Wydarzenia


Ekipa forum
[SEN]The kind of love I would live for
AutorWiadomość
[SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]29.08.22 22:18
Ostrzegano go, że ten dom miał historię - ale gdy Hector próbował dopytywać, z typową dla Krukonów precyzją i typowym dla siebie przenikliwym spojrzeniem, nikt nie potrafił mu streścić konkretnych faktów. Przeglądając odpowiednie księgi i archiwalne gazety nie znalazł niczego niepokojącego, a ekspertyza łamacza klątw i specjalisty od przepędzania duchów niczego nie wykazała. Było czysto, bezpiecznie. Jeśli cokolwiek ciążyło na tym miejscu, to tylko zapomniana miejska legenda - nieznana Hectorowi zanim nie porozmawiał z sąsiadką, nieznana większości mieszkańców Londynu. Nic, co mogłoby odstraszyć jego klientów. Dość okazyjna cena, przestronne pomieszczenia, dwa piętra, skrzydło biblioteczne łatwe do przekształcenia na gabinet. Dom - a właściwie dworek - spodobał się Hectorowi od pierwszego wejrzenia, a cudza historia w starych murach, abstrakcyjna, ale istniejąca, była stokroć lepsza od poprzedniego domu przesiąkniętego własną historią i od pustki, którą tam czuł. Śmierć matki, wspomnienia o żonie, kłótnie z bratem - spróbował zostawić to wszystko za sobą, za Orestesem.
Nowy dom miał schody, ale to nic, nie wszystko może być idealne. Orestes może zresztą zmienić pokój dziecięcy na większe poddasze gdy trochę podrośnie, byłby zachwycony. Hector zwiedził piętro jedynie pobieżnie, trzeba było jeszcze stamtąd wynieść wszystkie meble, ale pomieszczenia mu się podobały, jakoś je zagospodaruje. Na razie skupił się na umeblowaniu parteru, przeniesieniu własnych mebli, kupnie nowych, wyrzuceniu starych, doskonale pamiętał ile czasu i pracy to zajmuje - przeprowadzał się już raz, tuż przed ślubem. Myślał, że bez świergoczącej żony u boku będzie to mniej męczące, ale się mylił - wciąż mnożyły się decyzje, pytania ekipy, porządki. Dobrze, że miał u kogo zostawić Orestesa - nie chciał mu pokazywać takiego bałaganu.
Stał w hallu z laską i różdżką, samemu ustawiając za pomocą magii niektóre bibeloty i komenderując ekipą przeprowadzkową, aż ktoś zawołał go z góry schodów. Zerknął w tamtą stronę z irytacją, czy naprawdę potrzebowali jego opinii do wyrzucenia starych mebli?
Ale dwaj czarodzieje wcale nie znosili starego regału. Hector zamrugał, bardzo powoli, widząc kog… coś, czego się nie spodziewał.
-Znaleźliśmy to w kącie, za regałami, pod płachtą. Mamy to wyrzucić, nie, szefie? - zawołał z góry rubaszny czarodziej, szczęśliwie udzielając Hectorowi niezbędnych wyjaśnień (może przywykł już do tego, że jego szef pyta o wszystko, czego nie rozumiał i przezornie unikał przedłużającej się rozmowy). No tak, nie zwiedzał wyższych kondygnacji równie dokładnie jak parteru.
I kazał wyrzucić wszystko, ale…
…prześlizgnął wzrokiem po marmurowym torsie, po rysach twarzy niemalże równie idealnych jak Achillesa w British Museum, ale jakby bardziej ludzkich - delikatniejszych, ciekawszych. Leciutkie zadarcie nosa, nieco zbyt pełne usta, to wszystko oddalało posąg od zimnego ideału i zdradzało… geniusz rzeźbiarza? A może fakt, że rzeźba na pewno nie powstała w antyku, że była odrobinę nowocześniejszą… podróbką? Kopią? Hector nie mógł sobie przypomnieć podobnie wyglądającego rzymskiego oryginału, ale przecież gdyby to było oryginalne i cenne dzieło sztuki to dawni właściciele albo ich spadkobiercy zabraliby je pewnie ze sobą.
-Nie, zostawcie go- uświadomił sobie, że zaczął mówić zanim jeszcze sformułował myśl. Nerwowo zdmuchnął z czoła niesforny lok, miał zajęte ręce i zajęte myśli, czysty chaos. Nie wiedział, co chce zrobić z posągiem, ale wiedział, że nie chce się go pozbywać. Podobał mu się. Posąg.
Nie ma w tym nic złego, gdy komuś podobają się dzieła sztuki - przypomniał sobie, opanowując falę irracjonalnego zakłopotania. Tak było dobrze, tak zachowywał równowagę, tak miał to pod kontrolą. Nigdy nie spojrzał niewłaściwie na nikogo, po prostu lubił piękne obrazy i wizyty w British Museum.
Jestem zupełnie normalny, pomyślał ze złością, przypominając sobie jedną z ich ostatnich kłótni, masz mi za złe że potrzebuję normalnego mężczyzny?!, syczała, a on trzasnął drzwiami.
-...Doktorze Vale? Gdzie mamy go zostawić? - niecierpliwy głos tragarza wyrwał go z zamyślenia, zamrugał. Spojrzał na rzeźbę raz jeszcze, nagi tors, ale wszystko inne zakryte - szatą? Prześcieradłem? Nieważne, nikogo nie zgorszy, a przy pacjentkach mógłby ją zakryć.
-W gabinecie. Przyda mi się tam… dzieło sztuki. - zadecydował spontanicznie, by mieć to już za sobą. Odwrócił wzrok od pomnika, idąc dziarskim jak na siebie krokiem w stronę gabinetu, by móc im pokazać odpowiednie miejsce. Potem już na niego nie patrzył, zaprzątnięty kolejnymi obowiązkami.

Kilka dni później wszystko było gotowe, rano miał przyjąć pierwszego pacjenta, Orestes spał spokojnie w nowym pokoju. Podobało mu się.
Hectorowi też się podobało, ale nie mógł spać. Po suficie przesuwały się cienie, choć myślał, że zostawił je za sobą. Gdy zamykał oczy, widział pod powiekami jej rozszarpane zwłoki.
W gabinecie pojawił się blady, jakby przed chwilą wymiotował. Zapalił światło i usiadł za biurkiem, nogi położył na blacie.
-Subsitum Dolorem. - szepnął, gdy laska upadła już na ziemię. Przez kilka dni z rzędu był na nogach zamiast w fotel. Ciągle, za długo. Znał cenę, ale chyba było warto. Orestesowi naprawdę się tu podobało. Wziął głębszy oddech, rysy twarzy złagodniały, ale zmęczenie nie zniknęło. Powinien się wyspać, ale w takim stanie nie zaśnie. Może coś poczyta.
Wtedy napotkał spojrzenie młodzieńca.
Znaczy, wtedy zerknął na rzeźbę. Rzeźby nie patrzą, choć ta miała wyrzeźbione gałki oczne jakoś lepiej, bardziej realistycznie niż jakikolwiek pomnik, który widział wcześniej.
Uśmiechnął się blado i odchylił na krześle.
-Dziesięć lat praktyki w zawodzie, a nadal bywam taki naiwny. Przecież nigdy nie przepisałbym pacjentowi nowego domu na… - sapnął do siebie z irytacją, a potem urwał z jeszcze większą irytacją i znowu odgarnął włosy z czoła.
Na co, Hectorze Vale?
Przecież nie na złamane serce, nie na żałobę, nawet jej nie czuł.
Ale czuł się strasznie.
-Accio Iliada. - westchnął, książka szybko przyfrunęła do jego dłoni. Próbował czytać o Achillesie i Hectorze, ale nie mógł się skupić, litery tańczyły mu przed oczami. Co jakiś czas podnosił wzrok i odruchowo zawieszał go na rzeźbie, przyjemnie się na nią patrzyło. Może powinienem zainwestować w dzieła sztuki - przemknęło mu przez myśl, ale rano nie podjął tego pomysłu i stracił zainteresowanie tematem. Tak, jakby ta jedna rzeźba w zupełności wystarczyła.
W gabinecie bywał za to regularnie, nocami. Czasem na chwilę - tyle, ile potrzebował zanim eliksir zacznie działać. Nie chciał jednak brać mikstur za często, można się uzależnić - tak mówił pacjentom, już za dnia.
Czasami siedział i czytał prawie całą noc, ale rano wyglądał jakby nic się nie stało. Jego twarz też potrafiła nie wyrażać prawie nic, jak marmur - dopiero gdy Orestes spał, Hector zdejmował maskę i ze smutkiem próbował odnaleźć się w nowym domu, w nowym stanie cywilnym, z wyrzutami sumienia zżerającymi duszę.



We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]30.08.22 8:32
Moje imię zostało dawno zapomniane. Ludzie, którzy żyli ze mną, odeszli już dawno, nie ma już nikogo, kto nazwałby mnie z tą samą czułością, jaką oni zamknęli w swych głoskach. Moje imię jest głosem przeszłości, moje imię jest przeszłością, było już dawno, dawno temu, sam ledwo potrafię przywołać je z odmętów wspomnień. Nieużywane informacje po prostu znikają z pamięci — i nie ma w tym nic szczególnie złego, nic bardzo okropnego. Upływ czasu jest naturalną koleją rzeczy, jest czymś, z czym mierzę się właściwie ciągle; Nie istnieją bowiem dla mnie dni, nie istnieją noce, czas jest niekończącą się nicią, kłębkiem wełny pchniętym przez skorego do zabawy kota, który kręci się i kręci, nigdy nie plącze, rozwija się w nieskończoność i nie ma ni początku, ni końca. Czasami mijam kogoś, kto jest tego jeszcze mniej nieświadomy. Ludzie zjawiają się przy mnie, zjawiło się ich już sporo, ale każdy odchodzi, każdy gaśnie, bo wszyscy są jak iskry, fajerwerki błyszczące na niebie przez moment, by zniknąć wreszcie w ciemnej otchłani.
Ciemność, swoją drogą, wcale nie jest taka zła. Straszna wydaje się wtedy, gdy jeszcze się w niej nie żyje, nie wtopiło się w nią, nie stało się jednością. Ludzie mają przykre zwyczaje bania się tego, czego jeszcze nie doświadczyli — gdzieś na skraju pamięci wydaje mi się, że mogłem być podobny, ale moje ścieżki zatarły się tak dawno temu, że nie potrafię powiedzieć tego z pewnością. Wiem, że zostałem zmuszony do rozgoszczenia się w miękkich całunach mroku. Mroku wymykającego się uczonym głowom i przepływającym przez wieki filozofom, w których zaczytywali się coraz to kolejni moi towarzysze. Każdy z nich miał zaskakująco znajomy zwyczaj momentalnego czytania na głos albo mówienia do siebie kilku zdań, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało. Tam, gdzie jestem ich głosy zdają się być dla mnie odległym echem, mogę się im przysłuchiwać, gdy tylko będę miał na to ochotę, zbliżyć się nawet, by słyszeć więcej, ale w fałdach ciemności jest mi dobrze, wygodnie i przede wszystkim bezpiecznie. Odkąd przestałem porywać się na próby ucieczki, ciemność traktuje mnie zresztą bardzo dobrze, jest dla mnie prawie jak stara przyjaciółka. Jedyna stała, jedyna, która wciąż przy mnie trwa. Ta, której mogę zawierzyć, której zawierzyłem wszystko.
Nie zawierzam jej jednak wiele — odkąd stałem się posągiem niewiele bowiem mam. Ale podobno takie ludzkie rzeźby tkwić muszą w stanie, w którym zostały przemienione, przez całą wieczność. Wdzięczny jestem, że zaklęcie sięgnęło mnie, gdy odpoczywałem. Gdy byłem spokojny, gdy serce biło leniwie, słońce całowało moje poliki i błyszczało we włosach, odbijało się od nagiego torsu. Nie mogę sobie wyobrazić, jak wielkie męki spotkałyby mnie, gdybym był wtedy przerażony. Smutny. Zły. Jedynym rozwiązaniem byłaby śmierć, ale to roztrzaskanie marmuru, w które zmieniło się moje ciało, to — w pewnym zaskakującym sensie — bluźnierstwo dla sztuki i nikt jeszcze, nawet ja sam, nie zdecydował się na taki krok. Dryfuję więc — na oceanie, który nie pozwala utonąć, w domu, który nie jest domem, dotychczas obojętny i sobie, i innym, przykryty płótnem, z duszą daleko od ciała, bo przez ostatnie dwadzieścia lat ciało było zupełnie niepotrzebne.

I przez tę niepotrzebność wyrobiłem sobie malutką niechęć do dotyku. Obce dłonie łapiące mnie tak naprawdę byle jak szarpią moim spokojem, muszę otworzyć oczy i podpłynąć nieco do powierzchni, a serce zaciska się w momentalnym kryzysie, bo może to już na mnie czas. I teraz ich słyszę — głosy, rubaszne śmiechy, zostawcie mnie, było mi tam dobrze i pytanie, czy mają mnie wyrzucić. Cóż to w ogóle za pomysł? Nie jestem byle śmieciem i nigdy nim nie byłem. Pierwszy raz od dawna mam ochotę się szarpnąć, ale ciemność szepcze mi do ucha, bym nie próbował; jeżeli takie jest moje przeznaczenie, muszę to zaakceptować.
Do kakofonii dochodzi jeszcze jeden głos. Tym razem milszy, delikatnie niepewny, ale wydaje mi się, że może być zirytowany. Odwracają mnie w jego stronę, jak przez mgłę widzę sylwetkę, chyba mężczyzny, nie— na pewno mężczyzny. Ciemnowłosego, o siwiejących skroniach, z laską przy boku i różdżką w górze. Nie wygląda jak żaden z moich wcześniejszych towarzyszy, ale już teraz wiem, że nim będzie. Zostawcie go, nie zostawcie to. Oni zawsze tak mówią. Ci, którzy w jakimś sensie podatni są na urok, na pradawną przepowiednię, historię starszą niż czas.
Zdarzają się — po jednym na sto, czasami dwieście lat. Spędzamy razem jakiś wycinek czasu, ale to od nich zależy, jak będzie to wyglądać. Każde z nich ma moc, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, połączeni są ze mną i mogą przerwać zaklęcie. Problem w tym, że ani ja, ani oni... Nie wiemy jak. Sposób zagubił się między fałdami czasu, ale i tak odczuwam jakiś... dziwny, niezrozumiały dla mnie komfort z ich obecności. I mam nadzieję, że oni też.
On chyba tak. Skraca moje mordęgi, obcy niosą mnie gdzieś dalej, jednemu zsuwa się spocona ręka, n i e c i e r p i ę t e g o, ale niedługo później już jest dobrze i już stoję w jasnym wnętrzu, i...

Nie wiem, jak ma na imię, ale wiem, że coś go trapi.
Chodzi o lasce, może o to chodzi?
Czasami pije eliksiry, ale robi to jakoś szybko, coś jest na pewno nie w porządku.
Ale czasem jest zupełnie dobrze. Czasem po prostu czyta, w milczeniu, czasami przygląda mi się, również milcząc, a czasami — jak jego poprzednicy — rozmawia do siebie, łudząc się chyba, że mówi do mnie. Gdybym mógł, poruszyłbym ustami, powiedziałbym mu, że naprawdę może. Bo przyjmę wszystkie jego słowa, jestem cierpliwym słuchaczem, a on właśnie plącze swą linię życia z moją, która biegnie i biegnie i nie może się zakończyć.
Wydaje się być dobrym człowiekiem. W domu, za drzwiami pokoju, w którym mnie ustawił, czasami słychać inne głosy. Najczęściej dziecięcy. Chłopca. Musi to być prawdziwie mądry chłopiec, zdarza mi się posłyszeć jedno czy dwa pytania, na które mógłbym mu odpowiedzieć. Przez te wszystkie lata nauczyłem się wiele, jeszcze więcej zapomniałem, mój poprzedni towarzysz zaczytywał się w Kancie, ten preferuje Freuda. Czasami nie lubię tych głosów, które rozbrzmiewają zza drzwi. To wysokie, rozhisteryzowane krzyki i niskie, warkliwe pomruki, tak dalekie od spokoju, momentami chłodnego, momentami ciepłego, którym przemawia mój towarzysz. Boję się czasem, że głosy przyjdą po mnie, że strącą mnie ze złości czy smutku, że chodzący o lasce mężczyzna z ciemnym lokiem na czole i smutnych, jasnych oczach szukających moich zbyt często, ponad jego ludzkie zrozumienie, nie zdąży do mnie dobiec, nie zdąży mnie złapać.
Ale gdy jest obok, czuję się bezpiecznie.
I mam małe marzenie, że będzie nam dane dryfować razem nieco dłużej, niż wcześniej.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]31.08.22 18:47
Są różne rodzaje ciemności. Hector pamięta, że ciemność była kiedyś bezpieczna: półmrok biblioteki, bezkres będący tłem dla migoczących gwiazd, cienie przesuwające się w pracowni w ogrodzie. Gdy nie świecił tam żadnych świateł, mógł udawać, że nie ma go w domu, zyskać kilka chwil spokoju wśród zapachu suszonych ziół.
Nie musiał już kryć się w cieniach, nie miał przed kim. Światło trochę oślepiało, musiał się do niego przyzwyczaić, w gabinecie wciąż nie palił wszystkich świec - tylko jedną po drugiej, eksperymentując z ich ułożeniem i obserwując jak blask przesuwa się po marmurowych rysach posągu. Ale w ciemności, tej prawdziwej, nie odnajdywał już spokoju. Zmieniła się - teraz kojarzyła się z koronami drzew w zimnym lesie, z metalicznym zapachem krwi, z otchłanią, z której nie ma powrotu. Myślał, że w nowym domu wszystko będzie mniej przerażające, że pozbędzie się stąd jej wspomnień, jej ducha, ale nie mógł przecież zostawić za sobą własnych. Jedna fiolka na tydzień, inaczej się przyzwyczaję - pamiętał, odmierzając starannie kolejne dawki eliksiru słodkiego snu, eliksiru, który na moment usypiał ciemność. Wybierał dni starannie, całonocny sen przed wycieczką z Orestesem, przed wizytą ważnego pacjenta, nie zdoła odpocząć tak jak potrzebował, ale da radę. Przetrwać, jak zawsze, trzeba tylko przeczekać i przetrwać. Ciemność to trudniejszy przeciwnik niż burze w Shropshire, nawet one były przecież rozjaśniane błyskawicami. Trudniejszy niż okrutne słowa, które tak łatwo ignorować. Trudniejszy niż lęk o syna, uśmierzany ekspertyzą łamaczy klątw. Trudniejszy niż przenikliwie dźwięczący w uszach głos Beatrice, ona była przecież przewidywalna, dopiero na końcu nie była przewidywalna, może powinien to przewidzieć… Zamienić cynamon na piołun, dwie fiolki w ciągu godziny i… i już nigdy nie czułby niczego, ale nie kończy myśli, próbuje się skupić na twarzy syna, książka wyślizguje mu się z dłoni i uderza głucho o podłogę.
Wie, że jest źle.
Jaki byłby z niego magipsychiatra, gdyby nie wyleczył samego siebie? Nie wie jeszcze jak, wie, że powinno być dobrze, są wreszcie sami, w spokojnym miejscu, są bezpieczni, dlaczego nie może się na tym skupić? Przyciska dłonie do skroni, trwa tak chwilę, a potem wreszcie podnosi wzrok, odruchowo zawieszając go na twarzy marmurowego młodzieńca. Trzy bicia serca, jest lepiej. Hector po raz kolejny zastanawia się, czy to lekkie wygięcie pełnych ust miało być w zamyśle na wpół zastygłym uśmiechem, dopiero formującym się na wargach. Mimowolnie podnosi własne kąciki ust, ale oczy pozostają smutne. Zwykle Hector ucieka w takich chwilach wzrokiem, ale nie dzisiaj. Bezimienny młodzieniec zaklęty w kamień po raz pierwszy może rozpoznać - i nazwać - to rozbiegane spojrzenie, widziane już wcześniej. Cienie za plecami Hectora zdają się gęstsze, niemalże czarne, jak skrzydła kruka.
W starych mitach boginie o kruczych skrzydłach i syczących włosach ścigały ludzi, których czyny wymagały pomsty, stopniowo doprowadzając ich do szaleństwa. Posąg pamięta jednak prawdę o tamtych mitach, zniekształconą i zapomnianą. Erynie nigdy nie były boginiami zemsty, nigdy nie wyciągały po nikogo pazurów. Posąg nie wie, czy istniały - nie widywał dawnych bogów, ale widywał ludzi i zjawiska, które dały tym bogom początek. Posąg wie, że zemsta nie jest potrzebna, że wina lub niewinność nie grają tu żadnej roli - wie za to, że ciemność potrafi upomnieć się o ludzi zbyt wrażliwych, zbyt kruchych, że ścigają ich wtedy nie skrzydlate potwory, a własne myśli. Czasem tak skutecznie, że smutek w ich spojrzeniu zagnieżdża się tam już na dobre, że w pewnym momencie sami wpadają w szpony ciemności i nie ma już odwrotu.
Chłopiec zaczyna odwiedzać gabinet wczesnymi wieczorami, czytać książki i zadawać pytania. Światło na powrót błyszczy wtedy w oczach jego ojca, czyli jeszcze jest bezpieczny. Ale gdy gospodarz zostaje sam (nie wie przecież, że nigdy nie jest sam, nie w gabinecie), światło powoli gaśnie i posągowi może przyjść wtedy na myśl, że może mają jeszcze mniej czasu niż myślał.

Pewnego dnia coś burzy rytm podniesionych głosów. Zwykle emocje i chłód dźwięczą tylko w nich, a ten znany posągowi brzmi ciepło i łagodnie, jak promienie słońca, jak mleko z miodem. Odzywa się w odpowiednich chwilach, regularnie i wtedy jest bezpieczniej, gestykulacja staje się mniej nerwowa, posąg pozostaje nietknięty.
Ale dzisiaj brunet milczy, a atmosferę można kroić nożem. Monolog jest długi, prędki, chodzi chyba o jakieś podróże albo edukację, posąg nie zna wyliczanych naprędce francuskich nazw, rozpoznaje za to okrutne słowa, i jeszcze ten ponury dom, o wystroju nawet nie wspominając (obce spojrzenie pada teraz na rzeźbę i przesuwa się ), wyjazd dobrze by mu zrobił, a gdy gospodarz wreszcie się odzywa, wcale nie brzmi jak zwykle.
-Nie mów mi, jak mam zadbać o syna. - brzmi lodowato, ale i słabo. Zupełnie nie jak zwykle.
-Muszę, jeśli zadbasz o niego równie skutecznie jak o żonę, Hectorze! Przewróciłaby się w grobie, gdyby… a Orestes potrzebuje kobiecej ręki… - dalsze słowa zlewają się w świergot, irytująco przenikliwy i dudniący w uszach, a Hector jest bledszy od marmuru.
-Myślę, że będzie lepiej dla Orestesa jeśli przez jakiś czas nie będziemy się widywać. - mówi w końcu, cicho i zgrzytliwie jak dłuto sunące po kamieniu, a zszokowana cisza zdaje się być jeszcze głośniejsza od głosów. Starsza kobieta wreszcie wychodzi, drzwi trzaskają, sekundę wcześniej jej płaszcz otarł się o posąg - nie na tyle mocno, by zachwiać równowagą postumentu, ale Hector to zauważa i marszczy czoło z nieodgadnioną miną.
Kąciki ust drżą w nagłej determinacji. Właściwie, lubi na niego patrzeć gdy eliksir zaczyna działać, niepotrzebnie wstydził się tamtej decyzji, to jego dom, jego posąg - dla niego, nie dla gości, jego syn, jego  życie, rysy twarzy tężeją w ledwo powstrzymywanej złości.
-Niech zostawią nas w spokoju. - syczy pod nosem, może mając na myśli siebie i Orestesa, a może ich wszystkich.
Ostrożnie, bardzo ostrożnie, rzuca Mobilicorpus, na rzeźby o ludzkim kształcie też powinno zadziałać i dzieła. Cierpliwie manewruje różdżką, bardzo delikatnie. Wymagające precyzji zadanie pomaga na skołatane nerwy, a droga z gabinetu do sypialni wcale nie jest taka długa, dom jest parterowy. Powoli opuszcza posąg naprzeciwko boku małżeńskiego łoża, ułożonego tak, by wygodnie było tu tylko jednej osobie - tuż przy ścianie, młodzieniec stoi naprzeciwko tej ściany, niedaleko okna. Promienie zachodzącego słońca padają na jego kark i Hector zawiesza na nim wzrok, wyciąga nawet dłoń, jakby chcąc się upewnić, czy stoi stabilnie - ale przecież widzi, że tak. Cofa prędko palce, które zastygły kilka milimetrów od kamiennego torsu.
Rysy twarzy łagodnieją na moment, ale cisza nie jest dziś w stanie go uspokoić. Krąży przez chwilę po pokoju, odruchowo krzyżując ramiona i kładąc dłonie na przedramionach - jak ktoś, kto nieświadomie tęskni do dotyku, do przytulenia tak bardzo, że szuka pocieszenia w auto-imitacji.
Bezskutecznie.
Usta znów zaciskają się mocno, spojrzenie ciska iskry, Hector bierze głęboki wdech, ale wreszcie potrząsa głową.
Musi się uspokoić, musi się wyładować. Nie tu, nie tu.
Trzaskają drzwi.

W domu zapada cisza. Chłopiec nocuje gdzieś indziej, tak jakby ojciec celowo odesłał go gdzieś przed tamtą pełną napięcia wizytą. Cienie przesuwają się po ścianach, a Hector nie wraca długo. Zwykle siedział o tej porze w gabinecie albo próbował spać, ale w drzwiach nie słychać szczęku otwieranego zamka, dom jest zupełnie pusty.
Szczęk. Gospodarz pojawia się w drzwiach sypialni dwie godziny przed świtem. Włosy ma zburzone, koszulę lepką od potu, w powietrzu czuć obcy zapach.
Zapomniał chyba, że przestawił tu posąg, ale od razu sobie przypomina - zaskoczone spojrzenie, ciąg przekornych, erratycznych decyzji. Tym razem ucieka wzrokiem tak prędko, jak nigdy. Czuje irracjonalny wstyd, ale czuł dzisiaj sporo sprzecznych emocji, nawet ta go nie zaskakuje.
Pośpiesznie, jakby z obrzydzeniem zdejmuje ubrania, znika za drzwiami łazienki, woda leje się dłużej niż zwykle. Wraca odświeżony, nagi, od razu rzuca się na łóżko i od niechcenia nakrywa kołdrą, ale dłonie nadal mu drżą, upokorzenia nie da się zmyć, a niespełnione obietnice upokarzają, nigdy więcej. -Zawsze mówię sobie, że nigdy więcej. - szepcze gorzko, wzrok wbity w sufit, na ustach tańczy histeryczny uśmiech, a cienie na ścianach wydają się jeszcze ciemniejsze niż zwykle. Dzisiaj było naprawdę źle - prawie zapłacił jej za czułość, ale nie uległ pokusie, czułości nie da się kupić, da się kupić tylko dotyk i ból i wyładowanie.
Masochistycznie gasi ostatnią świecę. Księżyc świeci dziś jasno, nikły blask pada na łóżko, ale to za mało, za mało. Zresztą, dziś pragnie się skryć w ciemności, pogrążyć.
Obraca różdżkę w palcach, choć nie ma już żadnych świateł do zgaszenia. Wreszcie zwraca ją na siebie. Cichy, ostry szept, błysk podobny do błyskawicy. Ostatni element rytuału.
Nie potrafi płakać, ale odpowiedni bodziec wywoła łzy bólu u każdego. Lśnią w pustych oczach, gdy łapczywie bierze kolejne wdechy, grymas zastyga na twarzy, ale Hector się nie śpieszy, powinno boleć długo.
Rzuca różdżkę na ziemię i dotyka opuszkami palców gorącej, zaczerwienionej skóry, mięśnie nadal pulsują, tak jak ma być, przymyka oczy. Odwraca się przodem do ściany, dziś nie patrzy na posąg na dobranoc, dziś jest tylko on i samotność i ciemność. Plecy drżą co jakiś czas, jakby szlochał bezgłośnie i bez łez, ale jest odwrócony tyłem i robi się coraz ciemniej, z perspektywy czuwającego nad łóżkiem posągu niewiele widać.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]31.08.22 19:33
Częściej słyszę, niż widzę. Dźwięki potrafią dobiegać z daleka z zaskakującą, nawet dla kogoś takiego jak ja, mocą. Mój stan — tak mi się wydaje — lepiej jest przyrównać do bardzo płytkiego snu. Niewiele bowiem jestem w stanie robić, będąc duszą zaklętą w rzeźbę. Śnię więc — ale płytko, tylko płytko, bo zawsze mogę być świadomy tego, co dzieje się dookoła. Nie przewiduję jednak, że zderzenie się z ziemią wypuszczonej książki będzie dla mnie aż tak trudne. Pierwszy raz od naprawdę dawna byłbym zdolny poderwać się na równe nogi. Nie powinienem się sobie dziwić. Przez tak długi czas można, a nawet trzeba, wyrobić w sobie wiele, wiele, nawyków i upodobań. Najgorzej zresztą było mi wtedy, gdy ktoś wpadł na cudowny pomysł przenieść mnie do sali balowej, zaraz przy orkiestrze. To była epoka wielkich bali i wielkich bólów niematerialnej głowy. I to zderzenie obwoluty z podłogą, potencjalnie przecież niegroźne i przy odrobinie chęci może niezauważalne, podobne jest dla mnie uderzeniu w bęben, albo trzaśnięciem grzmotu gdzieś zza otwartego okna.
Jest alarmem. Zmusza, żebym wrócił, znalazł się bliżej powierzchni.
Ale to chyba przypadek. Tak myślę. Bo gdy skupiam się na tym, co powinienem widzieć, faktycznie dostrzegam ten nieszczęsny wolumin na podłodze, ale mój towarzysz wydaje się być spokojny. Uśmiecha się przecież, to widać na pierwszy rzut oka, ale im dłużej mu się przyglądam, tym bardziej czuję próbujące wydostać się spod kołdry spokoju zaniepokojenie. Gdybym mógł, zmarszczyłbym brwi w zamyśleniu; nie mogę jednak, więc tkwię w ciszy tak jak wcześniej, ale coś mnie kłuje, coś podobne zimnemu deszczowi, który raz mnie nawet złapał, gdy wynosili mnie ze statku, gdy zjawiłem się w Wielkiej Brytanii. Ten deszcz nie niósł ukojenia, płynął z chmur tak ciemnych, że cieszę się, że nie widziałem ich wszystkich, a tragarze śpieszyli się wtedy strasznie i jednemu z posągów ukruszyli lewą rękę.
Chłopiec, który odwiedza gabinet, jest właściwie zabawny. Ciężko mówić to o dziecku, ciężko mówić to komuś, kto przez tak wiele lat prawie nie żył, ale obserwowanie tego malucha jest bardzo ciekawe. Czuję, że to nie jest ktoś, z kim mógłby mieć więź, nie tą, którą dzielę z jego ojcem. Ale mimo wszystko lubię jego towarzystwo, ma mądre oczy, mądre pytania i porusza się cicho, delikatnie, zupełnie jak nie dziecko. Gdy próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem dziecko zbliżało się do mnie tak bardzo, ciężko mi właściwie wskazać konkretny moment. Zazwyczaj traktują mnie jak coś cennego, często krzyczą, żeby dzieci w ogóle się do mnie nie zbliżały, ale... Nie, teraz pamiętam! Był kiedyś taki chłopiec, Paramonos, ale jego specjalnie chciałem zapomnieć, bo cały czas wciskał mi paluchy do nosa, niewdzięczny bachor. Orestes (dowiaduję się później, że właśnie tak ma na imię, ale imienia mojego towarzysza dalej nie znam) jest jednak zupełnie inny, a działa na tatę tak dobrze, że wolałbym, by odwiedzał gabinet częściej.

Inni mogliby nie przychodzić tu wcale. Ani nie stawać przy drzwiach. Głos tamtej kobiety nie jest ładny, nie jest nawet przyjemny, ale mówi ze szczerą emocją i to chyba jest najgorsze w tym wszystkim. Nie chcę patrzeć. Chyba boję się tego, co zobaczę, ale po prostu nie chcę i tyle. Mówię sobie, że mi to zupełnie niepotrzebne, bo wystarczy to, co słyszę. Nie wiem, chyba po tym wszystkim powrót do pustki byłby zbyt ciężki, paradoksalnie. Zaczynam przez moment tęsknić za płótnem, pod którym skryty byłem na piętrze, ale wiem, że teraz już nie mogę tam wrócić, że i on czuje, że jesteśmy kimś więcej niż rzeczą i właścicielem.
Hector.
Imię byłoby śliczne, naprawdę śliczne, gdyby nie zostało wymawiane w taki sposób, jak robi to ta kobieta. Imię to niesie w sobie drobiny zagubionej dawno melancholii i czułości, gdzieś w środku czuję, że musiałem słyszeć je przynajmniej raz. Nie pasuje jednak do jego cieni, do kruczej czerni piór, jest bardziej jak buchająca gorącem letnia łąka w słoneczny dzień.
Myśl przerywa mi to zahaczenie płaszczem i nagle myślę, że lepiej byłoby, gdybym zamiast pomnikiem został psem. Wściekłym psem. Poszarpałbym ten płaszcz na strzępy.
A później robię się jakiś lekki. Teraz muszę już znów podpłynąć do powierzchni, bo powietrze muska moje marmurowe ciało, a przed oczami widzę słabo, bo słabo, rozmazują mi się co chwilę, kontury mijanych pomieszczeń. Aż wreszcie ląduję, ale nie mogę w pierwszej chwili powiedzieć, gdzie jestem. W sypialni nie byłem bowiem równie dawno, co na zewnątrz. Ale gdy się skupię, potrafię dojrzeć kontury łóżka — bo to na pewno jest łóżko. Nie trwa to długo, niedługo w pole widzenia wchodzi mi wreszcie Hector i przez te promienie, które grzeją mi kark, nabieram większego przekonania, że imię jego brzmi jak te łąki porośnięte wonnym kwieciem. Hector wyciąga ku mnie rękę i przez moment mam nawet cień nadziei, że wreszcie mnie dotknie. Myśl o tym, że mógłby to zrobić, nie jest zła. Nie odtrąca jak wcześniejsze dotyki, ale wiem, że to przez tę więź. Ale waha się, ostatecznie cofa i znów wracamy do odległości.
Nie tego dziś potrzebuje.
Stało się coś strasznego.
Jestem pewien.

Po kolejnym gromie dom jest cichy dłużej niż zwykle.
Nie ma Orestesa i nie ma Hectora, mogę więc znów powrócić do siebie. Wydaje się, że śpię znowu — ale czuwam, jak czuwałem przez te wszystkie lata, noce, dnie i wieki. Sen nie jest więc głęboki, jestem, czasami tak sobie myślę, jak dziecko śpiące bez opieki rodzica. Reaguję na większość dźwięków i szczęknięcie zamka od drzwi jest jednym z nich. W ciemności nie mogę rozpoznać stanu, w jakim znajduje się Hector, ale czuję jego spojrzenie. Milisekundy. Krótko.
Potem niemal oślepia mnie światło, gdy wychodzi z łazienki. Zmuszam się do wysiłku, widzę sylwetkę przykrytą cieniem, w samym kącie oka. Ale on zaraz przechodzi obok i rzuca się na łóżko, a stamtąd widzę i więcej, i mniej. Ciężko to opisać. Oczy przyzwyczajają się jednak do ciemności, a głos wzywa raz jeszcze.
Stało się coś strasznego.
I dzieje, na moich oczach.
Błysk błyskawicy przypomina ostatnie, co widziałem, gdy jeszcze potrafiłem prawdziwie oddychać. Zacisnąłbym oczy, ale w tym słabym świetle księżyca widzę, jak drży. I wiem, wiem, że nie mogę mu na to pozwolić.
Odbijam się od brzegu, muszę odpłynąć. Muszę utonąć, pociągnąć go ze sobą.

Na początku dominuje błękit. Dopiero później do nozdrzy uderza słony zapach morskiej bryzy, stopy wciskają się mocniej w piasek, dłonie też szukają podparcia, gdzieś za plecami. Ale wtedy odwracam głowę w bok i towarzyszy mi Hector, wciąż jeszcze rozedrgany. Czuję, jak gorycz rozlewa mi się w ustach, bo miałem rację, ale nigdy nie lubię jej mieć.
— Tutaj wszystko jest dobrze, Hectorze — oznajmiam, moje usta mrowią lekko, chyba nieprzyzwyczajone wciąż do tego, że mogą się poruszać. Ale prędko przychodzi mi się uśmiechnąć, przechylić głowę do lewego ramienia, miodowe loki czesane są w tym czasie przez ciepły wiatr. Szata zsuwa się z ramienia, ale nie zwracam na to uwagi, bo nie ma po co.
— Martwię się o ciebie. Dlatego tu jesteśmy — dodaję po chwili, bo z tego, co znam już Hectora, on lubi wiedzieć wszystko. Nie mogę mu jeszcze powiedzieć tego wszystkiego, ale ta część może być w jego zasięgu. Chcę złapać spojrzenie jego jasnych oczu, nie mamy dużo czasu, ale mogę przynajmniej pomóc mu z... — Poczekaj chwilę — szepczę, podnoszę się na kolana, by być bliżej niego. Na klatce piersiowej rysują się czerwone ślady rzuconego wcześniej zaklęcia, ale tutaj mam na to sposób. Magię starszą od świata, której stałem się powiernikiem. Nie z mojej zachcianki, ale... Tak po prostu bywa.
Ma zimne ciało, za zimne jak na to, że razem ze mną wygrzewa się w słońcu. Ale układam dłoń na zaczerwienionym miejscu, a rana znika, na naszych oczach. Bo patrzę się w te jego, na długie, ciemne rzęsy i uśmiecham się przy tym trochę w nastroju na przechwałki. Rzadko kiedy robię podobne sztuczki.
— Bądź dla siebie łagodniejszy... — upominam go, ale gdy zamykam powieki, jest już ranek.

A na marmurze, na klatce piersiowej, pojawia się drobna nitka rozległych pęknięć.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]31.08.22 19:46
Jestem uzdrowicielem, ale potencjał bólu i nieprzewidywalność ludzkiego ciała nie przestają mnie zadziwiać. W teorii, na przykład, Commotio powinno spowodować wyrzut adrenaliny, a ten - nie dać mi zasnąć. Jestem zresztą gotów na bezsenną noc, kolejną z rzędu. Krótszą niż inne, świt już niedługo. Serce będzie walić mi mocno, oparzenie na torsie palić i może będzie koszmarnie, ale jeden bodziec przyćmi resztę, ale zasłużyłem.
Może jednak zmęczyłem się w Wenus bardziej niż zwykle, bo dzieje się coś, czego nie przewidziałem. Wbrew temu, co podpowiadają teoria i rozsądek - odpływam.

Odruchowo cofam bose stopy od wody. Nigdy nie umiałem lubiłem pływać, nigdy nie śni mi się morze, moje sny nie są nigdy tak… realistyczne. Mam wrażenie, że naprawdę czuję pod dłońmi rozgrzany piasek i przypomina mi się, że chociaż nie lubię wody to przecież bardzo lubię szum morza. Kojarzy mi się z młodością, z wakacjami, z Dorset, z czasami gdy życie było prostsze i… z czymś jeszcze, choć nie pamiętam z czym. Czuję obok siebie ciepło, inne niż promienie słońca, więc instynktownie odwracam głowę i…
Wygląda prawie tak, jak sobie go wyobrażałem (co ma sens, skoro to mój sen, dziwne, pierwszy raz w życiu śnię świadomie) - prawie, bo jeszcze piękniej. Musiałem o nim sporo myśleć, spychając to do podświadomości, podświadomość nagradza mnie więc teraz obecnością ideału. Ma złote włosy, tak jak myślałem, a oczy jak wiosenne niebo. Rozchylam wargi, próbuję chyba coś powiedzieć, ale szata zsuwa się z nagiego ramienia, a ja zastygam z rozdziawionymi ustami i nie mogę już wydobyć z gardła żadnego dźwięku. Jasne, że wszystko jest tutaj dobrze, jest pięknie, a moje imię brzmi tak miękko i łagodnie i… Próbuję znowu się odezwać, spytać co tu robimy, ale on wyprzedza moje myśli i mówi coś zupełnie nieprzewidywalnego.
Gardło znów ściska się - boleśnie, co prawie nie przystaje do snu.
Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś się o mnie martwił.
Podchwytuje moje spojrzenie, ale sam rozmywa mi się przed oczami. Podobno w snach spełniają się najskrytsze pragnienia, ja w tym najwyraźniej potrafię płakać.
I to nie ze smutku, a ze wzruszenia.
-Ja… - czuję irracjonalną potrzebę wytłumaczenia się, choć to przecież sen, choć przecież nie widział tego co działo się na jawie, nie mógł, prawda? Sylaby brzmią niepewnie, tym razem role się odwróciły. On mówi, ja milczę, on jest ciepły, a mi chyba zimno.
Tylko jedno się nie zmieniło.
Jest piękny, a ja…
Chyba chcę zerknąć na nogi, ale nie mogę oderwać od niego wzroku. A potem nie mogę już nic, bo czuję gorąco i ciało reaguje samo, w pierwszej chwili nie rozumiem nawet jego intencji. Opuszczam głowę, by oprzeć ją na rozgrzanym ramieniu - tym, z którego spadła szata, ale to niechcący. Wczepiam się dłońmi w jego plecy, skoro się martwisz to zostań ze mną i wtedy uświadamiam sobie, że bliskości nie mogę kupić, ale najwyraźniej mogę ją wyśnić.
Wyśnić bardzo realistycznie, czuję się jakbym naprawdę miał mokre policzki.
Cofam się dopiero, gdy odzywa się znowu. Mimowolnie zerkam w dół, dotykam ze zdziwieniem zdrowej skóry, chyba przed chwilą faktycznie jeszcze paliła, ale w snach takie rzeczy się zdarzają. O wiele bardziej zaskakujące są jego słowa.
-D…dziekuję. - szepczę, ledwo słyszalnie. Nagle czuję się speszony, nie mam pojęcia co teraz, ale on chyba nie ma mi za złe nagłego przytulenia, uśmiecha się i moje kąciki ust też drżą, nie wiem czy w tłumionym szlochu czy w uśmiechu, ale chyba w uśmiechu.
Uśmiechu, który spełza gdy sen zaczyna się rozmywać, gdy zaczyna robić się zimno.
-Czekaj! Jak masz na imię…? - pytam niecierpliwie i wtedy się budzę. To za szybko, chcę krzyczeć, ale zgłoski zamierają mi na ustach.

Obudził się ze stłumionym krzykiem, a potem usiadł i wziął głęboki wdech. Potrząsnął lekko głową, odgarnął lok przyklejony do czoła. Czuł się wyspany, po raz pierwszy od dawna, ale za oknem dopiero świtało - spał najwyżej dwie godziny, możliwe, że półtorej. Zmarszczył lekko brwi i chyba chciał z powrotem opaść na poduszki, ale zerknął jeszcze na stojący naprzeciwko posąg. Rysy twarzy na moment złagodniały, a potem wzrok padł na tors młodzieńca.
Pobladł.
Nie, nie, nie, wiedział, że to zły pomysł przenosić go samemu, w dodatku z przekory i w złości, co on sobie myślał?! Nie zauważył ich wczoraj, ale może uszkodził rzeźbę i pojawiły się później, a może był po prostu nieuważny. Wyskoczył z łóżka, tak jak spał, nie sięgając nawet po laskę.
Podszedł bliżej i już wyciągał dłoń, by zbadać te pęknięcia, oszacować, czy da się to jakoś naprawić, gdy…
Zamrugał, chyba coś sobie uświadamiając i zamiast tego musnął opuszkami palców własny tors. Tam, gdzie powinno być poparzenie, gdzie powinno choć trochę piec.
Pobladł jak ściana i cofnął się gwałtownie (o mało się nie przewracając na łóżko, nie złapał równowagi), by sięgnąć po prześcieradło i zakryć strategiczne miejsca oraz chorą nogę, w geście niemalże bliźniaczym do posągu. Nerwowo obejrzał się na wiszące przy drzwiach lustro, ale wzrok też nie kłamał, nic tam nie było.
Powrócił wzrokiem do posągu.
To samo miejsce.
-T…to niemożliwe. - wyjąkał, podnosząc wzrok na puste, marmurowe oczy. Już nie niebieskie. -Ja… - źrenice ma coraz szersze, usta drżą lekko. -Przepraszam, muszę coś sprawdzić. Przepraszam. - ale sprawdzenie wydaje się teraz jakieś niewłaściwe, więc najpierw unosi delikatnie dłoń i przesuwa opuszkami palców po policzku posągu. -Przepraszam. - mówi, tak jakby rozumiał, choć spojrzenie nadal jest niedowierzające. Dłoń opada, chwilę wisi nad pęknięciami, ale ostatecznie nawet ich nie dotyka, co jeśli go zaboli? -S…sprawdzę coś. Zawsze zastanawiałem się, kim jesteś, nie masz atrybutów żadnego z bogów, próbowałem nawet znaleźć twoje podobizny w bibliotece i n..nic, wiesz? - mówi chaotycznie, trochę nieśmiało, mówi do posągu. Uznałby się za szaleńca, ale te blizny. Naukowcy wierzą w dowody empiryczne.
Chwyta za różdżkę i szepcze prędko Wingardium Leviosa, ale bardzo ostrożnie.
Potem ogląda go bardzo długo, ze wszystkich stron, wszędzie, -przepraszam, chcę tylko sprawdzić, czy nie pominąłem… Jestem uzdrowicielem, to tylko badanie, znaczy jak badanie…- tłumaczy się nerwowo (tak, przed posągiem), bo wzrok nie wystarcza, bo może inicjały artysty albo rok powstania zostały wyryte gdzieś tak delikatnie, że ich nie dostrzeże, ale może opuszki palców mu to zdradzą.
Trwa kilkadziesiąt minut, zanim nie dotknie go całego.
Ostrożnie opuszcza posąg na podłogę.
-Kim jesteś?[i] - pyta z naciskiem, patrząc wprost na niego, a potem twarz oblewa lekki rumieniec - znalazł częściowe potwierdzenie hipotezy, ale powiedział [i]właśnie to?
Nikt z tobą nie wytrzyma, dziwisz się?
- rozbrzmiało w głowie cienkim, piskliwym głosem, ale równocześnie wplótł się tam inny tembr, wspomnienie ze snu bądź dla siebie łagodniejszy, Hectorze.
Mruga.
-Ja… dziękuję. - szepcze i zerka na zegar, powinien już odebrać Orestesa. -Wrócę niedługo. - ubiera się pośpiesznie i ze wstydem, w łazience.
Wraca wieczorem i tym razem mówi, mówi długo i do niego, mówi o swojej żonie i o wypadku, któremu nie mógł zapobiec i którego chyba pragnął, mówi o mitach, mówi o tym że nigdy nie widział nikogo takiego. -Nie chcę dociekać, ale chciałbym chociaż wiedzieć, jak masz na imię. - wzdycha, już bardziej do siebie, tym razem opuszczając wzrok.
Może powiedział mu za dużo?
Zasypia z tą niepokojącą myślą, choć nie powinien zasnąć, adrenalina nadal w nim pulsuje - cały dzień chodził gorączkowo i trochę błędnie.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]01.09.22 13:11
Uśmiecham się. Cały czas się uśmiecham, chyba nie potrafię inaczej. Usta zastygają mi w tym grymasie, w grymasie zmąconego spokoju, spokojnego niepokoju. Kiedyś mnie to fascynowało — jak wiele emocji mogą w sobie pomieścić ludzie. Jak wiele skrajności było w ich delikatnych ciałach, jak oczy w jednej chwili potrafiły zapłonąć ogniem gniewu, a w następnej sekundzie ogień ten gasł w niespodziewanej przeze mnie kontrofensywie łez. Hector jest w tym sensie podobny do innych, a jednocześnie zupełnie różny.
Myślałem, że ucieszy się z naszego spotkania. Początkowo wydaje się zaskoczony i nawet roześmiałbym się z tego zaskoczenia, bo naprawdę jest czymś, czego dawno nie widziałem. Ale zaraz jego spojrzenie — zazwyczaj ostre jak końcówka noża, rozmywa się, mięknie. Mięknie i on, kołysze się przez moment jak sen, zimne czoło opada na gorące ramię, a łzy, które na nie wylewa, zdają się parować, nie pozostawiając na mej skórze śladu.
Przez moment muszę walczyć z czymś, czego dawno nie czułem.
Nie ze łzami na ramieniu.
Z impulsem.
Gdy jest się pomnikiem, niewiele jest bowiem miejsca na spontaniczną reakcję. Moje dryfowanie sprawia, że właściwie nie mam ich wcale. Ale teraz mam ochotę przytulić go, przyciągnąć go do siebie, pozwolić mu się wypłakać. Bardziej niż to, co na siebie przyjmuję, boli jednak myśl, (boli, to zabawne, wydawało mi się, że zupełnie z a p o m n i a ł e m), że nie mogę tego zrobić. Nie teraz. Żeby wyciągnąć to z niego, muszę być przecież skupiony. Pozwalam mu więc tkwić w tym — przez moment, przez konieczną chwilę — samemu. Są bowiem rzeczy, na które nie może poradzić nawet prastara magia. Ale chcę mu pomóc. To przecież ta zachcianka zmusza mnie w pierwszej chwili do zapadnięcia się w odmęty wód, do wyjścia na brzeg, zatopienia palców w piasku.
Dłoń na klatce piersiowej, dłoń na bijącym sercu. Zimne palce wczepione w fałdy szaty na plecach.
Uśmiecham się. Wciąż się uśmiecham. Teraz znów jest we mnie więcej spokoju, bo wiem, że się udało. Słońce lśni w moich włosach, delikatnie ociepla odsłonięty kark i ramię, gdzieś obok nas świergocze pierwszy z rannych ptaków i słyszę tylko jego śpiew. Gdybym usłyszał pytanie Hectora, nie potrafiłbym na nie odpowiedzieć.

Trwam na powierzchni jeszcze chwilę. Ale to wszystko jest bardzo męczące i też potrzebuję się wyspać. Cokolwiek dzieje się na samym początku — umyka mojej uwadze. Głowę mam pod wodą, oddycham bąbelkami, wszystkie głosy trafiają do mnie zniekształcone, stłumione. Oczy mam zamknięte, nie chcę i nie potrzebuję widzieć. Loki falują, namoczone wodą, podobne są wodorostom porastającym płytkie dno jakiegoś krystalicznie czystego akwenu. Mógłbym dać się jej ponieść. Wodzie. Spocząć na tym dnie, stać się z nią jednością, zastygnąć raz na zawsze. Och, ile razy o tym marzyłem? Szczególnie ostatnie dwadzieścia lat spędzone pod przykryciem zakurzonego prześcieradła były czymś, do czego można było się przyzwyczaić. Pod całunem myśli te wydawały się jaśniejsze, słońce musiało przecież przebić się najpierw przez biel, a dopiero później do mnie dotrzeć.
Dziś nie mogę.
Coś — ktoś — mąci jednak mą wodę, mokre palce dotykają policzka, przez tysiące bąbli z powietrzem wyrzuconych w moją stronę przebija się jedno słowo.
Przepraszam.
Mam jeszcze trochę siły. Odbijam się więc od dna i płynę w górę, tam, gdzie majaczy niewyraźna kula światła, a im bliżej jestem, tym mniej czuję dotyku, płynę więc na oślep, ale trafiam. Nie patrzę jeszcze; musi minąć trochę czasu, aż przyzwyczaję się do światła, ale słucham. Nie wie kim jestem — to nic dziwnego, sam czasami nie pamiętam. Nie mam żadnych atrybutów — bo to, kim jestem to kara, a nie nagroda. Pamięć nie jest największą zaletą człowieka. Może ktoś kiedyś mnie nazwał, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Nie znam odpowiedzi na jego pytania i tak naprawdę nie chcę ich znać. W moim świecie takie informacje są niepotrzebne, ale Hector jest uparty, tak niesamowicie uparty...
Poddaję się badaniu; nie mogę przecież inaczej. Jego dłonie są ciepłe i gdy przytrzyma je dłużej, na pewno poczuje, że sam się nagrzewam, prawie tak jak w tamtym śnie. Czasami jego dotyk łaskocze, cofnąłbym się przed nim, gdybym mógł, ale to impuls, a o nich przecież regularnie zapominam... Jest jednak w tym badaniu równie dokładny, co uparty. Wiem jednak, że to wszystko nie odpowie na jego pytania, inni próbowali rzucać na mnie zaklęcia ujawniające, nikt nigdy nic nie zauważył. On przynajmniej przejrzał przez pierwszą zasłonę.
Chyba nie powinien. Chcę się cofnąć, wtedy, gdy wreszcie opadam na ziemię. Wydaje mi się, że mogłem źle zrobić; postąpić za szybko. Ale jednocześnie pamiętam tamten widok. Ciemną noc przeciętą piorunem zaklęcia, pamiętam ogień własnej skóry, syczenie jego łez, gdy znikały w słonym powietrzu znad morza.
Cofam się. I to nie jest niczyja wina, opadam na dno i znów towarzyszą mi tylko wydychane bąbelki. Jest ciemno, ciepło i bezpiecznie, zostałem sam. To niczyja wina, przeznaczenie działa na wiele niezrozumiałych sposobów. Słyszę strzępki rozmowy — gdzieś daleko w tle głos Orestesa, dobrze, że wrócił. Wraca też i Hector, siada przy mnie i opowiada, ale robi to w taki sposób, że woda wokół mnie robi się znacznie chłodniejsza, a gdy podnoszę się do siadu, gdy wystawiam głowę ponad nią, w twarz uderza mi nagły poryw wiatru i już wiem, że muszę uciekać.

— Problem w tym, że nie mam imienia — mówię wreszcie, ale gdy otwieram oczy, nie jesteśmy już na tamtej plaży. Jesteśmy ukryci za białym filarem w chłodzie pomieszczenia, które musi być biblioteką. Nie angielską jednak. Wysokie ściany ozdobione są regałami z ciemnego drewna, na których spoczywają zwinięte ściśle pergaminy, a ja opieram czerwony od gorąca policzek o chłodny marmur filaru. Przymykam nawet na moment oczy, chyba kręci mi się w głowie. Ten sen jest jakiś nie taki, ale nie mogę z nim wiele zrobić. Więcej energii poświęcam na to, by trwał dłużej niż poprzedni, niż żeby był piękny. Mam nadzieję, że mi wybaczy.
— Ci, którzy je znali, już dawno odeszli — dodaję, opieram się o filar jeszcze mocniej, uśmiecham się, ale kąciki ust drżą niepewnie, a wilgoć na czole skrapla się w kropelki potu. Dawno nie byłem tak zmęczony. — Ale czy to ważne? Czemu aż tak bardzo chcesz to wiedzieć, Hectorze?


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]01.09.22 16:38
Staram się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, chyba z obawy, że wyrwą mnie ze snu, ale trudno mi ukryć ekscytację. Prawda jest taka, że nie mogłem się doczekać aż zamknę oczy, aż odpłynę, aż znowu go usłyszę. Widzę go w końcu cały czas, najchętniej pozostałbym w sypialni i nie odrywał od niego wzroku, mógłbym przysiąc, że czułem pod palcami rozgrzany marmur pod którym zaklęta (to wciąż hipoteza, ale wydaje mi się, że trafna) była miękkość ciała, ale nie mogę z nim porozmawiać, nie mogę usłyszeć ciepłego tembru jego głosu, a mój monolog nie zagłuszy otępiającej ciszy w moim sercu i nie mogę się doczekać. Nie wiem, czy znowu mi się przyśni, czy znowu do mnie przyjdzie, ale czuję, że tak - i po raz pierwszy od dawna zasypiam z uśmiechem na ustach.
Jest chłodno, tak jakbym otoczony był zimnym marmurem - normalnie w snach nie czuję chłodu, więc już wiem, że jest dobrze. Zanim mój wzrok poszuka jego, zmuszam się do szybkiego rozejrzenia się po pomieszczeniu - wiem, że potem się nie skupię, a muszę, muszę znaleźć jak najwięcej poszlak.
Dobrze, że się skupiłem. Na ustach tańczy mi uśmiech, gdy orientuję się, że nigdy nie widziałem takiej biblioteki i że pewnie nie mógłbym jej sobie wyobrazić. Nie zachowały się ryciny bibliotek z antyku, nie takie, które widziałem - nigdy nie myślałem na przykład, że pergaminy trzymano na drewnianych regałach, pewnie połączyłbym je z marmurem. Wczoraj nie byłem pewien, czy to nie mój sen, moja wyobraźnia, moje wspomnienia o plaży, moja fantazja o pomniku, ale dzisiaj - oglądając pomieszczenie, którego nigdy nie widziałem, z zaleczonym oparzeniem na piersi - wiem już, że jestem tu tylko gościem.
A hipoteza coraz szybciej zamienia się w tezę.
Tym razem nie czuję już ani zaskoczenia ani smutku - tylko ulgę i szczęście, zapierające dech w piersiach, ale w śnie nie muszę oddychać. Uśmiecham się tak szeroko, jak tylko do Orestesa, mój entuzjazm - kontrastujący barwnie ze stoickim uśmiechem pomnika, na który patrzyłem zasypiając - musi być widoczny jak na dłoni.
-Jesteś…! - wyrywa mi się, nieco za głośno, radość dźwięczy w każdej głosce, ale wtedy on wreszcie otwiera oczy, nasze spojrzenia się spotykają, a moj uśmiech rzednie.
Coś jest nie tak.
W snach chciałbym być kimś innym - równie idealnym jak on, pięknym i ciepłym i spokojnym - ale nadal pozostaję sobą, drobnym i niedoskonałym Hectorem o wykształceniu magipsychiatrycznym. Uzdrowicielem. Bezsilnym uzdrowicielem, bo instynktownie sięgam po różdżkę, ale moje palce napotykają nicość - tu przecież jej nie mam.
Ja nie mam różdżki, a on nie ma imienia.
Nie tych słów się spodziewałem.
Chyba wyobrażałem sobie, że będzie jakoś inaczej, jakkolwiek. Że mu podziękuję, że zwrócę się do niego po imieniu, że spytam go o tyle rzeczy i posłucham jak mówi o sobie, że pochwalę się, że odgadłem zagadkę, a on się uśmiechnie.
Nadal się uśmiecha, ale ten uśmiech nie przystaje do jego ściągniętej bólem twarzy, do ciężkich powiek i jeszcze cięższych kończyn, do rozpalonego czoła. Ku własnemu przerażeniu orientuję się, że uśmiecha się tak samo jak w poprzednim śnie, tak samo jak na jawie i nagle robi się jeszcze zimniej, bo chyba chciałbym, żeby na moment przestał. Nie musisz udawać silnego, nie przy mnie, chcę krzyknąć, ale coś ściska mnie w gardle, a poza tym nie potrafiłbym podnieść głosu, nie na niego.
Zaparło mi dech, każde słowo kole jak sztylet. Nie. Mam. Imienia. Jak można nie mieć imienia? Faktycznie jest to problem, problem, który na pewno można jakoś rozwiązać.
-Każdy ma jakieś imię. - szepczę niepewnie, kręcąc głową w niemym buncie. Loki rozsypują mi się na głowie i wiem, że nawet gdy jemu lepią się do czoła, to i tak wyglądam jak chaos w porównaniu z jego doskonałą sylwetką.
Zostaw go, nie ma tu dla ciebie miejsca - chyba nie słyszę tych słów, ale je czuję, równie zimne jak głos Beatrice, równie kategoryczne jak ton mojego ojca. Czy on też je słyszy, czy wie kto to…? Nie wydaje mi się, albo jest zbyt zmęczony, kąciki ust drżą jakby nawet ten gest kosztował go sporo siły.
Ktokolwiek - cokolwiek - jeszcze tu jest, zna chyba tylko jednego z nas.
Zawsze byłem przekorny, więc zaciskam ze złością usta i postępuję krok do przodu.
Za oknem robi się jakoś ciemniej.
-Każdy zasługuje na imię. - dodaję łagodnie, ignorując to coś i skupiając się tylko na nim. Marszczę lekko brwi - odeszli? Nikt nie pamięta jego imienia?
-Nawet jeśli miałbym je znać tylko ja, nie zapomnę. Chciałbym móc się do ciebie zwracać, chciałbym witać cię gdy się budzę, chciałbym… - szepczę coraz bardziej gorączkowo, ale urywam, widząc jego drżące rzęsy. -...pomóc. - dodaję ciszej, troszkę żałośnie. Powinienem zamilknąć.
-Jasne, że to ważne. - protestuję, choć powinienem być ciszej, protestuję zbyt żarliwie i zbyt zapalczywie. Prześlizguję wzrokiem po oparzeniach na torsie, usta drżą mi z rozpaczy, przykładam chłodną dłoń do rozpalonego czoła. Ustawiam się przy kolumnie, tak by mógł się wesprzeć też na mnie.
To ja miałem go dziś pytać, ale to on wciąż mnie zaskakuje, to on przesłuchuje teraz mnie.
Nie przemyślałem odpowiedzi. Układam ją, w miarę mówienia, bo nie chcę czekać, bo boję się, że wszystko sie skończy, bo nie chcę marnować jego czasu.
-Chcę wiedzieć, komu podziękować - zaczynam od oczywistości, ale kręcę prędko głową, bo przecież to nie to, to nie najmniej istotny powód. -Chcę wiedzieć, bo chcę cię poznać, bo chcę wiedzieć o kim myślę i na kogo patrzę, bo wiem - znaczy domyślam się, ale nie możesz być zaklętym kawałkiem marmuru, a zatem jesteś zaklętym w niego człowiekiem, prawda? Czarodziejem. - oczy lśnią mi z ekscytacji, czy odgadłem? -Nie znalazłem jeszcze informacji, ale je znajdę, obiecuję. - dłoń odgarnia lekko jego loki, czule, gładząc go po policzku, jest taki ciepły. -Im więcej wiem, tym będzie łatwiej, a jeśli to czar, to każdy czar da się odczynić, nie jestem historykiem tylko magipsychiatrą, ale jakiegoś spytam, mamy czas - uśmiecham się coraz szerzej, bo nie dociera do mnie, jak mało czasu mamy, ja jestem zdrowy, jestem jeszcze młody, moim zdaniem mamy lata czyli całą, małą wieczność -Ale przede wszystkim chcę wiedzieć, bo jesteś dla mnie… ważny. - wyrywa mi się na fali tych wszystkich słów, może za szybko, na policzki wpełza mi fala wstydu, ale próbuję być odważny, próbuję podchwycić jego spojrzenie by zobaczył iskry w moich oczach. -Bo myślę, że… - dodaję jeszcze, ledwo słyszalnie. -...że skoro tu jesteśmy - po tym wszystkim, co widział, co mu powiedziałem, tak po prostu, mimo, że już nie jestem ranny -...to może też jestem ważny… dla Ciebie? - mówię wyraźnie, ale mój głos zlewa się z gromami. Za oknem błyska, czuć zimną bryzę, na morzu chyba jest sztorm. Kręci mi się w głowie, czuję się jakbym tonął, więc postępuję krok do przodu, oprzeć czoło o czoło i też przytrzymać się filaru. -Wszystko będzie dobrze. - szepczę, gładząc jego policzek, tak jakbym naprawdę w to wierzył - wczoraj to on był mi podporą, dzisiaj to muszę być ja, choć nie wiem jeszcze jak mu pomóc. -Coś wymyślę. - obiecuję chłopcu zaklętemu w kamień, nieświadom, że sama moja obecność ściągnęła już na niego sztorm, a wraz ze sztormem - wspomnienie. Dawno zapomniane, usłyszaną w pałacu rozmowę o statku, który zatonął wraz z pewnym księciem i całą załogą. Ja tym bardziej tego nie pamiętam, całe życie czułem się jakbym tonął, więc już się przyzwyczaiłem. Nie boję się wdzierającej się do pomieszczenia burzy, tylko tego, że sen zaraz się skończy.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]12.09.22 14:44
Nie ma chyba człowieka, któremu dobrze jest w gorączce. Ja dawno nie myślałem o sobie jako o człowieku, ale wszystkie te moje wady i drobnostki sprowadzają się przecież do tego, co zostało mi tak nagle odebrane. Tak wcześnie odebrane. Jako rzeźba nie czuję przecież nic i jest to stan, do którego zdążyłem przywyknąć; jeden z powodów, dla którego — poza trudem, z jakim one nadchodzą — tak rzadko sprowadzam na Towarzyszy sny. Bo udało mi się, kiedyś, millenia temu, odrobinę oszukać rzuconą na mnie klątwę. Jestem przekonany, że znacznie gorszą karą byłoby zaklęcie w marmurze do wiecznego cierpienia. Gdybym z każdym mijającym dniem czuł się jak teraz. Gdyby nie towarzyszyła mi woda, woda potrafiąca być czasami lodowato zimna, mętna, wzburzona, ale przede wszystkim woda letnia, powoli wypełniająca całą przestrzeń wokół mnie, będąca siłą noszącą mnie przez wieki... Gdyby zamiast wody towarzyszył mi ogień? Gdybym od samego początku był lizany przez łakome płomienie, które zżerałyby mnie od środka, czekając na to, aż istnieć przestanę, aż w pył się przemienię, by później te same płomienie w swym cieple złączyły cząstki popiołu na powrót w ludzkie ciało... Przecież wtedy byłbym o wiele bardziej nieszczęśliwy, to wszystko, co mi się zdarzyło, byłoby prawdziwą katorgą, nie taką łagodną, w której udało mi się zawiesić...
Zawsze mogło być gorzej.
Ale teraz — przez ledwie moment, kilka sekund — jest lepiej. Prawdziwie lepiej. Bo słyszę dźwięk jego głosu, podekscytowany i radosny, i nawet sam przez chwilę mam ochotę się roześmiać. Zamiast tego jednak kąciki moich ust drżą nieco mocniej, próbują utrzymać się w górze, a spomiędzy warg wydostaje się krótkie, delikatnie zduszone bólem westchnienie. Cieszę się, że jest obok, ale o wiele bardziej wolałbym, by nie widział mnie w takim stanie. Może znowu za szybko chciałem do niego powrócić, albo to on chciał ściągnąć mnie do siebie. Takie senne połączenia nie są prostą magią, ale wydają się odrobinę łatwiejsze, gdy druga strona, ta śniąca, nie stawia przed sobą barier.
Czemu więc jestem taki zmęczony?
Wystarczy chłodny głos płynący między regałami, głos sprzeciwu. Marszczę brwi, tym razem nie jestem spokojny, tym razem to gniew szarpie za moje mięśnie, a ja nie patrzę już na Hectora, tylko zmrużone oczy kieruję w miejsce, z którego prawdopodobnie dochodzi tamten głos. Ściskam dłoń w pięść, jestem zmęczony, bo próbuję uciszyć te głosy, ale w bibliotece to bardzo trudne. Jednocześnie wiem, że nie mogłem zabrać go znów na plażę, że tylko tutaj odnajdzie odpowiedź na swoje pytania.
Nawet, a może przede wszystkim na te, na które odpowiedzi nie mogę mu sam udzielić.
A słowa Hectora są słodkie, spijane smakowałyby pewnie jak mleko z miodem, z pewnością ciepłe, takie, które pijałem kiedyś, chyba gdy byłem jeszcze dzieckiem i za każdym razem, gdy czułem się jakoś słabiej. Jest w nich coś niewinnego, coś z niemalże dziecięcej energii i gdybym nie wiedział, że to Hector, że to z nim łączy mnie więź, pomyślałbym, że zostały wypowiedziane przez jego syna. Chwilę biję się z myślami, co powinienem mu odpowiedzieć. Oddycham głęboko i powoli, klatka piersiowa parzy, parzy mnie właściwie całe ciało, dlatego tym mocniej wtulam się w zimny marmur, próbuję uporządkować gnające myśli. Palce zaciśnięte w pięść prostują się powoli, opierają na jasnej szacie, gdzieś na wysokości uda.
— Znałeś je kiedyś — mówię, odkrywając kolejną warstwę tajemnicy. Wiem, że nie zrozumie tego, na pewno nie będzie w stanie pojąć wszystkiego od razu. Powoli presuwam wzrok na jego twarz i wciąż chcę się do niego uśmiechać, tylko spokojniej, już bez tej wewnętrznej gorączki, bez trudu, tak, jak za pierwszym razem. — Dawno temu. Kiedy byłeś innym Hectorem. Minęło mnóstwo czasu... — rozchylam usta zaskoczony, ale zimno dłoni na rozpalonym czole jest zaskakująco przyjemne. Kolejny dreszcz wstrząsa moim ciałem, fala gorąca rozlewa się w dół kręgosłupa, kumulując się gdzieś przy lędźwiach, muszę wziąć kolejny oddech, to nie miało tak być, ale powoli staram się odsunąć od filaru, który już przestaje być wystarczająco chłodny, który rozgrzewam bezustannie własnym ciałem. Tak samo wolno próbuję oprzeć się o niego. We śnie nie chodzi o lasce, we śnie nie grozi nam utrata równowagi, gdyby coś mu się stało, musiałbym to wszystko przerwać i chyba nigdy nie wrócić.
Opaść na samo dno.
Opieram się temu pragnieniu. Wiem, że gdzieś w środku mnie moce wołają mnie do powrotu, prawie czuję ciężar w żołądku i to, jak ciężkie zaczynają być moje nogi. Ale udaje mi się wykonać krok, wbrew sobie. Niezgrabnie opieram brodę na jego ramieniu. Nie widzi, że gdy mówi, gdy z zapałem opowiada swoją wersję zdarzeń — bardzo bliską prawdziwej — moje wargi układają się wreszcie w spokojny grymas, nie widzi, ale może czuje, że poruszam ustami w niemym komunikacie, jestem z ciebie dumny, zawsze byłeś taki dociekliwy...
Chyba czekałem na to za długo. Chyba dałem się zaskoczyć. Chciałbym mu odpowiedzieć od razu, spróbować wyprostować się, może jakoś osuszyć te fragmenty ubrania, które przeszły od mojej wilgoci. Ale za oknem grzmi, ja zgrzytam zębami, głośno.
Udaje mi się podnieść głowę, nasze czoła stykają się momentalnie, jego oczy zaglądają w moje, przez chwilę mam nawet siłę odpowiedzieć mu tym samym, utrzymać rozbiegane, szarobłętkitne spojrzenie w jego jasnych oczach, ale sztorm się zbliża, a mi brakuje oddechu, bo wiem, co się zaraz wydarzy, wiem, co zdarzało się za każdym razem. Słyszę dudniące kroki, a może to dudni moje serce, gdy zimna dłoń gładzi mój policzek, a ja chcę tylko krzyczeć, paść na marmurową posadzkę stopić się z nią, zmienić się wyłącznie w kałużę, którą ktoś później wytrze, dając kres tej żałosnej wodzie.
Dopiero teraz czuję, że rozgrzewam się tak mocno, bo chciałbym stać się parą.
Ale to nie ja muszę teraz uciekać.
— Już czas na ciebie — mówię, niepewny, czy w ogóle jakieś słowa wreszcie wybrzmiały. Jeżeli tak się nie stało, mam nadzieję, że zrozumie powagę sytuacji z samego mojego spojrzenia. Bo nie uśmiecham się już, oczy zaszły mi łzami, pierwszy raz od tylu lat, a kroki w rytm szaleńczo bijącego serca zbliżają się do nas, aż wreszcie, gdzieś za moimi plecami Hector może widzieć drugiego mnie.
Rozgniewanego, krzyczącego coś w języku tak starym, że nie może rozpoznać już słów, ale czuje złość podobną ogniowi, za nim podąża starszy mężczyzna, dwa podniesione głosy, dopadam do okna, otwieram je na oścież i wpuszczam do środka zimny wiatr, on targa już n a s z y m i włosami, ubraniami, szatami. Regał niedaleko nas upada z hukiem, pergaminy rozlewają się po podłodze.
— Musisz się obudzić. Nie mamy czasu — czuję fale odbijające się od kostek. Nie jestem pewien, czy Hector też je czuje, bo to moja woda wzywa mnie do powrotu. Gdybym skupił się bardziej, może udałoby mi się z nim porozmawiać dłużej, ale głosy i sztorm, to wszystko część mojego przekleństwa. Mojego. Tylko mojego. Nie damy rady tego obejść, w każdej rzeczywistości, nawet tej sennej, muszę go przecież stracić. Dlatego jestem pomnikiem. Moją karą wcale nie jest żywot przedmiotu.
Moją karą jest obserwowanie tego, jak ten, z którym związaliśmy się przeznaczeniem, pojawia się i odchodzi.
Zawsze blisko.
Lecz nigdy nie tak blisko, jak powinien.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]14.09.22 18:01
Przywykłem do jego milczącego piękna, do chłodnej, marmurowej skóry i nieprzemijającego uśmiechu. Teraz, choć jego gesty są oszczędne, a słowa jeszcze oszczędniejsze - zdaje się aż iskrzyć życiem i lśnić faerią kolorów, a kontrast jest oszałamiający. Przez moment trudno mi się skupić - widzę tylko jak złote są jego włosy, jak drżą jego usta i rzęsy, jak szata porusza się przy każdym drobnym ruchu.
Jesteś.
I tak mogłoby być już zawsze, to mógłby być piękny sen, tylko my dwaj - żywi jak nigdy, bo chociaż za dnia oddycham i się uśmiecham, to jakoś nigdy pełną piersią. Tyle, że wiem już, że to nie jest tylko sen, w każdym razie to nie jest zwykły sen. Mamy niewiele czasu, a ja nie mogę już zastygnąć w cieple i oszołomieniu, jak poprzednim razem. Muszę myśleć trzeźwo, dobrze wykorzystać ten czas, wtulić się i nie puszczać zdobyć informacje i odpowiedzi. To jest droga, to pomoże, prawda wyzwala mówię pacjentom zawsze i (jeszcze nie jestem świadom, że) mówiłem jemu kiedyś, pod gwiazdozbiorem Bliźniąt, gdy z wahaniem wybrzmiały wreszcie niewypowiedziane słowa i gdy obiecałem mu kolejne spotkanie, już na zawsze, spotkanie, którego nigdy się nie doczekaliśmy.
Hipoteza, test, teza, szukane, dane, rozwiązanie. Zebrałem już tyle informacji, potrzebuję tylko więcej danych, a zdołam - muszę zdołać - to rozwikłać, coś wymyślę, obiecuję i nie rzucam przecież słów na wiatr.
Otrzymuję to, czego chciałem - co prawda więcej szukanych niż danych, więcej pytań niż odpowiedzi, dwukrotne powtórzenie tego samego faktu (minęło mnóstwo czasu - dla niego, ale przecież nie dla mnie) ale zawsze c o ś. Otwieram szerzej oczy, trochę zaskoczony, trochę zawstydzony.
-Jak mógłbym zapomnieć twoje imię...? - wyrywa mi się z ewidentnym poczuciem winy, chyba oczekuję kolejnych odpowiedzi. Ale odnośnie jednego on ma rację, teraz jestem innym Hectorem, uzdrowicielem i magipsychiatrą, który zna smak bólu i który wie, że słowa to tylko część komunikacji, że to, co najważniejsze jest często niewypowiedziane.
A najważniejsze jest to, że on cierpi, ma gorączkę, coś jest nie tak, a zarazem wyraźnie się czegoś boi, rozbiegane spojrzenie, dłoń zaciśnięta w pięść. Stara się to ukryć, tak pięknie się stara, dla mnie, kryje nawet twarz w moim ramieniu i nie mogę już śledzić jak marszczy z bólu brwi i ile energii kosztuje go ten wyćwiczony uśmiech.
Nie musisz udawać, że jest w porządku - chcę szepnąć, ale zamiast tego czuję jego ciepło na całym ciele - jest taki gorący, zupełnie inny niż marmur - i chyba udziela się też mi, próbuję uwierzyć, że wszystko będzie w porządku, zapewnić go o tym, dać nam nadzieję. Obiecuję, że pomogę i tulę go mocno do siebie, jedną dłoń układam na drżących barkach, a palce drugiej wplatam w jasne loki. Głaszczę go delikatnie po głowie, jak Orestesa gdy ma złe sny, ale na sercu ciąży mi świadomość, że dla niego to nie jest tylko zły sen, że to gorzka codzienność. Przyciągam go mocniej do siebie, by mógł się na mnie oprzeć - tu jestem zdrowy i silny, zapewnie dzięki niemu (jak wtedy, gdy zabrał moje poparzenia - tej rany nie zdoła zabrać, ale zdołał chociaż wykreować świat, w której jej nie ma), ale wolałbym chodzić w snach o lasce, niż widzieć go tak wyczerpanego.
Czuję na ramieniu jego usta, czuję, jak znowu wyginają się w uśmiech. Chciałbym się uśmiechnąć, ale grzmi. Chciałbym to ignorować, ale on podnosi głowę, a ja spoglądam mu prosto w oczy, moje wargi drżą, przyciskam mocniej czoło do czoła, wplatam dłoń we włosy i za kilka centymetrów pokonam odległość między naszymi ustami iliczężesięnieobudzę, ale nie jestem w stanie utrzymać jego spojrzenia.
W jego oczach widzę strach. Nie patrzę za okno, tylko na niego, widzę własne rozmazane odbicie w tafli jego łez, chyba kręcę głową, to nie tak ma być.
-Nie zostawię cię. - protestuję, nie mogę się obudzić, nie teraz. Przesuwam ręce niżej, łapię go za ramiona, zostaniemy tu razem, niech ten sen tonie, albo płonie, wszystko jedno. Nie patrzyłbym nawet za okno ani nigdzie indziej, ale ponad jego ramieniem miga nagle złoty błysk, bliźniaczo złote włosy, słyszę ten sam głos - ale pewniejszy siebie, pełen życia, dopiero dzięki kontrastowi dociera do mnie, ile strachu i rezygnacji wybrzmiewa w tonie mężczyzny stojącego naprzeciwko.
T a m t e n krzyczy dalej, a ja zamieram na chwilę, spoglądam niepewnie za okno.
Ciężar w klatce piersiowej, uciskający na płuca, ten, który towarzyszył mi całe życie - ciąży jakoś bardziej.
Regał upada, ale trzymam go mocno, nic się nam nie stanie.
Mrugam, a potem kręcę lekko głową, przesuwam znów dłonie na jego twarz, ujmuję policzki, spójrz na mnie, -Spójrz na mnie - i ja muszę spojrzeć na niego, bo świat wiruje, już wiem, ale ta wiedza to z a w i e l e, dygoczę cały, gdy z wysiłkiem wciągam w powietrze, by wyrzucić z siebie na skradzionym, drżącym wydechu. -To nie twoja wina, to nie była twoja wina - słowa płyną same, to jedyne właściwe słowa, ale płuca palą i teraz to moje oczy zachodzą łzami, bo nie wiedziałem, że sny mogą tak boleć. Usiłuję to ignorować, muszę wytrzymać, bo nie skończyłem przecież mówić, bo muszę zwrócić się do niego po imieniu i uśmiechnąć z lekkim triumfem, jednak pamiętam, ale nagle nie jestem w stanie wydobyć z siebie ani jego imienia ani żadnego innego dźwięku.
T a m t e n on nadal chyba krzyczy, ale już go nie słyszę - słyszę tylko głuchą toń wody, bo tam za oknem jest - b y ł - też t a m t e n Hector, ale
już go nie ma
a zamiast słów, wypluwam mimowolnie wodę, słoną i palącą, coraz więcej - krztuszę się, duszę się, już wiem, że n i e d a m r a d y, nawet dłonie ześlizgują się z policzków Olivera. Próbuję oprzeć je na jego ramionach, ale nie daję rady, wiatr już nie szarpie moimi włosami, są ciężkie i mokre, a obraz rozmywa mi się w słonej wodzie, albo słonych łzach, woda brutalnie wypycha mnie ze snu i wiem, że czas na mnie, ale nie zostawię go tu przecież, by utonął.
Próbuję zabrać wodę ze sobą, chociaż jej część. Nie pozwolić, by wciągnęła go na dno, nieświadom, że w moich żyłach płynie krew tego, kto ułożył tą klątwę, że nie jestem w stanie jej ściągnąć, ale że wraz z wodą zabiorę część otumanienia i część spokoju.
Znikam, rozmywam się w jego ramionach, a on zostaje sam - sam z ciężkimi krokami, zmierzającymi w jego stronę, z gniewnymi głosami i wodą wdzierająca się (już nie tak gwałtownie, już nie w takiej ilości) do biblioteki.

Hector siada raptownie na łóżku wybudziwszy się ze snu, po którym obudziłby się z krzykiem - ale nie może krzyczeć, ostatnie kilkanaście sekund spędził w bezdechu. Wciąga gwałtownie oddech, ze świstem, płuca palą go tak mocno, jakby sen był rzeczywisty. Przez twarz przemyka grymas bólu, a potem oddycha łapczywie, najpierw musi zaspokoić instynkt przetrwania. Dopiero po kilkunastu sekundach jest w stanie unieść rozbiegany wzrok, panicznie zawiesić go na rzeźbie.
-Oliver... - to nie jego nadane imię, ale tak go nazywał, tylko on, zachwycając się drzewami oliwnymi, których nie mieli we własnym kraju, to ono wyrywa mu się jako pierwsze, gdy zwraca się do niego przepraszająco-uspokajająco-wciążwnerwach, czy wszystko w porządku? Rzeźba mu nie odpowie, dłonie drżą, czy sen mógłby nadejść j u ż t e r a z?







We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]22.09.22 9:12
Nie rozumie.
Ale to chyba normalne, przewidywalne. Nie powinienem być więc rozczarowany czymś, na co byłem gotowy, czego nadejścia się spodziewałem, czymś, co w mojej głowie działo się przecież wiele razy. Powinienem uśmiechnąć się do niego, może dać mu jakiś sygnał, że to trudno, ale damy radę. Przecież zawsze mówiłem sobie, że niczego od nikogo nie oczekuję, że dobrze jest mi w mojej wodzie, gdy dryfuję bez przeszkód przez wieki. Może było mi samotnie, zdarzały się momenty, gdy naprawdę nie chciałem być w tej pustce sam, ale wtedy przypominałem sobie, że jest jeszcze ta woda i nie było już tak przerażająco smutno, dusznie.
A jednak nie mogę pozbyć się lekkiego woalu rozczarowania, który opadł na moją głowę, na moją twarz, który zakrył szyje i ramiona, opuszczone lekko, w odruchu, którego nie potrafię opanować. Nie powinienem być na niego zły — i nie jestem. Ale ciężar w sercu kumuluje się mocniej, niemal zmusza mnie do ugięcia kolan, znów zaczyna mi się kręcić w głowie, więc przymykam oczy, staram się oddychać, najgłębiej, najpewniej jak tylko potrafię. Kąciki ust drżą mi w niepewności, chciałbym odpowiedzieć mu czymś, co mogłoby przywrócić mu pamięć, ale nie mam takich mocy, nawet we śnie. Nie wiem, co powiedzieć, ale nie mogę go trzymać w ciszy.
Serce bije jak oszalałe, cienka warstwa skóry i materiał szaty to za mało, by zatrzymać tę sensację, by odebrać ją w odczuciu Hectorowi. Czuję jego dłoń w moich włosach i przez moment jest zupełnie tak, jak wtedy. Zaciskam mocno powieki, nie rejestruję, w którym momencie wczepiam palce także i w jego ubranie, gdzieś na wysokości pleców, ale przed oczami widzę konstelację Bliźniąt, na której cześć zostałem nazwany imieniem, którego nikt nie pamięta, a którego ostatecznie n i e
c h c i a ł e m
zapamiętać. Ostrze wspomnienia uderza silnie w tarczę wyciszonego umysłu.
Była ich dwójka, synowie Zeusa i księżniczki spartańskiej, jeden śmiertelny, ten, który ś w i e c i ł i nieśmiertelny, nazwany na cześć korony swego ojca.
Przez moment wszystko staje się jasne, a ta jasność wbija się w całą powagę mojego istnienia. Marmurowa posadzka trzęsie się pod naszymi nogami, gdy piorun zderza się z ziemią, gdy bóstwo przypomina o sobie, to znak, a za znakami zawsze przychodzi coś jeszcze. Dobrze wiem, że nie ma w świecie rzeczy, za które nie trzeba płacić.
Pamięć jest jednak okrutnie droga.
Drżące dłonie zsuwają się z pleców, opierają się na bokach ciała Hectora. I sunę nimi wyżej, może zbyt niecierpliwie, zbyt szybko, ale moje palce pamiętają wszystko, każdy detal ciała, które nie jest już jego; wtedy był nieco inny, był umięśniony jak ja teraz, ale znacznie silniejszy i zwinniejszy, jego sprężyste, ciemnobrązowe loki iskrzyły ciepłymi refleksami w świetle dnia i migotały łagodnie pod księżycową łuną, a ja nigdy nie widziałem widoku piękniejszego. Nie wiem, kiedy palce znajdują jego ramiona, jest chudszy, ale trzyma mnie równie pewnie, odnajduję więc jego szyję, czuję pod palcami puls — mój, czy jego? Raz udało się nam połączyć. Wreszcie zatrzymuję się na jego policzkach, ale nie widzę już, oczy mam pełne łez i wiem, że nie wytrzymam w tym długo, bo już wiem, co się dzieje, wiem, co się stało i wiem, co będzie dalej.
Nie chcę go znów na to skazywać.
— To nic — kłamię w żywe oczy, z determinacją, której brakło mi wtedy, bo wtedy też mu mówiłem, że musi już iść, że nie mamy czasu; i tak jak wtedy, dziś znów mnie nie słucha, znów obiecuje, że nie zostawi, a ja wiem — czuję to w każdej komórce mojego ciała — że mówi prawdę. A prawda ta boli, prawda zjada mnie żywym ogniem i czuję, że nagrzewam się jeszcze mocniej, że robi mi się słabo, bo staram się odwlec w czasie to, co nieuniknione, jeszcze kilka chwil, boginie...
Coś za nami trzaska, ale nie jest to trzask pękającego pod ciężarem drewna, nie jest to okno uderzające we framugę. Nie widzę tego, ale Hector chyba mógłby, tamten mężczyzna, mój ojciec, uderza tamtego mnie w twarz, blada dłoń prędko przywiera do policzka i ust, a ja czuję coś jeszcze. Że i mi pęka warga, usta zalewają się czymś o wyraźnie żelaznym smaku, i dotykam palcami piekącego miejsca, karmin zdobi mi palce, a ja nie wiem już, co robić.
Dzieje się zbyt wiele naraz.
Otwieram usta, chcę coś powiedzieć, ale widzę przecież, że — choć rozpalony, z rozciętą wargą — nie cierpię tu najmocniej. Nagle ta woda podchodząca do połowy łydki nie jest już nawet problemem, bo świat kruszy mi się pod dłońmi, bo to Hector, książę z kraju, który już nie istnieje jest w moich rękach, zupełnie żywy i prawdziwy, ale coś się dzieje, coś złego i okrutnego, a ja próbuję ze wszystkich sił to powstrzymać, i oczy zachodzą mi łzami, już nie mogę kontrolować siebie, aż wreszcie padam na kolana, i wciąż mam go w ramionach, i nie wypuszczę, choć panikuję i chyba słone łzy mieszają się z wodą, którą wypluwa, a ja wiem, co to oznacza i nie potrafię zrobić nic, tylko spróbować ucałować go w czoło, wycharczeć...
— To moja wina, przepraszam...
Nie powinienem go tu sprowadzać. Nie powinienem słuchać podszeptów egoistycznej natury, powinienem tylko raz na jakiś czas podpływać do brzegu i korzystać z tych chwil, gdy widziałem go, nawet zza zasłony mgły. N i e p o w i n i e n e m narażać go na ten ból i cierpienie, bo przyzwyczaiłem się do przeżywania tego w samotności, ale widok tego, jak bardzo się męczy, jak tonie, jak u m i e r a przeze mnie jest nie do zniesienia.
Nie czuję ulgi, gdy znika z moich ramion. Podnoszę powoli głowę, gardło rozdziera zrozpaczony krzyk, krzyczę długo, ponad gromy, ponad wiatr, ponad huk upadających regałów, dopóki ktoś nie nadejdzie zza moich pleców, dopóki siła uderzenia nie sprawi, że padnę na podłogę.

Nic nie jest takie, jakie być powinno.
W toni mogłem tonąć, choć zawsze wypychała mnie ponad dno, gdy byłem dla niej łagodny, odpłacała się tym samym.
Teraz jednak wody jest zdecydowanie mniej i nie jest z tego powodu zadowolona.
Pierwszy raz od dawna siedzę, gdzieś pośrodku czegoś, co nazwałbym mielizną, wystawiony na surowe wiatry i przenikliwą suchość. Serce nie może odnaleźć ukojenia, marszczę odruchowo brwi, łzy nie wyschły jeszcze na mej twarzy; chciałbym zacząć kaszleć, płuca palą mnie żywym ogniem, chcę się napić, coś drapie, ale woda wokół...
... robi się czerwona, krew z rozciętej wargi skapuje do zbiornika powoli, przenikliwe i niezrozumiałe fatum.
Nie słyszę więc, jak mnie woła. Woda niosła ze sobą wszystko, teraz nie słyszę już niczego, nie jestem w stanie podpłynąć, brzeg jest zdecydowanie za daleko, nie dam rady, nie dam rady, niedamrady.
To był ostatni sen.

Rzeźba z początku wydaje się nienaruszona; przynajmniej nie w stopniu większym niż po ostatnim śnie. Hector potrzebował chyba trochę więcej czasu, trochę więcej spokoju, by podejść do chłodnego marmuru, jeszcze chłodniejszego niż zazwyczaj. By podejść do niego i zauważyć kolejne pęknięcie, prostą kreskę na dolnej wardze, rozciągającą się podobnie do pajęczyny przez kącik ust, na lewy policzek.
Dotknięta — rzeźba wydaje się zdecydowanie chłodniejsza i lżejsza niż wczoraj.
Tak, jakby była pusta w środku.


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]23.09.22 4:47
Najpierw mruga, a rzęsy trzepoczą panicznie - jak skrzydła ćmy uderzającej o szkło lampy naftowej i spalającej się powoli w gorzejącym ogniu. Potem przykłada palce do pulsujących skroni, chcąc - zanim znów się odezwie, zanim zwróci się do niego - jak najdokładniej przypomnieć sobie sen. Większość pamięta zaskakująco wyraźnie - jak wspomnienie, nie jak sen (to była jedna ze wskazówek, która ułatwiła mu na początku zrozumienie, że to nie jego wyobraźnia, że w grę wchodzi magia), ale sama końcówka rozmywa się w soli wody i łez. Pamięta też coś jeszcze. Krew na różanej wardze, pęknięcie jak po uderzeniu na odlew. Próbował coś powiedzieć, ale woda zalewała mu usta. Chciał podnieść dłoń, otrzeć jego usta, ale nie pamięta, czy zdołał - pamięta tylko delikatne muśnięcie na własnym czole, skruszone słowa, własny gniew tonietwojawinatonietwojawinaNIETWOJAontylkochciałżebyśtakmyślał i eksplozję bólu w głowie i w płucach. I gniew, gorący i lodowaty na raz - na widok tego, jak t a m t e n podniósł na Olivera rękę.
Skoro jego bolało tak bardzo, to co zrobili jemu? Co stało się później, gdy sen rozpłynął się w jawie, a Oliver pozostał sam w zrujnowanej bibliotece, w oku cyklonu?
Obiecał, że go nie zostawi.
Jeszcze nigdy nie złamał obietnicy tak szybko. Ta świadomość dławi wstydem niemal równie mocno, jak morska woda w śnie.
-Przepraszam, nie chciałem…iść, nie mogłem zostać, nie chciałem się budzić… - wyjaśnia rozgorączkowany, pośpiesznie podnosząc się z łóżka. Kręci mu się w głowie, prawie traci równowagę, ale uparcie nie sięga po laskę. Zbyt się śpieszy. Kilkoma krokami dopada do posągu, odruchowo podpiera się o jego bark i dopiero wtedy widzi jego twarz z bliska. Obudził się przedwcześnie, do świtu jeszcze ze dwie godziny, w półmroku nie dojrzał z dala nowej b l i z n y.
Unosi drżące palce, by delikatnie przesunąć nimi wzdłuż pęknięcia. Najpierw wzdłuż dolnej wargi, by w końcu ująć dłonią cały policzek. Jeszcze przedwczoraj posąg rozgrzałby się pod wpływem dotyku, ale bark i twarz Olivera pozostają zimne, wręcz l o d o w a t e.
Lód ściska złym przeczuciem serce Hectora.
-Co oni ci zrobili…? - szepcze panicznie, nie uściślając, co ma na myśli. Konsekwencje okrutnego snu? Tych, którzy woleliby zabić cudzych synów niż pozwolić swoim dziedzicom na zakazaną zażyłą przyjaźń? Wspomnienia wróciły gwałtownie, niczym fale wdzierające się na pokład tonącego statku - niektóre wciąż są chaotyczne, inne Hector musi stłumić albo wyprzeć by nie zwariować, ale te najważniejsze pamięta bardzo wyraźnie. To, jak lśniły w słońcu loki Olivera i jak rozpromienił się on cały gdy w r e s z c i e odwzajemnił uśmiech Hectora. Jak rumienił się, gdy Hector przekonywał go, że wszystko będzie dobrze. Teraz, po latach, nie wie już jak mógł tak sądzić. Zawsze bał się zakazanej magii, którą władał jego ojciec, ale naiwnie wierzył, że miłość do syna utrzyma go w ryzach. Nie przewidział, co stanie się po jego śmierci, jak bezlitosny gniew obróci się przeciwko ukochanemu - może to ojciec Olivera zaczął, ale to w krwi Hectora krążył zawsze lód. Zdolność skazania kogoś na los jeszcze okrutniejszy od śmierci. Nikt nie przypuszczał, jak bezwzględni potrafią być synowie słońca - jako pierwsza przekonała się o tym Niobe, ona też skamieniała.
Po tym, jak strzała odebrała jej wszystkie dzieci. Czy taki ból może równać się z jedną utraconą miłością?
-Wybacz mi. - opiera czoło o czoło, drżąc z powstrzymywanego szlochu. Próbuje być silny dla niego, chyba nie potrafi, ale musi. Entuzjazm i nadzieja, z którą witał noc rozmyły się gdzieś w zimnych falach - chciał dobrze, ale wszystko pogorszył, Oliver cierpiał i pewnie cierpi, p r z e z n i e g o. Przecież widział. Gorączkę, osłabienie, desperacką prośbę i łzy w jasnych oczach. Krew, ból, samotność, błędne koło. Wszystko pogorszyło się, gdy Hector postanowił samotnie stanąć naprzeciw antycznej magii i kto wie, co działo się po jego przebudzeniu, co dzieje się teraz. Rzeźba jest niepokojąco zimna, a Hectora opuściło stałe wrażenie, że pomnik go słyszy. Jeszcze nie próbuje go podnieść ani weń stuknąć - lekkość i głucha pustka jeszcze bardziej złamałyby mu serce.
Dlaczego nigdy nie umiesz odpuścić, Hectorze? - Oliver nigdy tego do niego nie powiedział, ale wszyscy inni mieli rację, w każdym życiu.
Co, jeśli choć raz powinien odpuścić? W najważniejszej sprawie?
-Jeśli… - bierze krótki, urywany wdech. Gardło ma ściśnięte. To boli, ale musi kontynuować, choć ledwo może oddychać. Powoli, płytko, przez zaciśnięte zęby. W końcu się udaje -jesteś tu nadal ze względu na mnie… - ta magia powinna go zabić, nawet uwięziona dusza powinna móc odejść, poddać się -t…to nie musisz…się martwić - mruga, próbując powstrzymać łzy, chyba nie dodają mu wiarygodności. -…ani czekać, wiesz? - kładzie obie dłonie na jego barkach, przesuwa nimi w dół, po przedramionach. Splata palce z tymi nieruchomymi i lodowatymi. -Poczekam na Ciebie, będę czekał całe życie, będę próbował złamać ten czar- - szepcze jak w gorączce, nieświadom, że właśnie dokłada Oliverowi zmartwień - wyznaniem, że zawiesi całe swoje życie z powodu dwóch snów. -Ale… Jeśli cierpisz… - bierze głębszy wdech, ze świadomością, że Oliver cierpi łatwiej odpuścić. Może nigdy nie było im pisane być razem dłużej. -Znajdę cię na Polach Elizejskich, obiecuję.  - już raz obiecał mu, że go odnajdzie i dotrzymał słowa, przynajmniej w snach. Też mógłby na niego poczekać, już millenia temu, ale wtedy - i w żadnym kolejnym życiu - nie odnalazł Olivera. Uparcie zawracał, widząc światło - nawet gdy nie pamiętał, czuł, że t a m nie ma tego, którego szukał i nie umiał odpuścić.
-Pamiętam. Wszystko, co najważniejsze, Oliverze. - szepcze, chcąc, by Oliver to wiedział.
A potem wspina się na palce i przyciska usta do chłodnego marmuru, mocno. Tak, jakby spodziewał się, że kamień rozgrzeje się pod jego dotykiem, tak, jak wcześniej. Tak się nie dzieje, gorące są tylko łzy spływające po policzkach, spływające też po marmurze, po ich wargach, smakujące równie słono jak morska woda. Nie bacząc na to, Hector oplata szyję posągu ramionami, m o c n o i nie odrywa ust, mimo, że zaraz braknie mu tchu. Gdy musi wziąć wdech, przesuwa językiem po dolnej wardze O l i v e r a, jak podczas ich pierwszego pocałunku. Odpycha na bok myśl (podstępną, duszną jak powietrze przed sztormem), że to nonsensowne, że jest śmieszny, że może w kamieniu nikogo już nie ma. Wierzy, że Oliver mimo wszystko tam jest, że c z e k a, że nie odszedłby bez pożegnania. I wie, że - jeśli to pożegnanie - tym razem pożegna się z nim na własnych warunkach. Usta mrowią, gdy przyciska je jeszcze mocniej, jeszcze bliżej, opór marmuru zdaje się mniejszy i na języku Hector nagle smakuje nie tylko sól, a popiół.
Kruszony kamień.

Mielizna wysycha. Woda paruje, a para jest słona i smakuje łzami. Gorący wiatr staje się coraz bardziej porywisty, najpierw przewracając Olivera na plecy, a potem wypychając go gdzieś do góry - albo w dół, trudno powiedzieć. Nie ma już dna, jest tylko wir - i odległe echo i spadający pył. Gdzieś kruszy się marmur, a t u - kruszy się cały świat.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Czekam na wiatr co rozgoni
Ciemne skłębione zasłony
Stanę wtedy na raz
Ze słońcem twarzą w twarz

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN]The kind of love I would live for [odnośnik]01.10.22 14:01
Serce opada na dno, ale ja muszę powstać.
Chyba nigdy jeszcze nie przyszło mi tu stać. Zawsze otoczony wodą spędzałem czas raczej leżąc, czasami podnosząc się do siadu, nie mogłem znaleźć stałego lądu, na którym oparłbym swoje stopy; nie mogłem więc podskoczyć, sięgałem tylko po to, co w zasięgu moich rąk, nie dalej. Teraz jednak czuję w sobie to wezwanie, ten krzyk (nie jest mój, nie pochodzi z tego świata, nie słyszałem go jeszcze nigdy), znów w starym języku, ale rozumiem go, rozumiem doskonale i wiem, że muszę powstać, że zaraz stanie się coś złego.
Walczę ze sobą. Teraz gdy wszystko się zmieniło, nie jestem pewien, czy dalej chcę to ciągnąć. Jestem zmęczony, okrutnie zmęczony, mięśnie palą mnie żywym ogniem, a gdy powoli opieram kolana o mieliznę, gdy próbuję dźwignąć się w górę — kręci mi się w głowie i mam ochotę opuścić ją tylko, twarz zbliżyć do mielizny, bo tak jest bezpieczniej i wolniej, przynajmniej, teraz gdy świat zaczyna się kręcić, nieubłaganie przyspiesza. Z każdej strony dobiegają do mnie dźwięki — przypominają szum, ale nimi nie są, bo łączą się czasem w słowa i nie wiem, czy dzieje się to przypadkiem, czy może tak właśnie miało być, ale zimny wiatr podrywa mnie z klęczek i rzuca zaraz na powrót o mieliznę, to przestroga, a mi zostało tylko kilka chwil, kilkanaście sekund na podjęcie decyzji.
Mogę pozostać na klęczkach na mieliźnie, bezwładna kukiełka mocy, których nie dane było mi poznać, które wychodzą daleko poza moje zrozumienie, które dyktują mój los od milleniów.
Mogę też wstać, dać się porwać temu, co nowe, pierwszy raz od tylu lat po prostu spróbować i zaryzykować. Nie wiem jednak, czy mam jeszcze na to siły, czy nie jestem po prostu za słaby. Kręci mi się w głowie, nudności tylko postępują, a ja nie jestem w stanie zrobić wiele. Tego jestem pewien.
Zamykam więc oczy, moje łokcie gotowe są do zgięcia się i poddania; opór jest daremny, słyszę swe własne myśli, a może należą one do mojego ojca, matki, do ludzi, którzy rzucili wtedy na mnie tamten czar, tamtą klątwę.
— Może i jest daremny — mówię sobie, uparcie trzymam ręce wyprostowane, czuję palący ból w mięśniach i to, jak drżą, ale zaciskam mocno zęby, prawie tak mocno jak wtedy, gdy ręka spotkała się z moją wargą, gdy krew zalała usta. Jestem dziedzicem moich przodków i choć dla świata nasza linia wygasła już dawno temu, to ja wciąż jestem. Rzuconemu wyzwaniu spoglądamy w twarz, nie odwracamy wzroku. — Ale i tak spróbuję.
Decyzja zostaje podjęta.
W samą porę, bowiem w mgnieniu oka robi się bardzo ciepło, niemal gorąco. Gdy powstaję na miękkie, drżące nogi, woda wokół mnie wysycha, paruje w górę, w samą nieskończoność, zabierając ze sobą także tlen; zostaje tylko sól. Sól w powietrzu, sól w kryształkach odkładających się na wysychającej ziemi, sól morza, czy sól łez — nie ma to większego znaczenia. Nagle tracę grunt pod nogami, uderzam w coś plecami, ale zamykam oczy.
I nie ma już początku, nie ma ni końca.
Tylko ostre fragmenty c z e g o ś uderzają mnie w twarz, w odsłonięte ramiona i nogi, wplatają się we włosy, gdy tonę, może lecę — a wraz ze mną tamten szum, szepty splecione w jedną całość.
Nagle uderzam w coś jeszcze, w płucach brakuje mi tchu, a gdy otwieram oczy...

Zamykam je od razu. Jasność razi mnie niespodziewanie, nie jestem w stanie jej sprostać, nie teraz. Jest mi niezwykle zimno, dreszcz przechodzi przez całe moje ciało, od czubka głowy po palce u stóp, zimny i niespodziewany, chciałbym się czymś przykryć albo chociaż zanurzyć w ciepłej wodzie. Jedyne, co ciepłe, czuję na swoich policzkach, ale one są już ciepłe, niech ogrzewa mnie dalej, gdzie indziej. Dłonie same z siebie podnoszą się do tego źródła ciepła, są cięższe, niż przywykłem, ale to pewnie zmęczenie. Gdy składam je na ciepłym, czuję znajomą fakturę; to nie jest żaden przedmiot, to jest ludzka dłoń, a policzki pieką mnie mocno, niemal siarczyście i w tym samym momencie czuję ból w płucach i chcę się odezwać, otwieram usta, w drugie usta, moje są pełne pyłu, nie mam pojęcia, co się właśnie stało.
Muszę nabrać oddech.
Pierwszy raz od tysiącleci.
Nie do końca wiem, jak to zrobić. Otwieram oczy, przede mną, niezwykle blisko, jest znajoma sylwetka, tak jak wtedy, widzę dopiero tylko kontur (łzy rozmazują mi obraz, jeszcze nie przywykłem do tylu bodźców jednocześnie). Panika wzbiera, przesuwam dłonie w dół dłoni tego człowieka, łapię go za nadgarstki, nagle, łapczywie, bo pieką mnie też usta, a pył gromadzi się w płucach, chyba chciałem go przełknąć, zupełnieniewiemcomamrobić.
Nie rozumiem. Nie rozumiem niczego, co właśnie ma miejsce, poza tym, że zaraz się chyba uduszę, że jest mi jednocześnie gorąco i zimno, i że ktoś mnie trzyma, inaczej upadłbym pewnie na kolana, albo od razu na twarz, jestem przekonany, że nie mogę utrzymać się w pionie samodzielnie. Usta mnie pieką, nie wiem jeszcze, że to pocałunek, że to coś, na co czekałem tyle lat, zapomniałem przecież o ludzkiej czułości, o tym, jak to jest prawdziwie żyć; wtedy, wśród wody nie musiałem oddychać, nie musiałem martwić się jedzeniem, piciem, czy snem. Teraz zmienia się wszystko, a ja przecież nie potrafię żyć. Zapomniałem, zapomniałem wszystkiego i sama ta wiedza sprawia, że panikuję jeszcze bardziej.
Wreszcie ludzkie odruchy biorą nade mną kontrolę. Zdążyłem już zbladnąć, usta mam sine, klatkę piersiową wciąż jeszcze nieruchomą, ale zginam się w pół, wymykam od dotyku na wargach i wciąż trzymając nie swoje nadgarstki, zaczynam kaszleć. Głośno, mocno, za każdym kaszlnięciem z moich ust wylatuje chmura pyłu, który z siebie wyrzucam. Pył ma kolor cokołu, na którym wciąż stoję, górując nad tym, którego nie mogę dojrzeć w pełni, łzy i ból zupełnie rozmywają mi pole widzenia, muszę się pozbyć tego wszystkiego, tej trucizny, która wciąż jeszcze krąży w moich żyłach. Dla uzdrowiciela nie wygląda to pięknie, nie wygląda bezpiecznie, ale od niepamiętnych czasów byłem wyłącznie kamieniem, marmurem; teraz dzieje się coś nowego, coś zupełnie strasznego, ale coraz mniej kręci mi się w głowie, z każdym wyrzuconym z siebie kaszlnięciem czuję się lepiej, lżej i ciężej zarazem, palce zaciśnięte na nadgarstkach zaczynają się ogrzewać, przestają być zimne jak kamień.
Wreszcie udaje mi się wyprostować. Jeden z nadgarstków zostaje puszczony, łopatki ściągnięte na plecach, wolną dłoń podnoszę do swych oczu, by wierzchem dłoni otrzeć je z łez, które nagromadziły się w nich przez ten cały czas, wymieszane z pyłem sklejającym rzęsy. Trwa to kilka chwil, ja wciąż nie oddycham, nie pamiętam, że powinienem, aż wreszcie udaje mi się otworzyć oczy, przez kilka chwil mrugając wyłącznie, dla przyzwyczajenia się do budzącej się jasności dnia. W porównaniu z ciemnością mojego świata, wszystko tu jest takie nowe i jaskrawe.
Wreszcie mój wzrok koncentruje się w jednym punkcie. Na twarzy przeciętej zmartwieniem, na twarzy, którą chciałem przecież tak bardzo zobaczyć, której nie chciałem pozostawiać na wieczność w okowach cierpienia.
Próbuję coś powiedzieć. Przywitać się może. Podziękować, choć jeszcze nie wiem, za co (nie jestem świadom, że to pocałunek odczynił tamtą klątwę, przywołał mnie na powrót do życia). Znam wiele słów, w różnych językach, rozumiem język uczonych, ale teraz do głowy przychodzi mi tylko jedno.
— To już? — pytam więc, naiwnie może, zachrypniętym od pyłu i zduszonym od nieoddychania głosem. Chwieję się na nogach, ktoś musi mi przypomnieć o tym, że nie zostało mi dużo czasu, jeżeli nie zaczerpnę oddechu. — To już... Pola Elizejskie? — dopytuję, drżącą dłoń wznosząc do jego policzka, jakby miał być moją jedyną kotwicą w tym świecie. Jeżeli to prawda, co stało się z jego synem? Czy odszedł w spokoju? Oby nie cierpiał, oby nie cierpiał, obyniecierpiał, tomojawina...
— Hectorze... Nie możesz jeszcze... To nie miejsce dla ciebie...


Myślę sobie, zaraz obudzę się.
Lecz im bardziej spadam,
tym bardziej widzę, że
To wszystko chyba nie jest sen.
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 30 +10
UZDRAWIANIE : 7 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999
[SEN]The kind of love I would live for
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach