Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Lovely lady
AutorWiadomość
Lovely lady [odnośnik]12.07.22 15:32
(1952?)

Zapadał zmrok. Zwykle o tej porze był już w domu, ale zostanie na ulicach miasta jeszcze chwilę, dopóki nie zrobi się całkiem ciemno - może i lubił Londyn, ale nie w nocy.
Choć, teraz chciał być wszędzie, tylko nie w Walii. Innego wieczoru pomyślałby o maleńkim synu i natychmiast zapragnął teleportować się na wybrzeże Rhyl. Pomknąłby myślami do przytulnej biblioteki, albo od własnej pracowni. Dzisiaj też próbował, powinien wracać, ale najpierw powinien się uspokoić.
Próbował się uspokoić już od kilku tygodni, ale na problemach natury osobistej skupiał się z taką samą obsesyjną kompulsywnością jak na problemach natury naukowej. Dokładność i fakt, że nie potrafił odpuścić pomagały mu w pracy, ale teraz zmagał się z problemem, którego nie potrafił rozwiązać, nie logiką. Logika zawodziła, bo przecież kilkanaście razy układał już wszystkie "za" i "przeciw", ale jak porównać niewybaczalne osobiste upokorzenie do publicznej kompromitacji? Jak porównać pragnienie posiadania dzieci, własnych dzieci do faktu, że dziecko powinno mieć dwoje rodziców? Może łatwiej byłoby mu podjąć decyzję, gdyby mógł na chłodno rozważyć kolejne małżeństwo - ale nie mógł, wzdrygając się z niechęcią i sądząc, że wcale nie będzie lepiej. Próbując podejść do wszystkiego na chłodno zapomniał o tym, że Beatrice podsyciła w nim kompleksy, które dręczyły go całe życie. Podsycała je zresztą umiejętnie, od nocy poślubnej, ale teraz Hector mógł się skupić tylko na liściku do tamtego mężczyzny, na jej drwiącym śmiechu, i co mi zrobisz?, i co miał jej - im - zrobić?
N i c, docierało do niego przez kolejne tygodnie, najlepiej chyba nie robić nic, tak dyktowała logika, najlepiej ustalić zasady. Ustalili zatem zasady, w których Hector pogrzebał swoje nadzieje na kolejnego potomka i zyskał spokój wieczorami, Beatrice przyrzekła, że nikt nigdy się nie dowie i zyskała rozrywkę wieczorami; a zgodnie z tymi zasadami Vale mógł zrobić jej jeszcze jedną rzecz.
Oko za oko. - myślał, obojętnym z pozoru wzrokiem odprowadzając kobietę, z którą szedł pod rękę jeden z gentlemanów w średnim wieku. Widział, jak mężczyzna zaczepił ją przy bramie parku, widział nieco zbyt ciasny gorset, a gdy przeszli obok poczuł zapach tanich perfum. Był zatem we właściwym miejscu, a obserwując poznał chyba zasady - albo przynajmniej mógłby je zgadnąć. Oko za oko, dyktowała mu duma, bo tak rozwiązywało się konflikty w domu rodzinnym, tak odzyskiwało się utracony honor, przynajmniej dla siebie. I tak nagiął lekko zasadę, powinien nawiązać prawdziwy romans, z kimś młodszym i piękniejszym od Beatrice, może z kimś dzielącym z nim zainteresowanie alchemią albo medycyną, ale po pierwsze wzbudzić w niej zazdrość byłoby chyba trudniej niż sądził (była bardzo piękna, mówili wszyscy, mówił pan ojciec, mówił Hector powtarzając jej przed ślubem komplementy, w które nie wierzył; kobiety tak piękne i tak chwalone nie miewają kompleksów), a po drugie nie wiedział jak się za to zabrać i nie miał ani cierpliwości ani ochoty. Na przygodę też zresztą nie miał ochoty, na samą myśl odczuwał tylko złość, nie pożądanie, ale złość też chyba trzeba jakoś wyładować, choć byłoby prościej gdyby nie myślał o tym, czy dama pozwoli mu na szybkie badanie uzdrowicielskie, nie chciał się przecież niczym zarazić i od kilku dni machinalnie przeglądał podręczniki z kursu (Merlinie, powinien bardziej uważać na tamtych wykładach), byłoby prościej gdyby nie czuł się tak cholernie nie na miejscu i gdyby nie ogarniała go nagła nieśmiałość - teraz był już wściekły na siebie, nienawidził się tak czuć. Jak zahukany nastoletni Krukon, który odgryzał się wszystkim ironicznymi komentarzami aby zamaskować własne kompleksy. Wolał być magipsychiatrą, mężem pięknej kobiety, zaczynającym postępową karierę i nie lękającym się niczego we własnym gabinecie.
Usiadł na ławce, naciągając kapelusz mocniej na czoło - głowę miał spuszczoną, nerwowo bawił się laską i teraz, przygarbiony, wyglądał na trochę starszego niż w rzeczywistości. Starszego, ale majętnego i siedzącego w tym parku o kilka minut za długo jak na przechodnia, który jest zupełnie niezainteresowany oferowanymi tu nocnymi atrakcjami.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Lovely lady [odnośnik]22.07.22 19:51
Polowanie zaczynało się już zanim czerwona tarcza słońca na dobre schowała się za dachami zapuszczonych kamienic. Crimson Street nie pogrążało się we śnie nigdy, zwłaszcza nocą - to noc była tutaj prawdziwym impulsem do działania, do wylęgnięcia na ulicę wszystkich zakał społecznych, próżnych mężczyzn szukających jednonocnej pociechy, rozrywki, oderwania od rzeczywistości. Nocą łatwiej było o zachowanie anonimowości - cienie za żółtawymi światłami latarni niosły ułudę, marzenia, w których wielu z ochotą się zatapiało. Co za szkoda, że większość z nich nie była ani przystojna ani majętna. W końcu to było Crimson Street. Zagraconymi chodnikami łaziły w tę i we wte zwyczajne dziwki w gorsetach i zwiewnych spódniczkach sięgających za kolano - dość, by dało się jakoś wywinąć od mandatu, ale za to z wystarczająco lekkich materiałów, żeby je łatwo podwijać, wirując, kręcąc się wokół potencjalnych klientów jak wile kręcą się wokół ofiar.
Tyle że - rzecz jasna - nie były ani trochę tak piękne jak wile. Gdyby Kina była tak piękna, leżałaby na atłasowych poduszkach i czekała aż klienci przybiegną do niej sami, ale że jej uroda była przeciętna, choć drapieżnie surowa, Vi bezustannie wysyłała ją na ulicę, żeby pochwaliła się umięśnionymi nogami, piersiami wydatnymi tylko dzięki magii ciasno zapiętych gorsetów. Dzisiaj też udrapowała ciemne włosy w infantylne loki, pociągnęła oczy kohlem a usta czerwienią i wędrowała ze znużeniem, w chwilach przerwy opierając się o chropowate ściany budynków i popalając skręcane papierosy.
Stopy bolały ją już od obcasów, ale zaznajomiona z bólem jak nikt inny potrafiła zachować zgrabny krok, płynny i zalotny, gdy zbliżała się do jednej z ławek. Siedzący na niej mężczyzna, na oko może czterdziestoletni, przykuł jej uwagę już wcześniej, gdy dopalała kolejnego papierosa. Obserwowała go z wprawą dojrzałej kurwy, doszukując się znaków zainteresowania, niepewności, obszernego portfela i nieistniejącego doświadczenia. Pewnie był tutaj pierwszy raz, zapamiętałaby taką laskę i kapelusz, a nawet gdyby ubrał je dopiero dziś, wystarczyło zobaczyć jak się kręci jak jakaś totalna sierota.
Ciekawe, czy miewał problemy w łóżku - niejednego już takiego spotkała, a chociaż śmiać się nie powinna, zawsze bezwzględnie ściągała z takich forsę. Ostatecznie to był jej czas i jej przeprawa przez mękę, żeby delikwenta postawić do pionu. Niezależnie od skutku, pieniądze jej się należały.
- Witaj, śliczny. Szukasz kogoś? - chrypnęła swoim najbardziej tanim głosem, owijając wokół niego ramiona od tyłu i splatając wokół jego szyi szczupłe dłonie zwieńczone starannie czerwonym lakierem. Tylko dwa paznokcie były poobgryzane, na nadgarstku pozostał jeden niewielki siniak po wczorajszym kliencie. - Mogę ci pomóc. Musisz tylko powiedzieć, czego ci potrzeba... - zawiesiła głos, z ciekawością i bezwstydnie wsuwając rękę pod jego płaszcz. Siedział tu już dość długo, by zwrócić na siebie uwagę, a poza tym, mógł ją odepchnąć, jeżeli chciał.
Pachniał znajomo, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd kojarzy ten zapach. Jeszcze nie zobaczyła jego twarzy, ale drugą dłonią już sięgała do jego kapelusza.
Pokaż jak stary i brzydki jesteś.


Real life's nasty. It's cruel. It doesn't care about heroes and happy endings and the way things should be. In real life bad things happen. People die. Fights are lost.

Evil often wins
Kina Huxley
Zawód : Najemniczka
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Wariatem jest,
kto liczy na łagodność wilka,
na zdrowie konia,
na miłość młodego chłopca
i na przysięgi nierządnicy.
OPCM : 6 +5
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
whore
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11111-kina-huxley https://www.morsmordre.net/t11158-szczurolap#343501 https://www.morsmordre.net/t11157-nie-podobasz-mi-sie#343479 https://www.morsmordre.net/f418-borough-of-enfield-crimson-street-48-nora https://www.morsmordre.net/t11163-skrzynia-pod-lozkiem#343535 https://www.morsmordre.net/t11159-kina-huxley#343508
Re: Lovely lady [odnośnik]23.07.22 1:16
Stracił czujność, a nie powinien. Zawsze uważał na ulicach Londynu, właściwie przy każdym wyjściu z domu. Uważaj na siebie, Hector, powtarzała zawsze matka, a w nim narastał lęk - przed zbyt śliskimi kamieniami, zbyt okrutnymi chłopcami, przed kieszonkowcami i mugolskimi pojazdami. Był ostrożny, bo wtedy się nieco rozpogadzała, bo chociaż tyle mógł dla niej zrobić - uśmiechała się wtedy blado, obciągając zbyt długie rękawy, a on udawał, że nie czuje jej strachu przed ojcem. Potrafił to jako dziecko, wyczuwać czyjeś emocje, gdy bardzo się czymś smucił. Potem zatracił tą zdolność, choć smutek nigdy nie minął. Musiał wyszkolić ją od nowa, tym razem za pomocą doświadczenia i wzroku, musiał czytać ludzi, musiał na nich uważać.
Skoro dzisiaj stracił czujność, musiał być naprawdę zamyślony i zestresowany. Gdy zorientował się, że ktoś za nim stoi, było już za późno - chude ramiona owijały się jak macki wokół jego szyi, dłoń wsuwała pod płaszcz (ukraść portfel?), a on n i e n a w i d z i ł d o t y k u.
Wyrwał się do przodu, chcąc gwałtownie odsunąć się od obcych rąk - ale wtedy dotarł do niego sens jej słów i przypomniał sobie, po co tutaj przyszedł. Prędko obejrzał się do tyłu, zbyt pośpiesznie. Strąciła mu kapelusz, albo zrobił to sam, swoimi niezgrabnymi ruchami.
Patrzył teraz wprost na nią i faktycznie mógłby być śliczny na tle pozostałych klientów - młodszy, o wciąż chłopięcych rysach twarzy i pełnych ustach lekko rozchylonych ze zdziwienia. W jasnych oczach zaskoczenie przeplatało się z nagłym speszeniem, bo prędko uświadomił sobie, że właściwie nie wiedział czego potrzebował. Jaką fantazję pragnąłby spełnić? Chyba najchętniej uderzyć Beatrice na odlew, ręką albo laską, bo przecież lepiej zrelaksowałby się w British Museum przy antycznych rzeźbach niż tutaj, w obcych ramionach nieidealnych kobiet.
Ta -  nie odrywał bowiem od niej uważnego spojrzenia - nie była przynajmniej szpetna, zdawała się być w jego wieku i...
...potrzebował kilku sekund, żeby ją skojarzyć, rozpoznać i uwierzyć w to, co widzi.
Jak na niego, to i tak sporo.
-Alickina?! - wyrwało mu się, bo oczywiście zawsze nazywał ją pełnym imieniem, tak jak nauczyciele. Może przestałby, gdyby go o to ładnie poprosiła, ale po pierwsze nigdy tego nie zrobiła, a po drugie to, co najpierw było jedynie precyzyjnością, szybko zaczęło mu sprawiać perwersyjną przyjemność. Zauważył, że nie lubiła tej formy, że wolała skrót, a uwielbiał przecież prowokować.
Gdyby spotkał ją w tym kontekście w innych okolicznościach (czy w ogóle byłyby inne? Nie przyszedłby przecież tutaj, gdyby nie wybryki Beatrice, gdyby naprawdę nie czuł się pod ścianą), chyba nie odmówiłby sobie kpiącego komentarza. Okrutnego komentarza. Nigdy nie zapomniał, że śmiała podnieść na niego rękę, a był i przekorny i pamiętliwy.
Przynajmniej, gdy był młodszy. Choć kiedyś sądził, że nie przepuści żadnej okazji by odpłacić za własne krzywdy (szczególnie, gdy zauważył ją wśród regałów, z tamtym kolegą), to teraz szkolne urazy zeszły na dalszy plan. Była dziwką, tego się nie spodziewał, ale - nie spodziewał się też, że on sam kiedykolwiek pójdzie szukać towarzystwa jakiejś prostytutki, że piękna i czystokrwista żona przyprawi mu rogi. (Mogłeś sprawdzić, czy oprócz urody i czystej krwi, posiada także cnotę posłuszeństwa, ojcze. Matka zawsze była tobie posłuszna).
Pokręcił lekko głową, z ust wyrwał mu się gorzki śmiech. Nie drwiący, raczej smutny.
-Nie ciebie. - nie potrzebował nikogo, kogo znał, choć jakiś głos w tyle głowy szeptał, że może potrzebował z e m s t y. Nie na Beatrice, a na kimkolwiek, na kimś, kto kiedyś też odważył się odebrać mu strzępek męskiej dumy.
Na razie stłumił ten podszept, spoglądając na Alckinę uważnie i instynktownie odsuwając się jeszcze dalej.
-Długo tak... pracujesz?  - zarabiasz? Nie wiedział nawet, jakie słowo jest odpowiednie, ale i tak nie ugryzł się w język. Potrafił powstrzymać własne okrucieństwo, ale nie ciekawość.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 31.07.22 22:35, w całości zmieniany 1 raz
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Lovely lady [odnośnik]24.07.22 18:27
Ona również straciła czujność - czy może raczej, pozwoliła, by jej codziennością i czasem spędzanym w pracy zawładnęła wszechogarniająca obojętność. Nie zainteresowała się kim jest mężczyzna, do którego podeszła, bo na dłuższą metę nie miało to znaczenia. Nie zawsze miała przywilej wybierania sobie klientów samodzielnie; nie raz zdarzało się, że po przyjściu do kamienicy od razu prosili Vi o pierwszą lepszą wolną. Nie wiedziała jak było w porządniejszych zamtuzach, ale na Crimson Street się nie wybrzydzało - dopóki facet nie bił do krwi ani nie groził śmiercią, zaciskało się zęby i szło w układ. Wbrew pozorom dziewczynek na jej miejsce trochę było, a Vi skrupulatnie pilnowała biznesu. W pewnym momencie zaczęło jej więc być chyba wszystko jedno. Liczyły się pieniądze, porządne ubrania, brak smrodu, na więcej rzadko zwracała uwagę. Preferowała jeszcze, żeby to byli czarodzieje - nie mugole. Ale i tutaj czasami wyboru nie miała. Trudno. Nie zastanawiała się nad tym jak nisko upadła, bo była z siebie dumna, że żyje, że jest wolna - bez żadnej pomocy przeklętej rodziny.
Od czasu do czasu przydałoby jej się jednak zachowanie dystansu - uchroniłoby ją to przed sytuacjami takimi jak ta.
Gdy na ulicy wybrzmiało imię - głośno, zbyt głośno - zacisnęła zęby tak, że aż chrupnęła jej żuchwa. Nie bez powodu często używała pseudonimów, dziwacznych skrótów, niewiele mających wspólnego z imieniem, którym posługiwała się zwykle. A jednak tego paskudnego zawołania - Alickina - nie spodziewała się usłyszeć już nigdy więcej. Kojarzyło jej się tylko z ojcem.
Nie puściła Hectora. Była w dużo lepszej pozycji, bo jej długie ramiona owijały się wokół jego szyi od tyłu i nie pozwoliły mu się odsunąć, gdy tego spróbował. Wciąż przyciskała dłoń do jego skóry przez szpary między guzikami koszuli, ale już nie delikatnie; teraz rysowała po niej paznokciami, bez wątpienia zostawiając czerwone ślady, których ani ona ani on nie mogli zobaczyć.
- Vale, no proszę - odezwała się, znacznie ciszej niż Hector, choć to nazwisko paliło ją w ustach i rozbudziło wściekłość jakiej nie czuła od dawna. Co on tutaj robił? Taki chłystek? Głupi, chuderlawy Vale, którym można było pomiatać jak szlamą - a chociaż się mścił, mścił się złośliwie, koniec końców to on zawsze kończył z czołem rozbitym o krawędź umywalki w męskim kiblu. - Dziweczki się zachciało? Żona wie? - spytała jadowicie, dotykając wargami jego ucha. Nie brzydziła się go, chociaż był żałosny. Niewiele rzeczy było ją już w stanie obrzydzić. - Chyba, że nie masz żony? Nie, na pewno masz. Jakąś pseudo-przykładną domową kurę, która daje się dymać na boku. No powiedz, że nie. - Zacieśniła ramiona, jakby chciała go udusić. - Oferta już nieważna. Aż tak nisko nie upadłam - prychnęła, gdy znów się odezwał, ale nie odeszła, oczywiście, że nie; nigdy nie pogardzała okazją do tego, by się nad nim poznęcać. Zwłaszcza teraz, dzisiaj, kiedy w ten sposób ją upokorzył. Bezosobowym płaszczem, kapeluszem, samą swoją obecnością, gdy znowu wślizgiwał się tam, gdzie nikt go nie oczekiwał. Była wściekła, a gdy wpadała we wściekłość, nie miała żadnych oporów przed zadawaniem bólu. I to prosto w miękkie. - Co cię to obchodzi, lepiej mi powiedz. Przecież przyszedłeś tu poruchać, nie gadać. No ale na mnie nie licz. I pamiętaj, że tu się płaci za godzinę. Opłaca ci się to w ogóle? Oboje wiemy, że wyjdziesz znacznie szybciej, Vale. - Wcisnęła w głos tyle okrutnego rozbawienia ile mogła z siebie wykrzesać.


Real life's nasty. It's cruel. It doesn't care about heroes and happy endings and the way things should be. In real life bad things happen. People die. Fights are lost.

Evil often wins
Kina Huxley
Zawód : Najemniczka
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Wariatem jest,
kto liczy na łagodność wilka,
na zdrowie konia,
na miłość młodego chłopca
i na przysięgi nierządnicy.
OPCM : 6 +5
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
whore
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11111-kina-huxley https://www.morsmordre.net/t11158-szczurolap#343501 https://www.morsmordre.net/t11157-nie-podobasz-mi-sie#343479 https://www.morsmordre.net/f418-borough-of-enfield-crimson-street-48-nora https://www.morsmordre.net/t11163-skrzynia-pod-lozkiem#343535 https://www.morsmordre.net/t11159-kina-huxley#343508
Re: Lovely lady [odnośnik]25.07.22 13:21
Niektóre rzeczy się nie zmieniają. Jak to, że na dźwięk własnego imienia zacisnęła zbyt mocno usta, a on wygiął własne w mimowolnym uśmiechu. Nauczył się już panować nad tym, by nie okazywać tak satysfakcji z udanych złośliwości, by nie spoglądać ludziom zbyt długo w oczy bez mrugania (to ich irytowało), by stać się łagodnym i uprzejmym i niewidzialnym - ale w jej obecności powróciły chyba instynkty i urazy sprzed lat. Nagle poczuł głupią, szczeniacką ochotę, by znowu jej dopiec. Zarazem podszept sumienia dorosłego szeptał mu, że to chyba niepotrzebne, że właśnie rozpoznał dziwkę w koleżance ze szkoły i nazwał ją prawdziwym imieniem, że może i Kina panuje czasem nad mimiką równie dobrze jak on, ale jej oczy skrzą się złością i to upokorzenie jest chyba wystarczające. Z kolei głos eksperta szeptał, że to ciekawe, bardzo ciekawe, że n i g d y, nie tylko teraz, nie lubiła tak własnego imienia, że jej twarz posępnieje wtedy inaczej niż Archibalda gdy jest nazywany Fluviusem, że za tą niechęcią kryje się chyba coś jeszcze, że teraz - jako magipsychiatra - mógłby przecież dowiedzieć się czegoś więcej niż bezmyślnie wywoływać jej irytację.
A potem - poczuł jej palce na gołej skórze, wzdrygnął się z obrzydzeniem, a dylemat między nastoletnim, dorosłym i profesjonalnym Hectorem odszedł w zapomnienie. Wygrał instynkt - lewa dłoń zaciśnięta mocno na lasce, gromadzona tygodniami (latami?) złość, pragnienie ucieczki, n i e d o t y k a j m n i e.
Syczała dalej, jak jadowita żmija, a on - zamiast kalkulować (mógłbym ją sprowokować, a potem złożyć zażalenie na komendę, przekonująco skłamać albo mógłbym z tego wybrnąć, kilkoma syklami, jestem magipsychiatrą elit, a ona jest dziwką, te myśli przemknęły mu złośliwie przez głowę, ale każdą zepchnął na bok) podniósł po prostu laskę i z całej siły wycelował w przegub Kiny. Nie chodziło mu nawet o ból - przy okazji zabolało też jego, ale przywykł przecież do bólu - a o efekt zaskoczenia, o poluzowanie jej ohydnych, śliskich, ramion. Nie miał przecież nawet na tyle siły, by wierzyć, że zrobi jej coś na poważnie.
Był już gotowy, wyrwał się prędko do przodu i odsunął na ławce jak najdalej. Opuścił laskę i wstał powoli, nie zamierzał ryzykować utraty równowagi - nie tutaj, nie przy niej.
Dopiero teraz dotarł do niego sens każdego z jej słów, złośliwych sztyletów. Gdy syczała mu nad uchem, koncentrował się raczej na tym, pod jakim kątem unieść laskę (podobne gesty nie przychodziły mu naturalnie, musiał to zaplanować), rozumiejąc jej słowa, ale dystansując się od nich - w podobny sposób "wyłączał" się ostatnio gdy Beatrice cokolwiek mówiła, co doprowadzało ją do (nie)zrozumiałej wściekłości.
Żona, daje się dymać na boku, wyjdziesz znacznie szybciej. Nozdrza lekko mu zadrżały, twarz pobladła, ale - możliwe, że ku zaskoczeniu Kiny - nie wyglądał, jakby go zszokowała, jakby zapienił się ze złości i poczucia niesprawiedliwości. Był wściekły już zanim tu przyszła, teraz gniew smakował raczej pytaniem skądonawieijakbardzotowidać, a w jasnych oczach czaiła się raczej ponura rezygnacja.
Jakby wcale nie słyszał czegoś podobnego pierwszy raz.
Znienawidziłby siebie, gdyby wiedział, że tak teraz wygląda - i przypomniał sobie, że akurat Kina zawsze czytała jego mimikę odrobinę lepiej niż inni - ale na szczęście nie miał lustra.
-A co mogę kupić za godzinę, Alickino? - odezwał się cicho, bezbarwnie, ewidentnie mając coś na myśli i - z typową dla siebie przekorą - reagując na złośliwości inaczej niż chciała. Strzępy współczucia już z niego uleciały, najchętniej wykrzyczałby teraz jej imię i nazwisko na cały park - powstrzymywała go jedynie myśl, że i on pragnął zachować anonimowość. -Wszystko poza - jak już ustaliliśmy - stosunkiem płciowym? Oraz trwałym zagrożeniem zdrowia i życia, oczywiście. - wygiął usta w lodowatym, ironicznym uśmieszku, nie żeby miał ochotę na stosunek płciowy. -Dyskrecję też? Powiedz mi, moja droga, co mogę kupić za to. - sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął kilka sykli, całą zapłatę od dzisiejszych pacjentów (pieprzę twoje nowe suknie Beatrice, włożę to wszystko dla osobnej skrytki dla Orestesa, albo i wszystko wydam na pieprzone dziwki jeśli będę miał taką pieprzoną ochotę - powtórzył samemu sobie w myślach, ale nawet teatralne i zwykle nieużywane wulgaryzmy nie sprawiły, że poczuł się z tym postanowieniem pewniej), o wiele więcej niż powinien dać zwykłej dziwce. W chwili złości nazwał dziwką dziewczynę, z którą w młodości sypiał za darmo i ze szczerym uczuciem (jej szczerym uczuciem), dzisiaj tym bardziej nie miał nastroju ani na szczodrość ani na szacunek. Może i nie wiedział ile dokładnie się im płaci, ale nie był idiotą.
Chyba chciał się przekonać, jak nisko upadła, a mniej monet nie sprawi, że ten idiotyczny, rozbawiony uśmiech zniknie z jej twarzy.
-Za tą cenę powinienem podyktować warunki, prawda? - uśmiechnął się niewinnie. Skusisz się, Kina?


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.



Ostatnio zmieniony przez Hector Vale dnia 31.07.22 22:36, w całości zmieniany 1 raz
Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Lovely lady [odnośnik]31.07.22 22:21
Nie spodziewała się po nim rewanżu, nie w sposób, który jednoznacznie kojarzyłby się z przemocą. Od kiedy pamiętała, Vale jej unikał, zawsze wolał rozwiązywać sprawy słowami, a gdy to nie działało - jak zwykle z Kiną - stawał się jakiś taki mniejszy i przestraszony. Czuła cierpką, przesyconą nienawiścią pewność, że chłopak czerpie wielką satysfakcję z oglądania jej w pozycji, w której się teraz znajdowała. Rzecz jasna nie mógł nic wiedzieć ani o jej przeszłości, ani o powodach, które zaważyły na tym, że nie ukończyła kursu policyjnego - niemniej jednak pewnie by go to nie zainteresowało, tak jak jej kompletnie nie interesowało kim - czy czym - się stał, bo dla niej ciągle pozostawał irytującym szczylem, który lubił wtykać nos w nie swoje sprawy.
Zaskoczył ją jednak, kiedy uderzył laską w jej przegub. Nie wiedziała po cholerę mu w ogóle była ta laska, a chociaż uderzenie wcale nie bolało mocno, puściła go instynktownie. Powstrzymała chęć przetarcia zaczerwienionej skóry - to nie miało żadnego znaczenia i nie pokaże przed nim, że cokolwiek poczuła. Dobrze sobie radziła z maskowaniem dyskomfortu. Kiedy już zdołał uciec od jej długich ramion, położyła łokcie na oparciu ławki i przyglądała mu się z leniwą zawiścią. Blady się zrobił, może nawet trochę się trząsł - czyżby trafiła w dziesiątkę? Spojrzeniem szybko przemknęła po jego zaciśniętych na lasce dłoniach, dopatrując się obrączki. Aha! I tu go miała.
Wielu było takich, co mając żony chadzali na Crimson Street, żaden jednak nie wyglądał tak żałośliwie jak Hector Vale. Ale wszyscy budzili w niej równą pogardę.
Rzecz jasna nie miała problemów z tym, by czytać z niego jak z otwartej książki. Rozpoznawanie emocji na twarzach często było dla niej sprawą życia i śmierci, zarówno w rodzinnym domu jak i później, na ulicy. Hectora znała zresztą dobrze, napatrzyła się już na jego strach i złość.
- Wiesz, że mógłbyś się po prostu z nią rozwieść zamiast chodzić na dziwki? - Wyszarpnęła z zapięcia przy podwiązce papierośnicę, poprawiła spódnicę i odpaliła fajkę od różdżki. - Chyba, że wolałbyś ją zabić? Co, myślałeś o tym? - Pieprzony skurwysynu, dodałaby, ale nie chciała aż tak zdradzać się z tym jak ogromne budzi to w niej emocje. Najchętniej zdjęłaby obcas i zdzieliła nim Vale'a przez twarz.
Kina była bowiem owocem romansu swojej matki - a pieprzone męskie ego ojca nie mogło tego zdzierżyć. Tacy jak on nigdy nie doszukiwali się winy w sobie i tym, jacy byli, jak krzywdzili swoje kobiety na długo przed tym jak te decydowały się na skok w bok.
- Zależy ile masz pieniędzy, Hectorze Vale - powiedziała, z przyjemnością cedząc słowa i nie próbując opuszczać głosu. - Może pracuję na Crimson Street, ale to nie znaczy, że jestem tania - Fakt faktem, jak na przemysł dziwkarski zarabiała nieźle; na pewno lepiej niż gdyby była zwyczajną ulicznicą lub prostytutką z portu.
Uniosła brwi, gdy Vale w istocie sięgnął do sakwy. Czy był aż tak zdesperowany? A może myślał, że w ten sposób się na niej zemści? Zaspokoi swoje męskie popędy jej podporządkowaniem? Cóż, jeżeli tak, czekał go zawód; dla Kiny nie byłoby żadną torturą zaciągnąć go do łóżka i wykopać z niego po godzinie. Prostytutki nie przykładały wagi do osobistych animozji, a Kina była już wystarczająco zaznajomiona ze sposobami na odrzeczywistnienie swojego dnia, by mogło to jeszcze zaszkodzić jej psychice czy dumie.
- A na jakiej ci dyskrecji zależy? Myślisz, że będę marnować swój cenny czas na szukanie twojej żony? - Uniosła brew i wypuściła z ust obłok tytoniowego dymu, nie przejmując się tym, że trafia prosto w jego wykrzywioną twarz. - Mówisz, że chcesz dyktować warunki. Musiałbyś dorzucić trochę złota - parsknęła z lodowatym rozbawieniem, prostując się i zarzucając włosy na plecy. Myślał, że ją pokona, upodli? A w życiu; uśmieszek ani na moment nie zszedł z jej twarzy. Gdy mówiła, była równie bezlitosna co wtedy, gdy szarpała go za hogwarcki krawat. - Za tyle możemy się rżnąć w pokoju. Godzinę, choć podejrzewam, że znikniesz wcześniej - Uniosła brew, jakby rzucała mu wyzwanie; wyzwanie, któremu nie wierzyła, by podołał. - Ale specjalne życzenia kosztują więcej. Nie podejrzewam, byś tyle przy sobie miał. - Tacy, co chcieli bawić się w odgrywanie ról, zazwyczaj przychodzili przygotowani.
Hector Vale nie wyglądał, jakby się w ogóle w tym środowisku orientował.


Real life's nasty. It's cruel. It doesn't care about heroes and happy endings and the way things should be. In real life bad things happen. People die. Fights are lost.

Evil often wins
Kina Huxley
Zawód : Najemniczka
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Wariatem jest,
kto liczy na łagodność wilka,
na zdrowie konia,
na miłość młodego chłopca
i na przysięgi nierządnicy.
OPCM : 6 +5
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
whore
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11111-kina-huxley https://www.morsmordre.net/t11158-szczurolap#343501 https://www.morsmordre.net/t11157-nie-podobasz-mi-sie#343479 https://www.morsmordre.net/f418-borough-of-enfield-crimson-street-48-nora https://www.morsmordre.net/t11163-skrzynia-pod-lozkiem#343535 https://www.morsmordre.net/t11159-kina-huxley#343508
Re: Lovely lady [odnośnik]06.08.22 21:59
Gdyby była uważniejszym myśliwym, zauważyłaby, że Hectora szczerze interesowało wszystko - prawdę mówiąc, również (szczególnie) to, jak znalazła się na ulicy. Nigdy nie zadała sobie jednak trudu, by go poznać - i vice versa, w młodości Vale był zaślepiony arogancją bardziej niż teraz. W szkole kąsali się na oślep, nie jak myśliwi i oprawcy, ale jak przerażona zwierzyna. Wtedy był rzecz jasna zbyt oburzony, by to zauważyć, a gniew nadal uniemożliwiał mu spojrzenie na Alickinę z boku. Widział przecież w pracy podobne osoby - na tyle zahukane i bezsilne, że zamieniały własny żal w agresję, że szukały słabszych aby poczuć się mniej żałośnie (może sam bywał jedną z nich). W Kinie wciąż widział jednak głównie irytującą dziewuchę, która z niego samego uczyniła ofiarę i która po latach syczała tak samo złośliwie. Pieprzeni Ślizgoni. Nie chciała mu nawet dać odrobiny satysfakcji, wciąż pozorując nonszalancję, cedząc swój jad i zapalając papierosa - jakby nigdy nic, jakby wcale nie wstydziła się tego, w jakiej sytuacji ją spotkał. Wychwycił jednak wstyd i zaskoczenie w jej głosie, wcześniej - zanim zdążyła wznieść obronne mury. Ta satysfakcja musiała mu wystarczyć, choć... czy na pewno musiała?
Nie mógł nic poradzić na romans Beatrice, ale nagle starcie uśmieszku z ust Alickiny Huxley stało się sprawą własnego honoru.
Przewrócił oczami (celowo) i zacisnął mocniej szczękę (odruchowo), słysząc słowo rozwód. Co ona, dziwka półkrwi, mogła o tym wiedzieć, o układach i upokorzeniach wśród czystokrwistych rodzin, wśród wyższej klasy średniej? Reputacja rodziny byłaby zrujnowana, pewnie odbiłoby się to także na przyszłości Orestesa, na dumie i karierze Hectora, a co najważniejsze istniała groźba, że wzięłaby ze sobą syna. Nie zrobiłby tego, zresztą - gdzieś pod narastającą w nim nienawiścią - nadal czuł się odpowiedzialny za Beatrice, za matkę swojego syna. Wiedział, że po rozwodzie zostałaby sama, a nie potrafiła nawet na siebie zarobić (inaczej niż rozkładaniem nóg, może Kina dałaby jej jakieś lekcje). Jej kochanek miał już żonę. Był w impasie.
-Co dalej, powiesz mi coś, czego nie wiem, czy ja mam cię pouczać w sprawie burdeli? - parsknął ironicznie, zirytowany tym, że prostytutka sugeruje mu rozwód. Zanotował w pamięci, by następnym razem zdjąć obrączkę.
I wtedy powiedziała mu coś, czego się nie spodziewał. Myślałeś o tym, żeby ją zabić? Rozszerzył lekko oczy, bo faktycznie, myślał, ale tylko na poziomie fantazji o powolnych truciznach, nigdy na poziomie planów.
-Po co się wysilać? - wypalił, maskując udawanym oburzeniem zimny dreszcz na plecach. -I tak dziwka będzie tańsza od piołunu.  - syknął, odruchowo wybierając do przykładu ingrediencję używaną do warzenia trucizn - bo był przecież zbyt ostrożny, by rozważać agresję (choć to ona kusiła), bo każdy rozsądny mężczyzna podałby żonie truciznę i upozorował chorobę. -Tego używa się do trucizn, jeśli nie uważałaś na alchemii. Jakbyś uważała na lekcjach, nie rozkładałabyś pewnie nóg, prawda? - nie mógł sobie tego odmówić, musiał jej przypomnieć, kto tu pracuje na ulicy, nie będzie go dziwka pouczała.
Brzęk pieniędzy przypomniał jej chyba o tym skuteczniej niż jakiekolwiek słowa. Nadal uśmiechała się równie irytująco, ale przynajmniej połknęła haczyk, zaczęła się targować. Uniósł brew, odwzajemniając uśmiech.
-Mówiłaś, że rżnięcia nie będzie. Jednak zmieniłaś zdanie? - upewnił się, mrużąc oczy. -Ja nie. Nie poszedłbym z tobą do łóżka nawet gdybyś to płaciła. - uściślił z powagą, uśmiech spełzł z jego twarzy. -I nie chcę kupić godziny, a o wiele mniej czasu, więc zaliczka powinna w pełni wystarczyć na moje specjalne życzenie. - też potrafił się targować, choć nie w takich warunkach. O składniki alchemiczne, o zaległą zapłatę, o zachcianki żony.
Wiedział na przykład, że niemądrze to przedłużać - więc zanim Kina zdążyła odpowiedzieć, rzucił sakiewkę prosto pod jej stopy. Był słownym mężczyzną, a w życiu nie ma nic za darmo - niezależnie od jej życzenia, właśnie płacił za specjalne życzenie.
Lewą ręką podparł się mocniej na lasce, a prawą - teraz wolną, gdy upuścił monety - znienacka zamachnął na jej policzek, z całej siły.
Jak w szkole, ale chyba jeszcze mocniej. Cios nie był wyważony, widać (czuć) było, że nie bije się na codzień, ale nie chodziło mu o wyrafinowanie. Opuścił rękę natychmiast, prewencyjnie kładąc ją na różdżce - była wariatką, a on nie chciał wrócić do domu z czerwonym policzkiem.
Nozdrza mu drżały, w jasnych oczach skrzyła się niekryta fascynacja. Z trudem oderwał je od jej policzka.
-I co, wystarczyło? - zbyt szczodrze, jak na kilka sekund. -Spróbuj tylko podnieść rękę, Alickino, a rzucam Periculum i te pieniądze będą łapówką dla policji - której powiem, że ty wyprowadziłaś pierwszy cios. - dodał, szorstkim, lodowatym głosem. W Hogwarcie nie był taki - zdecydowany, bezwzględny, silący się na groźby - ale tak załatwiało się sprawy w domu. Domu rodziców, nie tym jego - dla Beatrice był zbyt łagodny i teraz żałował. Spytałby o radę matkę, ale zmarła toczona długą i podejrzaną chorobą, więc został z poczuciem porażki sam, szukając odpowiedzi wśród czerwonych latarni. Z kolei ojciec na jego miejscu by nie odpuścił, więc dzisiaj nie zamierzał odpuścić. Otrzepał dłoń, trochę piekła.
-Zawsze robiłaś to lepiej. Pokaż mi jak, za drugie tyle, jeśli nie masz dość specjalnych życzeń. Na koleżance, jak będę w hojnym nastroju, nawet ją potem uzdrowię. - zmrużył lekko oczy, proponując to zupełnie obojętnie, choć kilka godzin temu nie pomyślałby, że podobne słowa przejdą mu przez gardło. Wszystkie kobiety były dziwkami, a dysocjacja czyniła cuda.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lived my life as the good boy I was told I should be,
Sold my soul, broke my bones, tell me, what did I get?

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: Lovely lady [odnośnik]13.08.22 17:32
Od dawna nie była dzieckiem - może skończyła nim być, gdy miała jakieś siedem, osiem lat, kiedy ojciec po raz pierwszy wyrwał jej włosy szarpnięciem - toteż nie oszukiwała się, że małżeństwa takie jak Huxleya i Dolly Krueger nie istnieją w każdym hrabstwie, może każdym mieście, także wśród znajomych. Nie zamierzała dawać po sobie poznać ogromu wstrętu, który czuła na widok słabego mężczyzny, który ściągał ze sobą kobietę na dno, a potem karał ją za próby uratowania własnej godności. Zbyt wiele by zdradziła taką pseudosolidarną postawą, a otwierać się przed innymi nienawidziła, nie ważne czy byli obcy, czy nie. Poza tym, na koniec dnia niewiele ją obchodziły osobiste tragedie dziejące się w cudzych domach; troszczyła się przede wszystkim o siebie i nawet ta złość na ślady męskiej przemocy była wywołana tylko i wyłącznie jej własnymi wspomnieniami. Ludzie byli obrzydliwi, egoistyczni i lubieżni, była w najlepszej pozycji, by zdawać sobie z tego sprawę.
Rzucając swoje nieproszone komentarze rozumiała też postrzeganie rozwodu, ale pamiętała doskonale własnego ojca, który wybrał przemoc ponad utratę reputacji, miała więc kompletnie w dupie społeczny konwenans niszczący ludziom życie. W dupie miała także szczegóły z biografii Hectora Vale, ale zabawnie było się pastwić nad jego głupotą.
Ciągle uśmiechała się do niego z satysfakcją i wyższością, ale uśmiech ten zbladł nieco i stał się ponury, gdy usłyszała jego szczeniacką odzywkę.
- A, czyli jednak. Wszyscy jesteście tacy sami, Vale. Rozwiązaniem problemu jest dziwka albo piołun. Merlinie broń wzięcie odpowiedzialności za syf, który się narobiło. - Teraz nie żartowała, bo nie przyszły jej do głowy żadne słowa, które nie byłyby samą prawdą. Najchętniej strzeliłaby Vale'a w ten głupi pysk, zwaliła go na bruk i zmiażdżyła krtań jego własną laską, ale byli na ulicy. Musiałaby go wpierw zanęcić do pokoju, bo kto właściwie by się domyślił, że Vale poszedł na dziwki? Patrząc na jego obronną postawę, na pewno nikomu się nie pochwalił. Ciekawe czy byłaby do tego zdolna; zabić w obronie nieznanej kobiety.
Pewnie nie.
- Może i bym nie rozkładała. A może gówno wiesz. - ucięła ostro, zaciskając kostki palców jak do walki, ale nie ruszając się ani o cal ze swojego miejsca przy oparciu ławki. Popalała papierosa i nie dała się sprowokować, bo na ulicy ktoś mógł ich zobaczyć. Poza tym, czy nie słyszała tego już wcześniej? Niczego nie osiągniesz, ty ułomna dziewucho. Do niczego się nie nadajesz. Nikt nie będzie za tobą płakał. Policzki ją zapiekły. No i co z tego? CO Z TEGO?
Pasowało jej oskubanie go z pieniędzy. Było jej wszystko jedno, a poza tym liczyła, że jeszcze go sobie podporządkuje.
Zaskoczył ją więc, kiedy pieprznął monetami o bruk i nachylił się, jakby chciał ją pocałować. Instynktownie obnażyła zęby, ale choć uniosła dłonie do obrony, nie zrobiła tego z pełnią werwy, wciąż jedną nogą tkwiąc w koszmarach z przeszłości. Uderzenie - mocne, ale nie najmocniejsze w jej życiu - ją otrzeźwiło. Papieros wypadł z ust i przez chwilę stała jak skamieniała, próbując zrozumieć, gdzie jest i kto ją uderzył. Czy powinna się bronić? Pewnie tak. Doszedł ją jednak drażniący głos Vale'a, więc musnęła zaczerwienioną skórę wierzchem palców, a potem - jak gdyby nigdy nic - przydeptała papierosa obcasem i sięgnęła po następnego.
Jej twarz pulsowała, czuła, że zrobi się siniak i że będzie go musiała maskować, żeby iść do pracy. Ile właściwie rzucił jej pieniędzy? Patrzyła nieprzytomnie na te błyszczące monety pod swoimi stopami, ale jeszcze się po nie nie schyliła.
Vale groził jej policją, a ona zastanawiała się jak bardzo był odklejony od rzeczywistości. Ewidentnie nigdy wcześniej nie chadzał na dziwki, pewnie nawet nie postawił stopy w tej części Londynu.
- Myślisz, że jesteś pierwszym klientem, który mnie uderzył, żeby wyżyć się ze złości na inną kobietę? Wydaje ci się, że jesteś wyjątkowy? Że będę teraz płakać, a może nawet cię zapamiętam? - Zaciągnęła się dymem, czując jego znajome palenie w gardle, oddychając z trudem, ale trzymając wysoko brodę, z dumą, która była ostatnią rzeczą w życiu, której nie mogli jej odebrać. Jeszcze. - Niczego ci nie będę pokazywać, bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, nigdy nie uderzyłam kobiety - powiedziała monotonnym głosem, wciąż mrużąc oko po tej stronie twarzy, którą uderzył. Kłamała, ale co z tego? - Dla mnie to tylko kolejny siniak, jeden z wielu. Wezmę tę pieniądze, bo mi się przydadzą i sprawią mi przyjemność. Ty za to wrócisz do domu, w którym twoja żona nadal będzie tobą gardzić. Uderzenie dziwki niczego ci nie dało, pewnie nawet w tej chwili dyma ją ktoś inny. A ty już stąd zjeżdżaj, bo tak się składa, że nie pracuję sama i jak ściągnę tu ochroniarzy z burdelu to obudzisz się w ściekach. - Uśmiechnęła się wreszcie, równie ostro i złośliwie jak wcześniej. Nie złamał jej, dostawała w życiu gorsze cięgi i po każdych podnosiła się bardziej zdeterminowana. - Śmieszny jesteś z tą swoją różdżką i wiarą w policję. Crimson Street funkcjonuje dzięki łapówkom dla władz, ciemna maso, i dla nikogo tu nie jest pierwszyzną Tower. Nie przychodź tu więcej, ptaszynko, chyba, że chcesz skończyć bez piórek.


Real life's nasty. It's cruel. It doesn't care about heroes and happy endings and the way things should be. In real life bad things happen. People die. Fights are lost.

Evil often wins
Kina Huxley
Zawód : Najemniczka
Wiek : 31
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Wariatem jest,
kto liczy na łagodność wilka,
na zdrowie konia,
na miłość młodego chłopca
i na przysięgi nierządnicy.
OPCM : 6 +5
UROKI : 9
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 20
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej
whore
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11111-kina-huxley https://www.morsmordre.net/t11158-szczurolap#343501 https://www.morsmordre.net/t11157-nie-podobasz-mi-sie#343479 https://www.morsmordre.net/f418-borough-of-enfield-crimson-street-48-nora https://www.morsmordre.net/t11163-skrzynia-pod-lozkiem#343535 https://www.morsmordre.net/t11159-kina-huxley#343508
Lovely lady
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach