Wydarzenia


Ekipa forum
trouble on my mind [1945]
AutorWiadomość
trouble on my mind [1945] [odnośnik]14.09.22 22:56
początek roku szkolnego, 1945 rok, schowek na miotły
Od powrotu do szkoły minęło parę dni; dni, które ciągnęły się niemiłosiernie i sprawiały, że czarownica czuła się jeszcze bardziej sfrustrowana rodzinnymi przeprawami podczas minionych wakacji. Nie wiedziała z jakiego powodu matka w dalszym ciągu bawiła się w swatkę, spraszając na kolacje systematycznie synów sąsiadek, dlaczego ojciec nie odzywał się i nie włączał w spór, a babki nie widziała właściwie od prawie dwóch miesięcy bez słowa wyjaśnienia. Wszystko to kumulowało się, sprawiało, że chciała wyjść z siebie i stanąć obok; dusiła się we własnym ciele, codziennych obowiązkach, domu a teraz także w grubych murach Hogwartu, z kolei otoczenie wpływało na nią nader destrukcyjnie, co było zresztą całkiem zauważalne. Po powrocie z wakacji stała się jeszcze bardziej pyskata, niemiła, dość zdemotywowana do podejmowania jakichkolwiek działań.
Pewnego wieczoru jednak natłok myśli spowodował, że nie wytrzymała i wymknęła się z dormitorium, kierując niemal machinalnie w jedno ze swoich ulubionych miejsc. Co rzadko się do tej pory zdarzało, niespecjalnie zważała na fakt, że zbliżała się powoli cisza nocna i ryzyko przechadzki po szkole wiązało się z potencjalnym spotkaniem któregoś nauczyciela, czy prefekta. Błonia, dokładniej skryta w gąszczu ławeczka, o tej porze bywały przeważnie osamotnione i pozostawione – choć nie zawsze – duszyczkom szukającym chwili spokoju a ona przybywała tu wtedy, kiedy rzeczywiście chciała być sama ze sobą. Spacery na świeżym powietrzu najczęściej koiły zszargane nerwy Goshawk, łagodziły temperament.
Idąc powoli ociężałym krokiem, ciemnowłosa oglądała się co rusz, czy aby przypadkiem nikt za nią nie idzie, rozmyślała gorączkowo o wszystkim, co się stało, cofała się myślą i zaraz potem wybiegała naprzód, przewidując różne zakończenia sytuacji w domu. Z jej punktu widzenia matka z każdą kolejną wizytą przechodziła samą siebie, raniła ją, drugą córkę, ojca i przy okazji pewnie siebie, choć tego mechanizmu zachowania w ogóle nie rozumiała. Z drugiej strony, nie lubiła, gdy ojciec wciąż traktował ją jak swoją malutką córeczkę, którą nie była w zasadzie od momentu pójścia do szkoły lub wręcz przeciwnie – pozostawał obojętny na działania żony wobec własnych dzieci. Ale to odseparowanie od babki chyba raniło ją najdotkliwiej; chociaż wprost nie zostało to powiedziane, czuła, że z jakiegoś powodu ograniczano ich kontakty. Pokonawszy kolejny korytarz, przystanęła, by odetchnąć. Szybko usłyszała za sobą czyjeś kroki, cichy chichot i nim zdążyła się odwrócić, poczuła nagłe popchnięcie. Nawet nie zorientowała się, w którym momencie ze spokojnego przemykania korytarzem została wepchnięta do schowka na miotły. Szarpnięcie, trzaśnięcie, zdezorientowanie a na końcu spektakularny upadek na coś? kogoś? znajdującego się na trajektorii lotu nie był tym, co przewidziała, ani tym bardziej czymś, czego się spodziewała. Było na tyle ciemno, że nie zorientowała się, że właśnie leżała na człowieku, za którym nie przepadała a on zaś na szczęśliwie wylądował na zniszczonym fotelu, który znajdował się w składziku odkąd niezmiennie odkąd pamiętała. Zamiast tego kupiła się na fakcie, że wokół było zdecydowanie za ciemno, nieprzyjemnie. To nie tak, że bała się ciemności, chociaż w tej chwili była bliska paniki a serce równie bliskie wyskoczenia z piersi. Dopiero po jakimś czasie, kiedy odzyskała zdolność do racjonalnego myślenia, zorientowała się, że padła ofiarą niewybrednego żartu jednej z dziewcząt, której zaszła za skórę podczas wczorajszego treningu i zauważyła, że coś jest jeszcze nie tak. Coś, na czym leżała było zdecydowanie za miękkie, ruszało się i było ciepłe a w dodatku obejmowało ją ciasno wokół, szorstką powierzchnią drapiąc jedwabny policzek. W pierwszym odruchu, całkowicie naturalnym, powinna się poderwać, lecz Goshawk – na przekór – pozostała w tej pozycji, wolną ręką starając się odnaleźć różdżkę a drugą powoli zmierzając do policzka ów osobnika.


* * *
I bury my head in the sand and go on acting like it's all gone to plan. And I feel the sweat dripping down my neck, pretending it hasn't happened. And it hasn't happened yet.
Millicenta Goshawk
Zawód : wróżbitka, wytwórczyni kadzideł
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : n/d
she was life itself.
wild and free, wonderfully chaotic;
a perfectly put-together mess.
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15 +4
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0 +1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11061-millicenta-goshawk#340439 https://www.morsmordre.net/t11254-cesarzowa#346161 https://www.morsmordre.net/t11256-niech-ja-ci-powroze#346166 https://www.morsmordre.net/f425-dolina-godryka-chata-na-uboczu https://www.morsmordre.net/t11255-skrytka-bankowa-2421#346163 https://www.morsmordre.net/t11257-millicenta-goshawk#346175
Re: trouble on my mind [1945] [odnośnik]17.09.22 12:23
Fajnie było wakacyjnie odwiedzić rodzinne strony. Wybrać się na przejażdżkę z Kelpie, przelać na papier piękne pejzaże mego hrabstwa, odciążyć wzrok od ciężkich tomiszczy i nudnych jak flaki z olejem zakurzonych pergaminów, które młócili nam do głów w przygotowaniach do tegorocznych SUMów. Skłamałbym jednak, twierdząc, że nie czułem nadmiernej ekscytacji na powrót do Zamku Hogwart. W Ottery wszystko było takie zwyczajne: dzień zaczynał się śniadaniem i wizytą w matczynej stajni, przebiegał lekkoduszną zabawą, a kończył kolacją w domowym zaciszu. Było w tym coś przyjemnego, ale pod koniec sierpnia strasznie zaczęła doskwierać mi wyczerpująca nuda; wrzesień był na nią lekarstwem. Już od pierwszego dnia w Szkole Magii i Czarodziejstwa musiałem coś zbroić, pozbawiając nasz Dom kilkudziesięciu punktów za transmutowanie jedynek pyskatego Ślizgona i zyskując pierwszy szlaban. Miesiąc bez treningów quidditcha, w którego trakcie zobligowany byłem do sprzątania składzików i szatni po grupie przyjaciół z drużyny, był karą dotkliwą i złośliwą, ale profesorzy byli głusi na moje lamenty i żale. Tym razem wyjątkowo mi się nie upiekło... Po blisko tygodniu pogodziłem się z losem, choć wciąż nie mogłem odeprzeć się od drwin ze strony najbliższych kumpli. Miałem wrażenie, może złudne, że Billy czuł z deka satysfakcję, że tym razem sam poniosłem odpowiedzialność za własne czyny; zazwyczaj ratował mi tyłek, przez co sam chłopak obrywał szlabanem. Moja ruda przyjaciółka z kolei uwielbiała mnie przedrzeźniać, ale drobne złośliwości były już naszą tradycją. Inaczej było z reakcją rezydentów Gryffindoru, którym nie w smak było startować z ujemną pulą punktów w wyścigu po Puchar Domów — parę osób śmiertelnie się na mnie obraziło, dobitnie wyrażając złość i dezaprobatę. Nic więc dziwnego, że spotkał mnie w końcu przypałowy odwet, a przynajmniej tak interpretowałem następstwa jednego z pozornie spokojnych wieczorów wśród zamkowych korytarzy.
Robiłem porządek w składziku na miotły po wieczornym treningu Gryfonów, gotując się powoli na powrót do dormitorium. O tej godzinie zbyt wiele osób nie szwendało się już po korytarzach; zbliżająca się cisza nocna zobowiązywała do pozostania w zamkniętej przestrzeni, a zamek miał swoje rozmiary i lubił płatać spóźnialskim figle, przesuwając schody na inne piętro akurat wtedy, kiedy było gdzieś śpieszno. Szacowałem, że na tarczy miałem jeszcze trzydzieści minut, więc kończyłem odkładanie ostatnich gratów na miejsce, aż tu nagle! — światło zgasło, a coś — no dobra, ktoś — nieoczekiwanie przygwoździł mnie do naprawdę niewygodnego, starego fotela. Po twarzy przejechały mi kosmyki mokrych włosów o przyjemnej woni szamponu, na policzku spoczęła dziewczęca dłoń, pojawił się również przyspieszony oddech — tylko coś wyłamywało się z tego romantycznego i zaskakującego obrazka. Pierwszy był dźwięk zamykanego zamka; w pierwszej chwili nie dotarło do mnie, że zostałem tu literalnie uwięziony, bo skupiałem się na bardziej przyziemnych elementach tego spotkania. Potem zjawiła się świadomość, któż mógł właśnie na mnie leżeć i co się stało, a dopiero na końcu upomniał się cień przyzwoitości, który okiełznał buzujące hormony. — Znam tylko jedną osobę w Hogwarcie, która zaraz po kąpieli pachnie jak składzik alchemiczny: Millie Goshawk — zadrwiłem złośliwie. Nie przepadaliśmy za sobą, to znaczy ona za mną — mi w sumie nie przeszkadzała jej obecność, zabawnie zadzierała nosek, gdy się złościła. Wbrew temu niemiłemu przytykowi, musiałem przyznać przed sobą, że różana nuta jej perfum naprawdę do niej pasowała, uwydatniała w jej charakterze coś, co starała się skrywać za fasadą wiecznego dąsa — dziewczęcą słodycz, która kontrastowała właśnie z rozgniewaną miną, której kontury rysowały się ledwie przed oślepionym wzrokiem. — Zgaduję w ciemno, że nie przyszłaś tu, żeby ze mną pogadać twarzą w twarz — podjąłem, procesując sytuację, ale moje dłonie instynktownie wciąż trzymały ją w zszokowanym objęciu, jakby do ciała jeszcze nie dotarło, że to bynajmniej nie jest sytuacja, miejsce i osoba, na której powinny się znaleźć. — Teraz bez żartów: chyba ktoś nas tu zamknął. Mogłabyś ze mnie zej... — chciałem dokończyć, ale złośliwość rzeczy martwych była dziś strasznie upierdliwa. Jeśli wcześniej Goshawk siedziała na mnie okrakiem, to teraz oboje polecieliśmy z krzesłem na podłogę, bo stare i spróchniałe drewno nie wytrzymało ciężaru dwojga osób. — Szlaaaaag — zakląłem pod nosem, uderzając się głową o sam nie wiem co. — Nic tu nie widać, gdzie jest moja różdżka — dodałem sfrustrowany. Dopiero po chwili spróbowałem wybadać ją wzrokiem, przyzwyczajonym już do ciemności — więc rozpoznającym kształty; wówczas zadałem pytanie z wyraźną już troską. — Nic Ci nie jest? — podniosłem się z ziemi i podałem jej pomocną dłoń, już po chwili robiąc na ślepo rozeznanie w terenie, by znaleźć tę cholerną różdżkę i wydostać nas z magazynku przed ciszą nocną.
Garfield Weasley
Zawód : Biuro Informacji i Propagandy "Memortek"
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 15 +5
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t11219-garfield-weasley#345390 https://www.morsmordre.net/t11265-persymona#346336 https://www.morsmordre.net/t11272-futerkowy-problem https://www.morsmordre.net/f426-devon-appledore-wooda-road-12 https://www.morsmordre.net/t11264-skrytka-bankowa-nr-2454#346322 https://www.morsmordre.net/t11263-garfield-weasley
trouble on my mind [1945]
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach