Wydarzenia


Ekipa forum
[SEN] Z młodej piersi się wyrwało...
AutorWiadomość
[SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]12.12.22 5:07
Ciepła poświata migocze na szkle - najpierw blado,  ale z każdym dniem coraz mocniej.
Gdy je znalazłem, było pęknięte. Nie złamane, takie trafiają się tylko po nagłych traumach i rozstaniach, ale całe popękane. Jakby należało do kogoś, kto całe życie obawiał się, że nie spełni cudzych oczekiwań, kto dusił się pod presją. Podejrzewam, że moje wyglądałoby podobnie, ale ja nigdy swojego nie zgubiłem i chyba nie chciałbym go wyciąć.
Obejrzałem znalezisko dokładnie, ale nie znalazłem śladów noża. Ktoś albo pozbył się go bardzo starannie, skalpelem, albo zgubił je całkowicie niechcący. Zagadka. Kiedyś je o to spytam, ale na razie jest zbyt płochliwe. A poza tym, lubię zagadki.
Słój przyciąga moją uwagę i wkrótce patrzę przez szkło przez większość wolnych chwil. Z satysfakcją obserwuję, jak świeci coraz jaśniej. Najpierw było całkowicie przygasłe, zaschnięte, składające się z siatki pęknięć. Ledwo biło. Reanimowałem je dobrych kilka minut, a potem delikatnie zamknąłem w słoju, podlałem wodą. Postawiłem na parapecie, żeby miało sporo słońca.
Często do niego mówię. Najpierw je uspokajałem, potem opowiedziałem trochę o Walii i Orestesie, wreszcie o sobie. Nie jestem pewien, czy mnie rozumie, ale zdaje się świecić coraz jaśniej, coraz cieplej. Czasami splatam palce wokół słoika i czuję, że nawet szkło jest gorące.
Muszę pomyśleć o innym naczyniu, bo moje znalezisko zdaje się rosnąć.
Czasami zastanawiam się, kim był jego właściciel. Jest duże - ludzie o tak wielkich organach cechują się zwykle życzliwością. Jest promienne, jak słońce, jakby należało do kogoś radosnego. Lubi wygrzewać się na parapecie, zdaje się być wdzięczne za każdą chwilę ciepła. Pęknięcia nadal się nie wygładziły, ale są coraz bledsze i zastanawiam się ile czasu, ile spokoju potrzeba, by całkowicie zniknęły.
Naprawię je - obiecałem sobie.
Naprawiałem już klacze o zwichniętych nogach, pisklęta o połamanych skrzydłach, ludzi o skruszonych umysłach. Znalezione wątroby, śledziony, nerki i płuca, piętrzące się w kolejnych słojach. Naprawione nie organy nie mi już do niczego potrzebne, zwykle oddaję je właścicielom, o ile jestem w stanie ich znaleźć. Czasem sami mi je przynoszą, dorobiłem się pewnej reputacji.
Ale to moje pierwsze serce.
I nie odam go nikomu.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]30.12.22 20:41
Z początku myślałem, że ciepło, które czułem na klatce piersiowej, było czymś dobrym. Wydawało się zresztą, że właśnie tak było. To śmieszne uczucie, gdy fale ciepła przepływają przez ciało towarzyszyło mi czasami, bywały momenty, w których było znajome, ale teraz to ciepło było... Inne. Nie następowało falami, spływało powoli z klatki piersiowej w jej dół, nie dochodziło nigdy do nóg.
I przez ten nietypowy symptom zacząłem coś podejrzewać.
Dotknąłem koszuli; jeszcze na początku wieczoru była biała, założona na jakąś specjalną okazję, wielkie wyjście, nie pamiętam już dokładnie z jakiego powodu, ale spędziłem naprawdę dużo czasu przed lustrem, próbowałem ułożyć złote loki, wciąż niesfornie odstające po jednej stronie głowy. Czułem, jak wilgoć przebiega mi po palcach, ciepła wilgoć, której nie powinno tu być.
Zacisnąłem więc palce na przemokniętym materiale, rozglądając się niemal panicznie dookoła, musiałem odnaleźć lustro.
Wbiegłem do łazienki. Koszula na wysokości klatki piersiowej była cała przesiąknięta krwią. Nie wiem, co pchnęło mnie do tego, by odchylić fragment materiału przyległego do skóry, ale gdy tylko to zrobiłem, moim oczom ukazała się pustka.
Wybiegam. Muszę je odnaleźć.
Przecież to niemożliwe, że mogłem zgubić swoje serce.
— Wszyscy stać! Nikt stąd nie wyjdzie, póki go nie znajdę!

~*~

Mija kilka dni, kilka niezwykle trudnych dni. Teoretycznie nic mi nie jest, ale uzdrowiciele mówią, że muszę je prędko odnaleźć, bo z każdym kolejnym dniem nasza więź maleje. Wciąż wydaje mi się, że czuję jego bicie, ale to uczucie podobne... przeczuciu. Jak bowiem można czuć, czego tak naprawdę nie ma? A przynajmniej w środku? Gdzie odnaleźć serce, które nagle wypadło z piersi, tak cicho i bez wcześniejszego ostrzeżenia, że poznałem się na tym dopiero wtedy, gdy krew zalała mi koszulę?
Jak ja w ogóle żyję?
Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na te wszystkie pytania, ale powiedziano mi, że nie mam za dużo czasu. Nie wiem też, co dzieje się, gdy utraci się kontakt z sercem. Czasami tylko, wydaje mi się, że czuję ciepło z miejsca, w którym powinno się znajdować. Ale to wszystko chyba przywidzenia. Ostatnie podrygi wymęczonego umysłu, trzymające mnie przy zdrowych zmysłach.
Kazali mi szukać, więc szukam. Noga za nogą przemierzam ulice, wydaje się, że bez celu. Ale któregoś dnia czuję ból w klatce piersiowej, jakby ktoś zacisnął na niej obręcz, sznur i ciągnął mnie w kierunku jednego z domów. Nie umiem odmówić tej sensacji, ale im bliżej, tym gorzej się czuję, tym bardziej jestem pewien, że to tam jest ktoś, kto to serce mi zabrał.
Z ł o d z i e j.
Oddycham płytko i prędko, oczy otwieram szerzej, źrenice rozszerzają się niebezpiecznie. Z szarobłękitnego spojrzenia pozostaje tylko obwódka, muszę wyglądać jak szaleniec, zwłaszcza wtedy, gdy uderzam mocno w drzwi otwartymi rękoma. Jestem pewien, że moje serce tam jest, chcę je odzyskać, należy do mnie, do mnie, tylko do mnie...
— Otwierać!


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]30.12.22 22:01
Serce wygrzewa się na parapecie, bije leniwie w promieniach zachodzącego słońca. Przytykam palce do szkła, uśmiecham się, szerzej i szerzej. Dostrzegam, że jedno z pęknięć prawie zniknęło, a to najszersze wydaje się być węższe niż wczoraj. Może obędzie się bez szwów.
Wtem ktoś dudni do drzwi, tak mocno, że prawie podskakuję. Ono też zaczyna bić szybciej, gwałtowniej.
-Nie bój się... - szepczę przepraszająco, nie dostrzegając w tym rytmie entuzjazmu. Uspokajająco gładzę szkło, a potem niechętnie zdejmuję naczynie z parapetu. Nakrywam je czarnym materiałem, chowam do szafki, zamykam ją, przyciskam dłoń do krwawej pieczęci. Nie lubię ich, ale pan ojciec nauczył mnie jak działają - pomimo niepokojącej aury są szalenie przydatne. Pan ojciec już nie żyję, pieczęć mogę otworzyć tylko ja i brat i dwie siostry, ale nie mamy ze sobą kontaktu.. Będzie tam bezpieczne. Posyłam mu ostatnie przepraszające spojrzenie, tłumiąc gniew na tego dobijającego się do drzwi złodzieja. Ukradł m o j e m u sercu kilka ostatnich, cennych chwil na słońcu.
Starannie poprawiam kołnierzyk koszuli, obciągam mankiety, ubieram marynarkę, podchodzę do drzwi. Laska stuka powoli, nie śpieszę się. Z początku, bo potem wali w nie coraz głośniej, myślę o biednym sercu zamkniętym w ciemności. Przyśpieszam kroku.
Otwieram drzwi zamaszyście i lustruję nieznajomego poważnym, chłodnym spojrzeniem.
Mrugam, czując w klatce piersiowej - w znajomym miejscu skostniałego chłodu - coś dziwnego. Trzepoczącego, nierytmicznego. Merlinie, może powinienem zbadać własne serce.
Zatrzymuję krytyczne spojrzenie na drżących, pełnych ustach nieznajomego. Podnoszę je na prosty nos i rozbiegane oczy. Miodowy lok opada na jedną z brwi, niesymetrycznie.
Zaciskam dłoń, chcąc opanować odruch poprawienia tej symetrii.
Tęczówki ma nienaturalne, jakby faktycznie oszalał albo przeżywał atak paniki.
-W środy nie przyjmuję. - stukam różdżką w tabliczkę na drzwiach. -Zapraszam w przyszły wtorek, o szesnastej. - dodaję, znam własny terminarz na pamięć. To pierwszy wolny termin. -Ale... - coś każe mi nadal się mu przyglądać, coś kłuje mnie w klatce piersiowej. Może to ukłucie sumienia.
Niech będzie.
-Ale skoro przeżywa pan kryzys, mogę rzucić Paxo Horribilis, dziesięć sykli, płatne z góry. - informuję uprzejmie i uśmiecham się promiennie, z wyuczoną łagodnością.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]30.12.22 22:17
Nie rozumiem, dlaczego to tyle trwa. To jakiś podły chichot losu. Wiem — domyślam się — że ktoś jest w tym domu, ale nie otwiera. Złośliwie nie otwiera. Przeciąga moment naszego spotkania, jak tchórz, jak złodziej, przecież jest złodziejem, musi nim być, zabrał mi moje serce i udaje, że nie ma go w domu. Uderzam rękoma mocniej, uderzenia nie mają już zresztą rytmu, na samym początku były bliźniaczo podobne do bicia serca wystawionego na słońce. Teraz wydają się już paniczne, umykają porządkowi, a w mojej głowie na moment pojawia się myśl, prędka jak mknące zaklęcie, które przeszyć może nie tylko serce, ale każdą ludzką tkankę. Wyważenie drzwi nie wydaje się wcale takim złym pomysłem, ból ściska mnie tak mocno, że ledwo jestem w stanie nabrać oddech, ale gdybym cofnął się, wziął porządny rozbieg, uderzył barkiem o drewno pod odpowiednim kątem...
Cofam się. To desperacja podpowiada mi tak niespotykane, jak na mnie kroki. A kroków robię trzy, aż czuję pod stopą krawędź schodków prowadzących do drzwi. Nie słyszę uderzenia laski, które rozlegają się za wrotami, ale za to czuję znów to samo znajome, lepkie gorąco, które nie potrafi dotrzeć do nóg, które lepi mi koszulę kolejną dawką krwi i jestem już pewien, że trafiłem w odpowiednie miejsce.
Szczęknięcie zamku wybudza mnie z tego specyficznego transu. Ostatnią sekundę przed ich otwarciem poświęcam na poprawienie marynarki — tak, aby jej poła zasłoniła rosnącą plamę czerwieni. Wita mnie ciemnowłosy mężczyzna poruszający się o lasce, o surowej twarzy, zimnym spojrzeniu. Gdybym był spokojniejszy, rozpoznałbym w nich iskry irytacji, stwierdziłbym, że musiałem mu przeszkodzić w czymś ważnym, ale teraz stoi przede mną złodziej. Złodziej, który śmie mnie jeszcze pouczać o jakichś terminach wizyty i próbować wyłudzić dziesięć sykli. Niedoczekanie.
Ruszam przed siebie. Tak, jakbym pragnął ruszyć na drzwi, z tym że na mojej drodze stoi już tylko on. Pełne usta zaciskam w determinacji, nie pozwolę dać się zatrzymać. Uderzam go barkiem, jest dość wątły, prawie tak jak ja, nie sądzę, że będzie stawiał wielki upór. Gdy udaje mi się dotrzeć do środka, rozglądam się po pomieszczeniu. W panice, muszę je znaleźć.
— Oddaj mi je — silę się na normalny ton głosu, głoski drapią w gardło, nie mam ochoty ani siły na prośby. — Oddaj mi moje serce, wiem, że tu gdzieś jest — powtarza z zacięciem; gdyby tylko się skupił, może udałoby mu się je namierzyć, teraz jednak czuje metaliczny posmak w ustach i bolesną ekscytację, zmysły wariują, jest już tak blisko, ale wciąż nie mogą się połączyć. — Nie chcę słuchać o żadnych Paxo ani nawet o tym, czemu jesteś złodziejem, po prostu mi je oddaj...


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]30.12.22 23:00
-Hola! - marszczę gniewnie brwi, gdy nieznajomy potrąca mnie tak bezceremonialnie, mocno. Demonstracyjnie rozcieram bark, choć bardziej od kości boli mnie duma. To mój dom, mój gabinet, ja powinienem tu mieć kontrolę.
-Proszę natychmiast wyjść, bo zawołam policję. - syczę, unosząc różdżkę. Ten obłąkańczy wzrok, niekontrolowane gesty, głośne uderzenia w drzwi, wtargnięcie do mojego domu. Sykle syklami, ale muszę zadbać o własne bezpieczeństwo - za to nikt mi nie zapłaci. Od zawsze mogę liczyć na siebie i tylko na siebie. Mógłbym cofnąć się za próg domu, rzucić Periculum - ale zamykam za sobą drzwi i celuję różdżką w blondyna. Rozgląda się po pokoju, nie dostrzeże w porę tego gestu.
Paxo Horribilis by zadziałało, ale zażądałem już pieniędzy i nie lubię zmieniać publicznie zdania.
Poza tym, po Paxo poczułby się lepiej, a ja bywam przekorny i chcę ochronić przede wszystkim siebie.
-Subsisto Dolorem Horribilis. - syczę, wiązka zaklęcia mknie prosto między jego łopatki. Panika nie opadnie i nie wiem, czy młodzieniec czuje ból - ale powinna na niego opaść znieczulająca mgła, spowalniająca refleks i gesty. Z laską nie mam szans, nawet teraz, gdy trzymam się o kilka metrów z tyłu. Magią je wyrównam.
A nieznajomy, niemalże równocześnie, wreszcie się odzywa.
Tonem, który przypomina bełkot i który uznałbym za objaw chorobowy, gdyby nie lodowaty chłód, który ściska mi serce.
Wiem, po co przyszedł.
Wiem, czego szuka.
Nie jestem złodziejem!
Zaciskam usta w wąziutką kreskę i przyglądam się mu uważnie, krytycznie.
Jest taki młody.
Gdyby chodziło o śledzionę albo wątrobę, może wcale bym się nie wahał - choć zażądałbym pieniędzy.
Gdyby chodziło o zdrowy organ, może tknęłoby mnie współczucie.
Przypominam sobie jednak każde pęknięcie. Kilka dni, tyle u mnie było. Nikt go nie szukał.
Czuję gniew. Zimny.
-Dlaczego miałbym ci oddać coś, o co nie dbasz? - odzywam się lodowatym, nieswoim tonem. Pan ojciec modułował głos identycznie, gdy coś mi tłumaczył. Dlaczego mam marnować czas na kogoś, kto nie potrafi chodzić bez laski?
Akcentuję każde słowo wyraźnie, powoli. Żeby dotarło.
-Zgubiłeś je sam. Było całe popękane. Złamane. Pozwoliłeś ludziom je zniszczyć. - uderzam laską o podłogę, gniewnie, dla podkreślanie efektu. -Umarłbyś z nim, a ono z tobą. - wydaję profesjonalną opinię medyczną, a potem obrzucam go wymownym wzrokiem. -A widzę, że żyjesz i masz się dobrze. Wyjdź i nie nachodź nas więcej. Nie oddam go komuś, kto doprowadził je do takiego stanu. - unoszę podbródek, bez śladu lęku. Nie jestem mu nic winny, nie czuję się do niczego zobowiązany. Znalezione - nie kradzione.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]30.12.22 23:17
Nic nie jest w stanie mnie powstrzymać. Wiem, po co tu przyszedłem. Przyszedłem je odzyskać, uratować. N a s, chyba, nie tylko siebie. Jestem pewien, że ono obumarłoby tak prędko, jak tylko moje oczy zamknęłyby się na wieczność. Boli tak, jakby to miało stać się już zaraz, za kilka tylko sekund. Ciężko je odmierzać, gdy nie ma się w sobie serca — jego bicie także potrafi wyznaczać pewne interwały. Czasem dłuższe, czasem krótsze, czasem takie, które nie mają zupełnie sensu. Ale serce potrzebuje swojego właściciela, ja potrzebuję go tak samo, jak ono potrzebuje mnie, czuję przecież, że jest obok, czemu ten człowiek nie chce mi go oddać...?
Nie zdążam uchylić się przed zaklęciem, nagle ból odpuszcza, ale to sprawia, że odpuszczają także instynkty, trzymają mnie w pionie. Bez konieczności trwania w pionie czuję, jak uginają się pode mną kolana, muszę oprzeć się o ścianę, tę najbliższą. Dłoń sama unosi się do dziury, to wciąż tylko dziura, dziura, dziura. Nie pamiętam, po co ją zasłaniałem, nie dbam już o to. W miejscu tej pustki powinno być serce, moje serce.
Popękane, po przejściach, ale moje.
Początkowo nie chcę odpowiedzieć. Zaciskam usta, nie podoba mi się ten lodowaty ton. Powinienem sam wyciągnąć różdżkę, wysadzić to miejsce, jeżeli on nie chce oddać mi tego, co moje, niech pójdzie w piach razem z nami. Mam przecież tylko jeden cel, zaciskam zęby.
On nic nie wie. I śmie jeszcze oceniać. Stukać tą cholerną laską, doprowadzać mnie do obłędu.
— Nie jest twoje! — warczę wreszcie; pomimo uśmierzenia bólu fizycznego, ten psychiczny dalej we mnie siedzi, dalej nie znajduje odpowiedniego ujścia. Źrenice powracają powoli do normalnego rozmiaru, ale moje spojrzenie pozostaje bardziej szare niż błękitne. Niech nie widzi tego, jak się zeszkliło, ja muszę je mieć. — Jest popękane, nie złamane — cedzę przez zaciśnięte zęby, palce same zaciskają się w pięści, staram się nabrać oddech, ale bezskutecznie. Adrenalina wciąż krąży w żyłach, musi upłynąć trochę czasu, nim ciało znów zacznie się mnie słuchać tak, jak zawsze. U m r ękontynuuję, nie chcę odwracać wzroku od jego oczu. Skoro jest tak mądry, to niech patrzy, niech ma trupa na swym sumieniu, moją krew na rękach. Złodziej, złodziej, złodziej. — Jeżeli nie wróci na swoje miejsce. Szukałem go. Uzdrowiciele w szpitalu mówili, że nie mam dużo czasu — tłumaczę dalej, naiwnie myśląc, że logiczny argument do niego przemówi. Nie wydawał się tym, który zrozumie cokolwiek, co się do niego mówi, gdy już podjął decyzję. Durną i opartą na równie durnym fundamencie.
Odbijam się od ściany, na której zostawiłem niemiłą, krwawą niespodziankę. Stawiam krok za krokiem, powoli i nieco chwiejnie. Aż wyciągam rękę do przodu, palce splamione krwią lądują na ramieniu tego szubrawca, zaciskam je. Mocno.
— Stoi przed tobą ktoś, dzięki któremu jest jeszcze w takim stanie, a nie gorszym — podbródek zaczyna mi drżeć, jeden ze złotych loków zachodzi na oko. Palce w uścisku zaczynają drżeć, a knykcie bieleją. — Pokaż. Mi. Gdzie. Ono. Jest — cedzę niskim, gardłowym tonem. Nie zniosę tej tortury dłużej.


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]31.12.22 6:10
Spoglądam uważnie na chwiejącego się na nogach młodzieńca, na plamy krwi na koszuli, na dłoń unoszącą się do piersi. Chciwie chłonę widok ciemnej pustki układającej się w kształt serca. Czy było mu tam przytulniej niż na moim parapecie? Wreszcie podnoszę wzrok na jego oczy, szkliste. Uśmiecham się triumfalnie, nieco pogardliwie.
-Myślisz, że łzy zmienią moje zdanie? - pytam, choć (jeszcze) nie widać łez. Słowa dźwięczą obco, jak dawne wspomnienie z domu rodzinnego. Nie są moje, są kwestią, która zawsze działała.
Zawsze doprowadzała mnie do płaczu, zanim oduczyłem się go całkiem.
Czy tego młodzieńca miał kto oduczyć?
-Już jest. Znalazłem je, zaopiekowałem się nim. Lepiej niż ty. - wzruszam ramionami, jakby to było oczywiste. Bez wyrzutów sumienia, bez śladu speszenia. Mój skarb. Nakładam na twarz maskę spokoju, nie okazuję żadnych emocji, tak będzie lepiej, efektowniej. Wznoszę nawet oczy do góry, gdy młodzieniec próbuje szafować terminologią, popękane, prawie złamane, wiem przecież lepiej. Patrzę mu prosto w oczy, a on w moje.
Nie mrugam - nieco mnie zaintrygował. Kiedy odwróci wzrok? Odstawiam na bok odruchy, których tak cierpliwie się uczyłem - poruszanie rzęsami, pozory emocjonalności, łagodny uśmiech. Do niego i tak nie przemówią i jest w tym coś orzeźwiającego - w tym, że mogę być sobą.
Zupełnie niewzruszonym, dopóki nie pada argument innych uzdrowicieli. Wykrzywiam wargi z nagłym ukłuciem gniewu, brwi marszczą się mimowolnie.
-Partacze. Tylko cię nastraszyli. - syczę przez zaciśnięte zęby, spartaczyli moją nogę, moje serce też by spartaczyli, gdybym nie zajął się nim sam.
Czuję zapach krwi, nozdrza drżą lekko. Metaliczny, nie mający miejsca w moim gabinecie magipsychiatrycznym, nie trafiają tutaj zakrwawieni pacjenci. Krew kojarzy mi się z własnymi fantazjami. Z tym, co mógłbym mu zrobić, gdybym uniósł laskę do góry.
Zamiast tego, unoszę rękę do własnej piersi. Nie próbuję się wyrwać, wciąż spoglądam w szare tęczówki, staram się nie dam po sobie poznać, że nazbyt boleśnie ściska mnie za ramię. Przywykłem przecież do bólu.
Wczepiam palce we własną koszulę i rozdzieram ją prędkim, mocnym ruchem. Jestem zbyt zirytowany, by pomyśleć o wstydzie - o tym, że nie pokazuję nikomu bladej, wątłej piersi.
Jemu chcę pokazać - srebrną, grubą bliznę biegnącą pionowo na wysokości serca.
Kilka lat temu byłaby tam identyczna dziura jak ta, której tak nerwowo dotykał blondyn. Bez serca nie zabliźni się nigdy.
-Stoi przed tobą ktoś, kto dekadę żył osobno od własnego. - syczę, powoli, dobitnie, na wypadek gdyby nie zrozumiał. -Tak było bezpieczniej. - tylko tak przeżyłem. Ojca, żonę, ich wszystkich. Wyjąłem je ze słoika i włożyłem z powrotem do piersi po jej pogrzebie i choć zdaje się nieco sztywne - właściwie dopiero dziś zaczęło bić mocniej, nieregularnie i dopiero od kilku dni czuję znajome ciepło (choć noszę je w piersi już od roku) - to służy mi przecież dobrze. I jest już zdrowe. Zabliźnione.
-W szafie. - wiem, że nie otworzy jej bez mojej krwi, a on nie wie, czym jest ciążąca na niej pieczęć. -Może oddam, jak się zagoi. Zależy, czy będziesz o nie dbał. - przechylam lekko głowę, trochę się droczę, a trochę negocjuję. -Wiesz, jakie jest ciepłe, jak żywo reaguje na każdą dobroć? Jak lubi wygrzewać się w słońcu i jakie jest spokojne, gdy nikt mu nie przeszkadza? Zauważyłeś to w ogóle, czy traktowałeś je jak śmiecia? Bo takie je znalazłem, zgubione i podeptane. - próbuję mu to uświadomić i wbić kolejne szpile, nieświadom, że mój własny głos łagodnieje - a na myśl o schowanym w szafie sercu, oczy błyszczą niepodobnym do mnie zapałem.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]02.01.23 22:49
— Nie obchodzi mnie twoje zdanie! — tym razem warknięcie podszyte jest czymś jeszcze, desperacją. Tą prawdziwą, której nie da się spreparować, która znajoma jest tylko tym, którym śmierć naprawdę zagląda w oczy. Zaklęcie uśmierzające ból może zrobić tylko tyle — nie jest w stanie jednak wyleczyć urazu, którego doznała dusza oddzielona od serca. Widzę, że on jest zupełnie inny ode mnie i dlatego mu nie wierzę. Że mógł zaopiekować się moim sercem. Wiem tylko, że ono gdzieś tu jest i ta niepewność — to, że jest na wyciągnięcie ręki, ale jednocześnie tak daleko — nie daje mi nabrać powietrza.
Zaciskam palce na jego ramieniu mocniej. Ciężko mi się kontrolować.
— Ukradłeś — powtarzam uparcie, bo tym właśnie jest to jego znalezienie — To był moment, musiałeś tam być — kontynuuję, zagryzam mocno dolną wargę, wszystko zaczyna się składać w logiczną historię. Jestem nawet w stanie uwierzyć, że... — To ty to zrobiłeś... — szepczę, ale już do siebie. — Po co?! Po co mi je zabrałeś... — łzy uparcie nie płyną, jestem zbyt zły na płacz, ale chcę w i e d z i e ć. Chcę, żeby przyznał się do tego, żeby oddał, co moje.
Nie odwracam wzroku, chociaż bardzo bym chciał. Jego wzrok jest zimny, jak jaszczurzy i nie jest wygodnie spoglądać mu w oczy. Co więcej, mam wrażenie, że robi to wszystko specjalnie, że przeciąga ten moment po to, by w jakimś stopniu pożywić się moim strachem.
Szkoda, że nie wie, że bijące z ekscytacji serce znów zaczyna pękać. Szafa, w której zostało schowane, a także słoik tłumią pierwszy, nieśmiały jeszcze trzask.
Boję się. I ono też się boi.
Chciałbym się cofnąć, gdy podnosi rękę do góry. Ale nie mogę, nie mogę go puścić, ucieknie mi (irracjonalna myśl, biorąc pod uwagę dzierżoną w ręce laskę), nie odnajdę go nigdy, zniknie z moim sercem, z moją nadzieją na szczęście, z tym, co czyniło mnie tak naprawdę mną.
Człowiek bez serca nie jest bowiem zupełnie sobą. Przypomina bardziej ludzką wydmuszkę, a serce — gdy wypada bez udziału osób trzecich — próbuje ochronić siebie i swego właściciela przed czymś szczególnie złym. Uznaje, że przetrwanie powłoki ciała jest ważniejsze, a złamanie serca to przecież krok od tego, by człowiek cały legł w gruzach. Nigdy nie rozumiałem uzdrowicieli, nie zupełnie. Ale wydaje mi się, że to akurat miało sens, a ja nie chcę, nie chcę umierać.
Z miłości, z tęsknoty, z rozczarowań.
To podobno po stokroć razy gorsze niż rany od zaklęć, od ostrzy.
Nie mogę oderwać wzroku od srebrzystej blizny. Blizny, która potwierdza wszystkie moje wcześniejsze przypuszczenia. Odruchowo podnoszę własną dłoń, palce skropione krwią rysują bliźniaczy wzór, pionowa, gruba blizna, w miejscu, w którym serca nie ma, ale natrafiają tylko na resztę rozmemłanych tkanek, syczę z bólu.
— Nie chcę tak żyć — nie chcę, nie chcę, niechcęniechcęniechcę. Mówi coś o szafie, wreszcie puszczam jego ramię, biegnę tam, gdzie miga mi kontur czegoś, co szafą być może. Chwytam za klamkę, ale ta ani drgnie. Jestem już jednak za blisko, nie mogę ignorować tego, co sie dzieje, bo słyszę znajome bicie, bicie mojego serca, a słowa nieznajomego giną gdzieś, nieistotne dźwięki tła. Pragnę tylko otworzyć to cholerstwo, szarpię tak mocno, że szafa przechyla się niebezpiecznie, ale udaje mi się zaprzeć na podłodze, przywrócić ją do pionu, opartą o ścianę.
— Ono mnie potrzebuje... — szepczę, jakby w transie, czuję to ciepło tak, jakbym znów miał je w swojej klatce piersiowej. — Ono mnie potrzebuje, ja potrzebuję go... — powtarzam, odwracając głowę w jego kierunku. Wzrok mam obłąkany, co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.
Ale wtedy rozlega się trzask, podobny uderzeniu pioruna.
— C...Co się stało?! Otwórz to, natychmiast!


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]03.01.23 22:19
Nikogo nie obchodzi moje zdanie. Przywykłem. Nigdy do tego nie przywyknę, świadomość ich pogardy zawsze pali niczym ogień, ale lód też potrafi parzyć i wszystkim im pokażę. Chcę odpowiedzieć, ale muszę zacisnąć zęby, spróbować powstrzymać cichy syk.
To boli - muszę powiedzieć, jego palce wbijają się pod moje kości zbyt mocno, on chyba tego nie kontroluję - ale ja nie kontroluję własnej dumy, nie dam po sobie poznać słabości. Zaciskam zęby, rozdymam lekko nozdrza. Mam wrażenie że czuję, niemalże smakuję jego strach i tylko to niesie mi pocieszenie, pomaga powściągnąć własny lęk. Rzuciłem już zaklęcie, poza Paxo powoli kończą mi się środki samoobrony.
-Nie ukradłem! - protestuję nieco zbyt gwałtownie. Spokój. Lód. Opanowanie. Czemu to wszystko jest cięższe, gdy serce tak mocno bije mi w piersi? (Za mocno, za szybko, nie rozumiem.) Może powinienem znowu je wyjąć, wtedy świat był bezbarwny, ale chociaż przewidywalny. -Znalazłem, pod restauracją z której wychodziłeś z tamtą kobietą. - prychnął. -Nawet się nie obejrzałeś, nawet nie zauważyłeś, że go nie ma. To ona ci je ukradła? - nie widziałem jej twarzy, nie potrafił oszacować jej wieku. Byli już daleko. -Byliście zbyt daleko, by cię zawołać. - dodaję odruchowo, chyba za bardzo się usprawiedliwiam. -Zdeptaliby je. - głos lekko mi drży, zupełnie nie wiem czemu. Przecież nie ze złości.
-Naprawiłbym je - naprawię, czemu nie użyłem tego słowa? Nie chcę z nim negocjować, nie chcę mu go oddawać, to złamie mi serce. -Potrafię je naprawić. - zaczynam zdanie głośno, ale zniżam głos - dziwnie opadający, łamiący się - do szeptu. Moje spojrzenie łagodnieje, ale on już nie patrzy w moje oczy.
Patrzy na bliznę, której nie pokazywałem nikomu.
Po co to zrobiłem?
Teraz będzie na mnie patrzył inaczej, jak na prawdziwego kalekę. Nie dość, że laska, to jeszcze to. To nic, że jest w takiej samej sytuacji - widzę jak wypiera własny brak serca, jak uporczywie dotyka jątrzącej się rany, jak uważa się za innego, lepszego ode mnie.
-Nie myśl, że jesteś lepszy ode mnie. - syczę. -Też dałeś je sobie złamać, też ci wypadło. Ja przynajmniej nie spuściłem własnego z oczu. - próbuję wbić mu kolejną szpilę, ale - zupełnie nie rozumiem czemu - moje słowa brzmią, jakbym się usprawiedliwiał.
-Nie dotykaj. - szepczę, proszę. Mrugam, pieką mnie oczy. Nie wiem czemu. -To nie boli... - dodaję, nauczysz się z tym żyć, ale on już mnie nie słucha. Biegnie do szafy. Nie jestem zaniepokojony, przynajmniej dopóki jej nie przechyla. Podchodzę bliżej, laska stuka nerwowo i wtedy...
...trzask.
Rozchylam usta, spoglądam na szafę szeroko otwartymi oczyma - a potem odpycham go, z zaskakującą siłą, nie dbam o to, czy upadnie, o nic nie dbam. Drżącą dłonią wyjmuję z kieszeni scyzoryk, otwieram niezabliźniona ranę na wnętrzu lewej ręki, przyciskam do pieczęci. Szafa otwiera się i...
Pęknięcie, nowe. Jeszcze szersze niż wcześniej, tak jakby dni postępów i ciepła poszły w zapomnienie, jakby było jeszcze gorzej.
-Patrz, co narobiłeś! - krzyczę z emocją, której dawno nie czułem. Czy to wściekłość? Nie, chyba nie...
Obracam się w jego stronę, widzę go jak przez zalaną wodą szybę.
-Zostaw, bo umrzecie obydwoje!


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]19.01.23 13:08
Nie rozumiem, jak w ogóle do tego doszło. Jakim cudem może być mi jednocześnie niezwykle gorąco, tak, jakby moje kości miały zaraz rozmięknąć, rozpuścić się w środku mnie, ale w tym samym czasie jest mi też tak przeokrutnie zimno, że chyba nie mogę już rozprostować palców, które zacisnąłem na jego ramieniu. Nie mogę się ruszyć, ale powinienem. Nie czuję rytmu mojego serca, powinno mi teraz rozdzierać pierś, tak samo jak robiło to wtedy w restauracji, nim opanowałem się przed wyjściem. Przynajmniej tak mi się wydawało, że się opanowałem, bo nagle zamilkło zupełnie i przez moment było po prostu cicho.
Otwieram szerzej oczy, spoglądam na tego człowieka z czystym niedowierzaniem.
— To moja siostra — szepczę, ale usta poruszają się z trudem, ja sam jestem obrazem człowieka niedowierzającego. Niezdolnego do zabrania głosu, niezdolnego do złożenia tych elementów w jedną całość, choć rozwiązanie zagadki wypadającego serca mam pod nosem, na wyciągnięcie ręki. — Oni by go... Nie... — i znów zdaję się mięknąć. A może po prostu uginam się pod ciężarem realizacji, bo chyba ma rację, oni by je zdeptali, ale nie chcę o tym myśleć, przecież to moja rodzina, nie mogliby, nie mogliby, oni musieli się o mnie troszczyć...
Wreszcie rozprostowuję palce, wypuszczam go z uścisku, ale te same palce wciskają się do dziury po sercu, szukają go zupełnie naiwnie, bo przecież jest t a m, zamknięte w szafie, stęsknione, czekające. Zamiast jego bicia czuję ścisk w gardle, nieprzyjemny, mocny, nagle chce mi się kaszleć, ale powstrzymuję ten odruch, chyba chciałbym się wycofać, zupełnie. Złapać moje biedne serce w dłonie, wcisnąć je do klatki piersiowej i uciec, nawet nie wiem do końca gdzie. Zniknąć dla świata, być po prostu sam, bo wtedy nikt nas nie skrzywdzi. Będziemy bezpieczni — moje serce i ja, może wreszcie spokojni.
— Nikt nie potrafi... — szept przechodzi wreszcie przez gardło, ale jest to tak bolesne, jakbym zamiast słów pozwalał setkom żyletek przesuwać się w górę miękkiej, pulsującej tkanki. Nie wierzę mu. Sam próbowałem ochronić je najlepiej, jak tylko potrafiłem, ale i tak popękało, nie dałem rady. A skoro ja nie mogłem, ja, jego właściciel, jego część... To co pozwalało temu mężczyźnie myśleć, że on mógłby? Że dałby radę?
Zaciskam mocno oczy, nie słucham tego, co mówi. Będę dotykał rany, bo tylko to trzyma mnie w rzeczywistości, tylko to trzyma w ryzach moją sylwetkę i wiem, że muszę, po prostu muszę...
Później wszystko dzieje się na raz. Daję się odepchnąć, wpadam na jakiś mebel, chyba komodę, ostry róg wbija się w plecy, syczę znowu. Nie spodziewałem się tego uderzenia, nie spodziewałem się bólu i tylko zaskoczenie sprawia, że po moich policzkach płyną łzy. Już nie jestem w stanie się kontrolować, robi się tylko coraz goręcej, coraz goręcej. Zmuszam się do wstania, na chwiejnych nogach zmniejszam dystans dzielący mnie od szafy, aż wreszcie mogę dojrzeć to, czego szukałem.
Serce w słoiku. Duże, pozornie zadbane, ale pęknięte na wskroś.
Nie wiem, czy protestuje, nie słucham. Ręka z zakrwawionymi palcami wyciąga się powoli w kierunku słoika, chcę go przecież tylko dotknąć i poczuć raz jeszcze. Gdy tylko palce spotykają się ze szkłem, czuję mocny prąd ciągnący mnie na kolana. Chwilę drżę w pionie, ale zaraz upadam, z niespodziewanym hukiem, na kolana właśnie. I nie odrywam dłoni od słoika, wzroku od serca.
Tylko moje usta zaczynają sinieć, a oczy, dotychczas barwy antracytowej, zachodzą mleczną mgłą.
— Nie jesteśmy gotowi na ten świat... Jesteśmy zbyt delikatni, to dlatego nie mogłem... Nie potrafiłem... — szepczę w gorączce, do serca, do niego tylko, bo chyba nieznajomy ma rację i chyba umrzemy.
W tym świecie nigdy nie było miejsca dla takich jak ja.


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]19.01.23 18:45
Niedowierzanie działa na mnie jak narkotyk. Kocham, gdy moje słowa sprawiają, że miękną, że muszą się nad czymś dłużej zastanowić.
Widzę jak mina mu rzednie, jak oczy otwierają się szeroko. Są szarobłękitne, bardziej szare. Jak niebo nad Shropshire. Nie mogę oderwać od nich wzroku.
Mógłbym teraz odpuścić, ale też nie mogę.
-I co z tego, że siostra? - kolejna szpila, cedzę słowa powoli, aby zrozumiał. -Czy siostra nie może być zwykłą dziwką? - wzruszam ramionami, pytanie hipotetyczne, bo choć mówię powoli, to moje myśli galopują. Może się zagalopowałem, otrułbym kogoś kto wyraziłby się tak o moich siostrach, ale myślę o rudych lokach i drwiącym uśmiechu.
I o jego drżących ustach.
-Rodzina też może złamać ci serce. - przypominam twardo. -Rodzina przede wszystkim. - dodaję ciszej i dopiero wtedy ciemne rzęsy drżą, dopiero wtedy mrugam. Moje serce wyciąłem z powodu rodziny i przyjąłem z powrotem dopiero po dwóch pogrzebach.
-Ja bym potrafił. Znam się na złamanych organach, nie byłeś widać u eksperta... - protestuję zawzięcie, ale zderzam się z murem zaciśniętych powiek.
A potem wszystko wymyka się spod kontroli.
On upada, a widząc grymas bólu na bladej twarzy czuję niechciane wyrzuty sumienia.
Oczy mnie pieką, policzki szczypią.
A serce pęka na moich oczach.
-Nie, nie, nie... - szepczę, muszę je ochronić, muszę go powstrzymać, ale on jest taki szybki. Jak wszyscy ludzie poruszający się na sprawnych nogach, których nigdy nie mogłem dogonić.
Wyciągam bezradnie rękę, ale tym razem opuściła mnie zarówno siła, jak i refleks. Słoik wymyka się moim palcom, chwycił go pierwszy. Zamiast szkła, muskam palcami jego wilgotną koszulę.
-Przestań, krzywdzisz siebie i je... - proszę, ale on nie słucha albo nie słyszy. Tylko osuwa się, w moje ramiona.
Zbyt słabe.
Upadamy obaj, on na kolana, ja na chorą nogę i łokcie. Syczę cicho, próbując stłumić krzyk.
Tkwię w okowach dumy, jak zawsze, choć niepotrzebnie. On chyba nie widzi ani nie słyszy mojego upokorzenia, skupiony tylko na sercu.
Gdy mroczki bólu ustępują, podnoszę wzrok i ze zgrozą widzę sine usta, mgliste oczy.
Nie miałem racji, a nie znoszę się mylić.
Nie miałem racji, bo są na tym świecie ludzie inni niż ja.
Ludzie, którzy nie są w stanie przeżyć bez serca.
Zbyt wrażliwi, zbyt delikatni (jego słowa, posępnie trafne) by zrozumieć, że pustka bywa znośniejsza niż ból.
-Nie... - szepczę, czy to moja wina? I dlaczego on nie otwiera słoika, dlaczego nie wkłada swojego serca z powrotem do własnej piersi? Czy wie o tym, przed czym chcę go ostrzec? -...nie możecie być razem, nie w takim stanie, nie dopóki się nie zagoi. Tylko rozdrapiecie własne rany... - ale już rozumiem, że on nie przeżyje z tym sercem, ale nie przetrwa też bez żadnego. Nawet kilku tygodni.
Ja przetrwałem kilka lat.
Przez straszliwą sekundę nie wiem, czy jest jakieś wyjście z tego impasu, ale nagle do mnie dociera.
-Oddychaj. Spójrz na mnie. - szarpię go za ramię lewą dłonią, a prawa rozpina już gorączkowo guziki koszuli. Opuszczam lewą rękę, stanowczo odchylam jego koszulę, muszę działać szybko.
Jego rana wciąż jest otwarta. Wyrywam różdżkę z kieszeni, prędko i dość niestarannie przykładam gorące drewno do zabliźnionego srebra. Szybkie pociągnięcie, muszę działać szybko, cichy syk bólu, i skóra otwiera się posłusznie.
Przez moment widać moje serce jak na dłoni, a potem wyrywam je z własnej piersi - i tak trzymało się jedynie na kilku cienkich niciach - i wciskam w jego własną, nie ma czasu do stracenia.
Nowe, obce serce jest cięższe i chłodniejsze od tego, do którego przywykł, a siatka cienkich blizn sprzed lat nigdy się nie zabliźni, jest ich zbyt wiele. Mogą go trochę łaskotać, może być mu nieswojo, ale przynajmniej to serce bije. I żaden oddech nie grozi pęknięciem.
Cofam zakrwawione dłonie (to moja krew, czy jego?), opieram je ciężko o podłogę. Wiem, że rana w piersi nie jest śmiertelna, chodziłem przecież z tą dziurą przez całe lata, ale teraz boli bardziej niż zapamiętałem. Marszczę brwi, przygryzam usta do krwi, ledwo wciągam powietrze nosem.
Kręci mi się w głowie.


We men are wretched things.
Hateful to me as the gates of Hades is that man who hides one thing in his heart and speaks another.

Hector Vale
Zawód : Magipsychiatra, uzdrowiciel z licencją alchemika
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Lepiej być nieszczęśliwym i wiedzieć, niż być szczęśliwym i żyć w nieświadomości.

OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 15
UZDRAWIANIE : 20 +5
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t10855-hector-vale https://www.morsmordre.net/t10885-achilles#331700 https://www.morsmordre.net/t10883-broken-body-beautiful-mind#331696 https://www.morsmordre.net/f389-walia-wybrzeze-rhyl-rhyl-coast-road-8 https://www.morsmordre.net/t10887-skrytka-bankowa-nr-2379#331777 https://www.morsmordre.net/t10886-hector-vale
Re: [SEN] Z młodej piersi się wyrwało... [odnośnik]06.02.23 18:38
Dolna warga drży.
— Ona n—nie... — do drżenia dołącza głos i górna warga. Nie wierzę, że mogłaby to zrobić. Że ktokolwiek z mojej rodziny byłby w stanie mnie skrzywdzić. Przez tyle rzeczy razem przeszliśmy, nie mogą... To nie może być prawda... A jednak nie mogę oderwać wzroku, już nieskupionego, rozbitego tak, jak rozbity jestem ja, od niego. — Nie jest, rozumiesz?! — powracam do siebie nagle, ze złością buchającą z nozdrzy. Nie jestem szczególnie silny, ale teraz chyba wystarczająco, ręce lecą same. Jedna zaciska się znowu na jego ramieniu, bo chcę przytrzymać go w miejscu, choć może uciec, jestem przecież rozkojarzony, druga celuje w brzuch. Z całej mojej siły, pewnie, choć ręka drży, jak ja drżę już cały.
Ze złości.
Ze smutku.
Z niezrozumienia.
— Wypluj to! — warczę i jestem teraz bardziej podobny do psa niż człowieka. Nie do wilka, nigdy nie byłem na tyle zawzięty, nigdy nie byłem na tyle odważny by zostać wilkiem. Ale mogę być wściekłym psem, potrafię. Jak pies jestem także lojalny, czekam ręki, która mogłaby mnie pogłaskać, nawet jeżeli coraz częściej jest to ręka, która zadaje ból. Cios za ciosem, każdy kolejny jeszcze gorszy i każdy przesiewany przez sito mojego zrozumienia, bo czasami wszystko musi boleć i nie wierzę, że są w tym jakieś złe intencje.
Mam przecież tylko ich. Tylko ich na całym wielkim świecie.
I oni by mnie nie odepchnęli. Nie uderzyłbym w komodę, nie nastąpiłaby tragedia i chcę w to wierzyć tak mocno, że nie myślę już o niczym innym. Co z tego, że ten człowiek mówi, że zna się na złamanych organach, gdy właśnie moje serce pęka w pół?
W moich słowach odbija się racja istnienia — jesteśmy zbyt słabi, zdecydowanie zbyt słabi na okrucieństwo tego świata. Pęknięciami kupowaliśmy sobie tylko momenty, iluzję tego, że jeszcze będzie lepiej. Nie będzie. Ten człowiek pokazał nam przecież dobitnie, że istnienie nie jest rzeczą prostą. Przeżyją tylko najsilniejsi, ci, którzy spodziewali się być zaatakowani z każdej strony, a przede wszystkim przez tych, którym ufali najbardziej.
My tacy nie byliśmy.
Gdzieś z boku pojawia się nie i to zabawne, bo słuch jest ostatnim zmysłem traconym przy śmierci. Nie mam siły od niej uciekać i wierzgać się, mam wrażenie, że lepiej będzie odejść spokojnie, trochę przynajmniej pogodzonym z losem. Mógłbym spróbować. Oczywiście, że mógłbym spróbować, palce zaciśnięte mocno na zakrętce słoika, wystarczyłoby tylko się poruszyć, serce, nawet złamane, wcisnąć między żebra, tam, gdzie być miało. Ale ono już pękło na pół, nieodwracalnie i to pęknięcie, ten ból przeszył mnie na wskroś i wiem, że nie chcę tego czuć. Nie chcę czuć już niczego.
Nie chcę być obecny w tej rzeczywistości, nie jestem na nią gotowy.
Lepiej jest odejść. Może trochę tchórzliwie, ale niespodziewanie wygodnie.
Czuję szarpnięcie, odruchowo przyciskam słoik z sercem do klatki piersiowej, ale ł a g o d n e, nieco zagubione w otaczającej mnie mgle spojrzenie przenoszę na niego. Chcę powiedzieć mu, by przestał, bo to nie ma sensu. Nie wierzę, że da radę, że cokolwiek jest w stanie z tym zrobić, przecież nie ma powodu. Ale usta drżą i ja drżę cały, bo zimno oblewa mnie kolejnym wiadrem i jest mi ze sobą już absolutnie źle, czuję się, jakby dreszcze pragnęły wytrząsnąć ze mnie duszę na dobre.
Przez to też nie mam siły stawiać mu oporu. Blednę z każdą kolejną sekundą, a wszystkie kończyny drętwieją. Ciężej jest mi podnieść rękę, pozwolić mu dostać się do rany, zapominam na moment nawet o oddychaniu i dopiero upomnienie, bym to robił — dźwięk z daleka, niespodziewany — sprawia, że klatka piersiowa unosi się nagle, by później opaść ciężko.
To wszystko wydaje się być jakąś wizją w gorączce, bo kto normalny rozrywa sobie klatkę piersiową i wyrywa serce, by wsunąć je w ciało kogoś innego? Ale jednak czuję ciężar, nieznajomy i cichy. Nowe serce bije ciężko, ale uparcie, wciąż widać je z otwartej rany. Pompuje krew obowiązkowo, choć jest jakieś dziwne i blizny naprawdę łaskoczą, pierwsze oddechy są zupełnie już niewygodne. Powinienem zresztą krzyczeć — ale powstrzymuję się przed tym, ledwo bo ledwo. Tymczasem mgła rozrzedza się przed moimi oczami i widzę wreszcie, że to wszystko nie była wizja, nie był to sen, ale prawda. Jestem jednak w stanie wreszcie się poruszyć i widzę, co z nim.
— Nie gryź... — gardłowy, zachrypnięty szept poprzedza wyciągnięcie ręki — wciąż jeszcze trupiozimnej, wciąż poznaczonej śladami krwi — do jego ust. Pragnę uwolnić wargę od więzienia zębów, nie zasługuje na to. — Co z tobą? — pytam wreszcie, wciąż mam w objęciach swoje serce, pęknięte, wciąż w słoiku. Od niego bije ciepło, od tego, które mam w sobie już niekoniecznie. Ale łaskocze mnie od czasu do czasu, nawet przyjemnie. — Musisz... Musisz mieć jakieś serce... — nalegam, choć w tej specyficznej namiastce rozmowy błądzę jak dziecko we mgle. Łapię wreszcie jego dłonie, brudne od mojej krwi. Składam je na słoiku, kładę swoje ręce na jego. — Mam tylko... Takie...
Nikt poza mną go nie chciał. Ale może dla ciebie będzie... Akurat?


Forgiving who you are
for what you stand to gain;
Just know that if you hide,
it doesn't go away



Oliver Summers
Zawód : Twórca talizmanów, właściciel sklepu "Bursztynowy Świerzop"
Wiek : 24
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
gdzie rzucą kość
będziesz jak szczeniak biegł
OPCM : 11
UROKI : 0
ALCHEMIA : 31 +7
UZDRAWIANIE : 11 +1
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-oliver-summers#300999
[SEN] Z młodej piersi się wyrwało...
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach