Wydarzenia


Ekipa forum
grzebiąc w duszy (1956)
AutorWiadomość
grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]14.11.22 0:59



Копаясь в душе, мы часто незаметно вытаскиваем то, что там лежало бы.

barnabas x imogen, grudzień 1956



Jasna zieleń sukienki podkreślała bladość skóry i delikatne zarumienienie policzków zarysowanych subtelnym makijażem. Ledwie muśnięte różem kości wskazywały na wyjątkową szczupłość, którą nabyła wraz z demonami przeszłości.
Minęły dwa lata.
Matka błagała o wyrozumiałość, gdy widząc stres córki, kontrolowała dające ponieść się emocjom panienki Travers. Ozdabiały wątłą szyję ogromnymi koliami, stwierdzając, że wszakże każda wygląda na niej pięknie - w końcu, ku zazdrości innych, miała ten dar. Jej spojrzenie, wyjątkowo puste tego dnia, spoglądało na delikatne rysy młodziutkiej twarzy. Wszyscy powtarzali jej, że piękno kryje się w takich właśnie twarzach - idealnie skrojonych pod kunszt stwórcy, złowieszczych i kłamliwych, bowiem wymieszanych z nieszczerymi intencjami i ponadnaturalną aurą. Fałszywe dłonie gładziły blond włosy, upinając w wywalczony kok.
Chciała tylko płakać, zagryzając wargi przed spłynięciem pierwszych łez. Wątłe dłonie wyobraźni zatrzymywały się w ramie drzwi, broniąc przed przekroczeniem progu. Głosy niepewności podszeptywały, że oni wszyscy wiedzą - lub inaczej, dowiedzą się. Shańbi całą rodzinę, pozostając kłamstwem i niedopowiedzeniami na pergaminie historii. Pozostanie splugawiona - opluta i pokopana, by wreszcie, w akceptacji, odnaleźć dom.
Jasna zieleń sukienki była kusicielką, za którą wszyscy by ją mieli. Podkreślała krągłości i wąskie linie. Kobiece ciało, które za wszelką cenę bało się każdego ponownego dotyku. Kobiece ciało, które miało być podziwiane i oceniane - niczym trup podrzędnego ptaka, wiszący na sznurach wiejskiego bazarku. Bolesne przerwanie zarośniętej skóry ukazało na dawno nieozdobionych płatach małe, szmaragdowe kolczyki.
Minęła chwila i minął cały dzień. Moment i cała wieczność, gdy ponownie pozbierała myśli w logiczną całość. Dłoń ściskała szorstki materiał marynarki brata, a jego dłoń - tak doskonale znana, spierzchnięta słoną wodą i ciepła - gładziła ledwie na moment zaciskające się nerwowo palce. Drzwi otworzyły się z hukiem, który niemalże odebrał jej odwagę działania, którą usilnie próbowała sobie wmówić przez ostatnie kilka godzin. Kroczyła dzielnie, z zakłamaną pewnością kroków wykonywanych przez rozmiękczone nogi. Fałdy sukni falowały w rytm narzuconego chodem brata rytmu, współgrając z napiętymi, widocznymi spod materiały zarysowaniami ramion. Czuła się nijaka - zwinięta, przeżuta i wypluta. Nieinteresująca i mdła jednocześnie, jakby wszystkie spojrzenia równały ją z poziomem braku wartości. Słodki uśmiech podświadomości miał twarz demonów - przeszłości, strachu i obaw. Podpowiadał ułudne myśli i skłaniał do ucieczki, choć rozsądek podpowiadał, że prawda jest absolutnie inna.
Broda na chwilę opadła w dół, razem ze spojrzeniem.
Podnieś głowę - wypowiedział łamiący się głos matki, dzierżący specjalne miejscu pośród próbujących zakotwiczyć się myśli. Podnieś głowę, podnieś głowę. Zacumował.
Spojrzenie powiodło po pojedynczych spojrzeniach skierowanych na jej twarz. Po starym lordzie Slughorn, który szukał, już chyba trzeciej żony - za każdym razem szukając coraz to młodszej. Po nieznanych jej twarzach młodszych lordów, który oczami wyobraźni tasowali karty. By wreszcie, na ledwie sekundę, spotkać się z nieznanym dotąd chłodem ciemnego brązu. Był bliźniaczo podobny - wypełniony niewytłumaczalnym bólem, choć całe lico ukazywało obojętność przemieszaną z wyuczonym zadowoleniem. Pojedynczy kosmyk zaburzał wyrównane w spokoju mimiki brwi, a ona na moment zdawała się znaleźć ciszę wśród oceanu.
Na chwilę, sekundę, gdy ręka brata uwolniła kościstą dłoń, dając tylko niewerbalne wsparcie mową spojrzenia. Teraz był jej moment - ten jeden jedyny, w całym absolutnie życiu - by lśnić.
I ledwie na moment, na chwilę lęku, łzy napłynęły do wiosennych oczu, by wypełnić je strachem, że nikt z nią nie zatańczy.
Oni wiedzą, oni wiedzą.
A jeszcze bardziej się bała, że ktoś jednak zechce.
Zaraz wrócę.
Podmuchem powietrza rozgoniła spadający na nos kosmyk i w niezrozumiałej odwadze, udała się na drugą stronę sali. Zgromadzeni w wysłuchiwanym przemówieniu czekali na przedstawienie tegorocznych debiutantek. Panika gestów próbowała doprowadzić ją do wyjścia, przedzierając się pośród wpatrzonych w podest sali szlachciców i szlachcianek.
Imogen Nesse Travers.
Wyjrzała zza pleców, gdy wszystkie spojrzenia obejrzały się na nią. Zaciśnięte na ledwie poświtującym materiale dłonie spowiły się bolesnym dreszczem, by na moment wykonać lekki ukłon potwierdzający, że to właśnie o niej mowa. Powrót spojrzenia na cel ucieczki, który teraz przysłoniła rozbudowana klatka. Spojrzenie powoli podążające wyżej, na zarysowaną żuchwę i poznane już spojrzenie, otaczające chłodem cały obszar wokół niej. Była święcie przekonana, że pachniał niczym iglasty las w letnim urwaniu chmury. Ucieczką i spokojem ćwierkających ptaków.
- Przepraszam. - W aksamitnym głosie brakowało skruchy, którą wydawało się zgrywać ciało. Chciała przejść, dla niej wszakże przekaz ''przepraszam'' był jasny. W jej wizji, w planie wyjścia z sali, nim zlęknione oczy matki ujrzą, gdzie się znajduje, nie powinno jej już tu być. Gorset podnoszący piersi uniemożliwiał oddychanie, a gardło zaschło posuchą jakiekolwiek chęci współpracy z otoczeniem.
Chciała przejść, ale ani jeden krok nie został poczyniony.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]15.11.22 21:59
Kciukiem przesunął wzdłuż purpurowego haftu na rękawie czarnej szaty, nawet w tak ulotnym momencie nie rezygnując z maski powagi, którą najlepiej maskował chęć zaszycia się z powrotem we własnych komnatach. Trudno było podnieść spojrzenie na młode dziewczęta pełne nadziei i obaw, gdy jedna noc mogła przesądzić o ich przyszłości. Po przekroczeniu progu dorosłości stawały się obiektami wzmożonej uwagi i musiały umieć z tego faktu skorzystać, rzecz jasna szybko i mądrze, aby nie skalać dobrego imienia rodziny swym statusem staropanieństwa, choć nie znaczyło to, że lepszym wyjściem jest poślubienie wybrakowanego młodzika czy starego wdowca. Zimowe sabaty jawiły mu się mniej gorzkim spędem póki nie dorósł. W przeszłości wyobrażał sobie debiut tylko dwóch szlachcianek, lecz jedna z nich przedwcześnie pożegnała się ze światem, z kolei druga była mu tak bliska, że nie śmiałby już w podobnie ważnym momencie stać przy jej boku. Byłby niczym ciemna plama na gładkim materialne wspaniałej sukni, odciągałby uwagę i budził niesmak.
Różni są młodzi lordowie, więc i różne przymioty panien będą sobie chwalić. Jednemu drgnie serce na widok promiennego uśmiechu, drugiego zrazi ten dowód nazbyt pogodnej natury. Inny ugnie się pod mocą trzepotu gęstych rzęs, gdy kolejny będzie w melodyjnym głosie doszukiwał się znamion ślepej naiwności lub dobrze wykalkulowanej i zaakcentowanej gry słownej. Zdarzą się także ci obojętni, sądzący, że cała ta kolorowa gonitwa prowadząca do swatów jeszcze nie musi ich interesować. Im gorliwszy w rozmowie i tańcu był kawaler, tym łatwiej było podejrzewać, że został już przez krewnych przyparty do muru, aby nie przegapił szansy wyboru w tej całej wymyślnej selekcji kandydatek na żonę, póki wciąż chciano brać pod uwagę jego zdanie. To nie amanci podejmują kluczowe decyzje w temacie zawiązywania węzłów małżeńskich, choć zawsze mogli wpłynąć na końcowy werdykt nestorskich głów.
Przed nim nie ustawiał się rząd zainteresowanych panien na wydaniu, bo tak naprawdę żadna nie marzyła o życiu w Beeston Castle, a już na pewno żadna nie chciała wieść swego żywota przy boku ponurego męża. Na pierwszy rzut oka niczego mu nie brakowało – wysoki, całkiem postawny i zdrowy, trzymał się przeciętności, czym spełniał niezbędne minimum. Odstraszać mógł chłodem spojrzenia, wielokrotnie stawiano mu zarzut, że brakuje mu ikry, ale do małżonka o takim mdłym charakterze idzie się jakoś przyzwyczaić. Bardziej mogłoby doskwierać życie na uboczu, nie każdy chce utknąć w zamczysku, gdzie niewiele jest miejsca na sztukę i mało okazji do urządzania spotkań towarzyskich. Tylko wyjątkowe kobiety mogły przetrwać w takim środowisku. Nie jest tajemnicą, że pozycja wżenionej w ród damy w znacznej mierze zależy od jej relacji z małżonkiem. Wokół żelaznych zasad wciąż jest pole na drobne sugestie i negocjacje. Doskonałym przykładem dla pewnych kompromisów była jego matka, która okazała się na tyle rozsądna, aby wiedzieć jakie zasady może za milczącą zgodą męża nagiąć, a jakich granic nigdy nie może przekroczyć.
Kilka trosk pochłaniających umysły debiutantek mógł się domyślić, lecz całej reszty pewnie nigdy nie zdoła się domyślić, a co dopiero pojąć. Był uczestnikiem tego podniosłego wydarzenia, znów w roli milczącego obserwatora tym razem wtapiał się w tło. Musiał spełnić swój jedyny obowiązek podczas tego sabatu i przynajmniej się rozejrzeć. Słowa no rzućże okiem rozeszły się po jego głowie, gdy ledwie przed chwilą za plecami poganiał go jeden z braci, najpewniej czekając niemałej sensacji, może nawet przełomu u nudnie wstrzemięźliwego Barnabasa. I rzeczywiście natrafił na bodziec, który go rozbudził.
Szczupła sylwetka obleczona w zieleń, która kontrastowała i zarazem uzupełniała się z bladością skóry i srebrzyście połyskującymi blond włosami. Jasna postać, która w mgnieniu oka mogła swą urodą zniewolić wielu. Wyraźnie tego nie chciała, bo żaden śmiałek jeszcze przed nią nie padł.
Czy jego ukochana siostra byłaby w takiej sytuacji zatrwożona? Kto wyciągnąłby ku niej pomocną dłoń? Gorzka myśl przeistoczyła się w cierń kujący w serce. Nim pomyślał, postawił jeden krok, potem drugi, aż dwie ścieżki przecięły się niespodziewanie nawet dla niego. Stał się przeszkodą na drodze ku wolności. Bardzo złudnej, bo ucieczka nie odwlecze nieuniknionego. Wszyscy tu zgromadzeni mieli swoje powinności, do niej należało udawać, że przebywania wśród wnikliwych spojrzeń wcale nie sprawia jej problemu.
Imogen Nesse Travers.
Barnabas Melvin Rowle – przedstawił się w pełni, w duchu kpiąc ze sposobu wystawiania ledwie dorosłych dam na pokaz. Prezencja, pochodzenie, nad wyraz powierzchowne przedstawienie, gdzie urodziwe damy miały przewagę. Znajdująca się przed nim lady mogła być zwyciężczynią, mogła całkowicie zdeklasować konkurencję, ale nie tego chciała. – Tylko jeden taniec – zaproponował nad wyraz spokojnie, wręcz beznamiętnie, powoli wyciągając ku niej dłoń, jeszcze bardziej urzeczywistniając złożoną obietnicę. Instynktownie chciał pomóc, choć może wybrał złą metodę. Po pierwszym tańcu właśnie z nim miałaby doskonałą wymówkę, zawsze mogłaby rzec, że cały entuzjazm względem sabatu został w niej zabity przez nieokrzesanego szlachcica. Czy jednak dostrzeże dla siebie szansę? Nie uciekaj, staw temu czoło.
Barnabas Rowle
Zawód : praktykant w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
what a shame we all became such fragile, broken things
OPCM : 10 +2
UROKI : 5 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10 +2
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11448-barnabas-rowle https://www.morsmordre.net/t11452-morana#353985 https://www.morsmordre.net/t11451-future-has-its-eyes-on-you#353982 https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t11453-skrytka-nr-2504 https://www.morsmordre.net/t11454-b-m-rowle
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]16.11.22 0:58
Ceniła swoje urodzenie i nigdy nie zamierzała zaprzeczać pisanemu jej przeznaczeniu. Nie zazdrościła innym kobietom wolności, nie rywalizowała czy w najmniejszym stopniu nie konkurowała. Odwiecznym marzeniem było pozostanie obok, odnalezienie prawdziwego spokoju w dogodnym wszystkim terytorium. Rozumiała popis kompromisów i ideę decyzyjności starszych - w pełni przekonana, że kiedyś, w odpowiednich rękach, będzie w stanie błyszczeć doświadczeniem życiowym i wspierać kobiety w tym, by móc to nie zmieniać. Oczywiście nie diametralnie przez krzyk i bunt - stopniowo, tak jak postępował każdy prawdziwy strateg.
Tak, by oswajać środowisko ze zmianą.
Sabat stanowił targ dobrodziejstw - były towarem kosztownym, prezentowane w wyimaginowanych sukniach podkreślających walory. Dziewczęta nieświadome niebezpieczeństw dorosłego życia. Niewinne, często niedojrzałe do ról żon, w które próbowano je umiejscowić. Niekiedy, taka kandydatka była wybierana i pielęgnowana niczym najdorodniejszy okaz w ogrodzie, by później uciąć optymalne warunki rozwoju i wreszcie sporządzić z setek wykwintny przecier, pakując w gąszcz oblepiających spojrzeń.
Doskonale je znała - każdego po raz bała i brzydziła się tak samo. W każdym upatrywała przeżytą krzywdę, jakby miała się powtórzyć. Tym razem jednak, zamiast chłodu i wilgoci ziemi, pod młodym policzkiem znajdowałaby się pościel małżeńskich alkowy. Momentami, w tym całym stresie, wybiegała zbytnio w przód pisanej historii - gdy już zdołała pogodzić się z niechęcią do dotyku i komplementami, gdy zaakceptowała widok swojego ciała z pełną świadomością, że nie straciło wartości przez zługanie - to musiała znaleźć nowy element strachu. Młoda, nadszarpnięta psychika potrzebowała odpowiedniej dozy stresu, który powstrzymywałby ją przed odczuwaniem szczęścia - etap użalania się nad sobą był przyjemnym tłumaczeniem wszystkich niedociągnieć niechęci do ludzi.
Nie spodziewała się tutaj punktu zaczepienia - miała zatańczyć z istotniejszymi, zainteresowanymi lordami. Pozwolić po kilku drinkach plunąć tłustymi wargami, podczas próby skomplementowania jej urody. Co inny mógłby spróbować spojrzeć na podkreślony dekolt i zezwierzęcić wszystkie złudnie inteligenckie dogmaty. W istocie jednak nie klasyfikowała wszystkich jako obrzydliwych, zraniony umysł dopuszczał po prostu myśl, że to jedyni, którzy mogliby na nią spojrzeć.
A jednak, teraz otwarcie stała z propozycją wypowiedzianą przyjemnie niskim głosem. Głoski odbijały się od wnętrza wspomnień, wracając w lekkim dreszczu przebiegającym po plecach. Nie spodziewała się takiej propozycji - lecz nie ma co kryć, nie była tutaj najlepszym z wieszczy.
Samymi słowami rzucił jej wyzwanie - zatrzymał i zmusił do racjonalności, która skryła się w szamotaninie strachu i wstydu. W tym momencie musiała już ustać, twarzą w twarz z lordem Rowle, który miał już wcześniej odgrywać jedyne wspomnienie tego wieczoru. Tęczówki, na chwilę przemieszane w chłodnawą mżawkę zaintygowania. W tle zaczęła wybrzmiewać coraz głośniej muzyka. Czy nastanie ulewa?
Wszakże, daleko tu do ciszy przed burzą.
- Preferowałabym przedstawić się również samodzielnie, acz... - W pośpiesznym tonie skryła lekki uśmiech, podkreślającym skrytą w sytuacji kpinę. Jak domyślny jasnowidz był z niej denny, tak wyczucie czasu miała wprost genialne. - Miło mi, lordzie Rowle. - Tytulatura przeszła przez gardło z lekkim zawahaniem się, choć nie miało to na celu umniejszyć brunetowi. Raczej skłaniałaby się ku opinii, że bezsensowne tytułowanie przy połowie wypowiadanych zdań im umniejszało. Skoro w ceregielach etykiety musieli przypominać o swoich pozycjach, to jaką wartość mogły one za sobą nieść? Spojrzenie powędrowało w kierunku dłoni, jakby wypowiedziane słowa wybiły ją z letargu rozważania i podważań kulturowych.
Tylko jeden taniec pierwotnie brzmiało jak zawiązanie kajdan, od których próbowała uciec.
Tylko jeden taniec zabrzmiało niezrozumiałą obietnicą, która zmusiła ją do podniesienia wzroku na zastygłą w oczekiwaniu twarz.
Ten chłód, którym wydawał się emanować, był swojego rodzaju domem. Ucieczką, po którą sięgała i ona, gdy powściągliwość mimiki ograniczała się do ledwie gry spojrzeń. W tym nietypowym spotkaniu życodajnej ulewy w gęstwinie lasu i śmiercionośnego sztormu, rodziło się zaintrygowanie, które nie pozwoliło jej na odmowę. Pchnęło lodowatą dłoń na tą większą, odnajdując niezrozumiały spokój w pomieszkującej dalej niechęci dotyku. Pierwszy raz od dawna nie drgnęła, poznając opuszkami fakturę czyjejś skóry.
Nie chciała wiedzieć i rozumieć, dlaczego wydawał się jej idealną ucieczką. Nie wnikała w to, co podszeptywały głosy, gdy ruszyli jako jedni z pierwszych na parkiet. Nie odezwała się też ani słowem. Gesty stanowiły podstawę komunikacji, do której przywykła wychowaniem. Norfolk doceniał czyny. Wystarczył sam dotyk, akceptowalna granica bliskości i spojrzenie walczące ze sobą, by choć na moment nie przesunąć po najdrobniejszych szczegółach przystojnej twarzy. Niezrozumiałe pytanie zawisło gdzieś pomiędzy wargami, które rozchyliły się w delikatnym, bezgłośnym westchnięciu. Dlaczego, kolokwialnie obierając to w słowa, choć wyjątkowo dobitnie, nie zszedł jej z drogi? Czy w ogóle chciała to wiedzieć, gdy przyjemne zadowolenie rozchodziło się po ściśniętym w sukni ciele? Czego ona tak naprawdę chce?
Aby móc to przetrwać, musieli być jedyni.
A może, po prostu, to ona tego chciała.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]19.11.22 23:04
Był bliski uwierzenia, że zasłyszane gdzieś z tyłu ciche sapnięcie należało do jego drogiej matki, a jej na wpół niedowierzające i wpół karcące spojrzenie od chwili poczynienia pierwszego kroku pozostaje wbite w jego plecy niczym dwa ostrza. Musiał liczyć się z tym, że zostanie osądzony za wyjście przed szereg, kiedy inni byli bardziej uprzywilejowani i spragnieni towarzystwa. W oczach zgromadzonych na pewno zyskał opinię tego, co sprytem i łokciami utorował sobie drogę do pięknej, o ile nie najpiękniejszej, debiutantki. Może był człowiekiem milczącym, lecz nie było to bynajmniej dowodem ułomności, świat wciąż widział dokładnie takim jakim jest. Tylko ślepiec nie dostrzegłby wyjątkowej urody lady Travers, która bez podkreślania atutów na każdym kroku samym pojawieniem się zapierała dech w piersiach, stając się powodem kobiecej zawiści lub męskiego uwielbienia równego obsesji.
Wiedział dobrze skąd bierze się to piękno, a rozwaga nakazywała mu postrzegać wili urok jako obosieczną broń – dar i przekleństwo, przyczynek wzlotów i upadków, możność nakłaniania do ślepej miłości i równie ślepej w zawziętości nienawiści. Dopiero czas i doświadczenie pomaga zapanować nad wrodzonym przywilejem. Znał ciężar podobnej odpowiedzialności, na swych barkach niósł go każdego dnia, nie mogąc uciec od konsekwencji własnych zaniedbań, od tragicznego wyniku tej przeklętej zachowawczości, gdy raz należało zrobić zdecydowany krok do przodu. Czy zatem uniknął błędu, a może popełnił zupełnie inny, kiedy wprawił ciało w ruch?
Jak ten jego akt śmiałości prezentował się w jej oczach? Choć jego spojrzenie spotkało się z zielonymi tęczówkami, nie potrafił nazwać żadnej obecnej w nich emocji poza jedną. Jakże naturalne było zaskoczenie. Nie znała jego motywów, miała prawo podejrzewać go o niecne zamiary, gdy ponoć nieskory do interakcji szlachcic odżywa dopiero na kolejnym sabacie i to na widok półwili. To wypadało bardzo jednoznacznie, nawet jeśli nie szczerzył się szeroko jak idiota i nie ślinił jak pies. Był wilkiem, mógł ostrzyć kły. Najmniejszy przejaw nieufności z jej strony był w pełni uzasadniony. Przypuszczenie, że w myślach pewnie już zrównała go z innymi absztyfikantami dziwnym trafem zakuło frustracją, ta jednak nie zdołała wprawić w drżenie ani jednego mięśnia na skostniałej twarzy. Jak to ukłucia mają w zwyczaju, to również przeminęło w mgnieniu oka. Łudził się, że cień uśmiechu tańczący przez ułamek sekundy w kącikach wciąż dziewczęcych ust był prawdziwym zjawiskiem, a nie wyłącznie życzeniem skonsternowanego umysłu. Chciał wypaść przed nią znośnie i uparcie myśleć, że nie zrujnował jej wielkiej chwili, gdy chciał zwyczajnie pomóc.
Miło mi. Nie mogła go winić za to, że trudno było mu uwierzyć w prawdziwość tych słów. Jedna z wielu formułek uprzejmościowych, co świadczyć miała przede wszystkim o pobranych lekcjach etykiety. Zatem teraz on powinien coś powiedzieć, aby zapewnić jak bardzo wdzięczny jest za jej towarzystwo. A może należało rzec jak bardzo jest zaszczycony tym, że właśnie na niego padło i może poprowadzić ją w pierwszym tańcu? Przecież wymusił ten wybór, w jego ustach brzmiałoby to niedorzecznie, wręcz groteskowo. Wybrał bezpieczną opcję i w pierwszej chwili nie powiedział nic, czekając na podjęcie decyzji. Istniała możliwość, że stanowczo odmówi i spojrzeniem odnajdzie dla siebie elokwentniejszego wybawiciela. Odrzucenie nie zabolałoby w najmniejszym stopniu, skoro nie miał żadnych oczekiwań, nie zamierzał się naprzykrzać bardziej niż to konieczne. W jej mniemaniu mógł być przeszkodą, wymówką, szansą, miała sposobność dowolnie interpretować jego poczynania, szczególnie pytana o nie przez innych za jego plecami.
Dziwnie było ująć znaczniej delikatniejszą dłoń, bardzo się przy tym pilnował, nie chcąc wyrządzić żadnej krzywdy. Zwątpił w siebie, we własną bezinteresowną pomoc, gdy wprowadził młodą damę na parkiet. Pomiędzy innymi parami stanowili najbardziej wyrazisty kontrast. Dwa całkowite przeciwieństwa – on na pierwszy rzut oka sztywny i ponury, ona z urodzenia powabna i jasna. Szlag.
Nie jestem wybitnym tancerzem – ostrzegł ją jeszcze przed wyruszeniem w tan, co powinien zrobić jeszcze przed podaniem dłoni. Z pewnością utrzyma ramę i poprowadzi ją w odpowiednim rytmie, ale nie zabłyśnie przy nim tak jak przy boku bardziej doświadczonego partnera. Nie ośmieszy jej, nie podepcze nóg, prędzej sobie przyniesie wstyd zbyt skonsternowanym marszczeniem brwi. Musiał myślami przywołać podstawowy zakres wiedzy, choć ciało automatycznie wyprostowało się na wybrzmienie pierwszych nut. Ewidentnie walc angielski, ten znał najlepiej. Wobec muzyki pozostawał całkowitym ignorantem, takie pojęcia jak metrum czy tempo były mu obce, ale pewne aspekty zapamiętało jego ciało. Dumna postawa, płynne kroki, prawidłowy wahadłowy ruch par. Nie bez powodu na parkiecie pojawiał się ledwie raz na każdym sabacie.
Krótki wdech, jeszcze krótszy wydech. Prawą dłoń ułożył na wysokości lewej łopatki partnerki, lewą ujmował jej prawą dłoń. W duchu dziękował za różnicę wzrostu, dzięki której ich spojrzenia nie będą musiały spotykać się nieustannie. Pierwsze uderzenie płasko, potem akcja unoszenia. Ułatwienie miała stanowić powtarzalność ruchów. Instynktownie mocniej zacisnął usta, zdradzając po sobie jak bardzo w tej chwili skupia się na tym, co robi, aby robić to przede wszystkim w rytm muzyki.
Barnabas Rowle
Zawód : praktykant w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
what a shame we all became such fragile, broken things
OPCM : 10 +2
UROKI : 5 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10 +2
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11448-barnabas-rowle https://www.morsmordre.net/t11452-morana#353985 https://www.morsmordre.net/t11451-future-has-its-eyes-on-you#353982 https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t11453-skrytka-nr-2504 https://www.morsmordre.net/t11454-b-m-rowle
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]20.11.22 2:25
Nie oceniała go tak, jak mógłby się obawiać. Nie poddawała pod bolesny osąd, który teraz zawisł na nich w oczach wielu. Dla niej, decyzja o podaniu dłoni, była podpisaniem wyroku na własną opinię tak samo, jak i u niego. Mogła zagwarantować, że zostanie posądzona o uwiedzenie młodego, podatnego lorda. Oskarżą ją o nierozsądną politykę i obrazę tych starszych lordów, którzy mieli wobec niej pierwszeństwo. I jeśli tylko nie roztaczałaby wokół siebie słodkawej aury, wprowadzającej w otumanienie zmysłów i błogi stan przyjemności - mogliby uznać ją za głupiutką i naiwną.
Ale ona - obdarzona po matce błogosławieństwem - mogła być tylko zwodniczą i manipulującą.
I tak, gdy dłonie splotły się w delikatnym uścisku, a drobne ciało z dreszczem niepokoju trafiło w taneczny uścisk, wydała na niego wyrok i wpędziła w klatkę jej celów. Jednak ona, świadoma obaw i lęków będących tu debiutantek, wiedziała, że jedyne co może się stać, to cholera, mogą jej zazdrościć. Nie lubiła tego, nie chciała tego prowokować ani nigdy nie dążyła do takiego potoku spraw - musiała do niego przywyknąć, próbując ratować sytuację gorzkim przełknięciem własnej dumy.
Nie próbowała go również osądzać za podjętą decyzję - obawy wzrosły, bo choć nauczyła się funkcjonować w społeczeństwie różnych płci, to mężczyźni przez długi czas będą budzić w niej lęk i niesmak. W jej zmysłach, przepełnionych niezdrowo niską samooceną i ogólnie pojętym samobiczowaniem, wydawał się więcej tracić niż zyskiwać. Mógł znaleźć porządną, godną kandydatkę i spędzić wieczór w stałym, zadowolonym towarzystwie. Zamiast tego poddał się skrajnym emocjom widowni; niewychowanej, rozkapryszonej panience z rodu, o którym złośliwi mówili, że wyzbyto go manier.
I tylko na sekundę, na chwilkę ucieczki do skrajnie przeciwnych myśli, w młodej główce rozpanoszyła się wizja, że on wcale nie chciał zatańczyć z nią, co z jej urokiem. Z wyimaginowaną wizją umysłu, przemieszaną ze wzbudzonymi emocjami.
Nie chciała, nie chciała, nie chciała tak bardzo o tym myśleć. Ale - nie potrafiła przestać.
- Poradzimy sobie. - W ustach damy brzmiało to prostacko. Mogła ująć to w ,,nie ma problemu'' czy ,,poradzimy sobie, lordzie, proszę tak nawet nie mówić''. Mogła się uniżać, niczym w słownym rozumieniu, opadać na kolana i przepraszać za jego własne, wypowiedziane słowa. Mogła, ale nie chciała. Z jej ust wypłynął najprostszy, możliwy przekaz, chwilę później przeradzając go w delikatny uśmiech zrozumienia. Poddała się krokom, w pełni świadoma, że taniec nie należał do jej słabych stron. Na bogów wszelkich kultur - jak mogła nie potrafić tańczyć, gdy katowano ją tym od najmłodszych lat, a w jej żyłach płynęła krew, przynosząca cierpienie właśnie tym - tańcem.
Nie była świadoma tego, że lada moment, historie opowiadane jako przestroga młodych mężczyzn, będą bliższe prawdy niż kiedykolwiek.
Podążała nurtem kroków, starając się ustabilizować kiełkujące domysły. Wśród blond włosów dalej tkwiło przekonanie o bezwartościowości jej samej - jakby dar, czy też przekleństwo, było oddzielnym bytem w ciele, odbierającym charakter i decyzyjność. Jakby tańczący z nią teraz lord widział tylko zwodnicza łunę, otaczającą kobiece ciało. Jakby wołała o ten taniec słodkim zapachem obietnicy, a nie prozaiczną, ludzką chęcią i zainteresowaniem. Jakby ona - nie jej dar, nie to kim była - nie miała prawa kimkolwiek się zainteresować. Chciała uciec, ponownie.
Ale odważyła się spojrzeć otwarcie na zamyśloną, a raczej skupioną twarz. Na lekko zmarszczone brwi, podkreślające coraz to mocniejsze, męskie rysy. Na usta, których faktura, wydawała się teraz niemalże namacalna. Na spojrzenie, które w tym momencie, próbowało uniknąć zieleni jej własnego. W tym całym chłodzie, w byciu poważnym i statycznym, wydawał się wyjątkowy; w pewien sposób imponowały jej te starania, wypisane niemalże czarno na białym. Wskazywały na niewinność, którą mógł się cechować, a której zabrakło jego partnerce do tańca.
- Spójrz na mnie. - Głoski opadły cicho, niczym przesunięciem jedwabną chusteczką po nagim ciele. Nie potrafiła tego kontrolować, jeszcze nie tak, jak starsze krewniaczki. Aura roztaczała się proporcjonalnie do emocji, a tych mieli w bród; przesyt przelewał się na parkiet. Mogła sprowadzić na niego piekło, choć, w istocie, zamiar miała absolutnie inny. Instynktownie przesunęła kciukiem po fragmencie jego dłoni, zaciskając również palce spoczywające na ramieniu, w tym samym momencie, co uniesienie brody zwiastowało wysmuklenie szyi.
- Doskonale nam idzie. - W nienaturalny i pełen manipulacji sposób - jakże miała potem tego żałować - ten moment stał się ich. Bez lordów i lady, bez grzeczności i formalności. Bez wymagań i zobowiązań, które niosłyby za sobą na wpół nieszczere dialogi. Była skrajnie nierozsądna, bo w każdym absolutnie momencie powinna dbać o siebie - to powiedziałaby jej matka, jego matka i każda inna kobieta otaczającej ich socjety. Ale ona, w niezrozumiały sposób, zapisany w szczerym, życzliwym charakterze, chciała jego ulgi. Spokoju, który przeszedłby wzdłuż kręgosłupa i spojrzenia, choć na moment wypełnionego tym, co zdołała zobaczyć wcześniej.
Pewnością.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]25.01.23 21:29
Chciał przebrnąć przez ten jeden taniec szybko i bezboleśnie, jednak ciało stawiało opór w realizacji prostego zamysłu. Ramiona utrzymujące za wszelką cenę ramę były nazbyt sztywne i być może męska sylwetka przybrałaby karykaturalnego kształtu, gdyby wyćwiczone mięśnie nie wiedziały lepiej, że wcale nie muszą pozostawać nieustannie napięte. Instynktownie skupił się na zadaniu, baczniej pilnując własnych kroków niźli tych kobiecych. Zapewnienie swobody partnerce w tak nieumyślnie nieporadny sposób ktoś z boku mógłby uznać za próbę ignorowania jej osoby, tymczasem Barnabę niespodziewanie opuścił ułamek wcześniejszego zdecydowania. Łatwo było uporać się z krytycznymi spojrzeniami, a świadomość bycia obiektem szczególnej uwagi przy boku wyjątkowej debiutantki nie stłamsiła jego pewności siebie. Przeszkodą na drodze stania się dumnym partnerem tanecznym był lęk, że to właśnie dama, której niósł pomoc, spojrzy na niego z rozczarowaniem, jeśli jakimś cudem nastąpi na jej delikatną stopę. Dzięki wspólnemu tańcu na samym początku przyjęcia mogli stać się dla siebie wzajemną wymówką do unikania parkietu przynajmniej przez kilka następnych utworów. Przecież nie mógł się mylić, kiedy ich spojrzenia spotkały się kompletnym przypadkiem po raz pierwszy, a w jej oczach dostrzegł strach wymieszany z chęcią ucieczki. Uciec byle jak najdalej od kryształowych kieliszków, muzyki, ludzi, salonów. Uciec od całego świata. Dobrze znał to pragnienie, i nawykł do tłamszenia go w sobie, ponieważ wszelka obawa była słabością, na jaką nie mógł sobie pozwolić.
Poradzimy sobie.
Może to światło kryształowych żyrandoli kłamliwie padło na jej twarz? Może dostrzegł ledwie iluzję, która w dużej mierze mogła być podyktowana życzeniem, aby emocje skrywane przez niego samego rozlały się na cudzej twarzy. Swój umysł mógł karmić szlachetnymi pobudkami, lecz pchnął go ku niej czysty egoizm, który mamił bardziej niż jej piękno.
Wcale nie pretendował do stania się opoką, miał być raptem chwilowym wsparciem, ale przede wszystkim miał nie wyrządzić żadnej szkody. Tymczasem to ona w chwili zwątpienia pomogła mu odnaleźć się na nowo. Jej głos otulił go całego niczym morska toń, a ciepły prąd pomknął wzdłuż ciała, wędrówkę zaczynając od miejsca, gdzie dziewczęcy kciuk potarł chłodną skórę. Samo doznanie było niczym przywidzenie, błysk kolorowej abstrakcji w szarym świecie, prawie jak sen na jawie. Zaskoczenie poderwało brew, następnie napływ jakiejś trudnej do zidentyfikowania ulgi pomógł jej wrócić do naturalnej pozycji. Nieprzyzwyczajony do tak subtelnej bliskości młody lord Rowle musiał skapitulować, gdy przez wypowiedziane miękko słowa przedarło się twarde polecenie. Drgnął niewidocznie, nie gubiąc przy tym dobrze znanego rytmu walca.
Spojrzenie zielonych oczu skruszyło opór, skróciło dystans, jednak nie ten między dwoma ciałami, odpowiednia odległość w tańcu musiała zostać zachowana za wszelką cenę. Inaczej na nią spojrzał – uważniej, dociekliwiej, posłuszniej, wreszcie żywiej, mniej już bojąc się okazania po sobie choćby cienia emocji. Dalej miał przed sobą jasną istotę, lecz w inny sposób emanowała urokiem. Zielony odcień sukni nabrał większej głębi, kolia zdobiąca szyję przemieniała odbite światło w całą gamę barw. Miała zapewnioną jego niepodzielną uwagę, bo teraz ciało poruszało się samo; koordynacja ruchów była łatwiejsza od kiedy nie było potrzeby analizować każdego kroku. Doskonale im szło, nie miała powodu kłamać w tej kwestii. Czuł jak sztywność opuszcza jego kark, jak mięśnie ramion rozluźniają się ostrożnie, a jego prawa dłoń pewniej przylgnęła do ciała damy, podtrzymując je asekuracyjnie. Tak jak dłoń znała swoje miejsce, on również znał swoją rolę.
To tylko twoja zasługa – stwierdził bez zawahania, w żadnym razie nie szukając poklasku, choć poczuł coś na kształt satysfakcji rozlewającej się ciepłem po całej klatce piersiowej. Głupotą było podejrzewać, że pomógł jej lśnić na parkiecie, ale w tej właśnie chwili czuł się wpółprzytomny. Na podniebieniu osiadł posmak słodyczy, płuca wypełniła subtelna woń piękna. Był oczarowany prezencją lady Travers.
Świat wokół nich nie zniknął, trwał tak jak zwykle – krytyczny wobec potknięć i nieprzejednany. Tylko tańcząca z nim dama miała wobec niego gram sympatii, nawet jeśli podyktowany litością. Muzyka w końcu ustała, również oni mogli się zatrzymać. Kolejna fala ulgi zalała jego ciało, bo nastał koniec tanecznej próby sił. Uwolnił jej dłoń ze swojej, odsunął się ostrożnie, a wraz z kolejnym wdechem wolnym od bliskości drugiej osoby odzyskał zdrowy rozsądek. Wiedział co się wydarzyło i wpierw podejrzliwie spojrzał na własne palce nękane niezrozumiałym mrowieniem. Gdy powrócił wzrokiem znów do twarzy partnerki, poczuł się znów spokojniejszy.
Dziękuję – zwrócił się do niej i ponownie wyciągnął w jej stronę dłoń. Intencję miał jasną, zamierzał opuścić parkiet.
Barnabas Rowle
Zawód : praktykant w Departamencie Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
what a shame we all became such fragile, broken things
OPCM : 10 +2
UROKI : 5 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 10 +2
ZWINNOŚĆ : 11
SPRAWNOŚĆ : 14
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11448-barnabas-rowle https://www.morsmordre.net/t11452-morana#353985 https://www.morsmordre.net/t11451-future-has-its-eyes-on-you#353982 https://www.morsmordre.net/f361-cheshire-beeston-castle https://www.morsmordre.net/t11453-skrytka-nr-2504 https://www.morsmordre.net/t11454-b-m-rowle
Re: grzebiąc w duszy (1956) [odnośnik]29.01.23 3:31
Nie potrzebowała wymówki, choć mogłoby to stanowić gwarant, iż pozostanie on w tej historii na dłużej. W tym momencie - chwili, ułamku monotonnie przeplatanego sabatami i balami życia - był błyskiem. Krótkim, wyjętym spośród chłodu i ciszy burzy, niezbyt jaskrawmy, co ukrytym za gęstwiną lasu. W pierwotnym zamyśle prawdopodobnie mógł uderzyć w pobliżu, poruszyć ziemią na której powinna się położyć, aby móc wyjść cało. Ale nie zadecydował jeszcze o sile uderzenia. Nie odnalazł punktu zapalnego - czubka, który przejąłby całą energię zgromadzoną w zbitych w cienką linię ustach. Wydawał się daleki decyzji, kumulując współdzielony moment w unikaniu prowokatora.
Jego ucieczka, intrygująca o tyle, że stanowiąca niebanalny komplement, wyszarpywała na delikatnej twarzy grymas niepewności. Niczym zaciskane na wątłej talii sznurki gorsetu, nie wiedziała jak daleko sięga; jak daleko zakorzenia się unikanie kontaktu. Nie wybijała go z rytmu, kształtując maskę obojętności, aż do idealnego momentu, w którym myśli rozpanosiły się w gestach i emocjach. Żałowanie smakowało próbą pozbierania galopujących konsekwencji w ciąg przeanalizowanych strat. Niepewność odpowiedzi stanowiła obosieczną broń, po którą głupcy sięgali wręcz namolnie. Nieświadomi głębokości ran, kruchości kości.
Teraz - teraz nie wiedziała, dlaczego tak postąpił.
Gdyby jego powódki kryły się w okrytych cieniem czy niesmakiem planach i pragnienach, nie zareagowałby tak, jak objawiło się to z jej strony. Rozszerzone krótką hipnozą tęczówki zbierały w mapę pojedyncze reakcje. Zaskoczenie, niepewność, posłuszeństwo, wreszcie oddanie i hołd, który zapieczętował zjednaniem spojrzeń. Szkic reakcji miał pozostać pod powiekami, choć prawdopodobnie oboje sądzili, że będzie to ledwie moment. Ostatni, zapieczętowujący regres w oczach innych; tych, którzy kierowali się spisanymi regułami, wyzbytych ze współdzielonych emocji.
- Ty również masz po swojej stronie zasługi, czyż nie? - Wyzbycie jej kajdan, mimo zablokowania ucieczki. Uspokojenie głosu, który teraz gładził zgęstniałą przestrzeń okalającą parkiet. Wreszcie podjęcie decyzji, w której dał jej wybór poza zastosowaniem naturalnie wyuczonej formułki. Podał możliwość, zamiast narzucać rozwiązanie. Był absolutnie jej własną decyzją, której mimo bacznych, oskarżycielskich spojrzeń, nie miała zamiaru żałować. Nękana poczuciem winy, nakarmionym swawolnym odejściem od reguł, postanowiła pójść o krok dalej. Muzyka ucichła.
Skinęła głową w odpowiedzi, nie pozwalając pokrytym lekkim błyskiem ustom wypowiedzieć tego samego. Gula w gardle przebijała się przez tkanki, opuszkami palców niepewnie pochwyciła bliźniaczy fragment dłoni, którą ledwie przed momentem wykorzystała przeciwko dla niego niemu.
Lęk o siebie, o niego, o zawiłość sytuacji przeplatał się i walczył z błogim ciepłem bijącym od pochwyconej ręki i uczucia bezpieczeństwa, gdy delikatnie się na niej wsparła. Gdy przystanęli, a jej dłoń powinna momentalnie opuścić jakąkolwiek formę dotyku, zagryzła policzki i na moment walki samej ze sobą przymknęła powieki. Nie wiedziała co powiedzieć, chcąc powiedzieć przepraszam, choć wiedziała, że i tak by to powtórzyła, bo czemuż miałaby żałować?
- Jest jeszcze czas by uciec. - Rzuciła, pozbywając się z ramion ciężaru zastanowienia. - Bez żałowania, przeprosin i podziękowań. - Mówiła o rodzinie, o nich, o ludziach spoglądających na ich wewnątrzną, niemalże niemą scenę. Podniosła spojrzenie na twarz Barnabasa, ledwie za chwilę i na chwilę, sprowadzając je spowrotem na dłoń.
- Minie szybciej, niżbyś się spodziewał. - Wysunęła dłoń, przełykając gorzki posmak zawstydzenia przemiesznego z nieudolnymi próbami przebicia się przez sytuacyjną kopułę dumy.
Chciała i nie chciała, walczyła i uciekała. Nie potrafiła się zdecydować.
Wolność - wielkie drzwi sali balowej - była tuż przed nią, bliżej niż dalej, posiatkowana przechodzącymi, nieistotnymi osobami. Zaczeła się wycofywać, płoszyć i panikować, choć na dziewczęcej twarzy rysowała się mimika ogłady. Mogła wybrać wszystko, zdecydować o kursie i rozłożeniu żagli - ale nie rozumiejąc i rozumiejąc aż za bardzo, potrafiła tylko dryfować. Krok do tyłu, lekki, nerowy ukłon. - Dziękuję. - Cichsze, przestraszone. Wcelował w czuły punkt, którego się nie spodziewała - w szczerość, której niezrozumiale zaufała. Autentyczność, której nie powinna ufać, korzystając z własnego zakłamania rzeczywistości.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
grzebiąc w duszy (1956)
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach