Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
someone will remember them
AutorWiadomość
someone will remember them [odnośnik]18.07.22 23:09
{even in another time}

londyńskie metro - kryjówka i lazaret;
pierwsze dni po Bezksiężycowej Nocy, kwiecień 1957


Na londyńskie ulice wciąż spływał cień tamtej nocy; było tak, jakby nie miał opuścić ich nigdy, odciskając swoje krwawe piętno na każdym skrawku stolicy. Niektóre z bezwładnych ciał wciąż tłoczyły się w rynsztokach, powykrzywiane w pozach, w które ułożyły je ostatnie, ostateczne zaklęcia. A gdzieniegdzie jeszcze słychać było inkantacje wypowiadane to bezwzględnym, to zlęknionym głosem.
Zbierało mu się na mdłości; nie miał jednak pojęcia, który z czynników wpływał na to bardziej - odór rozkładu mniej poetyckiego niż ten moralny, czy może strach. O siebie (nie powinno go tu być, jak szaleniec wrócił do miejsca, z którego cudem udało mu się wtedy wydostać; nie miał żadnego planu na wypadek pochwycenia go przez ludzi Ministerstwa). Ale przede wszystkim o swoją rodzinę. Tamtej nocy próbował ich znaleźć, udało mu się nawet dotrzeć do kamienicy, w której rodzice mieszkali z Freddiem - drzwi do mieszkanie wprawdzie były otwarte, lecz nie w ten zachęcający do wstąpienia sposób; chwiały się na jednych zawiasach, w pomieszczeniu nie było ani śladu człowieka - jedynie harmider pozostawiony po pospiesznym przeszukiwaniu półek i szaf. Nie wiedział, czy to oni zgarniali wszystko do walizki, w szaleńczym tempie; nawet jeśli - to jednak nie wyjaśniało, co dokładnie stało się z drzwiami wejściowymi.
Nie zastał ich tam; poczuł, jak węzeł niepokoju zasupłuje się ciasno w krtani, choć może powinien czuć ulgę, że nie znalazł w mieszkaniu ich ciał bądź śladów krwi. Musieli opuścić kamienicę - więc w chwili przekraczania progu wciąż żyli; tu jednak domysły się kończyły, a zaczynał grząski grunt pytań, które stawiał samemu sobie, leżąc w ciasnej przestrzeni wagonu.
Odchodził od zmysłów, myśląc o wszystkich możliwościach; ostatecznie jednak, choć odwlekał ten moment jak najdłużej potrafił, odważył się, by wrócić na ulice, o których śnił wtedy każdej długiej nocy.
To Harriet dowiedziała się o tym miejscu; o kryjówce żywych i cmentarzysku martwych. Każdej z ulic zaznaczonych na mapie nauczył się na pamięć, a samą kartkę spalił. Bardziej gotowy nie będzie.
Stracił rachubę czasu już po czwartym skręcie, przez ramię oglądał się nieustannie, kroki stawiał zbyt wolno, choć starał się jak mógł najszybciej pokonać zdający się nie mieć końca dystans - dzielący go od stacji mugolskiego metra, wejścia niemal w całości zagruzowanego. Może celowo postarano się, by takie właśnie wrażenie sprawiało; by nikt niepowołany tam nie trafił.
Choć kilka razy minął taksujących go wzrokiem czarodziejów, żaden go nie zatrzymał; ostatecznie udało mu się tam dotrzeć, serce waliło głucho o klatkę piersiową, tak mocno, jakby zaraz miało z niej wyskoczyć. Wślizgnął się przez wejście, poślizgnął się na ukruszonym schodzie, a potem poczuł, jak coś wbija mu się w gardło. Różdżka. Na gadaj, kim jesteś i co tu robisz odpowiedział dopiero po chwili, gdy drewno wbiło się boleśnie w grdykę raz jeszcze; zapomniał, że przecież miał podać hasło.
Wejście było pilnowane, bo dalej, pod ziemią, kryły się setki ludzkich żyć.
Leżeli tam. W przeciwieństwie do ciał na powierzchni, te ułożono z szacunkiem - część była już pod białymi prześcieradłami, zarysowującymi kształt czyjegoś oddanego życia, część, natomiast, dygotała w bólach niemal konwulsyjnych, czekając na moment, w którym uzdrowiciele będą mogli poświęcić im trochę uwagi; jeśli jeszcze nie znajdowałeś się na skraju śmierci, musiałeś poczekać.
Palce zaciskał kurczowo na ich zdjęciu - starej, rodzinnej fotografii - rozpytując pośród wciśniętych pod ściany, opatulonych kocami ludzi o to, czy nie widzieli gdzieś jego bliskich; dlatego tu wrócił.
Bo choć jemu udało się wydostać, być może oni wciąż tkwili w Londynie, szukając drogi ucieczki; nie chciał myśleć o tym, że mogli być pod bielą któregoś z prześcieradeł, wypatrywał ich więc w twarzach ocalałych. Wtem jednak pewien detal przykuł jego uwagę.
Zielona sukienka, zielona jak kawałek rozbitego szkła, przez które jak przez lupę patrzyli w letnie dni pod słońce; i włosy, choć zlepione w strąki i pobrudzone zaschłym błotem, to jednak wciąż dobrze mu znane; jasne kosmyki spięte w wysoki kok; czy to mógł być przypadek? Zatrzymał się w półkroku, zatrzymał też wzrok - na twarzy tak zmasakrowanej, że jedynie oczy i usta zdawały się być na właściwym miejscu.
To nie może być przecież... mama?
Co oni jej zrobili?
Jeśli to...
Torowanie sobie drogi pomiędzy rannymi nie należało do najłatwiejszych zadań; brakowało miejsca, stawiał więc kroki uważnie, powstrzymując się od rzucenia się w stronę rannej; w końcu jednak uklęknął tuż obok, z dłonią zawieszoną kilka cali nad tą należącą do kobiety. Chciał ją dotknąć; uścisnąć jej rękę, przekazać tym gestem, że jest tuż obok, ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie potrafił się na to zdobyć.
Miała zamknięte oczy.
Lecz klatka piersiowa wciąż się unosiła. Oddech wciąż żył.
Cofnął dłoń, zaciskając ją na kolanie; po jego policzku spłynęła tylko jedna łza. Był w szoku. Nie miał pewności, czy to naprawdę ona, ale wszystko zdawało się wskazywać na to, że tak, więc...
- Znasz ją? - choć pytanie nie brzmiało obcesowo, kobieta, która do niego podeszła, nie miała czasu do stracenia; patrzyła na niego jednocześnie łagodnie i surowo, wyczekując szybkiej odpowiedzi. Nim Lawrence otrząsnął się na tyle, by oderwać wzrok od...; by zogniskować wzrok na uzdrowicielce, ta zdążyła już bezceremonialnie wręczyć mu dzbanek z wodą i czystą, starannie złożoną szmatkę. - Pomożesz nam, każda para rąk się przyda; zwilżysz jej usta wodą, ostrożnie, tak, żeby nie dotknąć ran na twarzy, to nic trudnego - a potem pospiesznie ruszyła dalej, zostawiając go w tej samej ciszy. Otępiałe spojrzenie osadziło się na ściereczce, którą machinalnie zanurzył w wodzie; powolnym, niepewnym ruchem docisnął ją do brzegu naczynia, zostawiając szmatkę wilgotną, lecz nie ociekającą.
Dłoń zaczęła jednak drżeć, kiedy próbował zbliżyć materiał do ust kobiety; nie potrafił oderwać wzroku od rozległych ran wokół oczodołów, od zbierającej się w nich mazi o brudnym, mętnym kolorze.
Co oni ci zrobili, mamo?




I was a heavy heart to carry~
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
więc przez płonący las
przeprowadź mnie
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: someone will remember them [odnośnik]24.07.22 0:41
Trzynaście godzin minęło, odkąd pociąg Hogwart-Londyn zatrzymał się na stacji King’s Cross, żeby wyrzucić z siebie kilkanaście osób: milczącą grupę dzieciaków i nastolatków, niektórych wciąż ubranych w charakterystyczne, szkolne szaty, jeszcze nieświadomych, że po drugiej stronie ceglanego przejścia nie mieli spotkać mugoli, którzy mogliby zdziwić się na ich widok. Leonie była wśród nich – nieszczęśników, którym pozwolono na tydzień wrócić do Anglii, żeby wziąć udział w pogrzebach członków rodzin poległych w trakcie Bezksiężycowej Nocy (lekcje na ten czas odwołano, część profesorów również opuściła mury zamku; miały zostać wznowione w poniedziałek, choć samej Leonie wydawało się dziwne, że ktoś jeszcze pilnował dni tygodnia – bo odkąd bura sowa przyniosła list od rodziców, wszystkie zlały się w całość, jeden niekończący się ciąg bezsilności i strachu: o nich, o braci, o przyszłość).
Jeśli ktoś zapytałby, jak wyglądał koniec świata, odpowiedziałaby, że właśnie tak.
Ulica Pokątna była tak zniszczona, że w pierwszej chwili jej nie poznała; przykryta grubą warstwą pyłu z odłupanego zaklęciami tynku, wyglądała, jakby przysypał ją szary śnieg – pod nierównościami zasp skrywający sekrety tak straszne, że bała się choćby spojrzeć w ich kierunku. Główna witryna księgarni ojca była rozbita, na ostrych, szklanych szponach strzaskanej szyby migotało coś ciemnego i wilgotnego; kartki pozrzucanych z regałów książek trzepotały na wiosennym wietrze. Po sklepiku na rogu, w którym lubiła kupować pióra i atrament, pozostały gruzy: bezkształtna góra cegieł, powyginane kończyny metalowych szyldów, i szkło, wszędzie to szkło – chrupiące pod podeszwami szkolnych butów jak lód w środku zimy. Nim dotarła do domu, mieszkania cudem ocalałego z pogromu, chciała odwrócić się i pobiec z powrotem na dworzec – ale stalowe spojrzenie matki wystarczyło, żeby zmusić ją do stawiania kolejnych kroków (kiedyś je liczyła, skacząc po brukowej kostce tak, by palcami stóp nie zahaczyć przypadkiem o cienkie krawędzie; teraz nie było to możliwe, równe prostokąty załamały się, wykrzywiły, jak poskręcane korzenie leśnych drzew).
Pogrzeb Cardana zapamiętała jak przez mgłę, wiedząc jedynie, że płakała; świadomość, że starszy brat tak naprawdę żył, nie powstrzymała łez – wylewała je nad śmiercią Timothy’ego, nad końcem tego, co znała; opłakiwała smutne spojrzenie ojca i zaciśnięte mocno usta matki, nie wyobrażając sobie nawet, ile przeżyła w ciągu ostatnich dni. A później – nie musiała sobie wyobrażać, bo ledwie zapadł zmrok, z odrętwiającej apatii wyrwało ją znajome pukanie do drzwi – i już wiedziała, że musiały iść; jak wtedy, w wakacje, do dziewczyny ze złamaną nogą, do chłopca z klątwą Ondyny, do mężczyzny trafionego czarnomagiczną klątwą; ubrała się w pośpiechu, równie szybko podążając za matką londyńskimi ulicami (inne nie wyglądały wcale lepiej, na rogu dwóch alei kątem oka dostrzegła ułożone w stos ciała – i w którymś momencie przestała wierzyć, że istniało coś poza, że w Hogwarcie nadal podawano na śniadanie owocową owsiankę, i że w przyszłym tygodniu miał odbyć się długo wyczekiwany mecz Gryfonów ze Ślizgonami; myśl, że cały świat się nie zatrzymał, wydawała się jej absurdalna, niewłaściwa).
A kiedy, ślizgając się po luźnych skrawkach betonu, zeszła w podziemia londyńskiego metra, przestała zastanawiać się nad czymkolwiek.
Ogrom ludzkiego cierpienia w pierwszym momencie ją przytłoczył; zawiązana pospiesznie na głowie chustka (jasnożółta – jak barwy Hufflepuffu, albo bukiet mleczy, które parę miesięcy wcześniej podarował jej Timothy) odgarnęła z czoła luźne kosmyki splecionych w warkocz włosów, nie zdołała jednak ustrzec jej przed natłokiem myśli, widokiem powykręcanych kończyn i pustych oczu umierających ludzi, zniekształconych twarzy, wystających kości. Po pierwszej godzinie lawirowania pomiędzy ułożonymi równo rannymi i nasuwania białych prześcieradeł na ciała tych, którzy polegli w ostatecznej walce o przetrwanie, miała ochotę znów się rozpłakać – powstrzymywana wyłącznie świadomością, że tutaj i tak nikt by tego nie zauważył. Zresztą: jak mogłaby płakać nad sobą, podczas gdy cała jej rodzina przetrwałą nocną rzeź – a otaczały ją niezliczone twarze tych, którzy w półmroku rozrzedzonym drżącym światłem magicznych kul, pośród zniszczenia i duchoty podziemnego pomieszczenia, żegnali po raz ostatni swoich najbliższych?
Jednego z nich dostrzegła przypadkiem; przechodząc pomiędzy potrzebującymi i szukając tych, którzy wymagali jej uwagi najbardziej, zatrzymała spojrzenie na kucającym mężczyźnie, w jego oczach – przekrwionych (od łez czy zmęczenia – nie była w stanie stwierdzić) – wychwytując coś znajomego, odbijającego się też w drżeniu ściskającej szmatkę dłoni, dygotaniu palców ozdobionych połyskującymi słabo pierścieniami. Zwolniła kroku, rejestrując, że nachylał się nad kobietą – jedną z tych, których uzdrowiciele oznaczyli jako cichnących, przewidując, że nie dożyją poranka. Kiedy po raz pierwszy usłyszała to określenie, miała ochotę krzyczeć, że byli bezduszni – ale teraz, po paru godzinach, wywoływało w niej wyłącznie spokój; otaczające ją emocje w ogóle zdawały się stracić na intensywności, prześlizgując się obok tak, jakby była otoczona niewidzialną bańką. Przeczuwała, że miały wrócić – uderzyć niespodziewanie gdzieś między nocą a świtem, gdy zaśnie wreszcie w ciepłej pościeli własnego łóżka – ale póki co odpychała je od siebie, całą energię przelewając w podawanie eliksirów, rzucanie prostych zaklęć i oczyszczanie zabrudzonych ran.
Proszę – odezwała się cicho, nawet nie wiedząc, w którym momencie znalazła się tuż przy kucającym mężczyźnie (jego włosy opadały mu na oczy podobnie, jak robiły to wiecznie za długie kosmyki Timothy’ego; pamiętała, jak się na nie irytował, pochylając się nad stronami ukochanych książek). Wyciągnęła rękę, koniuszkami palców dotykając wilgotnej szmatki, a później starając się ostrożnie wyłuskać ją z męskiego uścisku. – Pomogę – dodała, poprawiając uchwyt na chłodnym materiale i przybliżając go do ust nieprzytomnej kobiety – ostrożnie i pewnie jednocześnie (za którymś razem nauczyła się, jak nie zrobić im krzywdy, i przestała się bać, że uczyni to niechcący). – To… ktoś panu bliski? – zapytała, unosząc spojrzenie na czarodzieja, choć odbijający się w tęczówkach ból odpowiadał za niego.




i nie wiem o czym myśleć mam
żeby mi się przyśnił taki świat
w którym się nie boję spać
Leonie Wilde
Zawód : kursantka uzdrowicielstwa
Wiek : 19
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
tańcz ze mną
sekundy pędzą
no tańcz
potem powróci mój
szary świat
OPCM : 2 +1
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 3
UZDRAWIANIE : 11
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11260-leonie-wilde https://www.morsmordre.net/t11278-bard#346707 https://www.morsmordre.net/t11268-nie-pytaj-mnie-co-bedzie-jutro#346372 https://www.morsmordre.net/f427-pokatna-12-mieszkanie-nad-esami-i-floresami https://www.morsmordre.net/t11270-skrytka-bankowa-nr-2462 https://www.morsmordre.net/t11269-leonie-wilde
Re: someone will remember them [odnośnik]Wczoraj o 20:34
I dla niego był to koniec świata. Jego prywatnego świata w małej skali, tak samo jak całego świata, na który składały się życia znanych i nieznanych, obcych i bliskich.
Mówiono, innego końca świata nie będzie; teraz mogą już tylko się w tym końcu pogrążyć - bądź doprowadzić do nowego początku?
Nie usłyszał jej proszę, wciąż zamroczony walką z samym sobą; próbował się przemóc, zmusić do tego, by ulżyć mamie w cierpieniu choć tak - jednym prostym gestem. Jeśli dotknie jej teraz, to czy rozpadnie się pod jego dotykiem, czy może sprawić jej większe cierpienie?
Oddałby wszystko, żeby potrafić rzucić zaklęcie uśmierzające ból, nie miał bowiem najmniejszych wątpliwości, że jeśli w ogóle uzdrowiciele dysponowali w tym miejscu takimi eliksirami, to bez wątpienia potrzebne były osobom, których krzyk odbijał się głucho od ścian londyńskiego metra; ona była cicha, gdyby nie rany na twarzy, ktoś mógłby pomyśleć, że jedynie śpi, bądź, że zasnęła już na wieczność.
Najpierw dostrzegł drobne, szczupłe dłonie, smukłe palce poplamione niknącym echem atramentu; w pierwszym odruchu zacisnął ręce mocniej na wilgotnym materiale, nie pozwalając sobie odebrać szmatki; chciał zrobić to sam. Odpuścił dopiero po chwili, poddając się niechętnie, ale przecież wiedział, widział, że nie był w stanie samodzielnie wykonać tak prostej czynności. Jedynej, która leżała w zasięgu jego możliwości, tych jednak pozbawił się sam.
Potrzebował tej pomocy.
Zmęczone, przekrwiony oczy oderwał z trudem od matczynej sylwetki; stała przy nim dziewczyna, młoda, tak bardzo młoda, że mimowolnie pomyślał o tym, że przecież nie powinno jej tu być, że jej miejsce było w Hogwarcie, a nie w trzewiach Londynu, trawiącego ciała naznaczone śmiercią.
Nie powinno tu być żadnego z nich; to wszystko, co doprowadziło do tego momentu, nie powinno się było nigdy wydarzyć; mógłby bez końca listować, co jeszcze nie powinno zaistnieć. Ale jakie to miało znaczenie - skoro już się wydarzyło?
Na jej widok, czyjejś siostry, córki, której właśnie odebrano całe życie (jeszcze wczoraj całe było przed nią, czego miała wyczekiwać dzisiaj?), poczuł ucisk w klatce piersiowej; nie w samym sercu, to, wbrew prawom anatomii, zdawało się nie poruszać, zamarło na widok matki już wcześniej, krew jednak odpływała z jego policzków powoli, niespiesznie bieląc je rozpaczą i przerażeniem.
Zwrócił uwagę na to, że chusta drobnej blondynki miała kolor letniego słońca, obserwowanego z kojącego cienia; żółta, słoneczna, pogodna, drobny akcent, który kontrował czerń pogrzebowych nastrojów. I jeszcze ten warkocz, złocisty warkocz, zaplatany tak, jak nosiła go Jodie; bardziej umiejętnie niż zaplatał go siostrze on sam, próbując okiełznać kosmyki, wymykające mu się z palców jak łany pszenicy.
Natrętne pytanie powróciło, gdy nieprzytomnie wpatrywał się w spokój dziewczęcej twarzy - ile mogła mieć lat? Odpowiedź wciąż jednak pozostawała tak samo prosta; za mało.
A jednocześnie wystarczająco dużo, by potrafić odnaleźć się w tej sytuacji lepiej niż on, choć to nie musiało mieć, a właściwie najpewniej nie miało, nic wspólnego z wiekiem.
- Nie - zaprzeczył szybko, jednocześnie zaprzeczając samemu sobie; emocjom, których nie próbował nawet kontrolować, a które pozostawały tak łatwe do odczytania; bał się tak, jak można lękać się o kogoś, kogo kocha się całym zamarłym z przerażenia sercem - tak - rzucił już ciszej, niechętnie, po chwili; dlaczego w pierwszym odruchu wyparł się prawdy?
Prawdy?
Jakby szukając potwierdzenia, pochylił głowę, snując się wzrokiem po rękach rannej; naznaczonych upływem czasu i ciężką, fizyczną pracą - czy nadal pachniały ziołami? I dlaczego na palcu serdecznym jedynie odznaczał się ślad po obrączce - dlaczego, skoro tata złożył obietnicę miłości, ofiarowując jej najcenniejszy pierścień, który dla nikogo poza tą dwójką nie miał żadnej wartości? Kto pokusiłby się o kradzież wierzbowej obrączki? Kawałka drewna?
Zaczerpnął oddech, głębiej; niepewność wkradła się w jego myśli, jednocześnie rozświetlając je przebłyskiem nadziei.
- Nie wiem - i to najbliższe było prawdzie, której tak usilnie szukał. Nie wiedział też, czy prowadził dialog, czy monolog; czy mówił do siebie, czy do Leonie. - Moja mama... nosiła taką samą sukienkę - tak samo zieloną, choć wcale nieidentyczną, pamięci umknęły szczegóły; kształt i rozstaw guzików, owal kołnierzyka czy długość - nieznacznie za kolano, nie do połowy łydki. We wspomnieniach była tylko ta plama zieleni, ciepły uśmiech i cicha melodia piosenki, którą nuciła, żeby ciasto lepiej wyrosło. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo absurdalnie zabrzmiało to zdanie, ale to, czego nie wypowiedział na głos, łatwo dało się odczytać z linijek pomiędzy wierszami; sukienka była tylko czymś, co najpierw zwróciło jego uwagę, a pozostałych podobieństw było zbyt wiele, aby egoistycznie odetchnąć z ulgą i ruszyć dalej. - Jej twarz... - spojrzenie pociemniało; zadarł głowę wyżej, raz jeszcze odnajdując niebieskie tęczówki dziewczyny, która została tuż obok, okazała mu zainteresowanie, tak, jakby nie zważając na własną historię, była gotowa udźwignąć ciężar jego opowieści.
Przysiągłby, że rozpoznał mamę po oczach (jak mógłby pomylić je z tymi należącymi do kogokolwiek innego?), ale rany zniekształciły rysy twarzy, sprawiły właściwie, że twarz stała się bezkształtna, że rysy przestały istnieć, niknąc pod opuchlizną, zaschniętą krwią i tą brudną, paskudną mazią, sączącą się z prawego policzka.
Cichła; nie znał tego określenia, w istocie jednak tak właśnie było; życie milkło w niej powoli, ostatecznie. I dla niej kończył się dzisiaj świat.




I was a heavy heart to carry~
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
więc przez płonący las
przeprowadź mnie
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
someone will remember them
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach