Wydarzenia


Ekipa forum
Bagna Brenyn
AutorWiadomość
Bagna Brenyn [odnośnik]21.08.22 13:06
First topic message reminder :

Bagna Brenyn

Bagna Brenyn znajdują się w północnej części hrabstwa, na terenie Forest of Bowland – oraz w bliskim sąsiedztwie wioski o tej samej nazwie. Składa się na nie kilkanaście kilometrów kwadratowych wyjątkowo zdradliwych, leśnych mokradeł, których znakiem rozpoznawczym jest barwa: zacienione splecionymi gęsto gałęziami, głębokie jeziorka, wydają się być zupełnie czarne, nie licząc pojawiających się od czasu do czasu nad powierzchnią błędnych ogników.
Obcy rzadko kiedy zapuszczają się na same bagna, zdarza się jednak, że w ramach wyzwania wyprawiają się na nie dzieci, a wśród mieszkańców pobliskiej wioski znane są przede wszystkim ze względu na związaną z nimi legendę. Według starych opowieści, leśny teren zamieszkiwała kiedyś niewielka społeczność czarodziejów, których magia była ściśle związana z naturą: dzięki przekazywanej od pokoleń wiedzy, potrafili czerpać energię z samych roślin, wykorzystywać ich uzdrawiające właściwości i rzucać potężne zaklęcia, które chroniły ich przed intruzami – zgodnie z podaniami, do ukrytej w lesie wioski można było trafić wyłącznie mając za przewodnika jednego z jej mieszkańców. Wśród społeczności żyła Brenyn – czarownica piękna i odważna, na tyle, że niejednokrotnie zapuszczała się poza chroniony magicznie, rodzimy teren. Pewnego dnia na leśnej ścieżce spotkała czarodzieja, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia; zaciekawiony Brenyn i jej ludźmi, omamił ją obietnicami i zdobył jej zaufanie, namawiając, by pokazała mu wioskę. Młoda czarownica zaprowadziła go więc do ukrytej części lasu, opowiedziała o przepływającej przez drzewa magii, jednocześnie zastrzegając, że była to silnie strzeżona tajemnica. Czarodziej przyrzekł dochować sekretu, jednak skusiła go potęga – i zaledwie tydzień później przyprowadził do lasu swoich towarzyszy. Walka, która rozgorzała pośród drzew, była krwawa i długa; towarzysze zdradzieckiego czarodzieja używali magii czarnej i plugawej, a Brenyn, zorientowawszy się, że jej najbliżsi przegrywają, zdecydowała się na desperacki krok – sięgnąwszy po prastary rytuał, obudziła energię drzemiącą w drzewach, jednocześnie samej na zawsze się z nią wiążąc. Potężne rośliny zwróciły się przeciwko najeźdźcom, choć jednak udało się ich przegnać, to gdy bitwa dobiegła końca, przy życiu nie pozostał ani jeden mieszkaniec leśnej wioski. Legenda głosi, że Brenyn, ogarnięta żalem, wylała rzekę czarnych łez, które rozlały się po lesie, tworząc bagna – a w miejscu każdego poległego czarodzieja wyrosło wypełnione magią drzewo. Rytuał oraz związane z nim sekrety przepadły, ukryte na zawsze w chatce Brenyn – której od tamtej pory nikt nie był w stanie odnaleźć.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Bagna Brenyn [odnośnik]22.08.22 22:53
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]22.08.22 23:43
Godziny intensywnej pracy w upalnym słońcu dały mi się we znaki, kiedy zapadł zmierzch, a przygotowania do jarmarcznej celebracji zostały dopięte na ostatni guzik. Choć doceniałem każdy wkład, nie miałem już zbyt wiele energii na samo uczestnictwo w radosnej zabawie wieńczącej starania dobrych ludzi, by utrzymać ducha lokalnego folkloru i tradycji. Trudno się zresztą dziwić; kiedy tylko znalazłem chwilę, by usiąść samotnie pod jednym z drzew i spojrzeć na wszystko z boku, zmógł mnie sen — ulotny i nieregularny, lecz potrzebny, by odzyskać nieco z utraconych witalnych sił. Nie wiem, jak wiele czasu upłynęło, gdy odzyskałem świadomość, ale najważniejsze elementy programu jeszcze nie zdążyły się rozpocząć. Czarodzieje krzątali się po terenie placu, którego projekty skrywałem w swoim szkicowniku, gromadząc się wokół zaplanowanych atrakcji: młodzież świetnie bawiła się przy ognisku, gdzie rozdawano alkohol, dużym zainteresowaniem cieszyło się również targowisko, na którym planowałem wkrótce zrobić drobne zakupy, a kątem oka zauważyłem, że branie miały również wróżby Millie, której nie widziałem jeszcze, odkąd przyszła na miejsce i rozstawiła się ze swoim namiotem. Przypuszczałem, że w dzisiejszym, specjalnym wydaniu, wyglądała spektakularnie, lecz nie myślałem na razie, aby się do niej udać; zdecydowałem się na krótki spacer wokół punktów zainteresowania.
Martwiłem się doborem lokacji wydarzenia. Stale upewniałem się, czy rozkład stoisk, który pomogłem rozplanować, był aby zgodny z zasadami bezpieczeństwa; nie sprzyjały im nocne warunki leśnych torfowisk. Byłem nieco zestresowany, bo zależało mi, aby wszystko przebiegło zgodnie z myślą przewodnią, lecz doszedłem do wniosku, że dalszy przebieg zabawy pozostaje już wyłącznie w rękach głównych organizatorów i jeśli będą potrzebować rady, sami się do mnie zwrócą. Postanowiłem więc odnaleźć Thalię, po drodze wdając się w niezobowiązujące konwersacje z przechodniami celem rozeznania się w panujących nastrojach, oferując pomocną dłoń, gdyby ktoś jej potrzebował. W końcu udałem się na targowisko, gdzie pilnując swojej i tak chudej sakiewki, rozejrzałem się po sprzedawanych artykułach — choć to, czego potrzebowałem, pozyskałem tak naprawdę już wcześniej, nim zakupowy szał na dobre się rozpoczął. — Nie jest Ci za gorąco? — zaczepiłem przyjaciółkę, gdy skończyła dialog przy jednym ze stoisk, nie chcąc przeszkadzać jej w negocjacjach. — Tu obok sprzedawali wcześniej takie ładne drobiazgi, pomyślałem, że przypadnie Ci do gustu — wyciągnąłem przedmiot z kieszeni, obdarowując Thalię ręcznie wykonaną, gustowną spinką w kształcie liścia, którą — jeśli nie miała nic przeciwko — wpiąłem jej we włosy z subtelnym uśmiechem. Z kwiatowym wiankiem na jej głowie mogła komponować się naprawdę ładnie. — No i co o tym wszystkim sądzisz? — podjąłem, domniemywając, że była nieco bardziej entuzjastycznie nastawiona do udziału w zabawie niż ja. Wcześniej długo o tym nadawała i buzia jej się nie zamykała nad rozważaniami, czego nie zrobimy i kogo nie spotkamy; ja z kolei byłem tym wszystkim już trochę zmęczony. — Widziałaś jakieś znajome twarze? — spytałem, zastanawiając się, czy jest ktoś, kogo winienem powitać, z kultury czy choćby czystej, koleżeńskiej sympatii. Sam nikt taki jeszcze nie rzucił mi się w oczy, choć trzeba było przyznać, że mógłby mi umknąć — czarodziejów, czarodziejek (i mugoli?) było tutaj co niemiara, a więc jarmark osiągnął jeden z założonych celów. — Więc co zamierzasz? — zagaiłem, będąc niemal pewnym, że przygotowała już niemal cały plan na wieczór. Tymczasem w moim harmonogramie wieczoru planowałem jeszcze zagadanie do znajomych, skorzystanie z usług jedynej w swoim rodzaju wróżbitki i obejrzenie spektaklu na scenie, lecz na razie chciałem spędzić trochę czasu z Thalią, idąc w jej ślad choćby w sam ogień.

Ekwipunek we wsiąkiewce, miotła ukryta gdzieś na podorędziu, za spinkę dla Thalii można mi odpisać PM, na wszelki wypadek dorzucam k6. Nie jestem pewny czy potrzebuję posta uzupełniającego
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]22.08.22 23:43
The member 'Garfield Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 6
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 0:18
Spodziewała się, że będzie nieco zimniej, ale wieczór okazał się równie parny i duszny jak te poprzednie – a skoro tak, to zsunęła z ramion płaszcz, nie chcąc gotować się w nim dłużej i nie chcąc wymęczyć się jeszcze przed główną atrakcją wieczoru. Kiedy już poczuła się nieco lżej i nieco dziwacznie odsłonięta z tym wszystkim, znaczy ze strojem, czuła się jakby niemal każdy wyglądał tu lepiej, chociażby wyszedł przed chwilą z bagna. Chociaż może powinna jednak definitywnie sama się do bagna wpakować, w takim wypadku przynajmniej spojrzenia może zmieniłyby się w te bardziej współczujące. Na upartego poprawiła jeszcze swój wianek, oko puszczając w stronę Lawrenca który również przewinął się w tłumie – czyżby występował? – wracając też zaraz do Rhennarda który chyba był zajęty i na ten moment nie chciała mu przeszkadzać, skupiając uwagę na dzieciach.
Spojrzała jeszcze na dzieci, które wybiegły gdzieś w dal, uśmiechając się za nimi. Wiedziała, że nie dorówna lordom jeżeli chodziło o możliwości sakiewki, ale przynajmniej coś im dała. Uwagę zaś mogła skupić na łapaczach snów, niemo zachwycając się wszystkimi wykonaniami. Zdecydowanie zależało jej na czymś, co było małe i co łatwo dało się przenieść z miejsca na miejsce. Zupełnie tak, jakby chciała omijać czegoś dużego i krzykliwego, tak aby jednak było to bardziej dyskretne. Kiedy zaś młodsza z obsługujących stanowisko spojrzała na nią, sama uśmiechnęła się na powitanie, wciągając lekko powietrze.
- W sumie to… - To to było dobre pytanie. Przez chwilę przypatrywała się wiszącym na straganie łapaczom, rozważając wszystko, ostatecznie decydując się co i jak. – To w takim razie chciałabym dwa z tych pierwszych i jeden ten ostatni, o. Tylko nie wiem jakie są wzory, ale jeden, z tych pierwszych, chciałabym w kolorze błękitnym, jak morze. – Czy były inne wzory? W pierwszej chwili spojrzała jeszcze na osobę, która nagle znalazła się obok niej, widocznie ciesząc się kiedy dostrzegła znajomą rudą czuprynę, przyciągając od razu Garfielda do siebie, nieco czochrając go po włosach.
- Oczywiście, że tak. Wyglądam dziwacznie, nie wiem co mi strzeliło do głowy ubrać się właśnie tak. Chyba powinnam przyjść nie tak, bo teraz się będą dziwnie patrzeć że jestem w sukience… - Westchnęła, nieco rozeźlona na siebie, dopiero po chwili spoglądając z zainteresowaniem na prezent który miał jej przynieść Garry.
- Oh… - wyrwało jej się z zaskoczeniem, ale pochyliła ostrożnie głowę, mrugając uparcie aby nagle nie zacząć płakać ze wzruszenia, mimo to ostrożnie przytulając przyjaciela i nie puszczając go przez chwilę. – Jest bardzo urocza, nie zdejmę jej do końca wieczoru…nawet jeżeli siebie nie widzę i nawet nie wiem, jak źle wyglądam! – Parsknęła lekko, mimo to głęboko w głębi ducha zachwycona. – Wybierz jeden! – Pokazała łapacze snu, przekonując Garfielda aby wybrał któryś. Nie zamierzała wziąć nie za odpowiedź.
- Lord Abbott jest niedaleko nas, możesz podejść się przywitać. – W końcu chyba jemu zależało na tym bardziej? Ona raczej wydawała się kimś kto mógł się przywitać, a raczej postać obok jak Garry będzie omawiać jakieś lordowskie sprawy. Spojrzała jeszcze dookoła kiedy zapytał, co chciała robić potem, w podekscytowaniu okręcając się dookoła.
- A nie wiem, tyle rzeczy jest do zrobienia, ogniska, inne…nie wiem, co ty chcesz zrobić? Pójdziemy gdzieś razem?!



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 3:10
Dziewczęce podekscytowanie Thalii przywoływało mi na myśl stare, dobre lata sprzed tego wojennego syfu, który odebrał mi komfort wyrażania radości z małych rzeczy, zastępując go osnową mroku tragicznych doświadczeń. Dzięki niej uciekłem myślami od doczesnych spraw, na chwilę spróbowałem się zrelaksować i chyba nawet udzieliła mi się pozytywna atmosfera wieczoru, gdy żeglarka podkreśliła swoją dzisiejszą zmianę w wizerunku. — Będą się patrzeć, bo emanujesz dziewczęcym urokiem i kradniesz ich uwagę. Większość z nich nie zdaje sobie sprawy, że na co dzień chodzisz w spodniach i szabrujesz statki pod piracką banderą — skomplementowałem ją półżartem, nie kryjąc zaskoczenia, że mimo upływu lat na morzu, wciąż potrafiła zachwycać urodą. Gdyby nie osobliwa pasja, pewnie już dawno ułożyłaby sobie normalne życie. Zasługiwała na to, by osiąść w miejscu i nie narażać się każdego dnia na froncie, to męskie zajęcie — ale kto próbowałby ją powstrzymywać? Była równie uparta, jak ja, więc nigdy nie próbowałem nawet sugerować, że powinna sobie odpuścić; chyba dlatego od zawsze wiązała nas tak silna przyjaźń — potrafiłem ją zaakceptować taką, jaką chciała być.
Nie dziwiło mnie, że zareagowała nader emocjonalnie na tak drobny gest. Znałem ją lepiej niż samego siebie; mogła udawać przed całym światem, że jest silną, niezależną kobietą, lecz jak wszyscy potrzebowała delikatnych wyrazów sympatii i nie miało znaczenia, czy ktoś podarowałby jej własny okręt, czy ręcznie przygotowaną spinkę do włosów — uradowałaby się na równi, doceniając, że ktoś w ogóle o niej pomyślał. Nie próbowałem nawet wnikać, dlaczego tak się dzieje, ale przez panujące stereotypy chyba po prostu była przez ludzi pomijana i to mnie trochę smuciło. — Możesz uwierzyć na słowo, że wyglądasz przecudnie, ale na targowisku może znajdziesz jakieś lusterka — uniosłem kąciki ust. — O, a co to?
Zaprezentowała przede mną trzy amulety, które z początku potraktowałem wyłącznie jako ozdobę, nie orientując się o ich przeznaczeniu. Wybrałem taki, który podobał mi się najbardziej, od razu nakładając go sobie na szyję. — Jak wyglądam? — spytałem w dziękczynnym rozbawieniu. To bardzo miłe, że również o mnie pomyślała. — Dla siebie też taki kupiłaś? — naszyjniki były trzy, ale nie byłem pewien, czy wszystkie planowała rozdać przyjaciołom, czy któryś również wpadł jej w oko.
Przeskakując w czasie do rozmowy na temat dalszych planów, zastanowiłem się przez chwilę, o którym lordzie Abbott mogła mówić. Jak zawsze starałem się być blisko ludzi, niezależnie od warstw społecznych, więc uznałem, że niezłym pomysłem będzie nawiązać dialog, w końcu wszyscy przyszliśmy tutaj dobrze się bawić. — O nie, nie, żadne ognisko — tak naprawdę to trochę wyolbrzymiałem z tą myślą, że poszedłbym za nią w ogień. To znaczy — gdyby sytuacja mnie do tego zmusiła, na przykład musiałbym ją ratować, to pewnie... ale w ramach zabawy wolałem sobie zaoszczędzić fobii. Widok ognia napawał mnie strachem, myśl o skakaniu nad nim — wręcz przerażeniem. — Wkrótce planuję odwiedzić kilkoro znajomych, ale na razie nie mam na siebie pomysłu. Może chodźmy zagadać z ludźmi, a potem obejrzymy ten spektakl? Jak się pospieszymy, to może będą jakieś wolne miejsca pod sceną — zaproponowałem, od razu prowadząc ją we wskazanym kierunku, by znaleźć tego lorda Abbott.
I miło się zaskoczyłem, bo nawet znałem faceta, choć chwilę musiałem się go naszukać. Starałem się wyczekać momentu, aż skończy rozmawiać, aby mu nie przeszkadzać. — Rhennardzie, mamy nadzieję, że dobry nastrój dzisiejszego wieczoru Ci się udzielił — uśmiechnąłem się powitalnie, zaczepiając go do podjęcia dialogu. — Dawno się nie widzieliśmy, tym bardziej cieszę się, że los zechciał skrzyżować tu nasze drogi. Jak się miewasz? — spróbowałem nawiązać nieformalną nić porozumienia, nawiązując krótką pogawędkę. Nie chciałem, by Thalia w jakiś sposób czuła się wycofana z konwersacji, więc podjąłem po chwili. — Pomagaliśmy z Thalią w organizacji tego wieczoru. Jej rodzina ma tutaj swoje stoisko, a ja pomyślałem, że zgłoszę się na ochotnika — wyjaśniłem. — Wkrótce rozpocznie się spektakl na scenie, może masz ochotę wybrać się z nami? — zaproponowałem nienachalnie, uśmiechając się do niego życzliwie. Razem w końcu było raźniej, prawda?

rzucam k6 na wybór łapacza snów
1-4: jeden z dwóch zwykłych wisiorków
5-6: amulet romantycznych snów
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 3:10
The member 'Garfield Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 9:05
Nigdy nie był rozważny.
Spoglądał na czarownicę i na tego mężczyznę, który wypytywał o amulet. Wyglądał elegancko. Błyszcząca brosza musiała być cenna, eleganckie ubranie świadczyło o jego pozycji, a torba, niefortunnie ukryta pod płaszczem i spięta. Trudno będzie wyciągnąć z niej cokolwiek. Z niezadowoleniem przemknął po nim wzrokiem, wracając do prezentowanych amuletów. Stanął bliżej, ale nie był w stanie oszacować ich wartości, zaś ten z legendy skrywał potężną moc, z zaciekawieniem i zainteresowaniem przysłuchał się historii, nie znając jej wcześniej. W trakcie rozglądał się, by zejść z drogi ludziom przechodzącym obok, bez gwałtownych ruchów, ostrożnie, nie chcąc wprawić w ruch powietrza, ruszyć ziemi pod stopami. Jego myśli na moment pochłonęło to cudo: amulet potrafiący wyleczyć każdą chorobę, zapewnić każde bogactwo. Mit, jakich słyszał wiele, ale skłamałby przed sobą, udając, że serce nie zabiło mu szybciej, gdy to usłyszał. Poszukiwania czegoś tak cennego wydawały się bezcelowe. Nie wierzył, by wciąż można było odnaleźć podobne artefakty, nie śladami jarmarkowych legend. Dawno musiały być odnalezione lub rozkradzione przez złodziejów, poszukiwaczy skarbów, artefaktów. Byli tacy, prawda? Słyszał o nich. Uniósł wzrok na czarownicę, gdy wspomniała o talizmanie bezpiecznego skarbca, a oddech mu się spłycił. Powiódł za jej ruchem spojrzeniem, wiedząc, co mu się nie przyda, ale zaraz wrócił ciemnymi, świdrującymi oczami prosto na nią — widziała go, czy to był przypadek? Wiedziała, co zamierzał? Obejrzał się znów, by zrobić miejsce przechodzącej kobiecie w męskim, wełnianym płaszczu. Obrócił się za nią, mimowolnie zawieszając na jej oko — z powodu rudych włosów, ale może też nietypowego stroju. Jej męski płaszcz narzucony na letnią sukienkę sugerował, że musiała przyjść tu z kimś, z jakimś mężczyzną. Wyjątkowo źle ubranym, płaszcz wydawał się gruby i nieszczególnie elegancki. Jemu było gorąco, choć letnia bawełniana koszula dobrze radziła sobie i z powietrzem i wilgocią. Nie zawracał sobie jednak dłużej głowy czarownicą. Bogacz nie odpuszczał, interesował go ten przedmiot. Prześlizgnął się spojrzeniem po jego stroju, drogim płaszczu, eleganckiej broszy. Powiedziała, że w jego oczach widziała smutek. Borykał się z tym problemem? Nie doczekał się dziedzica? Nie znał się na sprawach lordów, polityce i ich rodzinach, ale jeśli szukał tu pomocy musiał być zdesperowany, a desperat z ciężką sakiewką brzmiał jak intratny interes okraszony przygodą. Znajdowali się na bagnach, nikt go tu nie znał, nie mógł spotkać nikogo tak daleko od domu. Zerknął na mężczyznę raz jeszcze. Jakie miał szansę stać się jego przewodnikiem? Umiałby go przekonać? Potrzebował innego ubrania, może torby, nawet gdyby miała być pusta. I kija, bo przewodnicy zawsze mieli coś i do podparcia i do obrony. Tak pamiętał wędrowców, który spotykali.
Eliksir wciąż działał i wierzył, że żadne z nich nie mogło go ujrzeć, przynajmniej nie wtedy, gdy stał nieruchomo, pilnując, by nikt na niego nie wpadł. Odsunął się znów, kiedy obok pojawił się kolejny mężczyzna. Od razu dostrzegł przytroczoną do boku sakiewkę. Lekkie jarmarkowe deja vu nie otrzeźwiło go wcale, dłoń go zaświerzbiała, wyciągnął ją w kierunku woreczka. Potarł o siebie palce, przyglądając się z boku jegomościowi zajętemu szukaniem wyjątkowego przedmiotu. Kiedy dotarł do twarzy, zmarszczył mocno brwi, pewien, że spotkał go już kiedyś. I w końcu sobie przypomniał. Krew odpłynęła mu z twarzy; wiedział, że drugiej szansy już nie będzie. Psia dupa, zaklął w myślach. Nie tak miało być, jak to możliwe? Był tu prywatnie? Służbowo? Mogło być tu więcej ministerialnych urzędników? Szukali czegoś? Odruchowo cofnął dłoń i obejrzał się za siebie. Szansa na to, że go tu złapie była minimalna, ale nie zamierzał ryzykować. Ten mężczyzna ostatecznie go puścił, zaufał mu — łyknął jego kłamstwa, licząc, że dostanie tytoń. Był z pewnością dla niego tylko chłystkiem, nikim więcej. A on sam był po prostu urzędnikiem, nie strażnikiem Tower, nie katem. Serce zabiło mu szybciej, ale zaniechał sięgnięcia po jego pieniądze, szczególnie wtedy, gdy obok pojawił się Weasley. Podszedł do tek czarownicy w płaszczu, a więc należał do niego? Byli tu razem? Zmarszczył brwi, kiedy zdjęła płaszcz. Mieli schadzkę tak daleko od domu? Przyjrzał jej się uważniej, chcą zapamiętać rysy jej twarzy. Ciekawe, czy Neala wiedziała. Podarował jej prezent, a to coś znaczyło. Drobiazg, błyskotkę. Kobietom nie dawało się prezentów bez powodu. Zrobił krok w tył, kiedy ruszyli ku nim, ostatecznie zaczepiając tego bogacza. Zagryzł zęby, słysząc zalążek rozmowy, pierwsze słowa. Spojrzał na rudego lorda, wiedząc już, że z tych wszystkich planów nici. Jeśli zostanie tu przyłapany na kradzieży będzie u niego spalony; jeśli rozpozna go urzędnik wyjdzie na oszusta, choć może Weasley miał gdzieś kłamstwa sprzedawane ministerstwu. Jeśli okradnie bogacza, którym się znał zwolni go bez wahania, a śpiewka o tym, że mógłby być przewodnikiem i przeprowadzi nieszczęśnika przez bagno spełznie na niczym. A kiedy ostatecznie zdecyduje go porzucić na mokradle i okraść, Weasley będzie dociekał. To jakiś jego znajomy. Każe z tych działań niosło spore ryzyko. Największe — co pomyśli o nim Neala, kiedy o wszystkim się dowie? Bo dowie. Prędzej niż później.
Cofnął się znów i ze zrezygnowaniem wyminął towarzystwo, chcąc się od niego oddalić. Nie miał tu już nic do zrobienia, znajomi, ryzyko. Rozejrzał się dookoła, rozważając jeszcze podkradnięcie jedzenia do domu, dla dziewczyn. Widział tez po drodze mężczyznę, który częstował nalewką. Ale przyszedł tu po łupy. Z łupem musiał wrócić. Skierował się więc na tyły targowiska, w stronę wozów. Dalej pozostawił miotłę, ale nie do niej się kierował. Widział tu te konie, konie nie mogły być więcej warte niż amulety chroniące bliskich, ale ich wartość była wysoka. Pamiętał dziadka, pamiętał, że uważał go za zaklinacza koni, handlarza. Kupował je, układał od surowych i sprzedawał drożej, nierzadko podnosząc ich wartość za pomocą magicznych sztuczek. Może on tez miał to we krwi.
Zatrzymał się, spoglądając na biegające dzieci. Konie wydawały się puszczone, to normalne. W takich miejscach ludzie nie myśleli o ich kradzieży, pasły się więc samopas skubiąc trawę. Oni też tak robili z końmi, nikt nie musiał ich pilnować, bo po co? Starając się wyminąć główny plac zabaw dzieci, łukiem spróbował cicho i ostrożnie podejść do skrzydlatego wierzchowca. Stopy stawiał ostrożnie, szelest trawy musiał umknąć przy śpiewach, muzyce i gonitwie dzieci. Wierzył, że istnieje spora szansa, by dotarł do konia i wskoczył na jego grzbiet nim ten się zorientuje, a jeśli pozostanie wciąż niewidzialny — nim zorientuje się ktokolwiek. Obniżył się nieco, na ugiętych nogach z dłonią przygotowaną do tego by wyciągnąć różdżkę, choć wolał pozostawić obie dłonie wolne. Jazda wierzchem i bez wodzy, sznura czy innych pomocy nie była prosta. Nie odzywał się, był cicho. Skradał się powoli.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 9:05
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 79
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 20:18
Czarodziej, do którego podszedł Laurence, ożywił się wyraźnie, zapytany o nalewki; zrobił krok do przodu, uśmiechając się szeroko. – Och, na sekret składa się znacznie więcej – odpowiedział, biorąc do pomarszczonej dłoni jedną z butelek, częściowo już opróżnioną. – Większość receptur spisała jeszcze moja prababka; zawsze powtarzała, że rośliny wokół Brenyn są magiczne – ciągnął, nalewając nalewki do niewielkiego kieliszka. Miała ciemnoczerwoną, intensywną barwę, a w świetle lampionów zdawała się połyskiwać lekko. – Proszę skosztować na przykład tej, z czarnego bzu – zachęcił, przesuwając kieliszek po blacie w stronę Laurence’a. – Jak pan prezentu czy pamiątki szuka, to trafił pan w dobre miejsce, lepszej nalewki z dzikiej wiśni nie znajdzie pan w całym Lancashire. Chociaż jeśli stare historie pana interesują – ciągnął, odwracając się na chwilę, żeby schylić się do jednej ze schowanych pod ladą skrzyń – to doradzałbym tę. – Wyprostował się, stawiając na blacie butelkę wypełnioną alkoholem niemal zupełnie czarnym; przelany do kolejnego kieliszka, który czarodziej podsunął Laurence’owi, zdawał się pochłaniać światło z otoczenia. – Czarne jagody, albo jagody Brenyn, jak je tutaj nazywamy. Rosną tylko w tutejszych lasach, nigdzie indziej – a dostrzec można je jedynie w odbiciu mokradeł, tak normalnie jakby się pan krzewowi przyglądał – to widziałby pan puste łodygi. To podobno jakaś iluzja niewidzialności, która przełamuje się, kiedy taką jagodę zerwie się z krzaka, ale legenda głosi, że to tak naprawdę czarne łzy Brenyn, które zamiast spaść na ziemię, zawisły na gałązkach. Dzisiaj jest dobry wieczór na ich zbieranie – wtrącił. Oczy mu błyszczały, widać było, że dzielenie się tymi opowieściami sprawiało mu przyjemność. – Zjedzone zaraz po zerwaniu ponoć sprawiają, że sam czarodziej staje się niewidzialny dla leśnych strażników i może przejść niezauważony – jeśli oczywiście wierzy pan w takie rzeczy. – Machnął ręką. – Przerobione na nalewkę tracą te właściwości, ale nadal smakują wyśmienicie. No, niech pan spróbuje! – ponaglił, wskazując brodą na kieliszek z czarnym płynem.

Kobieta sprzedająca talizmany kiwnęła głową, gdy Rhennard podsumował krążącą w okolicy legendę; zaraz potem westchnęła. – Och, handlarz nigdy się na nie nie wyprawił. Szukając przewodnika, szukał wiatru w polu – jedyni czarodzieje, którzy znali drogę do wioski, na skraju której stała chata Brenyn, zginęli w ostatniej bitwie. Legenda głosi, że są tam do dzisiaj, zaklęci w drzewa, a sekret zasnął razem z nimi – kontynuowała, spoglądając na Rhennarda z niegasnącym współczuciem. – Śmiałek, który chciałby poprosić o ich przewodnictwo, musiałby najpierw ich zbudzić, co oczywiście jest niemożliwe – nawet w taką noc, jak dzisiejsza – zakończyła kręcąc głową. Już chciała odwrócić się w stronę kolejnego klienta, tego samego mężczyzny, który zwrócił uwagę niewidzialnego Jamesa, ale coś w słowach lorda Abbotta kazało jej się zatrzymać. Zawahała się widocznie, przyglądając mu się przez moment, po czym oparła dłonie o blat, pochylając się niżej. – No, słyszałam jeszcze o tym – zaczęła, ściszając głos – że zaklęci strażnicy czasami porozumiewają się ze sobą głosami żyjących w koronach drzew ptaków. Obawiam się, że to bajki, drogi panie, ale… Mam tu amulet, amulet zaklinacza, który sprawia, że zwierzęta i magiczne stworzenia stają się dla noszącego przychylniejsze – zaproponowała, wskazując palcem na zawieszony tuż ponad głową talizman, wyglądający jak zwierzęca gałka oczna; jeden z tych, którym wcześniej przyglądał się Rhennard.

Intuicja rzadko kiedy myliła Millicentę i dotykając wierzchu karty tarota, wiedziała, że przeczucie, które ją ogarnęło, było prawdziwe. Chwila zawahania wystarczyła, by Neala podziękowała za wróżbę i opuściła namiot tak szybko, jak szybko się w nim pojawiła, a jednak – dziwne wrażenie nie znikało. Millicenta, poddając mu się, odsłoniła kartę, tym razem – leżącą na blacie w pozycji odwróconej. Oznaczona numerem XVII, przedstawiała nagą, jasnowłosą kobietę, dzierżącą w dłoniach dwa dzbany; woda z jednego z nich spływała do strumienia, a z drugiego – prosto na ziemię, tworząc tam niewielkie jezioro, które – choć jasne i odbijające światło gwiazd, na sekundę wydało się Millicencie zupełnie czarne. Coś szarpnęło się ostrzegawczo w jej klatce piersiowej, i nagle ogarnęła ją pewność, że karta – choć sama w sobie posiadała wiele znaczeń i interpretacji – dla rudowłosej dziewczyny była ostrzeżeniem, przestrogą – przed zagrożeniem, jeszcze nieokreślonym, ale czającym się gdzieś blisko. W połączeniu z poprzednio wyciągniętymi kartami wypaczała ich znaczenie, bagna mogły okazać się zdradliwe, podjęte decyzje – opłakane w skutkach.
Poła namiotu zafalowała lekko, dziewczyna już zniknęła; Millicenta musiała zadecydować, czy chciała ją ostrzec – czy pozwolić losowi własnoręcznie pokierować wydarzeniami.

Wieczorne powietrze, choć ciepłe, przyjemnie otrzeźwiło Nealę, gdy wybiegła z wypełnionego zapachem kadzideł namiotu. Poruszając się wzdłuż straganów, bez trudu odnalazła drogę do płonących ognisk, podchodząc do chłopców, którzy poprzednio próbowali ją zaczepić. Była ich czwórka i wszyscy zdawali się być w podobnym wieku – tuż po skończeniu Hogwartu albo tuż przed. Ten stojący na przodzie, z kręconymi włosami w kolorze słomy, zrobił krok w stronę Neali, kłaniając się nisko – po części żartobliwie. Ubrany był raczej skromnie, w jasną koszulę i luźne spodnie, podwinięte na dole nogawek. Stopy miał bose, podobnie zresztą jak spora część bawiącej się przy ogniskach młodzieży. – Witaj panienko, jestem Charlie – przedstawił się, po czym odwrócił się przelotnie przez ramię. – A to Robert, Winston i Sam. Ja i Winston jesteśmy z Brenyn, Bobbie i Sammy mieszkają w Lancaster. – Odstawił butelkę piwa na drewnianą ławeczkę i przeczesał jasne włosy palcami. – A ty, skąd do nas przybyłaś? Wiem, że nie z wioski, gdybym widział cię wcześniej, na pewno bym zapamiętał – dodał z uśmiechem i lekkim zdenerwowaniem; kiedy Neala skomentowała o tym, jak wszystko pięknie wyglądało, pokiwał głową. – Teraz piękniej jeszcze – zgodził się. Chłopiec, którego przedstawił jako Robert, szturchnął drugiego z przyjaciół w ramię i obaj wymienili się uśmiechami, ale zaraz potem wrócili do rozmowy między sobą. – Tradycja? Nie wiem – przyznał Charlie, wzruszając jednym ramieniem. – Ale mówią, że jeśli w parze przeskoczy się wysoko ponad ogniskiem, to na wszystkich dookoła spłynie szczęście i będzie się utrzymywało cały rok. Może… Pomyślałem – chciałabyś uczynić mi ten zaszczyt i przeskoczyć ze mną? – zapytał, zerkając w stronę jednego z ognisk, od którego właśnie wiatr poniósł salwę gromkiego śmiechu.

Garfield, przemieszczając się wzdłuż straganów i zaczepiając przechodniów, mijał przede wszystkim ludzi ucieszonych z okazji do świętowania i zabawy; choć na części z nich wojna odcisnęła wyraźne piętno – niektóre twarze były widocznie wychudzone, inne nosiły ślady ostatnich trosk – to wydawali się na ten jeden wieczór pozostawić zmartwienia poza jarmarkiem. Ludzie odnosili się do niego życzliwie, dziękowali za pomoc.
Thalię odnalazł przy stoisku z łapaczami snów, akurat gdy kończyła wybierać ozdoby. – Och, wzory może pani wybrać dowolne, jeśli te się nie podobają – przyniosę jeszcze z wozu – zaproponowała, ale kiedy Thalia wskazała na trzy łapacze, ściągnęła je wprawnie z belki, na której były zawieszone, żeby zapakować je w cienki, brązowy papier. Nie przeszkadzała klientom w rozmowie, przysłuchując się jej jedynie jednym uchem, ale kiedy Garfield założył jeden z mniejszych łapaczy snów na szyję, zaśmiała się cicho, zaraz potem przykładając dłoń do ust. – Przepraszam pana najmocniej, po prostu – zazwyczaj zawiesza się je nad łóżkiem – wyjaśniła nieśmiało, posyłając Garfieldowi przepraszające spojrzenie. – Choć rzeczywiście wygląda pan w nim bardzo twarzowo – dodała, kończąc pakować resztę zakupów.

Pojawienie się Garfielda i Thalii przy Rhennardzie pokrzyżowało wyraźnie plany Jamesa, zmuszając go do wycofania się spod stoiska, wokół którego nagle zaczęło robić się tłoczno. Zanim jednak to zrobił, zdążył przysłuchać się całości wymiany zdań pomiędzy lordem Abbottem a czarownicą oferującą talizmany, bez trudu mógł też przyjrzeć się twarzy towarzyszącej Garfieldowi Thalii. Urzędnik przyglądający się amuletom go nie dostrzegł, jego ubrania i sposób, w jaki się zachowywał sugerowały, że przyszedł na jarmark prywatnie – lecz co do tego James nie mógł mieć stuprocentowej pewności. Spoglądając ku sprzedawczyni nie zauważył, by ta spoglądała w jego kierunku, nadal był zupełnie niewidzialny; towarzyszące mu przeczucie mogło być jedynie złudnym wrażeniem, a wspomnienie o kieszonkowcach – zbiegiem okoliczności, tego jednak Doe nie miał się dowiedzieć.
Do miejsca, w którym odpoczywały pozostawione bez opieki konie, dotarł bez większych przygód, nie zwróciwszy niczyjej uwagi. Skradając się pomiędzy zwierzętami poruszał się prawie bezszelestnie, choć niektóre z nich zdawały się wyczuwać jego obecność – był niemal pewien, że dwa konie uniosły łby, gdy obok nich przechodził, a jeden zarżał cicho, ale żaden z nich nie uznał go za zagrożenie – obcując z nimi na co dzień, wiedział, w jaki sposób się zachować, żeby ich nie zaalarmować. Aetonan, do którego się zbliżył, skubał rosnącą na polanie trawę – ale gdy James znalazł się kilka kroków od niego, uniósł spokojnie łeb. Potrząsnął grzywą, kopytem przesunął po ziemi – nie stało się jednak nic więcej, wierzchowiec nie rozłożył skrzydeł ani się nie poruszył, mimo że wyraźnie był świadomy czyjejś obecności w pobliżu.

To tylko post uzupełniający, nadal trwa pierwsza tura.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 22:05
Zapomniał o merlinowym świecie, zupełnie pochłonięty rozmową z kobietą. Przestał widzieć światła lampionów zawieszonych na gałęziach drzew, nie dostrzegał innych ludzi, ich głosy do jego uszu nie docierały. Widział tylko oczy staruchy, jednocześnie współczujące i przecinające duszę na wskroś, jednocześnie jaśniejące w blasku światła i będą odzwierciedleniem tego, co tworzyła. Uchwycił się belki wspierającej dach straganu, jakby wszystkich dookoła, łącznie ze sobą, chciał upewnić w tym, że nigdzie się nie wybiera, dopóki nie wypełni własnych postanowień.
- Czyli pogrzebali legendę, i możliwość powrotu do niej, razem ze sobą - odparł cicho, namyślając się, łącząc słowa w pełny obraz, pełną opowieść. W swojej sytuacji przypominał tego, który poprzednio szukał amuletu. Co się z nim stało? Ich obu wzywały bagna Brenyn, ich magia wołała, a amulet czekał, aż ktoś weźmie go do rąk, uwalniając od ciężaru dziedzictwa tajemniczej czarownicy. Miał już odejść, jednak kobieta odpowiedziała na jego zanętę, jednocześnie będącej usilną prośbą, wołaniem o pomoc. Spojrzeniem pomknął w stronę amuletu, który mu proponowała. Skrzywił się z lekka, w głowie prędko pojawiły się obrazy wyrywania owej gałki ocznej jednemu ze zwierząt, które musiało wówczas stracić życie. Nie nosił podobnych trofeum, ale czy nie powinien teraz myśleć o przyszłości? Pokręci się po okolicy, popyta innych, może znajdzie kogoś, kto na zielarstwie zna się lepiej niż on, wyuczony krótkimi wspominkami Cecylii. A może zapyta wspomniane ptaki? Sięgnął pod pelerynę, dłońmi napierając na klamrę, by ta odsłoniła swoje skarby. Wyłonił z sakwy odpowiednią ilość monet, zadbał również o nawiązkę - kobieta sprawiedliwie podzieliła się z nim swoją wiedzą, a on nie okłamywał jej mówiąc o zapłacie. - Każda bajka niesie w sobie ziarno prawdy. Dziękuję - wymienili się; dał jej pieniądze, zamykając jej dłoń, nawet, jeśli było za dużo jak na jeden amulet, który zakupił, i odebrał go, wsuwając na razie do sakwy, od razu zapinając mocno klamrę, upewniając się, że jest bezpieczna. - Niech szczęście ci sprzyja, dobra kobieto.
Odwrócił się, wciąż trzymając dłoń na torbie, mając w myślach jej wspomnienie o kieszonkowcach. No tak, przecież obwieszony był jak wół. Dotknął jeleniej broszy, kiedy nagle napotkał przed sobą człowieka mówiącego mu po imieniu. Potrzebował chwili, żeby powrócić na ziemię, na chwilę zapomnieć o tajemnicach sączonych wartkim strumieniem ustami staruchy. Przymrużył oczy.
- Lord Garfield Weasley, o ile mnie moje oczy nie mylą - na usta wpełzł niepewny uśmiech. - Dobrze cię widzieć, stary przyjacielu. Zwłaszcza w takim miejscu. - ciekaw był, czego tu szukał, ale długo zastanawiać się nie musiał, uzyskał od Garry’ego odpowiedź. - A to ciekawe. Mówisz o pani Thalii Wellers? Czy może panience? Nie wiedziałem, że się znacie. - spojrzał w stronę sakwy. Amulet dziwnie mu ciążył. Jakby nie powinno go tam być. Czyje to było ślepie? - Przedstawienie? Cieszę się, że o nim wspominasz, bo nie doszły mnie słuchy o niczym podobnym. - rozejrzał się, jakby szukał rozstawionej sceny. I faktycznie, dojrzał ją dopiero teraz. Przyszedł tutaj zbyt zasłuchany we własne pragnienia. Zobaczył jednak po drodze jeszcze coś. - Wybacz, przyjacielu, zaraz do was dołączę, przywitam się z jeszcze jedną osobą. Na pewno was zobaczę, zajmijcie mi miejsce. - położył rękę na ramieniu Garfielda, by następnie podjąć krok w stronę Laurence’a, obok którego stanął, rozglądając się po straganie, który go interesował. - Witaj, Laurence. Polecasz któryś z dzieł mistrza? - skinął z lekkim uśmiechem głową sprzedawcy. - Wybornie pachną.

| Poproszę pięknie o wycenę amuletu + ode mnie 10 PM nawiązki dla miłej staruszki.



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 22:05
The member 'Rhennard Abbott' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 5
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 22:49
Pochłonięta swoim przeczuciem Goshawk niemal zapomniała o obecności płomiennowłosej młódki, w tym momencie próbując odnaleźć powód tak dziwnego, dzikiego, odczucia. Wyraźnie zaabsorbowana prawie puściła mimo uszu nazwisko czarownicy, kiedy jednak obiło się ono echem po jej głowie, uniosła szybko wzrok znad wyciągniętej karty – po Neali nie było już śladu, choć wyróżniała się na tyle z tłumu, że bez trudu byłaby w stanie ją odnaleźć i wrócić do dyskusji na temat interpretacji symboli i znaków, a także kto wie: może chroniąc przed niespotkaniem wybranka serca.
Wreszcie odwróciła kartę, by móc ją dokładnie obejrzeć; siedemnasta z Arkan znajdowała się w niepochlebnym towarzystwie mrocznych kart, jak choćby obok Wieży, karty, której ani czarownica nie lubiła ani nie budziła ona powszechnie pozytywnych odczuć. Sam fakt znajdowania się w takim położeniu nie oznaczał właściwie jeszcze nic, chociaż bardzo silne przeczucie – intuicja i sygnały wysyłane z ciała – podpowiadało jej, że coś było nie tak. Przymknęła więc powieki, wzięła głębszy wdech, skupiając się nad tym, co powiedziała podczas sesji. Zastanawiała się, w którym momencie popełniła błąd odczytując coś na opak i czy w ogóle go popełniła – zawsze bowiem powtarzała, że karty były wskazówkami, nigdy nadto dosłownymi, bardziej odpowiadającymi na pytania, wątpliwości, sytuacje, w których się znajdowaliśmy i podpowiedzią, w którą stronę pójść. Tymczasem odnosiła wrażenie, że nieszczęsna Gwiazda w pozycji odwróconej przekreślała wszystko to, co wywnioskowała; być może sytuacja dla młodej Weasleyówny miała się zmienić na złe a nieuchronność losu oznaczała coś negatywnego w skutkach, i szybko pożałowała, że nie sięgnęła po tę kartę wcześniej, gdy Neala jeszcze przed nią siedziała.
Zawahała się; dłuższą chwilę zastanawiała się co zrobić – czy pójść za dziewczyną i ją ostrzec, czy zaufać losowi, w który wierzyła i zrobić to co zwykle, czyli nic. Ostatecznie podjęła decyzję, by nie ingerować mimo relacji łączącej ją z kuzynem dziewczyny, a przynajmniej nie bezpośrednio. W namiocie zrobiło się duszno, parno, nieprzyjemnie, od czego zakręciło się jej w głowie. Pozbierała swoje rzeczy, bardzo szybko opuściła namiot, by się przewietrzyć i skierowała się powolnym krokiem w tłum. Pech chciał, że kiedy tylko znalazła się przy kramie z nalewkami zdezorientowana wpadła prosto w Laurence'a. Brzdęk bransolet zwrócił uwagę ludzi wokół, a z całą pewnością trójki czarodziejów przy stoisku.
To by wyjaśniało czemu cię jeszcze u mnie nie było – przywitała się, w tym momencie ciesząc się także nawet ze scenicznego makijażu, który ukrył bladość i lekki niepokój wymalowany na twarzy czarownicy. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – dodała w końcu nieco nieobecnie, zauważając stojącego obok Rhennarda. Wzrok wróżbitki systematycznie jednak kierował się poza tę dwójkę, na zbiegowisko, w którym starała się dostrzec rudowłosą. Czarna otchłań jeziora wymalowana na karcie nie dawała jej spokoju.


* * *
I bury my head in the sand and go on acting like it's all gone to plan. And I feel the sweat dripping down my neck, pretending it hasn't happened. And it hasn't happened yet.
Millicenta Goshawk
Zawód : wróżbitka, wytwórca kadzideł
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : n/d
she was life itself.
wild and free, wonderfully chaotic;
a perfectly put-together mess.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15 +4
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11061-millicenta-goshawk#340439 https://www.morsmordre.net/t11254-cesarzowa#346161 https://www.morsmordre.net/t11256-niech-ja-ci-powroze#346166 https://www.morsmordre.net/f425-dolina-godryka-chata-na-uboczu https://www.morsmordre.net/t11255-skrytka-bankowa-2421#346163 https://www.morsmordre.net/t11257-millicenta-goshawk#346175
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 23:36
Nie miało znaczenia to, ile prawdy tkwiło w opowieściach osnutych leśną tajemnicą, liczyła się sama historia; to, kto, i w jaki sposób ją opowiadał. Pochylił się do przodu, bliżej pomarszczonych dłoni, w których zachybotała nalewka.
- Magiczne? - zapytał zaciekawiony. - Tak jak w czasach Brenyn? Gdy żyjący tu czarodzieje czerpali energię z samych roślin? Gdy rośliny ich uzdrawiały, chroniły? - kiedy Penny wspomniała o Brenyn po raz pierwszy, przysłuchiwał się jej słowom z równym zaciekawieniem - złakniony detali jak mały chłopiec, któremu nie miał kto opowiadać baśni. - Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak potężna musiała być - rzekomo, ale przecież mogli udawać, że to wszystko naprawdę kiedyś się wydarzyło, naprawdę istniało - w dzień, taki jak ten, łatwiej było dać wiarę podobnym słowom - cyrkulująca w drzewach magia, która chroniła tamtą społeczność - brzmiało to tak, jakby magia płynęła w organizmie lasu, w każdej tkance i komórce, scalona z nim w pełni. Oddychająca tym samym tlenem, słońcem.
- Dziękuję - posłał mężczyźnie uśmiech, biorąc od niego kieliszek z ciemnoczerwoną nalewką lewą ręką, w prawej wciąż trzymał pakunki, które już zaraz będzie musiał zanieść Penny, ale na razie, korzystając z okazji, przechylił kieliszek do dna. - Świetnie zbalansowana słodycz z cierpkim posmakiem czarnego bzu - przyznał z uznaniem; czuć było, że to dopracowana przez pokolenia receptura. Jeśli miałby wybierać pomiędzy dziką wiśnią a czarnym bzem, postawiłby najpewniej na tę drugą nalewkę.
Wtedy jednak mężczyzna wspomniał o czymś jeszcze.
O uwarzonych starych historiach.
Odstawił kieliszek, z chęcią sięgając po drugi. Trunek znajdujący się w nim był całkowicie czarny - jak prawdziwa czerń pochłaniać się zdawał światło otaczających ich kolorów; Lawrence uniósł go ku górze, jakby przyjrzeć się chciał, jak rozproszą się wiązki światła z lampionów nad nimi. Zaintrygowany, przełknął ślinę, próbując pozbyć się pozostałego w ustach posmaku - tak, by nie czuć już dłużej czarnego bzu. - Chętnie skosztuję, bardzo dziękuję - tym razem pił powoli, małymi łykami, usilnie próbując przyporządkować ten smak do czegokolwiek, co było mu już znane. Nie był pewien, czy to siła sugestii, czy jego zmysły zostały już także omamione wszystkimi magicznymi historiami, ale bukiet miał w sobie drzewną nutę, by zaraz potem zacząć pachnieć jak wyobrażenie leśnego strumienia; ta nalewka była bardziej słodka, a jednocześnie pikantniejsza, i z przebijającym się wyraźnie przez słodycz nie tylko kwaśnym, lecz także gorzkim posmakiem? A może tylko mu się tak wydawało? Zasłonił usta dłonią, w której trzymał kieliszek, by oblizać wargi z osiadłych na nich lepkich kropel.
Zdecydowanie ta.
- W jakiej jest cenie ta z jagodami Brenyn? - zapytał nieco skrępowany; nie mógł sobie jednak pozwolić na to, by wyrzucić w błota Brenyn wszystkie swoje oszczędności, ale nagle kupienie jednej tylko buteleczki zaczęło mu się wydawać niewystarczające; za kilka dni Florean miał urodziny, mogliby wypić tę nalewkę razem. - Samoistnie występująca iluzja niewidzialności? - upewnił się; f a s c y n u j ą c e. Czym innym były silne czary maskujące, czym innym jednak mechanizm, być może obronny, magicznych roślin. Nie znał się na zielarstwie, będzie musiał w niedalekiej przyszłości dopytać o to któregoś z botaników. - Leśnych strażników, czyli poległych mieszkańców wioski? - dopytał się takim tonem, jakby prowadzili właśnie całkowicie normalną rozmowę o historycznych postaciach, a nie dywagowali na temat wymyślonych bohaterów. Zdając sobie sprawę z tego, jak absurdalnie zaczął brzmieć, ostatecznie zaśmiał się cicho. - Przepraszam, ale z jakiegoś powodu, słuchając pana, przez chwilę miałem ochotę ruszyć na poszukiwania, chociaż nigdy nie udało mi się wypatrzeć nawet zwykłych jagód; bez wątpienia bez trudu poradziłbym sobie ze znalezieniem tych niewidzialnych - nie pomyślał o tym, że wbrew pozorom w kwitnącym lesie być może łatwiej byłoby dostrzec puste, ogołocone krzewy; a może lokalni mieszkańcy znali inny sekret, który pozwał im odnaleźć te jagody?
Jeśli oczywiście wierzy pan w takie rzeczy; o dziwo, w niektóre tak. Pewien był, iż za częścią uproszczonych historii kryją się zawiłe tajemnice magii, których po prostu jeszcze nie potrafią - jako czarodziejska społeczność - zrozumieć. A może utracili z jakiegoś powodu zdolność do zrozumienia dawnych prawd? Miał już zaczął opowiadać o łzach czystej panny, które wypić musiał, by uwolnić się od ognistej klątwy, lecz wtem usłyszał swoje imię; na ten dźwięk obrócił głowę, napotykając znajome, niebiesko-szare tęczówki.
- Kogo ja widzę - uśmiechnął się ciepło, przesuwając się nieco w prawo, by zrobić Rhennardowi miejsce przy nalewkach. - Warto zerknąć na stoisko z amuletami? - gdy go dostrzegł jakiś czas temu, Rhenny pochłonięty był rozmową z kobietą sprzedającą talizmany, a sam Laurence nie miał jeszcze okazji rozejrzeć się z należytą uwagą po zgromadzonych tam cudach. - A smakują jeszcze lepiej - uniósł kieliszek w geście uznania i skinął głową mistrzowi, nim wypił ostatni łyk. Zaraz też odstawił naczynie. - Nigdy nie piłem czegoś podobnego do nalewki z jagód Brenyn - zaakcentował ostatnie słowo, przyglądając się uważnie reakcji Rhennarda; coś podpowiadało mu, że Ofe bądź Cece musiały mu kiedyś opowiedzieć tę legendę - i że imię tej niezwykłej czarownicy nie będzie mu obce. - Spróbuj, ja na pewno zabiorę ze sobą do domu chociaż jedną buteleczkę, a... - urwał.
Najpierw usłyszał brzdęk ciężkich bransolet, potem zamigotały błękitne drobinki, skrzące się wokół zamglonych oczu o tej samej barwie. Choć w istocie tak ubraną i ucharakteryzowaną widział ją może kilka razy w życiu, to jednak poznał ją od razu.
- Millie, wszystko w porządku? - makijaż skrywał koloryt jej twarzy, bladość, lecz czuł ciężar jej ciała na swoim ramieniu, wolną ręką przytrzymał ją mocniej, żeby nie upadła; miał wrażenie, że gdyby ją puścił, z trudem ustałaby na nogach - potrzebujesz usiąść? - rozejrzał się pospiesznie wokół, być może przy którymś stoisku znajdowało się wolne krzesło bądź taboret. - Przepraszam, czy miałby pan może odrobinę wody? - zwrócił się też do sprzedawcy, wyraźnie zaniepokojony; kiedy wstąpił do namiotu wróżbitki jeszcze wtedy, gdy nie było jej w środku, duchota i woń kadzideł niemal uniemożliwiła mu normalne oddychanie, nic dziwnego, że najpewniej zakręciło jej się od tego w głowie.

\chciałabym kupić nalewkę albo dwie, zależnie od ceny, proszę o oszacowanie, ile PM kosztuje jedna buteleczka <3




ściany się burzą, szyby pękają na raz
lecę w dół przez błędy wszystkich lat
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
więc przez płonący las
przeprowadź mnie
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 23:49
Legenda, którą się podzieliła handlarka mogła być tylko bajką, ale mogła być bardzo przydatną wskazówką, gdyby tylko Weasley nie pojawił się tuż obok. Śpiew ptaków — od razu to zapamiętał, zerkając jeszcze przez ramię. Porozumiewali się tak z Marcelem, nauczył go tego Thomas. Ptasich gwizdów. Wychowując się w dzikiej przyrodzie, w lasach, na polach, wzgórzach, przy strumieniach słyszeli te ptaki. Potrafił nazwać wiele z nich, wiele z nich także imitować w prostych, krótkich dźwiękach. Ptasich pieśni nie dało się podrobić, nawet, jeśli mieszkało się pośród nich. Melodyjny kos w swej niezwykłej i niezharmonizowanej melodii był zawsze sygnałem bezpieczeństwa, zaś energiczny, dźwięczny i wpadający w ucho słowik alarmem. Nie sposób było je ze sobą pomylić a nie raz ratowały im skórę. Rozglądał się, mijając ludzi. Chciał dotrzeć do koni. Gdyby się udało, mógłby stąd odlecieć, z żalem, tęsknie spoglądając w kierunku bawiących się ludzi.
Uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na wierzchowca. Był piękny. Majestatyczny. Zapierający dech w piersiach. Budził w nim tęsknotę za dziką wolnością, za latami, które zostawili za sobą. Zatrzymał się, gdy uniósł głowę, poruszając uszami, spoglądając w jego stronę. Nie chciał mu zrobić krzywdy, nigdy by tego nie uczynił. Stał więc chwilę, nie spiesząc się. Wiedział, że gdy go dotknie bez ostrzeżenia zareaguje nagle i gwałtownie. Dlatego nigdy nie podchodziło się do końskiego zadu w ciszy, bez ostrzeżenia. Dotyk, słowa wystarczyły by koń wiedział, że ktoś jest wokół i zwykle nie miał powodu, by odstraszać delikwentów silnym kopniakiem. A jednak zdawał sobie też sprawę, że mówiąc do niego nic nie zdziała. Nawet jeśli zdawał sobie sprawę z jego obecności, nie widząc go — pewnie się wystraszy. Nie próbował tego nigdy, ale to był jeden nomen i jedna szansa.
— Shhh...— szepnął uspokajająco, kiedy podszedł bliżej, jeszcze nim go dotknął, nim wyciągnął ręce. Było z nim inaczej niż ze zwykłym koniem. Ten miał skrzydła utrudniające dostanie się do jego boków. Zrzuciłby go jednym machnięciem. Zrobił jeszcze kilka kroków, powoli, ostrożnie, widząc jego czujność, ruchome uszy. Ryjące ziemię kopyto mogło być zaproszeniem do zabawy, jeśli był ciekawskim i odważnym koniem. Mógł być wyrazem nudy i frustracji. Ale nie dowie się, póki nie spróbuje. Dotknął jego szyi ostrożnie, znów uspokajającym głosem, próbując go do siebie przyzwyczaić. Nie chciał go zaskoczyć, ani wystraszyć. Sam też próbował uspokoić lekko rozklekotane serce. Oddychał powoli, spokojnie — konie doskonale wyczuwały ludzkie emocje. — Shh... Spokojnie — szepnął, lewą ręką sięgając grzywy tuż nad kłębem. Nim jednak ją złapał obrócił się przodem do ugiętego skrzydła. Wdech i zamach prawą nogą; skok — złapał się grzywy, podciągając nieco, lewym kolanem próbując oprzeć się o skrzydło i zarzucić prawą na grzbiet wierzchowca.


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]23.08.22 23:49
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 87
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 2 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Strona 2 z 11 Previous  1, 2, 3, ... 9, 10, 11  Next

Bagna Brenyn
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach