Wydarzenia


Ekipa forum
mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953]
AutorWiadomość
mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953] [odnośnik]16.11.22 22:54



И только то, что ты это забыл, не значит, что ты прощен.

elvira x imogen, czerwiec 1953


Szklany dzban rozbił się hukiem na pobladłej ścianie pokoju, pokrywając ją krwistą czerwienią wina. Halka spływała po ciele, drażniąc zmarźnięte ciało, pokryto kroplami lodowatej wody. Ponoć schudła do tego stopnia, że co nowsze służki mówiły o duchu Norfolku.
Ona była tym duchem.
Od miesiąca.
Nawet medykamenty znane nadwornym znachorkom nie pomagały w wymiotach. Każdy pokarm kończył się trzęsącym się ciałem, zwiniętym w lodowatym rogu pokoju. Dziekowała wszelkim mocom tego świata, że jej brat wypłyną kilka tygodni wcześniej - oglądanie tego obrazu sprawiłoby mu ból, a na to nie mogła sobie pozwolić. Łzy kołatały pomiędzy zmęczonymi bezsennością powiekami.
Mówiono o histerii, mówiono o chorobie morskiej.
Mówiono, że mogła być brudna.
Brzemienna.
Pot przemieszał się z lodowatą kąpielą - gdy w opuszczonej łazience siedziała sama. Woda wystygła godzinę temu, choć może i dwie. Opuszki pokryły się charakterystycznymi fałdkami dawno temu. Nogi przylegały do siebie, dłonie do torsu, jakby delikatne otulenie wody sprawiało ból. Dotyk służki próbującej założyć na nią suknię kończył się krzykiem.
Uderzeniem dłonią w niewinny, delikatny policzek młodej twarzy.
Do jej komnaty wchodziła tylko jedna, starsza pracownica, tęga i wysoka. Pragmatyczna, zwykłe oziębła, choć spoglądając na obraz rysujący się przed jej oczyma nabierała delikatności. Współczuli jej i choć prawdziwa Imogen nie potrafiła wyobrazić sobie takiego uczucia, to ciału zwisającemu teraz przez miedzianą strukturę wanny było to obojętne.
Oni, czarodzieje - ludzie - wychwalali istnienie świadomości i rozumu. Szczycili się tym. Ale umysł, jej umysł, to klata pokryta kolcami. Nieustannie powracająca do bólu, łez pochłanianych przez lodowatą ziemię. Poddanie się, gdy przestała tracić oddech wśród zaciśniętej na buzi ręce. Pamiętała ból ud wygiętych w nienaturalny sposób, pamiętała ból każdego jego ruchu. Każdej próby rozmowy i przeprosin. Pamiętała krew na palcach ledwie sprzed kilku miesięcy i jej brak od tego czasu. Pamiętała ból przy każdym postawieniu kroku na schodach niedaleko wielkiej sali.
Teraz to wszystko tkwiło w jej głowie - w niezaprzeczalnym lęku, wstydzie i obrzydzeniu. Obawy przeszły powoli na strach o rodzinę i to, co się stanie, jeśli ktokolwiek się dowie. Obawy miały w geście kładzenie ręki na brzuch, gdy bolesne plotki uświadomiły ją, że ma objawy stanu błogosławionego. Obrzydliwa, szlachecka dwulicowość.
Miała też objawy traumy - przeżywania czegoś niebotycznie poniżającego, obrzydliwego i niezrozumiałego. Odciskującego piętno na każdym fragmencie jej przyszłego życia - na zdrowiu, relacjach, małżeństwie, dzieciach. Na możliwe najbrutalniejszym z bólów, które mogłaby przeżyć. Wtedy, wtedy pragnęła, by to się skończyło.
Teraz pragnęła skończyć to.
Założyła pierwszą lepszą szatę, choć i ta była na nią za mała. Nie była w stanie wykonać ani jednego zaklęcia - nie sięgąła po różdżkę od tak długiego czasu, że trzymanie jej w dłoni wydawało się nienaturalne. Siedziała na krześle, trzymając dłonie pomiędzy kolanami. Czerń odzienia sprawiała, że promienie słońca raziły schowaną w wiecznym półcieniu skórę. Kapelusz zakrywał w mroku sińce oczu.
Nie miała siły udawać.
Czekała na nią - kobietę. Nie wyobrażała sobie rozmawiać teraz z mężczyzną, gdy każda obecność powodowała lęk. Dłonie zaciskały się na materiale sukni. Próbowała nie płakać, gdy gula w gardle uwierała przy każdym połknięciu śliny, lecz te kilka łez odziało wychudzony policzek. Słyszała doskonale, że jest 'ciężkim przypadkiem', słyszała kpinę, gdy zapytana co jej dolega, odpowiedziała, że nic, że chce porozmawiać z kobietą. Słyszała - choć, najprawdopodobniej, to wszystko było jej wyimaginowaną wizją.
Słyszała stękot drzwi, gdy wybrali już kozła ofiarnego na rozmowę z nią i gdy tylko pierwsze kroki zostały postawione, cztery ściany odbiły półszept przepełniony nutą zawachania i udolnej próby zaczerpnięcia oddechu.
- Niech Pani nikomu nie mówi.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953] [odnośnik]30.11.22 14:57
this is what makes us girls


Wysyłanie Elviry wszędzie tam, gdzie nikt inny nie mógł albo nie chciał (raczej nie chciał) sobie poradzić stało się w niedługim czasie zwyczajem starszych uzdrowicieli na oddziale. Nie chodziło o te ciekawe, skomplikowane medyczne tajemnice, och nie. Była jeszcze na początku kariery, do tego kobietą, ważnych i przełomowych casusów nikt nie zamierzał jej powierzać. Musiała o nie sama walczyć, torować sobie drogę na przód szeregu z pomocą szponów i zębów. Oschła, zimna Multon, żelazna dziewica Munga, Elvira, której nikt nie lubił i której chętnie zwalano na głowę to co mogłoby ją złamać, gdyby była choć w połowie tak wątła za jaką ją uważali. Ale szczupłość ciała, kościstość palców i delikatność lica nie miały żadnego związku z jej determinacją do zostania wielką uzdrowicielką. Któregoś dnia przegoni aroganckiego ordynatora, tych wszystkich pompatycznych elegancików w limonkowych szatach przekonanych o własnej mądrości. Czuła, że jest od nich lepsza, dlatego nawet nie mrugnęła okiem, gdy posłano ją do "babskiej histerii".
Do młodziutkiej dziewczyny, której podobno nie było nic poza nastoletnim wydziwianiem, ale była szlacheckiego pochodzenia, więc trzeba ją było potraktować poważnie i przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Dziewczyny, która od początku zażądała kobiety (oni zawsze żądali), a jej męscy koledzy przyjęli to jak błogosławieństwo, bo nikt nie chciał się z tym użerać. Z odpowiedzialnością za lady, która postradała zmysły. A Elvira - cóż, może się potknie, myśleli, może jak zwykle powie o kilka słów za dużo i w końcu ją zwolnią. Byli w błędzie. Odkąd podjęła studia nad chorobami genetycznymi, nauczyła się rozmawiać ze szlachtą; była w końcu ich uzdrowicielką a nie damą do towarzystwa i oczekiwano od niej przede wszystkim profesjonalizmu.
Przed drzwiami prywatnej jednoosobowej sali poprawiła kołnierz swojego pracowniczego kitla i westchnęła. Nie była zestresowana, może tylko nieco zaintrygowana. Nie wierzyła w histerię, była ciekawa, co też może czekać ją za wyzwanie. Ciasno związane na karku włosy, różdżka w przedniej kieszeni i dociśnięta do piersi karta pacjentki nadawały jej powagi, którą mogła odejmować młoda twarz i złośliwe skrzywienie warg.
- Dzień dobry, nazywam się Elvira Multon i będę pani uzdrowicielką, lady Travers - odbębniła formułkę na wstępie, zbliżając się od progu do łóżka w kilku szybkich, zdecydowanych krokach. Po drodze zdążyła przysunąć sobie krzesło, na którym usiadła, marszcząc brwi. Dziewczyna wyglądała naprawdę źle; szara twarz, matowe włosy, szczupła, mizerna. To nie była kwestia ostatnich kilku dni. - Obowiązuje mnie tajemnica - przyznała natychmiast, bo dziewczyna podsyciła jej ciekawość. Zarysowała też pewne podejrzenie; czyżby chodziło o kobiece sprawy? Nastoletnią przygodę, niechcianą ciążę, problemy z krwawieniem? - Nikt nie dowie się o niczym, co zostanie powiedziane w tej sali, ale coś powiedzieć musisz. Inaczej ci nie pomogę - Nigdy nie była specjalnie zgrabna w słowach, ale kiedy nachyliła się nad młodszą dziewczyną, nie była już tak oschła. Co poradzić, że miała pewną sympatię do kobiet.
Histeria, też mi coś.



everyone wants a strong woman
until she actually stands up
suddenly she is too much
she has forgotten her place
Elvira Multon
Zawód : Anatomka, uzdrowicielka, koronerka (wkrótce)
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
valar morghulis
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
Re: mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953] [odnośnik]09.01.23 12:23
Robiła to raz pierwszy, drugi i następny. Zaciskała paznokcie na wewnętrznej stronie dłoni, błagając o chwilę otrzeźwiającego bólu - ten, który odsuwał cierpienie duszy i zagubienie umęczonych zmysłów. Była w wiecznej fazie ucieczki - ciągłym poszukiwaniu pomocy, błaganiu o nią - niewypowiedzianie, zachowaniem i gestami. Spojrzeniem, tak pustym, że zdawała się martwa. Być może, być może umarła te kilka miesięcy temu.
I bała się tylko tego, że nigdy więcej się nie narodzi.
Zauważywszy kobietę, tę o którą prosiła, gdy żądanie wymaga zanadto energii, nie czuła się wcale lepiej. Sądziła, że ten widok ją uspokoi, wprawi w kojące poczucie zrozumienia. Ale w świecie w którym się wychowywała - w kulcie czystości i nietykalności - nawet kobiet nie mogła być pewna. Nawet lekarzy, którzy mieli swoją wiedzą ją chronić.
Nawet siedzącej pod drzwiami guwernantki, która planowała już szereg złośliwości za uniemożliwienie jej wejścia do gabinetu, co przecież obiecała jej matce. Nie mogła ufać nikomu, już nigdy, bo choćby wyszła ,,szczęśliwie'' za mąż i urodziła gromadkę szlacheckich dzieci, to każde pomówienie przyniosłoby straty.
Nie jej, lecz rodziny.
Gdyby ktokolwiek dowiedział się do tym wszystkim teraz, nazwisko Travers ponownie trafiłoby na piedestał hańby, a ona - ona zostałaby wżeniona w byle pomniejszy ród, przygłupiego, naiwnego panicza, by ukryć jakiekolwiek objawy istnienia kogoś takiego w rodzinie. Choćby jej uwierzyli - matka zalała się łzami a brat i ojciec chcieli pomścić cierpienie najmłodszej latorośli - to nie uwierzyliby wszyscy. Nigdy. Zerwałaby, niczym wilczymi pazurami, resztki dobrobytu, szacunku i przyszłości. Jakże jej nieskuteczne ukrywanie tajemnicy byłoby samolubne.
Milczała, czując na sobie spojrzenie. Chciała być silna tak, jak przystało na Traversa - odważna, prawdomówna i nieustępliwa. Wszystko to w niej kiełkowało, gdy przed oczami Elviry plasowało się siedzące nieruchomo dziewczę, w pewien sposób bardziej przerażone swoim własnym strachem niż tym, co musiała teraz zrobić. A jednak, gdy tylko usta rozchyliły się, by cokolwiek powiedzieć, z kącików oczu popłynęły strugi słonawych łez, pozostawiających białe smugi na przypudrowanym nosku. Podniosła głowę, by odchylić się do tyłu i z głośnym stuknięciem uderzyć głową o ścianę za łóżkiem. Powieki przymkneły się do momentu, gdy obraz przed nią stał się rozmazany, a głowa z całym tułowiem zaczęła szamotać się w lewo i prawo, poszukując ucieczki od boleśnie napiętego karku. Blond włosy kruszyły się, napotykając na chropowatość białej farby, a powieki uniosły, zielone oczy kierując na sufit. Przekrwienie gałki ocznej, sine wory pod oczami, pozostałości po starych, ledwie gojących się ranach na policzkach - cały obraz krzyczał cierpię, ale ona nie potrafiła tego wypowiedzieć.
- Ja... - Przełknięcie śliny skończyło się lekkim kaszlnięciem w wychudzoną dłoń. Oddech był głośny, nerwowy. Próbowała złapać przelatujące myśli w sieć zrozumiałego przekazu. Bała się powiedzieć, jakby skryte w murach uszy miały tylko czekać na łupieszczy zwrot.
Nim jednak cokolwiek powiedziała, w przypływie nerwowego świądu, podniosła skrawek sukienki do pół ud - tak cholernie niepoprawnie, tak zwierzęco, jak tylko mogła zrobić osoba, która pragnęła teraz wyjść ze swojej skóry. Pożółkłe, rozległe plamy gojących się krwiaków pokrywała gęsia skórka wstydu, daleka uczuciu zimna.
Paznokcie zaczęły nerwowo zarysowywać czerwone ślady drapania na skórze kolan, by po chwili przestała, pozwalając ostatnim łzom spłynąć na kanciaste kształty żuchwy.
- Muszę wiedzieć, czy wszystko dobrze.
Nie było dobrze, ale dobrze oznaczało tajemnicę. Dobrze, oznaczało szereg kłamstw jej przyszłego życia. Dobrze, czyli tak, by przetrwać.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953] [odnośnik]22.01.23 20:59
Elvira nie była wrażliwa, nie była też przesadnie empatyczna - ta cecha, będąca ponoć podstawą zawodu uzdrowiciela (co uważała za romantyczną ułudę i bzdurę), wygasła w niej na długo przed przywdzianiem kitla, zastąpiona narcystycznym egoizmem. Ale była dobra w tym co robiła i umiała zająć się pacjentem tak, by poczuł się zaopiekowany. By wyobraził ją sobie taką, jaką chciał ją widzieć, naiwnie sądząc, że ciepłe słowo pomogłoby mu lepiej niż wprawna ręka i różdżka. Choroba i śmierć były ciężkimi przeciwniczkami, tym cięższymi, że obie przyjmowały formę żeńską. Wybrała sobie najtrudniejszą specjalizację, bo wierzyła w to, że może im sprostać.
Czasami jednak trafiał się przypadek, w którym zwykłe postawienie diagnozy i zaordynowanie leczenia nie przyniosłyby skutku. Te bardziej skomplikowane, zawiłe w swoich warstwach nakładających się cierpień osobistych, emocjonalnych i społecznych. Nie radziła sobie z tym tak dobrze jak z serpentyną, ale mogła spróbować. Nie miała wyjścia, bo kobiet tu nie było wiele, więc dziś ona została oddelegowana do uciążliwego zadania. Skinęła głową kobiecie czekającej na korytarzu, bez formalnego przywitania, bo nie czuła takiej potrzeby. Jeden rzut oka na ubiór i postawę mówił, że to nie matka, nie lady Travers. A co ją w tym momencie obchodziła służba.
Dziewczyna na łóżku była młoda, praktycznie dziecko, blada i woskowa, o martwym spojrzeniu. Widziała już coś takiego u matek, które traciły dzieci i u kobiet umierających młodo na śmiertelną bladość. To byłoby bardzo proste, gdyby jej pacjentka była zwyczajnie dziedzicznie chora, ale podświadomie czuła, że nie chodzi o to. Ktoś musiał ją skrzywdzić, raczej nikt z rodziny, bo wtedy by tu nie trafiła. Wtedy byłaby skazana na życie pełne bólu. A teraz?
Usiadła obok, by nieco zrównać się z nią poziomem, nie górować jak wyrocznia. Podsunęła dłonią po stoliku drewniane pudełko z chusteczkami. Widziała już tyle łez, a te wciąż wprawiały ją w dyskomfort. Nie wiedziała co powiedzieć, ale wolała jej jeszcze nie dotykać. Zareagowała dopiero, gdy dziewczę zaczęło rzucać się po łóżku, w napadzie, który nijak nie przypominał zwyczajnych drgawek. Histeria? Nie, strach.
I wstyd.

Długa biała różdżka przytknięcia do skroni oraz łagodne ostrzeżenie pozwoliły uzdrowicielce rzucić skuteczne Paxo Maxima. Umysł chorej miał się w ten sposób wyciszyć, zwolnić, do punktu, w którym będzie w stanie zaczerpnąć pełen oddech i wyrazić myśli, z którymi walczyła. Miała małe rany na ciele, fakt, ale nie były one śmiertelne, nawet nie na tyle poważne, by leczyć je w szpitalu. Kaszlała i dyszała, ale nie była chora na płuca.
Wszystko stało się jasne, gdy podciągnęła skraj sukienki. Elvira najpierw uniosła brew, a potem skinęła głową, powolnym ruchem przejmując od dziewczyny materiał i podciągając go wyżej. Była delikatna.
- Obejrzę cię teraz. Zrobię to szybko i dyskretnie. Nie obawiaj się, nic ci tutaj nie grozi. - powiedziała nieco ciszej, łagodniej. Gdzieś w klatce piersiowej, na poziomie mostka, krew jej zawrzała i zaczęła palić. Miała ochotę krzyczeć, drapać i rozerwać mglistego mężczyznę od środka, ale zachowała stoicki spokój. - Nic ci już nie grozi - dodała jeszcze ciszej, łapiąc dziewczynę za dłonie, które były blade i zimne, a pod paznokciami miały krew z zadrapań. Ułożyła nadgarstki Traversówny wzdłuż ciała, zanim ostrożnie schwyciła za kościste kolana, żeby je rozchylić.
Nawet sylwetkę miała jeszcze bardziej dziecięcą niż kobiecą.
Oceniła wszystko, starając się korzystać bardziej ze wzroku niż dotyku, zapamiętując każdego siniaka, każde krwawe podbiegnięcie i naderwaną tkankę. Wszystko się już goiło, widać było, że ktoś o to zadbał, stosował maści, środki, ale dziewczyna musiała być w szoku, nie dała się wcześniej dotknąć uzdrowicielowi. Chyba była pierwsza, ale wcale nie czuła się z tego powodu dumnie. Poinformowała na głos o tym co zrobi zanim jeszcze uniosła różdżkę i powiodła ją po białych udach, by wspomóc gojące się rany, zelżyć ból, zatrzeć ślad. Potem dopiero odszukała wzrok dziewczęcia, opierając łokieć na krawędzi łóżka. Cienkie usta Elviry były mocno zaciśnięte, ale zmusiła się do tego, by złagodzić oschłość w głosie. Nie na nią była zła.
- Będę musiała zbadać cię też wewnątrz. To znaczy, że musisz rozchylić nogi i starać się ich nie zaciskać. Zrobię to najszybciej jak mogę i niczego nie poczujesz. - Zadba o to, znała zaklęcia. - Nikt poza mną nie będzie o niczym wiedział. Nie napiszę raportu. - A raczej, napisze go fałszywie. - To co cię spotkało jest niewybaczalne. - Sama nigdy by nie wybaczyła. Wciąż była dziewicą. - Zrobię wszystko, aby nie wpłynęło na resztę twojego życia. - Naprawi ją, na ile można, choć niektórych ran nie dało się zaleczyć w pełni. Frustrowało ją to i napawało cierpkim obrzydzeniem. Magicznie wytworzone błony dziewicze zanikały z czasem. Bolały bardziej przy uszkodzeniu. Nie skaże na to tej młódki. Ale mogła poświadczyć w dokumentach, że jej czystość została zachowana. Żaden głupi lord nie zrozumie różnicy, która była subtelna. Znacznie subtelniejsza niż wskazywałoby na to społeczne znaczenie. Wiedziała, że życie tej dziewczyny byłoby koszmarem, gdyby prawda wyszła na jaw i nie zamierzała na to pozwolić. Wystarczy już, że któregoś dnia zniewoli ją jeden mężczyzna.
Była zdecydowanie zbyt młoda.
A jeśli zaszła w ciążę, jej ból dopiero się zaczynał.



everyone wants a strong woman
until she actually stands up
suddenly she is too much
she has forgotten her place
Elvira Multon
Zawód : Anatomka, uzdrowicielka, koronerka (wkrótce)
Wiek : 29 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka,
za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!
OPCM : 9 +1
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 28 +2
TRANSMUTACJA : 15 +3
CZARNA MAGIA : 17
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarownica
valar morghulis
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6546-elvira-multon https://www.morsmordre.net/t6581-kim https://www.morsmordre.net/t6579-don-t-do-that-to-yourself#167665 https://www.morsmordre.net/f416-worcestershire-evesham-dom-nad-rzeka-avon https://www.morsmordre.net/t6632-skrytka-bankowa-nr-1656 https://www.morsmordre.net/t6583-elvira-multon
mój umysł kryje klucz [czerwiec, 1953]
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach