Wydarzenia


Ekipa forum
Bagna Brenyn
AutorWiadomość
Bagna Brenyn [odnośnik]21.08.22 13:06
First topic message reminder :

Bagna Brenyn

Bagna Brenyn znajdują się w północnej części hrabstwa, na terenie Forest of Bowland – oraz w bliskim sąsiedztwie wioski o tej samej nazwie. Składa się na nie kilkanaście kilometrów kwadratowych wyjątkowo zdradliwych, leśnych mokradeł, których znakiem rozpoznawczym jest barwa: zacienione splecionymi gęsto gałęziami, głębokie jeziorka, wydają się być zupełnie czarne, nie licząc pojawiających się od czasu do czasu nad powierzchnią błędnych ogników.
Obcy rzadko kiedy zapuszczają się na same bagna, zdarza się jednak, że w ramach wyzwania wyprawiają się na nie dzieci, a wśród mieszkańców pobliskiej wioski znane są przede wszystkim ze względu na związaną z nimi legendę. Według starych opowieści, leśny teren zamieszkiwała kiedyś niewielka społeczność czarodziejów, których magia była ściśle związana z naturą: dzięki przekazywanej od pokoleń wiedzy, potrafili czerpać energię z samych roślin, wykorzystywać ich uzdrawiające właściwości i rzucać potężne zaklęcia, które chroniły ich przed intruzami – zgodnie z podaniami, do ukrytej w lesie wioski można było trafić wyłącznie mając za przewodnika jednego z jej mieszkańców. Wśród społeczności żyła Brenyn – czarownica piękna i odważna, na tyle, że niejednokrotnie zapuszczała się poza chroniony magicznie, rodzimy teren. Pewnego dnia na leśnej ścieżce spotkała czarodzieja, w którym zakochała się od pierwszego wejrzenia; zaciekawiony Brenyn i jej ludźmi, omamił ją obietnicami i zdobył jej zaufanie, namawiając, by pokazała mu wioskę. Młoda czarownica zaprowadziła go więc do ukrytej części lasu, opowiedziała o przepływającej przez drzewa magii, jednocześnie zastrzegając, że była to silnie strzeżona tajemnica. Czarodziej przyrzekł dochować sekretu, jednak skusiła go potęga – i zaledwie tydzień później przyprowadził do lasu swoich towarzyszy. Walka, która rozgorzała pośród drzew, była krwawa i długa; towarzysze zdradzieckiego czarodzieja używali magii czarnej i plugawej, a Brenyn, zorientowawszy się, że jej najbliżsi przegrywają, zdecydowała się na desperacki krok – sięgnąwszy po prastary rytuał, obudziła energię drzemiącą w drzewach, jednocześnie samej na zawsze się z nią wiążąc. Potężne rośliny zwróciły się przeciwko najeźdźcom, choć jednak udało się ich przegnać, to gdy bitwa dobiegła końca, przy życiu nie pozostał ani jeden mieszkaniec leśnej wioski. Legenda głosi, że Brenyn, ogarnięta żalem, wylała rzekę czarnych łez, które rozlały się po lesie, tworząc bagna – a w miejscu każdego poległego czarodzieja wyrosło wypełnione magią drzewo. Rytuał oraz związane z nim sekrety przepadły, ukryte na zawsze w chatce Brenyn – której od tamtej pory nikt nie był w stanie odnaleźć.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 0:31
The member 'James Doe' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 86

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 1M42qPT
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 12:28
Silny strumień zaklęcia pomknął wzwyż, kreśląc ognistym atramentem imię przyjaciółki - powinno być widoczne z każdego miejsca, do którego w tym czasie zdołałaby się oddalić. Liczył na to, że wciąż pozostając przed ławką, miejscami siedzącymi, uda mu się uniknąć zepchnięcia w stronę rozdzielającej rzędy ławek alejki - szybko jednak okazało się, iż jest to niemożliwe, tłum nie napierał tylko z jednej strony, on sam nie próbował więc walczyć z nurtem ludzkich ciał.
Ona też musiała być jego częścią, prawda?
Kiedy ponad głowami rozbłysły kule światła, dwie większe i kilkanaście mniejszych, kiedy w końcu mógł dostrzec twarz Rhennarda, skrzyżował z nim swoje rozemocjonowane spojrzenie - i Abbott musiał spostrzec to, co piętrzyło się na scenie. Makabryczny, przerażający widok zbiorowej mogiły.
- Jak to się stało? - wymamrotał odrętwiałymi ustami; czy Rhennard podejrzewał cokolwiek więcej? Wiedział, co mogło zabić tych wszystkich ludzi? Merlinie, nieopodal stosu ciał była przecież też Thalia - widział, jak schodzi ze sceny, ale czy znalazła się dostatecznie daleko, żeby...? W samym namiocie kręciła się także Penny... Poczuł, jak zaczyna robić mu się słabo. Przypomniał sobie również uśmiechniętą twarz jednej z występujących dziewczyn - tej, która podarowała mu fragment girlandy wciąż owijającej się wokół jego szyi. Czy ona...?
Z otępienia wyrwał go świetlisty twór wyczarowany przez Rhennarda; delikatny motyl utkany z tej samej magii krążył tuż obok zamordowanych, wkrótce dołączył do niego i byk dumnego jelenia. Czy razem mogły rozgonić mrok?
Nie miał pojęcia, co dalej. Uczepił się tylko jednej myśli, wiedział, że musi jakoś znaleźć Millie. Tym razem jednak nie zdobył się na krzyk, głos zamarł w krtani; choć nie patrzył już w stronę sceny, wciąż miał przed oczami obraz tych wszystkich istnień, które zgasły w rytuale brutalnej śmierci. Głowa zadarta pozostawała lekko ku górze, zahaczał spojrzeniem o napis, kiedy pomyślał o czymś jeszcze. Teraz, gdy sylwetki oświetlało wyczarowane światło, choć wątłe, to dostateczne, by zarysowała się przed nim cała twarz Rhennarda - teraz właśnie mógł chyba spróbować sięgnąć wzrokiem dalej. - Oculus - skierował różdżkę ponad siebie, chcąc wyczarować lewitujące oko, które z góry miałoby lepszy widok na tłum wokół niego - może stamtąd charakterystyczne włosy Millicenty byłyby łatwiejsze do wypatrzenia? - Oculus - próbował ponownie, choć dłoń wciąż drżała z przerażenia, nie był w stanie wykonać nią płynnego ruchu. W tym samym momencie ktoś na niego wpadł. - Co się...? - to nie było przypadkowe zderzenie; kobiece ręce zacisnęły się na jego szacie z zaskakującą siłą. Głos rozdygotany lękiem o własne dziecko i te kilka słów - tyle wystarczyło, by zrozumiał; by zamarł, uświadamiając sobie, że przecież wcześniej słyszał płacz dziecka, ale nie zwrócił na to przesadnej uwagi - zdawało mu się to naturalnym odruchem w obliczu tego, co się działo, nie mógł przecież podejrzewać, że chłopiec rozdzielił się z matką. Może płakało inne dziecko? - Wszystko - urwał, bo nie był w stanie znaleźć w sobie nadziei, która pozwoliłaby mu dokończyć to zdanie, powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze. - Jak ma na imię i ile ma lat? W co jest ubrany? - aby jakkolwiek jej pomóc, musi wiedzieć kogo szukać.
I wtedy stało się to.
Przerażający twór o kształcie jelenia wyłonił się z ciemności, szarżując na swe białomagiczne odbicie. Summers do ostatniej chwili liczył na to, iż to starcie może wygrać tylko światłość. Tak się jednak nie stało. Motyl także zniknął, rozszarpany w kilka chwil. A czerń zdawała się nasycać, gęstnieć, jakby była żywą tkanką. Wszystkie światła zgasły po kolei.
Nadal nie rozumiał - co tam zaszło, czym była ta ciemność, głosy, mrok.
Miał wrażenie, że utknął w koszmarze, z którego nie może się obudzić. Z którego nigdy już się nie obudzi.
Zduszony krzyk wydobył się z jego gardła, zlewając się z wrzaskiem kobiety, która wciąż trzymała się go za ubranie; jej odrętwiałe usta zamarły, ciało drgnęło, gdy kaszlnęła - ciepłe drobinki, które oprószyły jego twarz, niczym rosa osiadły na zieleni koszuli, nie były śliną, pachniały metalicznie jak krew. Oczy rozszerzyły się w niemym przerażeniu, gdy z lewej dłoni wypadła butelka nalewki, którą do tej pory wciąż ściskał kurczowo, niekoniecznie tego świadomy. Szarpnął się, wyciągając palce przed siebie w tym samym momencie, gdy ciało kobiety nie mogło znaleźć już ich ciepła, oparcia - coś nieludzko silnego wciągnęło ją w ciemność.
- Proszę pani? - wyrwało mu się rozedrganym głosem, gdy wciąż odrzucał to, co oczywiste, nie chcąc uwierzyć, że w ułamku sekundy zgasło kolejne życie - tak szybko, jak bladł każdy promyk próbującego się przedrzeć przez gęstniejący mrok światła. Był jednak zbyt przerażony, by rzucić się w przód, próbując wyrwać ją (jej ciało?) z objęć ciemności, przejął nad nim kontrolę instynkt, zrobił kilka kroków w przeciwną stronę, twarzą wciąż zwrócony w stronę źródła zagrożenia. Rozdygotane zawiasy kolan z trudem wprawił w ruch, nogi zdawały się być ciężkie jak kamień, ledwie mógł nimi poruszać, choć jednocześnie, jakimś cudem, pozostawały miękkie tak bardzo, że niemal bezwładne.
Od ścian myśli odbijało się echem tylko to - będzie następny.




ściany się burzą, szyby pękają na raz
lecę w dół przez błędy wszystkich lat
Laurence Morrow
Zawód : numerolog, cyrkowiec
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
więc przez płonący las
przeprowadź mnie
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 30 +5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
standing upright but my shadow is crooked~
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11212-laurence-morrow https://www.morsmordre.net/t11246-houdini#346121 https://www.morsmordre.net/t11247-museums-of-fear#346123 https://www.morsmordre.net/f424-dzielnica-portowa-arena-carringtonow-wagon-10 https://www.morsmordre.net/t11252-szuflada#346152 https://www.morsmordre.net/t11248-laurence-morrow#346126
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 12:28
The member 'Laurence Morrow' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 67

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 UZ9AVja
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 20:03
Zadrżała, obserwując jak światło zamarło najpierw na końcu różdżki, a wszechobecny chaos wcale nie sprzyjał skupieniu się, gdy ledwie widziała to, co znajduje się przed nią, a co dopiero to, co się działo…chociaż widzieć nie musiała aby widzieć. Przypominała jej się Dolina, to, jak duszący potrafił być tamtejszy mrok, to, jak pojawienie się cieni było zaskoczeniem dla wszystkich. Gdy wtedy się pojawiły, cała szóstka nie dała sobie z nimi rady, nawet z doświadczonymi jak uważała członkami Zakonu, a do tej pory pamiętała jak krew Herberta rozlewała się na jej płaszczu tylko przy podniesieniu. Volans niemal stracił tam życie. Wtedy były ich dwa. Teraz było ich o wiele więcej i nikt nie był tutaj kimś, kto mógłby dać im radę.
Może to te myśli sprawiły, że jasna mgła rozwiewająca się wśród czerni rzeczywiście była jedynym, co wydostało się z jej różdżki. Odetchnęła głęboko, niemal czując się jakby drżała, ale powietrze które wciągała do płuc wydawało się nawet nic nie dawać, zupełnie tak jakby wraz ze zniknięciem spokoju przywilej oddychania spokojnie bez szaleńczo bijącego serca. Dopiero mocny uścisk od stojącego obok Garfielda wzbudził inne emocje – radość, że jest tutaj nie sama, ale też na nowo poczucie strachu, już nie tylko o ludzi i u siebie ale też o Garfielda. Tym razem Lumos Maxima oświetlił okolice, odsłaniając nie tylko to co znajdowało się w tym miejscu, ale też to, czego się spodziewała, a jednak zamarło jej serce.
Spoglądała na puste i cierpiące twarze aktorów, ludzi, którzy nic nie zawinili. Chciała wierzyć, że to nie jej wina, ale rozpaczliwie czuła, że to nie jest prawda. Wpatrywała się przez chwilę z przerażeniem, ale te parę sekund wystarczyło, aby nieznajomy znalazł się tuż obok oferując swoją pomoc. Rozpaczliwie potrzebując odwrócić głowę, spoglądała w kierunku Rigela, wiedząc, że już nigdy nie wymaże tego widoku ze swojej pamięci, że nawet teraz, gdy skupiała się jednak na tym, co znajdowało się przed nią, na tym że jednak muszą uciekać, że to było coś co nawet teraz było z tyłu w jej głowy.
- To cienie! – Głos nie wyszedł tak pewnie jakby chciała, raczej dławiąco, ale na płacz też nie było teraz pory. Drgnęła mocno, ale otrząsnęła się zaraz, spoglądając na znajdujących się w jej okolicy. – Nie działa na nie normalna magia, są zbyt potężne aby je atakować, wszyscy muszą uciekać teraz! Biegnijmy do najbliższego lasu! – Ta część wypowiedzi zabrzmiała już mocniej, bardziej stanowczo. Mężczyzna który do nich dołączył również zaczął działać, ale nawet u nich nie było możliwości, aby mogli zatrzymać się na dłużej. Sami też musieli ociekać.
Nie okazało się to jednak prostym zadaniem, bo w tym momencie ziemia przestała jakkolwiek przypominać stały grunt. Poczuła, że jej nogi zapadają się pod nią, lecz nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ziemia wydawała się upodobać ją wybitnie mocno. Jedno szarpnięcie wyrwało ją z objęć Weasleya, wciągając ją tak mocno, że ledwie głowa wystawała jej ponad błoto, ale jej krzyk był tylko jednym z wielu. Nieprzyjemne uczucie spowodowało, że odruchowo się szarpnęła, ale prawda była taka że to nie mogło jej pomóc, a palące uczucie bólu sprawiło, że krzyknęła mocniej. Ścisnęła różdżkę w dłoni, starając się wycelować nią na tyle wysoko, aby mogła wydostać się na suchy fragment, ale nie by po prostu wylecieć w powietrze.
- Ascendio. – Niemal westchnęła, ale oddech wraz z inkantacją jednak wydostał się z jej ust - i miała jednak nadzieję, że wystarczało to do wyciągnięcia jej z tego błota, bo każda chwila w błocie sprawiała, że ciało wydawało się płonąć. - Cito. - Rzuciła jeszcze, mając nadzieję, że pozwoli jej to szybciej się poruszyć po wydostaniu.

Rzut kością k100 dla MG



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 20:03
The member 'Thalia Wellers' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 81

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 UZ9AVja
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 20:54
Nie był pewien, czy warunki, w jakich się znajdował, były odpowiednie do jakiejkolwiek magii. Skupiał się, jak tylko mógł, ale ludzie pędzący wprost na niego, popychający go w panice, próbujący przedostać się na drugą stronę jarmarku, wcale nie pomagali. Mimo to całym swoim umysłem objął wspomnienie tańczącej u jego boku Cece, szczęśliwej i uśmiechniętej. To ona, nie Ophelia, nadała jego patronusowi zwierzęcy, dumny kształt, który pomknął w srebrzystej mgle ku scenie. Patrzył na niego uparcie, z ogromną nadzieją pompowaną przez serce, że jego dumna sylwetka przegoni mrok i cienie, dając znów nadzieję. Nadzieja ta jednak prysnęła, kiedy oczom ukazały się leżące na niej, wciąż krwawiące ciała. Patrzył na to blady, z oczami szerokimi z przerażenia, które coraz mocniej wnikało do jego ciała. Presja tłumu była ogromna, ale kiedy w końcu wypchnęli ich na szerszy teren, mógł złapać chwilowy oddech.
- Sonorus - przyłożył różdżkę do gardła, ale ta nie zareagowała. Strach plątał mu myśli, wszędobylskie, diabelne głosy zatykały uszy. Usłyszał wtedy głos czarownicy i spojrzał na nią odruchowo, jakby szukając w niej bodźca odpychającego go od masakry odbywającej się na scenie. Ale za chwilę żałował. Kobiecy krzyk był niemal ogłuszający, a nagły rozbryzg krwi i wyssanie jej przez nieznaną ciemność, wywołały u niego zimne dreszcze. Czuł, że narastają zawroty głowy, ale zdobył się na odwrócenie od niej wzroku, by skierować go z powrotem na scenę, gdzie zdołał ledwo zobaczyć srebrne wstęgi swojego patronusa ginące w złowrogiej, podobnej do niego sylwetce. Nie rozumiał. Nic nie rozumiał. Zobaczył jednak, jak granice sylwetki drgają, zanim światło zginęło na amen. Wyciągnął różdżkę i wycelował ją w czarnego jelenia, licząc, że tym razem magia odpowie: - Luminitis virtute! - zawołał wyraźnie, gestem przywołując świetlisty promień, który miał zaatakować potwora. Miał nadzieję, że tym chociaż uda mu się go osłabić, a tym samym dać czas na podjęcie jakiejś rozsądnej decyzji, co dalej. Spojrzał na Laurence’a stojącego obok, wyglądającego na zupełnie wrośniętego w ziemię, nieprzytomnego. Nim też szargał strach, ale wiedział, że tylko trzeźwy umysł pozwoli mu na jakikolwiek ruch. Dopadł do niego, rękę mocno zaciskając na ramieniu przyjaciela. - Laurence! Jestem tu! Musimy albo z tym czymś walczyć albo uciekać! Gdzie jest twoja... M... przyjaciółka?! - z tego wszystkie zapomniał jej imienia, nie było ono ważne. Krzyczał, próbował przekrzyczeć tak tłum i chaos. - Musimy uciekać z nią albo bez niej! W tej chwili!



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]11.09.22 20:55
The member 'Rhennard Abbott' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 85

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]12.09.22 13:50
Surrealizm rozgrywanych scen, niczym z kart najmroczniejszych ksiąg grozy, przez moment zaburzył moją percepcję. Może wcale nie wybudziłem się pod tym drzewem; może krwawa sceneria to tylko wizualizacja moich najgłębszych obaw i skumulowanego zmęczenia? Widziałem takie rzeczy w koszmarach. Słyszałem dźwięki rozrywanych ciał, chrzęst pękających kości nawiedzał mnie wszak wielokrotnie przez ciążące na sumieniu przewiny... ale tragedia, która rozgrywała się na moich oczach, była zbyt realna, by być ulotnym snem. Obserwowałem bezradnie, jak ostatki emanującego światła rwą się na strzępy przez istoty z mroku; jak moja nadzieja — mój Patron — rozpływa się, przegrawszy batalię z ucieleśnieniem zła. Czy naprawdę nie dało się z tym walczyć? Czy jedynym, co mogliśmy uczynić, było poddanie się? Przecież ci ludzie na nas, na mnie, liczyli, w moich żyłach płynęła odpowiedzialność za każde z ich żyć, za każdą przelaną krew, każdą stratę bliskich! Jednak kiedy zagłębiałem się myślami w kłębisko mroku, penetrując je oczami wyobraźni, które portretowały przede mną rozpacz moich bliskich, ich przedśmiertne wołanie o pomoc — nie potrafiłem nawet drgnąć palcem. Stałem jak osłupiały, pozwalając, by emocje wzięły w górę, ale...
Jeszcze miałem dla kogo walczyć. Thalia dodawała mi otuchy swoją obecnością, była tym ostatnim promieniem nadziei — jedynym blaskiem w mroku, który jawił mi się przed oczami. Zakotwiczony w pragnieniu uratowania tych, na których mi zależało, musiałem zacząć od niej, podświadomie zdając sobie sprawę, że mogła być jedyną, która jeszcze żyła.
THALIA! — z osłupienia wybił mnie gwałtowny ruch rozstępujących bagien. Siły natury sprzymierzyły się z czyhającym na nas plugastwem. Może przeznaczone było nam zginąć? Gdybym mógł, zionąłbym ducha, by zapobiec rozlewowi krwi; instynkt podpowiadał jednak, że jeśli teraz tu zemrę — jeśli dam pochłonąć się bagnom — nie uratuję już nikogo. Obróciłem się za przyjaciółką, dostrzegając jej zmagania z torfowiskiem. Dopiero za którymś obróceniem głowy ujrzałem zaplątujące się wokół niej cieniste macki, a moje serce zabiło jeszcze gwałtowniej. Ile sił w nogach popędziłem na stabilny grunt, by odzyskać swobodę ruchów, w międzyczasie krzycząc w jej kierunku. — Trzymaj się, znajdę sposób, by Ci pomóc! — tylko jak mogłem jej pomóc? Ledwie widziałem jej zarys... Mimo wszystko skierowałem różdżkę nieco poniżej miejsca, w którym powinny znajdować się jej nogi, tak aby trafić w zaciskające się wokół macki i ułatwić jej wyswobodzenie się zaklęciem. — Flippendo! — spróbowałem osłabić wciągającą ją bestię, wspomagając jej próbę ucieczki.

k100 na flippendo + k100 na rzut specjalny dla mg
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]12.09.22 13:50
The member 'Garfield Weasley' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 67

--------------------------------

#2 'k100' : 26

--------------------------------

#3 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]13.09.22 1:00
Dotarcie do małej wysepki światła, stworzonej przez rudowłosą parę przypominała koszmarny bieg z przeszkodami, kiedy każdy nieostrożny ruch mógł skończyć się zwichniętą kostką… albo czymś o wiele, wiele gorszym. Szalejąca w żyłach adrenalina skutecznie zagłuszała ból i zmęczenie, pozwala umysłowi młodego szlachcica działać na najwyższych obrotach.
- Cienie? - Rigel powtórzył szeptem za Thalią jak echo. Słyszał niepokojące plotki o dziwnych zdarzeniach magicznych, które widziano w różnych miejscach na terenie Anglii. Na początku myślał, że może to zwiastun powrotu znanych już anomalii, lecz im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej odchodził od tej teorii. Szczególnie teraz, kiedy próbował nie oszaleć, wsłuchując się w makabryczną kakofonię z ludzkich lamentów, obrzydliwego dźwięku rozrywanych ciał i szeptów, które zatruwały mu umysł. Istoty, na które nie działa zwykła magia? Nigdy o czymś takim nie słyszał. Jednak praca w Departamencie Tajemnic nauczyła lorda Rigela Blacka bardzo ważnej rzeczy - świat jest o wiele bardziej skomplikowany, pełen zagadek i dziwów, jakie nie śniły się zwykłym ludziom.
Czym były te istoty? Czy ich wyraźna czarnomagiczna natura byłaby w stanie generować pole antymagii, blokującej zaklęcia? Czy może to rodzaj duchów, biorąc pod uwagę to, jakie rośliny były użyte podczas rytuału - podobne do tych, używanych w mieszance kadzidła Cierpiącej duszy?
Mężczyzna odruchowo spojrzał w stronę sceny, w duchu modląc się do wszelkich sił, gotowych go usłyszeć, żeby na scenie leżały jeszcze niespalone wiązanki, które można by było użyć, spróbować przynajmniej w taki sposób odpędzić mrok. Niestety. Na deskach sceny nie było nic, oprócz piętrzących się, okaleczonych ciał zamordowanych aktorów. Widok ten sprawił, że pod Rigelem ugięły się kolana, a żołądek przeszył bolesny skurcz. Czarodziej nigdy w swoim życiu nie widział czegoś tak bestialskiego, tak obrzydliwego. Musiał złapać parę głębszych oddechów, by zwalczyć falę mdłości, która wstrząsnęła jego ciałem... jednak nieszczególnie to pomogło. Powietrze było wprost ciężkie od unoszącego się metalicznego zapachu krwi i gorzkiego odoru potu. Jedynym punktem, jaki pomógł Blackowi choć trochę zebrać się w sobie byli ludzie, którzy zamarli ze strachu, kiedy znaleźli się w kręgu światła, bojąc się czyhających w ciemnościach niebezpieczeństw.
-Później, Marudku - rzucił ciszej do skrzata, kiedy ten zaproponował ewakuację, po czym wskazał na grupę przerażonych osób. -Tamci ludzie - zabierz ich stąd. Do Clitheroe albo innego większego miasta w okolicy. Żeby jak najdalej od tych potworów. I wracaj tu.
Wtedy też kątem oka zobaczył też wielkiego jelenia, stworzonego z samej ciemności, szarżującego wprost na innego - tylko świetlistego. To wszystko było takie nierealne. To, co mężczyzna obserwował, czego doświadczał każdą cząstką siebie, było tak przesiąknięte złem, mocą, które nie dało się opisać, gdyż ludzki język nie znał takich określeń, że jedyną rzeczą, która był głośniejsza niż strach i szaleństwo było głośne proste pytanie.
Dlaczego?
Co czy to rytuał sprawił, że cienie zjawiły się w tym miejscu - zaproszone - a teraz wszystkich tu obecnych czeka walka, dokładnie taka, jaka miała miejsce w legendzie? Czy mają wcielić się w ludzi z wioski Brenyn i zginąć? Może. To jednak nie jest kluczem do rozwiązania tej tajemnicy. Te cienie już wcześniej były widziane, nie pojawiły się wyłącznie z okazji Przesilenia. Coś tak starego, tak charakterystycznego nie mogło pozostać niezauważone. Chyba że było ukryte. Zamknięte… Gdzieś głęboko, zabezpieczone, by nikt nie mógł się do tego dostać. Zbyt stare, zbyt silne, bo mogło zostać zniszczone.
Aż nie przyszedł dzień, kiedy śmiałkowie natrafili na to miejsce, unieszkodliwili pułapki, przeszli trudne próby. Zapłacili życiem. Złożyli ofiarę ze szlachetnej krwi.
Myśl ta była jak uderzenie pioruna.

-Kim jesteście, istoty z cieni?! - Rigel podniósł głos. Nie miał pojęcia, czy dostanie odpowiedź, ale chciał spróbować. Musiał zrobić eksperyment. -Po co tutaj przybyłyście?!
Kiedy tylko padły ostatnie słowa, Black poczuł, jak ziemia pod jego stopami staje się miękka, a on sam zaczyna się w niej zapadać. Wyglądało to zupełnie tak, jakby przyroda również uległa tej dziwnej, pierwotnej magii - zaczęła się zmieniać, żyć własnym życiem. Rudowłosa kobieta obok krzyknęła, kiedy wyraźnie coś zaczęło wciągać ją w głąb błota. W odpowiedzi na to Rigel odruchowo zrzucił z ramienia pasek, do którego była przymocowana miotła i spróbował jej dosiąść, przewiesić się, by jak najszybciej oderwać się od ziemi, gdyż tylko tak może być pomocny. Nie chciał jednak wzbijać się wysoko, mimo że był dobrym lotnikiem - nie chciał ryzykować zderzenie z ukrytą w ciemnościach przeszkodą.

|k100 dla MG


The truth may be out there
But the lies are inside your head.

Rigel Black
Zawód : Stażysta w Departamencie Tajemnic, naukowiec
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
We are all roamers of vast spaces and travellers in many ages.
OPCM : 0
UROKI : 16 +2
ALCHEMIA : 13 +5
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0 +1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Wilkołak

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t8887-rigel-black https://www.morsmordre.net/t9011-apt#270971 https://www.morsmordre.net/t9014-skeletons-in-my-closet#271101 https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t9012-skrytka-bankowa-nr-2091#270977 https://www.morsmordre.net/t9026-rigel-a-black#271647
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]13.09.22 1:00
The member 'Rigel Black' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 60

--------------------------------

#2 'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 XjDnvtf
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]13.09.22 22:42
James, Neala

Zdawaliście sobie sprawę, że musieliście uciekać – otaczająca was groza nie traciła na sile, wprost przeciwnie: wciskające się do uszu szepty były coraz głośniejsze, a cokolwiek skrywało się pod zasłoną mroku, atakowało bez litości. Wspiąwszy się na lewitującą w powietrzu miotłę utraciliście grunt pod nogami, jednocześnie gubiąc część orientacji w terenie; James, dzięki krążącemu w jego żyłach eliksirowi, był w stanie dostrzec przed sobą niewyraźną, nierówną ścianę lasu – a spoglądając w lewo, widział pozostałości po jarmarku. Tam droga wydawała się zablokowana, powywracane stragany czyniły z niej prawdziwy tor przeszkód, chociaż prawdopodobnie dałoby się go pokonać, przelatując ponad nim. Po prawej – tam, gdzie wcześniej była scena – kotłowały się ciemności, raz po raz wyciągające swoje macki dalej. Neala widziała jeszcze mniej, chyboczący się sznur zawieszonych na drzewach lampionów, z jakiegoś powodu nietkniętych przez cienie – i bladobłękitne światło gdzieś z przodu, pomiędzy pniami, jak daleko – nie dało się ocenić.
Kompas wyciągnięty przez Jamesa nie wskazał mu bezpiecznej drogi – zagrożenie musiało otaczać was z każdej strony, bo igła, zamiast ustabilizować się w jednym punkcie, przeskakiwała wściekle, wskazując to północ, to zachód, to wschód. Popędzona miotła wyrwała się do przodu, ciągnąc was na ślepo w ciemności, w policzki uderzył pęd powietrza – a niedługo później wciskające się do uszu dźwięki panującego na jarmarku chaosu zaczęły cichnąć – tym bardziej, im większą odległość pokonywaliście, aż wreszcie nie słyszeliście już nic – poza szelestem wiatru i liści, oraz szumem własnych przyspieszonych oddechów. Szepty w obcym języku również umilkły, a rozglądając się wokół siebie mieliście wrażenie, że ciemności nie tyle się przerzedziły, co zmieniły konsystencję: półmrok był gładki, nieruchomy, granatowy – bardziej przypominający ten, który znaliście. Znaleźliście się w lesie, co do tego nie było wątpliwości; Neala mogła dostrzec ponad sobą odbijające się na tle nieba, ciasno splecione korony drzew, od czasu do czasu tuż obok niej migał też mijany pień. James widział je wyraźnie, mikstura pozwalała mu na wychwycenie skąpanych w nocy przeszkód, i tylko dzięki niej był w stanie manewrować na miotle, a przynajmniej – do czasu, bo roślinność wraz z każdym pokonywanym metrem stawała się gęstsza, ciaśniej zbita; momentami drzewa tworzyły ścianę, która zmuszała was do cofnięcia się, drobne gałązki smagały was po policzkach, aż wreszcie lawirowanie pomiędzy nimi stało się niemal niemożliwe.
Mniej więcej w tym samym momencie do uszu Neali znów wkradł się szept – ten był jednak cichszy, tak cichy, że przypominał bardziej szmer strumienia niż faktyczne głosy; jej pole widzenia zasnuła szaroczarna mgiełka, która zniknęła po przetarciu oczu – ale gdy to się stało, nie widziała już tego, co wcześniej. Przed nią, zamiast pochylonego nad miotłą Jamesa, siedziała istota w niczym nieprzypominająca człowieka. W całości czarna, utkana jakby z mroku samego w sobie, miała pociągłą czaszkę i nienaturalnie długie kończyny, zakończone szponami; z pozbawionej włosów głowy wyrastało poroże, bardziej niż rogi jelenia przypominające rozcapierzone gałęzie. Sterując miotłą, niósł ją ku zgubie – była tego pewna – a jej serce, wyczuwając zagrożenie, zaczęło bić jak oszalałe. Instynkt podpowiadał jej, żeby uciekała – gdziekolwiek, byle dalej od siedzącego przed nią stwora. Przed nim, kilkadziesiąt metrów pomiędzy drzewami, widziała to samo światło, które dostrzegła z polany.
James nie był świadomy tego, co działo się z Nealą, nawigowanie w gęstym lesie wymagało całej jego uwagi, ale doskonały refleks i panowanie nad miotłą pozwalało mu na uniknięcie kolizji. Jeśli zdecydowałby się raz jeszcze spojrzeć na kompas, dostrzegłby, że jego igła się zatrzymała – teraz wskazując na zachód, w miejsce, w którym między drzewami widniał widoczny prześwit. Zanim jednak zdążyłby skierować tam miotłę, zanim zdążyłby zrobić cokolwiek – las przestał być nieruchomy.
Najpierw usłyszał trzask, jakby złamała się gruba gałąź, później kolejny – a podążając wzrokiem za źródłem dźwięku, James mógł dostrzec, dlaczego: jedno z drzew, zupełnie łyse, stojące w pewnym oddaleniu od reszty, jakby ożyło; jego gałęzie uniosły się do góry, pień się pochylił; drobniejsze gałązki zatańczyły jak na nieistniejącym wietrze, a później – z nienaturalną prędkością – jeden z konarów wystrzelił prosto ku Jamesowi, jak wyciągnięta w jego stronę ręka, gotowa w ułamku sekundy go pochwycić. Następne – gotowały się do ataku, rozbudzone, prędkie, jakby gniewne.

Thalia, Garfield, Rigel

Thalia nie zdążyła zastosować się do własnego wykrzyczanego ostrzeżenia – grunt zapadł jej się pod nogami, a ona sama miała wrażenie, że cała dolna część ciała – nogi, biodra, talia – zapłonęły żywym ogniem; ból ogarnął ją całą, wycisnął łzy z oczu, nieludzka siła ciągnęła ją w dół, lada moment czarna maź miała wepchnąć się jej do ust – ale setki przepłyniętych mil morskich nauczyły żeglarkę radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Zareagowała błyskawicznie, płynąca w żyłach adrenalina pozwoliła jej na wymierzenie różdżki w górę, a wzdłuż ramienia pomknęła silna magia – skutecznie wyciągając czarownicę z pułapki. Upadła na ziemię parę metrów dalej, a wyciągnięte na powietrze ubranie zasyczało, jak ogień zgaszony wodą. Jeśli spojrzała w dół, na swoje nogi, zauważyła, że dół sukienki miała całkiem mokry, pokryty czarnymi plamami, a skórę na nogach – od kostek po uda – poznaczoną krwistoczerwonymi poparzeniami, na których zaczynały pojawiać się białawe, wypełnione przezroczystym płynem pęcherze. Skórę miała gorącą, drażliwą, przy najlżejszym dotyku odzywającą się okrutnym pieczeniem; poparzenia nie uniemożliwiały jej poruszania się, ale ocierający się o nogi materiał ubrania wywoływał kolejne fale bólu. A to nie był jej jedyny problem.
Kiedy uniosła spojrzenie na swoich towarzyszy, Garfielda i drugiego z mężczyzn, nie zobaczyła żadnego z nich; zamiast tego przed sobą miała dwa wilki – wielkie i kudłate, pochylone na przednich łapach, miały obnażone kły, z których ściekała ślina – a z ich gardeł wydobywał się warkot, przejmujący, głośny, zagłuszający nawet szepty w obcym języku. Thalię ogarnął strach, była niemalże pewna, że stworzenia – czy to prawdziwe, czy utkane z cieni, nie wiedziała – lada moment ją zaatakują, rozrywając na kawałki.
Rzucone na samą siebie zaklęcie zadziałało, Thalia poczuła, że jest w stanie poruszać się szybciej; czy wystarczająco szybko, by umknąć niebezpieczeństwu – nie miała pojęcia.

Garfieldowi bez większego trudu udało się uskoczyć przed rozstępującą się ziemią, unikając wciągnięcia do środka; w gęstym półmroku trudno było rozróżnić konkretne kształty, mgliście dostrzegał jednak zmagania Thalii – i w przeciwieństwie do niej dostrzegł też, że gdy magia rzuconego ascendio wyciągnęła ją na zewnątrz, to za nią – wynurzając się z czarnej mazi – pomknęło również kilka wijących się, cienkich macek. Nie dosięgły jej, była za daleko, Garfield zdołał jednak skierować w ich stronę różdżkę. Fioletowe światło błysnęło, przecinając przestrzeń i uderzając w sam środek niewielkiego bagna; istota zaskrzeczała, macki zadrgały, na sekundę zupełnie nieruchomiejąc, jakby trafił je czar oszałamiający – po czym powoli, leniwie, wsunęły się z powrotem w cieniste błoto. Na jego powierzchnię wypłynęło kilka pojedynczych bąbelków.

Skrzat bez słowa sprzeciwu zareagował na polecenie Rigela – skłonił się krótko, po czym pstryknął palcami znikając – żeby ułamek sekundy później pojawić się w kręgu światła; nim to zgasło, arystokrata mógł zauważyć, jak Marudek chwyta kilka osób za ubrania i znika razem z nimi – później to, co się działo, działo się już poza zasięgiem jego wzroku.
Lord Black nie odnalazł odpowiedzi na swoje pytania, czy jego rozumowanie było słuszne czy też nie – miał pokazać czas; wykrzyczane słowa, wzmocnione zaklęciem, były doskonale słyszalne dla wszystkich wciąż obecnych na jarmarku – ale nikt na nie nie odkrzyknął. Rigel wciąż słyszał w głowie narastające szepty, te mówiły jednak w obcym, niezrozumiałym dla niego języku – nawet jeśli zechciałyby więc mu odpowiedzieć, prawdopodobnie nie byłby w stanie porozumieć się z nimi słowami. Dostrzegając w porę zapadającą się ziemię, Rigel dosiadł miotły, tym samym unikając kontaktu z rozmiękłym gruntem – sekundę później mogąc się zorientować, że coś zareagowało jednak na jego wezwanie.

Nad głowami Thalii, Garfielda i Rigela rozległ się łopot skrzydeł – przypominający szmer rzeki szum stawał się coraz głośniejszy, a chociaż początkowo żadne z nich nie było w stanie dostrzec jego źródła – to wszyscy widzieli, jak gwiaździste wcześniej niebo przysłoniło się czernią. Z tego mroku zaczęły wyłaniać się sylwetki, ni to kruków ni jastrzębi, z lśniącymi piórami i długimi dziobami; niczym szarańcza, zatoczyły pętlę ponad trójką czarodziejów, po czym jak jeden organizm zmieniły kierunek lotu i zapikowały w dół – mknąc w stronę Rigela.

Rhennard, Laurence

Przerażenie oblepiało Laurence’a niemal tak samo ciasno jak ciemności, ściskało za gardło, nie pozwalając mu rzucić nawet prostego zaklęcia; wyczarowane oczy gasły szybko, pożerane przez mrok, nie pozwalając mu na odnalezienie Millicenty – świadomość upływającego czasu pozwalała mu na wysnucie wniosku, że mogła znaleźć się już gdzieś dalej, gdziekolwiek; odszukanie jej pośród kotłowaniny ciał było jak szukanie igły w stogu siana. Wynurzająca się z ciemności kobieta przyciągnęła jego uwagę, zanim porwała ją jedna z istot, zdążyła zaledwie wydukać: – Harry, mój Harry… Żółte spodenki, biała koszula.

Rhennardowi nie udało się magicznie wzmocnić głosu, ale gdy tylko skierował różdżkę w stronę cienistego jelenia, na jej końcu rozbłysnęło światło tak ostre i jasne, że na moment było w stanie ściągnąć uwagę wszystkich znajdujących się w pobliżu; jaskrawy, oślepiający promień przeciął powietrze, celnie mknąc ku scenie. Jeleń również obrócił potężny łeb, przez sekundę Rhennard mógł być pewien, że roziskrzone ślepia zatrzymały się wprost na nim – ale nim istota zdążyłaby zrobić cokolwiek, promień światła trafił w czarny bok, a kształt zwierzęcia jakby się rozmazał, rozproszył; jeleń zniknął, wepchnięty z powrotem w mrok, Rhennard zdawał sobie jednak sprawę, że nawet jeśli on nie powróci – to otaczających ich cieni było mnóstwo, a jeżeli czarodzieje chcieli je odegnać – musieli poszukać innego sposobu.

Rhennard, wciąż znajdując się blisko, bez trudu odnalazł Laurence’a; zaciśnięte na ramieniu palce miały wyrwać go z letargu, ale gdy Laurence się odwrócił – nie ujrzał wcale Rhennarda. Zamiast niego stała przed nim istota w niczym nieprzypominająca ludzkiej: z niekształtną czaszką bardziej przypominającą psa niż człowieka, z łysą głową i czarnymi ślepiami, z długimi, szponiastymi kończynami, które zacisnęła na jego ubraniu, gotowa sięgnąć szyi. Szepty w obcym języku prawie go ogłuszyły, zamiast słów towarzysza usłyszał warkot – i wiedział już, że miał zaledwie ułamki sekund na ucieczkę.

Millicenta

Tłum porwał cię niemal od razu, gdy zlewające się ze sceny ciemności pochłonęły wszystko i wszystkich dookoła; zanim się zorientowałaś, straciłaś z oczu zarówno Laurence’a, jak i Rhennarda, obce ręce popychały cię we wszystkich kierunkach, szarpiąc połami powłóczystej szaty wróżki. Straciłaś zupełnie orientację w terenie, głowę wypełniły szepty – odzywające się w obcym języku, starożytnym, którego zupełnie nie znałaś, ogłuszały i dezorientowały. Słyszałaś wokół siebie krzyki, jeśli nawet jednak spróbowałaś wrócić do przyjaciół – po chwili nie miałaś już pojęcia, w którą stronę powinnaś iść, gdzie było miasteczko, a gdzie płonęły ogniska – bo te zgasły, zduszone gęstym mrokiem. W pewnym momencie ktoś uderzył w ciebie mocno, nie zdążyłaś złapać równowagi – i znalazłaś się na miękkiej, zadeptanej ziemi, nie będąc w stanie wstać z kolan – bo co raz ktoś na ciebie wpadał, uciekający w panice ludzie tratowali się w wzajemnie – i z pewnością stratowaliby i ciebie, gdyby wyciągnięte w ostatniej chwili ramiona nie przyciągnęły cię do siebie, wsuwając za prowizoryczną osłonę z przewróconego wozu.
Twoją wybawczynią okazała się jasnowłosa, młoda dziewczyna – ta sama, która wcześniej wygrywała celtyckie melodie na lutni. Instrument leżał obok niej, tobie zrobiła miejsce z drugiej strony; jasny warkocz spływał jej na twarz, jasne policzki znaczyła ciemna smuga. – W porządku? – zapytała, chwytając cię za ramiona i unosząc na ciebie wzrok – ale gdy tylko wasze spojrzenia się spotkały, stało się coś dziwnego. Oczy dziewczyny uciekły w górę, źrenice schowały się pod powiekami, jakby chciała spojrzeć do wnętrza czaszki; zadrżała, odsuwając się od ciebie, plecami przyciskając się do drewnianego boku wozu – a kolejne słowa, które wydostały się spomiędzy jej warg, wypowiedziane były głosem innym, niższym; jakby nienależącym do niej.
Opadła z sił po chwili, oczy wróciły na swoje miejsce; zanim straciła przytomność, zdążyła jeszcze sięgnąć dłonią po lutnię – gestem wciskając ci ją w dłonie. Nie wiedziałaś, dlaczego – czemu zależało jej, żebyś ją wzięła, może nie było powodu, może po prostu majaczyła.
Wóz dał wam ochronę na moment, ale odwracając się, mogłaś się zorientować, że chociaż ludzi dookoła było coraz mniej – to ciemności nadal napierały, rozlewając się dalej, gęściej; coś potężnego przemknęło tuż obok ciebie, poruszając się na czterech łapach, których pazury przeorały ziemię. Nagły i krótkotrwały rozbłysk światła zwrócił twoją uwagę, a chociaż światło szybko zgasło, to gdy spojrzałaś w tamtym kierunku, dostrzegłaś coś innego: w powietrzu, na tle nieprzeniknionej czerni, ktoś wypisał magią twoje imię. Charakter pisma wydał ci się znajomy.

James, unik przed drzewem ma ST równe 70, do rzutu dolicza się podwojoną zwinność. W razie niepowodzenia czekasz na post uzupełniający mistrza gry. Unik (czy to fizyczny czy w inny, wybrany przez ciebie sposób) nie jest liczony jako akcja angażująca.

Neala, Thalia, Laurence - jeśli próbujecie otrząsnąć się z przywidzeń, rzucacie kością na odporność magiczną, ST wynosi 50. Nie jest to liczone jako akcja, jeśli chcecie rzutu możecie też dokonać w szafce i odnieść się do wyniku w poście.

Rigel, atak cieni ma moc równą 82 (rzut).

Neala, Millicenta - za moment otrzymacie posty uzupełniające drogą prywatnej wiadomości.

Zwycięzcą loterii został James, jeśli sięgnie do kieszeni, to zauważy, że z paczuszki, w której wcześniej widział jedynie papierosy, wysunęła się fiolka z eliksirem podpisana jako felix felicis. Po wypiciu mikstura będzie działać przez 3 akcje angażujące, może zostać rozdzielona pomiędzy postaciami.

Mapka dla Jamesa i Neali (mapa oczywiście nie jest zamknięta, a jej opuszczenie nie jest jednoznaczne z opuszczeniem wydarzenia):


Obecna tura trwa do 15 września do godz. 23:59. Post mistrza gry pojawi się we piątek lub sobotę. Możecie wykonać maksymalnie dwie akcje angażujące, jeżeli będziecie potrzebowali posta uzupełniającego - dajcie znać.

Działające zaklęcia i eliksiry:

Eliksir kociego wzroku (James) - 2/3 tury, +5 do spostrzegawczości
Sonorus (Rigel) - 2/3 tury
Capillus (Rigel)
Reducio (miotła Rhennarda)
Cito (Thalia) - 1/3 tury

Żywotność i energia magiczna:

James - 238/238; EM: 49/50 Bagna Brenyn - Page 6 Zp1o0cu
Rhennard - 195/205 (10 - psychiczne); EM: 44/50
Thalia - 157/207 (-10) (30 - poparzenia; 20 - psychiczne); EM: 45/50 Bagna Brenyn - Page 6 4waXq0Z Bagna Brenyn - Page 6 MJdEKOx
Neala - 191/211 (20 - psychiczne); EM: 49/50 Bagna Brenyn - Page 6 MJdEKOx
Laurence - 185/205 (20 - psychiczne); EM: 46/50 Bagna Brenyn - Page 6 MJdEKOx
Millicenta - 165/175 (10 - psychiczne); EM: 50/50
Garfield - 160/170 (10 - psychiczne); EM: 44/50
Rigel - 145/155 (10 - psychiczne); EM: 48/50

W razie pytań - zapraszam.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]14.09.22 10:14
Nie sądziłam, że ze wszystkich ludzi na świecie - a może wszystkich których znałam - on właśnie znajdzie się obok. Tutaj, teraz. Ale właśnie z nich wszystkich, kiedy usłyszałam jego głos, moje serce ścisnęło się trochę, a ja poczułam napływającą, wręcz przytłaczającą ulgę. Brwi uniosły mi się w łagodnej emocji, kiedy oczy w końcu odnalazły znajomą twarz. Rozejrzałam się zaraz w poszukiwaniu właścicielki głosu próbując przekazać mu coś więcej. Właściwie wszystko. Jak zawsze gubiąc się w słowach kiedy te były najbardziej koniecznie. Kiedy mnie pociągnął zacisnęłam wargi unosząc na niego spojrzenie.
- Słyszę! - odpowiedziałam wciągając powietrze przez usta - nie był delikatny- skupiając na nim mocniej spojrzenie. Nie patrząc już na światło za jego plecami. Nie poszukując właścicielki głosu. Marszcząc brwi odrobinę gniewnie. - To… - zaczęłam, ale już nie skończyłam. Miałam spróbować raz jeszcze, powiedzieć więcej, ale nie byłam już w stanie wydobyć z siebie nawet dźwięku. Czułam jak zaczynam drżeć cała, jak ostatnia nadzieja która rozbłysła wraz z światłem zginęła. Jak patrzyłam właśnie na śmierć która zdawała się spoglądać ku mnie już od dnia, kiedy spotkałam ją w lesie choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Słowa wydostały mi się z ust, jedno żałosne określenie prawdy. Nie chciałam umierać. Łzy pomknęły po policzkach, ale oczy pozostały szeroko otwarte nie potrafiąc odsunąć się od jelenia. Nie potrafiłam zrobić nic więcej, poza patrzeniem. Łez nie poleciało dużo. Nie tak, że płakałam. Bardziej uroniłam ich kilka nad tą tchórzliwą myślą żałosną nie potrafiąc zrobić nic więcej. Nagle objęła mnie jeszcze większa pustka. Zabrakło ciepła jego palców. Brwi zeszły mi się w żalu. Wolałam nie widzieć jak po mnie sięga. Ale nagle je poczułam. Ciepło. Mocne, wyraźne, na moich policzkach, które obróciło moją głowę. Głos, który mnie nawoływał, ponownie wyciągał z szeptów i dźwięków jedynie bicia mojego serca odbijającego się w uszach. Otworzyłam oczy, natrafiając na te jego. Inne, zmienione eliksirem. Nadal jednak znajome w jakiś sposób. Czując jak serce wyrywa mi się prawie z piersi. Zostać z nim. Tyle mogłam. Tego chciałam. Musiał dostrzec: brak wiary i nadziei, który zawsze były obok świecąc pewnością w tęczówkach. Desperacką wręcz potrzebę by uwierzyć w to, że to co mówił było prawdą. Brałam spazmatycznie wdech, przesuwając tęczówkami po jego twarzy. Był blisko, zadrżałam, ale na pewno ze strachu. Ufałam mu. Ufałam już od tamtego dnia. Tak po prostu. Zwyczajnie, jakbym od zawsze miała ku temu powód. Teraz też chciałam. Nie umrę. Wargi mi zadrżały. Nie dzisiaj. Brwi poruszyły nieznacznie. Ręka uniosła, a palce poruszyły się, żeby dotknąć na chwilę na jego dłoni. Jakbym musiała co chwilę sprawdzać - mieć pewność - że był tu naprawdę. Nie przy nim. - J-jasne. - potwierdziłam zduszonym głosem, czując jak próbuje potwierdzić słowo gestem. Czy wiedział? Wiedział, że mnie wyciągnął na powierzchnię nie pozwalając poddać się panice całkiem? A może to właśnie z niej mnie wyciągając. Nie spojrzałam w stronę sceny spojrzeniem podążając tylko za nim. Tylko w niego wierząc, obawiając się, że jeśli znów dojrze jelenia, ponownie zastygnę - tym razem na zawsze. Nie zdążyłam zareagować na kolejne słowa czując nadal obijające się w środku serce. Zmarszczyłam brwi. Nie. Nie. Nie tak. Ale zanim powiedziałam cokolwiek w ostatniej chwili zdążyłam się go złapać. Bezmyślnie, owijając dłonie pod jego rękami. Poufale. Może powinnam inaczej - ale w tej krótkiej chwili nie zwróciłam na to uwagi podążając za impulsem. Nie musiał tego mówić. Zacisnęłam ręce mocno wokół przyciskając się do niego, może mocniej niż powinnam, ale musiałam go czuć. Oparłam czoło o jego plecy. Biorąc kolejne rozedrgane wdechy, wypełniając nozdrza jego zapachem. - Posłuchaj mnie. - powiedziałam cicho nie otwierając oczu. Nie gasząc też różdżki zgodnie z poleceniem. Odchyliłam na chwilę czoło i przytaknęłam je ponownie. - Wiem jak to brzmi. - wyrzuciłam kolejne ze słów. Szybko, jakby obawiając się, że nie wystarczy mi czasu. - Ale jej głos był inny niż te szepty. Wyraźny. Dobry. Kiedy mówiła, one cichły. Powiedziała mi, żebym poszła z nią. Żebym poszła do lasu. A kiedy zapytałam kim jest powiedziała że jest mną. A ja jest nią. Powiedziała, że jesteśmy takie same. Że zobaczyła mnie, kiedy oświetliły mnie płomienie. Mnie, Jimmy. Mnie. Spośród tylu ludzi tutaj. Dlaczego? - zapytałam. Mówiłam szybko, starałam się głośno żeby dotarły do niego. Pokręciłam lekko głową, nadal przyciskając czoło do jego pleców. Nie najpiękniejszą. Nie najmądrzejszą. Nie najodważniejszą nawet. Wściekającą się, zbyt dumną czasem, nie potrafiącą niczego tak naprawdę. - Powiedziała, że pomoże. - dodałam cicho. - Wiem jak to brzmi. - przesunęłam lekko czołem, na głowie nadal miałam wianek, kiedy unosiłam pierś razem z kolejnym wdechem. Podniosłam głowę przylegając do niego policzkiem. Poszukując spojrzeniem światła które widziałam wcześniej. - Ja naprawdę ją słyszałam. Czułam. Nie oszalałam. - ręka która nie trzymała rozświetlonej różdżki zacisnęła się mocniej na materiale jego koszuli. - Ale posłuchaj Jimmy. Tak myślę… Jeśli istnieje to. Cień. Prawdziwy Mrok. - bo co innego to być mogło? Pierwszy raz to widziałam. A ona mrokiem to nazwała. - To musi istnieć też Światło, prawda? Prawdziwe Światło. Ona nim musi być. Albo musi o nim coś wiedzieć. - wzięłam drżący wdech w płuca wypluwając z siebie słowa. Wiedziałam, że brzmię jak wariatka. - Widziałeś sam jak patronusy przegrały. - zacisnęłam palce. Nie wiedziałam, skąd dzisiaj wziął się ale był jak wyspa, dawał mi mocniejszą nadzieję, niż one, kiedy tonęło wszystko wokół. Wzięłam wdech w płuca. Odciągając głowę od jego pleców. - A one, patronusy… one składają się z zmaterializowanej pozytywnej energii. Ale może dlatego właśnie… Dlatego, że nie są światłem. Prawdziwym Światłem. Tylko pozytywną energią. Może dlatego Prawdziwy Mrok wygrał. - serce tłukło mi się w piersi. - Tam na dole, za twoimi plecami widziałam światło. W lesie. - przypomniałam sobie jeszcze. Przypomniałam sobie też o lampionach, które jako jedyne nie zgasły. Powietrze smagało mnie po policzkach. Rozglądałam się, próbując wypatrzeć coś, co mogłoby nam pomóc. Być pomocą, ta myśl pozwalała mi chyba tylko nie poddać się całkiem mackom strachu zaciskającym się na mojej szyi. Dławiącym gardło. - Zabierz nas tam. Do światła. - poprosiłam. Zmarłam. Widok przysłoniła mi ciemność. Puściłam go jedną ręką tą, która miała różdżkę przecierając oczy szybko i zamierając. Uścisk na nim się poluźnił. Lewa wolna dłoń przesunęła się, zaciskając na boku, część ciała odsunęła. Z początku mrugnęłam kilka razy nie wierząc. Jakby ponownie otwierając i zamykając oczy miałam zobaczyć coś innego. Ale widziałam to samo. Serce mi stanęło. A oczy zaszły łzami. - Nie… - szepnęłam pokręciłam głową. To był koniec. Koniec. Od samego początku. Oszalałam już wtedy, a może teraz dopiero? Wiedziałam, że to nie mogło być tak dobre, by był tu ze mną. Przede mną siedział stwór, dotykałam go. Co było iluzją a co prawdą? Odsunęłam się, odgięłam właściwie, nie zabierając lewej ręki. Rozejrzałam się, spojrzałam w dół. Powinnam uciekać. Ale upadek mógł mnie zabić. Zabije mnie na pewno. Ale z nim też umrę. Oczy zaszły mi łzami. Mrugnęłam. Drgnęłam. Znów była obok. - Nie wierz temu, co widzisz. - powtórzyłam kręcąc głową, drżącymi wargami. - Nie wierz temu, co widzisz. - szepnęłam jeszcze raz, brwi mi się uniosły kiedy brałam spazmatyczny wdech. Serce tłukło się jak oszalałe. - Moich łzach? - zapytałam jej, ale co miały mi dać łzy? Łzy które zbierały się pod powiekami - moje - nie mogły mieć takiej siły. Nie mogły. Nie miały. Zamknęłam oczy biorąc drżący wdech. Uwierz jej. Uwierz sobie. To musiał być on. Musiał… Mogłby…? Kolejny drżący wdech wpełzł po wargach do płuc. - Jimmy! JIMMY! - krzyknęłam głośniej, rozpaczliwie. Ręka z różdżką przesunęła się w stronę jego pleców. - Powiedz mi coś co tylko ty wiesz! - poprosiłam czując jak słone krople zaczynają płynąć po policzkach. Te bez mocy - nie mogły jej mieć. - Pomóż mi... - poprosiłam ją znów, obiecała. Nie byłam specjalna. Nie byłam magiczna. Ale jakieś miały działać. Rozszalały umysł nie dał jednak odejść w stronę poszukiwań. Wykrzywiłam usta zaciskając powieki na kilka chwil. To on. To musiał być on. Czułam go. Widziałam. Ufać sercu, nie oczom. To mi chciała powiedzieć. A moje serce wiedziało. Wiedziało. Wiedziało, prawda? Gdy je ponownie uchyliłam wszystko zdawało się zniknąć. Zaskoczona mrugnęłam raz. Potem jeszcze raz. Unosząc rękę z różdżką żeby ułożyć ją na chwilę na jego głowie a potem znów wsunąć pod ramię nadal pozostawiając ją rozświetloną. Lewa dłoń przesunęła się zaciskając na nowo. Przytknęłam czoło do jego pleców. - To ty. - szepnęłam. To on. To był on. Ale czy na pewno? Gubiłam się w prawdzie. Błądziłam w rzeczywistości. Może oszalałam naprawdę. - L-leć za światłami. One wskażą nam drogę. - poprosiłam przymykając powieki, biorąc głęboki wdech, by zaraz odciągnąć głowę od jego pleców. Co wuja mówił o strachu? Co mówił o nim Brendan? Odczuwał go każdy. Nikt nie mógł uciec. Ale każdy mógł z nim walczyć. Musiałam… Musiałam zacząć myśleć, działać, jakoś mu pomóc. Miałam nie być balastem odkładającym się na jego plechach. Obiecałam. Przypominała o tym wstążka na nadgarstku.

tu się otrząsam


She took things too seriously, or not too seriously at all. She hated with every fiber of her being, or loved with every piece of her heart. There was no in-between for her. It was either all or nothing.
Neala Weasley
Zawód : dobry duch Devon
Wiek : rocznikowo 17
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
courage is not the absence of fear it is acting in spite of it
OPCM : 10
UROKI : 2 +2
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 6 +3
TRANSMUTACJA : 7
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 8
Genetyka : Czarodziej
into the woods
Dzieci
Dzieci
https://www.morsmordre.net/t4071-neala-weasley https://www.morsmordre.net/t4260-victoria-sowa-brena-ale-tez-moja#87876 https://www.morsmordre.net/t9448-for-as-long-as-the-sun#287505 https://www.morsmordre.net/f171-ottery-st-catchpole https://www.morsmordre.net/t9744-skrytka-bankowa-nr-1054#295656 https://www.morsmordre.net/t4240-neala-weasley#86909
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]14.09.22 10:14
The member 'Neala Weasley' has done the following action : Rzut kością


'Przesilenie' :
Bagna Brenyn - Page 6 Fzi0Tb2
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Bagna Brenyn - Page 6 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Bagna Brenyn [odnośnik]14.09.22 10:46
Każda sekunda przynosiła nowe uczucia bólu, sprawiając, że każdy ruch wydawał się podwójnie bolesny. Odchylała głowę, robiąc co tylko mogła aby jednak nie zanurzyła się w odmętach mrocznego błota, bo to oznaczać miało, że już w ogóle nie będzie mogła się wydostać. Ściskając mocniej różdżkę, wiedziała że była to jej jedyna nadzieja aby wydostać się z tego, co miała pod sobą, uwolnić się od ciągnącego ją pod ziemie mroku.
Wystrzeliła przed siebie, pociągnięta – dzięki losie! – zaklęciem, ale gdy uderzyła o ziemię, poczuła w pierwszej chwili ulgę chłodnego powietrza…a w drugiej ból. Łzy napłynęły jej od razu do oczu, powodując, że policzki już po chwili zwilgotniały – udało jej się jeszcze powstrzymać krzyk bólu, ale płaczu powstrzymać nie mogła. Spojrzała na poparzone nogi, zagryzając wargę niemal aż do krwi, nie wiedząc, czy w tym stanie będzie mogła iść, ale powoli, opierając się głównie na rękach, zrobiła co mogła aby podnieść się na własne nogi. Brakowało jej oparcia, które mógł stanowić Garry, ale jej uczucia przysłoniło coś nowego.
Warknięcie sprawiło, że serce na nowo zabiło jeszcze szybciej, a oddech brzmiał jeszcze głośniej. Odwróciła się, nie wiedząc, czego się powinna spodziewać, ale gdy dojrzała – niemal od razu zamarła. Dwie wściekłe bestie wydawały się przysłonić wszystko; jedna o rudym futrze, znajoma, ale teraz już o wiele bardziej rozwścieczona, pochylająca się w jej głowę i odsłaniająca swoje zęby, gotowa zatopić je w jej gardle już od razu. Czarna bestia budziła skojarzenia z dniem na cmentarzu, lecz ta wydawała się jednak agresywna, tym razem wobec niej. I czy teraz mogła liczyć na to, że zaczną walczyć miedzy sobą? Nie, nie, patrzyły na nią, chciały zagryźć ją. Ogarnięty paniką umysł nie mógł doszukać się prawdy, tego, że przecież nie słyszała przemiany. Tego, że przecież wtedy miałaby czas.
Wszystko inne wydawało się już nieważne, wszelki ból musiał odejść w niepamięć, musiała chronić siebie teraz, musiała uciekać. Obróciła się, biegnąc jak tylko szybko mogła – z dala od wilkołaków, z dala od cieni, starając się zachować życie. Nie myślała teraz o Garfieldzie, przesłonięta potrzebą ucieczki, zanim wilki dorwą ją i spróbują rozerwać na strzępy.

Nieudany rzut na odporność magiczną, uciekam do lasu (a przynajmniej próbuję)



Here I am

Here I remain
Thalia Wellers
Zawód : Żeglarz, handlarz, przemytnik
Wiek : 29
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
Some may yield
But me I never could be tamed
Through moors and meadows
Cloaked, concealed
Never to forget my name
I walk the shadows
OPCM : 13 +2
UROKI : 10
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0 +1
TRANSMUTACJA : 5 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 15
Genetyka : Metamorfomag

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10111-thalia-wellers#306486 https://www.morsmordre.net/t10173-kymopoleia#308971 https://www.morsmordre.net/t10159-beware-the-daughter-of-the-sea#308538 https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t10167-skrytka-bankowa-nr-2284#308735 https://www.morsmordre.net/t10164-thalia-wellers#308697

Strona 6 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 5, 6, 7 ... 9, 10, 11  Next

Bagna Brenyn
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach