Wydarzenia


Ekipa forum
[sen] come sit by the river
AutorWiadomość
[sen] come sit by the river [odnośnik]04.09.22 19:27


at least we can say we tried
never gave up didn't go down without a fight

Cisza. Dziś brzmiała donioślej niż wczoraj. Dziś mówiła „koniec”, podczas gdy wczoraj opowiadała historię przyszłych wydarzeń. Dzisiaj przyjmowało się ją niemal z ulgą, kiedy wczoraj serce biło mocniej na samą myśl, że zaraz coś się stanie. Coś złego. Coś bardzo, bardzo złego. A dzisiaj nie było już niczego, co mogło owe zło nieść do ludzi, którzy bali się Pani Śmierci zaglądającej w oczy. A obok ciszy leżała ciemność. Ciemność dotkliwa, lepka niczym krew schnąca na rękach, twarzach i szyjach; ciemność załamująca się pod naporem ognia wciąż jeszcze tlącego się wśród zgliszczy powalonych olbrzymimi pokładami magii budynków; na samochodach, mugolskich metalowych żółwiach, które obrosły czarną sadzą niczym puchatymi dywanami pleśni; na poszatkowanych zaklęciami drogach wciąż gdzieniegdzie się dymiło, tak samo spod kratek kanalizacyjnych. Niebo niczym od ogólnej scenerii nie odchodziło, zostawało w tyle z perfekcyjnie odegraną rolą: chmury kłębiły się nad dachami tych domów, które jeszcze jakimś cudem trzymały się fundamentów i przeznaczonych sobie od początku miejsc; czasem tylko gdzieś między nimi przeszedł skłębiony grzmot, przedarł szczelną pokrywę ciemnego puchu tak, że ta rozdarła się w szczelnych szwach, na drobną chwilę rozjaśniając tak charakterystyczną sylwetkę mrocznego znaku, który lśnił w tym miejscu od długiego czasu.
Zatrzymał się w końcu, żeby przyjrzeć się czaszce, zza zębów której pełzł paskudny wąż, zwiastun tortur i śmierci, która coraz rzadziej nadchodziła w litościwej inkantacji zaklęcia niewybaczalnego. Podniósł rękę, otarła jej grzbiet o policzek, zostawiając na nim postrzępiony ślad zaschniętej już krwi. W tej samej dłoni trzymał też różdżkę. Hikorowe drewno go nie zawiodło, jeśli mówimy o obronie własnego ciała, ale jednak zawiodło jego wolę obrony własnej rodziny. Zaśmiał się gorzko, w oczach czując łzy. To dziwne, przecież dawno już je wszystkie wypłakał, jakim więc cudem jeszcze tam jakakolwiek trwała? Spierzchnięte usta nie mogły opaść, chrypliwe brzęczenie wciąż wydobywało się z gardła, jakby jakiś duch opowiedział mu przedni dowcip, najzabawniejszy, jaki kiedykolwiek mógł usłyszeć. Sprawną nogą w końcu kopnął jakiś kawałek gruzu leżący pod pod stopą.
- Martwą ciszę wiercąc wzrokiem, nie ruszyłem się ni krokiem - powiedział do siebie, wracając do dalszego spaceru, w kontrofensywie do wypowiadanych słów. Głos drżał, ciało mówiło już nie, mówiło dość już. Prosiło daj za wygraną. Ale on musiał iść. Musiał kuleć, musiał zaciskać zęby z bólu, brudny od płomiennego pyłu, od krwi i sadzy, brudny od ziemi. Brudny od wojny. Musiał iść, bo jedynie w miejscu, do którego zmierzał, czekała na niego nadzieja, której tak mu brakowało. - Tylko drżałem, śniąc na jawie sny o jakich nie śnił nikt.
Po jego lewej stronie w tej samej ciszy płynęła Tamiza, zezwalając w bolesnej beznamiętności, by płonące barki swobodnie unosiły się na pomarszczonej tafli; a dalej, za dalszym brzegiem rzeki, płonęły londyńskie Ministerstwa, zabytki i skanseny dawnych lat. Chciał na to patrzeć, ale poszarpana droga nie była dobrym na to miejsce. Niedaleko jednak znajdowała się ławeczka, ta, do której cały czas dążył. Ta magiczna, jedyna ocalona ławka nad Tamizą, z której wszystko było pięknie widoczne, w każdym detalu. Ławka, która dla nich była miejsce nadziei. Miejsce, do którego każdy mógł przyjść, żeby wziąć od drugiego brakującego życia. Rhett usiadł na niej z cichym stęknięciem, po którym zabrzmiał krótki syk. Nieuleczone żebra wciąż kłuły, a krwawiąca noga piekła. Oparł się ostrożnie plecami metalowe wzmocnienia i pozwolił źrenicom zwęzić się, by w pełni pochłaniały rozgrywający się przed nim spektakl. Płomienie okazują się być piękne, jeśli tylko zapomnimy, co potrafią czynić.



gdybym ziarnka
choć nie wszystkie
mocnym zawrzeć mógł uściskiem
gdybym z grzmiącej fali jedno choć ocalił


Rhennard Abbott
Zawód : opiekun w rezerwacie znikaczy
Wiek : 31
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty

turn gold to sand
let night be done

OPCM : 10 +5
UROKI : 15
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t11085-rhennard-abbott#341563 https://www.morsmordre.net/t11149-remus https://www.morsmordre.net/t11148-opowiem-ci-o-moim-ulubionym-znikaczu#342899 https://www.morsmordre.net/f204-dolina-godryka-norton-avenue-dunster-castle https://www.morsmordre.net/t11287-skrytka-bankowa-nr-2423#347035 https://www.morsmordre.net/t11286-rhennard-abbott#347022
Re: [sen] come sit by the river [odnośnik]02.10.22 18:21
Ognistorude włosy straciły swój blask, łapczywie łapiąc między kosmyki bitewny kurz, od pewnego momentu — ciężko było wskazać go definitywnie, większość świeżych wspomnień zlewała się w jedną niekształtną masę — także i krew, krew rannych, krew poległych, lepiąc ich końcówki. Jakże mogłoby być inaczej? Posoka wsiąkała powoli we wszystko; niszczycielski ogień, sadza obciążająca powietrze, złowrogie świsty zaklęć i łuny — zielone i błękitne, złe i dobre. W centrum wojennej zawieruchy drżała różdżka z eukaliptusowego drewna, kobiecy głos na przemian łamał się, to wybrzmiewał niezwykle wyraźnie, z olbrzymią siłą woli.
Ale to wszystko za mało.
Jeden człowiek, czy też dwoje nie mogą przecież powstrzymać przeznaczenia kruszącego pod swymi palcami wszystko, co tylko zapragnęło.
Kolana promieniowały bólem, gardło pulsowało, podrażnione krzykiem, a gorące łzy spływały po bladych policzkach. W martwej ciszy, która zapadła dookoła, sam charczący oddech wydawał się być nienaturalny. Ale łzy, łzy klęczącej kobiety wcale nie spadały na brukowaną ulicę, na którą zaprosił ją mąż, by pożegnali się po raz ostatni. Teraz wokół ciała ciemnowłosego człowieka kwitła kwietna łąka. Rozpaczliwie rzucane zaklęcia uzdrowicielskie nie pomogły odebranemu życiu — w przedziwnym zrządzeniu losu wzmocniły tylko te jego okruchy, które pozostały wokół. Trawa urosła gęsto i zdrowo, soczyście zielone łoże miało być miejscem ostatniego spoczynku lorda Greengrass, nad którym rozpaczała jego żona, policzek wtulony w nieruchomą klatkę piersiową, gdy wokół jej włosów, dookoła martwej sylwetki wzrastały kolejne kwiaty, ukochane przez męża floksy szydlaste, co maj przyciągające do ogrodów rezydencji w Derby setki motyli. Ich słodki zapach łączył się ze smrodem śmierci, na moment wyciszał stęchliznę, a dama wdychała ich zapach łapczywie, wciąż wierząc, że wystarczająca ilość oddechów, wystarczająca ilość łez sprawi, że zaraz zbudzi się w swym łóżku, u boku Elroya, skarżąc się tylko zduszonym głosem na jeden ze swych złych snów.
Ulga nie nadchodziła. Nie miała skąd. Drżąca dłoń chwyciła tę męską, letnią jeszcze, splotła ich palce ze sobą, gdy drugą na wieczność, z naturalną dla nich czułością zamknęła zielone oczy wybranka na wieczność. Już na zawsze. Ostatni pocałunek oznaczał ich ostatnie pożegnanie; powinna też powiedzieć mu coś, pożegnać się prawdziwie, ale nie potrafiła odnaleźć żadnych słów. Tyle pozostało niewypowiedzianych, tyle stało się już tylko coraz to odleglejszą melodią przeszłości. Gdzieś tam, w gruzach, pozostała w gruzach Saoirse, bliźnięta, Delilah, Archibald, Roratio, Molly, Edwin... Musiała ich znaleźć, musiała pożegnać się także z nimi, nie pozwoli, by zostali gdzieś w tym brudzie. Jeżeli będzie trzeba, przeniesie ich sama, na tę wyczarowaną przez siebie łąkę, ułoży tak, jak Elroya i wszyscy wyglądać będą, jakby dopiero co zasnęli. Zrobi wszystko, co w swej mocy, by ani jedna twarz nie wygięła się na wieczność w grymasie bólu.
Nie dała rady ich ochronić. Tylko tyle mogła dla nich zrobić.
Dźwignęła się z trudem z klęczek, nie licząc już swych łez. Te płynęły niekontrolowanie, pozostawiając po sobie kilka czystych strumieni. Dama była przecież uzdrowicielką z powołania, nie z wykształcenia, próbowała ratować, kogo się dało, kurz wojenny, krew, nie było czasu na otarcie twarzy. Nie chciała ich zresztą ścierać. Teraz przecież było już wszystko jedno.
Skończyło się.
Co takiego?
Wojna?
Świat, który znała?
Jej rodzina?
Jej życie?
Zielone oczy przesunęły się po otaczającym ją krajobrazie. Zachwiała się na nogach, ale umysł nie chciał rejestrować już niczego, ani jednego wspomnienia związanego z wybrzeżem Tamizy, ani jednego związanego z Londynem.
Musiała przypomnieć sobie, jak oddychać.
Nogi poniosły ją same — nie wiedziała przecież, dokąd iść. Czy w mieście zostały jeszcze jakieś kierunki? Punkty orientacyjne? Chyba tylko rzeka z wpół zachowaną promenadą, rzeka gorejąca od spalanych barek. Oczy wzniosły się ku niebu, niezmiennie szkliste; zazwyczaj na ten widok — na Mroczny Znak — żołądek ściskał się boleśnie, policzki czerwieniły się od gniewu.
W tej chwili czuła tylko pustkę.
Ominęłaby ostatnią ocalałą ławkę, gdyby nie błysk życia, który nań zasiadł. Rhennard widział, że Mare spoglądała w jego stronę, ale nie na niego. Przez kilka długich minut stała nieruchoma. Podobna do posągu, z dłońmi splecionymi na wysokości brzucha, jak zawsze, gdy widzieli się w oficjalnych okolicznościach, tak, jak została nauczona przez całe swoje życie. Wyprostowane plecy, głowa ze wzniesionym dumnie podbródkiem. Wydawać by się mogło, że to wszystko zupełnie na nią nie wpłynęło, ale im dłużej można było przyglądać się jej posturze, tym bardziej widoczne było drżenie wszystkich mięśni ciała.
Wreszcie poruszyła się. Krok. Pierwszy, drugi, trzeci, powoli podeszła do ławki, na której zasiadła obok Rhennarda, bez pytania.
— Zostań tu jeszcze chwilę — poprosiła szeptem, wreszcie zamykając piekące od płaczu oczy. Głowa samoistnie odnalazła ramię lorda, złożyła się na nim ufnie. Była bardzo zmęczona, a serce... Serce nie znało już strachu.


who will the goddess of victory smile for?
is the goddess of victory fair to everyone?
Mare Greengrass
Zawód : Arystokratka, mecenas nauki
Wiek : 27 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
it takes grace
to remain kind
in cruel situations
OPCM : 7 +2
UROKI : 7
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 12 +3
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 8
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Czarownica
 Ab imo pectore
Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t10169-mare-catherine-greengrass#308845 https://www.morsmordre.net/t10364-unda#313340 https://www.morsmordre.net/t10371-przyplywy-i-odplywy#313497 https://www.morsmordre.net/f105-derby-grove-street-12-siedziba-greengrassow https://www.morsmordre.net/t10850-szuflada-m-greengrass#330582 https://www.morsmordre.net/t10365-m-greengrass#313341
[sen] come sit by the river
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach