnąć od wczesnych porannych godzin. Nucona pod nosem piosenka radiowa umilała mi pracę, a zarówno jej rytm, jak i szelest materiałów pozostawiały mnie niewrażliwą na dźwięki dochodzące z mieszkania; nie słyszałam więc gruchotu upadających przedmiotów, odgłosów w popłochu ratującego się brata; nie słyszałam kroków schodzącego Alfreda, nie słyszałam wrzenia głosów w głowie sąsiada, ani traum, które w jego duszy wybrzmiewały jak najokrutniejszy dzwon.
Dopiero gdy wiklinowy kosz wypełniły jasne poszewki pościelowe, a mokre koszule i kilka spódnic zawisło na linkach rozpostartych między drzewami, ruszyłam z powrotem w kierunku domu. Weszłam do środka przez drzwi tarasowe - gdzie spojrzenie machinalnie przyciągnęły ich sylwetki, napięte jak cięciwy łuku, ułożone w niepozornym rozkładzie sił i taktycznych punktów. Jedna z dłoni Hectora była zaciśnięta na framudze, druga natomiast na lasce, podpierał się mocniej niż zazwyczaj, balansując na dziwnie wygiętych kolanach, podczas gdy górujący nad nim Alfie niemal łamał w swoim uścisku drewno balustrady na klatce schodowej, warcząc wściekle na widok nieznajomego. Przyglądałam się im w osłupieniu przez kilka sekund; jeszcze tego brakowało, żeby rzucili się sobie do gardeł i zalali krwią świeżo umytą podłogę.
Wojna uczyła nas nieufności, czyżby się nie znali? Mogłabym przyrzec, że kiedyś wspominałam Summersowi o bracie, czy może tylko wydawało mi się, że to zrobiłam? A nawet jeśli, najwyraźniej nigdy dotąd nie minęli się w drodze do mojego domu, nie oswoili wzajemnie z twarzą drugiego, obierając nieznajomość jako zapalnik ostrożności. Agresji. Coś w postawie Alfreda mnie martwiło, dlatego gdy tylko odzyskałam rezon, odchrząknęłam cicho i postąpiłam krok do przodu.
- Nie spodziewałam się ciebie dzisiaj - zwróciłam się do Hectora, wodząc spojrzeniem między nimi, kontrolnie, pragnąc się upewnić, że animozje były jedynie moim przywidzeniem. Poddaj się, powiedział Summers, chociaż nawet nie dzierżył w dłoni różdżki; zamierzał łupnąć Hectora pięściami, gdyby zaszła taka konieczność? Żaden z nich nie był przecież złym człowiekiem, a skoro znaleźli się dziś w Ulu, powinni razem zostać na obiad, przekonać o przyzwoitych zamiarach i szlachetnych relacjach; znów otwarłam usta, by przedstawić ich sobie nawzajem i zaproponować wspólny posiłek, gdy z góry dobiegły nas dźwięki przewracanych przedmiotów, za co niewątpliwie odpowiedzialny był Orpheus. Stuk, stuk, stuk.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Salon [odnośnik]03.08.22 23:58
Już za chwilę miał się przekonać, że instynkt go nie mylił - że siostra faktycznie jest w ogrodzie, że lada moment pojawi się w drzwiach tarasowych, a on uprzejmie przypomni jej o zamykaniu drzwi na klucz. Na razie jego uwagę przykuł jednak nieznajomy, schodzący ze schodów (szybko, sprężyście, co wzbudziło w Vale'u irracjonalną zazdrość - Hector n i g d y nie umiałby się tak zachować na schodach - choć noga nie doskwierała mu na tyle, by nie mógł z nich zejść wcale, pewnie mógłby to nawet zrobić szybko gdyby nabrał wprawy, to lęk zakodowany mu przez matkę był większy od logiki, paraliżując rozum i nogi ilekroć stawał na stromym stopniu i zmuszając go do powolności), barczysta sylwetka, ponadprzeciętny wzrost, typ przystojności, który zawsze Hectora onieśmielał i irytował na zmianę. Zawsze czyli przed wojną. A teraz ten blondyn był intruzem w domu jego siostry.
I kazał się mu p o d d a ć.
Złodziej? Morderca? Gwałciciel?
Gdyby ten typ zaskoczył go w jego domu, gdyby w pobliżu był Orestes, gdyby byli nawet sami - Hector chyba uniósłby ręce do góry i odezwał się łagodnie, kombinując jak z tego wybrnąć. Nie był wojownikiem, nigdy nie był odważny (we własnym, bardzo krytycznym mniemaniu był zresztą tchórzem), chciał po prostu przetrwać.
Tyle, że teraz chodziło o jego siostrę i siostrzeńca. Całkowicie samych na tym świecie. Siostrę, którą rozczarował już tyle razy - a teraz fala goryczy podeszła mu do gardła na samą myśl, że i dzisiaj mógł się spóźnić.
Wyprostował się chwiejnie i odrzucił laskę, ŁUPS, chwilę ustoi bez niej na nogach, a musiał sięgnąć po różdżkę.
-Co zrobiłeś Lecie?! - syknął, zupełnie nieswoim głosem. Ostatni raz odezwał się tym tonem chyba do Archibalda, gdy ten pochopnie powiedział coś okrutnego o Beatrice i Orestesie. Całe życie pracował nad tym, by w jego głosie nie było słychać ochrypłego, ostrego akcentu ze Shropshire, by nie brzmieć jak własny ojciec, by zaokrąglać zgłoski i tchnąć we własny ton wyćwiczoną łagodność i wykrzesać z krtani choć odrobinę ciepła.
Teraz zabrzmiał lodowato i ostro. Jak Anselm Vale.
Lata mogła usłyszeć te ostre zgłoski, gdy podchodziła do drzwi tarasowych - swoiste deja vu. Zamiast ojca zobaczyła jednak Hectora, pobladłego ze złości, z roziskrzonym wzrokiem. Nigdy, nawet po śmierci Jaspera, nie widziała go tak zagniewanego - nawet w lutym, gdy odprawił ją z domu, był przerażająco obojętny.
Na szczęście - Hector zobaczył i usłyszał ją, gdy tylko pojawiła się w pokoju. Prędko oderwał wzrok od mężczyzny (zdradzając pewien brak instynktu samozachowawczego - ktoś, kto zaznał już w życiu prawdziwej walki i przemocy nie spuściłby wroga z oczu), by zlustrować spojrzeniem siostrę, całą i zdrową.
Mina momentalnie mu złagodniała, w jasnych oczach odbiła się wyraźna ulga.
-Leta. - ta sama ulga wybrzmiała w jej imieniu, które wyrwało mu się od razu, zgoła cieplej, zgłoski na powrót stopniały. Jesteś cała.
Wybiła go z rytmu, stwierdzeniem (a może pytaniem), zaskakująco logicznym i domagającym się odpowiedzi.
-Miałem niespo... - odpowiedział mechanicznie, znacząco zerkając na podłogę, po której toczyły się drewniane zabawki.
ŁUP, ŁUP, ŁUP - Hector urwał wpół słowa, słysząc hałas z góry, ale tylko z powodu tego, że niewygodnie byłoby mu przekrzyczeć to stukanie. Był przyzwyczajony do tego, że Orpheus to żywy chłopiec, wolał odczekać na ciszę zanim znowu podejmie temat. Odruchowo zerknął w górę, spojrzenie znowu napotkało nieznajomego blondyna - którym Leta wydawała się być zupełnie nieprzejęta. To wystarczyło Hectorowi, by przestać się go bać - rozpoznałby, gdyby siostra była zastraszona lub zaskoczona - ale teraz, ku własnemu zaskoczeniu, zobaczył, że reakcja wcale nie była obopólna. Nieznajomy nadal stał w miejscu i dopiero teraz - mogąc skupić się na czymś innym niż bezpieczeństwo siostry - Hector zauważył pobielałe knykcie, mocno zaciśniętą szczękę, dziwnie nieobecne spojrzenie.
Uniósł brwi i choć już miał się przedstawić i spytać kim pan jest, to nagle poczuł ukłucie ciekawości. I nie potrafił się powstrzymać przed tym, by czegoś nie sprawdzić.
-Um... - powoli zgiął ręce w łokciach i uniósł dłonie do góry. -Poddaję się. - na twarzy pojawił się uprzejmy, blady uśmiech, ton złagodniał jeszcze bardziej, każdy gest był wyćwiczony - taki, jakiego Hector używał wobec wariatów.
A Leta, znająca brata lepiej, mogłaby przysiąc, że w jego z pozoru spokojnym tonie zadźwięczała też jakaś ironia.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Salon [odnośnik]10.08.22 12:54
Co zrobiłeś Lecie?!
Lecie? Jakiej Lecie?
Dlaczego ten nazistowski szczur znał jej imię?
Rzeczywistość zacierała się, rozmywała wśród niespokojnych myśli, które raz na brzmienie kobiecego imienia przywoływały obraz uśmiechniętej pani Evans, innym razem zaś pojawiała się pustka. A to wszystko w przeciągu kilku sekund. Jakby ktoś włączał i wyłączał zapalnik w jego głowie według własnej zachcianki, w zależności od tego jak wielkie piekło chciał zrzucić dzisiaj na głowę Alfreda.
Cienki głos rozsądku błagał o litość.
Nie teraz, nie kiedy jego oddech był kontrolowany przez więcej niż jedną parę oczu. Przeważnie te chwile napadu męskiej histerii miały miejsce w zaciszu Zapiecka, gdzie paradoksalnie mógł czuć się bezpiecznie. Te trwały dłużej bądź krócej, ale zawsze w zaciszu własnych czterech ścian, gdzie mógł chociaż na chwilę opuścić gardę. Gdzie brakowało par oczu śledzących nierówny oddech, tarzające się na podłodze w konwulsjach ciało, dławiące w sobie krzyk. Bo on już nie krzyczał. Ciało odmawiało mu posłuszeństwa, zmysły igrały z nich, mieszając teraźniejszość z przeszłością, zaciskało szczęki, dławiąc się przy tym własnym krzykiem i chociaż oczy mogły nabiec łzami, to nigdy nie opuszczały one ram wyznaczonych przez powieki. - Stul pysk - odpowiedział warknięciem, które wydarło się z dna klatki piersiowej, pełne szczerej nienawiści, nie do samego Hectora, a do tego, kogo w nim widział.Teraz jednak spojrzenie zogniskowało się na nieznajomej twarzy. Na wykrzyczanych przez niego słowach, które wwiercały się w jego myśli, wbijały się klinem w jego uszy. Postawił do przodu jeden, dwa może i trzy kroki a złość całkowicie wypełniła oczy o stalowej barwie. Znowu ktoś przełączył mechanizm. Hector kimkolwiek był, jakkolwiek spokojnie nie zachowywałby się względem Lety, wciąż pozostawał wrogiem, przeszkodą, którą należało wyeliminować. Jedynie jej spokojne zachowanie sprawiało, że w pełnym pędzie nie rzucił się w stronę tego, którego uznał za intruza.
Albo on, albo ja.
Niezmiennie myśli podrzucały mu te same mechanizmy, które pozwoliły mu przetrwać.
Łup. Łup! ŁUP!
W czasie gdy oni mieli czas wymienić ze sobą zaledwie kilka zdań, nad głową Alfreda latały bombowce. Tylko to powstrzymało rozpoczynający się marsz w kierunku bruneta. Pierwsze stuknięcie spotkało się z nerwowym spięciem w karku. Drugie obciążyło barki i spłyciło oddech.
To trzecie okazało się zabójcze. Dłoń, która w trakcie zbliżała się jeszcze nie odczepiła się od balustrady, zsunęła się na jeden ze szczebelków. Oddech stał się niemożliwy do złapania, a druga dłoń zacisnęła się wokół lewego ucha, jakby w ten sposób miał się ochronić przed łoskotem. Chwiejna, wysoka konstrukcja, jaką był Alfie, padła, ugięła się pod wpływem ciężaru, z którego zdawał sobie sprawę jedynie on. Przytulił się niemal do balustrady, uczepił się drewna, jakby miało ono stanowić jego ostatnią deskę ratunku. Oparł na niej cały swój ciężar, nie mając sił nieść go sam.
Padnij! Padnij!!
Nierówny oddech blokował mu głos. Tylko raz spojrzenie przekonane o beznadziejności swojego położenia sięgnęło ich twarzy, nie rozumiejąc czemu jeszcze stoją. Ta zaskakująco jasna myśl wybrzmiała w chaosie panującym w jego głowie. Dopiero wtedy osunął się na ziemię. Rzeczywistość ścierała się z iluzją. Ta anomalia w ich zachowaniu (tak nie zachowują się ludzie w czasie wojny) sprawiła, że coś pękło. Osunął się na ziemię, między płytkimi oddechami bełkocząc. No właśnie, co? Słowa modlitwy? Mantry? Wołał o pomoc czy przeklinał? Między zlepkami cichych dźwięków w końcu wybiły się trzy słowa.
- Nie. Mogę. Oddychać
Alfie Summers
Zawód : pracownik drukarni
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Chcę krzyczeć z dała, a głos nie działa
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11093-alfred-summers#341784 https://www.morsmordre.net/t11426-korespondencja-alfiego https://www.morsmordre.net/t11126-i-m-gonna-soldier-on#342646 https://www.morsmordre.net/f428-somerset-dolina-godryka-zapiecek https://www.morsmordre.net/t11140-alfred-summers#342750
Re: Salon [odnośnik]24.01.23 19:36
Kiedy jeszcze nie rozumiałam powagi sytuacji zaistniałej między Alfredem i Hectorem, byłam przekonana, że po prostu nie przypadli sobie do gustu. Koguty nie potrzebowały powodów, by stroszyć pióra i skakać sobie do gardeł ku uciesze gapiów, rządził nimi instynkt, potrzeba rywalizacji, dryfująca w przestworzach męska duma, tak trudna do wyjaśnienia. Zapewne tak to przebiegło. Krzywe spojrzenie, podejrzliwość zaszczepiona przez wojnę i voila.
- Nie musi się poddawać, to mój brat - wyjaśniłam Summersowi, ostatnie słowa ubierając w delikatnie dumną nutę. Zapunktował tym, co usłyszałam w jego głosie, troską, z jaką o mnie zapytał, z zimną od przerażenia miłością, o wiele lat za późno. Teraz nie byłam już pewna co panuje nade mną mocniej: sympatia na myśl, że Hector szczerze przejął się moim losem, czy może rozbiegający się po kościach niepokój - bo to, co wydarzyło się za chwilę...
Tego nie mogłabym przewidzieć.
Oddech rzęził w płucach sąsiada, dłoń drżąco przyciśnięta do ucha odgradzała go od nieistniejących bodźców, z kolei Hector wyglądał tak, jakby bawił się z Orpheusem, kapitulując jak na odpowiedzialnego dorosłego przystało. Zmarszczyłam brwi, oczekując z niecierpliwością, aż dowcipnisie obrócą to w bzdurny, niegodny ich wieku żart, jednak każda upływająca sekunda malowała na twarzy Alfreda plamami coraz głębszej czerwieni. Był płótnem własnych demonów, które wypełzały przy nas na powierzchnię. Kiedy zaczął się dusić, nawet nie poczułam, że kosz wysunął się spomiędzy moich palców, z głuchym łoskotem upadając na posadzkę. Złożone pranie rozsypało się na sękatym drewnie, biel przypominała śnieg osiadający na drzewach, śnieg, który wciąż był w naszej pamięci świeżym wspomnieniem po zimie dekady. W kilku susach dopadłam do schodów, znajdując się za balustradą, której trzymał się Summers.
- Co mu zrobiłeś? - zwróciłam się do Hectora z napięciem, założywszy, że cokolwiek działo się z sąsiadem, było to efektem jakiegoś zaklęcia. Istniały różne inkantacje zdolne wyrządzić krzywdę choćby w samoobronie, a Alfie, choć mógł udawać, że jest inaczej, był podatnym materiałem. Wężowiskiem blizn. Otwarte szeroko oczy zwróciłam najpierw ku niemu, a potem ponownie ku Hectorowi. - Zrób coś - poleciłam szybko, wyczuwalnie zdenerwowana i zdezorientowana. W końcu był uzdrowicielem, wiedziałam, że był w stanie pokonać każdą chorobę, ukoić każdy objaw, nawet te, lub może szczególnie te, które sam by wywołał. Zapracował na to zaufanie. Pomógł mi bardziej, niż ktokolwiek inny, w chwili, gdy najmocniej go potrzebowałam.
Wyleczył ciało, które tamtego dnia straciło dziecko.
Nigdy nie pozwoliłam mu wyleczyć też ducha.
W międzyczasie na szczycie schodów, jak zaintrygowana, wygłodniała zwierzyna na polowaniu, pojawił się mój syn. W małej dłoni ściskał kolorowy klocek o równych bokach i bajecznych żłobieniach, wyciosany nie tak dawno temu przez jednego z emerytowanych stolarzy w Dolinie, dorabiającego poprzez wszelkie drobne prace w drewnie. Jeden z ostatnich prezentów od Jaspera. Orpheus przyjrzał się nam, przekrzywiając głowę.
- Wujek! - zakrzyknął z entuzjazmem, mrożąc mi krew w żyłach, kiedy podskoczył w miejscu i czmychnął w dół jak nierozsądna gazela, rozpoczynając gonitwę w kierunku Hectora.
- Orphie, nie! Ani się waż! - zawołałam gwałtownie, ostrzegawczo, w ten sposób maskując lęk. Oczyma wyobraźni widziałam, jak niezdolny okiełznać radości przewraca się i spada ze schodów, rozbijając sobie nos, skręcając kark. Merlinie, zadziałałam instynktownie, doskakując do wewnętrznej strony balustrady i błyskawicznie łapiąc trzylatka w biegu. Chwyciłam go pod ręce, zanim jeszcze minął rozdygotanego Alfreda, i uniosłam go, żeby nie wpadł na czarodzieja - a klocek wypadł z jego dłoni i trzasnął o drewno stopnia.
- W co się bawicie? - beztrosko zapytał trzylatek w moich ramionach, po czym przybrał gniewną, obrażoną minę i odchylił się w tył, najwyraźniej nie doceniając bezpieczeństwa przy matce. Nie on jeden. Pochmurniejąc, dodał markotnie, - Beze mnie.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Salon [odnośnik]24.01.23 22:54
Odruchowo wyprostował się, słysząc zdecydowane słowa Lety. Nie był pewien, czy usłyszał w jej tonie delikatną dumę - nie chciał robić sobie nadziei - ale wystarczyło władcze zdecydowanie, wystarczyło, że nazwała go bratem, a po jego sercu rozlało się ciepło, które pamiętał z dzieciństwa.
I przez moment miał ochotę szczeniacko opuścić ręce, rzucić temu blondynowi wyzywające spojrzenie, zachować się jak urażony brat pani domu. Uniósł wysoko brwi, bo nie przywykł do podobnych odzywek ani wobec siebie, ani tym bardziej w obecności Lety. I gdyby mężczyzna zachowywał się choć odrobinę racjonalniej, Hector chyba zachowałby się nieracjonalnie i podjął rękawicę rzuconą przez sprawniejszego od siebie, zdrowego agresora.
Tyle, że mężczyzna nie zachowywał się racjonalnie - a Vale, dzięki latom praktyki, widział to jak na dłoni. Na początku serce i honor wciąż jeszcze spierały się z oczyma i rozumem, nie zareagował więc od razu, tylko zastygł w miejscu (odruch wyniesiony z domu, w razie wahania namyśl się, wtop w cień, nie zwracaj na siebie uwagi), opuszczając ramiona. A potem coś łupnęło na górze, pod blondynem ugięły się nogi i magipsychiatra nie mógł już tego ignorować.
Litość zawsze splatała się w takich przypadkach z fascynacją. Wiedział z pozycji eksperta, jak okropnym uczuciem jest paniczny bezdech, ale zarazem nie mógł oderwać od tego wzroku. Usta łapczywie łaknące powietrza, zamglone oczy, ugięte nogi, ciekawy przebłysk świadomości by wyartykułować swój problem. Może mógł rzucić Paxo od razu, już w tej sekundzie, ale nie był w gabinecie, to nie był jego pacjent i tutaj obowiązywały inne reguły. Szybko kalkulował w głowie, powoli domyślając się, że to głośne odgłosy doprowadziły do tej reakcji. Z zachłannością konsera obserwował widok, którego dawno nie widział w gabinecie - od lat nie był świadkiem takiego ataku, nie w tej formie i nie z tych przyczyn. Pacjenci łamali się czasem, wpadali w histerię i panikę, nie mogli oddychać, ale żołnierskie zachowanie tego mężczyzny było i n n e.
Może mógłby patrzeć dalej, jak na tamtego chłopca, którego Victor okładał w dzieciństwie pięściami - wtedy tez nie reagował od razu, choć mógł, jakby chciał poznać granicę.
Dziś jej nie pozna, głos Lety skutecznie przywołał go do porządku.
-Nic. - odparł szybko, od razu żałując opóźnienia, choć zajęło maksymalnie sekundy i właściwie sprzyjało postawieniu diagnozy. -Możliwe, że to hałas. I wspomnienia. - mruknął, a laska stukała już, gdy w kilku krokach pokonywał odległość dzielącą go od Alfreda.
Wszedł nawet na schodek, ostrożnie.
Mógłby nie dzielić się przyczyną z Letą i pewnie nie zrobiłby tego przy kimś innym, ale mimo jej nieufności wobec jego zawodu - zawsze miał wrażenie, że chciała wiedzieć, że rozumiała.
Przystąpił do p r a c y bez zwłoki, mężczyzna nie był w stanie na słuchanie uspokajania i wyjaśnień. Na to przyjdzie czas zaraz.
Paxo Horribilis. - widząc skalę paniki, sięgnął od razu po jedną z najsilniejszych wersji zaklęcia uspokajającego. To pozwoli mężczyźnie nabrać oddech i w teorii to by wystarczyło, na pewno by wystarczyło gdyby byli sami...
...ale w tym momencie na górze schodów pojawił się Orpheus i Hector poczuł ukłucie strachu.
(Też wyobraził sobie upadek, nagły i bolesny, złamane kości - ale nie samoistny, bo Orpheus był zwinnym chłopcem, a wywołany popchnięciem. Na przykład zbyt zamaszystym gestem dochodzącego do siebie mężczyzny.)
-Ignominia. - dodał od razu, kierowany przede wszystkim myślą o bezpieczeństwie siostry i siostrzeńca. Wiedział, że uspokoił ciało tego człowieka, ale nie znał go, nie ocenił go nawet w gabinecie, nie wiedział do czego jest zdolny w chwili stresu. Kierował się przede wszystkim dobrem Lety i Orpheusa, z typową dla siebie nadopiekuńczością znieczulając dalej nerwy blondyna, by wprowadzić go w przyjemne otępienie.
Nie miał czasu upewnić się, czy zaklęcie zadziałało, bo Orpheus już się witał, już zbiegał, już był w ramionach matki.
-Orphie. - uśmiechnął się i wstał z trudem z klęczek (hamując grymas bólu), by pogłaskać go po głowie.
W co się bawili?
W wojnę - chciałby powiedzieć, ale nawet on wiedział, że to byłoby okrutne.
-W szpital. - obwieścił małemu, a w jasnych oczach pojawiło się ciepło, na które zdobywał się tylko przy dzieciach. -Chciałbyś się pobawić z nami? Powiedz pacjentowi, że będzie już cicho i że wszystko dobrze - a potem wypijemy ciepłą herbatę. - zaproponował i żartobliwie pacnął Orpheusa palcem w nos. Ich nos, jego i Victora. Mały wyglądał jak rasowy Vale-Runcorn, podobnie jak Orestes. Hector chciał wierzyć, że ich geny były po prostu silne i że Orpheus nie odziedziczy gryfońskiej lekkomyślności po ojcu aurorze. Oczyma wyobraźni widział ich w Ravenclawie, kuzynów pochylonych nad książkami główka w główkę, wspierających się zawsze i wszędzie, jak...
jak w jego niespełnionych marzeniach.
Posłał Orpheusowi poważne spojrzenie - zawsze traktował go poważnie, jak małego i mądrego człowieka - i wrócił wzrokiem do blondyna.
-Spokojnie - zwerbalizował to, co powinien czuć wobec zaklęć. -Miał pan atak - paniki -bezdechu, jestem uzdrowicielem. Zareagowałem magią na nagłe przypadki, otępienie zaraz powinno minąć. Jest pan w stanie wstać? - wyciągnął do niego rękę, heroicznie mocniej zapierając się na lasce. Przezornie cofnął się wcześniej na schodach, naprawdę nie chciał spaść z więcej niż dwóch stopni.
-Hector Vale, brat Lety. - dodał, spoglądając mu prosto w oczy i zastanawiając się, czy w chwili stresu cokolwiek do niego dotarło. Czy nadal widział w nim wroga.

rzucam na Ignominię



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Salon [odnośnik]24.01.23 22:54
The member 'Hector Vale' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 87
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Salon Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach