Wydarzenia


Ekipa forum
Ogród
AutorWiadomość
Ogród [odnośnik]24.06.22 10:24

Ogród

Połać bardzo obszernego terenu przylega do Ula i od reszty Doliny jest ogrodzona białym płotem z leciwą furtką. Jedna część została wygospodarowana na punkt "wypoczynkowy", w innej znajdują się sznury do suszenia prania, w kolejnej klomby kolorowych kwiatów, krzewów i drzew, a w jeszcze innej stary kurnik zamieszkiwany przez niebywale głodne lokatorki.

Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Ogród [odnośnik]30.06.22 11:57
16 kwietnia '58

W kwietniu planowałam odpoczywać po zimie i cieszyć się słoneczną wiosną, ale jak zwykle - wyszło jak wyszło. I wyszło nie słońce, jak zakładałam, a burzowe chmury przykrywające szare niebo grubą pierzyną, którą Merlin odchylił niewidzialną dłonią, by wylać z niej wodospad deszczu, wściekłego, upartego. Krople tak dudniły o szyby, że przypominały kamienie ciskane w okna, zalewające posesję i grządki, które zdążyłam przygotować na nowe rośliny. Teraz nic z tego nie będzie... Ranek ziębił przesyconą wodą glebę, zresztą słyszałam od sąsiadów parających się profesjonalną uprawą, jakie przeżywali katusze, i nie chciałam iść ich śladem. Świat powinien był odżyć mimo przerażających mnie okropieństw, które ludzie wyrządzali innym ludziom, tymczasem znów popadliśmy w stagnację oczekiwania na lepsze dni. Ach, jakie? Wydawały się odległą abstrakcją, czymś pozostawionym we wspomnieniach, bezpowrotnie; choć gdy czasem spoglądałam po ulewie na niebo, widziałam malującą się na nim tęczę barwioną ślicznymi kolorami i przez chwilę zapominałam, jak źle wszystkim się wiedzie.
Niecałe dwie godziny temu skończył padać deszcz, pierwszy tego dnia, ale podejrzewałam, że wcale nie ostatni. Sąsiadka odwiedzająca mnie na wspólną filiżankę kawy mówiła coś o wieczornych opadach i gdyby nie to, że Orpheus zasypiał do nich spokojniej niż zwykle, pewnie byłabym okropnie niezadowolona. To tylko dodawało mi pracy, której i tak miałam niemało; na przykład teraz musiałam zakasać rękawy ogrodowego swetra, założyć na nogi żółte kalosze i wyjść przed dom. Wysłużone, metalowe wiaderko w dłoni skrzypiało przy przekręcaniu nieco zardzewiałej rączki. W tym czasie syn zajmował się sobą, coś rysował, próbował nawet wytłumaczyć mi zawiłą historię stworzonych przez niego fikcyjnych bohaterów, ale nic nie zrozumiałam, więc zostawiłam go samego z żywą, dziecięcą wyobraźnią. Może jednym z tych bohaterów był Jasper? Uśmiechnęłam się na tę myśl, a potem skrzywiłam, gdy przeszyła mnie kolejna strzała tęsknoty, zatruta i bezwzględna. Odgoniłam ją więc od siebie, chociaż widziałam męża wszędzie, jego dotyk, obecność, ducha. Nawet w brukowanej ścieżce prowadzącej na werandę do drzwi frontowych.
Ścieżce usłanej drobnymi, kulistymi kształtami. Zawsze wychodziły po deszczu i szukały roślin, żeby się nimi pożywić, okropne ślimaczyska. Musiałam pozbierać je z płytek i wyrzucić gdzieś za płot, najlepiej na posesję Bellów, którzy podczas ostatniej jesieni zagarniali liście ze swojego ogródka prosto na nasz trawnik. Oko za oko, ząb za ząb. Niech oni się martwią tą oślizgłą, pokrytą skorupką zarazą.
Już nieco zmachana, poprawiłam kosmyki kasztanowych pukli, które wysunęły się spod kobaltowej chustki, którą przewiązałam włosy, żeby nie wpadały mi do oczu przy powtarzanym schylaniu się i prostowaniu. Zaróżowione policzki, gdzieniegdzie ubłocone ogrodniczki, podwinięte rękawy zielonego swetra. Od kiedy zostałam z tym wszystkim sama i akurat nikt na mnie nie patrzył, nie przykładałam wagi do nienagannej prezencji, tym bardziej, że przy pracy w ogrodzie tylko ubrudziłabym lepsze ubrania.
- Więcej was matka nie miała? - wymruczałam do pełzających po ziemi stworzeń, po czym znów się pochyliłam, ujęłam jednego między palce i przyjrzałam mu się dokładnie. Zdążył schować się do brązowego domku, ale widziałam jego dolne części, zmarszczone w kamuflażu niby-nieistnienia. - Rozgośćcie się u Bellów i zjedzcie im sałatę, jeśli jakaś już wyrosła - poleciłam ze zmęczonym westchnieniem i ułożyłam ślimaka na dnie zapełniającego się wiaderka. Będzie im tam dobrze; i mi też, z myślą, że dokonałam sąsiedzkiej zemsty.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Ogród [odnośnik]30.06.22 23:53
16.04

Nie żył już od dwóch tygodni, a choć czasem widział jeszcze gdzieś na proministerialnych terenach stary list gończy ze swoim nazwiskiem - to plakaty poznikały. Walczył z myślami, zastanawiając się, jak bardzo martwy powinien pozostać. Plotka, choć wzburzyła Zakonnikami, stanowiła niewątpliwą przewagę strategiczną. Pięć tysięcy galeonów to spora pokusa, na tyle spora, by niektórzy nierozsądnie rzucili się do starcia z aurorem. Czy teraz, jeśli go rozpoznają, pomyślą dwukrotnie i zejdą mu z drogi? Uznają go za sobowtóra? Czasem wyobrażał sobie, jak wykorzystuje to do obrócenia sytuacji na swoją korzyść, wygrania pojedynku, zaskoczenia szmalcowników. Unikał walki bez potrzeby, nie był samobójcą, ale teoretyzowanie o zemście było jakieś pocieszające.
Tylko teoretyzowanie, rzecz jasna. Był zbyt doświadczony, by wiedzieć, że pojedynki są proste, a strategie udane. Jedna sekunda zawahania, a wilkołacze kły wbiją ci się w bark. Jedno omsknięcie nadgarstka przy wyćwiczonym z pozoru geście Protego Horribilis, a nie żyjesz. Jak Jasper Evans, ostatnia strata. Autorów było zbyt niewielu, by w elitarnej jednostce nie znali się wszyscy. Jego śmierć bolała (w teorii?) nieporównywalnie bardziej niż straty wśród bojownikach Longbottoma - wyszkolony auror był wart o wiele więcej niż świeżo szkoleni chłopcy. Nawet, gdy ci chłopcy kłaniali się Michaelowi z szacunkiem, a z Evansem miał... napięte relacje odkąd wrócił z Norwegii. Nie, żeby powiedzieli sobie cokolwiek wprost, byli na to zbyt profesjonalni, a wspólna walka jednoczyła. Odkąd zaczęła się wojna, Jasper prawie nie rzucił mu żadnego krzywego spojrzenia.
Tonks pamiętał jednak, jak patrzył na niego tuż po powrocie do pracy.
Jak na intruza. Albo potwora.
Też nie lubiłbym pracować z wilkołakiem. - tłumaczył sobie Mike, próbując wskrzesić wspomnienie o dawnym sobie, o swoich poglądach. Czy żartowałby z dotkniętych klątwą likantropii? A może by ich unikał? Wierzył, że powinni siedzieć gdzieś w izolacji, albo w tymczasowym areszcie brygadzistów? Nie pamiętał, chyba z nikim nie zetknął się bezpośrednio. Pamiętał, że to na brygadzistów patrzył z góry, na magipolicję też. Był wtedy królem świata, był aurorem i kawalerem i to on, nie Evans, brylował wśród kolegów z pracy. W barach, w pubach. Złoci chłopcy, odreagowujący stres nad piwem, gdy Jasper wracał do domu, do żony. Właściwie, nawet przez myśl mu nie przeszło, że być może Evans nie lubił go już wtedy, że może drażniły go cechy jego charakteru. Nie dbał wtedy o takie rzeczy, nosił głowę zbyt wysoko - nie złośliwie, a podświadomie. Ciężko zapracował na swoją pozycję, cieszył się życiem, cieszył się pracą, cieszył się powodzeniem wśród dziewczyn i tym, że było go stać na dobre posiłki i bilety na mecze Zjednoczonych. Chyba bywał trochę rozrzutny, szczególnie w porównaniu do świeżo upieczonego męża na dorobku, ale nie pamiętał. Coraz mniej pamiętał dawnego Michaela, nie umiał go już wskrzesić - jego poglądów, myśli, uczuć. Gdy w czerwcu 1956 roku wrócił do pracy, a Evans traktował go z pewnym dystansem, widział już wszędzie niechęć, odrazę, potwierdzenie własnych obaw, że nie pasuje, że nie jest już dobrym aurorem ani dobrym kolegą ani nawet do końca człowiekiem. Nienawidząc siebie, przypisał nietolerancję innym - i z pokorą ją znosił, dystansując się dalej. Tak było wygodniej.
Dopiero po śmierci Evansa uświadomił sobie, że od 1955 roku chyba nie rozmawiali, nie tak naprawdę. Nie o życiu, nie o sprawach prywatnych, nawet nie o tym, jak się czują. Tylko o wojnie i pracy, o wojnie i pracy. Gdy podczas Bezksiężycowej Nocy zaginął jeden z kursantów Michaela, Tonks wiedział o nim wszystko - osobiście pomagał eskortować jego żonę ze stolicy, pamiętał imię jego syna, nawet ulubiony deser.
Gdy szedł zimą na pogrzeb Evansa, uświadomił sobie, że nie pamięta nawet imienia jego żony. Leta dowiedział się na pogrzebie, ale nie potrafił nawet powtórzyć dziwnych zgłosek (tam miało być "t" czy "d"?) tego niemugolskiego imienia. Jasper i Leta, no jasne. Stał z tyłu, najpierw tylko odpowiednio poważny, ale potem poczuł szczery smutek. Żal za tym, że nie zdążył być dla Jaspera nie tylko dobrym współpracownikiem, co dobrym kolegą. Żal że ten dobry auror i dobry w gruncie rzeczy człowiek zostawił za sobą młodą żonę i dziecko.
Złość na tych, którzy go zabili. Nie pojedynczych szmalcowników, tych pewnie nie znajdą nigdy, nie wszystkich. Evans zdążył zabrać kogoś ze sobą, podobno. Zawsze był dobry w urokach. Michael był wściekły na wszystkich, którzy sprzyjali Ministerstwu, a z każdym dniem lista się powiększała. Rycerze Walpurgii, szmalcownicy, tak, tak. Ale też czystokrwiści czarodzieje, którzy patrzyli na to wszystko obojętnie. Jeszcze do stycznia miał dla nich wyrozumiałość, teraz - coraz mniej. Shropshire, Cheshire, Kent - doskonale wiedział jakie poglądy miały rodziny z tamtych stron, że te hrabstwa - i wiele innych - rodziły czarodziejów widzących w mugolach wrogów.
Ostatnio częściej myślał o wrogach niż o znajomych. Wręcz uważał na każdy krok, niechętnie bywając nawet w Dolinie. Co, jeśli ktoś go rozpozna? Chciał, żeby Zakonnicy wiedzieli o tym, że żyje - ale inni? Do niedawna każdy mógł go wydać, nie był pewien, czy jest gotowy pokazywać się publicznie.
Zaszył się w domu. W wolnym czasie wreszcie zajął się wiosennymi porządkami, rozpakował trochę pudeł ze strychu - nietkniętych nie tyle od czasu przeprowadzki z Mickleham do Somerset, co nawet od czasu ugryzienia.
W jednym z nich znalazł stare zdjęcia. Przejrzał je od niechcenia, początkowo nie chcąc na nie patrzeć.
Na jednym, zrobionym mugolskim aparatem, zobaczył uśmiechniętych kursantów. Siebie, złotowłosego, w centrum zdjęcia. Cartera, tuż obok. Kiedyś byli nierozłączni, teraz Carter działał w Irlandii, pochłonięty własnymi sprawami. Evansa, stojącego o krok za nimi, z uśmiechem równie ciepłym, choć nie aż tak wesołym.
Nie mógł patrzeć na to zdjęcie, na siebie, tak innego. Wersję, która już nigdy nie wróci. Chciał odesłać je Carterowi albo wrzucić do kominka, ale potem przypomniał sobie, że jest ktoś, kto mógłby chcieć je mieć. Skoro to mugolska odbitka, to chyba robiona starym aparatem Michaela i Evans pewnie nie miał egzemplarza.
Może jego żona chciałaby to mieć. Pamiątkę. Nie był pewien, czy powinien tak po prostu przyjść, ale chyba wypadało.
Znał jej adres, jeszcze z pogrzebu. Zwlekał i zwlekał, aż w końcu się zdecydował. Wziął ze sobą odbitkę, gdy musiał załatwić parę spraw w Dolinie, u zaufanych ludzi. Potem, z kapturem na głowie, ruszył w stronę znajomego domu. Przezornie zrzucił go z głowy, gdy zbliżał się do płotu - nie chciał wyglądać jak zupełny zbir, na wypadek, gdyby go nie rozpoznała.
Dostrzegł kogoś w ogrodzie, kobietę nachyloną nad czymś w trawie, niepodobną do ubranej w elegancką czerń wdowy, którą Mike pamiętał z pogrzebu. To ona? Nie ona? Zmrużył oczy, ale najpierw coś jeszcze.
-Carpiene. - mruknął przezornie, nie chcąc podchodzić zbyt blisko furtki zanim nie sprawdzi, gdzie Evans nałożył zabezpieczenia. Doświadczony auror na pewno zadbał o bezpieczeństwo własnego domu, prawda? Tak przynajmniej zrobiłby Tonks, gdyby miał żonę i dziecko - ale nie miał. Nie będzie zresztą ruszał tych pułapek, chciał tylko wiedzieć jak daleko od płotu się zatrzymać i czy sąsiedzkiego spokoju nie zburzy nagłe Bubonem.


Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Ogród 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Re: Ogród [odnośnik]04.07.22 20:49
Ciężar deszczowego nieba wiszącego nad Anglią i chłodne krople dotykające skóry tych, którzy zapomnieli o parasolu, zdawał się wyłącznie utwierdzać w fakcie, że tocząca się wojna nie była wyłącznie koszmarem, który z pierwszymi promieniami słońca odejdzie w zapomnienie; była realna i toczyła się tam, gdzie oni, niezależnie od pochodzenia i wyznawanych ideałów, posiadali dom.
Doskonale zdając sobie świadomość z profilaktyki działania, doświadczony auror sięgnął po swoją różdżkę i rzucił carpiene. Zaklęcie rozbrzmiało echem w powietrzu, a drobinki białej magii zaczęły poszukiwać śladów magicznych konstrukcji w celu ostrzeżenia czarodzieja przed czyhającą przeszkodą. Leta mogła je odczuć i dostrzec - jak jedna z tych jasnobłękitnych drobinek śmiga nad jej uchem, tuż przed jej ramieniem, jednocześnie czując że nie jest to magia, która mogła jej zagrozić.
Mimo wilgoci i czarnych chmur nad ich głowami, chmury na tym małym kawałku przestrzeni jakim był dom Evansów, rozstąpiły się dopuszczając tak rzadko widziane w ostatnich czasach ciepłe promienie słońca, przywodzące na myśl majowe dni spędzane na odpoczynku gdzieś nieopodal jeziora.
Potężne zaklęcie Michaela jednak nie mogło znaleźć ujścia, zatapiając się w roślinach i przeganiając uciążliwe w ogródku ślimaki. Niektóre źdźbła trawy zaczęły dzielić błękitną poświatę, inne drobinki osadziły się niczym srebrny brokat na framudze drzwi wejściowych, a kilka z nich utknęło nawet we włosach Lety. Nie parzyły - choć były w przyjemny sposób ciepłe to przy próbie dotknięcia ich, odskakiwały i wzbijały się w dalszą podróż w powietrzu, ostatecznie rozpływając się na jeszcze mniejsze drobinki, które porywał wiatr lub wchłaniały się w ziemię.

Jednorazowa interwencja w związku z wyrzuceniem przez Michaela krytycznego sukcesu.
Uczucie ciepłego majowego dnia nie opuści was do końca wątku. Na następny dzień pogoda nad domem Evansów wróci do normy.
Dodatkowo przez niezwykle silne zaklęcie rzucone przez Michaela, drobiny białej magii osadziły się na jego różdżce, efektem czego przez kolejne dwa dni przysługuje mu bonus +5 do wszystkich obszarowych zaklęć z dziedziny OPCM.
Thomas Doe
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Ogród Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Ogród [odnośnik]07.07.22 11:33
Coś zamigotało w powietrzu, zadrżało, ale nie byłam tak wrażliwa, żeby wyczuć cząsteczki magii przenikające do atmosfery wokół domu, nawet gdybym z całej siły pragnęła je dostrzec; dopiero gdy moje ciało przestał przenikać gryzący ziąb niespecjalnie uroczego popołudnia, a nad głową rozbłysły ciepłe promienie, zrozumiałam, że siły wykraczające poza moją percepcję doszły tu do głosu. Wyprostowałam się, spojrzawszy w górę; na dziwnie błękitnym niebie prężyło się słońce, jakby Helios postawił sobie za punkt honoru zaimponować każdemu napotkanemu śmiertelnikowi. Każdemu? Wzrok mimowolnie przyciągnęły szarości wiszące nad domami sąsiadów, posępne, ponure, typowo brytyjskie, odegnane jednak znad kopuły Ula niewidzialną dłonią. A potem zerknęłam w dół, widziałam jak ślimaki, które do tej pory były zbyt leniwe, żeby umknąć przed losem w wiaderku, nagle zaczęły gnać gdzie pieprz rośnie, ściągając do płotu oddzielającego naszą posesję od ziemi innych mieszkańców Doliny. Przyglądałam się temu z ciężkim, zmęczonym oddechem, a przede wszystkim z panoszącym się w głowie niezrozumieniem.
Skąd taka uprzejmość od przeznaczenia? Co, lub kto, za to odpowiadało? Czy to możliwe, żeby... Żeby Jasper roztoczył nad nami opiekę z zaświatów? Przyuważył mój taniec ze ślimakami i coś na to zaradził?
Nie, to nie był on. To znów nie był on.
Miałam wrażenie, że dźwięk pękającego serca poniósł się echem po okolicy. Wyobrażenie, piękne i stęsknione, dodające mi otuchy, legło w gruzach wraz z widokiem Michaela Tonksa stojącego przy furtce, z różdżką niedyskretnie trzymaną w dłoni. Pamiętałam jego twarz z pogrzebu, wyglądał wtedy na szczerze przygnębionego, i dobrze, powinien taki być. Gdyby nie on, gdyby nie cała ta przeklęta instytucja, dziś wciąż miałabym męża u boku. Zabrali mi go, wszyscy. Ci jego przyjaciele, którzy tłumnie nadciągnęli do trumny, żeby pożegnać poległego brata; ale dlaczego to Jasper, a nie jeden z nich, musiał umrzeć? Co wywyższało ich, w tym właśnie Michaela, ponad mojego ukochanego? Czym zasłużyli sobie na życie, kiedy po niego przyszła śmierć? Moja dłoń mocniej zacisnęła się na rączce wiadra, słyszałam odgłos skorupek uderzających o metalowe ścianki; ślimaki musiały próbować stamtąd uciec, może już wspinały się po materiale, ale nie spojrzałam na nie, wpatrzona jedynie w mężczyznę, który zdecydował się nas odwiedzić. Po co? Żeby znów zaznaczyć, jak było mu przykro? Może kierował nim kompleks ocalałego, przyszedł tu, by biczować się poczuciem winy, ale nie zamierzałam mu tego ułatwiać. Przynajmniej nie od razu.
- Tonks, prawda? - wymruczałam neutralnie, bez radości, ale i póki co bez złości. Niech nie myśli, że go zapamiętałam, że jego tożsamość była czymś, bez czego nie byłabym w stanie się obejść. Tym bardziej, że spodziewałam się, że rozpoznanie mogłoby jakoś podnieść go na duchu; wyglądał na zmęczonego, może w pewien sposób przybitego, ale to dobrze. Najwyraźniej na to zasłużył. - Co to za magia? - zapytałam, wskazując ruchem głowy na niejednoznaczny punkt gdzieś przy moim boku. Na ogród, powietrze, temperaturę. Jedną ręką, wciąż wolną, sięgnęłam do rękawów rozpinanego swetra i zsunęłam jeden z nich w dół, nie dość, że było mi gorąco przez pracę, to teraz jeszcze wokół Ula panowała pełnoprawna wiosna. Niebywale przyjemna - ale do tego wniosku dojdę dopiero później, kiedy opadną emocje, ostudzi się wzburzenie wywołane wspomnieniami i zazdrością, którą wzbudził we mnie widok jego życia. Kątem oka dojrzałam też błysk na moich włosach, tych kilku kosmykach wyswobodzonych spod chustki i lekko poruszyłam głową, chcąc sprawdzić, czy drobiny samoistnie zeń opadną. Nie zrobiły tego jednak.
Leta Evans
Zawód : nauczycielka historii magii w Dolinie Godryka
Wiek : 24
Czystość krwi : Charłak
Stan cywilny : Wdowa
i know those eyes.
this man is dead.
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Charłak

Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t11218-leta-evans-nee-vale#345257 https://www.morsmordre.net/t11227-amalthea#345732 https://www.morsmordre.net/t11229-leta#345734 https://www.morsmordre.net/f421-somerset-dolina-godryka-ul https://www.morsmordre.net/t11226-szuflada-lety#345731 https://www.morsmordre.net/t11228-leta-evans#345733
Re: Ogród [odnośnik]10.08.22 13:40
Rozchylił ze zdziwienia usta, obserwując jak przedziwnie zachowywała się magia. Drewno dzikiego bzu było cieplejsze niż zwykle, tak jakby rzucił Carpiene inaczej - nie tyle bezbłędnie, jak w podręcznikach, ale potężniej. Może dlatego, że czuł się swobodnie w bezpiecznej Dolinie Godryka, może dlatego, że przespał dzisiaj więcej niż trzy godziny i zjadł aż dwa jajka na śniadanie, że nie spodziewał się ataku ani donosu ani zbyt jawnej nieufności (sic... może antypatii, może jakiegoś zdania wyrobionego z powodu kto-wie-co-powiedział-jej-Jasper, ale nie nieufności - aurorów było zbyt mało, by sobie nie ufali, by ich rodziny o sobie nie wiedziały, a Michael nie podejrzewał nawet, jak wiele mąż nie mówił Lecie) ze strony wdowy po Jasperze.
Biała magia potrzebowała czasem pozytywnych emocji, trochę tak jak zaklęcie patronusa. W przeciwieństwie do niego, nie były wymagane, ale pomagały - i dzisiaj najwyraźniej jakieś z siebie wykrzesał. Zaskoczyło go to, zwłaszcza po dwóch tygodniach niepewności i pewnego marazmu. Zaskoczyło go, że jego magia nadal może być tak... przedziwnie piękna, dobra, wykraczając poza ramy użytkowości i rozpogadzając kwietniowe niebo. Podniósł wzrok na rozrzedzające się chmury, a potem prześlizgnął nim po murach domu, po ogrodzie, po trawie, na której osiadały drobiny. Mimowolnie podziwiał, jak wyglądały, ale nie zapominał przecież o celu zaklęcia. Szukał śladów pułapek, czekał na drżenie różdżki, które wskazałoby mu ich miejsce, ale... nic się nie działo. Magia zaczęła zachowywać się dziwnie, nie znajdując żadnego niebezpieczeństwa, przelewając energię w ziemię, w... uciekające ślimaki? Uniósł ze zdumieniem brwi, ale jeszcze bardziej od działania zaklęcia zaskoczyło go to, że na tym domu chyba nie było żadnych pułapek.
Trudno mu było w to uwierzyć - Jasper tak po prostu zostawiłby swój dom, dom swojej rodziny bez ochrony? Fidelius przeniósłby się przecież na nowego strażnika (i wtedy Mike nie trafiłby tu wcale), a inne zabezpieczenia nie wygasały wraz ze śmiercią właściciela. D z i w n e.
Przeniósł wreszcie wzrok na Letę, słysząc własne nazwisko. Nie umiał wyczuć emocji w jej tonie głosu, ale i tak uśmiechnął się blado (inaczej już nie umiał), chyba rad z tego, że go rozpoznała, że nie będzie musiał się tłumaczyć. W Dolinie wisiało mniej listów gończych niż w reszcie kraju, wcale nie musiał zapaść jej w pamięć.
A może uśmiechnął się, bo drobiny magii na jej włosach lśniły ślicznie.
Dziki bez skrzył się teraz podobnie, a Mike ostrożnie schował różdżkę, nie chcąc strząsnąć z niej tej przedziwnej magii. Przeczuwał, że może mu pomóc w czarowaniu - szkoda, że poza piękną pogodą, nie pomoże chyba Lecie.
-Michael Tonks. - przytaknął. Gdyby byli z Jasprem w magipolicji albo mugolskim wojsku albo nawet w innych działach podziemnego Ministerstwa, podałby pewnie numer jednostki, w której służył - ale Biuro Autorów nie miało jednostek, było zbyt małe, zbyt elitarne. Wszyscy znali wszystkich, znali nawet swoje rodziny, choć musiał przyznać, że Letę Evans widywał bardzo rzadko. Właściwie nigdy. Dopiero na pogrzebie. Na ślub Evans też go nie zaprosił, a Mike udawał, że wcale go to nie zabolało.
-Proszę wybaczyć, to powinno być zwykłe Carpiene, nie chciałem przypadkiem uruchomić żadnej pułapki jeśli byłyby jeszcze przed furtką. - zakładał, że wdowa po aurorze z pewnością znała takie zaklęcia albo chociaż o nich słyszała. On zaś nigdy nie słyszał zbyt wiele o niej - nawet jeśli Jasper nie ukrywał przed kolegami, że jego żona nie potrafi czarować, to i tak nie dotarło to do Michaela, rozmawiali zbyt rzadko, a o sprawach prywatnych prawie wcale. -Ale - wyjaśnił, to Carpiene nie zachowywało się przecież normalnie -magia zadziałała trochę... mocniej niż zwykle. - podążył za jej spojrzeniem, wzdłuż szeregu uciekających ślimaków. -...Potrzebuje ich pani do czegoś? - zapytał przezornie. Po kursie aurorskim wynajmował mieszkanie w centrum Londynu, w Mickleham miał depresję i swoje otoczenie zupełnie gdzieś, a we Wrzosowej Przystani ogród doprowadzili do porządku Kerstin i Castor. Nie wiedział, czemu Leta zbierała ślimaki, ale mogła przecież potrzebować podobnych ingrediencji alchemicznych - dla siebie, albo może na handel? Po zdanych w pocie czoła egzaminach z eliksirów radośnie wyparł całą zgromadzoną w Hogwarcie wiedzę, aurorzy potrzebowali tylko umieć rozróżniać i dawkować samym sobie eliksiry (albo rzucać we wrogów tymi bojowymi), a nie je warzyć. Tak czy siak, ostatnim czego chciał, było przepłoszenie cudzych ślimaków.
Przestąpił z nogi na nogę, uświadamiając sobie, że minęło już kilka chwil, a nadal nie wytłumaczył jej tego najścia. Trudno mu było zacząć rozmowę - od listu gończego nie rozmawiał przecież z nieznajomymi, głównie ich unikał albo przesłuchiwał.
-Przyszedłem, bo znalazłem... pomyślałem... - sięgnął nieśmiało do kieszeni i w końcu, wciąż stojąc przed płotem, wyciągnął rękę do Lety. Włożył zdjęcie do koperty, starając się, by się nie pomięło. -...że może chciałaby to pani mieć. - i, nie bacząc na to, że być może oglądając zdjęcie zmarłego męża chciałaby mieć odrobinę ciszy, kontynuował dalej: -I właściwie... dobrze rozumiem - na pewno dobrze rozumiał, Carpiene nie kłamało, ale wtrącił to kurtuazyjnie -że nie ma pani nałożonych na dom żadnych pułapek? - starał się, by w jego głosie nie wybrzmiało gigantyczne zdziwienie, ale nie był aż tak dobrym kłamcą jak cała rodzina Vale-Evans.





Can I not save one
from the pitiless wave?

Michael Tonks
Zawód : Auror, rebeliant
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
You want it darker
We kill the flame
OPCM : 42 +4
UROKI : 34 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Wilkołak
Ogród 7f6edca3a6f0f363d163c63d8a811d78
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks
Ogród
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach