Wydarzenia


Ekipa forum
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956)
AutorWiadomość
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]17.08.22 22:10
Gruzja, Tbilisi
02.10.1956


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 44 +1
UROKI : 30 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]17.08.22 23:06
Mieli niewiele czasu. Dopiero dowiedzieli się o balu, na którym przedstawione miały być prawdziwe skarby rodu Romanowów, a już musieli układać plan. Szansa na to, że uda im się bezbłędnie przewidzieć wszelkie słabości ich dziedzica była niewielka. Nie da się też ułożyć planu posiadającego same mocne punkty mając jedynie dobę. Lucinda wiedziała, że będą musieli bardzo uważać. Co innego zakraść się do posiadłości, a co innego działać czując na sobie wzrok innych ludzi. Czarodziejów.
Zanim wrócili do swojej kryjówki blondynka stwierdziła, że musi znaleźć dla siebie odpowiednią kreację. Merlin jej świadkiem, że wybierając się na poszukiwania artefaktów nigdy nie zabierała ze sobą sukni mogących krępować jej ruchy w jakikolwiek sposób. Jeszcze nie wiedziała kim tak naprawdę się staną przekraczając próg posiadłości, kogo będą udawać. Wiedziała jednak, że jeśli nie chcą przyciągać zbytniej uwagi to muszą się prezentować tak dobrze jak inni. Drew nie chciał jej w tym towarzyszyć, nie zdołała go przekonać do tego by chociaż poświęcił chwile na znalezienie czegoś dla siebie. Machnęła w końcu ręką. Jeżeli przez jego wielką pewność siebie wpadną w tarapaty to zwyczajnie go tam zostawi i każdy sąd ją za to uniewinni. Całość zajęła jej niecałą godzinę i według niej trwało to zdecydowanie za długo. Wróciła do namiotu poddenerwowana, właściwie sama myśl o tym, że będzie musiała dźwigać te masy materiału i opinać się gorsetem sprawiała, że kobieta była zaledwie jeden oddech od rzucenia wszystkim o ścianę. Widok mężczyzny przeglądającego kartki, które udało im się zabrać z posiadłości trochę ją uspokoił. Podeszła do niego z lekko znudzoną miną i zerknęła przez jego ramię na trzymane w dłoniach kartki. – Czyli dziś znów głodujemy? – zapytała opierając brodę o jego obojczyk. Na szczęście dziś nie miała zamiaru kłaść się do łóżka z bólem brzucha i przyniosła coś więcej niżeli suszone mięso. Była jednak ciekawa jego odpowiedzi. Chociaż spodziewała się, że ten zdążył już o siebie zadbać w czasie jej nieobecności. Wyczekiwała kpiącej uwagi. Na początku ich znajomości nienawidziła tego tonu, sposobu w jaki rozmawia, to się jednak zmieniło. Łapała się na tym, że czeka co znowu palnie.
Musieli opracować jakiś plan i nie było to łatwe zadanie. Znaleźć jakiś środek w metodach, które stosują. Oczywiście nie doszli do pełnego porozumienia i wcale nie była tym zaskoczona. Zanim zaproponowała jakikolwiek posiłek mężczyzna stwierdził, że musi gdzieś iść, a ona nie pytała. – Postaraj się wrócić bez tęczy pod okiem, bo nie mam tu żadnej lampy, która mogłaby cię wyleczyć – ostrzegła i to był chyba jej sposób na powiedzenie tego by na siebie uważał. Sama zmęczona całym dniem wzięła kąpiel i położyła się do łóżka. Nie miała ładnych snów. Słoje pełne ludzkich organów pojawiały się w jej myślach bardzo realnie. Czuła jak stróżka zimnego potu spływa jej po plecach, a serce mocniej łomocze w piersi. Uspokoiła się dopiero gdy poczuła ciepły oddech tuż przy swoim uchu, a silna dłoń objęła ją w talii. Obudziła się i do rana nie mogła już zasnąć. A może zwyczajnie nie chciała?

***

Wieczór nastał zdecydowanie zbyt szybko. Nadal nie określili roli jakie będą pełnić na tym przyjęciu. Zaproszenia nie były imienne, ale podejrzewała, że będą musieli przed wejściem się przedstawić. – Wymyśliłeś już kim dziś będziesz? Kim ja będę? – widząc delikatny uśmiech pojawiający się na jego ustach wyciągnęła w jego stronę rękę. – Bez głupot. Już i tak muszę nosić to – dodała zapinając klips na uchu. Nienawidziła sabatów, balów, przyjęć w pałacach. Nie istniały sztywniejsze imprezy. – Mam nadzieje, że nie wystroiłam się tak na stypę. – dodała mrużąc lekko oczy. Obrazy z poprzedniego dnia wciąż do niej wracały. Nie należała do tych delikatnych, ale nawet ona miała swoje granice. Nawet nie chodziło o sam widok co o poczucie bezradności i kompletnej dezorientacji. Po co ktoś coś takiego robi? Na myśl przychodziło jej jedynie nakładanie klątw, ale nawet nie znała tego rodzaju przekleństw. Nikt nie potrzebował aż takiej kolekcji.
Mężczyzna jeszcze się nie przebrał, ale wiedziała, że nie ma sensu go popędzać. Sam równie mocno znał ryzyko i konieczność zaangażowania się. W końcu to on ją tutaj ściągnął, to on potrzebował jej pomocy. – Mam coś dla ciebie – powiedziała podchodząc do niego z lekkim wahaniem. To nie było w ich stylu, ale wiedziała, że dzisiejszej nocy mu się to przyda. – Pomyślałam, że będzie pasować… - zaczęła wyciągając w jego stronę srebrną maskę przedstawiającą lisa. - … przebiegły lis. – dodała uśmiechając się do mężczyzny szeroko. W końcu to był bal maskowy.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 44 +1
UROKI : 30 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]02.09.22 22:57
Mimo wielu przemyśleń na temat pałacu dziedzica oraz jego zawartości, ani razu nie przyszło mi na myśl, że możemy znaleźć równie ciekawe, co drastyczne znalezisko. Zastanawiałem się na cholerę były mu ludzkie szczątki i czy pochodziły z przypadkowych osób, czy też wrogów, którzy zaszli mu za skórę. Taki miał sposób na radzenie sobie z niewygodnymi ludźmi? Czy też zajmował się tym bardziej biznesowo? Nie krytykowałem bez poznania powodu, sam korzystałem z ingrediencji, dlatego jakakolwiek negatywna uwaga postawiłaby mnie w świetle zwykłego hipokryty. Inaczej, gdyby okazał się zwykłym kolekcjonerem – wobec tego nie byłbym już równie wyrozumiały.
Widziałem po dziewczynie, że widok ją przeraził, poruszył. Czyżby dotknął wrażliwej natury? Sam nie zaczynałem tematu i szczerze liczyłem, iż sama rozpocznie dyskusje, kiedy tylko będzie na nią gotowa. Oczywiście była ona istotna, jednak bez posiadania szczegółowych informacji mogliśmy snuć tylko i wyłącznie domysły, a takie nic nie wniosłyby do planu jutrzejszej misji. Jeśli więc chciała tamten widok wyprzeć z pamięci, to nie mogłem jej tego zabronić; właściwie byłoby to nawet lepsze, gdyby miał ją rozpraszać.
-Niestety- odparłem z nutą sarkazmu posyłając jej przeciągłe, znudzone spojrzenie. Doskonale wiedziała, że nie miałem ręki do kuchni, a mimo to nieustannie namawiała mnie na przyrządzenie jakiegoś dania. -Chciałeś mnie otruć- dodałem nieudolnie naśladując ton jej głosu. Z pewnością właśnie to stwierdzenie padłoby z jej ust, gdyby tylko spróbowała mojego specjału. Poszukiwania przyzwyczaiły mnie do drobnych, szybkich przekąsek, choć nie obraziłbym się, gdyby wzięła sprawy w swoje ręce i przyrządziła coś smaczniejszego jak suszone mięso. -Mogłabyś coś upichcić zamiast przymierzać kiecki- uniosłem wymownie brew, po czym ująłem w dłoń zapisane kartki i lekko nimi poruszyłem. -Kiedy ty przyglądałaś się w lustrze ja pracowałem- rzuciłem zgodnie z prawdą, choć skłamałbym myśląc, że robiła to tylko i wyłącznie dla przyjemności. -Swoją drogą, pękło?- spytałem próbując zachować poważny wyraz twarzy, ale finalnie wygiąłem wargi w ironicznym wyrazie.
Momentalnie naszła mnie pewna myśl, rzecz, jaką pragnąłem sprawdzić przed jutrzejszą wyprawą. Dopiwszy resztkę ognistej wstałem na równe nogi, po czym narzuciłem na ramiona płaszcz i skierowałem się do wyjścia. -Niedługo będę- rzuciłem nie tłumacząc się ze swych zamiarów. Nie musiała przecież wiedzieć wszystkiego. Kpiący komentarz przyjąłem z przymrużeniem oka, nie dało się ukryć, że tamta sytuacja była kuriozalna i będzie mi ją jeszcze wiele lat wypominać.
-Jeśli chcesz kogoś zaprosić to się pośpiesz i pozbądź nim wrócę- dodałem na odchodne, po czym opuściłem namiot.
***
Dzień minął zdecydowanie zbyt szybko. Boląca głowa nie dawała o sobie zapomnieć, dlatego jedyne czego mogłem żałować to tego paskudnego alkoholu, który zamówiłem w lokalnym barze. Pragnąłem podsłuchać rozmowy mieszkańców, aby dowiedzieć się czegoś więcej o wieczornym balu i przy okazji w samotności skupić się na planie i choć nie udało mi się w pełni zrealizować założeń, to byłem zadowolony z rezultatów. W końcu jeszcze do późnego wieczora nawet nie mieliśmy bladego pojęcia, z jakiego powodu organizowane jest przyjęcie. -Jeśli co miesiąc ktoś umiera, a dziedzic z tej okazji organizuje maskaradę, to jest na to szansa- rzuciłem chwytając jej dłoń, po czym nieznającym krępacji wzrokiem powiodłem wzdłuż jej sylwetki. Wyglądała olśniewająco, choć nie lepiej niżeli bez żadnej odzieży. -Możesz w tym oddychać?- dopytałem przygryzając wargę, aby się nie roześmiać. -Nigdy nie zrozumiem, dlaczego kobiety tak bardzo lubią rezygnować z wygody- wzruszyłem ramionami, po czym upiłem łyk trunku trzymanego w drugiej ręce.
Zmrużyłem oczy, kiedy wspomniała o niespodziance – cóż musiała zdawać sobie sprawę, iż bardzo ich nie lubiłem. Nie odezwałem się jednak, nim nie pokazała mi maski, którą przygotowała specjalnie na dzisiejszy wieczór. Skłamałbym twierdząc, iż nie byłem jej za to wdzięczny, albowiem w tego typu sprawach byłem kompletnie zielony. Nie trafiały do mnie argumenty związane z zachowaniem elementu tajemniczości, bowiem nie prościej było wypić eliksir wielosokowy tudzież użyć metamorfomagii? Z resztą co to za przyjemność nie mogąc wiedzieć z kim się rozmawia? Dużo czytałem z mimiki twarzy, a maski wiele utrudniały. -Lis- odparłem unosząc nieznacznie kącik ust. Zdawała sobie sprawę, że był on moim patronusem? Nie przypominałem sobie, abym rzucał go w jej obecności. -Skąd wiedziałaś?- musiałem dopytać, bowiem nie sądziłem, aby był to przypadek. W ramach podziękowania musnąłem jej wargi i odwróciłem się kierując do drewnianej skrzyni, w której trzymałem ubrania. -Dla siebie przygotowałaś maskę buchorożca?- zaśmiałem się pod nosem przerzucając czarne szaty. Pamiętałem, że zabrałem jedną, jaka mogła nadać się na bal, a przynajmniej tak było w mojej opinii. Nie chodziłem na podobne wydarzenia, dlatego nigdy nie kupiłem w tym celu odpowiedniego stroju.
Zapinając ostatnie guziki koszuli zerknąłem przez ramię na dziewczynę i ponownie zmierzyłem ją wzrokiem. Wyglądała pięknie, przez moment nawet pożałowałem, iż musieliśmy gdziekolwiek iść.
-Jeśli przed wejściem faktycznie będą pytać o personalia, to musimy improwizować. Szczerze liczę, że wystarczy samo dostanie się na teren pałacu i zastanawiam się, czy nie ruszyć tą samą drogą co ostatnio. Nie znamy tu kompletnie nikogo, zmierzenie się z służbą sprawdzającą gości będzie zbyt ryzykowne. Sam brak akcentu- zasugerowałem. -Jeśli jednak wystarczy zaproszenie, to rozwiąże wiele problemów. Masz je?- unosiłem pytająco brew licząc, że nie zapomniała o najważniejszym, kiedy tak stroiła się w tę biżuterię. -Pewnie niejeden amant straci dla ciebie głowę, może dzięki temu uda ci się zadowolić rodzinę? Bajecznie bogaty obcokrajowiec- wywróciłem oczami na samą myśl, po czym zbliżyłem się do niej i nachyliłem w kierunku ucha. -Nie zdążą go poznać, nie łudź się- dodałem kąśliwe. -Ruszamy?- rzuciłem prostując się i podając jej dłoń.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +1
CZARNA MAGIA : 51 +4
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 12 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]18.10.22 23:44
W niewielu kwestiach pozwalała sobie na działanie po omacku, a odkąd właściwie opuścili Londyn czuła jakby ktoś zgasił wszystkie światła. Nie była pewna ich wspólnych działań, właściwie nie była nawet pewna swoich własnych. Zganiała wszystko na ryzyko, które przez lata stało jej się bliższe niż niejeden człowiek, ale tak naprawdę nigdy nie była w takiej sytuacji. Rzadko współpracowała z innymi poszukiwaczami, rzadko musiała robić to jawnie przy ludziach śledzących jej każdy krok i nigdy w tak cholernie niewygodnym ubraniu. Skłamałaby mówiąc, że czuje się pewnie chociaż nie miała zamiaru pokazywać tego ani przy towarzyszącym jej mężczyźnie, ani przed nikim innym. Lata ulegania manipulacjom i manipulowania innymi w szlacheckim otoczeniu nauczyły ją grać. Było też coś czego nie miała zamiaru mówić na głos. Nie wyobrażała sobie przegranej. Tak bardzo chciała, żeby dziś im się udało, tak bardzo chciała by znaleźli tę przeklętą wskazówkę, że była gotowa na naprawdę wiele. Dla niego, dla siebie i dla tych wszystkich ludzi, których ten gnój poćwiartował i zamknął w słoikach. Bardziej zależało jej na tym by zobaczyć twarz dziedzica zdającego sobie sprawę z tego, że stracił wszystko niż na muśnięciu palcem poszukiwanego skarbu. Miała nadzieje, że wewnętrzna motywacja, którą się kierowała przyniesie im dziś szczęście.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i wzruszyła nieznacznie ramionami. – Nie mogę – odpowiedziała, gdy mężczyzna chwycił jej dłoń. – Więc jak zemdleję to nie myśl sobie nawet, że to z twojego powodu – dodała spoglądając na niego przymrużonymi oczami. Tak naprawdę nauczyła się funkcjonować w takim odzieniu. Ponoć człowiek potrafił przyzwyczaić się do wszystkiego. Do gorsetu, do głupoty innych ludzi. Do towarzystwa. – Nie lubią. Kobiety rezygnują z wygody by mężczyźni mogli nacieszyć oko więc to wasza wina, a skoro jesteś tu jedynym mężczyzną to twoja. – dodała unosząc kącik ust w delikatnym, zadziornym uśmiechu.
Lucinda domyśliła się, że mężczyzna nie wpadnie na to by zorganizować sobie maskę. Wpadłby na coś na ostatnią chwilę, albo całkowicie by z niej zrezygnował. Nie mogli się jednak bez nich pokazać, bo po ostatniej żywej rozmowie z ich gospodarzem prawdopodobnie szybko zostaliby rozpoznani. Blondynka widziała na twarzy mężczyzny wahanie zdając sobie sprawę z tego, że nie przepada za niespodziankami. – Wiedziałam co? – zapytała, bo wybierając lisa nie myślała o patronusie ani innej magicznej formie. Dobrała go znając przede wszystkim cechy charakteru mężczyzny. Cóż… jedno nie wykluczało drugiego. Czując delikatny dotyk na wargach przymknęła oczy, a gdy się odsunął skinęła głową wiedząc, że to jego forma podziękowania. Na kolejne słowa mężczyzny parsknęła głośnym śmiechem zakrywając niemal od razu usta. Nie powinno jej to bawić, ale niestety w jej oczach od razu pojawiła się wizja tej absurdalnej sytuacji. – Tak… a ty będziesz mi towarzyszyć i nie odstąpisz mnie na krok więc to na ciebie będą patrzeć jak na skończonego idiotę, a nie na mnie. – dodała posyłając w jego stronę wymuszony, promienny uśmiech.
Kiedy mężczyzna w końcu się ubrał blondynka przystanęła obok spoglądając na niego z lekkim zaskoczeniem malującym się na twarzy. Wyglądał…inaczej. Nie przypominał dobrze znanego jej Drew. Czarna szata dodała mu powagi przez co jego źrenice zdawały się być jeszcze ciemniejsze, niemal czarne. Odwróciła spojrzenie nie chcąc dopuścić by ich oczy się spotkały. Po pierwsze wtedy na pewno ciężko byłoby jej wyjść z namiotu, a po drugie… już i tak miał wygórowane mniemanie o sobie samym.
Czarownica westchnęła głośno i skupiła się na przedstawianym przez mężczyznę planie. – Wątpię by udało nam się dostać na miejsce wejściem dla służby, a jak nas przyłapią ciężko będzie znaleźć wyjaśnienie dlaczego tam się znajdujemy. – odparła tak naprawdę chcąc zminimalizować ryzyko do zera. Wiedziała, że Drew nie będzie się wahał i jeśli będzie konieczność użyje magii przeciw innym tak jak to zrobił wczorajszego dnia. – Nie, zostawię je tutaj, żebyś mógł się głupio pouśmiechać przed wejściem. – odparła piorunując go wzrokiem, a po chwili wahania oddała mu złotą kopertę. I tak to on musiał ją wręczyć przy wejściu do posiadłości.
Słysząc kolejne zdanie przewróciła oczami mając już na końcu języka odpowiednią odpowiedź. Szept jednak zmienił jej nastawienie, bo w połączeniu z chłodnym spojrzeniem brzmiało to jak obietnica, a ona nie miała zamiaru sprawdzać na ile jej przemyślenia się sprawdzą. – Chyba zależy ci na tym bym kogoś znalazła – zaczęła chwytając go delikatnie za dłoń. – Wczoraj wręcz zachęcałeś mnie do tego bym kogoś tu zaprosiła, a dziś dajesz mi nadzieje na pojednanie z rodziną. Chyba mnie nawet namówiłeś. – dodała chwile przed tym jak się teleportowali.
Posiadłość prezentowała się jeszcze bardziej okazale niżeli poprzedniego dnia. Cały budynek był oświetlony, a przed bramą prowadzącą do wielkiego ogrodu znajdowała się niewielka kolejka ludzi pragnących dostać się do środka. Westchnęła i ostatni raz spojrzała na swojego towarzysza. Jej twarz zakrywała delikatna maska przypominająca łabędzia. Wiedziała, że o wiele lepszym wyborem była sowa, ale niestety widocznie w Gruzji nie przepadali za tym zwierzęciem, bo nigdzie nie mogła takiej znaleźć. Ujęła Drew pod ramię gdy ruszyli śladem innych. Z uwagą śledziła każdy krok przechodzących obok gości. Wszyscy wyglądali elegancko, a w rękach dzierżyli złote koperty, dokładnie takie same, jak ta którą znaleźli w posiadłości. Gdy przyszła ich kolej Drew podał jednemu z mężczyzn kopertę, a ten bez słowa otworzył zaproszenie i skinął delikatnie głową. Nie wiedziała czy wszystko poszło zgodnie z planem czy mężczyzna zwyczajnie odpuścił sobie dyskusję widząc spojrzenie Macnaira. Na szczęście dostali się do środka i nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że wstrzymywała oddech nim nie zakręciło jej się lekko w głowie. Wspięli się po szerokich schodach i przeszli przez zdobione drzwi prowadzące niemalże prosto do sali balowej. Sali, którą już zdążyła poznać. Coś jednak zmieniło się w samym miejscu. Prócz syto zastawionych stołów i delikatnej muzyki rozbrzmiewającej w całym budynku nic tu nie było normalne. Na sali panował delikatny półmrok, okrągłe stoły przykryte były teraz czarnymi obrusami, a kwiatki, które wczoraj tak pięknie się prezentowały teraz przypominały obumarłe badyle. Dodatkowo całe pomieszczenie bardziej przypominało cyrk niżeli salę balową. Gdzieniegdzie można było dojrzeć skąpo ubrane kobiety roznoszące na tacach kolorowe kieliszki, a przy długi schodach właśnie rozpoczynał się pokaz ognia. – Miałeś rację – szepnęła. – Trzeba było go ukatrupić przedwczoraj. – dodała spoglądając na mężczyznę z powątpiewaniem, bo to wszystko wychodziło poza jej rozumowanie.
Szlachcianka obróciła się delikatnie, gdy jedna z kobiet niosących tace podeszła do nich i zachęciła ich do chwycenia kolorowych kieliszków. Blondynka poszła za przykładem Drew i również sięgnęła po trunek, ale nie odważyła się wlać go sobie do gardła. Ruszyli w głąb sali, a Lucinda czuła, że ludzie im się przyglądają. Właściwie każdy tu przyglądał się każdemu chcąc dojrzeć pod maską twarz. Dotarli do stolika, który znajdował się najbardziej w cieniu, ale z którego mieli też dobry widok na całość. Wtedy to zobaczyła. Na delikatnym podeście stała gablota, a w niej rozłożone manuskrypty. Manuskrypty, które każdy mógł przeczytać, które każdy pewnie znał już na pamięć. Dziedzic był albo tak głupi, albo tak pewny tego, że nikt nie znajdzie chronionego przez pokolenia skarbu, że zamiast dbać o swoją poszlakę postanowił ukazać ją wszystkim. Blondynka mocniej ścisnęła ramię Drew wskazując wzrokiem to co dostrzegła. Nim jednak mężczyzna zdążył jakoś skomentować jej odkrycie muzyka ucichła, a po pomieszczeniu poniósł się donośny głos. – W końcu – zaczął dziedzic spoglądając na wszystkich zebranych. Nikt nie odpowiedział, wszyscy tylko mu się przyglądali. – Możemy świętować. – dodać, a po sali rozniósł się dźwięk uderzającego o siebie szkła.


Rzuć kostką k100:
1-30 – zaczynają się tańce. Ktoś nagle prosi cię na parkiet, a ty wiesz, że odmowa mogłaby łączyć się z demaskacją. Kiedy stajecie na parkiecie nagle muzyka się zmienia. Szybko okazuje się, że to Gruziński taniec narodowy.
31-50 – wypijasz kolorowy trunek z kieliszka. Rzuć kostką k6:
k1 – niebieski – po wypiciu szota czujesz jak ogarnia cię przeraźliwa potrzeba powiedzenia komuś prawdy na jego temat, powiedz to pierwszej osobie, którą napotkasz wzrokiem.
k2 – zielony – alkohol uderza ci do głowy, robi ci się bardzo gorąco, jesteś bardzo zmęczony. Zapominasz o celu swojej obecności marząc tylko o tym by wrócić do domu.
k3 – czerwony – po wypiciu alkoholu czujesz w powietrzu unoszący się zapach amortencji.
k4 – żółty – alkohol poprawia twoje umiejętności komunikacyjne, możesz opowiedzieć największe kłamstwo, a i tak każdy ci w nie uwierzy.
k5 – brązowy – po wypiciu alkoholu stajesz się bardzo towarzyski. Chcesz poznawać nowych ludzi, bawić się z nimi, tańczyć.
k6 – biały – na zdrowie!
51-100 – podchodzi do ciebie czarownica będąca jasnowidzem, chce przewidzieć dla ciebie najbliższą przyszłość. Posłuchaj przepowiedni, a potem dąż do jej zrealizowania.



Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 44 +1
UROKI : 30 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]02.11.22 21:16
Cel mieliśmy wspólny, nawet jeśli kierowaliśmy się innymi motywacjami. Osobiście nie poświęciłem analizie odkrycia zbyt dużej ilości czasu, bowiem niejednokrotnie już spotkałem się z podobnymi praktykami, choć może nie na podobną skalę. Jeśli ludzki szczątki miały pobudzić w niej wolę walki oraz nadzieję na wymierzenie sprawiedliwości, to nie zamierzałem jej tego odbierać. Dzięki temu rosła w siłę, była bardziej skupiona na planie, a każdy kolejny krok rozbudzał nie tylko adrenalinę, ale i apetyt. Dziedzic i tak miał zginąć, nie wyobrażałem sobie, aby po uzyskaniu wystarczającej ilości informacji czuć jego oddech na karku. Nie wiedzieliśmy co nas mogło później spotkać, może to co ujrzeliśmy było zaledwie skromnym wprowadzeniem do znacznie większej intrygi? Może ród Romanowów odnalazł źródełko fortuny w dostarczaniu ingrediencji, które nie mogły się skończyć? Selekcjonowali je na te pochodzenia mugolskiego, czarodziejskiego, goblińskiego? Dbali o jakość i świeżość? Niejednokrotnie spotkałem się z chłamem, który niszczył bazę i tym samym resztę składników. Pytań nasuwało się wiele, ale wciąż brakowało konstruktywnych odpowiedzi, dlatego póki co ten aspekt musieliśmy odsunąć na bok. Przysłonięcie sobie oczu chęcią wyrwania z ust dziedzica prawdy mogłoby zniweczyć całą misję, a nawet narazić nas na skończenie w jednym z jego eleganckich słoików. Szczerze wolałem tego uniknąć.
Nie zaskoczyła mnie, gdy przyznała rację. Nawet gdyby chciała kłamać, to nie było żadnej szansy, abym jej uwierzył. Wyglądała w tym gorsecie niebywale kusząco, ale jakby przykryć dół i zerwać górne odzienie, to przypominała wciśniętą w doniczkę mandragorę. Szczególnie, gdy otworzyła usta…
-Zastanawiam się, czy dożyję dnia, kiedy kobieta nie zrzuci na mnie winy, tylko obarczy ją siebie samą- rzuciłem z przekąsem poprawiając mankiety koszuli. -Nie musisz odpowiadać, właściwie to już dawno przestałem się łudzić- dodałem widząc, że już miała przygotowaną ripostę i zamierzała się nią podzielić.
-Lis jest moim patronusem- odparłem nie czując, iż muszę robić z tego tajemnicę. Fakt faktem dawno nie miałem okazji go wyczarować, ale nie zapomniałbym jego postaci. Wątpiłem w przypadki, ale jej zdziwienie potwierdziło, iż nie miała o tym pojęcia. Nie była, aż tak dobrą aktorką. -Masz nosa- dodałem w kwestii doboru maski, po czym słysząc jej śmiech sam wygiąłem wargi ironicznym wyrazie. Lubiłem w niej to, że miała do siebie dystans, bowiem w obecnych czasach mało kto potrafił podejść do siebie z dawką humoru. Nie wspominając już nawet o arystokracji i ich rozdmuchanym ego. -A zatem buchorożec i idiota. Brzmi jak para idealna, zrobimy furorę- pokręciłem głową w rozbawieniu, po czym sięgnąłem dłonią po kielich wypełniony trunkiem. Upiłem z niego kilka łyków wiedząc, że na trzeźwo nie byłem w stanie zdzierżyć tego marnotrawstwa czasu oraz galeonów. Szczerze liczyłem, iż szybko uda nam się odnaleźć jakieś wskazówki, złapać właściwy trop i uwolnić się z tańców wśród nadętych bufonów. Zachęcające w tych balach była tylko ilość dobrego, mocnego alkoholu, która zdawała się nie mieć końca. Ciężko było mi po równie krótkim czasie pobytu wziąć za pewnik opinię, iż czarodzieje w tych rejonach pili znacznie więcej, jednakże po wczorajszym wyjściu byłem gotów dłużej się temu przyjrzeć. Trunki rozwiązywały języki, umacniały przelotne znajomości, a takowe były najlepszym źródłem nie tylko plotek, ale i wartościowych informacji. Z resztą w każdej pogłosce było ziarnko prawdy, czego najlepszym dowodem były trwające poszukiwania.
-Jak lokaj ma widzieć, że się uśmiecham skoro będę mieć maskę?- spojrzałem na nią unosząc pytająco brew. -Zobaczy rozdziawione usta i dojdzie do wniosku, że chcę go wziąć na piękne oczy?- spytałem nie oszczędzając kpiny. -Chyba, że byłaby to wyjątkowo powabna lady, to faktycznie wystarczyłoby, że zerknęłaby w moje tęczówki- dodałem teatralnie rozmarzonym i pewnym siebie tonem, co mogła wyczytać z mimiki mojej twarzy. Żartowałem, lubiłem jej dogryzać szczególnie, gdy i ona nie pozostawała mi dłużna.
Krocząc wzdłuż alejki otoczonej równo przyciętymi, kwitnącymi na czarno kwiatami czułem dziwne napięcie, którego nie potrafiłem racjonalnie wytłumaczyć. Miałem wrażenie, że szedłem wprost do paszczy mantykory, jaka śmiała się z naiwności swych ofiar. Być może to właśnie ta ufność wobec własnych działań skłoniła mnie do chwilowej radości odnośnie przyjętego bez słowa zaproszenia. Czy to mogło być aż tak dziecinnie proste? Dostać się do środka bez żadnej weryfikacji? Przecież taką kopertę nietrudno było przejąć tudzież po prostu ukraść. Gości było wielu, nie potrafiłbym ich zliczyć, a w końcu ilość par była równa ilości okazji dla złodzieja. Zerknąłem kątem oka na Lucindę, której dłoń zdawała się nieco drżeć. Czyżby miała podobne wrażenie? Nierozsądnym było w tłumie wymienić choć słowa, dlatego powstrzymałem się od spytania jej o przeczucia. Kolejna uwaga do naszego planu – mogliśmy przemyśleć szyfr, wspomnieć o wyrazach sugerujących zagrożenie. Owacje na stojąco dla naszych rozważań.
Sala balowa pękała w szwach od przepychu, różnorodności oraz przede wszystkim mroku. Dominowała czarna kolorystyka, a skąpo odziane kobiety wiły się z tacami niczym macki ośmiornicy. Spod czarnych, skórzanych masek jakie skrywały ich lica padały przeciągłe, odważne spojrzenia, które zdawały się być równie niemoralne, co ruchy. Daleki byłem do oceny, nazwałbym się hipokrytą, gdybym oświadczył, że jestem wzorem cnót wszelakich, lecz nigdy wcześniej nie byłem w równie nietypowym i ograniczającym swobodę miejscu. Miałem wrażenie, że pożera, zamyka od środka, a unosząca się poświata tylko te uczucia pogłębiała.
Przemykając wzrokiem po twarzach zgromadzonych odniosłem wrażenie, że byli zachwyceni. Panienki wskazywały różne elementy dekoracji i chichotały jak po diablim ziele, zaś panowie sięgali po trunki nim nawet przyjęcie zostało oficjalnie rozpoczęte. Całe szczęście, że akurat w tym mogłem im dorównać bez zbędnego wysiłku, dlatego gdy tylko zjawiła się przy nas jedna z wyuzdanych kelnerek sięgnąłem dłonią po kieliszek. -Widzisz, czasem warto mnie posłuchać. Dzisiaj, nim tego dokonamy, muszę to przetrawić- rzuciłem z przekąsem. Ruchem głowy starałem się objąć całą salę, aby pozwolić jej zrozumieć, co dokładnie miałem na myśli. Bez zbędnego przedłużania wypiłem zawartość szkła do dna i nim kobieta z obsługi oddaliła się sięgnąłem jeszcze po dwie kolejne literatki, po czym ruszyłem za Lucindą.
Oparłem się przedramieniem o stolik bankietowy i uniosłem wzrok na dziedzica, który najwyraźniej niewiele miał do powiedzenia w ramach przywitania. Mimo skąpstwa słów tłum i tak zwieńczył jego mizerne przemówienie brawami oraz głośnymi wiwatami. Najwyraźniej obraliśmy za cel nie tylko zwyrodnialca, ale i lokalną gwiazdę. -O co ci chodzi- rzuciłem, kiedy po raz kolejny poczułem dyskretne uderzenie w bark. -Już mam nie pić?- mruknąłem i z kpiącym uśmiechem wychyliłem zabarwiony na biało trunek, a następnie uniosłem w geście toastu kolejny. -Wybacz ma lady, ale nie wytrzymam tu na trzeźwo- dodałem półszeptem i zaraz po tym zniknęła niebieska zawartość szkła. Smakowała nieco inaczej; intensywniej i ze znacznie mocniej wyczuwalną nutą alkoholu. Oblizałem dolną wargę, po czym przeniosłem wzrok na Lucindę i przechyliłem lekko głowę. Cisło mi się na usta wiele słów, jakoby ktoś zburzył mur kryjący rzeczy, których nigdy bym nie wypowiedział na głos. -Czy właśnie teraz nie czujesz się wolna? Zrzuć okowy jakie nałożyła ci rodzina, podróżuj, spełniaj się w swej pasji, ciesz się życiem i chwilą- zacząłem nieco pokrętnie, ale nie panowałem nad tym. Mówiłem niczym pod wpływem zaklęcia i co gorsza nie mogłem przestać. -Jeśli tylko zapragniesz mógłbym ci towarzyszyć- przerwałem na moment. -Chciałbym ci towarzyszyć. Jesteś równie wyjątkowa, co piękna i nie wyobrażam sobie chwili, w której ktoś inny miałby trzymać cię w objęciach- na merlina Drew zamknij się.
Przesunąłem dłonią wzdłuż twarzy uważając, aby nie zsunąć maski, po czym pomknąłem wzrokiem gdzieś za jej plecy. Język jakoby się rozplątał, urok minął. -Nie wiem co dodają do tych trunków, ale niebieskiego więcej nie piję. Kłamać tak na każdym kroku nie wypada- rzuciłem wyginając wargi w kpiącym uśmiechu, choć była to jedyna poza mająca pozwolić mi wyjść z twarzą z sytuacji.
Nim jednak zdążyłem ponownie zapytać o powód jej poruszenia podeszła do nas kobieta, która skupiła na mnie swój wzrok. Z jej żółtych źrenic bił chłód, a szczupłe dłonie przypominały ręce kostuchy.




The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Drew Macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw , właściciel Karczmy "Pod Mantykorą"
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 40
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5 +1
CZARNA MAGIA : 51 +4
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 12 +3
Genetyka : Metamorfomag

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]29.12.22 20:58
Wszystko czego doświadczyli od momentu przekroczenia progu posiadłości poprzedniego dnia zwiastowało kłopoty. Przed dotarciem na bal rozmyślała nad tym co przyjdzie im zrobić by dostać się do manuskryptów. Sądziła, że dziedzic będzie strzegł ich jak oczka w głowie, pilnował przed ciekawskimi spojrzeniami. Tak się jednak nie stało. Odpowiedź podsunął im pod nos i to niepokoiło ją jeszcze bardziej. To i wiele innych rzeczy. Dostali się na przyjęcie nie używając żadnych personaliów, nikt nie podszedł do nich by ich przywitać, nikt nie kazał im odłożyć różdżki, a przecież z takim zwyczajem niejednokrotnie się już spotykała. Nie wiedziała czy to kwestia innej kultury czy pewności z jaką podchodził do tego typu spraw dziedzic, ale i tak czuła przejmujący ją niepokój. To wszystko po prostu do siebie nie pasowało. Tak nie zachowuje się ktoś kto chce chronić własne mienie.
Kiedy jej towarzysz postanowił raczyć się kolejnymi trunkami blondynka zdecydowała się rozejrzeć po najbliższym otoczeniu. Spodziewaj się najgorszego, ale licz na najlepsze – tak sobie zawsze powtarzała. Wolała wiedzieć gdzie znajdują się ewentualne opcje ucieczki, gdyby sprawy przyjęły nieprzyjemny obrót. Jej uwagę przykuła lekkość z jaką inni uczestnicy balu ze sobą rozmawiali. Choć sala była wypełniona po brzegi, to każdy zdawał się tu czuć dobrze, znać się nawzajem. I znów… nie wiedziała czy to kwestia kultury czy faktycznie tak było. Przez myśl jej przeszło, że znaleźli się w centrum spotkania jakiejś sekty i jeszcze bardziej poczuła się tu obco, dziko. Ludzie również rzucali im ukradkiem spojrzenia i zastanawiała się co sobie myślą. Lucinda mimochodem przykleiła na twarz uśmiech chcąc wpasować się w otoczenie, chcąc przypominać jedną z nich. Wzbudzając podejrzenia pogrzebałaby nie tylko misję, ale prawdopodobnie również ich samych. – A co znosisz na trzeźwo? – zapytała spoglądając na niego z przekąsem. – Pij, ale skup się… - nie zdążyła skończyć myśli, bo ten wychylił kieliszek z niebieskim trunkiem. Machnęła dłonią ignorując jego poczynania. Na scenie, na której jeszcze chwile wcześniej stał dziedzic zrobiło się tłoczno. Ludzie podchodzili by przywitać się z gospodarzem, a to dało im trochę czasu na stworzenie jakiegoś planu. Wiedziała, że jego realizacja i tak musiała poczekać. Ludzie byli zbyt trzeźwi, zbyt świadomi tego co ich aktualnie otacza. Blondynka uniosła trzymany w dłoni kieliszek i już chciała go przechylić kiedy nagle usłyszała głos stojącego obok niej mężczyzny. Na początku nie wiedziała do kogo właściwie się zwraca, ale widząc utkwione w niej spojrzenie zrozumiała, że słowa skierowane są w jej kierunku. Chciałbym ci towarzyszyć. Jesteś równie wyjątkowa…. Oczy blondynki rozszerzyły się, serce zaczęło mocniej uderzać o klatkę piersiową, słowa nie chciały opuścić ust. Może przez szok, w który wpędziły ją te słowa, a może przez niemożność wypowiedzenia żadnego słowa straciła szasnę na skomentowanie tego w jakikolwiek sposób. Ten moment minął wraz kolejnymi słowami mężczyzny, który faktycznie wyglądał na skołowanego. – Jesteś idiotą, zdajesz sobie z tego sprawę? – zapytała kręcąc głową z niedowierzaniem. Szok minął, wszystko wróciło na swoje miejsce. Uwierzyła mu od razu. Domyśliła się, że wypity alkohol miał wpływ na wszystko co powiedział. Znała Drew wystarczająco długo by wiedzieć, że ten nie pokwapiłby się na tego typu słowa nawet gdyby tak myślał. To czyniło go realnym. Zniszczonym, skrzywdzonym przez życie. Niepozwalającym sobie na to by czuć, bo przecież uczucia stanowiły o słabości. Sam z siebie nigdy by czegoś podobnego… - Chyba, że… - zaczęła ponownie spoglądając na mężczyznę chcąc chyba po części zwyczajnie mu dopiec. Już chciała dodać, że trunek, który wypił pewnie zmusił go do powiedzenia prawdy, wyciągnęła w jego stronę dłoń chcąc podkreślić swoje słowa, ale ich rozmowa została przerwana przez kobietę wyglądem bardziej przypominającą śmierć niż człowieka. Kobieta utkwiła spojrzenie w jej towarzyszu i przez dłuższy czas po prostu mu się przyglądała nie mówiąc słowa. Lucinda nie rozumiejąc zachowania staruszki, a właściwie nie rozumiejąc wszystkiego co się wydarzyło dzisiejszej nocy przechyliła trzymany w dłoni kieliszek. Nie zważając na konsekwencje. Kobieta w końcu przemówiła, a jej głos barwą przypominał zardzewiałe zawiasy. – Przeszedłeś wiele, ale przyjdzie czas na nagrodę. Nim jednak skończy się ta noc posypią się kości. Będziesz dla kogoś z tu obecnych zwiastunem cierpienia, nieprzyjemnego złamania. Kto wie czy połamiesz kości czy czyjś hart ducha. – odparła i nim którekolwiek z nich zdążyło odpowiedzieć staruszka odeszła do kolejnego stolika. Lucinda pokręciła głową nie spoglądając nawet na swojego towarzysza. – Zwiastun cierpienia, co? Musisz zawsze się tak rzucać w oczy? Nie możesz upić się, upodlić i pójść spać jak normalni ludzie na nienormalnych przyjęciach? – zapytała i wtedy na niego spojrzała. Czarownica doskonale wiedziała czyim zwiastunem cierpienia był. Od dnia kiedy się poznali wiedziała, że przyjdzie jej zbierać odłamki serca, przyjdzie jej żałować. Była jednak zbyt wielkim tchórzem by go sobie odpuścić. Za bardzo się bała tego co nadejdzie.


Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Lucinda Hensley
Zawód : łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
Wiek : 28
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Panna
hope for the best, but prepare for the worst
OPCM : 44 +1
UROKI : 30 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 2
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) Tumblr_on19yxR5PA1tj4hhyo2_500
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-selwyn https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f104-szkocja-kres-w-john-o-groats https://www.morsmordre.net/t4137-skrytka-bankowa-nr-806#82308 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
Re: Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) [odnośnik]29.12.22 20:58
The member 'Lucinda Hensley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 93

--------------------------------

#2 'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956) Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Gruzja, Tbilisi (02.10.1956)
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach