Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Stoliki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Stoliki   31.08.15 2:07

First topic message reminder :

Stoliki

Rzadko kiedy Trzy Miotły święcą pustkami. We wnętrzu zwyczajowo panuje tłok, czasami nawet i trudno o wolny stolik - szczególnie wieczorami, podczas mroźniejszych dni, a także weekendami, gdy wioskę odwiedzają studenci Hogwartu. Dobra renoma, która przyciąga klientów, jest w pełni uzasadniona - właśnie tutaj można dostać najznakomitsze miody, które są eksportowane także na rynki zagraniczne. W sali zwykle słychać gwar rozmów, mieszający się ze śmiechem, jak i dźwiękami kufli wznoszonych do toastów. Pomiędzy mniejszymi, okrągłymi stolikami, idealnymi do niewielki spotkań w gronie znajomych, a także pomiędzy tymi większymi, krąży młoda barmanka - córka właścicieli - o ogniście rudych włosach. Plotki mówią, że Bonny jest spokrewniona z Weasleyami.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Stoliki   20.07.16 12:01

Jakieś dwa wciąż działające zwoje mózgowe Colina zaiskrzyły, zaskwierczały i zajaśniały nagłym blaskiem, podpowiadając księgarzowi, że jego nazbyt wylewne zachowanie nie pasuje do zacisznego kąta w Trzech Miotłach, a wśród niektórych gości tego szacownego przybytku mogłoby budzić nawet pewnego rodzaju zgorszenie. Z kolei inne (pijane) zwoje mózgowe gwałtownie zaprotestowały, wysuwając argumenty, że przecież jest Nowy Rok i nie ma na świecie osoby, która by sobie nie wypiła, ponadto Trzy Miotły są prawie puste, a już na pewno nie ma tu młodzieży, którą widok Colina mógłby zdemoralizować, no i najważniejsze - był szlachcicem, a szlachcie można o wiele więcej niż komukolwiek innemu. Oczywiście szlachta powinna się też umieć zachować, ale przecież Colina nigdy nie obchodziło to, co o nim myślą i co mówią; wręcz przeciwnie, z jakąś zadziwiającą rozkoszą zbierał kolejne doniesienia na swój temat, aby w zaciszu salonu, gdzie pomiaukiwały koty, oddawać się perwersyjnej przyjemności czytania o swoich kolejnych dziwactwach.
- Nie umiem się teleportować, Tonks - powiedział w miarę trzeźwym tonem, zanim znowu żałośnie czknął, prawie że podskakując na swoim krześle. Nienawidził tego rodzaju pijackiej czkawki, która uporczywie go męczyła przez długie minuty, zanim dała mu spokój i pozwoliła w końcu odpocząć. - Zawsze korzystam z komunikacji miejski... znaczy kominkowej - ziewnął lekko, zakrywając dłonią usta i szurając nieśmiało hakiem po stole. Zastanawiał się nawet, czy nie wyryć na miękkim drewnie jakiegoś znaku rozpoznawczego, ale podejrzewał, że właściciel pubu niespecjalnie by się z tego powodu ucieszył. - A co z twoją kobietą, Tonks, dalej twoją jedyną miłością są książki? - zainteresował się nagle uznając, że wypada zapytać o takie podstawowe rzeczy człowieka, z którym nie rozmawiało się prawie dwadzieścia lat. Szmat czasu. Nie zastanawiał się nad subtelnością i delikatnością swojego pytania; w sumie to nie zastanawiał się nad niczym, znów ziewając, mrugając i potrząsając głową, próbując tym samym obudzić się z alkoholowego letargu i sprawiać wrażenie trochę bardziej trzeźwego.
Zbył machnięciem ręki propozycję Tonksa, bo nie miał ochoty ani na kawę, ani na herbatę, ani nawet na kolejną butelkę kremowego piwa (lub raczej czegoś mocniejszego). W zasadzie jedynym, co doprowadziłoby go do stanu używalności, było w tym momencie chyba wiadro pełne lodowatej wody, ale wątpił, aby Tonks lub właściciel Trzech Mioteł takowym dysponowali.


Powrót do góry Go down
Michael Tonks
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t1856-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t2738-poczta-michaela https://www.morsmordre.net/t1895-michael https://www.morsmordre.net/f213-lavender-hill-124 https://www.morsmordre.net/t2154-michael-tonks
nauczyciel zaklęć
35
Mugolska
Wdowiec
...
15
24
0
0
5
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   21.07.16 1:33

Michael tylko westchnął, najwyraźniej coraz bardziej skonsternowany niezręczną sytuacją. I coraz bardziej marzył o tym, by po prostu wskoczyć w kominek i przenieść się do domu. Jeszcze tylko chwilę...
- Chyba czas się kiedyś nauczyć, Fawley – stwierdził, zaskoczony, bo raczej nieczęsto zdarzały się osoby, które nie podchodziły do egzaminu po uzyskaniu pełnoletniości. Sam Michael szybko zdał teleportację, wiedząc, jak wiele ułatwiała w życiu, zwłaszcza przy jego obecnym sposobie funkcjonowania, gdy stale kursował pomiędzy Hogwartem a Londynem. Oczywiście w zamku teleportacja była niemożliwa, ale wystarczyło wydostać się poza tereny szkoły, żeby szybko przenieść się do rodzinnego domu. – Chociaż gdybyś próbował zrobić to teraz, mógłbyś stracić coś więcej niż swoją ozdóbkę – skinął na hak, ale nie pytał, w jakich okolicznościach Fawley stracił prawdziwą dłoń, nie była to jego sprawa, zresztą zdarzały się różne wypadki. Pomijając fakt, że gdyby chodziło o zwyczajny wypadek, rękę dałoby się przyczepić z powrotem, nie z takimi sytuacjami radzili sobie uzdrowiciele. Nie pytał o nic, zwłaszcza że chwilę później Fawley poruszył dużo bardziej drażliwy temat. Ręka Tonksa odruchowo powędrowała do jednej z obrączek, którą nosił na palcu, tej ślubnej.
- Można tak powiedzieć – rzekł tylko, a jego oblicze spochmurniało. Odkąd stracił Annabeth, jego jedyną miłością były książki i nauka, bo nie poznał jeszcze nikogo, kto mógłby zastąpić zmarłą żonę. Dzielił czas na opiekę nad córką i pracę (w ostatnich miesiącach głównie pracę, bo córka uczyła się za granicą) i jakoś funkcjonował. – Skoro jesteś pewien... – mruknął, gdy Fawley odmówił wypicia kawy lub herbaty, jednak przyszedł mu do głowy inny pomysł, który mógłby go otrzeźwić, zanim ten wskoczy do kominka. – Balneo – rzucił jeszcze, kierując różdżkę prosto na sylwetkę Colina, zamierzając oblać go wiadrem zimnej wody. Zaklęcie nieszkodliwe, ale z pewnością dobre na otrzeźwienie.


Powrót do góry Go down
Colin Fawley
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
36
Szlachetna
Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
9
9
0
0
1
2
0
5
Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?

PisanieTemat: Re: Stoliki   22.07.16 13:06

Colin powoli, ale sukcesywnie przechodził przez kolejne stadia kaca, przerabiając bardzo szybko etap dezorientacji i oszołomienia, wchodząc w etap paskudnego samopoczucia - na szczęście wyjątkowo krótki - a potem okrutnej czkawki, aż w końcu zahaczył, hehehe, o moment, w którym kac zamienił się w uporczywe, drażniące i wkurzające go niemożliwie dudnienie, rozchodzące się wewnątrz głowy. Zmysły miał wyczulone do tego stopnia, że nawet oddech Tonksa brzmiał dla Colina jak uderzenia perkusji tuż nad uchem; skrzywił się więc mimowolnie, zatykając uszy rękami i próbując oderwać się od złośliwego hałasu, który rozsadzał mu czaszkę. Nie przyniosło to jednak żadnych, nawet najmniejszy rezultatów; wręcz przeciwnie, dudnienie stało się jeszcze silniejsze, jakby na złość Colinowi.
- Kominki są w zupełności wystarczające, a połączenie między księgarnią a moim domem działa wyśmienicie - wzruszył ramionami, przypominając sobie, że w sumie powinien dokupić trochę Proszku Fiuu, który ostatnio zaczął dziwnie szybko znikać. Dla Colina, który większość swojego życia spędził w gabinecie, w księgarniach i w bibliotekach, nie mówiąc o swoich pracowniach i mieszkaniu Avery'ego, ostatnie tygodnie były aż za bardzo pracowite; nie pamiętał w sumie, kiedy miał więcej niż dwa dni wolnego z rzędu, zawsze na nogach, zawsze coś załatwiając. Albo leżąc bezczynnie w szpitalu.
Oho, chyba dotknął wrażliwej kwestii, bo Tonks w jednej chwili zamienił się w gradową chmurę, a jego oblicze spochmurniało tak gwałtownie, że Colin tylko ostatkiem woli powstrzymał się przed wyczarowaniem parasolki, aby chronić się przed ewentualną ulewą. Nie drążył jednak tematu, bo nawet na kacu i w nie do końca stanie pełnej świadomości dostrzegł, że niektórych wątków lepiej nie poruszać. Sam zresztą niedawno znalazł się w podobnej sytuacji i doskonale pamiętał, jaka ogarnęła go irytacja, gdy Wright uporczywie mu wiercił dziurę w brzuchu, aby wyciągnąć z niego informacje, których Colin niekoniecznie chciał udzielać.
Ulewa jednak nadeszła, chociaż niezupełnie z tej strony, z której księgarz się jej spodziewał. Nie zdążył nawet zareagować, gdy dostrzegł wycelowaną w siebie różdżkę, bo chwilę później z jej końca strzelił promień zaklęcia, a on sam poczuł, jak jego włosy, głowa i cała sylwetka przesiąka lodowatą wodą. Sapnął zaskoczony, wzdrygając się gwałtownie, gdy igiełki zimna wbijały mu się w skórę, a ubranie przyklejało się nieprzyjemnie do ciała.
- Ciekawe, kto to teraz posprząta - zmrużył oczy, starając się nie odpowiedzieć Tonksowi podobnym zaklęciem. Wstał z krzesła, strzepując z siebie krople wody leniwie spływającej po ubraniu. Wyglądał jak przemoczona kura i dokładnie tak samo się czuł, ale przynajmniej dudnienie w głowie na chwilę ustało. Spojrzał na mężczyznę, z którym dzielił sześć lat swojego życia, a który dzisiaj był dla niego praktycznie obcym człowiekiem. - Słuchaj... może wpadłbyś w następny weekend do Dziurawego Kotła na partyjkę kościanego pokera? Wyślę ci sowę i ustalimy szczegóły. A teraz muszę lecieć, trzeźwieć w bardziej komfortowych warunkach - dodał zaraz, wcale nie zamierzając czekać na odpowiedź i odwrócił się, znikając po chwili w płomieniach kominka.

z/t Colin


Powrót do góry Go down
Michael Tonks
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t1856-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t2738-poczta-michaela https://www.morsmordre.net/t1895-michael https://www.morsmordre.net/f213-lavender-hill-124 https://www.morsmordre.net/t2154-michael-tonks
nauczyciel zaklęć
35
Mugolska
Wdowiec
...
15
24
0
0
5
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   22.07.16 18:06

Dla Michaela tematy zahaczające o żonę zawsze były drażliwe, choć zdawał sobie sprawę, że Fawley, z którym po zakończeniu Hogwartu nie miał za bardzo kontaktu, pomijając okazjonalne wizyty w jego księgarni, mógł nawet nie wiedzieć o istnieniu Annabeth. Ich związek był przecież przeraźliwie krótki, dostali od losu zaledwie parę wspólnych lat, a później Michael nie interesował się innymi kobietami. Istniały dla niego tylko córka, nauka i praca, w te najważniejsze dla siebie rzeczy wkładał całego siebie, prawdopodobnie nieco w tym czasie dziwaczejąc. Może zareagował nieco impulsywnie, ale nie żywił do swojego rozmówcy urazy, zaś oblanie go wodą miało go po prostu otrzeźwić, a to, w opinii Tonksa, zdecydowanie mu teraz nie zaszkodzi. Patrzył więc, jak na Fawleya opada z góry strumień wody, mocząc jego włosy i ubrania, skapując na posadzkę, i zapewne ziębiąc go mocno w ten zimny styczniowy poranek.
Uśmiechnął się kątem ust, bo mimo wszystko był to całkiem zabawny widok.
- Postaram się znaleźć chwilę wolnego czasu – rzekł w odpowiedzi na jego propozycję, nieco zaskakującą biorąc pod uwagę fakt, że Tonks właśnie oblał go zimną wodą. Jednak chwilę po wygłoszeniu tych słów wciąż mokry Fawley ruszył w stronę kominka, w którym po chwilę zniknął, a Michael miał nadzieję, że nie przyprawi jakiejś niewinnej osoby o zawał na widok przemoczonego jednorękiego mężczyzny w spódnicy.
Sam po chwili osuszył mokrą podłogę zaklęciem, po czym również wrócił do domu.

| zt.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   06.06.17 19:23

22 kwietnia
Ciężko było ostatnio nie móc wyjść z zaskoczenia, gdy na swej drodze Jayden spotykał praktycznie samych ludzi związanych ze swoją przeszłością. Jeśli nie byli to uczniowie ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, to dawni przyjaciele, a nawet nieznajomi, którzy oznajmiali, że znali osoby bliskie Vane'owi. Jeśli byłoby się osobą, która o wiele bardziej bierze do siebie te wszystkie wydarzenia i traktuje je jako preludium do czegoś większego, zapewne można by spanikować i zastanowić się do czego to prowadzi. Jay jednak absolutnie tak tego nie odbierał. Każdy jego dzień łączył się z jakimś niesamowitym wydarzeniem lub to właśnie on to tak postrzegał. Cieszył się ze wszystkiego, dlatego nawet najmniejsze rzeczy miały dla niego ogromne znaczenie. Niektórych to podejście wiecznego dziecka drażniło, innych podnosiło na duchu z tego względu, że za dużo było cierpienia w życiu. A ludzie uwielbiali sobie wyszukiwać nowych i nowych problemów. Nie wiedzieli, że tak naprawdę te problemy leżą w nich samych i jeśli tylko by chcieli, mogliby się ich pozbyć. Nic więc dziwnego, że niektórzy postrzegali profesora Vane'a jako szaleńca, naukowca który poświęcał się jedynie swoim obliczeniom i gwiazdom na niebie. Mieli go za oderwanego od rzeczywistości, siedzącego w swoim kosmosie człowieka. Jednak czy to własnie dzięki temu nie nabierał dystansu do świata ludzi? Obiektywizm był dla JJa czymś tak naturalnym jak sól w wodach oceanu. I chociaż może nie zdawał sobie z tego sprawy, mógł dostrzec więcej niż inni. Do tego wszystkiego rzadko kiedy się zamartwiał. Bardzo niewiele osób mogło zobaczyć kiedykolwiek Jaydena przybitego przez jakieś smutki, dającego nimi nad sobą zapanować i uniemożliwić dalszą pracę. Jego charakter i osobowość nie pozwalały jednak na marazm z byle powodu. A nawet jeśli się przejmował, to wciąż dostrzegał pozytywne strony danej sytuacji. Nieuleczalny optymista. Oczywiście ostatnie wydarzenia związane z referendum, ustanowieniem policji antymugolskiej i innych oburzających zachować względem członków magicznego społeczeństwa pochodzących z rodzin mugolskich niezwykle głęboko raniły jego serce, ale wierzył uparcie w to, że wszystko miało się dobrze skończyć. Może nie jutro, za dwa dni, za miesiąc, nawet nie za rok. Ale w końcu i czarodzieje i mugole mieli żyć w dobrych stosunkach obok siebie. Czuł, że tak będzie.
Między innymi rozmyślając właśnie o tych wszystkich sprawach, zawędrował na Ulicę Pokątną, gdzie natknął się na Aldricha McKinnona! Ich znajomość rozpoczęła się nie w najlepszych okolicznościach, ale nie została zepchnięta na dalszy plan, a przy okazji JJ mógł się przekonać, że był to jeden z niewielu ludzi, którzy posiadali poglądy tak zbliżone do tych Vane'a. Z racji tego że profesor pojawił się tam dosłownie na moment, przypominając sobie o nadchodzących wieczornych zajęciach w Hogwarcie, umówił się z uzdrowicielem w pubie Pod Trzema Miotłami. Miejsce to wydawało się idealne dla dawnych uczniów wielkiego zamku, a przy okazji łączyło się z nim wiele miłych wspomnień. Mieli sobie tak dużo do opowiedzenia. Nic dziwnego że Jay pojawił się na miejscu dwadzieścia minut przed czasem, chociaż mieszkał kilka domów dalej. Odkąd Hogsmeade stało się jego domem, miejscowi traktowali go jak swojego, a przy okazji również potrafili przymrużyć oko na ceny swoich sklepowych ofert. A co za tym szło - dzisiejsze czasoumilacze w sławnym pubie miały być dostępne po kosztach. Czekając na dobrego towarzysza, Jayden wyjął swój notatnik ze wszystkimi obserwacjami i obliczeniami i zaczął go przeglądać. Już niedługo miały pojawić się zorze polarne w północnej Szkocji... Musiał tam być!




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
Aldrich McKinnon
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
uzdrowiciel
27
Półkrwi
Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
8
3
0
19
0
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   06.06.17 22:17

Prawie nie poznawał już Pokątnej. W niczym nie przypominała ulicy, po której z zachwytem spacerował jedenastoletni Aldrich przygotowując się do rozpoczęcia nauki w Hogwarcie. Dzisiaj jak inni przechodnie przemykał przez ulicę, szybko załatwiając swoje sprawy. Gwar, który utożsamiał z Pokątną z dzieciństwa nie był już taki sam i gdyby nie spotkanie z dawnym znajomym, Aldrich zapewne spróbowałby wyprzeć pobyt tam z pamięci. Aż dziwnie się czuł myśląc, że kiedyś nie mógł doczekać się przejścia przez ścianę za Dziurawym Kotłem, by kupić nowe pióra, składniki do eliksirów i wreszcie odwiedzić imponujący budynek banku. Tymczasem gmach robił obecnie raczej przygnębiające wrażenie.
Rzeczywiście, dawno się z Jaydenem nie widzieli. Al, gdy tylko udało mu się zamienić dyżurami z kolegą na oddziale wygospodarował sobie czas wieczorem, by udać się do Trzech Mioteł. Ostatnio był tam chyba, gdy jeszcze nie mógł zgodnie z prawem kupić sobie szklaneczki Ognistej Whisky, więc tym chętniej odwiedzał pub, z którym kojarzył wyłącznie dobre wspomnienia. I chociaż magiczna wioska także się zmieniła, gdy tylko teleportował się na główną ulicę poczuł się znacznie bliżej domu i znacznie bardziej na swoim miejscu niż w Londynie. Większość ludzi przeciągała tu słowa podobnie jak on sam nauczył się w domu rodzinnym, ruch na ulicy był mniejszy, atmosfera ogółem zdawała się lżejsza. A może tylko to świadomość, że przed nim mile spędzony czas w legendarnych już Trzech Miotłach tak wpływała na jego postrzeganie rzeczywistości. Często brakowało mu chłodnego oglądu na sprawy, który tak cenił u Jaydena. Odkąd przełamał niezręczność, która towarzyszyła mu podczas spotkań z nim (a wynikała zapewne z nieprzyjemnych co najmniej okoliczności, w których się poznali), w ogóle szybko przekonał się do astronoma. A to za sprawą nie tylko jego usposobienia, ale też zawodu, który interesował Ala, zwłaszcza gdy prawdziwy pasjonat, jakim był właśnie Jayden o nim opowiadał. Pomagało mu to odnaleźć na nowo wszystkie fascynujące cechy uzdrowicielstwa, które sam zagubił gdzieś po drodze.
Wewnątrz pubu nie można było niemal zauważyć zmiany od czasów, gdy przychodził tu jako uczeń. Było nawet dość tłoczno, więc dopiero po chwili wypatrzył Jaydena. Zanim dołączył do niego przy stoliku kupił dwie pinty portera i dopiero z nimi dotarł do towarzysza.
- Czyżbyś planował wydać kolejny podręcznik? – doprawdy, skoro nawet tu i teraz przeglądał swoje obliczenia, bliżej musi mu być do kosmosu niż choćby Edynburga. Ale Aldrich nie widział w tym nic zdrożnego, zwłaszcza, że Vane wciąż udowadniał bez przeszkód, że głowę ma na karku. – Witaj. Przepraszam, jeśli się spóźniłem.
Zsunął z ramion płaszcz i z ulgą zasiadł przy stoliku. Przyjrzał się Jaydenowi, ale ten jak zwykle wyglądał dość zdrowo, a przy tym w dobrym humorze.
- Powiedz no, Jay, jak traktuje cię nasza dawna szkoła? – mówił o niej z sentymentem, choć przecież wiele się tam zmieniło. Nie zdążył jej jeszcze opuścić, kiedy nowy dyrektor zaczął wprowadzać zmiany, które powinny zostać uznane za niepokojące. Gdyby miał teraz wrócić do Hogwartu, zapewne drżałby na tę myśl, jeśli w ogóle wpuszczono by go do Wielkiej Sali ze statusem krwi, który posiadał. Ale na cześć licznych dobrych wspomnień mimo wszystko wyniesionych stamtąd, zanucił w myślach szkolny hymn.
Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!

Rzeczywiście, gdy teraz nad tym pomyślał, szkoła nie przygotowała go na sytuacje, które spotykał zbyt często poza jej murami.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   07.06.17 8:39

Aldrich mógł być niezwykle podniecony w młodym wieku, przebywając na Ulicy Pokątnej. I owszem. Miał sporo racji w tym, że świetność tego miejsca bardzo się obniżyła od tamtych czasów. Jayden pamiętał wiele kolorowych ozdób, pięknie pachnących bułeczek na stoikach, fajerwerkach, które prosiły się o kupno. Teraz również było to niezwykle żywe miejsce, ale... No, właśnie. Było pewne ale. Może tamten obraz najsławniejszej ulicy wśród brytyjskich czarodziejów, tak piękny i idealny istniał jedynie w głowach podekscytowanych dzieci. A prawda była zupełnie inna - właśnie tak samo monotonna jaką znali w teraźniejszości. Vane mimo wszystko i tak lubił pojawiać się na Pokątnej. Była to w pewnym stopniu tradycja, że gdy przyjeżdżał do Londynu, odwiedzał zarówno rodziców jak i przesławną ulicę. Nie musiał potrzebować z niej nic specjalnego, chociaż bardzo często wpadał do sklepu z artykułami piśmienniczymi. Zawód nauczyciela i naukowca zobowiązywał, dlatego w gabinecie JJa zawsze znajdowały się stosy papieru, których nigdy nie mogło zabraknąć.
A Hogsmeade dla niego się nie zmieniało. Wciąż tak samo opustoszałe, gdy nie było tam uczniów. Wciąż było jego domem, który tak uwielbiał, chociaż w samym mieszkaniu spędzał naprawdę mało czasu. Gdy nocami nie był na eskapadach ze swoimi towarzyszami centaurami, za dnia prowadził zajęcia jak również był aktywnym członkiem Brytyjskiego Towarzystwa Astronomów, które mogło odpowiadać mugolskiemu Towarzystwu Królewskiemu w Londynie. Bądź co bądź czarodzieje skupiali się w jeszcze większe bractwa i grupy, jednak każdy z nich chciał dzielić się odkryciami z innymi. Jedni w bardziej entuzjastyczny sposób jak Jayden i jego dziadek, a drudzy w mniej - bojący się o odebranie sukcesu przez kogoś innego. Bądź co bądź na przebywanie w mieszkaniu pod numerem siedemnastym Vane zwyczajnie nie miał czasu. Nic dziwnego że wyglądało tam jak w dziupli bezdomnego, ale kogo to interesowało? Najważniejszym punktem tego dnia nie było wszak sprzątanie, a spotkanie z dawno niewidzianym Aldrichem. Obaj nie mieli szczęścia do chwili zapoznania, ale z każdej tragicznej sytuacji mogło jednak wyjść coś dobrego. Nie przywróciło to życia jego siostrze, jednak nie można było się całkowicie załamywać. Życie posiadało zdecydowanie za dużo możliwości, by poddawać się tak łatwo. Samego JJa nie spotkała nigdy osobista tragedia, ale przejmował się samym faktem fali nieszczęść, która przechodziła właśnie przez Wielką Brytanię i nie zamierzała się zatrzymywać. Do tego część jego uczniów zwyczajnie znikała lub ich rodzice byli wzywani do Ministerstwa Magii, gdzie ślad po nich ginął.
Dopiero znajomy głos wytrącił go z rozmyślań o tak nieprzyjemnych sprawach i na twarzy Jaydena zaraz pojawił się uśmiech. Jak zawsze musiał nieco zadzierać głowę, bo jego towarzysz był od niego o wiele wyższy, jednak nie przeszkadzało to w żaden sposób. Zaraz też po przywitaniu usiedli naprzeciwko siebie i Vane uśmiechnął się po raz kolejny.
- Żebyś wiedział! Już prawie kończę. Brakuje mi jednak funduszy, dlatego chyba pożyczę od banku albo poszukam jakiegoś dobrego człowieka, żeby mi patronował - odparł, wzruszając lekko ramionami i zamykając notes. Zaraz też włożył do do wewnętrznej kieszeni płaszcza, gdzie specjalnie przygotowana kieszonka czekała na zeszyt profesora. - Na spotkanie przyjaciół nie można się spóźnić - dodał pokrzepiająco, chcąc przy okazji sprawić, żeby McKinnon dorzucił troski związane z pracą czy zajmowaniem się małą kobietką. Jayden podziwiał go za to, że potrafił być zarówno uzdrowicielem jak i ojcem i matką. Z tego co pamiętał Al raczej nie wspominał mu o żadnej pani McKinnon, więc miał naprawdę dużo do roboty. Wychowywanie małego człowieka było nie lada wyczynem. - Hogwart? Cóż mogę powiedzieć. Kucharka dalej nie zamyka drzwi co z premedytacją wykorzystuję - zaśmiał się na wspomnienie zakradania się do zamkowej kuchni. - Uczniowie jak zawsze dają popalić, ale nic nie sprawia mi większej przyjemności jak patrzenie, że również zaczynają rozumieć i interesować się astronomią. Gdybyś tylko zobaczył urządzenia, które mam w gabinecie... Nasz stary profesor Moore takich nie posiadał! Wiadomo jednak że dyrektor raczej nie stawia na ogólne wykształcenie, a preferuje... Przeznaczać pewne środki na inne zajęcia - mruknął już smutniej i skrzywił się przy okazji. Nie chciał jednak żeby to spotkanie zaczęło się właśnie w taki sposób. O Hogwarcie mogli pomówić później. - Ale powiedz mi co u ciebie słychać! Dawno nie rozmawialiśmy, a przez ostatnie wydarzenia pewnie masz urwanie głowy w pracy. W domu też masz chaos? - zagadnął, wyobrażając sobie małą dziewczynkę i próbującego złapać ją Ala.




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
Aldrich McKinnon
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
uzdrowiciel
27
Półkrwi
Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
8
3
0
19
0
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   07.06.17 21:24

Być może to wszystko przez pośpiech. Kiedyś mieliby więcej czasu na dokładniejsze obejrzenie bogactw sklepowych wystaw i więcej wiary w to, że posiadanie nowej miotły czy wybuchającego kociołka prawdziwie ich uszczęśliwi. Sentyment, oczywiście pozostawał, podobnie jak nieracjonalna ochota, by sprawić sobie nowe pióro albo świeży komplet uzdrowicielskich szat i poczuć się odrobinę lepiej. Choć zakupy były rzekomo domeną kobiet, rozkwit zakładów usługowych sprzyjał temu, by także mężczyźni zaczęli korzystać z ich „terapeutycznych” zalet. Nie mogło, w czasach braku i ograniczania się do tylu rzeczy, ile tylko konieczne, być mowy o wyrzucaniu pieniędzy w błoto na błyszczące, lecz w gruncie rzeczy niepotrzebne drobiazgi, ale Aldrich i tak co jakiś czas musiał mierzyć się z wizytami w sklepach zabawkarskich. Jego siostrzenicy nie mogły wszak wystarczyć wciąż te same lalki ani tym bardziej stare książki pamiętające jego własne dzieciństwo. Niewiele ich zresztą przywiózł ze sobą do mieszkania w Londynie, towarzyszyły mu tylko ulubione, na które była jeszcze za młoda (ostatnio ulubioną lekturą przed snem były baśnie Beedle'a). Pozostałe półki zapełniały atlasy anatomiczne i leksykony eliksirów, zupełnie jakby jak najszybciej próbował zapomnieć o dzieciństwie, jednocześnie mając tuż pod nosem małego człowieka. Może postępował tak, by codziennie przypominać sobie, że teraz musi być już tylko dorosłym.
- Gratuluję! – wzniósł toast kuflem portera za naukowe sukcesy kolegi. Sam (jeszcze?) takich nie osiągał, choć zapewne zanim dostanie wyższe stanowisko w szpitalu będzie musiał dorobić się kilku publikacji. W nielicznych wieczornych chwilach spokoju zastanawiał się nad tematem, który mógłby opracować. W końcu pracował już w zawodzie od pięciu lat i swoje zobaczył. Niektórzy powiedzieliby, że jest dopiero na początku swojej kariery w lecznictwie i także mieli by rację; pracował z wieloma starszymi uzdrowicielami. – Co opiszesz w nim tym razem? – co prawda, wiedza Ala na temat astronomii była już mocno zardzewiała, by nie powiedzieć wprost, że zanikała, ale nawet z resztkami lichych podstaw wolałby posłuchać o tajemnicach mapy gwiazd. Na co dzień był wręcz zakleszczony w realiach trzymających go blisko przy ziemi: otaczały go rany i choroby, a w domu czekało doglądanie małej – rzadko ostatnio spoglądał w górę i gdyby nie okno wychodzące na wschód być może nawet słońca by nie zauważał. W ciągle oświetlonych sztucznym światłem salach szpitalnych na dobrą sprawę nie ma różnicy między dniem i nocą, a podczas przerw w pracy nie rozmawia się o sprawach innych, niż sprawy pacjentów. Środowisko uzdrowicieli to w końcu także w znaczącej mierze pasjonaci.
Niewiele słyszał ostatnio o tym, co dzieje się w Hogwarcie, w zasadzie Jayden był niemal jedynym źródłem informacji o nowych zarządzeniach dyrektora i zachowaniu uczniów. Porównując pierwsze lata swojej edukacji z ostatnimi, z żalem myślał o całych pokoleniach wyrastających pod dyktando maniaka o ekstremalnych poglądach.
- Ach… – rozmarzył się na chwilę, a w brzuchu niemal mu zaburczało na wspomnienie wspaniałego Yorkshire pudding, którym zajadał się podczas szkolnych uczt. – Co ja bym dał za hogwarcki obiad z prawdziwego zdarzenia. - na ogół żywił się w pośpiechu, przejmując się raczej, by w codzienność chrześnicy wprowadzić to, co w diecie naprawdę potrzebne. Rzadko jednak jadał w domu, bo w ogóle rzadko w domu bywał naprawdę. Zwykle udawało mu się spędzić tam czas w ciągu dnia przez jeden, najwyżej dwa dni w tygodniu. W szpitalu rzeczywiście miał urwanie głowy, o czym zgodnie z prośbą opowiedział kompanowi.
- Rzeczywiście nie narzekam na nudę. Tylko dzisiaj na mój oddział trafiły trzy oparzenia od pomarańczowego ślimaka i kilku bywalców bagien potłuczonych przez czerwone kapturki. Poza tym pomagamy też sobie gdzie się da, trzeba nadrabiać braki – to są właśnie zalety redukcji w kadrze.
Uzdrowicieli nigdy nie było w nadmiarze, pewnie ze względu na wyczerpującą naukę i staż i duży wpływ zawodu na psychikę i wrażliwość. Wobec braków w personelu wszyscy pracowali jeszcze trochę dłużej, starając się zapomnieć, że prócz pacjentów mają też rodziny.
- Jakbyś zgadł. – przytaknął. – Mała rośnie jak na drożdżach, tak samo jak ilość uwagi, jakiej wymaga. A na dodatek chyba przygarniemy psa; lepiej, gdy dziecko dorasta w towarzystwie zwierzęcia. – choć zdawał sobie sprawę, że pies to dodatkowe obciążenie, sam trochę już się cieszył na tę myśl.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   08.06.17 14:16

Pomimo nieprzyjemnych okoliczności, które działy się wewnątrz magicznego społeczeństwa, Ulica Pokątna wciąż trwała w swoim dobrotliwym i otwartym dla wszystkich klimacie. Zdawało się, że nikt nie pamiętał już jak pod koniec marca grupka czarodziejów mierzyła się z tajemniczymi wydarzeniami w alejkach zawsze cichej Pokątnej. Z tego co Jay zasłyszał były w to zamieszane osoby z arystokracji jak i czarodziejskiej policji. Do tego podobno tyczyło się porwania półwiil i tworzenia z nich narkoryków. Straszne i bezstialskie... I to właśnie na tej nasławniejszej ulicy... Zawsze była bezpiecznym miejscem, a teraz? Ciężko było stwierdzić skoro wszelkie rozmachy jak i polityczne niesnaski czy przestępstwa wdarły się na jej teren. Nie mniej ni więcej wciąż była to ostoja normalnego, niewinnego życia czarodziejów i czarownic. Chociaż Jayden nazwałby to nieświadomym lub celowym unikaniem konflitków. Ludzie sadzili, że wojna ich nie dosięgnie. Że będzie się toczyła daleko od ich rodzinnych domów, a działo się wręcz odwotnie. Nie można było być biernym na nadchodzące i już toczące się wydarzenia. Nawet ktoś żyjący tak wysoko nad ziemią jak Jayden wiedział o przyszłych zagrożeniach, które pojawiały się już teraz, chociaż intensywność na pewno miała wzrosnąć na przełomie kilku miesięcy. Samo myślenie nad tym sprawiało, że profesor chciałby już zacząć działać z ramienia Zakonu. Niestety trzeba było jeszcze na to poczekać. Zamiast tego poświęcał się temu, co kochał. Nauka była dla niego czymś wyjątkowym i nawet jego otoczenie sugerowało, że ma się do czynienia z niezłym pasjonatą. Gabinet był zapełnionym od obliczeń miejscem, a samo mieszkanie w Hogsmeade... Cóż... Ciężko było powiedzieć jak wyglądało mieszkanie Jaydena - było tak bardzo zagracone wszystkimi księgami poświęconymi astronomii, takimi samymi przyrządami i wieloma innymi rzeczami o wątpliwym pochodzeniu i funkcji. Niekiedy spotykało się tam meteoryty i gdyby był gdzieś tam schowany smok, pewnie nikogo by to nie zdziwiło. Mieszkanie numer siedemnaście kryło wiele tajemnic.
- Nie ma czego - zaśmiał się Jayden, który już długie lata publikował artykuły w prasie naukowej, jednak nie brał tego sobie jako zasługę lub powód do chwalenia się. Robił to dla siebie i dla innych, by przybliżyć im tak ukochany przez siebie temat astronomii. Znał się jednak odrobinę na zawodzie uzdrowiciela lub bardziej na zasadach, na których taka osoba musiała działać. Jego ojciec, stryj i również Aldrich byli poświęcającymi się dla innych ludźmi. Pan Vane nie miał czasu zwyczajnie na robienie kariery w literaturze naukowej, ale może ktoś taki jak McKinnon zamierzał znaleźć kilka chwil i wydać coś swojego? Byłoby to na pewno interesujące. - Będzie postulowała o Drodze Mlecznej i procesach które w niej zachodząc. Wiesz skąd wzięła się ta nazwa? Uczniowie męczą mnie o to co roku i wydaje mi się, że zostałem badaczem mitów, a nie astronomem. Otóż Droga Mleczna jest prostym tłumaczeniem greckiego galaksias, które pochodzi od wyrazu gala oznaczającego mleko i wiązana była z mitem o narodzonym Herkulesie — synu Zeusa, który podał dziecko śpiącej i nieświadomej tego bogini Herze do karmienia. Kropla jej mleka rozlana na niebie i utworzyła to zjawisko. Niesamowite jak ludzie tłumaczyli sobie niektóre rzeczy - zaśmiał się na koniec swojego wywodu, po czym upił nieco swojego napoju, krzywiąc się nieco czując ten gorzki smak piwa. Jay nie był przyzwyczajony do alkoholu, ale nie zamierzał narzekać. Miał ciekawsze rzeczy do roboty. Zaraz też roześmiał się, widząc minę swojego towarzysza na samo wspomnienie zamkowej kuchni w Hogwarcie. Oj, tak. Nie można było odmówić tamtejszym pracownikom talentu. Vane dalej potrafił bezwstydnie zakradać się do tamtejszych pomieszczeń i wykradać nocą to, co zostało. Sam również mało kedy wracał do domu i albo spędzał noce na Wieży Astronomicznej lub w lesie na badaniach z centaurami. - Jeśli będziesz chciał, może uda mi się coś dla ciebie przemycić - odparł, wiedząc, że jedzenie było powodem dla którego żył. No i oczywiście pomijając gwiazdy stojące zawsze na pierwszym miejscu. Słysząc słowa Aldricha, pokiwał głową ze zrozumieniem. - Podziwiam w takim razie to, że jeszcze żyjesz skoro nie masz czasu na odpoczynek - urwał, po czym od razu kontynuował:
- Psa? Sam nigdy takiego nie miałem, ale mam kapryśnych towarzyszy mieszkających w lesie. Trudno zrozumieć te centaury nawet po tylu latach znajomości. A swoją drogą... Gdzie podziałeś tego małego łobuza?




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
Aldrich McKinnon
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
uzdrowiciel
27
Półkrwi
Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
8
3
0
19
0
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   09.06.17 14:31

Al nie mógł się dziwić ludziom, którzy chcieli po prostu zapomnieć. Powstrzymywał się od wytykania naiwności ich próbom udawania, że wszystko jest w porządku, gdy wciąż rozstawiali na Pokątnej stragany i usiłowali nie zauważać nic niepokojącego. Wszyscy przerobili to już wcześniej: zaledwie siedemnaście lat temu cały świat zaczęła ogarniać wojna, a dziesięcioletni wówczas Al często słyszał od rodziny, że nas to nie dotyczy. To nie była ich wojna, wojna czarodziejów, jeśli który zginął nie okrzykiwano go bohaterem. Tak jak nikt nie stawia pomników mugolskim dzieciom zabranym od rodziców i wszystkim, którzy w ostatnich miesiącach zginęli bez wieści. Równie łatwo jak znaleźć w sobie szlachetność jest zwyczajnie zdziczeć w takich czasach.
Aldrich był wtedy zbyt młody (i, szczerze powiedziawszy, zbyt przestraszony), by nie zaufać matce i innym dorosłym – miał zacząć naukę w Hogwarcie, w życiu istniały tylko dobre rzeczy. Dopiero z biegiem czasu przejrzał na oczy, porzucił bezwarunkowe zaufania w słowa matki. Co mu po powtarzaniu, że nic się nie stanie, skoro stało się i tak i nikt nie zapytał go o zdanie. Nie trzeba było wiele, by zadecydował, że kiedy tylko nadarzy się okazja, on też coś zrobi. Nie nadawał się na bohatera, przeciwnie, lecz komu miało zależeć na sytuacji w kraju, jeśli nie jego obywatelom, i to wszystkim bez wyjątku? Czasem rzeczywiście czytywał gazety z najświeższymi doniesieniami kilkakrotnie przerywając lekturę. W podobnych chwilach zdarzało mu się chwytać nawet za podręczniki, których nie otwierał od lat, a brakowało mu studiowania tajemnic medycyny. Podczas w pracy szpitalu nie spotyka się wyjątkowych przypadków z taką częstotliwością, jaką wyobrażał sobie podczas przygotowań do zawodu, zdarzały się wręcz dni, gdy postępował mechanicznie z najpospolitszymi urazami, myślami będąc gdzieś daleko.
- A ja uważam, że to duże osiągnięcie. - chcąc uzmysłowić sobie ogrom pracy związany z wydaniem podręcznika, Al wyobrażał sobie redakcję własnego atlasu anatomii i dostawał dreszczy na myśl o żmudnym opracowywaniu rycin i licznych konsultacjach, bez których żadna naukowa publikacja nie ujrzy światła dziennego. Jaydenowi już raz się to udało, a jeśli uda i drugi, było czego gratulować. – Jeśli z twoich podręczników będą kształcić się następne pokolenia czarodziejów… to pięknie być tak zapamiętanym.
Choć zupełnie rozumiał pobudki kierujące Vane’em, gdy ten pisał swoje książki i artykuły (w końcu matka Aldricha malowała także z zamiłowania bardziej niż dla pieniędzy), to taka pamiątka po sobie musiała robić wrażenie. W małych księgarenkach widywał jeszcze czasami przewodniki po tropikalnych wyspach napisane przez swego ojca. Nigdy żadnego nie kupił, by udać się w podróż jego śladami; wydawnictwa szybko zapomniały o (nudnawych najwyraźniej) przewodnikach i książki szybko przestały przynosić zysk, a i wątpił, by mogły przypomnieć mu ojca. Poza tym nieudanym przypadkiem, nie mógł sobie przypomnieć, by jakiś McKinnon wsławił się czymś jeszcze, lub też szczególnie przysłużył światu.
Aldrich nie znał mitologii zbyt dobrze, ale to nie przeszkadzało mu w uznaniu etymologii nazwy Drogi Mlecznej za ciekawą. Wyobraźnia i potrzeba znajomości rzeczy najwyraźniej towarzyszą ludzkości od samego początku, zostawiając ją z najgorszym uniwersalnym lękiem: przed nieznanym.
- To rzeczywiście ciekawe. I zabawne, jak surowo teraz postrzega się niektóre elementy dawnej wiedzy, prawda? Pamiętam, jak uczyłem się do stażu; nawet od tamtej pory trochę się zmieniło w naszym postrzeganiu zdrowia i choroby. – stan czarodziejskiej wiedzy medycznej i tak poprawiał się powoli, lecz nie da się ukryć, że uzdrowiciele dużo skorzystali na minionej wojnie.
- Nie, nie jest tak źle, może po prostu ostatnio zdarza mi się zbyt dużo narzekać. – zawstydził się nieco. Nigdy, choć wybierał zawód uzdrowiciela także uwzględniając aspekt jego prestiżu, nie szukał aktywnie podziwu. Odpowiadał tylko zgodnie z prawdą, jak wszyscy jego znajomi, którzy się przepracowywali.
- A i owszem, psa. – przytaknął, rozbawiony reakcją Jaydena. – Mamy już złotą rybkę i nie ukrywam, że wolałbym większe zwierzę, ale nie mamy warunków, żeby coś większego mogło z nami mieszkać. – Vane wszak z pewnością wiedział, że tak samo jak Al lubił wielką salę podczas uczt, uwielbiał także polany przed wejściem do Zakazanego Lasu, gdzie uczył się opieki nad magicznymi stworzeniami. I o ile nie zazdrościł Jaydenowi pracy z młodzieżą, tak życzyłby sobie czasami móc spędzić więcej czasu na obserwacji wspaniałych centaurów.
- Wolałbym, żeby zaczęła bywać w „Trzech Miotłach” dopiero jako uczennica Hogwartu. – uniósł lekko kąciki ust. Choć zabierał siostrzenicę ze sobą do wielu miejsc, wciąż było jeszcze więcej takich, które (zwłaszcza o tak późnej porze) były zdecydowanie nieodpowiednie dla czterolatki i pub na razie był jednym z nich.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   10.06.17 12:41

Czasy może i się zmieniły, ale można było wyczuć, że zło wciąż trzymało się w powietrzu i czekało, żeby iderzyć z większą mocą. Na razie atakowało delikatniej, chociaż z każdym mijanym tygodniem można było odczuć horror braku reakcji ze strony Ministerstwa Magii. Jayden wierzył w to, że było jeszcze wielu uczciwych pracowników Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, którzy pragnęli zwalczyć niebezpieczeństwo. Cóż. Znał kilku, więc to akurat była potwierdzona informacja. Opinia publiczna również bagatelizowała problemy.
- Jeśli tak to nie omieszkam odpowiedzieć na wszystkie pytania nadciągającego młodego pokolenia - odparł rozbawiony Jayden. Jak zwykle Al zwiększał zasługi swoich rozmówców, ale pewnie nie byłby sobą, gdyby tego nie robił. Vane'owi starczyło spełnienie zawodowe i wiedza, że ktoś z niej korzysta, a on nie zatrzymuje jej tylko dla siebie jak niektórzy. Rozmawiając ze starszymi naukowcami często spotykał się z bardzo zadufanymi w sobie ludźmi. Nie wiedział czy było to związane z wiekiem, czy ze sławą, chociaż nie brakowało bardzo skromnych postaci, którym jak jemu zależało na szerzeniu wiedzy, a nie prestiżu swojej osoby. Cóż. Spotykało się tyle podejść do nauki, ilu chodziło ludzi na świecie i nie można było tego zmienić. Jayden wierzył jednak właśnie w mądrość i przekazywanie bezinteresowanie wiedzy innym, a szczególnie młodym, chłonnym umysłom uczniów. W Szkole Magii i Czarodzjestwa w Hogwarcie astronomia akurat zawsze stała na wysokim poziomie, mimo że obowiązywała jedynie przez pierwsze lata edukacji. Niektórzy jednak gdy chcieli nawet wstąpić do brygady wyłapującej wilkołaki, zostawali na jego przedmiocie, skupiając się na jak najlepszym poznaniu wpływu księżyca na siłę jak i przemianę tych biednych stworzeń. Jeszcze na początku roku dało się słyszeć o strasznym morderstwie małżeństwa, które zaatakował właśnie wilkołak pod osłoną nocy. Osierocili dwójkę dzieci i mimo że dorosłych, sprawa wcale nie stała się przez to mnie okrutna. Na samą myśl, Vane skrzywił się lekko, czując jak bardzo niebezpieczny musi być zawód takiego pracownika. Nie znał żadnego brygadzisty osobiście, ale wystarczyła odrobina wyobraźni, by przywołać przed oczy niektóre scenki. Jako człowiek specjalizujący się w tematyce również związaną z fazami księżyca, czasami współpracował z tym oddziałem Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ale nigdy nie był nikim więcej jak konsultantem. Najczęściej gdy dochodziło do takiej współpracy, wysyłał listowne porady jak i wyjaśnienia dotyczące możliwej siły wpływu luny na wilkołaki. Zaraz jednak przestał o tym myśleć, gdy usłyszał znowu głos przyjaciela. Miło było mieć u boku kogoś, kto nawet nieświadomie nie pozwalał za bardzo na oddalenie się myślami w bardziej mroczne miejsca. - Wydaje mi się, że kiedyś ludzie mieli większą wyobraźnię od nas - odparł Jay, kiwając głową na wypowiedź McKinnona. - W końcu tych opowieści jest pełno, a pamiętam nawet jakie zabawne historie opowiadali nam na astronomii, gdy sam się uczyłem. W porównaniu z wiedzą teraz tamte informacje były mitami i domysłami - nie faktami - przyznał, po czym znowu popił nieco alkoholu. No, cóż. Nie zmianił smaku od ostatniego łyku, ale nie miał zamiaru poświęcać temu uwagi. Równie dobrze mógłby pić paskudny eliksir wzmacniający i nie zrobiłoby mu to różnicy. Nie, jeśli spędzał czas z dobrym kompanem. - Nie wiem co takiego fascynującego dostrzegasz w trzymaniu złotej rybki. Rozumiem -
pies, ale z rybą się nie pobawisz. Chociaż może inaczej na to patrzę
- odparł z rozbawieniem, po czym pokręcił głową, słysząc kolejne słowa. - Jeśli masz takie zdanie, to pewnie gdy zacznie naukę w Hogwarcie, z tej tęsknoty się tutaj przeprowadzisz. Chociaż nie wiem czy dobrze byłoby mieć tatę na wyciągnięcie ręki - dodał, uśmiechając się szczerze i rozglądając się po wnętrzu Trzech Mioteł. Nic się tutaj nie zmieniło od czasu, gdy sam był Krukonem. Nawet ten sam czarodziej wciąż siedział w tym samym kącie. Stary, siwy... Profesor uśmiechnął się pod nosem i przeniósł uwagę na Aldricha. - A tak poza pracą jak nastrój? - zagadnął.




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
Aldrich McKinnon
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
uzdrowiciel
27
Półkrwi
Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
8
3
0
19
0
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   16.06.17 18:40

Ciekawe, jak to jest: uczestniczyć w wychowywaniu tylu młodych ludzi, móc przekazać im nie tylko wiedzę, ale też swoje poglądy. Do jego obowiązków należało utrzymanie współczesnych w dobrym zdrowiu; dzieci rzadko trafiały pod jego opiekę w szpitalu. A może gdyby ostatecznie wybrał kształcenie się w dziedzinie opieki nad magicznymi stworzeniami teraz także zaczynałby pracę w Hogwarcie i brał udział w kształtowaniu młodych umysłów? Hogwart, nawet jeśli wciąż zachwycał ucztami, na pewno zmienił się od czasów, gdy Al zasilał szeregi jego uczniów. Pokój panował jedynie pozornie, wielu ludzi nie mogło wyzbyć się niepokoju, zwłaszcza w niektórych grupach zawodowych trudno było przymykać oczy na zagrożenia, których można by nie widzieć zajmując się inną pracą. Aldrich miał wielu pacjentów z poważnymi obrażeniami, którzy trafiali do szpitala prosto z ulicy – szczególnie narażonym w ostatnich miesiącach zawodem byli aurorzy, a podejmowane przez nich ryzyko zwiększało się do tego stopnia, że trudno było ocenić, czy danego dnia wrócą do pracy do domu. Brygadziści i policjanci byli nie tylko w gronie pacjentów Aldricha, a także – nawet przede wszystkim – jego przyjaciół. Zupełnie inaczej słucha się plotek o makabrycznych wydarzeniach, gdy trzeba czuwać i dosłuchiwać się znajomych nazwisk wśród zaangażowanych w nie osób.
Wiedział, po lekturze dzienników i rozmowach ze znajomymi oraz kolegami z pracy, że nie dałby sobie rady z działaniem w podobnych akcjach: wystarczająco trudno było mieć styczność z tym, co działo się z ludźmi po tym, jak z nich wracali. Stał z boku i wykonywał tylko swoją pracę i nawet mimo ogromnego strachu i koszmarnych widoków odczuwał czasem poczucie winy, że nie angażuje się bardziej. Naprawienie wyrządzonych na ludzkich ciałach szkód bywa niesłychanie wymagające, a odbywa się w spokojnych warunkach, trzeba na to poświęcić wiele czasu.
Wojna już się skończyła, całe lata temu. A wydawało mu się czasem, że w ludziach zostały jeszcze jej ślady. Z przykrością myślał o zmianach, jakie wprowadzono do Hogwartu; słyszał tylko szczątki informacji od Jaydena i doceniał fakt, że nadal naucza swojego przedmiotu z myślą o wiedzy i pozostaje wierny nauce.
Żyli w czasach przełomowych nie tylko w sensie społecznym czy politycznym. Nauka także rozwijała się szybko, choć oznaczało to także, że świat tracił nieco ze swojej… czarowności? Ludzie wiedzą o sobie coraz więcej, wkrótce, żeby na świecie zostało dość tajemnic do zaspokojenia ludzkiej potrzeby niewyjaśnionych wydarzeń, trzeba będzie więcej kłamać.
Uczciwość wszak docenia się jedynie wobec jej braku.
- Niewątpliwie. Może spokojniejsze czasy wpływały na to korzystnie. Tempo życia znacznie wzrosło odkąd dorośliśmy, nie wydaje ci się? – nie było już czasu na domysły, a składało się na to wiele czynników: obaj dużo pracowali, cały czas przebywali w otoczeniu dużych grup ludzi, którzy w taki lub inny sposób na nich polegają: nie było miejsca na rozmyślania. A nauka, jak człowiek, może wpaść w rutynę, zaczynają liczyć się suche konkrety.
Skrzywił się mimowolnie także upijając łyk portera, lecz nie ze względu na jego smak; Al lubił ciemne piwa. Po prostu wciąż nie przyzwyczaił się do bycia nazywanym tatą chrześnicy. Chociaż taką właśnie rolę sprawował w jej życiu, często strofował się w myślach za coraz rzadsze poprawianie ludzi, kiedy zakładali, że mała jest jego córką. Nieraz towarzyszyło mu poczucie winy, jak gdyby z momentem, gdy w oczach ludzi będzie utożsamiany z jej rodzicem pamięć po jego siostrze i jej mężu miała zostać zbezczeszczona, a na to nigdy nie chciał pozwolić.
- Prawda, że nie lubię Londynu i myślę czasem, jakby to było: wrócić do Szkocji, ale nie chcę się przeprowadzać, nie teraz. – właśnie na tym, poza pracą skupiał się Al. – Tutaj… wszystko się dzieje. A ja… niepokoję się, ale – gdyby coś się wydarzyło – chcę być blisko.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   22.06.17 13:13

Al nie musiał długo czekać na doznanie podobnych odczuć związanych z wychowywaniem dzieci. Może i Jayden nie był żadnym opiekunem, ale widział jak jego uczniowie zmieniają się z roku na rok, poszerzają wiedzę i stają się bardziej świadomi niż wcześniej. Było w tym coś niezwykłego, a posiadając kogoś tak bliskiego jak McKinnon miał swoją siostrzenicę ta duma jak i niesamowite przeżycie musiało uderzać w sam środek osobowości. Była to równocześnie siła i słabość, bo jednak najbardziej na świecie Jay obawiał się właśnie tego, że ktoś skrzywdzi tych, których kochał. Na szczęście nie musiał się jeszcze z tym mierzyć. Wiedział, że problemy dopiero nadchodziły, ale wolał o nich nie myśleć. A przynajmniej nie w momencie spotkania z dawno niewidzianym towarzyszem. Początki ich znajomości jakby odeszły w niepamięć, zostawiając jedynie szczere poczucie poszanowania siebie nawzajem i tego czym się zajmowali. Bo jednak bycie uzdrowicielem było równocześnie dla JJa tak bliskie i równocześnie niesamowicie nieosiągalne. Jego ojciec od zawsze nim był i pomagał innym ludziom, dzięki swojemu darowi do uśmierzania bólu, ale młodszy Vane nigdy nie chciałby być odpowiedzialnym za czyjeś życie. Nie w ten sposób. Zmierzanie się z porażką musiało być naprawdę nie do zniesienia i każdy kto zajmował się pracą w Szpitalu Świętego Munga i ratowania ludzkich istnień musiał mieć nerwy ze stali. Jayden posiadał swoich uczniów, dbał o nich, pomagał im, ale nie walczył o to, by nie umarli. Oczywiście teraz wszystko się zmieniało, Ministerstwo Magii wywoływało niesamowitą presję na wszystkich czarodziejach mugolskiego pochodzenia. Wprowadzało to nerwowe nastroje w niegdyś spokojnych murach Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Stojąc przeciwko rządowi i dyrektorowi tak silnemu, w końcu trzeba było ponieść jakieś straty. Astronom zdawał sobie z tego doskonale sprawę, ale wolał nie wiedzieć, co się będzie później działo. Nikt nie wiedział i tak powinno zostać.
Nie mówił oczywiście wszystkiego Alowi, który i tak miał wiele zmartwień. Nie chciał dokładać mu następnych, ale opowiadał mu tyle, by był świadomy działań i zmian, które dokonywały się w magicznym świecie. Owszem. Wojna się skończyła, ale kto powiedział, że nie miała powstać po raz kolejny? Szczególnie że ginięcie obywateli nie ustało i zewsząd dochodziły wiadomości o poszukiwanych czarownicach i czarodziejach. Skala konfliktu i problemu rosła z każdym dniem, a w końcu musiała osiągnąć apogeum, które zbliżało się dużymi krokami. Tym razem Jay skrzywił się, ale nie od smaku alkoholu, który miał w ustach. Otoczenie się zmieniało i nie wiadomo było skąd przyjdzie cios. W Zakonie Feniksa słyszał już kilka słów o wyczuwany złu, które nadciągało. Też to przeczuwał i sądził, że nie trzeba było być ekspertem, by czuć, że coś było nie tak. Nie odpowiedział na słowa swojego kompana, a jedynie uśmiechnął się blado, rozumiejąc co miał na myśli. Przed wojną wszystko zdawało się mieć swoje miejsce. Teraz nastąpił chaos. Magiczne społeczeństwo zaczęło się między sobą przepychać, sąsiad nie ufał sąsiadowi, w szkole nie było bezpiecznie. Jeśli dzieciom już groziło coś strasznego, oznaczało to że czas było to zmienić. Między dwójką mężczyzn zapanował moment ciszy, który przerwał profesor.
- Co powiesz na małą partyjkę? - spytał po chwili milczenia z uśmiechem, wyjmując z torby zestaw do szachów czarodziejów. - Jak kiedyś - dodał, rozkładając go na stoliku. Wyciągając czarne pionki, przemyślał jednak słowa Aldricha i zaczął, uważając na słowa:
- Rozumiem cię, ale masz swoją siostrzenicę. Czy nie lepiej, gdybyście jednak nie znajdowali się w centrum tego wszystkiego? Wyspy Owcze podobno są piękne o tej porze roku.




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
Aldrich McKinnon
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4821-aldrich-mckinnon https://www.morsmordre.net/t5110-poczta-aldricha https://www.morsmordre.net/t4830-al-mckinnon https://www.morsmordre.net/f123-earl-s-court-road-17-3 https://www.morsmordre.net/t6054-aldrich-mckinnon
uzdrowiciel
27
Półkrwi
Kawaler
I am and always will be the optimist. The hoper of far-flung hopes and the dreamer of improbable dreams.
8
3
0
19
0
0
2
5
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   12.07.17 17:28

Gdy Aldrich miał dwadzieścia lat i głowę pełną śmiałych planów, nawet by mu do głowy nie przyszło, że kiedy przyjdzie mu wychowywać dziecko, stanie się to w takich okolicznościach: w otoczeniu nieszczęścia i śmierci, w atmosferze rosnącej niepewności. Ojcostwo pozostawało zresztą raczej w sferze abstrakcji przez większą część życia Aldricha; czas dotąd zajmowała mu nauka i trudne początki pracy. Przede wszystkim opiekował się wtedy pacjentami, a wizyty w domu siostry i zajmowanie się małą siostrzenicą, do czego sposobność pojawiła się później były miłym urozmaiceniem. Zdawał sobie już wtedy doskonale sprawę, że jest ewentualnym zastępcą jej rodziców, ale kiedy ma się niewiele ponad dwadzieścia lat i zaczyna się żyć na własną rękę, nie chce się obmyślać przykrych scenariuszy i wynajdywać dodatkowe obowiązki. Podobnie jak przedtem, Al żył z niezłomną nadzieją na wspaniałą przyszłość
- Tak, wiem. Nie zamierzam jej narażać i jeśli sytuacja znacznie się pogorszy, zacznę rozważać wyjazd z Londynu, może nawet z Anglii. Ale nigdy nic nie wiadomo, a ponadto póki co, mam jeszcze pacjentów, którymi muszę się zająć. Nie chcę uciekać. – gdyby rzeczywiście musiał wyjechać z Londynu, cieszyłby się zaledwie w pierwszych dniach od opuszczenia miasta. Potem zacząłby mu doskwierać brak pracy w znanym miejscu, rozmów z innymi uzdrowicielami, których zna od lat… Ojciec Jaydena również pracuje w Mungu, jest magomedykiem z imponującym stażem, więc JJ na pewno rozumie, jak to jest: odpowiadać nie tylko za członków rodziny, ale też chorych, którzy przypadkiem trafili pod jego opiekę. Aldrich nieraz, zwłaszcza z początku, przywiązywał się do pacjentów tak samo jak do swoich bliskich i ich bolączki zabierał ze sobą do domu, gdzie spędzały mu sen z powiek. Dopiero z biegiem lat nauczył się oddzielać sprawy zawodowe od prywatnych, ale nigdy nie uda mu się to w pełni. Niekiedy nawet z dala od budynku szpitala, podczas spotkań z przyjaciółmi nękały go problematyczne przypadki, których nie umie sam rozwiązać. Bywało, że idąc do pubu ze znajomymi z pracy tylko codzienne szaty zamiast zielonych strojów uzdrowicieli świadczyły o tym, że wyszli już ze szpitala, bo rozmowy cały czas kręciły się wokół pacjentów i personelu św. Munga. W końcu żadne środowisko nie jest wolne od plotek. Na tych jednak nigdy nie zależało Alowi, a rozprawy o minionej i być może nadchodzącej wojnie nie stanowiły wcale milszej alternatywy. Dlatego też rozpromienił się, gdy przyjaciel wydobył komplet szachów i umieścił go na stoliku.
- Bardzo chętnie. Dawno nie miałem okazji, by zagrać. – gdy piony i figury rozstawiały się na planszy, Aldrich przyglądał się jak urzeczony. Gdyby tylko mógł z podobną łatwością rozstawić w nowym miejscu wszystkie elementy życia, które musiałby ze sobą zabrać wyjeżdżając, może zdecydowałby się szybciej. Może łatwiej byłoby mu się oswoić z życiem nie tylko pracą, a przestawienie życia rodzinnego na pierwszy plan nie okazałoby się wcale tak trudnym zadaniem. Dopóki jednak tkwił wciąż w tym samym układzie, do którego przyzwyczaił się przez lata, nie odczuwał nawet wręcz potrzeby zmiany na tyle, by dobrowolnie opuścić miasto, które od tak dawna było już prawdziwym domem.
- Sądzisz, że popełniam błąd?
Nigdy nie lubił przyznawać, że potrzebuje pomocy. Nie odmawiał, gdy go o nią proszono i doskonale wiedział, że nie będzie to oznaką słabości, gdy zwłaszcza bliskich poprosi o wsparcie. Mimo tego, nawet w sprzyjających okolicznościach prosząc przyjaciela o radę zdawało mu się, że obarcza go niechcianym teraz ciężarem.


Powrót do góry Go down
Jayden Vane
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t4372-molto-bene-workout-budowa#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-jayden-vane#95083 https://www.morsmordre.net/f324-hogsmeade-mieszkanie-nr-17 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane#143987
astronom, profesor w Hogwarcie (ノ◕ヮ◕)ノ*:・゚✧
30
Czysta
Kawaler
Gwiazdy są piękne, ale nie mogą w niczym uczestniczyć. Wiecznie muszą się tylko przyglądać. To jest kara nałożona na nie za coś, co zrobiły tak dawno temu, że żadna gwiazda nie wie już, co to było.
20
20
3
0
0
0
1
8
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Stoliki   13.07.17 19:45

Jay nie mógł narzekać na brak dzieci. Latały przecież dookoła niego w ilościach zdecydowanie większych niż ktokolwiek ze śmiertelników mógłby posiadać. Ale dbał o nie jak o swoje własne, a okazując im serce, sam odzyskiwał ich wdzięczność, czując niemałą satysfakcję z tego wszystkiego. Można było więc powiedzieć, że Vane posiadał naprawdę sporą gromadę, którym towarzyszył podczas ich dorastania w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Nie znał ich przed tym jak przyszły na naukę, ale niewątpliwie wciąż miał spotykać byłych wychowanków w dalszym życiu. W końcu ostatnio nawet natknął się na parę swoich uczennic, które świetnie sobie radziły w dorosłym życiu i cieszył się, że mógł je zobaczyć. Nie wszystkich mógł spamiętać, ale patrzenie na starszych już studentów dawało mu sporo radości. Może dlatego że gdy byli zadowoleni, uznawał, że po części również mógł patrzeć na ten rozwój? Wychowanie było skomplikowanym procesem, ale JJ nie miał doświadczeń z małymi dziećmi. Takimi maluchami jak siostrzenica Aldricha. Jego znajomy musiał naprawdę całkiem nieźle sobie radzić, chociaż dla profesora zapewne byłoby to spore wyzwanie. Szczególnie że wciąż sam miał głowę w chmurach i sporym ryzykiem byłoby mu powierzanie kogoś, kto miał poniżej dziesięciu lat.
- Nie mówiłem o ucieczce - odparł Jayden krótko. Wyjątkowo krótko jak na siebie, chociaż dość ciężko było unikać tematu Zakonu. Ale nie mógł nic powiedzieć przyjacielowi. Ufał jednak że każdy w końcu znajdzie swoją ścieżkę. Możliwe że niektórzy z prawych ludzi nie miało znaleźć swojego miejsca w tej organizacji, jednak mogli walczyć o to w co wierzyli i bez przynależności. Niektórzy sobie radzili. JJ znał wiele osób, które działały w imię dobra, nie wiedząc nic o istnieniu Zakonu Feniksa. Nie trzeba było być uzdrowicielem, by rozumieć swoją rolę w życiu innych ludzi. Al miał swoich pacjentów, Jay swoich uczniów. Obaj wspierali każdego z nich, zależało im, żeby jedni wyzdrowieli, inni nie musieli być ostro karani nawet za najmniejsze przewinienia. Grindelwald nie wahał się wszakże przed użyciem czarnej magii na najmłodszych, co wzbudzało niemałe potępienie ze strony Vane'a. Czuł się odpowiedzialny za każdego cierpiącego i zamierzał mu pomóc. Sytuacje w których dochodziło do przemocy były coraz częstsze i dzieci się namnażało. Ciężko było ratować je wszystkie, ale Jayden musiał robić co w jego mocy, żeby dotrzeć do każdego. Obaj mieli swoje zmartwienia, brzemienia, z którymi musieli sobie radzić na co dzień, ale nie było to coś nie do zniesienia. Zresztą gdyby ich zabrakło, gdyby uciekli, opuściliby wszystkich, na którym by im zależało i zawiedli tych, którzy na nich polegali. Nie. JJ miał swoje wartości, swój cel i zamierzał przy nim trwać bez względu na wszystko. Uśmiechnął się jednak z rozluźnieniem, gdy zobaczył, że przyjaciel chętnie przyjął propozycję gry. - Myślę, że obaj dawno nie mieliśmy do tego okazji - odparł, czując jak jego umysł zaczął inaczej funkcjonować. Zabawne, ale przy szachach zawsze odbywały się poważne rozmowy. Może łatwiej się wtedy o nich myślało? Nie miał pojęcia, dlaczego tak było. Ale na pewno teraz miała rozpocząć się jedna z tych rozmów. Dla niego nie było to problemem, a na pewno nie wtedy gdy miał przed sobą kogoś takiego jak Aldrich McKinnon. Pogładził sobie brodę, patrząc w zamyśleniu na szachownicę, planując już odpowiedni ruch. Jego przeciwnik już przejechał swoim pionkiem, więc nastała jego kolej. Zanim ruszył, podniósł spojrzenia na przyjaciela i na chwilę tak pozostał. -Nic nie jest ważniejsze od bezpieczeństwa dziecka, Al - odparł i dopiero wtedy przeniósł uwagę na planszę. Z półuśmiechem przesunął czarnego zawodnika w przód. Przez chwilę milczał. - Jesteś wzorowym rodzicem. Błędem byłoby zignorowanie wewnętrznego głosu rozsądku. A przecież zawsze go słyszałeś.
Jayden opadł na oparcie, czekając na następny ruch McKinnona.




I BELIEVE A TRUE  sacrifice

IS A
 victory
Powrót do góry Go down
 

Stoliki

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Stoliki w głębi sali
» Stoliki
» Stoliki na pierwszym piętrze [SW]
» Stoliki przy ścianie
» Stoliki przy oknie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Szkocja :: Hogsmeade :: Pub pod Trzema Miotłami-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18