Wydarzenia


Ekipa forum
someone will remember them
AutorWiadomość
someone will remember them [odnośnik]18.07.22 23:09
{even in another time}

londyńskie metro - kryjówka i lazaret;
pierwsze dni po Bezksiężycowej Nocy, kwiecień 1957


Na londyńskie ulice wciąż spływał cień tamtej nocy; było tak, jakby nie miał opuścić ich nigdy, odciskając swoje krwawe piętno na każdym skrawku stolicy. Niektóre z bezwładnych ciał wciąż tłoczyły się w rynsztokach, powykrzywiane w pozach, w które ułożyły je ostatnie, ostateczne zaklęcia. A gdzieniegdzie jeszcze słychać było inkantacje wypowiadane to bezwzględnym, to zlęknionym głosem.
Zbierało mu się na mdłości; nie miał jednak pojęcia, który z czynników wpływał na to bardziej - odór rozkładu mniej poetyckiego niż ten moralny, czy może strach. O siebie (nie powinno go tu być, jak szaleniec wrócił do miejsca, z którego cudem udało mu się wtedy wydostać; nie miał żadnego planu na wypadek pochwycenia go przez ludzi Ministerstwa). Ale przede wszystkim o swoją rodzinę. Tamtej nocy próbował ich znaleźć, udało mu się nawet dotrzeć do kamienicy, w której rodzice mieszkali z Freddiem - drzwi do mieszkanie wprawdzie były otwarte, lecz nie w ten zachęcający do wstąpienia sposób; chwiały się na jednych zawiasach, w pomieszczeniu nie było ani śladu człowieka - jedynie harmider pozostawiony po pospiesznym przeszukiwaniu półek i szaf. Nie wiedział, czy to oni zgarniali wszystko do walizki, w szaleńczym tempie; nawet jeśli - to jednak nie wyjaśniało, co dokładnie stało się z drzwiami wejściowymi.
Nie zastał ich tam; poczuł, jak węzeł niepokoju zasupłuje się ciasno w krtani, choć może powinien czuć ulgę, że nie znalazł w mieszkaniu ich ciał bądź śladów krwi. Musieli opuścić kamienicę - więc w chwili przekraczania progu wciąż żyli; tu jednak domysły się kończyły, a zaczynał grząski grunt pytań, które stawiał samemu sobie, leżąc w ciasnej przestrzeni wagonu.
Odchodził od zmysłów, myśląc o wszystkich możliwościach; ostatecznie jednak, choć odwlekał ten moment jak najdłużej potrafił, odważył się, by wrócić na ulice, o których śnił wtedy każdej długiej nocy.
To Harriet dowiedziała się o tym miejscu; o kryjówce żywych i cmentarzysku martwych. Każdej z ulic zaznaczonych na mapie nauczył się na pamięć, a samą kartkę spalił. Bardziej gotowy nie będzie.
Stracił rachubę czasu już po czwartym skręcie, przez ramię oglądał się nieustannie, kroki stawiał zbyt wolno, choć starał się jak mógł najszybciej pokonać zdający się nie mieć końca dystans - dzielący go od stacji mugolskiego metra, wejścia niemal w całości zagruzowanego. Może celowo postarano się, by takie właśnie wrażenie sprawiało; by nikt niepowołany tam nie trafił.
Choć kilka razy minął taksujących go wzrokiem czarodziejów, żaden go nie zatrzymał; ostatecznie udało mu się tam dotrzeć, serce waliło głucho o klatkę piersiową, tak mocno, jakby zaraz miało z niej wyskoczyć. Wślizgnął się przez wejście, poślizgnął się na ukruszonym schodzie, a potem poczuł, jak coś wbija mu się w gardło. Różdżka. Na gadaj, kim jesteś i co tu robisz odpowiedział dopiero po chwili, gdy drewno wbiło się boleśnie w grdykę raz jeszcze; zapomniał, że przecież miał podać hasło.
Wejście było pilnowane, bo dalej, pod ziemią, kryły się setki ludzkich żyć.
Leżeli tam. W przeciwieństwie do ciał na powierzchni, te ułożono z szacunkiem - część była już pod białymi prześcieradłami, zarysowującymi kształt czyjegoś oddanego życia, część, natomiast, dygotała w bólach niemal konwulsyjnych, czekając na moment, w którym uzdrowiciele będą mogli poświęcić im trochę uwagi; jeśli jeszcze nie znajdowałeś się na skraju śmierci, musiałeś poczekać.
Palce zaciskał kurczowo na ich zdjęciu - starej, rodzinnej fotografii - rozpytując pośród wciśniętych pod ściany, opatulonych kocami ludzi o to, czy nie widzieli gdzieś jego bliskich; dlatego tu wrócił.
Bo choć jemu udało się wydostać, być może oni wciąż tkwili w Londynie, szukając drogi ucieczki; nie chciał myśleć o tym, że mogli być pod bielą któregoś z prześcieradeł, wypatrywał ich więc w twarzach ocalałych. Wtem jednak pewien detal przykuł jego uwagę.
Zielona sukienka, zielona jak kawałek rozbitego szkła, przez które jak przez lupę patrzyli w letnie dni pod słońce; i włosy, choć zlepione w strąki i pobrudzone zaschłym błotem, to jednak wciąż dobrze mu znane; jasne kosmyki spięte w wysoki kok; czy to mógł być przypadek? Zatrzymał się w półkroku, zatrzymał też wzrok - na twarzy tak zmasakrowanej, że jedynie oczy i usta zdawały się być na właściwym miejscu.
To nie może być przecież... mama?
Co oni jej zrobili?
Jeśli to...
Torowanie sobie drogi pomiędzy rannymi nie należało do najłatwiejszych zadań; brakowało miejsca, stawiał więc kroki uważnie, powstrzymując się od rzucenia się w stronę rannej; w końcu jednak uklęknął tuż obok, z dłonią zawieszoną kilka cali nad tą należącą do kobiety. Chciał ją dotknąć; uścisnąć jej rękę, przekazać tym gestem, że jest tuż obok, ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie potrafił się na to zdobyć.
Miała zamknięte oczy.
Lecz klatka piersiowa wciąż się unosiła. Oddech wciąż żył.
Cofnął dłoń, zaciskając ją na kolanie; po jego policzku spłynęła tylko jedna łza. Był w szoku. Nie miał pewności, czy to naprawdę ona, ale wszystko zdawało się wskazywać na to, że tak, więc...
- Znasz ją? - choć pytanie nie brzmiało obcesowo, kobieta, która do niego podeszła, nie miała czasu do stracenia; patrzyła na niego jednocześnie łagodnie i surowo, wyczekując szybkiej odpowiedzi. Nim Lawrence otrząsnął się na tyle, by oderwać wzrok od...; by zogniskować wzrok na uzdrowicielce, ta zdążyła już bezceremonialnie wręczyć mu dzbanek z wodą i czystą, starannie złożoną szmatkę. - Pomożesz nam, każda para rąk się przyda; zwilżysz jej usta wodą, ostrożnie, tak, żeby nie dotknąć ran na twarzy, to nic trudnego - a potem pospiesznie ruszyła dalej, zostawiając go w tej samej ciszy. Otępiałe spojrzenie osadziło się na ściereczce, którą machinalnie zanurzył w wodzie; powolnym, niepewnym ruchem docisnął ją do brzegu naczynia, zostawiając szmatkę wilgotną, lecz nie ociekającą.
Dłoń zaczęła jednak drżeć, kiedy próbował zbliżyć materiał do ust kobiety; nie potrafił oderwać wzroku od rozległych ran wokół oczodołów, od zbierającej się w nich mazi o brudnym, mętnym kolorze.
Co oni ci zrobili, mamo?




gwiazdy były nisko jak gołębie
ludzie smutni nachylali twarz
i szukali gwiazd prawdziwych w głębi
z tym uśmiechem, który chyba znasz
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
hope is the only thing
stronger than fear
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: someone will remember them [odnośnik]24.07.22 0:41
Trzynaście godzin minęło, odkąd pociąg Hogwart-Londyn zatrzymał się na stacji King’s Cross, żeby wyrzucić z siebie kilkanaście osób: milczącą grupę dzieciaków i nastolatków, niektórych wciąż ubranych w charakterystyczne, szkolne szaty, jeszcze nieświadomych, że po drugiej stronie ceglanego przejścia nie mieli spotkać mugoli, którzy mogliby zdziwić się na ich widok. Leonie była wśród nich – nieszczęśników, którym pozwolono na tydzień wrócić do Anglii, żeby wziąć udział w pogrzebach członków rodzin poległych w trakcie Bezksiężycowej Nocy (lekcje na ten czas odwołano, część profesorów również opuściła mury zamku; miały zostać wznowione w poniedziałek, choć samej Leonie wydawało się dziwne, że ktoś jeszcze pilnował dni tygodnia – bo odkąd bura sowa przyniosła list od rodziców, wszystkie zlały się w całość, jeden niekończący się ciąg bezsilności i strachu: o nich, o braci, o przyszłość).
Jeśli ktoś zapytałby, jak wyglądał koniec świata, odpowiedziałaby, że właśnie tak.
Ulica Pokątna była tak zniszczona, że w pierwszej chwili jej nie poznała; przykryta grubą warstwą pyłu z odłupanego zaklęciami tynku, wyglądała, jakby przysypał ją szary śnieg – pod nierównościami zasp skrywający sekrety tak straszne, że bała się choćby spojrzeć w ich kierunku. Główna witryna księgarni ojca była rozbita, na ostrych, szklanych szponach strzaskanej szyby migotało coś ciemnego i wilgotnego; kartki pozrzucanych z regałów książek trzepotały na wiosennym wietrze. Po sklepiku na rogu, w którym lubiła kupować pióra i atrament, pozostały gruzy: bezkształtna góra cegieł, powyginane kończyny metalowych szyldów, i szkło, wszędzie to szkło – chrupiące pod podeszwami szkolnych butów jak lód w środku zimy. Nim dotarła do domu, mieszkania cudem ocalałego z pogromu, chciała odwrócić się i pobiec z powrotem na dworzec – ale stalowe spojrzenie matki wystarczyło, żeby zmusić ją do stawiania kolejnych kroków (kiedyś je liczyła, skacząc po brukowej kostce tak, by palcami stóp nie zahaczyć przypadkiem o cienkie krawędzie; teraz nie było to możliwe, równe prostokąty załamały się, wykrzywiły, jak poskręcane korzenie leśnych drzew).
Pogrzeb Cardana zapamiętała jak przez mgłę, wiedząc jedynie, że płakała; świadomość, że starszy brat tak naprawdę żył, nie powstrzymała łez – wylewała je nad śmiercią Timothy’ego, nad końcem tego, co znała; opłakiwała smutne spojrzenie ojca i zaciśnięte mocno usta matki, nie wyobrażając sobie nawet, ile przeżyła w ciągu ostatnich dni. A później – nie musiała sobie wyobrażać, bo ledwie zapadł zmrok, z odrętwiającej apatii wyrwało ją znajome pukanie do drzwi – i już wiedziała, że musiały iść; jak wtedy, w wakacje, do dziewczyny ze złamaną nogą, do chłopca z klątwą Ondyny, do mężczyzny trafionego czarnomagiczną klątwą; ubrała się w pośpiechu, równie szybko podążając za matką londyńskimi ulicami (inne nie wyglądały wcale lepiej, na rogu dwóch alei kątem oka dostrzegła ułożone w stos ciała – i w którymś momencie przestała wierzyć, że istniało coś poza, że w Hogwarcie nadal podawano na śniadanie owocową owsiankę, i że w przyszłym tygodniu miał odbyć się długo wyczekiwany mecz Gryfonów ze Ślizgonami; myśl, że cały świat się nie zatrzymał, wydawała się jej absurdalna, niewłaściwa).
A kiedy, ślizgając się po luźnych skrawkach betonu, zeszła w podziemia londyńskiego metra, przestała zastanawiać się nad czymkolwiek.
Ogrom ludzkiego cierpienia w pierwszym momencie ją przytłoczył; zawiązana pospiesznie na głowie chustka (jasnożółta – jak barwy Hufflepuffu, albo bukiet mleczy, które parę miesięcy wcześniej podarował jej Timothy) odgarnęła z czoła luźne kosmyki splecionych w warkocz włosów, nie zdołała jednak ustrzec jej przed natłokiem myśli, widokiem powykręcanych kończyn i pustych oczu umierających ludzi, zniekształconych twarzy, wystających kości. Po pierwszej godzinie lawirowania pomiędzy ułożonymi równo rannymi i nasuwania białych prześcieradeł na ciała tych, którzy polegli w ostatecznej walce o przetrwanie, miała ochotę znów się rozpłakać – powstrzymywana wyłącznie świadomością, że tutaj i tak nikt by tego nie zauważył. Zresztą: jak mogłaby płakać nad sobą, podczas gdy cała jej rodzina przetrwałą nocną rzeź – a otaczały ją niezliczone twarze tych, którzy w półmroku rozrzedzonym drżącym światłem magicznych kul, pośród zniszczenia i duchoty podziemnego pomieszczenia, żegnali po raz ostatni swoich najbliższych?
Jednego z nich dostrzegła przypadkiem; przechodząc pomiędzy potrzebującymi i szukając tych, którzy wymagali jej uwagi najbardziej, zatrzymała spojrzenie na kucającym mężczyźnie, w jego oczach – przekrwionych (od łez czy zmęczenia – nie była w stanie stwierdzić) – wychwytując coś znajomego, odbijającego się też w drżeniu ściskającej szmatkę dłoni, dygotaniu palców ozdobionych połyskującymi słabo pierścieniami. Zwolniła kroku, rejestrując, że nachylał się nad kobietą – jedną z tych, których uzdrowiciele oznaczyli jako cichnących, przewidując, że nie dożyją poranka. Kiedy po raz pierwszy usłyszała to określenie, miała ochotę krzyczeć, że byli bezduszni – ale teraz, po paru godzinach, wywoływało w niej wyłącznie spokój; otaczające ją emocje w ogóle zdawały się stracić na intensywności, prześlizgując się obok tak, jakby była otoczona niewidzialną bańką. Przeczuwała, że miały wrócić – uderzyć niespodziewanie gdzieś między nocą a świtem, gdy zaśnie wreszcie w ciepłej pościeli własnego łóżka – ale póki co odpychała je od siebie, całą energię przelewając w podawanie eliksirów, rzucanie prostych zaklęć i oczyszczanie zabrudzonych ran.
Proszę – odezwała się cicho, nawet nie wiedząc, w którym momencie znalazła się tuż przy kucającym mężczyźnie (jego włosy opadały mu na oczy podobnie, jak robiły to wiecznie za długie kosmyki Timothy’ego; pamiętała, jak się na nie irytował, pochylając się nad stronami ukochanych książek). Wyciągnęła rękę, koniuszkami palców dotykając wilgotnej szmatki, a później starając się ostrożnie wyłuskać ją z męskiego uścisku. – Pomogę – dodała, poprawiając uchwyt na chłodnym materiale i przybliżając go do ust nieprzytomnej kobiety – ostrożnie i pewnie jednocześnie (za którymś razem nauczyła się, jak nie zrobić im krzywdy, i przestała się bać, że uczyni to niechcący). – To… ktoś panu bliski? – zapytała, unosząc spojrzenie na czarodzieja, choć odbijający się w tęczówkach ból odpowiadał za niego.




i nie wiem o czym myśleć mam
żeby mi się przyśnił taki świat
w którym się nie boję spać
Leonie Wilde
Zawód : kursantka uzdrowicielstwa
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
tańcz ze mną
sekundy pędzą
no tańcz
potem powróci mój
szary świat
OPCM : 2 +1
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 11
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11260-leonie-wilde https://www.morsmordre.net/t11278-bard#346707 https://www.morsmordre.net/t11268-nie-pytaj-mnie-co-bedzie-jutro#346372 https://www.morsmordre.net/f427-pokatna-12-mieszkanie-nad-esami-i-floresami https://www.morsmordre.net/t11270-skrytka-bankowa-nr-2462 https://www.morsmordre.net/t11269-leonie-wilde
Re: someone will remember them [odnośnik]10.08.22 20:34
I dla niego był to koniec świata. Jego prywatnego świata w małej skali, tak samo jak całego świata, na który składały się życia znanych i nieznanych, obcych i bliskich.
Mówiono, innego końca świata nie będzie; teraz mogą już tylko się w tym końcu pogrążyć - bądź doprowadzić do nowego początku?
Nie usłyszał jej proszę, wciąż zamroczony walką z samym sobą; próbował się przemóc, zmusić do tego, by ulżyć mamie w cierpieniu choć tak - jednym prostym gestem. Jeśli dotknie jej teraz, to czy rozpadnie się pod jego dotykiem, czy może sprawić jej większe cierpienie?
Oddałby wszystko, żeby potrafić rzucić zaklęcie uśmierzające ból, nie miał bowiem najmniejszych wątpliwości, że jeśli w ogóle uzdrowiciele dysponowali w tym miejscu takimi eliksirami, to bez wątpienia potrzebne były osobom, których krzyk odbijał się głucho od ścian londyńskiego metra; ona była cicha, gdyby nie rany na twarzy, ktoś mógłby pomyśleć, że jedynie śpi, bądź, że zasnęła już na wieczność.
Najpierw dostrzegł drobne, szczupłe dłonie, smukłe palce poplamione niknącym echem atramentu; w pierwszym odruchu zacisnął ręce mocniej na wilgotnym materiale, nie pozwalając sobie odebrać szmatki; chciał zrobić to sam. Odpuścił dopiero po chwili, poddając się niechętnie, ale przecież wiedział, widział, że nie był w stanie samodzielnie wykonać tak prostej czynności. Jedynej, która leżała w zasięgu jego możliwości, tych jednak pozbawił się sam.
Potrzebował tej pomocy.
Zmęczone, przekrwiony oczy oderwał z trudem od matczynej sylwetki; stała przy nim dziewczyna, młoda, tak bardzo młoda, że mimowolnie pomyślał o tym, że przecież nie powinno jej tu być, że jej miejsce było w Hogwarcie, a nie w trzewiach Londynu, trawiącego ciała naznaczone śmiercią.
Nie powinno tu być żadnego z nich; to wszystko, co doprowadziło do tego momentu, nie powinno się było nigdy wydarzyć; mógłby bez końca listować, co jeszcze nie powinno zaistnieć. Ale jakie to miało znaczenie - skoro już się wydarzyło?
Na jej widok, czyjejś siostry, córki, której właśnie odebrano całe życie (jeszcze wczoraj całe było przed nią, czego miała wyczekiwać dzisiaj?), poczuł ucisk w klatce piersiowej; nie w samym sercu, to, wbrew prawom anatomii, zdawało się nie poruszać, zamarło na widok matki już wcześniej, krew jednak odpływała z jego policzków powoli, niespiesznie bieląc je rozpaczą i przerażeniem.
Zwrócił uwagę na to, że chusta drobnej blondynki miała kolor letniego słońca, obserwowanego z kojącego cienia; żółta, słoneczna, pogodna, drobny akcent, który kontrował czerń pogrzebowych nastrojów. I jeszcze ten warkocz, złocisty warkocz, zaplatany tak, jak nosiła go Jodie; bardziej umiejętnie niż zaplatał go siostrze on sam, próbując okiełznać kosmyki, wymykające mu się z palców jak łany pszenicy.
Natrętne pytanie powróciło, gdy nieprzytomnie wpatrywał się w spokój dziewczęcej twarzy - ile mogła mieć lat? Odpowiedź wciąż jednak pozostawała tak samo prosta; za mało.
A jednocześnie wystarczająco dużo, by potrafić odnaleźć się w tej sytuacji lepiej niż on, choć to nie musiało mieć, a właściwie najpewniej nie miało, nic wspólnego z wiekiem.
- Nie - zaprzeczył szybko, jednocześnie zaprzeczając samemu sobie; emocjom, których nie próbował nawet kontrolować, a które pozostawały tak łatwe do odczytania; bał się tak, jak można lękać się o kogoś, kogo kocha się całym zamarłym z przerażenia sercem - tak - rzucił już ciszej, niechętnie, po chwili; dlaczego w pierwszym odruchu wyparł się prawdy?
Prawdy?
Jakby szukając potwierdzenia, pochylił głowę, snując się wzrokiem po rękach rannej; naznaczonych upływem czasu i ciężką, fizyczną pracą - czy nadal pachniały ziołami? I dlaczego na palcu serdecznym jedynie odznaczał się ślad po obrączce - dlaczego, skoro tata złożył obietnicę miłości, ofiarowując jej najcenniejszy pierścień, który dla nikogo poza tą dwójką nie miał żadnej wartości? Kto pokusiłby się o kradzież wierzbowej obrączki? Kawałka drewna?
Zaczerpnął oddech, głębiej; niepewność wkradła się w jego myśli, jednocześnie rozświetlając je przebłyskiem nadziei.
- Nie wiem - i to najbliższe było prawdzie, której tak usilnie szukał. Nie wiedział też, czy prowadził dialog, czy monolog; czy mówił do siebie, czy do Leonie. - Moja mama... nosiła taką samą sukienkę - tak samo zieloną, choć wcale nieidentyczną, pamięci umknęły szczegóły; kształt i rozstaw guzików, owal kołnierzyka czy długość - nieznacznie za kolano, nie do połowy łydki. We wspomnieniach była tylko ta plama zieleni, ciepły uśmiech i cicha melodia piosenki, którą nuciła, żeby ciasto lepiej wyrosło. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo absurdalnie zabrzmiało to zdanie, ale to, czego nie wypowiedział na głos, łatwo dało się odczytać z linijek pomiędzy wierszami; sukienka była tylko czymś, co najpierw zwróciło jego uwagę, a pozostałych podobieństw było zbyt wiele, aby egoistycznie odetchnąć z ulgą i ruszyć dalej. - Jej twarz... - spojrzenie pociemniało; zadarł głowę wyżej, raz jeszcze odnajdując niebieskie tęczówki dziewczyny, która została tuż obok, okazała mu zainteresowanie, tak, jakby nie zważając na własną historię, była gotowa udźwignąć ciężar jego opowieści.
Przysiągłby, że rozpoznał mamę po oczach (jak mógłby pomylić je z tymi należącymi do kogokolwiek innego?), ale rany zniekształciły rysy twarzy, sprawiły właściwie, że twarz stała się bezkształtna, że rysy przestały istnieć, niknąc pod opuchlizną, zaschniętą krwią i tą brudną, paskudną mazią, sączącą się z prawego policzka.
Cichła; nie znał tego określenia, w istocie jednak tak właśnie było; życie milkło w niej powoli, ostatecznie. I dla niej kończył się dzisiaj świat.




gwiazdy były nisko jak gołębie
ludzie smutni nachylali twarz
i szukali gwiazd prawdziwych w głębi
z tym uśmiechem, który chyba znasz
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
hope is the only thing
stronger than fear
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: someone will remember them [odnośnik]25.08.22 11:20
Dłoń zaciśnięta mocniej na kawałku wilgotnej tkaniny sprawiła, że się zawahała; palce znieruchomiały na moment, zawieszone w przestrzeni pomiędzy nimi, ponad unoszącą się ledwie zauważalnie klatką piersiową pozbawionej imienia kobiety. Takich jak ona było tu więcej: ludzi ranionych okrutnymi klątwami, z kończynami i klatkami piersiowymi zmiażdżonymi przez odłamki kruszejących budynków, z twarzami pokiereszowanymi od uroków, ze skórą poparzoną bojowymi eliksirami; czarodziejów i mugoli, kobiet i mężczyzn, starców i dzieci – ostatkami sił trzymających się życia, które i tak ostatecznie miało uciec im spomiędzy palców. Kiedy usłyszała o tym po raz pierwszy, chciała protestować, spoglądając na zaciętą twarz matki z niedowierzaniem; wiedziała przecież, zdawała sobie sprawę, że gdyby tylko mieli wystarczająco dużo mikstur i uzdrowicieli, niemal wszystkich tych ludzi dałoby się uratować. Niesprawiedliwość sącząca się z szarego sufitu i chowająca w ciemnych kątach budziła wewnętrzny opór, zaraz potem przeradzający się w bezsilność: lepką, gorzką; sprawiającą, że czuła się tak, jakby tony wiszącego nad jej głową betonu i stali opadły wprost na jej ramiona. Bierne czekanie na śmierć wydawało jej się gorsze niż sam moment, w którym nadchodziła, a gdy patrzyła na twarz pochylonego nad kobietą mężczyzny, nabierała pewności, że tak właśnie było. Jak jej matka radziła sobie z tym każdego dnia, od lat?
Spięte mięśnie rozluźniły się wreszcie, uwalniając zwilżony materiał; owinęła go wokół dłoni, żeby ostrożnie dotknąć nim ust kobiety, schłodzić rozpalone gorącem policzki. Ślady znaczące napuchniętą skórę wyglądały jak magiczne poparzenia, choć takich nie widziała jeszcze nigdy w życiu; w nabrzmiałych skaleczeniach gromadziła się ropa, jej matka mówiła, że rana była zainfekowana, że trucizna dostała się już do reszty organizmu, niszcząc go od środka. Leczenie istniało, ale było niemożliwe do przeprowadzenia w tych warunkach, zresztą: szansa na odwrócenie procesu była zbyt mała, by uzasadniała zużycie tak dużej dawki leczniczych eliksirów. Mogli jedynie uśmierzać ból i czekać, aż sam ustanie. Aż wszystko ustanie.
Uniosła głowę z zaskoczeniem, gdy z ust mężczyzny wypadło zaprzeczenie; rozchyliła usta, chcąc zapytać, czy był więc magomedykiem, ale zanim zdążyłaby to zrobić, dotarło do niej niewyraźnie tak. A więc nie wiedział; nie zdziwiło jej to, poraniona twarz mogła należeć do kogokolwiek. Spojrzała na nią raz jeszcze, na zieloną sukienkę i jasne ramiona, starając sobie przypomnieć wszystko, co mogłaby o niej wiedzieć. Pamiętała moment, w którym ją przynieśli, ją – i kilkoro innych, którzy leżeli już przykryci białymi prześcieradłami, albo mieli więcej szczęścia i dochodzili do siebie po drugiej stronie, za rzędem prostokątnych kolumn. Większość miała podobne poparzenia, wybuch mikstury, atak, nieudana próba odwrotu. – Przynieśli ją z Mostu Londyńskiego – powiedziała, odnajdując wzrokiem parę jasnobrązowych tęczówek; było w nich coś znajomego, coś, co kojarzyło jej się z drewnem książkowych regałów i szeleszczącym pod palcami pergaminem. Ale był też żal – i nadzieja, tląca się tak samo słabo, jak słabo tliło się uchodzące z kobiety życie. – Podobno był tam wybuch, w tamtą noc. – Słyszała, że most już nie istniał; że zapadł się na skutek eksplozji, a powykręcana konstrukcja runęła do Tamizy. Według niosących się metrem szeptów, runęła też część najbliższych budynków, a spod gruzów wciąż wyciągano ludzi. I ciała. – Pana mama mieszkała w pobliżu? Albo pracowała? – zapytała; może to mogło go nakierować, czystki rozpoczęły się późno w nocy, w czasie, kiedy niewielu przechadzało się po ulicach. Jeśli kobieta tam była, to prawdopodobnie musiała znaleźć się na moście z jakiegoś powodu – albo próbować tamtędy uciec, przedostać się do dalszych, spokojniejszych dzielnic miasta. – Jeśli miała coś przy sobie, to będzie tam, pod tamtą ścianą – dodała, wskazując na piętrzącą się niedaleko stertę: torebek i płaszczy, teczek, szalików, kapeluszy; niepodpisanych i nieposegregowanych, odrzuconych bezładnie i w pośpiechu, w chaosie rozpętującym się za każdym razem, gdy przynoszono nowych rannych. Stos rzeczy, które kiedyś dla kogoś stanowiły wartość, a dzisiaj – nie miały jej wcale, nie będąc w stanie ukoić straty ani wyleczyć ran; nie mogąc przywołać właścicieli do życia.
Przełożyła szmatkę do drugiej dłoni, na chwilę odrywając ją od ust kobiety. Bezwładnie dłonie drgnęły spazmatycznie, klatka piersiowa uniosła się szybciej, w niespokojnym oddechu; spomiędzy warg wymknęło się ciche jęknięcie. Wiedziała, co to oznaczało. – Pomogę jej z bólem – wyjaśniła, nie chcąc, żeby wyciągnięta zza paska spódnicy różdżka wywołała zdenerwowanie; nie powinna używać magii poza szkołą, wiedziała o tym – ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że dookoła było jej tyle, że jej zaklęcie zgubi się pośród dziesiątek podobnych inkantacji. – Subsisto Dolorem – wyszeptała, przysuwając ostrożnie brezylkowy koniec do odsłoniętej szyi, tuż ponad kołnierzykiem; obserwując, jak oddech kobiety się uspokaja, staje się płytszy, cichszy. Ciało rozluźniło się, sprawiając złudne wrażenie, że było lepiej – choć w rzeczywistości każdy wyszarpany od losu oddech wciąż przybliżał ją do nieuchronnego końca.




i nie wiem o czym myśleć mam
żeby mi się przyśnił taki świat
w którym się nie boję spać
Leonie Wilde
Zawód : kursantka uzdrowicielstwa
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
tańcz ze mną
sekundy pędzą
no tańcz
potem powróci mój
szary świat
OPCM : 2 +1
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 11
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11260-leonie-wilde https://www.morsmordre.net/t11278-bard#346707 https://www.morsmordre.net/t11268-nie-pytaj-mnie-co-bedzie-jutro#346372 https://www.morsmordre.net/f427-pokatna-12-mieszkanie-nad-esami-i-floresami https://www.morsmordre.net/t11270-skrytka-bankowa-nr-2462 https://www.morsmordre.net/t11269-leonie-wilde
Re: someone will remember them [odnośnik]14.12.22 15:53
Jakaś część niego odetchnęła z ulgą, gdy mógł na chwilę odwrócić wzrok, skoncentrować się na zieleni rękawów, na dłoniach, których nie sięgnęło żadne zaklęcie; miał ochotę spleść je ze swoimi jeszcze teraz, póki były ciepłe, póki nie ucichło w nich życie. Niepokój podszeptywał mu, iż niewiele czasu już zostało, natrętne ile powracało w myślach. Ostatecznie ośmielił się jedynie przysunąć rękę nieco bliżej, na tyle, by opuszek palca dotknął kości nadgarstka, odznaczającej się wyraźnie; pamiętał to, co mówiła mu kiedyś babcia - że po tym można poznać, jak ciężkie ktoś miał życie, ile fizycznej pracy musiał wykonywać.
Przynieśli ją z Mostu Londyńskiego.
- Nie miałaby czego szukać w okolicy - wykrztusił z siebie ze ściśniętym gardłem, gorączkowo zastanawiając się nad tym, która ze ścieżek przemierzanych na co dzień doprowadziłaby mamę akurat tam - to musiałby być okrutny przypadek - jeśli akurat tej nocy z jakiegoś powodu byłaby w pobliżu, z dala od portowego mieszkania Alfiego, od miejsca pracy; nadzieja nie przestawała się tlić, podsycona słowami dziewczyny zdawała się rosnąć, umacniać. Nadzieja i ulga; przestał już wstydzić się, że je odczuwa, że pragnie, by to ktoś inny umierał, by to nie była ona. - Słyszałem, że wysadzono przęsło Tower Bridge, ale najpewniej walka toczyła się też w pobliżu Mostu Londyńskiego - te dzielił od siebie jedynie jakiś kilometr, mógł tylko przypuszczać, że walczący rozproszyli się wzdłuż Tamizy, kierując się w stronę następnego strategicznego punktu. Poza tym, z jakiegoś powodu nawet londyńczycy często mylili ze sobą wspomniane dwa mosty, nie zdziwiłby się, gdyby w przekazywanych jej opowieściach zostały błędnie nazwane. - Gdyby to starcie skończyło się wcześniej... - gdyby wszystko poszło zgodnie z planem Ministerstwa... Przełknął ślinę, nie będąc nawet w stanie wyobrazić sobie tego wszystkiego - Londynem nie popłynęłaby rzeka krwi, a cały ocean. - Kupili czas - aurorzy, lecz też walczące tam osoby, które po różdżki sięgnęły w porywie serca, w obronie swego domu, wolności - i uratowali setki ludzi - może także jej życie, życie jego matki.
W zamyśleniu powiódł spojrzeniem w stronę chaosu stworzonego z kapeluszy, apaszek, torebek i plecaków, wszystkiego, na co nie było miejsca przy chorych; chciał wyłowić wzrokiem klasyczną, skórzaną torbę, takich jednak znajdowało się tam zbyt wiele, aby mógł je przeszukać, nie poświęcając na to wielu godzin.
- Dziękuję - skrzyżował własne spojrzenie z tym niebieskim, chcąc przekazać nie tylko werbalnie, lecz także poza ramami słów, jak bardzo jest wdzięczny za jej pomoc. Za uwagę, troskę oraz zrozumienie ofiarowane komuś, kto był jej przecież obcy - zarówno rannej, jak i jemu.
Subsisto Dolorem nie kojarzyło mu się z niczym, domyślał się jednak po słowach dziewczyny, że przynieść miało ukojenie, że powinno uwolnić od bólu. - Czy jest jakieś zaklęcie, które mogłoby pomóc jej zapaść w głęboki sen? - dzięki któremu powieki nie drżałyby tak, jakby musiały przykryć wszystkie najgorsze obrazy, wspomnienia z koszmarnej nocy; a oddech nie urywałby się co chwilę, w rytmie zatrzymującego się ze strachu serca. - Ile zostało czasu? - czy była w stanie to oszacować? Emocje zepchnął w głąb siebie, a pytanie zadał niemalże niewzruszenie; widział, jak to wszystko wyglądało - w jakim stanie jest ranna, z jakim trudem przychodziło jej zaczerpywanie następnego oddechu. Próbował się przygotować, chciałby chyba z numerologiczną precyzją policzyć, ile godzin jeszcze zostało, ile minut. Nie był gotowy na zaakceptowanie tego, że to równanie ze zbyt wieloma niewiadomymi.
Choć w tle nie wybrzmiewały żadne wybuchy, to miał wrażenie, że dziewczyna, którą tu spotkał, robi dokładnie to samo, co tamci ludzie na moście. Kupuje innym czas, oddala ich od śmierci na tak długo, na ile to realnie możliwe. Chłodna łza pociekła po policzku, znieczulony innymi bodźcami chyba nawet jej nie poczuł, a nawet jeśli, to nie miało to żadnego znaczenia.
Półkolistymi ruchami kciuka wciąż muskał nadgarstek kobiety, dostrzegając zmianę. Subsisto okazało się wystarczające - przez cały czas własnej bezczynności po prostu obserwował - jak ciało zaczyna unosić się i opadać się coraz wolniej, uwolnione od ciężaru bólu; jak powoli dryfuje w stronę nieprzerwanego snu.
- Mógłbym sprawdzić, czy nie ma czegoś przy sobie? - nie był pewien, na co liczy; chyba po prostu na cokolwiek, nim zacznie szukać igły w stogu siana. Ostrożnie chwycił za krawędź białego prześcieradła, przykrywającego ją tak, że naciągnięcie go na poszatkowaną ranami głowę zajęłoby tylko chwilę. Zielona szmizjerka przylegała do wychudzonego ciała; gdzieś na wysokości kości biodrowych, poniżej materiałowego paska, znajdowały się dwie kieszenie. Sięgnął do jednej z nich, wyciągając prostą, pozbawioną ozdób chusteczkę z naszytymi na niej inicjałami T. P.; w drugiej kieszeni krył się ciemnobrązowy paszport. Mugolski. Oddech przyspieszył, kiedy drżącymi rękami otwierał dokument; przez chwilę nie czuł niczego, wpatrując się bezmyślnie w zdjęcie obcej mu kobiety, Theodory Peregrine.
- To nie ona - a jeśli nie, to gdzie w takim razie była. Gdzie byli?




gwiazdy były nisko jak gołębie
ludzie smutni nachylali twarz
i szukali gwiazd prawdziwych w głębi
z tym uśmiechem, który chyba znasz
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
hope is the only thing
stronger than fear
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
someone will remember them
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach