Wydarzenia


Ekipa forum
Bagna Brenyn
AutorWiadomość
Bagna Brenyn [odnośnik]21.08.22 13:06
First topic message reminder :

Bagna Brenyn

Bagna Brenyn znajdują się w północnej części hrabstwa, na terenie Forest of Bowland – oraz w bliskim sąsiedztwie wioski o tej samej nazwie. Składa się na nie kilkanaście kilometrów kwadratowych wyjątkowo zdradliwych, leśnych mokradeł, których znakiem rozpoznawczym jest barwa: zacienione splecionymi gęsto gałęziami, głębokie jeziorka, wydają się być zupełnie czarne, nie licząc pojawiających się od czasu do czasu nad powierzchnią błędnych ogników.
Obcy rzadko kiedy zapuszczają się na same bagna, zdarza się jednak, że w ramach wyzwania wyprawiają się na nie dzieci, a wśród mieszkańców pobliskiej wioski znane są przede wszystkim ze względu na związaną z nimi legendę. Według starych opowieści, leśny teren zamieszkiwała kiedyś niewielka społeczność czarodziejów, których magia była ściśle związana z naturą: dzięki przekazywanej od pokoleń wiedzy, potrafili czerpać energię z samych roślin, wykorzystywać ich uzdrawiające właściwości i rzucać potężne zaklęcia, które chroniły ich przed intruzami – zgodnie z podaniami, do ukrytej w lesie wioski można było trafić wyłącznie mając za przewodnika jednego z jej mieszkańców. Wśród społeczności żyła Brenyn – czarownica piękna i odważna, na tyle, że niejednokrotnie zapuszczała się poza chroniony magicznie, rodzimy teren. Pewnego dnia na leśnej ścieżce spotkała czarodzieja, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia; zaciekawiony Brenyn i jej ludźmi, omamił ją obietnicami i zdobył jej zaufanie, namawiając, by pokazała mu wioskę. Młoda czarownica zaprowadziła go więc do ukrytej części lasu, opowiedziała o przepływającej przez drzewa magii, jednocześnie zastrzegając, że była to silnie strzeżona tajemnica. Czarodziej przyrzekł dochować sekretu, jednak skusiła go potęga – i zaledwie tydzień później przyprowadził do lasu swoich towarzyszy. Walka, która rozgorzała pośród drzew, była krwawa i długa; towarzysze zdradzieckiego czarodzieja używali magii czarnej i plugawej, a Brenyn, zorientowawszy się, że jej najbliżsi przegrywają, zdecydowała się na desperacki krok – sięgnąwszy po prastary rytuał, obudziła energię drzemiącą w drzewach, jednocześnie samej na zawsze się z nią wiążąc. Potężne rośliny zwróciły się przeciwko najeźdźcom, choć jednak udało się ich przegnać, to gdy bitwa dobiegła końca, przy życiu nie pozostał ani jeden mieszkaniec leśnej wioski. Legenda głosi, że Brenyn, ogarnięta żalem, wylała rzekę czarnych łez, które rozlały się po lesie, tworząc bagna – a w miejscu każdego poległego czarodzieja wyrosło wypełnione magią drzewo. Rytuał oraz związane z nim sekrety przepadły, ukryte na zawsze w chatce Brenyn – której od tamtej pory nikt nie był w stanie odnaleźć.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 0:42
Rozczarowała mnie trochę ta wróżba. Ale próbowałam się jakoś trzymać, chociaż pewnie wszystko było na mojej twarzy tak czy siak widać. Bo więcej się spodziewałam dostać. Zapytałam konkretnie. Kiedy. Gdzie. Jak. A konkretów z powrotem wcale nie dostałam. Tylko ogólniki jakieś. Że niby to mogła być rzeka, mogło być morze, ale nawet bagno co znajdowało się niedaleko. Że dzisiaj, to niby idealna okazja żeby wziąć i stanąć naprzeciw tego jednego jedynego? Dobre sobie. Unikaniem nic nie zrobię chyba. W domu wezmę jeszcze raz na notatki spojrzę i może napiszę do Leonie, ona chyba znała się na wróżbach też nie zgorzej. Nie zamierzałam przecież życia brać i unikać. Nie bałam się przecież. No na pewno nie tego, że chłopaka wezmę i spotkam. Koniec końców - to nadal była tylko i wyłącznie moja decyzja. Odetchnęłam ruszając w stronę ognisk jak postanowiłam chwilę wcześniej. Wdychając lekkie świeże powietrze. Je wolałam mocniej, w nim czułam się swobodniej niż gdy wokół duszące zapachy kadzideł drapały mnie w gardło. I gdy tak szłam z początku zła jeszcze trochę postanowiłam, że przeznaczeniem z odwagą w przepychanki pójdę jeśli tego właśnie chciało. Udowodnię wszystkim - WSZYSTKIM - niedowiarkom, że to była moja decyzja. Najlepiej by było w ogóle, najidealniej, jakbym mogła dokładnie określić, żeby potem wziąć odważnie stanąć przed i zdecydować - nie, nie będzie żadnego kochania. A potem bym poszła i jeszcze dokładną relację z tego zdała Jamesowi oczywiście i Garfiemu na dokładkę, bo tak łażą i o tej nieuchronności gadają, jakby się zmówili.
Dlatego, kiedy wzięłam i zatrzymałam się na chwilę patrząc na te ogniska od razu stwierdziłam, że wezmę i spróbuję wydedukować czy któryś to być może. A przeznaczenie niech bierze i patrzy sobie. Gdybym miała unikać wszystkiego o czym mówiła wróżba którą dostałam, to bym mogła jedynie siedzieć i usta do kobiet i rodziny otwierać. Nie dam odebrać sobie mojej własnej wolności. Choć prawda była taka, że normalnie pewnie bym nie podeszła, gdyby nie ta walka z losem całym. Nie sama, a sama tu byłam. Ale kilka głębszych wdechów, myśli zapewniających o tym, że to najlepsza z dróg do obrania i byłam obok wypowiadając pierwsze zdania, przesuwając po nich spojrzeniem. Zawieszając jasne tęczówki na tym, który zrobił krok w moją stronę. Usta rozciągnęły mi się w uśmiechu, widząc wykonany gest, złapałam wolną dłonią za spódnicę i dygnęłam lekko czując jak uśmiech ten dociera mi do oczu nawet. To co losie, któryś z nich tym jednym moim ma być właśnie? Od Charliego - po tym jak się przedstawił - przesunęłam spojrzeniem po przedstawianych kolejno znajomych.
- Cześć. - powtórzyłam jeszcze raz, na krótką sekundę łapiąc wewnętrzną panikę zastanawiając się co ja właściwie robię. I co jeśli JEŚLI jednak właśnie skazałam się i zrobiłam wszystko dokładnie tak, jak ten przeklęty los chciał. Przełknęłam gulę i nakazałam sobie spokój. Bo - Neala - tylko spokój cię uratuje i kontrola siebie samej. Podążyłam wzrokiem za butelką piwa, teraz by mi się go chyba przydało trochę. Uniosłam trochę wargi, uśmiechem próbując sobie dodać tej odwagi, którą miałam przed chwilą. Gdzie ona na Merlina teraz była. - Z Devon. - oznajmiłam, pomijając jednak dokładną lokalizację. Lepiej było nie mówić zbyt wiele - na wypadek gdyby jednak ten przeznaczony niby tu miał być i chciał mnie potem wziąć i znaleźć. Szukanie po całym hrabstwie zajmie mu wieczność - i bardzo dobrze. Zresztą i tak wątpiłam, żeby ktokolwiek szukać mnie chciał. Nie miał po co. A gdy kolejne słowa wypadły z jego ust uniosłam odrobinę brwi w niezrozumieniu całkiem. Szturchnięcia kolegów nie zauważając. Rozejrzałam się wokół olśnienia doznając. - Bo zmrok zapadł całkiem? - upewniłam się, że właśnie o to mu chodziło. Bo o co innego by mogło. Zerknęłam w niebo ciekawa czy gwiazdy dzisiaj pokażą się czy skryją za chmurami. - Oh. - wypadło z ust moich kiedy stwierdził, że nie miał pojęcia czy to tradycją było czy nie. Opuściłam głowę. Opuściłam głowę słuchając o tym skakaniu przez ognisko. A kiedy propozycja padła pomiędzy nas zdziwienie na chwilę zagościło na mojej twarzy. Chciał skoczyć przez nie, ze mną? Odwróciłam wzrok żeby spojrzeć na ogień. Ogień, był moim żywiołem. Moim i tych, którzy byli mnie blisko. Ogień nie tylko znaczył się wyraźnie na mojej głowie ale i w duszy. A trzaskające płomienie przynosiły na myśl Ognisko Wyzwolenia. Przypominały też od dniu w którym poznałam Marcela i Jamesa. O nocy wypełnionej pierwszymi razami. Nie wszystkimi, którymi bym chciała. Chociaż skakanie przez ogień się do nich wtedy nie zaliczało. Właściwie, mogłam mu powiedzieć o tym jarmarku. Zawahałam się chwilę. Przeznaczenie lubiło ze mnie kpić, kiedy znajdował się obok więc może - może dzisiaj mogłam odetchnąć i zajęło się samo sobą. W końcu wypuściłam powietrze z ust niby rezygnująco, ale uśmiech nie zszedł mi z twarzy. - Chciałabym. - zdecydowałam w końcu, bo co najgorszego zdarzyć się mogło. - Trochę nie pozostawiasz mi wyboru, Charlie. - powiedziałam żartobliwie wracając do niego wzrokiem. Uniosłam rękę, żeby odgarnąć włosy na plecy. - Jeśli o szczęście wszystkich wokół się rozchodzi i jego zatrzymanie na rok cały musiałabym być straszną osobą by po prostu przejść obojętnie obok czegoś co innym może pomóc, prawda? - zapytałam przekrzywiając odrobinę głowę w prawo. Uśmiechnęłam się prezentując uzębienie. Przesunęłam się kilka kroków, żeby obok Roberta, Winstona i Sama położyć miotłę. A kiedy się schylałam dostrzegłam, że wszyscy są boso, niewiele myślałam, wyskakując z własnych butów i układając je przy miotle obok. Dłonie chwilę przesuwały się po pasku torby którą w końcu też ściągnęłam przez głowę. Różdżkę miałam schowaną we wszytej w sukienkę kieszeni. Poprawiłam spódnicę wygładzając ją i spoglądając na Charliego. Smakując dotykiem odczucia stóp, kiedy dotknęły zimnej trawy. Wzięłam wdech i spojrzałam na pozostałą trójkę. - Trzymajcie kciuki mocno, robię to też dla was, a nie chciałabym się spalić całkiem. - oznajmiłam by z krótkim zmrużeniem oczu i przesunięciem po nich wyciągniętym palce ruszyć w kierunku ogniska, wyprzedzając trochę Charliego, odwracając się w jego stronę i idąc tyłem do przodu. - W takim razie, po szczęście? - zapytałam ponaglająco skocznym krokiem ruszając w stronę ogniska. Dopiero przed nim łapiąc krótką wątpliwość, czy naprawdę przez ten ogień skakać powinnam. Ale chyba ogólnie za późno już było na to, żeby się wycofać. Wzięłam wdech w płuca spoglądając na bok. Mimowolnie mierząc na oko jak był wysoki, przyrównując do wzrostów, które dobrze znałam. - Och, mam szczerą nadzieję, że jak wpadniemy w sam środek to pecha nie przyniesie zamiast szczęścia. - jęknęłam, wcześniej powinnam o tym pomyśleć. Przebrałam kilka razy nogami - a może raczej poruszyłam kolanami w przód i tył tylko. - Boisz się? - zapytałam go jeszcze chwilę - może sekundę, może minutę zanim ostatni wdech przed ruszeniem w stronę ognia wzięłam.

| chyba - jak mogę to chciałabym - skoczyć z Charliem przez ognisko?


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 0:42
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 34
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 1:51
Cieszyła się tym co miała, bo los był jak ster statku, wirujący czasem na otwartym sztormie tak, że złapać go i obrać kurs było niemal niemożliwością. Zresztą, sama nigdy wiele nie miała, sięganie więc do prostych przyjemności było jedyną sytuacją, gdzie prawdziwie mogła się cieszyć – darmowe próbki lodów, na które Florean przymykał lekko oko, wiatr wiejący na pokładzie, targający jeszcze bardziej jej czerwone niemal włosy, delikatne muśnięcia dłoni kiedy poddenerwowana ale zmartwiona Yvette badała jej temperaturę. Drobne obecności bliskich, takie jak wspólne przejścia się jarmarkiem teraz, kiedy Garry wydawał się nasiąkać atmosferą celebracji.
- Że czym niby, hę? – Przechyliła głowę, poruszając zabawnie brwiami zanim nie parsknęła, szturchając mocno Weasleya łokciem między żebra. Niby ludzie nie mieli nic złego na myśli, nazywając ją piratem, zwłaszcza ci bliscy, ale w jej wydźwięku nie brzmiało to jednak dobrze. – Traversów możesz sobie piratami nazywać, ale ja szlachtować ludzi na statkach nie szlachtuję, ani też nie kradnę nic z nich, dlatego takie insynuacje sobie wypraszam! – Uniosła niemal oskarżycielsko palec, a chociaż doskonale znający ją Weasley wiedział, że nie obrażała się na niego w tym momencie, wyczuć mógł również iż to powiązanie nie brzmiało dla niej najlepiej.
Czy miałaby teraz nawet z kimś szansę? Nie wiedziała, czując, że raczej psuje każdą relację do której wejdzie albo nawet na którą spojrzy. Bardzo by chciała mieć „kobiecą pasję”, pozbyć się problemów z agresją i pewnie żyć pod wieczną metamorfomagią, aby twarz mieć nieco inną, bez blizny, mniej przypominającą rozjechanego kołem wozu szczupaka. Wtedy mogła mieć szansę – ale wtedy to nie byłaby ona. Nie umiała tak siedzieć w miejscu, rezygnować z siebie całkowicie dla drugiej osoby. Zmarniałaby niczym kwiat na jesień, przemijając szybciej niż mrugnięcie oka. Dlatego cieszyła się z przyjaciół, którzy jeszcze ją akceptowali i wspierali, tej jedynej namiastki „normalnego” życia na którą mogła liczyć.
- Dobra, dobra, wierzę na słowo, żadnego lusterka nie szukamy. – Z każdym elementem stroju od parady wyglądała raczej jak nieco dziwny duch z nie tego świata i może powinna się zastanowić, czy aby przypadkiem nie unikać dziś tego wypędzania, bo jeszcze ktoś będzie chciał ją wyrzucić, ale po chwili jednak skupiła się na zakupie..i na tym, że Garry od razu założył sobie na szyję łapacz snów. Gotowa była nawet go szturchnąć jeszcze raz, sprzedawczyni na całe szczęście wytłumaczyła sytuację, a sama Wellers potrząsnęła lekko głową. – Masz szczęście, że za bardzo cię lubię na to wszystko. – Parsknęła sama lekko śmiechem, odbierając zakupione towary od sprzedawczyni i wręczając jej całą zapłatę zanim nie ruszyła za Garrym, potrząsając lekko głową kiedy padło pytanie.
- Wyłącznie prezenty. Mam nadzieję, że się przydadzą. – Spojrzała jeszcze na opakowanie, czując w jakiś sposób smutek, kiedy właśnie rozważała, jak bolesne jest to, że łapie się każdego sposobu aby zapewnić komuś odrobinę spokoju. Ale chyba chciała po prostu wierzyć, że mogła zrobić cokolwiek, aby ktoś odpoczął. – Spokojnie, żadne ognisko. – Poklepała go lekko, nie zamierzając ciągnąć go w żadne miejsce, w którym nie czułby się niekomfortowo.
Ostatecznie jednak skierowali się w miejsce, gdzie stał lord Abbott, a sama skinęła głową, nie odzywając się dopóki nie została niejako wywołana.
- Pannie. – Potwierdziła swój stan, nawet jeżeli dla takich osób jak Rhennard, w jej wieku był on raczej oznaką wstydu. Speszona jednak absolutnie nie była, mimo wszystko uciekając z wypowiedzi, czy też raczej pozostając, kiedy to Abbott szybko postanowił się oddalić. No cóż, przynajmniej próbowali!
- Chodź, chodź, pójdziemy na przedstawienie! – Złapała lekko Garfielda za ramię, ciągnąc go w kierunku sceny, wyrywając się lekko do przodu jednak nie na tyle, aby puścić przyjaciela. Znalazła miejsce w pierwszym rzędzie, wciskając się na nie i oglądając się, czy Weasley postanowił usiąść obok, czy jednak znalazł sobie bardziej komfortowe miejsce.

Kupuję łapacze (chyba, że nie stać, wtedy edytuję posta), Thalia zwolniona jest z rzutu na zajęcie miejsca (szczęście I)



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 23:25
Już się tak nie bocz, wiem, Ty jesteś ta dobra — zaśmiałem, wspominając lata dzieciństwa, w których nazywanie Thalii piratką przywoływało zabawne marzenia o przyszłości rysującej się pływaniem na otwartych wodach, piciem czarodziejskiego rumu i poszukiwaniem skarbów. Rzeczywistość była podlejsza. — Chciałem tylko powiedzieć, że naprawdę pięknie wyglądasz — zakończyłem, nie zostawiając wątpliwości co do intencji, jakie stały za moimi słowami. To jest, nie zostawiając ich Thalii, ktoś stojący obok mógł to odebrać jako romantyczny komplement, co nie miało pokrycia w rzeczywistości, ale mało mnie to obchodziło.
Groteskowa sytuacja z tym całym łapaczem snów, jak się później domyśliłem, wprawiła mnie w delikatne zakłopotanie. Problem polegał na tym, że wybrałem najskromniejszy z amuletów i było mi trudno przecisnąć go przez szyję, więc łańcuszek się rozerwał... a jak później pojąłem, jego przeznaczeniem było powieszenie go nad łóżkiem. W takiej sytuacji najlepiej było odpowiedzieć rozbawionym śmiechem, który mi się udzielił zarówno od Thalii, jak i młodej dziewki za straganem. — Teraz już będę wiedzieć, że nie wszystko, co wygląda jak wisiorek, w istocie musi mieć takie zastosowanie. Dziękuję za wyjaśnienie i cieszy mnie, że dopisuje panience humor, wszyscy powinniśmy się dziś dobrze bawić — odparłem życzliwie bez cienia ironii, by w następstwie schować nadpsuty łapacz do kieszeni i przejść się z przyjaciółką przez jarmark.
Rozmowa z Rhennardem niespecjalnie się kleiła i dostrzegałem, że miała bardziej grzecznościowy, niż przyjazny wyraz — nie próbowałem więc zabierać mu czasu. Wtrąciłem jedynie kilka słów, nim nasze drogi się rozeszły. — Wybacz, proszę, porzucenie konwenansu, lecz jestem zdania, że w tak wesołej celebracji, krew i tytulatura nie mają wielkiego znaczenia — wyraziłem opinię, gdy nazwał mnie lordem. — Mówię o serdecznej przyjaciółce — dodałem na pytanie o stan panny Wellers. — Nie sposób przegapić wielkiej sceny, jestem pewien, że trafisz do celu, przyjacielu. Z pewnością zajmiemy Ci miejsce — skłamałem z grzeczności, wiedząc, że Abbott nie jest żywo zainteresowany spektaklem i spędzaniem z nami czasu, ale nie żywiłem urazy.
Wkrótce ruszyłem z Thalią na widownię, rozglądając się, by zająć odpowiednie miejsce. Dostrzegłem, że tuż pod samą sceną znajdują się dwa wolne krzesła — jedno za drugim, gdy pozostałe były obsadzone. Dałoby się wybrać bardziej komfortową pozycję, ale ta była mi na rękę, więc zdecydowałem się usiąść za Thalią, wskazując jej siedzenie z przodu. W miarę możliwości bowiem, wspomagając się scenicznym oświetleniem, spróbowałem dyskretnie odzwierciedlić wygląd kobiety poprzez rysunek w szkicowniku, czekając na rozpoczęcie wydarzenia, by wzbogacić tło tematycznymi detalami. — Patrz przed siebie, zaraz się zacznie!

udany rzut na wypatrzenie miejsca pod sceną; rysunek III
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 23:57
Rigel Black po raz kolejny ryzykował, pchając się na ziemię wrogiego rodu, jednak tym razem nie był to wynik załamania nerwowego i wszelkich jego nieprzewidzianych konsekwencji. Teraz podjęte ryzyko miało przysłużyć się czemuś większemu - Departamentowi Tajemnic, o awans, do którego czarodziej zaczął się ubiegać bardziej niż kiedykolwiek. A miał ku temu powody.
Jego życie stanęło na głowie po pamiętnej majowej nocy, kiedy to chcąc odebrać sobie życie, otrzymał drugą szansę. Ta była wypaczona, groteskowa - zupełnie taka, jakby los próbował bardzo okrutnie sobie z niego zadrwić. Dołożyć mu bólu, sprawić, by jeszcze bardziej się męczył. Jednak Rigelowi udało się odnaleźć w tym wszystkim całkiem dobrze, odszukując motywacje do działania. Może i była ona w pewnym sensie podyktowana strachem, ale ostatecznie lepsze są takie emocje, niż pustka i bezsens, oklejająca swoją ofiarę niczym żywica bezbronnego owada. Tak przynajmniej uważał Black.
Do misji postarał się podejść w sposób przemyślany. Przecież musiał być przygotowany na każdy możliwy rozwój wydarzeń. Oprócz przygotowania odpowiednich eliksirów oraz wytłumaczeniu swojemu skrzatowi domowemu, gdzie mają się udać, dużo uwagi mężczyzna również poświęcił Odpowiedniemu przebraniu. Za wszelką cenę starał się wyglądać… nudno. Dzięki zaklęciu Capillus, wypowiedzianemu, kiedy Black stał przed lustrem, jego włosy zmieniły kolor na mysi blond, a piękne, długie loki zniknęły, zmieniając się w klasyczną fryzurę z wygolonymi bokami. Wziął też okulary w okrągłej oprawie oraz nie ogolił się, pozwalając, by szczecina lekko zmieniła wygląd jego twarzy.
Później przyszedł czas na przebranie.
Mężczyzna nie pozbył się prostego zestawu ubrań, który zakładał, kiedy chciał przebierać się za prostego pracownika ministerstwa o imieniu Riley, dlatego uznał, że wykorzysta jego elementy i tym razem - zwykłe lekko przetarte na kolanach czarne spodnie i buty. Zdecydował też, że dla bezpieczeństwa założy również magiczną szatę, którą niedawno uszył mu Edward Parkinson. Wystarczyło ją tylko odrobinę postarzyć, by sprawić wrażenie, że szata z wełny i piór jest jedyną cenną rzeczą, jaką posiadał w szafie osobnik, za którego się podawał. Z pewnym bólem Black sięgnął po popiół z kominka oraz ziemię z donic, by w odpowiedni sposób wetrzeć je w piękny szaro-limonkowy płaszcz i koszulę.
Kiedy te wszystkie przygotowania zostały zakończone, Rigel przeniósł się w okolice jarmarku dzięki magii Marudka.
-Ukryj się, by nikt nie mógł cię zobaczyć, ale trzymaj się blisko mnie. Jeśli będę potrzebować pomocy, dam ci znać - czarodziej poinstruował skrzata domowego, po czym wsiadł na miotłę, udając się na miejsce festynu. Nie chciał wzbudzać dodatkowej sensacji.
Od razu, kiedy wylądował, w wyczulone wilkołacze nozdrza uderzyły wszelkie możliwe zapachy. Słodka woń traw, mieszała się charakterystycznym aromatem ogniska i alkoholu oraz spoconych ciał. Od tego wszystkiego aż kręciło się w głowie. A kiedy zdał sobie sprawę, że jego głowę ktoś, bądź coś obsypało błyszczącym pyłkiem, poczuł się naprawdę podle.
Za dużo wspomnień.
Przerzuciwszy miotłę przez ramię, Black udał się wprost w stronę targowiska. Ludzie, prowadzący ożywione rozmowy ze straganiarzami, oraz sami sprzedający wydawali się idealnymi źródłami wiedzy. Rigelowi tak bardzo brakowało wiedzy o miejscowych obyczajach, plotkach oraz innych informacji, dotyczących dziwnych wydarzeń na terenie Anglii. Powoli przechadzał się między stoiskami, oglądając towar, ale przede wszystkim skupiał się na rozmowach ludzi, starając się wyłapać cokolwiek, co mogłoby mu się przydać. Skierował się najpierw ku straganowi z amuletami, lecz kiedy po chwili dostrzegł znajoma męską twarz, która kojarzył z sabatów, wycofał się, kierując swoje kroki ku stolikowi z nalewkami. Tam też toczyła się ożywiona rozmowa, której chciał się przysłuchać. Ostatecznie jednak skierował się ku malarzowi portretów. Prawdopodobnie nie powinien ryzykować aż tak bardzo, lecz ciekawość wzięła nad młodym lordem górę. Kiedy przyszła jego kolej, ostrożnie zajął miejsce na drewnianym taborecie.
-Jest Pan jasnowidzem? - wypalił wprost. - Proszę wybaczyć, ale jestem pierwszy raz w tych okolicach i zupełnie nie orientuje się ani w miejscowych tradycjach, ani znanych osobistościach.
Urwał, po czym potarł kark, zakłopotany.
-Czy zna Pan może miejscowe ciekawe historie? - zapytał ostrożnie, nie chcąc urazić artysty, a i przy okazji umilić sobie czas, kiedy ten będzie zajęty rysunkiem.

|ekwipunek we wsiąkiewce; płace za portret tyle ile trzeba


The truth may be out there
But the lies are inside your head.



Ostatnio zmieniony przez Rigel Black dnia 25.08.22 0:41, w całości zmieniany 1 raz
Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 13 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Wilkołak

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]24.08.22 23:57
The member 'Rigel Black' has done the following action : Rzut kością


'k6' : 1
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]27.08.22 1:20
Tak mówią – przytaknął czarodziej na pytanie Laurence’a, wzruszając ramionami. Zniżył głos do szeptu, pochylając się niżej, jakby zamierzał wyjawić mężczyźnie jakąś tajemnicę. – Ludzie gadają, że drzewa w tym lesie łazić potrafią. Jednej nocy są w jednym miejscu, człowiek się odwróci, i bach! – Uderzył dłonią o ladę. – Wszystko inaczej wygląda. Podobno to tych leśnych strażników sprawka, co drzewa na ich truchłach wyrosły – pilnują, żeby nikt więcej już do ich wioski nie trafił – dodał, tym samym potwierdzając domysły Laurence’a o poległych mieszkańcach wioski.
Reginaldzie – odezwała się kobieta sprzedająca przetwory przy sąsiednim stoisku; skończyła właśnie obsługiwać starszą czarownicę i teraz stała, podpierając się pod boki. – Chyba nie zanudzasz znowu klientów tymi banialukami? – zapytała; w jej tonie dźwięczała nagana.
Rozmawiamy tylko o nalewkach, Bettie – odparł szybko sprzedawca, po chwili znów nachylając się w stronę Laurence’a. – Moja żona uważa, że to stek bzdur, a ci, co wędrujące drzewa widzieli, za dużo pitnego miodu wypili i dlatego do domu trafić nie mogli. Nie wiem, pewnie ma rację, jak ze wszystkim – wyjaśnił.
Gdy Laurence kosztował nalewek, przyglądał mu się z ciekawością, wyraźnie zadowolony z reakcji. – Proszę ją wziąć i znajomych poczęstować, a jakby pytali, gdzie pan ją kupił – to proszę o Brenyn pamiętać, jak się spyta w wiosce o starego Reggiego, to każdy panu drogę wskaże – zaproponował, odmawiając przyjęcia zapłaty i podsuwając butelkę w stronę czarodzieja. Na pytanie o iluzję, wzruszył ramieniem, a później roześmiał się. – Nie tak trudno je wypatrzyć, brzegi mokradeł porastają – jak znajdzie pan mokradła, to znajdzie pan i jagody. Tylko niech pan na zwodniki uważa – ostrzegł.

Kobieta sprzedająca talizmany podziękowała Rhennardowi za przekazane monety, wrzucając je do skórzanej, schowanej pod stolikiem sakiewki; wyciągnęła pomarszczone dłonie, żeby ściągnąć talizman z belki i ostrożnie zapakować go w cienki pergamin. – Mam nadzieję, że odnajdzie pan to, czego pan szuka – powiedziała, wręczając mu pakunek; później jeszcze przez chwilę śledziła go spojrzeniem, gdy oddalał się od straganu w towarzystwie dwójki innych czarodziejów. Po pożegnaniu się z Garfieldem i Thalią, przy stoisku z nalewkami odnalazł Laurence’a – akurat w chwili, gdy ten kończył ubijanie interesu. Millicenta, opuściwszy swój namiot, dołączyła do nich niedługo później; z charakterystycznym makijażem i burzą loków przyciągała spojrzenia, jednak nikt jej nie zaczepił. Chociaż na zewnątrz było duszno, to w porównaniu z wnętrzem namiotu wydawało się być prawie rześko, lekki wiatr przyjemnie chłodził twarz. Rozglądając się po jarmarku, Millicenta dostrzegła Nealę w pobliżu ognisk, przy których bawiła się młodzież – rozmawiała z jednym z chłopców i wyglądało na to, że szykowali się do przeskoczenia przez ogień.
Kiedy Laurence poprosił o wodę, mężczyzna skinął szybko głową i odwrócił się, po chwili wracając ze szklanką chłodnej, czystej wody.

James nie spieszył się, z wprawą podchodząc do aetonana i przyzwyczajając go do swojej obecności. Wierzchowiec, choć większy od zwykłego konia i różniący się od niego budową, zdawał się zachowywać i reagować podobnie. Nie szarpnął się, czując na sobie dłoń mężczyzny, nie zareagował też na uchwycenie grzywy – ale oparcie ciężaru ciała na skrzydle, znacznie wrażliwszym od grzbietu, spotkało się z wyraźnym protestem. Aetonan zarżał głośno, w poirytowaniu unosząc wyżej skrzydła; nie rozłożył ich całkiem, brakowało mu na to miejsca, ale trzepnął nimi krótko, a długie, jasne pióra zafurkotały. Szarpnął łbem, przestępując dwa kroki do przodu i dopiero wtedy się zatrzymując, szczęśliwie – nie próbując jednak zrzucić z grzbietu jeźdźca. James, dzięki doświadczeniu w jeździe konnej i refleksowi, zdołał utrzymać równowagę, lecz jak się okazało – zachowanie aetonana nie przeszło niezauważone. – Co tam się dzieje?! – rozległo się gdzieś od strony wozów, oddzielających konie od straganów; zza jednego z nich wyszedł młody czarodziej, ten sam, który sprzedawał na stoisku słodycze. Zatrzymał wzrok na wierzchowcu, ale nie zauważył Jamesa – nadal był niewidzialny. Po chwili rozejrzał się, prawdopodobnie zastanawiając się, co mogło spłoszyć stworzenie. Zrobił krok do przodu, nim jednak zdążyłby podejść bliżej, zza wozu wybiegła dziewczynka, na oko dziesięcioletnia – i chwyciła młodego mężczyznę za rękaw. – Tato, zaraz się zacznie, możemy już iść? Chcę zobaczyć Freddiego! – poprosiła, wskazując ku scenie, pod którą niemal brakowało już miejsc; wyglądało na to, że spektakl miał się rozpocząć lada moment.
Za chwilę, zamknę tylko stragan – odpowiedział jej, odwracając się plecami do Jamesa. – Freddie występuje pod koniec, przegania duchy – zdążymy – uspokoił dziewczynkę; podążył za nią, znów znikając za wozem – póki co pozostając w pobliżu.
James, siedząc na grzbiecie aetonana, miał doskonały widok na jarmark. Po jego prawej stronie, wzdłuż drogi, ciągnęły się wozy – odgradzając go od ustawionych równolegle straganów. Po lewej miał las, pierwsze drzewa zaczynały się jakieś dwa-trzy metry od niego – bez trudu był w stanie ocenić, że było to za mało, by wziąć rozbieg i wznieść się w powietrze. Przed nim połać otwartego terenu kończyła się ogniskami, przy jednym z nich mignęły mu charakterystycznie, ogniście rude włosy Neali – widział ją, jak rozmawiała z obcym mu chłopcem, a później oboje oddalili się, żeby przeskoczyć przez ognisko. Dalej był rząd podłużnych, drewnianych ławek i scena. Za nim – znajdowało się wejście na jarmark, przy którym czarownica rozdawała wianki, a dalej była droga – teraz już zupełnie opustoszała, musiała prowadzić do wioski.

Z Devon? – powtórzył za Nealą jasnowłosy chłopiec; na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie. – I przyjechałaś z tak daleka? Masz tutaj rodzinę? – zagadnął zaciekawiony, przyglądając się jej z jeszcze większym zaintrygowaniem. Gdy jego komplement nie spotkał się ze zrozumieniem, zaśmiał się nieco nerwowo, ale nic nie powiedział – przeczesując jedynie dłonią kręcone włosy.
Wybór mamy zawsze – zaoponował, ale uśmiechnął się szeroko. Widać było, że ucieszyła go wyrażona zgoda, spojrzał w stronę ogniska. – Ale to wspaniale, że chcesz. Szczęście nam przynieść, to znaczy – poprawił się szybko. – To przywiezione aż z Devon musi być jeszcze silniejsze – dodał, zerkając na Nealę z ukosa; przyglądając się, jak zdejmuje buty i odkłada torbę. – Chłopaki popilnują wszystkiego – zapewnił, wymieniając spojrzenia z przyjaciółmi; przytaknęli, uśmiechając się szeroko i unosząc w górę ręce, żeby zaprezentować, że zgodnie z prośbą, trzymali kciuki.
Pokażcie im! – zawołał jeden z nich; chyba ten, którego Charlie przedstawił jako Winstona.
Chłopiec nie potrzebował ponaglenia, ruszył w ślad za Nealą, tuż przed ogniskiem wyciągając rękę, żeby chwycić ją za dłoń. Zapytany o to, czy się bał, pokręcił głową. – Nie bój się, wszystko będzie dobrze – tylko musimy wziąć dobry rozbieg – powiedział uspokajająco – a później pobiegł do przodu, w tej samej chwili, w której zrobiła to Neala.
Bieg nie był długi, ale ognisko – gdy się do niego zbliżyli – wydało się nagle znacznie wyższe; płomienie trzaskały wysoko i Neali wydało się, że przeskoczenie ich było niemożliwe – ale było za późno, żeby się zatrzymać, impet i tak wtrąciłby ich w sam środek. Gdy wyskoczyli w górę, pomarańczowe języki otuliły ich kostki i łydki, Neala nie poczuła jednak pieczenia ani gorąca; ogień łaskotał, głaskał skórę przyjemnym ciepłem, lecz nie parzył – musiał być zaczarowany. Gdzieś wokół rozległy się oklaski i wiwaty, ktoś zagwizdał wesoło – ale lądowanie okazało się znacznie mniej udane od lotu.
Wyglądało na to, że to Charlie źle wymierzył odległość – po przeskoczeniu przez ognisko upadając trochę za blisko, nie na trawę – a na jeden z otaczających je bali; potknął się, poleciał do przodu – a ponieważ wciąż trzymał Nealę za rękę, za sobą pociągnął też ją. Upadli oboje, lądując w miękkiej, wilgotnej od wieczornej rosy trawie, która – choć złagodziła uderzenie – pozostawiła zielone ślady na dziewczęcej sukience. – Na Merlina! – wykrzyknął Charlie, zrywając się na równe nogi i podbiegając, żeby pomóc podnieść się Neali. – Przepraszam cię najmocniej, nie chciałem! – wykrzyknął, wyraźnie zakłopotany. – Wybacz mi, proszę – i pozwól jakoś sobie to wynagrodzić. Nic ci się nie stało? – zapytał ze zmartwieniem. – Może… Może chciałabyś obejrzeć spektakl z bliska? Moja ciocia przy nim pracowała, wpuści nas pod samą scenę – zaproponował, rzucając dziewczynie błagalne spojrzenie. – W ramach przeprosin stawiam dla nas czarne ale, co ty na to?

Po udanych zakupach i krótkiej wymianie zdań z lordem Abbottem, Thalii i Garfieldowi udało się znaleźć jedne z ostatnich miejsc w pierwszych rzędach: jedno w pierwszym i jedno w drugim, tuż za sobą. Zajmując je, widzieli, że cała widownia była już wypełniona – a chociaż czarna kurtyna wciąż powiewała nad podwyższeniem, lewitując i kołysząc się lekko, to dało się wyczuć panujące za nią poruszenie – aktorzy musieli już być na miejscu. Garfield, siedząc za Thalią, miał doskonały widok zarówno na swoją towarzyszkę, jak i na scenę – mógł bez trudu uwiecznić na papierze fragmenty spektaklu.

Rigel pojawił się na jarmarku jako jeden z ostatnich. Jasne włosy, krótki zarost i proste spodnie sprawiały, że stał się trudny do rozpoznania, jednak ekstrawagancka koszula i płaszcz z pewnością nie pomagały mu we wtopieniu się w tłum. Zestaw w charakterystycznej barwie limonki, upstrzony piórami, nawet pobrudzony popiołem odznaczał się wyraźnie, ściągając na czarodzieja zaciekawione spojrzenia. A może tak mu się tylko wydawało, bo muzyka, gwar, szmer rozmów i głośne śmiechy, skutecznie go rozdrażniły. Nagromadzenie bodźców mogło wydawać się świeżo upieczonemu wilkołakowi przytłaczające, wszędzie dookoła otaczały go różnorakie zapachy; skóra, wciąż wrażliwa po ostatniej przemianie, zdawała się swędzieć – a może był to wynik upału, który w przyozdobionym piórami płaszczu był zdecydowanie bardziej dotkliwy.
Przemieszczając się między straganami, Rigel nigdzie nie dostrzegał swojego skrzata domowego – ale mógł być pewien, że usłuchał rozkazu i czuwał gdzieś w pobliżu, gotowy do stawienia się na wezwanie. Podsłuchanie fragmentów rozmów nie sprawiało mu problemu, większość czarodziejów nie starała się specjalnie o dyskrecję; nie dosłyszał co prawda, jakiego amuletu poszukiwał lord Abbott przy stoisku z talizmanami, ale do jego uszu dotarły opowieści o ukrytej w lesie chacie, w której podobno znajdował się poszukiwany przez wielu – i nigdy nieodnaleziony skarb. Stojąc obok straganu z nalewkami, mógł wyłapać z rozmowy informację o magicznych, rosnących w lesie jagodach – umknął mu jednak sposób ich odnalezienia; usłyszał za to skrawki legendy o samej Brenyn, oraz o żyjących tu niegdyś czarodziejach – którzy ponoć potrafili czerpać i wykorzystywać magię krążącą w tworzących lasy roślinach.
Starszy czarodziej z oczami zasłoniętymi bielmem zaczekał, aż Rigel zajmie miejsce na drewnianym stołku, po czym przysunął się do skromnej, drewnianej sztalugi, na której rozciągnięty miał pusty arkusz jasnego, gładkiego pergaminu. Dłoń, pomarszczoną i przybrudzoną trzymanym w niej węglem, uniósł w górę – ani na chwilę nie zwracając twarzy w kierunku młodego arystokraty. – Nie jestem w stanie zajrzeć w przyszłość, jeśli o to pytasz, drogi chłopcze – odparł; głos miał spokojny, pogodny – ale dziwnie odległy. – Człowiek nie zawsze jednak potrzebuje oczu, żeby widzieć. Właściwie to czasem nawet przeszkadzają – wyjaśnił, zaczynając szybko kreślić na pergaminie linie; Rigel, siedząc po drugiej stronie, jeszcze ich nie widział. – Przeprosiny nie są potrzebne, ja również nie pochodzę z Brenyn – a już z całą pewnością nie jestem w wiosce znaną osobistością – sprostował, nie przestając rysować. – Nie wsłuchiwałem się w tutejsze opowieści, choć nie mam wątpliwości, że to miejsce jest ich pełne – czujesz tę magię w powietrzu? Jest jej mnóstwo, zwłaszcza w lesie – ciągnął – ale Rigelowi trudno było odgadnąć, o czym mówił; sam nie wyczuwał unoszącej się w przestrzeni magii. – Taak, starej magii, która kiedyś płynęła w harmonii – ale pozbawiona opieki zdziczała i stała się nieprzewidywalna. Ogród otaczający zamek zamienił się w chaszcze – ciągnął. Rigel zdawał sobie sprawę, że musiała to być metafora – bo nie słyszał, by gdziekolwiek w okolicy znajdował się prawdziwy zamek.
Praca nad portretem nie zabrała staruszkowi dużo czasu; gdy Rigel wziął go w dłonie, ujrzał rysunek nietypowy: jego postać, naszkicowana od ramion w górę, podzielona była na pół. Jedna z części przedstawiała jego samego: z długimi włosami otaczającymi twarz, z rysami ponurymi, jakby strapionymi; druga była wykrzywiona, zniekształcona – bardziej przypominająca wilka niż człowieka, choć wciąż dało się w nim dopatrzeć ludzkich cech. Nad głową postaci wisiała korona, po stronie ludzkiej cała, po zwierzęcej – złamana i poskręcana; ramiona sylwetki otaczały pióra, nie jednak takie, jak te na szacie Rigela – a krucze.

Tymczasem większość uczestników obchodów przesilenia letniego zdążyła zgromadzić się przy rozstawionej scenie; rzędy ławek zapełniły się całkowicie, niektórzy stali tuż za nimi, zbijając się w większe lub mniejsze grupki. Ponad głowami niósł się szum rozmów, wesołych, w większości beztroskich; wyglądało na to, że atmosfera jarmarku spełniła swoje zadanie, odrywając ludzi – przynajmniej na chwilę – od wojennej zawieruchy.
Zasłaniająca podwyższenie kurtyna rozsunęła się odrobinę, a na środek wyszedł mężczyzna: niski, raczej krępy czarodziej ubrany w pomarańczowo-fioletową szatę, niemal zupełnie łysy – z dużymi, kwadratowymi okularami na nosie. Odchrząknął, lecz pierwsze jego słowa zupełnie utonęły w gwarze; wyciągnął więc zza pazuchy różdżkę i skierował ją na swoje gardło – a gdy odezwał się znowu, jego głos niósł się już wyraźnie, zwielokrotniony zaklęciem. Rozmowy ucichły, szeptali już tylko pojedynczy mieszkańcy.
Dobry wieczór! – zawołał czarodziej. – Dziękuję wam wszystkim, że tak licznie zgromadziliście się na naszych tradycyjnych obchodach. Dla tych, którzy jeszcze mnie nie znają: nazywam się Eddie Hawthorne i jestem burmistrzem naszego urokliwego Brenyn. Za moment nasi młodzi artyści zaprezentują wam długo przygotowywany spektakl, przedstawiający historię naszego miasteczka i legendę o naszej drogiej patronce – ale zanim zaczną, poprosili mnie o odnalezienie jednego ochotnika i jednej ochotniczki, którzy pomogą nam w kulminacyjnej części inscenizacji – czyli rytuale przegnania złych duchów. – Zamilkł na moment, rozglądając się wśród tłumu, po czym klasnął w dłonie. – No już, już! Kto będzie na tyle odważny? – zachęcił, przystawiając dłoń do czoła, ponad oczami – jakby osłaniał je od światła.

Czas na odpis mija 29 sierpnia (poniedziałek) o godz. 12:00. W tej turze możecie wykonać jedną akcję angażującą, przemieszczanie się (w granicach rozsądku) nie jest akcją. Proszę każdego o dookreślenie w poście, gdzie jego postać znajduje się w chwili, w której przedstawienie się rozpoczyna - jeżeli któraś z postaci nie określi się sama, mistrz gry uzna, jak mu wygodnie.

Zgłoszenie się na ochotnika do wzięcia udziału w inscenizacji nie jest akcją, ale wymaga rzutu kością k100 - w przypadku większej ilości zgłoszeń pod uwagę brany jest w pierwszej kolejności najwyższy wynik. Osoby znajdujące się tuż pod sceną otrzymują bonus +20 do rzutu.

Rhennard, amulet kosztował 10 PM – jeśli chcesz zapłacić za niego więcej, możesz (nie musisz) odpisać odpowiednią wartość w skrytce.

Laurence, butelkę nalewki z jagód otrzymałeś za darmo, jeśli chcesz kupić więcej niż jedną – to każda kolejna kosztuje 10 PM.

Thalia - łapacze snów kosztują po 5 PM za mały i 10 PM za duży, w skrytce możesz zawrzeć dowolną konfigurację - w zależności od tego, jakie zdecydujesz się zakupić.

Rigel, czarodziej malujący portrety przyjmuje każdą zapłatę - możesz odpisać taką kwotę za portret, jaką uznasz za słuszną lub nie odpisywać jej wcale.

W razie pytań - zapraszam. <3

Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]27.08.22 12:01
Nigdy nie dosiadał niczego podobnego — równie dużego i wspaniałego konia. Ten był magiczny, jego skrzydła po tym, jak je rozłożył musiały zapierać dech w piersiach. Kiedy na nim usiadł, w pierwszej chwili ogarnął go strach. Nie rżenie wzbudziło w nim obawy, lecz skrzydła, które nieco rozłożył z niezadowoleniem. Nie miał nad nim żadnej kontroli, nie wiedział, jak się lata. Latanie — ta myśl ścisnęła jego serce, napełniając je dziwnym wzruszeniem, chociaż jeszcze nawet nie ruszył z miejsca. Oto siedział na grzbiecie aetonana, magicznego konia, latającego wierzchowca, który mógł lada moment wznieść go ku górze. Był zdeterminowany by to zrobić. Skoro już go dosiadł, pomknąć nim przed siebie i wznieść się w powietrze tak, by wiatr zmierzwił mu włosy, a powietrze szczypało policzki. Zupełnie jak podczas lotu na miotle, tylko… piękniej. Głos rozległ się jednak wokół, szybko obrócił głowę, ale nie drgnął. Gotów był jednak do tego, by spiąć konia i ruszyć przed siebie, byle gdzie. Wciąż jednak pozostawał niewidoczny, młody mężczyzna go nie dostrzegł. Patrzył na niego przez chwilę; kolorowe wozy pełne towaru, konie, on, a potem mała dziewczynka przypomniały mu o życiu, które niegdyś mieli. Nie mogli pozwolić sobie na takie cuda, jak to, którego dosiadł, ale byli szczęśliwi, a konie i te wozy to było wszystko, co mieli. Cały życiowy dobytek. Zerknął na dziewczynkę, czując dziwny ścisk w żołądku. Bo co jeśli kochała tego konia? Kiedy dosiadał tamtego na farmie, w maju, którego wymienił za cygańskiego tinkera nie czuł tego, co dziś. Być może aura tego miejsca sprawiała, że tak łatwo tracił motywację i zacięcie do tego, co zamierzał robić. Ten koń był wiele warty, mógł go sprzedać za kwotę, która zapewniłaby jego rodzinie spokojny byt przez kilka miesięcy. Ale widok tej dziewczynki pozbawił go zdecydowania. Bo pojawili się tu po to, by zarobić, sprzedając słodycze. Po prostu słodycze. Nic wielkiego. Przełknął ślinę, czując, jak już teraz dopadają go wyrzuty sumienia, gorycz zalewa mu usta. Sięgnął dłonią do szyi aetonana, pogłaskał go, by go uspokoić i zapewnić, że nie miał złych zamiarów. Nie chciał mu zrobić krzywdy. Spojrzał w bok, w kierunku bagien. Tam w las i tak nie mógłby na nim pojechać, nie dość, ze nie uciekliby z powodu drzew, skazałby konia na śmierć, jeśli utknie w błocie. Z prawej droga przez jarmark. Ten był pełen ludzi, których musiałby zmusić do ustąpienia mu drugi, by się rozpędzić i wznieść. O ile mógłby to zrobić w ogóle. Za nim opustoszała droga do wioski — jedyna rozsądna ścieżka, którą mógł podążyć. Gdyby pognał konia i bez skrzydeł uciekłby ludziom, był tego pewien. Rozdarty siedział chwilę nieruchomo. Próbował przekonać się, że nie miał nigdy wątpliwości; ale wojna zamiast czynić go pewniejszym w tych krokach, sprawiała, że wokół nagle widać było znacznie więcej ludzi podobnych jemu. I dzielących podobny los.
Był taki piękny. Pogłaskał go po szyi jeszcze, pogładził po grzywie, wzdychając cicho. Rozglądał się wokół, pełen wątpliwości, kiedy ją zobaczył. No tak, mógł to przewidzieć. Skoro był tu Garfield, mogła być i ona. Rudości jej włosów, nie sposób było nie dostrzec, wyróżniała się z tłumu. Ogień w pobliżu sprawiał, że nabrały jeszcze intensywniejszego i cieplejszego koloru. Zrobił się poirytowany. Własną niemocą, słabością. Tym, że nie miał odwagi po prostu stąd odjechać. Siedział na żyle złota i zamiast zrobić to, co powinien, po prostu zmiękł, ujęty widokiem niczemu winnej rodziny. Tęsknotą. Za czasami, które zniknęły bezpowrotnie — muzyka dobiegająca zewsząd, aura zabawy i radości rozdrażniła go tylko bardziej. Bo od miesięcy, a może naprawdę od tych trzech lat nic nie przypominało takiej sielanki. Trzymając jedną ręką grzywy konia, lekko go tknął łydkami, układając je tak, by nim pokierować — licząc, że był tego nauczony — gdyby miał tylko ciągnąć wóz to byłby stracony potencjał. Pokierował go na ognisko, popędził nieco szybciej, do kłusa, wiedząc, że nie sposób nie zauważyć jego ruchu, bo przecież nawet nie zniknięcia. Pokierował go w stronę jarmarku, ludzi, szybciej tylko jeśli miał ku temu przestrzeń, choć nie próbował przejść w galop, a tym bardziej zmusić go do poderwania skrzydeł. Ciepłe, letnie powietrze owiało mu w twarz; naturalny dla niego ruch, dopasowanie do końskiego grzbietu jednocześnie hamowało jego rosnącą złość, jak i wyzwalało poczucie bezradności. Bo wiedział, że nie zrobi tego, co zaplanował, nie miał wystarczających jaj, by go sprzedać bogaczowi wiedząc, że ktoś za nim będzie tęsknił. Nie przejmując się ewentualnym pościgiem, podjechał w sam środek jarmarku, nie odwracając się za siebie.
— Prr...— mruknął, gładząc wolną ręką konia po szyi. Przełknął ślinę — chociaż to, ta krótka przejażdżka nim wróci do swoich. Wystarczyło. Klepnął go w szyję, na pożegnanie, potem odchylił się do tyłu, ciężej przyklejając do pleców, by go zatrzymać. I w tej samej chwili, jeszcze nim to zrobił, przerzucił prawą nogę przez jego szyję i zeskoczył z boku, tuż przy skrzydle, kucając przy tym nisko tak, by przypadkiem go nie uderzyło przy ewentualnym zamachu. Wtedy też zobaczył jak Neala leży na ziemi, a ten dureń przepraszając ją, próbuje pomóc wstać. Głupi ćwok. Przypadkowy głupiec, jak zawsze był łatwym celem. Ruszył ku nim, nie zważając już na to, czy kogoś popchnie przy tym, czy ktoś nie widząc go wpadnie na niego. Zupełnie zapomniał o tym, że jest niewidoczny. Wybrał najkrótszą drogę do niego i popchnął go w bok, na trawę.

| Mistrzu gry, jeśli się zagalopowałem, zastopuj mnie :pwease: :innocent: rzucam chyba na siłę


Czas także ulega potknięciom i wypadkom
i dlatego może się rozbić i zostawić
w jednym pokoju ułamek swojej wieczności.
James Doe
Zawód : grajek, złodziejaszek
Wiek : 20
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
How do you love?

Like a fist. Like a knife.
But I want to be more like a weed,
a small frog trembling in air.
OPCM : 0
UROKI : 0 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 12 +3
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 28
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej
 little unsteady
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9296-james-doe https://www.morsmordre.net/t9307-leonora https://www.morsmordre.net/t9300-skrzypek-na-dachu https://www.morsmordre.net/f358-doki-pont-street-13-7 https://www.morsmordre.net/t9776-skrytka-bankowa-nr-404 https://www.morsmordre.net/t9322-james-doe
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]27.08.22 12:01
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 59
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]27.08.22 15:23
A dlaczego miałoby być nie w porządku? – udała zaskoczoną, chociaż doskonale wiedziała z czego wynikało to pytanie. – Nic mi nie jest, w namiocie było duszno, więc połączenie z kadzidłami przyprawiło mnie o mdłości, tak czasem bywa – nie protestowała jednak, gdy otrzymała szklankę z wodą, ba, pochłonęła jej zawartość niemal na raz, jak gdyby próbowała w ten sposób zapić gorycz niewypowiedzianego ostrzeżenia. Chociaż wiedziała, że zdecydowała się nie ingerować i pozostawić sytuację na pastwę losu, jak i zdawała sobie sprawę, że symbole, znaki, czytane z tarota na ogół nie działały ekspresowo, tym bardziej tego samego dnia, odnosiła wrażenie, że w pewnym stopniu relacja łącząca ją z kuzynem młodej Weasley'ówny obligowała ją do podjęcia działań. Z drugiej strony wiedziała, że nie miała za bardzo wyjścia z sytuacji; w każdym podjętym przez siebie kroku złamałaby swoje zasady a tego z kolei nie robiła, w szczególności, gdy chodziło o pracę. Zresztą, co miałaby jej powiedzieć, jednocześnie nie robiąc jej wstydu przed innymi? Wracaj do domu, zmieniłam zdanie, wychodząc przy tym na kompletną wariatkę z początku zachęcającą ją do zabawy i interakcji z potencjalnym wybrankiem serca?
Byłbyś tak miły, by nas sobie przedstawić? – zwróciła się do Laurence'a i odsunąwszy się od niego nieznacznie, spojrzała ponownie na Rhennarda. – Po spektaklu koniecznie lord powinien odwiedzić namiot wróżbitki, w szczególności, jeśli to pierwszy raz; proszę się nie zrażać, na co dzień wyglądam zdecydowanie... normalniej – uśmiechnęła się, naturalnie czując na sobie ciekawskie spojrzenia zebranych wokół ludzi. Nikt o zdrowych zmysłach nie malowałby się w podobny sposób w celu innym niż praca, tym bardziej nie zdecydowałaby się na ubranie tak dużej ilości uciążliwej biżuterii – znała jednak zasady tego typu wydarzeń. Im bardziej intrygująco wyglądała, tym odnosiło to lepszy efekt, budując wokół seansu wróżbiarskiego otoczkę mistycyzmu i tajemniczości. Po dłuższej chwili Goshawk wypatrzyła również Nealę niedaleko ogniska razem z nieznajomym chłopcem, widząc moment, gdy dziewczyna podnosiła się z ziemi. Zacisnęła zęby, z zaskakującą łatwością wreszcie wracając na ziemię i uznając, że nie mogła całego wieczoru spędzić na podążaniu za nią.
Spektakl zaraz się zaczyna, powinniśmy to zobaczyć – zasugerowała swoim towarzyszom, widząc jak okolica coraz bardziej się przerzedzała. Powoli ruszyła we wspomnianym kierunku, a gdy była już blisko, zauważyła w końcu drugą, rudą czuprynę siedzącą w towarzystwie innej kobiety. Na widok Thalii – co nie było szczególnie trudne do odgadnięcia, choć widziała ich od tyłu – poczuła lekkie ukłucie zazdrości, ale i tak świadomość, że ta zazdrość dotyczyła przyjaciółki z dzieciństwa, równie istotnej osoby w życiu Garry'ego, była podwójnie dobijająca.

idę (idziemy?) w kierunku sceny, ale trzymam się Laurence'a, który określi dokładnie nasze położenie w następnym poście


* * *
I bury my head in the sand and go on acting like it's all gone to plan. And I feel the sweat dripping down my neck, pretending it hasn't happened. And it hasn't happened yet.
Millicenta Goshawk
Zawód : wróżbitka, wytwórca kadzideł
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : n/d
she was life itself.
wild and free, wonderfully chaotic;
a perfectly put-together mess.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15 +4
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11061-millicenta-goshawk#340439 https://www.morsmordre.net/t11254-cesarzowa#346161 https://www.morsmordre.net/t11256-niech-ja-ci-powroze#346166 https://www.morsmordre.net/f425-dolina-godryka-chata-na-uboczu https://www.morsmordre.net/t11255-skrytka-bankowa-2421#346163 https://www.morsmordre.net/t11257-millicenta-goshawk#346175
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]27.08.22 20:25
Teren jarmarku i wszystkie atrakcje, jakie w sobie skromnie mieścił, były szalenie intrygujące, ale być może nie dla Rhennarda, nie dzisiaj. Dzisiaj przyszedł tu po coś, a gdy otrzymał pośrednio odpowiedź na męczące go pytania, zapragnął kontynuować swoje zamiary, choć z punktu widzenia kobiety wydawało się to niemożliwe. Strażnicy tajemnicy zaczarowani w drzewa, amulet Brenyn posiadający ogromną moc i chatka zdradzonej czarownicy, która mogła skrywać cel jego wędrówki. Przedstawienie brzmiało kusząco, dawno nie miał okazji udać się do teatru z Cece, więc być może po nim uda mu się zorganizować coś więcej. Człowieka wiedzącego więcej.
Dobrze było zobaczyć Garfielda, nie pamiętał widział go po raz ostatni, ale być może ten dystans podziałał na niekorzyść relacji. Według niego w dobrym smaku było przywitać go tak, jak obyczaj nakazywał, ale nie przewidział, że Weasley za bardzo weźmie to sobie do serca. Zamrugał nieco strapiony, nie rozumiejąc jego słów - jeśli chciał porzucać konwenanse, to dlaczego sam używał tak górnolotnej mowy? Zganił to na własne skołowanie i z takim wrażeniem pojawił się obok Laurence’a.
- Zawsze warto obejrzeć rękodzieło. Sztuka tej kobiety opiera się raczej na łowieckich trofeach, sam dałem się chyba naciągnąć na jeden z nich... - mruknął nie do końca zadowolony z tego, co zrobił. Jednak miało to na celu kupienie uwagi kobiety, by opowiedziała mu jak najwięcej, i ten cel udało mu się wypełnić. - Jagody Brenyn? Sama Brenyn zostawiła w waszej wiosce ogrom wspomnień i legend, nie tylko tę jedną - uśmiechnął się dobroduszne do sprzedającego, zaraz odwracając głowę na jego dialog z żoną. - Ja podziękuję.
Mam inne plany.
Zwrócił swoje oczy ku wspomnianej przez Lauriego. Uważnie obserwował ją, gdy Morrow organizował wodę, nie chcąc mu przeszkadzać, ale jednocześnie mając ją na oku. Gdy kolory wróciły na jej twarz, poczuł się pewniej. Skłonił głowę w geście prawidłowego przywitania.
- Miło mi cię poznać, Millicento - uśmiechnął się lekko, dystyngowanie, ale ciepło. Wątpił, że się do niej wybierze. Nie wierzył w jasnowidzenie, wróżbiarstwo i wszystkie te rzeczy związane z wróżeniem z fusów. Prawo nigdy nie opierało się na domysłach, a na twardych faktach. To wyniósł z domu, w takiej aurze go wychowano, dlatego przyjmował rzeczywistość jaka była. Nawet jeśli nieposłuszna wobec jego woli i kapryśna wobec członków rodziny. - To prywatne zaproszenie? Dziękuję - w geście wdzięczności lekko skinął głową. - Zachowam to w pamięci, panienko Millicento. A o strój proszę się nie martwić. Kolorowe ptaki w świecie zwierząt uważane są za najpiękniejsze - zdążył powiedzieć jeszcze, zanim jego głowa nie skierowała się w stronę źródła donośnego, tubalnego głosu.
Przedstawienie. Obiecał, że zajmie miejsce przy Garfieldzie, ale nie sądził, by wchodzenie w relację z Thalią na trzeciego, widząc, że najwyraźniej chcieli być blisko, będzie dobrym pomysłem. Towarzystwo Millicenty i Laurence’a było neutralne, bezproblemowe, dlatego postanowił udać się razem z nimi.
- Prowadźcie, proszę, ufam, że znacie teren jarmarku lepiej ode mnie, a usiąść obok was będzie samą przyjemnością.

| Cofam to 10 PM nawiązki, jeśli 10 PM to cena amuletu - nawiązka to będzie 5 PM (łącznie 15 PM) i już odejmuję ze skrytki <3
Miejsce, jak w przypadku Millie, zostawiam na wskazanie Laurencowi



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]28.08.22 15:14
Lubiła to – to, że właśnie była w miejscu, gdzie toczyło się życie, a gdzie jakieś drobiny normalności sprawiały, że można było odbijać sobie dawne dni. Nie pamiętała już, kiedy miała okazję uczestniczyć w festiwalu – w Indiach? Chinach? A może wcześniej? Każdy miał w sobie inny urok, każdy sprawiał, że człowiek dowiadywał się czegoś nowego. Zawsze interesowały ją takie rzeczy, bo zawsze znajdowała się w nich radość i pozytywne emocje. Nic chyba więc dziwnego, że lekkie zdenerwowanie działaniami Garfielda szybko jej przeszło, pozostawiając radość z tego spotkania i jakieś rozczarowanie, że Rhennard tak szybko uciekł, ale cóż poradzić, też chciał skorzystać z festiwalu jak każdy, miała nadzieję, że potem nie oddali się tak szybko od wspólnego świętowania. W końcu nie przyszła tutaj towarzyszyć jedynie Garfieldowi, chociaż na pewno większość czasu spędzą razem.
Mimo to, wyglądało na to, że zakupy się udały – ostrożnie też zdjęła zepsuty już talizman, który również zakupiła, nie chcąc, aby sprzedawczyni była stratna, chowając go do kieszeni płaszcza, planując go do oddania później do naprawy. Może komuś bliskiemu, a może jednak komuś, kto wie, co zrobić aby wszystko było w porządku. Marnowanie rzeczy zawsze ją bolało i nigdy serca nie miała aby coś wyrzucać. Od razu wybrała jeden, czerwono-szary, od razu wsuwając go do kieszeni Garfielda i klepiąc go po kieszeni.
- Miłego letniego przesilenia, Garry. Niech ci służy. Tylko powieś go nad łóżkiem, dobrze? I żadnego jęczenia że nie chcesz, to prezent ode mnie! – Dała mu mniejszy talizman, pragnąc chronić go przed złymi snami. Wiedziała, że czekało go wiele bezsennych nocy ze względu na jego futerkowy problem, więc chociaż w inne mógł spać spokojnie. Dlatego też, kiedy zwróciła się w kierunku sceny. Ruszyli w końcu w jej kierunku, a ona w sumie zastanowiła się, że nigdy nie pytała rodziny z Lancashire jak dokładnie przebiegała legenda tego miejsca. Kiedy mogła jednak dotrzeć pod scenę, wiedziała, że na pewno wszyscy w okolicy dołożyli starań aby przebiegło to jak najciekawiej.
Nie przeszkadzało jej, że Weasley usiadł za nią, pozwalając jej na zajęcie miejsca z przodu, chociaż oferowała mu możliwość siedzenia przed sceną. Skoro jednak wolał, aby to ona siedziała w pierwszym rzędzie, nie zamierzała się wykłócać i zasiadła ostatecznie tam, gdzie siedziała teraz – tuż przed sceną, gdzie widziała wszystko jak na dłoni.
Kiedy mężczyzna wyszedł, gotowa była już uciszać wszystkich, ale ten najwidoczniej nie zamierzał ogłaszać jeszcze początku, a przedstawić się…i poszukać możliwości do wzięcia udziału w przedstawieniu. Oczywiście od razu wystrzeliła dłonią w powietrze, podekscytowana możliwością odkrycia czegoś nowego, co było na pewno ciekawe, a przecież chyba już bardziej nie mogłaby się zbłaźnić jeżeli chodziło o siebie samą.
- Hej, hej, Garry, chodź, będzie ciekawie! – Przekręciła lekko głowę, nie mając jak jej obrócić całkowicie bez bicia kogoś częściami wianka po twarzy, ale namawiając przyjaciela do wyruszenia wraz z nią, nieświadoma całkiem, że ten zajęty jest rysowaniem.

Odjęte 25 PM ze skrytki (jeden duży łapacz, trzy małe, wliczając w to ten, który złapał Garfield). Jeden z nich od razu przekazałam Garfieldowi. Rzut na zgłoszenie się do inscenizacji (+20 za siedzenie w pierwszym rzędzie, gdzie Thalia się znajduje w momencie rozpoczęcia się przedstawienia).



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]28.08.22 15:14
The member 'Thalia Wellers' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 50
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 3 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]28.08.22 18:19
- Z Devon. - potwierdziłam raz jeszcze, do tego potwierdzenia biorąc i potakując głową z uśmiechem, który rozlał się na moich ustach. - Mam… - odpowiedziałam na drugie z pytań, odwracając na chwilę spojrzenie w bok. - … w Lancaster. - wyjaśniłam, nie podając więcej szczegółów. Wracając do niego spojrzeniem. Unosząc rękę w potrzebie poprawienia rudych włosów. Przekrzywiłam trochę głowę zgadzając się spróbować przynieść to szczęście. W końcu - nie mogłam odmówić czemuś tak ważnemu, nawet jeśli - jak twierdził Charlie - wybór miałam zawsze. Zaśmiałam się krótko, unosząc rękę zasłaniając nią usta kiedy stwierdził że to z Devon musi być silniejsze. - Nie jestem pewna, czy to właśnie w ten sposób działa. - podzieliłam się krótko wątpliwością na zapewnienie o chłopakach przesuwając ku nim spojrzenie. Przemknęłam po nich patrząc jak potakują głową i sama im swoją skinęłam. Rozciągnęłam usta w jeszcze szerszy uśmiech, kiedy pokazali trzymane kciuki zadowolona ze wsparcia, które dostałam ruszając pewnie w stronę ogniska. Teraz, już, od razu, zanim wezmę i się rozmyślę, pozwolę by obawa wygrała nad tym, czego chciało serce. Z lekkim, krótkim, właściwie niewidocznym zawahaniem złapałam jego rękę, uprzednio na nią zerkając. Były jaśniejsze, chociaż od moich ciemniejsze i tak. Patrzyłam jak się splatają ze sobą. Kontrastują, jednak nie tak dosadnie. Zmarszczyłam lekko brwi, unosząc na niego spojrzenie. To… było nawet przyjemne. Ogień oświetlający nasze twarze. Ciepło, które czułam i dotyk. Chociaż miałam wrażenie, jakby… brakowało w nim czegoś. Przesunęłam tęczówkami po twarzy Charliego, spoglądając w zielone tęczówki. Zielone jak mech, a może szmaragd? Właściwie… były nawet ładne. Ciekawe czy zielone pasowały by mi bardziej? Chociaż jeśli wierzyć temu co mówił James pasowałby mi gorzej niż te, które przy urodzeniu dostałam. Zmarszczyłam lekko brwi zirytowana tym pomysłem. A może myślą całą która przeszła mi przez głowę. Nieważne, zielone też były ładne. Marcel miał niebieskie chyba. Te Anne załamywały się w jednym i drugim kolorze. Naprawdę Neala, teraz był najlepszy pomysł na porównywanie spojrzeń?
- Nie boję. - zapewniłam, choć serce załomotało mi jak szalone w obawie, że za chwilę całkowicie możliwie, że wezmę i spłonę. Mimo wszystko uniosłam trochę brodę. Wzięłam wdech. Odwróciłam głowę. Krótki rozbieg i…
…byłam pewna, to koniec.
Zrozumiałam to w chwili w której było za późno już żeby się zatrzymać. Spalę się cała. Nie powinnam była dać się tak ponieść. Nie istniała możliwość, żebym mogła przeskoczyć przez tak wysoki ogień. Co ja sobie myślałam? Że mi się uda, samej? Z nim? Nie samej, że z nim jakoś będzie. Z kimś obcym całkiem? Najgorzej, że nie dało się już zatrzymać. Serce podeszło mi do gardła, a bose stopy odbiły się od ziemi. Wykrzywiłam usta przygotowując się na ból poparzeń…
…ale ten nie nadszedł. Oklaski wokół i śmiechy dotarły do mnie jak z oddali, w uszach dzwoniła adrenalina, bo jednak nadal żyłam. Zdążyłam jedynie wziąć głębszy oddech, kiedy ręka która mnie trzymała szarpnęła mnie w dół i poleciałam jak długa w twarzą w stronę trawy. Gdzieś w locie ją puściłam z początku nie zdając sobie sprawy co się stało. Odwróciłam się na plecy i przytaknęłam rękę owiniętą wstążką do czoła, łapią oddechy. Zaśmiałam się, spoglądając w niebo. Zaśmiałam się z ulgi, bo jednak nic mi nie było. Było to jakieś przyjemnie wyzwalające uczucie, które nie znałam. Spadło ze mnie przerażenie równie szybko, jak szybko się pojawiło. A je cała zapełniła ulga. Leżałam tak, póki nie zobaczyłam nad sobą Charliego. Przesunęłam na niego tęczówki uśmiechając się lekko.
- Żyjemy! - krzyknęłam wyrzucając przed siebie dłonie, by potem je mu podać. - I załatwiliśmy szczęście. - zaśmiałam się, stając na równe nogi, pochylając się żeby ocenić szkody. Cóż, trochę zieleni na sukience nie czyniło żadnej szkody. Podciągnęłam ją żeby obejrzeć kolana, ale wyglądały na w miarę całe. - Nie przejmuj się, Charlie. Wiem, że nie zrobiłeś tego specjalnie, poza tym… to nie moje pierwsze spotkanie z ziemią. - spojrzałam na niego, dopiero po chwili się prostując, puszczając materiał i machając rękę. Pokręciłam głową na zadane pytanie. - Wszystko jest w porządku, naprawdę. - zapewniłam go. Unosząc ręce, żeby ściągnąć na chwilę wianek i poprawić włosy w potem nałożyć go z powrotem, jednocześnie słuchając tych słów o wynagradzaniu. Odwróciłam głowę, żeby spojrzeć w kierunku sceny o której mówił, wydymając na chwilę usta. Skuszona jedną i drugą propozycją. - Zacznijmy od czarnego ale. - orzekłam w końcu wracając do niego spojrzeniem. Brodą wskazałam na pozostawionych chłopaków. Przygryzłam na chwilę dolną wargę. Nie powinnam. Właściwie to, powinnam się już zbierać do domu... wiedziałam, że tak. Ale przekonywałam siebie samą, że jak zostanę chwilę dłużej, to przecież nic złego się nie stanie. Kilka minut tylko. Nic więcej. - Chciałabym wrócić po torbę, zanim ten spektakl. Nie musimy iść pod samą scenę, ale chętnie bym go obejrzała. - przekrzywiłam trochę głowę, wracając spojrzeniem do sceny. Mógł być ciekawy, wolałam jednak mieć torbę przy sobie, miałam tam trochę ważnych rzeczy, nawet jeśli wierzyłam, że chłopcy by ją pilnowali dziwnie się czułam, nie mając blisko siebie dziennika. Zawołanie pana Eddiego było kuszące, oh, rytualne przeganianie duchów brzmiało magicznie i fascynująco. Ale byłam pewna, że zdąży kogoś znaleźć nim tam dojdziemy, więc odpuściłam. - A ty, jesteś cały? - zapytałam, spoglądając znów na niego. A raczej kontrolnie przesuwając spojrzeniem po nim, żeby sprawdzić, czy nie zrobił sobie nic poważniejszego. - Przez chwilę byłam pewna, że spłoniemy. - powiedziałam, wzdychając lekko z ulgą. Uśmiechnęłam się krótko, dzieląc emocją, która mnie wtedy na krótką chwilę nawiedziła.


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]29.08.22 1:32
Ilość wszelkich bodźców była przytłaczająca. Od zapachów kręciło się w głowie, a ciało, jeszcze nieprzyzwyczajone do przemian, potrzebowało więcej czasu, aby się zregenerować po pierwszej przemianie. I jeszcze ten upał. Rigelowi bardzo trudno było radzić sobie z tym wszystkim - najchętniej znieczuliłby się narkotykiem albo uciekłby do swojej mrocznej, chłodnej kamienicy jak najdalej od barwnego jarmarku, wszystkich tych ludzi… ich zapachu, od którego zaczynały boleć go skronie. Kiedyś było inaczej.
Kiedyś zatopiłby się z głową w atmosferze festynu, chłonąc całym sobą aromaty jedzenia, sprzedawanych kadzideł i ciężkiego czerwcowego powietrza. Niestety, tamten lord Rigel Black umarł śmiercią głupich gdzieś w głębi zapomnianego przez wszystkich szkockiego lasu, a nowy, podłamany i zmęczony, musiał bardzo szybko się nauczyć, jak radzić sobie na tym świecie.
Żeby odegnać myśli, czarodziej skupił się na tym, co mógł usłyszeć od ludzi plotkujących straganach. Z urywków tych rozmów, powoli powstawał niesamowity obraz. Jakież to wszystko było ciekawe! Black musiał, po prostu musiał przybyć tu jeszcze raz, ale tym razem przygotowany na poważne zielarskie i geomantyczne badania. I uzbrojony w eliksir wielosokowy, oczywiście. Na razie jednak postanowił zrozumieć to, po co przybył - zaobserwować i przeanalizować z numerologicznego punktu widzenia rytuał, jaki podobno ma mieć tu miejsce. Zawsze interesowały go starożytne obrzędy, echa pradawnej magii, odzwierciedlonej w tradycyjnych, cyklicznych wydarzeniach.
Nie czuł tego samego, co ślepy artysta, ale również miał wrażenie, jakby wszystko dookoła wrzało w oczekiwaniu… na coś? Albo może to tylko złudzenie, podyktowane zbyt wrażliwymi zmysłami.
-Tak, niewątpliwie to miejsce jest niesamowite - odpowiedział mężczyźnie z lekkim uśmiechem. - Chyba trudno jest okiełznać coś, co już dawno zapomniało, jak to jest istnieć w… ramach? Zresztą, dzikie ogrody również są piękne.
Otrzymawszy swój portret, bardzo długo wpatrywał się w niego, czując smutek i nieprzyjemny ciężar, który nagle zwalił się na barki młodego czarodzieja. Złota korona - wielkie możliwości, by zmieniać świat na lepsze, jakie niosły ze sobą nazwisko i pieniądze - to wszystko może stracić, kiedy tylko rodzina dowie się o tym, kim się stał.
Nie, Rigel nie mógł do tego dopuścić.
Bardzo ostrożnie zwinął rysunek w rulonik, po czym schował do wewnętrznej kieszeni cienkiego płaszcza.
-Piękne dzieło. Bardzo panu dziękuję - odezwał się po chwili do staruszka, wręczając mu zapłatę. - Niech się panu dobrze wiedzie.
Dałby mu pewnie parę galeonów, lecz nie chciał, by jego status majątkowy zwrócił więcej niepotrzebnej uwagi.
Black zdał sobie sprawę, że na scenie chyba zaczęło się coś dziać, więc skierował kroki w tamtą stronę. Wtedy też usłyszał przemówienie burmistrza.
Pomóc w rytuale?
To mogła być wspaniała szansa, aby przyjrzeć się wszystkiemu z bliska. Dokładnie przeanalizować każdy element, każdy symbol, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Tylko że będzie to naprawdę ogromne ryzyko. A co jeśli tym razem, ktoś go rozpozna? Będzie panika? Zostanie pojmany? Albo i jeszcze co gorszego?
Wtedy przed oczami stanęła mu powyginana korona z rysunku. Właśnie to będzie go czekać, jeśli nie zrobi nic, pozwoli sobie na trwanie i na płynięcie z prądem historii.
Rigel boleśnie przygryzł dolną wargę, czując też, jak kropla potu spłynęła mu wzdłuż kręgosłupa.
Chyba nie miał wyboru.
-Ja! - krzyknął i podniósł rękę do góry, by zostać zauważonym przez Eddiego Hawthorne’a.

|płacę panu rysownikowi 15pm


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 13 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Wilkołak

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647

Strona 3 z 11 Previous  1, 2, 3, 4 ... 9, 10, 11  Next

Bagna Brenyn
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach