Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Somerset House

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Somerset House   10.03.12 22:21

First topic message reminder :

Somerset House

Duży budynek położony po południowej stronie ulicy Strand w dzielnicy City of Westminster, po prawej stronie Waterloo Bridge. Centralna część utrzymana jest w stylu neoklasycystycznym, dobudowane po latach skrzydła zaś w stylu wiktoriańskim. Pierwotnie miała pełnić funkcję "narodowego gmachu", skupiając w sobie urzędy publiczne z całego Londynu.
Przez około dwieście lat był siedzibą najważniejszych urzędów w państwie – służb skarbowych, morskich, podatkowych, Ministerstwa Księstwa Lancaster oraz Kornwalii, Urzędu Generalnego Kontrolera Ziem Królewskich i wielu innych. Przez około sto lat miała tu swoją główną siedzibę Royal Academy, prestiżowa królewska instytucja artystyczna. Do ważnych instytucji, których biura mieściły się w tym miejscu należy również Royal Society (będące odpowiednikiem akademii nauk) oraz Society of Antiquaries of London (zajmujące się m.in. badaniami historycznymi, archeologią, historią sztuki, architektury, konserwacją zabytków). Część pomieszczeń zajmował także Uniwersytet Londyński. Przez krótki czas mieściły się tu biura Admiralicji. Ostatecznie jednak miejsce urzędów zajął Courtauld Institute of Art, który w Courtauld Gallery wystawia imponującą kolekcję sztuki europejskiej. Galeria posiada bezlik płócien, rysunków czołowych światowych artystów, a także rzeźby, ceramikę, meble i tkaniny. Na dziedzińcu, który do późnych godzin wieczornych jest otwarty do publicznego użytku, odbywają się koncerty muzyczne i pokazy filmowe. Zimą pełni funkcję lodowiska.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morgoth Yaxley
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t3063-morgoth-yaxley https://www.morsmordre.net/t3117-kylo#51270 https://www.morsmordre.net/t3115-morgoth-yaxley#51264 https://www.morsmordre.net/f288-fenland-palac-yaxleyow https://www.morsmordre.net/t3124-morgoth-yaxley#143800
Opiekun smoków
22
Szlachetna
Zaręczony
A man can have anything, if he is willing to sacrifice.
With your berth comes a solemn vow.
You will have nothing.
Your privilege is the dirt...
In the darkness, only ambition will guide you.
The Oath you swear,
The promises you make,
They are yours alone.
Your freedom will be the wars you wage.
Your birth right, the losses you suffer.
Your entitlement, the pain you endure.
And when darkness finds you, you will face it, alone.
5
10
1
0
33
22
5/26
8/50
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   02.01.17 19:57

Nie lubił tłoku w żadnym wymiarze, jednak lubił stare budowle. Lubił przechadzać się po ich korytarzach w ciszy, słysząc odgłosy swoich kroków. Może dlatego tak dobrze się czuł w mauzoleum lub w podziemiach pałacu. Ale lubił też przestrzeń. Jak tę w Peak District. Jednak nawet ona była zbyt mała, żeby trzymać ich z daleka. Morgoth musiał przyznać, że to spotkanie miało wymiar bardzo oficjalny. Nie wyczuwał frustracji, która rosłaby z każdą chwilą. A może już niedługo miał się przeliczyć co do tego? Sam nie wiedział. Na razie oboje zachowywali się zgodnie z oczekiwaniami - zimni i mówiący bez ogródek. Pokojowo, wymuszenie uprzejmi. I chociaż mogłoby go to zdecydowanie drażnić, jej stosunek do niego - nic takiego się w nim nie obudziło. Może dlatego że był tego dnia pewny, że wcześniej wszystko się już rozeszło między nimi? Całe napięcie związane z pracą we dwójkę i mogli się skupić na zadaniu zamiast na swojej frustracji i żalu. Tak mogło się to prezentować, a może Yaxley odpuścił? Było to zdecydowanie niezgodne ze wszystkim co sobą prezentował i jak był wychowany. Nie zapominał, nie wybaczał i nie odpuszczał. To dlaczego nie zrobił tego samego z Lynn? Pierwszy raz pozwolił komuś się wymknąć - pozwolił jej odejść, chociaż wcale tego nie chciał. Ale Selwyn nie była żadnym smokiem, rzeczą, artefaktem. Nie przypominała nawet nikogo, kogo poznał przez całe swoje życie. Bo była anomalią i traktował ją inaczej niż wszystkich. Koniec tej znajomości również nie skończył się tak jak on tego chciał, a tak jak ona postanowiła. Z szacunku do niej przyjął jej decyzję, wiedząc, że nie chciała by jej towarzyszył. W końcu wierzyła we wszystkie słowa, które mu wtedy powiedziała. Na wybrzeżu i w teatrze. Skupił się na jej głosie tym razem mówiących bezuczuciowe frazesy. Zupełnie jakby dyktowała mu wcześniej wyuczoną formułkę. Ale wiedział, że zapewne tak miały wyglądać ich relacje dopóki... Jeśli kiedykolwiek miały być neutralne.
Jakieś inne ślady, które byłby pomocne?
- Nie - odparł krótko na jej pytanie. I taka też była prawda. Chociaż osobiście kręcił się tam jeszcze po nocy jak i nad ranem nic nie wskazywało na coś użytecznego. Wiedziałby, gdyby było tam coś jeszcze. Po prostu wiedziałby. Jak z tą łuską. - Znaleziono jedynie ślady jeszcze przez pół mili. Potem już nic - zakończył, chociaż nie mógł wytrzymać, by nie zadać jej nurtującego pytania:
- Łuska. Czy to z nią jest związany trop?
Podejrzewał, że tak właśnie było, chociaż nie miał pojęcia jak połączyć mapy z danym fragmentem naturalnej zbroi smoka. Pozwolił sobie zawiesić spojrzenie niego dłużej na jej twarzy. Nic dziwnego że poczuł się przy niej inaczej. Potrafiła uspokajać samą swoją osobą. Zacisnął żuchwę, po czym wyprostował się. Jeśli chciała obejrzeć mapę, musiała to zrobić razem z nim. Inaczej nie mogło się udać.
- Proszę mi wybaczyć, ale nie wspominałem w liście, że mapę mogę otworzyć tylko ja. Mam nadzieję, że... - powiedział spokojnie, chociaż chciał kończyć. A jednak. - Nie chciałem cię przestraszyć ostatnim razem.





You collect scars because you want proof that you are paying for whatever sins you've committed
Powrót do góry Go down
Lucinda Selwyn
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3072-lucinda-lynn-nott https://www.morsmordre.net/t3145-sennett#51834 https://www.morsmordre.net/t3144-chodzcie-chodzcie-do-mnie#51829 https://www.morsmordre.net/f286-pokatna-23-4 https://www.morsmordre.net/t3214-lucinda-selwyn#55539
łamacz klątw i uroków & poszukiwacz artefaktów
26
Szlachetna
Panna
i just want to live while i'm alive
12
20
0
0
1
0
10
4
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   04.01.17 11:00

Lynn naprawdę chciała wierzyć, że potrafią razem pracować. Próbowała sobie wmawiać, że nie zaangażuje się w to emocjonalnie, nie podejdzie do tego uczuciowo i nie będzie sobie pluć w twarz, kiedy po prostu im się nie uda. Jednak gdzieś głęboko w podświadomości wiedziała, że wymaga od siebie zbyt wiele. Nie chodziło tylko o to, że pracowała z jedyną osobą, z którą pracować po prostu nie mogła. Chodziło o to, że do każdej pracy podchodziła uczuciowo i emocjonalnie. Empatia była w niej zbyt wyrazista by móc ją w jakikolwiek sposób ignorować. Chęć zbawienia świata i ukryta głęboko wrażliwość nie pozwalała jej na to by przejść obojętnie obok tego co czuła. Lucinda nie widziała w nim tego, że odpuścił chociaż prawdopodobnie dla kogoś kto patrzyłby na ich znajomość z boku mogłoby to tak wyglądać. Tylko dla niej nie było to takie proste. Sama nie była przyzwyczajona do rezygnowania z czegoś na czym jej zależy. Zwykle potrafiła szybko odnaleźć się w sytuacji, w której ktoś ją stawiał nawet jeśli było to coś czego nie potrafiła do końca zrozumieć. Ktoś mógłby jej powiedzieć, że powinna to zrobić również dla niego skoro jej na nim zależało. Skoro zależało jej na zaufaniu i przyjaźni. Odnalezienie się w takiej sytuacji dla niej było niemożliwe. A może zwyczajnie była ślepa i naiwna myśląc, że on jest jedynym człowiekiem, który bez mrugnięcia okiem może zabić człowieka. Nie miała zamiaru się już dłużej nad tym głowić. Wierzyła, że ludzie nie rodzą się dobrzy, albo źli. To sposób w jaki żyją ich określa, to sposób wychowania, to sposób w jaki wyznają wartości i normy. A przecież zgadzając mu się pomóc za pierwszym razem nie przeprowadziła wywiadu z pytaniami o jego preferencje. Pewnie nawet gdyby to zrobiła to nigdy by w to nie uwierzyła. Skinęła głową wyrzucając z głowy te wszystkie zbędne jak na tą chwile myśli. - Nie mógł wyparować. - mruknęła, ale bardziej do siebie niż do niego. Zwykle to jej pomagało. Zmaterializowanie problemu. Kiedy widziała wielkiego smoka biegającego po rezerwacie nie mogła sobie wyobrazić momentu, w którym po prostu znika. Tak się nie da i łuska jest tego dowodem. Odetchnęła słysząc jego pytanie. - Tak. Myślę, że tak, ale… nie chciałabym mówić gdy nie jestem pewna czy to nie jest tylko kwestia mojej wyobraźni. - odparła czując jak na jej policzek wypływa lekki rumieniec. Nie wiem gdzie straciła pewność siebie. Gdzie ulotniła się wiara, że to co robi jest zgodne z jej intuicją i nią samą. Nie mogła zrozumieć jak wiele urywków informacji starała się złapać w locie. To było do niej niepodobne, ale czy powinna się sobie dziwić?  Daleko im było do stworzenia jakiejkolwiek komfortowej sytuacji. Spuściła na chwile wzrok chcąc wrócić do wcześniejszego spokoju. Jego kolejne słowa zaskoczyły ją na tyle by zapomnieć o chwilowej dezorientacji. Musiał zobaczyć w jej oczach chwilowe wahanie. Pewnie gdyby wiedziała… nie robiłaby mu z tym kłopotu. Następne słowa także prowadziły ją w lekkie zdezorientowanie. Skinęła głową bo zawsze tak robiła kiedy nie była do końca pewna co powiedzieć. - Gdybym wiedziała to prawdopodobnie nie robiłabym kłopotu. W końcu moglibyśmy to załatwić już w rezerwacie. W takim razie skoro… skoro już tutaj jesteśmy to możemy się tym zająć. - oczywiście nie na środku tego placu, ale tego mówić mu nie musiała. - I mam nadzieje, że już wszystko w porządku. - dodała niepewnie.

z/t x2




Ignis non exstinguitur igneThat is our great glory, and our great tragedy
Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
27
Szlachetna
Zaręczony
Livin’ in the heartache was never something I pursued
10
9
2
0
3
11
9
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   11.04.18 20:26

25 VI, 20:00

Stos dokumentów obecny na jego biurku piętrzył się na jego oczach od godzin porannych, jakby szydząc z braku jego wydajności, choć dokładał wszelkich starań, aby wykonywać wszelkie postawione przed nim zadania na bieżąco. Papierowa budowla, przeklęta wieża skrywająca w sobie pisma – sporządzone w różnych językach – swą wielkość osiągnęła w godzinach popołudniowych i do godzin wieczornych zdołała zmaleć w niewielkim stopniu. Nie wiedział, która właśnie godzina mijała, lecz był w pełni świadom upływu czasu, po prostu czuł, że wieczór już nadszedł. Uparł się jednak, żeby nie spoglądać za siebie na tarczę zegara, to byłby pierwszy krok do poddania się i dopuszczenia do siebie myśli o powrocie do rodzinnego domu. Chwycił niecierpliwie za kolejne pismo, pierwsze z góry, a gdy tylko zerknął na uprzejme powitanie po włosku zmarszczył brwi mocno rozdrażniony. Kolejne zdania odczytywał coraz bardziej niechętnie, ledwo już zmuszając się do utrzymania oczu otwartych. Przecierał je często, przesuwał dłońmi po bladej, zmęczonej twarzy, a potem odrywał je od siebie, aby lewą zacisnąć na brzegu biurka, zaś prawą objąć mocno pióro.
Ciepło obecne w pomieszczeniu nie ułatwiało zadania, zachęcało raczej do złożenia głowy na biurku i przymknięcia oczu. Wiele siły woli kosztowało go odparcie tej pokusy, lecz zdecydował się na pewien kompromis – nie zważając na ewentualne straty wizerunkowe zdjął z siebie marynarkę. Ale to nie było wystarczające, w gabinecie wciąż było zbyt ciepło, zapanowała wręcz niezmierna duchota, co zachęciło go wreszcie do poderwania się zza biurka. Musiał się ruszyć, rozruszać ciało, ale również tym samym zmusić umysł do wysiłku. Poluzował krawat i rozpiął kołnierz koszuli, biorąc głębszy wdech. Kątem oka dostrzegł położenie wskazówek zegara. Kwadrans po dziewiętnastej. Wizja szukania odpoczynku we własnym domu stawała się coraz bardziej kusząca. Najpierw jednak postanowił spróbować zrobić wszystko, aby się rozbudzić. Ruszył ku drzwiom z zamiarem otworzenia ich szeroko, aby pozwolić chłodowi z ministerialnego korytarza wkraść się do środka. Temperatura jednak znów się podniosła, było to jeszcze bardziej wyczuwalne i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ogromne ciepło biło z dołu, gdzieś pod nim.
Pochylił się, aby zbadać bliżej grunt własną dłonią, lecz już przy muśnięciu posadzki palcami cofnął je gwałtownie, zaskoczony tym, że przez krótki kontakt z powierzchnią prawie się poparzył. Gorąco bijące od podłogi nie pozwalało ustać w miejscu; podeszwy butów nie chroniły przed nim w żaden sposób, więc jednym sposobem ucieczki przed nim było ciągłe poruszanie się. Instynktownie pierwsze kroki poczynił ku wyjściu i tylko dzięki temu udało mu się uniknąć nieszczęścia. Fragment podłogi zapadł się tuż za nim, zaś z dziury buchnął ogień – dziki, potężny, trawiący wszystko na swej drodze. Tylko magia mogła stworzyć coś tak niszczycielskiego. Szatańska Pożoga. Kilka sekund przyglądał się żywym językom ognia, ta bardzo majestatycznym w tym, jak wielką groźbę ze sobą niosły. Jednak w końcu ogarnęła go trwoga, jakiej jeszcze nigdy nie uświadczył w swym życiu. Miał zostać pogrzebany w zgliszczach Ministerstwa? Musiał działać szybko, jeśli chciał przeżyć. Natychmiast rzucił się do ucieczki, z mocno bijącym w piersi sercem wypełnionym przerażeniem. Dopadł drzwi, potem pomknął korytarzem ku windom, choć miał obawy, że te w pewnym momencie mogą zawieźć. To była najszybsza droga ucieczki, więc jej wybór warty był ryzyka.
W jego głowie pełno było różnych myśli. Mnóstwo strachliwych, kilka bardziej trzeźwych. Kto mógł rzucić czarnomagiczne zaklęcie i dlaczego? Może… Nie potrafił dojść do logicznych wniosków, gdy słyszał huk dochodzący z dołu. Kolejne ściany padały, coraz więcej pomieszczeń pochłaniał ogień, który piął się w górę. Teraz przyszła kolej na Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów.
Słyszał bolesne, rozpaczliwe krzyki, czuł swąd palonych ciał, widział zastygłe w przerażeniu twarze i truchła. Odór śmierci bijący od przygniecionych ścianami ofiar łączyły się z zapachem dymu. Rozgrzane powietrze chętnie unosiło tę mieszankę. Nie było czasu na spoglądanie na innych nieszczęśników, na nawoływanie poszczególnych współpracowników. Lecz mijaną w biegu kobietę, mocno zdezorientowaną całą sytuacją, złapał za rękę i pociągnął stanowczo za sobą, nie tłumacząc jej niczego, ona zaś również poczęła biec. Był w zbyt wielkim szoku, aby móc układać wypowiedzi choćby we własnej głowie, a co dopiero w myślach. Wepchnął ją do windy, do której sam wpadł i ruszyli ku górze, wsłuchując się w krzyki. Przy każdym mijanym piętrze posyłał zaledwie spojrzenia, nie wykrzykując żadnego komunikatu. Szok czy znieczulica, trudno mu było cokolwiek z siebie wykrztusić, tylko odgłos nieco świszczącego oddechu cały czas mu towarzyszył. A kobieta płakała, twarz chowając w dłoniach.
Winda stanęła, dotarli na ostatnie piętro. Ledwo zdołał rozsunąć kratę, a gdzieś za jego plecami winda po prostu wybuchła. Ogromna siła wyrzuciła go do przodu, a ciało po kilkumetrowym locie w końcu padło na grunt bezwładnie. Nastała ciemność.
Ile czasu wychodził z tego mroku, jaki go ogarnął? Podniósł się i przeszedł na czworaka niezwykle powolnie metr, może dwa. Bolało go wszystko, lecz to od prawego obojczyka promieniował ogromny ból. Świat wirował, obraz był rozmazany, a drapanie w gardle nie ustawało. Dostrzegał zniekształcone sylwetki ludzkich ciał leżących dookoła, słyszał krzyki, błagania o pomoc. Nie myślał o innych poszkodowanych, gdy jakimś cudem udało mu się stanąć na własnych nogach i nie upaść. Chwiejnym krokiem uciekł od dymu, budynku pogrążonego w chaosie, ciał, z których uszły już dusze. Zachłysnął się powietrzem, czemu towarzysz bolesne uczucie, jakby płuca napierały na żebra. Szedł przed siebie oszołomiony, rozdygotany, cały obolały, po drodze łapczywie łapiąc kolejne hausty powietrza. Nie był pewien, kiedy pełen strachu, jak i z cieniem ulgi upadł na kolana, a potem zamknął oczy, żeby chaotyczne obrazy z ostatnich chwil wróciły i uderzyły w niego ponownie, jeszcze mocniej. Próbował oddychać spokojniej, lecz nie potrafił, to wciąż był zbyt wstrząsające. Co się wydarzyło i dlaczego?
Szatańska Pożoga – rzucił w myślach. Szatańska Pożoga. To była Szatańska Pożoga. Pożoga.

Obrażenia: złamany obojczyk, podrażnione dymem oczy i płuca – 20 (tłuczone), 25 (psychiczne)
PŻ: 177/222




And my heart is a hollow plain
For the devil to dance again

Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance https://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie https://www.morsmordre.net/t1791-margo https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
starszy ratownik magicznego pogotowia ratunkowego
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

20
0
0
32
0
0
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Somerset House   01.05.18 15:23

Wzbijające się ku górze kłęby dymu były pierwszym, co sprawiło, że wieści o pożarze w Ministerstwie Magii stały się prawdziwe i namacalne.
Nie wiadomość sama w sobie, choć wiedziała, że stało się coś złego już w chwili, w której na jej parapecie – dalekim, oddalonym od objętego anomaliami Londynu o setki kilometrów – przysiadł patronus; dalsze słowa, powtarzane głosem nienaturalnie napiętym i naglącym, tylko potwierdziły obawy, ale mimo że gliniana donica wypadła jej z rąk, rozsypując po kuchennej podłodze grudki wilgotnej ziemi, to tak naprawdę wtedy jeszcze nie wyobrażała sobie ogromu rozgrywającej się tragedii. Wstrząsającej nie tylko magicznym światem, ale również jej domem – tym realnym, który zbudowała dla siebie na niegościnnej, brytyjskiej ziemi, nawet jeżeli przez ostatnie tygodnie uparcie temu zaprzeczała, ukrywając się przed rzeczywistością w rodzinnej Francji i raz na jakiś czas wymyślając kolejne wymówki, na pozostanie w bezpiecznym azylu dłużej. Nie zauważając, czy może nie chcąc zauważać, jak dni zmieniały się w tygodnie, a tygodnie niemal złożyły się w cały miesiąc – przerwany tak po prostu strzępem srebrzystobłękitnej mgiełki, stanowiącej brutalne przypomnienie, że nie mogła uciekać w nieskończoność.
O dziwo, tym razem myśl o zignorowaniu wezwania nie pojawiła się w jej głowie, a Margaux w ułamku sekundy była z powrotem sobą – trzeźwo myślącą, działającą w sytuacji zagrożenia ratowniczką, nawet jeżeli niebezpieczeństwo było dla niej jeszcze tylko niewyraźnym cieniem na horyzoncie, który nabierał kształtów stopniowo, materializując się, gdy pośpiesznie żegnała się z rodzicami i pakowała wyświechtaną walizkę, podskórnie czując, że już tu nie wróci – a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Chaos we francuskiej siedzibie sieci kominków dodał kilku nowych zmarszczek na jasnym czole, pogłębiających się tym bardziej, im dłużej czekała na zastępczy świstoklik, póki co nie zastanawiając się, co mogło być na tyle potężne, by zaburzyć działanie całej sieci Fiuu, a zamiast tego odhaczając w umyśle listę rzeczy do zrobienia: jej różdżkę opuściło kilka świetlistych kolibrów, gdy zawiadamiała kogo mogła, jedną z próśb o pomoc posyłając do Poppy, niepewna, czy wieści dotarły już do Hogwartu.
Podróż powrotna do Anglii była krótka, nieprzyjemna i ani trochę nie przygotowała jej na to, co miała zastać na miejscu; jej mieszkanie, w którym zostawiła większość rzeczy, wyglądało zwyczajnie – jeszcze nieświadome horroru rozgrywającego się na terenie mieszczącym siedzibę Ministerstwa, chociaż mugole, których mijała w drodze na miejsce, już wymieniali się między sobą przerażającymi wieściami o szalejącej w mieście pożodze. Ignorowała ich ostrzeżenia, zmierzając prosto do samego centrum chaosu, zastanawiając się już, jak odnaleźć resztę swojego ratowniczego oddziału i jak dotrzeć do osób potrzebujących pomocy.
Jak się okazało, nie musiała szukać długo.
Ranni byli wszędzie, otoczeni dymem i sadzą, uciekali na oślep od czegoś, co jeszcze do niedawna było siedzibą rządu magicznej Wielkiej Brytanii, a obecnie zostało zamienione w piekło na ziemi; zatrzymała się w jego przedsionku, błyskawicznie porzucając myśl o dostaniu się do środka, czy zaprowadzeniu porządku; jej uszy wypełniły się krzykami i nawoływaniami, widokiem przemykających dookoła aurorów, policjantów, uzdrowicieli; ktoś ją popchnął, ktoś inny strącił przypadkowo torbę z jej ramienia – odsunęła się, rozglądając się dookoła, a przez myśl przemknęła jej lista osób, które najprawdopodobniej były w środku w momencie wybuchu pożaru: Just, Anthony’ego, Sophii, Duncana, Brendana, Freda, Samuela, Garretta; coś nieprzyjemnie przewróciło jej się w żołądku, ale definitywnie nakazała sobie spokój – wszyscy oni byli w stanie poradzić sobie z chaosem samodzielnie; Margaux musiała zająć się tymi, którzy nie mieli tyle szczęścia.
Próbując podejść bliżej, niemal wpadła na drżącą sylwetkę ciemnowłosego, osuwającego się na kolana mężczyzny, który jakimś cudem wydostał się z budynku o własnych siłach. Podbiegła do niego najszybciej, jak mogła, przyklękając tuż obok. Na pierwszy rzut oka nie potrafiła stwierdzić, w jakim był stanie: szaty, choć osmolone, nie nosiły śladów krwi, ale jego wzrok zdawał się tylko w połowie przytomny, a jeden z barków zwisał zbyt luźno i nienaturalnie. – Proszę pana? Słyszy mnie pan? Nazywam się Margaux i jestem ratownikiem, za chwilę panu pomogę – powiedziała, starając się mówić jednocześnie spokojnie, jak i wystarczająco głośno, by przebić się przez panujący dookoła rozgardiasz. – Proszę usiąść, ostrożnie. – Wyciągnęła dłonie, gotowa podeprzeć go, gdyby się zachwiał i pilnując, by znalazł się we względnie stabilnej pozycji. – Jak ma pan na imię? – zapytała, nie dlatego, że była to informacja potrzebna jej do pracy, a w zamiarze ściągnięcia na siebie jego uwagi i upewnienia się, że nie znajdował się w ciężkim szoku; z doświadczenia wiedziała, że próby dotarcia do najprostszych faktów i informacji, pomagały opanować część nerwów. Ona również przysiadła na własnych nogach, wyciągając różdżkę i pewnym ruchem przystawiając ją do skroni czarodzieja – Paxo Maxima – wypowiedziała, starannie wypowiadając poszczególne głoski inkantacji. Nie mogła pozwolić sobie na błędy. – Czy coś pana boli? Kręci się panu w głowie? – zapytała, odruchowo przenosząc już uwagę w kierunku obręczy barkowej, ale czekając jeszcze na werbalne potwierdzenie.
Miała nadzieję, że Poppy odebrała już jej wiadomość.




isn't it lovely, all alone?
heart made of glass, my mind of stone
tear me to pieces, skin to bone
hello, welcome home


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   01.05.18 15:23

The member 'Margaux Vance' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 82

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   01.05.18 20:09

Niedługo po tym, jak Margaux udało się dotrzeć do Alpharda wokół was gwałtownie spadła temperatura, powietrze przerzedziło się, a włosy wam obojgu stanęły dęba. Mieliście złe przeczucia, które nawiedziły was nagle i nieoczekiwanie, a co gorsze, wróżyły i zwiastowały wszystko, co najgorsze. Czas zwolnił, wydawało wam się, że wszystko dookoła zaczynało się zatrzymywać, tylko wy trwaliście w normalnym rytmie. Zza waszych pleców rozdarła się rzeczywistość, która emanowała niezwykle silną i dziwną energią, a z wyłomu pomknęła struga zaklęcia, które uderzyło kilka jardów od was, w ziemię. W tym miejscu w błyskawicznym tempie zaczął rosnąć stabilny, dwumetrowy mur, który połączył ściany obu budynków po waszej prawej i lewej stronie. Margaux była pewna, że nigdy wcześniej nie widziała czegoś podobnego, a gdy się odwróciła za siebie, nie było za jej plecami nikogo, kto mógłby — i miałby powód — rzucić podobne zaklęcie. Zaznajomiony z tą dziedziną zaklęć Alphard szybko mógł przytoczyć z pamięci zaklęcie, które to spowodowało.

| To skutek anomalii powstałej w innym miejscu. Póki nie poradzicie sobie z powstałym murem, lub nie znajdziecie innej drogi, jesteście w pułapce. Mistrz Gry nie będzie brał udziału w rozgrywce.


Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
27
Szlachetna
Zaręczony
Livin’ in the heartache was never something I pursued
10
9
2
0
3
11
9
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   05.05.18 1:14

Starał się uporządkować myśli, próbował ze wszystkich sił, lecz w głowie wciąż miał obraz płomieni pochłaniających wszystko na swej drodze. Był w stanie głęboko uwierzyć w to, że ogniste języki właśnie wpełzły mu pod powieki, aby rozpalić na nowo skrajne przerażenie. W jego uszach nieustannie rozbrzmiewał odgłos skwierczenia, bo może rzeczywiście usłyszał ten dźwięk wcześniej. Na całe szczęście nie dotarł do niego zapach zwęglonych ciał tych, którzy mieli mniej szczęścia od niego. Myśl o obróconych już w proch ludziach przyprawiła go o mdłości. Czy jednak żałował tak naprawdę kogokolwiek? Przecież wielokrotnie w sennych majakach jego marzenie o dogłębnej rekonstrukcji Ministerstwa ziszczało się, budynek padał , a na ruinach budowano coś o wiele lepszego. Symbol przemiany całego czarodziejskiego społeczeństwa.
Z boku dotarł do niego głos, niezwykle opanowany, jakby niezrażony zauważalnymi zniszczeniami, o jakich poświadczyć mogły wykrzywione z bólu twarze będących wszędzie w znaczącej ilości poszkodowanych. Otworzył oczy, aby nieprzytomne spojrzenie ciemnych oczu skierować na kobiecą sylwetkę. Miał obok siebie nieznajomą kobietę, która jakimś cudem zechciała się nad nim pochylić i to z myślą o udzieleniu mu pomocy. Tak właściwie to klęczała przy jego boku i spoglądała na niego z ewidentną troską wymalowaną w szaroniebieskich oczach, które dostrzegł jako pierwsze, gdy tylko udało mu się wytężyć wzrok. Znał inne szare oczy, tamte znajome spoglądały na niego jeszcze wczoraj dociekliwie i zarazem wyczekująco. Pewnie niedotleniony mózg mieszał we wspomnieniach, a podrażnione oczy wymyśliły sobie szare tęczówki.
Czy przypadkiem nie oznajmiła mu, że jest ratownikiem? Dokładnie to powiedziała. Podała jeszcze swoje imię – Margaux. Francuskie wino Château Margaux, intensywny kolor i czerwone owoce. Kompletnie inna czerwień niż ta płomieni. Jeszcze raz zamknął oczy i wziął głęboki wdech, jednak był jeszcze zbyt roztrzęsiony, aby udało mu się odetchnąć pełną piersią.
J’entends – odparł na jej pytanie twierdząco, bo przecież słyszał ją dobrze i wyraźnie. Nawet nie spostrzegł, że odpowiedź rzucona została po francusku. – Un moment – dodał cicho, zaraz zaciskając z bólu zęby, gdy bezmyślnie wsparł się na ręce, jakby zapomniał o okropnym bólu w okolicy obojczyka. W końcu wypełnił polecenie i bez dalszych komplikacji przeszedł z klęczek do siadu. Chyba tylko w tak tragicznych okolicznościach siedzenie na ulicy samego lorda nie budziło wielkiego oburzenia. Był takim samym człowiekiem jak inni, w końcu i on mógł zakończyć żywot pod gruzami. – Al – wyrzucił z siebie w końcu, przedstawiając się krótko, choć równie dobrze obca mu kobieta mogła to zinterpretować jako bełkot wydobywający się z ust jeszcze zbyt mocno przerażonego człeka, aby ten zdobył się na porządne wyartykułowanie swych myśli.
Poczuł różdżkę przy skroni i nim zdążył zareagować, zaklęcie wsiąkł w niego i spłynęła po nim fala ciepła i spokoju. W jednej chwili wszystkie mięśnie ciała rozluźniły się znacząco i nawet oddychanie przychodziło mu z nieco większą łatwością, choć wciąż płuca wydawały mu się nieznośnie ciężkie przy każdym czynionym oddechu. Całe gardło miał oczadzone, nie mógł wyzbyć się tego irracjonalnego odczucia.
Płuca – wydyszał. – I oczy – dodał szybko. – Wszystko przez ten dym.
Krótką chwilę wydawało mu się, że wszystko będzie dobrze, lecz wiara ta szybko została obalona, gdy sama iluzja spokoju w mgnieniu oka się rozpadła. Do ciała Blacka znów wkradł się chłód. Temperatura powietrza wokół nich spadła, samo powietrze zdawało się być przesycone niepokojem. Chciał zerwać się na równe nogi, ale nie mógł się ruszyć. Znów odczuwał strach. Wyłom w przestrzeni tuż za nimi – wyrwa, portal, cholerne wynaturzenie dla znanej rzeczywistości – przepuścił zaklęcie, które uderzyło nieopodal nich. Z miejsca, gdzie jasny promień czaru się rozbił, zaczął rosnąć mur, a ten w mgnieniu oka odciął ich od świata, tak po prostu. Oszołomiony Alphard spoglądał na mur, po czym mocniej zacisnął palce na swojej różdżce. Cholerne Murusio nie będzie mu przeszkodą, nic z tego. Wycelował różdżką w ten przeklęty mur, choć równie dobrze mogli po prostu ruszyć w drugą stronę, odejść od problemu.
Reducto – wyrzucił z siebie inkantację zaklęcia rozeźlony, w tej samej chwili wykonując odpowiedni ruch różdżką. Nie miał zamiaru uciekać, jak również miał już dość własnej bezradności. Mógł mieć tylko nadzieję, że jakakolwiek próba zniszczenia muru nie przyniesie konsekwencji jak używanie magii przy samym źródle anomalii. Wiele słyszało się o tragicznych skutkach podobnych działań.

PŻ: 214/222 (udane Paxo Maxima 5+L = 37)




And my heart is a hollow plain
For the devil to dance again

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   05.05.18 1:14

The member 'Alphard Black' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 87

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance https://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie https://www.morsmordre.net/t1791-margo https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
starszy ratownik magicznego pogotowia ratunkowego
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

20
0
0
32
0
0
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Somerset House   06.05.18 18:30

Francuskie słowa, padające z ust nieznajomego mężczyzny, zabrzmiały w jej uszach jednocześnie obco i znajomo, nadając otaczającej ich rzeczywistości posmaku dziwnego odrealnienia. Przez sekundę – krótką jak mrugnięcie powieką – mogłaby przysiąc, że tak naprawdę nigdy nie opuściła Francji, a pokruszona mozaika wypełnionych dymem i ogniem obrazów stanowiła jedynie jeden z jej koszmarów, z którego za moment przebudzi się gwałtownie, oddychając szybko czystym powietrzem o zapachu białych kwiatów. Być może chciała, żeby tak było; chociaż jeszcze kilka tygodni temu o nic nie modliła się tak gorliwie, jak o zrównanie budynku ministerstwa z ziemią, to teraz gorąco odwoływała wszystkie te myśli, podyktowane nie prawdziwymi pragnieniami, a uczuciem złości i bezsilności. Póki co odległym, spłukanym przez naglącą potrzebę opanowania odgrywającej się na jej oczach katastrofy, która wciąż jeszcze nie wydawała się prawdziwa – widok częściowo spopielonych ciał, oczu wpatrujących się pusto w zasnute szarością niebo, krzyki bólu: to wszystko było zbyt natarczywe, przerażające, zalewające wszystkie pięć zmysłów; a przecież wiedziała, że wojna od dłuższego czasu wisiała w powietrzu, wyciągając kościste ręce, gotowe roztrzaskać kolejne fragmenty ich świata.
Czekała spokojnie, aż mężczyzna – Al – podniesie się do pozycji siedzącej, bacząc na każde ewentualne zachwianie czy niepewny ruch, co prawda co jakiś czas czujnie omiatając otoczenie spojrzeniem, ale większość uwagi skupiając na tej maleńkiej cząstce rzeczywistości, który stanowiła ich dwójka. To był jej sprawdzony sposób na zachowanie jasności umysłu, już dawno nauczyła się, że nie była w stanie pomóc wszystkim na raz; gdyby spróbowała, nie pomogłaby nikomu, dodatkowo narażając siebie i innych na przykre konsekwencja własnego rozkojarzenia. – Al. W porządku – przytaknęła, oddychając z ulgą, gdy pod palcami poczuła magię – znajomą, wolną od anomalii, działającą dokładnie tak, jak działać powinna. Wiedziała, że igrała z losem za każdym razem, gdy wypowiadała inkantację zaklęcia, ale nie mogła nie robić nic; pozostawało jej więc mieć nadzieję na najlepsze.
Na próżno; ledwie uniosła różdżkę, by wypowiedzieć formułę czaru udrażniającego drogi oddechowe, ktoś – lub coś – wyssało z powietrza całe ciepło, pozostawiając po sobie energię dziwną, lodowatą, wypełnioną nieukierunkowanym i nieuzasadnionym strachem, który zatrzymał jej dłoń w połowie gestu. Czy to była jej wina, czy jej magia mimo wszystko wymknęła się spod kontroli? Nie, zaprzeczyła własnym myślom, nie była ani w połowie tak potężna; przeniosła spojrzenie na mężczyznę dokładnie w tej samej chwili, w której świat za jej plecami pękł na dwoje, wyrzucając z powstałej wyrwy zaklęcie. Skąd się wzięło – nad tym Margaux obawiała się choćby zastanawiać, obserwując w niemym zdziwieniu, jak tuż obok nich wyrasta mur, zamykający ich w potrzasku.
Inkantacja wypowiedziana głosem siedzącego tuż obok czarodzieja przywróciła ją do rzeczywistości i dopiero wtedy zorientowała się, że od jakiegoś czasu ściskała kurczowo rękaw jego szaty; rozluźniła uścisk natychmiast, patrząc, jak silna wiązka światła uderza w kamienny mur, a powietrze wypełnia się łoskotem zgniatanych skał i szarym pyłem, znacznie osłabiając konstrukcję, ale nie niszcząc jej całkowicie. Czas, do tej pory nienaturalnie zakrzywiony, ponownie ruszył do przodu. – Musimy odejść dalej od źródła pożaru – powiedziała, niepewna, czy zwracała się do Ala, czy do własnych myśli; dym zaczynał i ją gryźć w płuca, nie mówiąc już o mężczyźnie, który wdychał śmiercionośne opary znacznie dłużej, niż ona.
Odwróciła się ku niemu, dostrzegając strużkę szkarłatnej krwi na twarzy. Po raz kolejny uniosła różdżkę, prosząc Merlina, by magia nie obróciła się przeciwko niej. – Anapneo – mruknęła, obserwując spływającą spod jej palców mgiełkę. Zanim zdążyła ocenić skutki zaklęcia, już działała dalej, ściągając z ramion cienki sweter i pewnym, opanowanym ruchem przykładając tkaninę do twarzy czarodzieja. – Dopóki się stąd nie wydostaniemy, staraj się oddychać przez to – powiedziała, odwracając się w kierunku kamiennej ściany. Nie była pewna, jakie zaklęcie spowodowało jej pojawienie się, nie wiedziała więc, jak trudne będzie jego ściągnięcie, ale musiała spróbować; wykonała charakterystyczny ruch nadgarstkiem, rzucając w kierunku ściany niewerbalne Finite Incantatem. – Dasz radę iść? – zapytała zaraz potem; miała wrażenie, że dym gęstniał coraz bardziej.

1. anapneo; 2. anomalia; 3. finite incantatem; 4. anomalia




isn't it lovely, all alone?
heart made of glass, my mind of stone
tear me to pieces, skin to bone
hello, welcome home


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   06.05.18 18:30

The member 'Margaux Vance' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 67

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


--------------------------------

#3 'k100' : 87

--------------------------------

#4 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
27
Szlachetna
Zaręczony
Livin’ in the heartache was never something I pursued
10
9
2
0
3
11
9
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   07.05.18 1:02

Wydało mu się, że ratowniczka na jego francuski zareagowała pewnym zaskoczeniem, co na tyle ją oszołomiło, że nie była w stanie nawet swego zdziwienia porządnie okazać. Ale mógł się mylić, bo przeklęty dym podrażnił mu oczy i naprawdę musiał wytężyć wzrok, jeśli chciał dostrzec wyraźnie jakieś szczegóły. Pozostawało mu tylko trzymać się już angielskiego, nie dać rozpędzonym myślom prowadzić swojego języka, ponieważ to groziło wiązanką hiszpańskich bluzg, jak również włoskimi wtrąceniami. Musiał tylko przypomnieć sobie jak angielski leży w jego ustach, jak brzmi. A potem nadeszła kwestia jego miana. Zdradzanie swojego nazwiska, a więc w domyśle i tytułu prawie zawsze mu towarzyszącego, uznał za czynność niepotrzebną, która tylko skomplikowałoby już i tak mocno napiętą sytuację, w jakiej się oboje znaleźli nie z własnej winy. Trudno byłoby mu wykrzesać z siebie postawę pełną wyższości, jakiej zawsze wymagał jego ojciec, gdy już w końcu tytuł głośno padał, bo tylko taka jest godna prawdziwego Blacka. Nie chciał też zmuszać kobiety, która właśnie udzielała mu pomocy, aby jeszcze kłopotała się odpowiednią tytulaturą, w jego mniemaniu niekiedy dość niewygodną w użyciu. A może zwyczajnie nie przejęłaby się faktem, iż ma do czynienia z lordem? Stał się Alem, to było o wiele mniej kłopotliwe rozwiązanie.
Pod wpływem zaklęcia uspokoił się znacząco, nareszcie mógł uporządkować myśli, jak również nadać im odpowiedni język. Był w stanie zdradzić swoje dolegliwości, przynajmniej te najbardziej mu przeszkadzające w funkcjonowaniu. Złamany obojczyk w jego mniemaniu był drugorzędną sprawą. Chciał już oddychać pełną piersią, nie czuć ciągle gęstego dymu w ustach za każdym razem, kiedy wykonywał wdech bądź wydech, z którym było mu zdecydowanie łatwiej się uporać. Zaciągnął się powietrzem z trudem, a oddech ugrzązł mu zaraz na dnie płuc, bo nagle aura wokół nich zmieniła się gwałtownie. Znów znalazł się w sytuacji zagrożenia, tak interpretował pojawienie się zaklęcia, jakby pod wpływem teleportacji. Sam fakt istnienia wyrwy w przestrzeni, a może i w czasie, był przerażający, więc wolał nie rozwodzić się w tym temacie. Jego próba pozbycia się ściany okazała się nieskuteczna, tylko naruszył konstrukcję, lecz to nie mogło im pomóc się wydostać z cholernej pułapki, w której pojawił się dym. Tuż po rzuceniu czaru poczuł się słabo, a krew buchnęła mu z nosa i poczuł ją nawet w ustach. Próbował zetrzeć ją rękawem, przez co czerwona smuga objęła również jeden z policzków. Szlag. Jeszcze chwilę wpatrywał się oszołomiony w znajdujący się przed nim mur, póki nie poczuł jak dłoń zaciśnięta na jego szacie odrobinę puszcza, choć nie całkiem.
Racja – zgodził się z natychmiast ze słowami Margaux, nawet przytaknął niezbyt energicznie lekkim skinieniem głowy. Ostrożnie wstał, co wcale nie wymagało wielkiego wysiłku, jednak niedotleniony organizm męczył się przy każdym ruchu. Całe jego ciało było mu niewygodne, tak bardzo ociężałe i powolne, jakby nie jego. Nawet nie zauważył kiedy Francuzka ponownie wycelowała w niego różdżkę, ale usłyszał wymawianą przez nią inkantację. Zaklęcie trafiło w niego i od razu poczuł, że podziałało doskonale. Płuca w jednej chwili wydały mu się lżejsze, pełne czystego powietrza, nieosmalone. Chciał jej podziękować, jednak ona śmiało pozbawiła się swetra i materiałem zakryła mu twarz. Zaczął wypełniać jej polecenie bez szemrania, choć w jakiś sposób godziło to w jego dumę. Czuł się bezradny, a tkanina nie uchroni go przed dymem, który ich otaczał w coraz większej ilości. Musieli uciec za mur, bądź brnąć przez dym z nadzieją na znalezienie innej drogi ucieczki. Alphard wolał przeprowadzić kolejny szturm na odgradzającą ich ścianę, w czym blondynka okazała się zgodna. Wyręczyła go i niewerbalnym zaklęciem sprawiła, że mur rozpłynął się w powietrzu, tak po prostu, jakby zaklęcie nigdy nie padło. Nie czas było na wyraz uznania. – Dam radę – wyrzucił z siebie szybko i wyraźnie, pospiesznym krokiem kierując się w stronę świeżego powietrza, jak najdalej od przeklętego Ministerstwa, które wciąż płonęło. Odszedł dobre kilkadziesiąt metrów dalej w otwartą przestrzeń, głęboko wierząc, że ta odległość pozwoli mu całkowicie uciec od duszącego dymu.

PŻ: 209/222




And my heart is a hollow plain
For the devil to dance again

Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance https://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie https://www.morsmordre.net/t1791-margo https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
starszy ratownik magicznego pogotowia ratunkowego
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

20
0
0
32
0
0
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Somerset House   16.05.18 20:06

Nie mogła uwierzyć, jak bardzo ciche i poukładane były jej myśli, gdy unosiła różdżkę, kierując ją w stronę wzniesionego w niewyjaśniony sposób muru. Otaczający ich chaos powinien był wytrącić ją z równowagi, podciąć nogi i zepchnąć na kolana, ale coś – szok, być może? – utrzymywało ją póki co w stanie dziwnego opanowania, które wyciszało otoczenie i stabilizowało gesty. Przerażenie i niepewność wciąż co prawda się jej trzymały, wywołane naglącą wiadomością i tchnącą lodowatą, złowrogą energią anomalią, ale skutecznie blokowała je pod powierzchnią, pozwalając im bulgotać i kotłować się tuż pod cienką warstwą skóry, nie wypuszczając ich jednak na zewnątrz. Nie mogła dopuścić do pomyłki ani poddać się słabości; gdzieś w pamięci wciąż dźwięczały jej echa rzuconych na moście słów Anthony’ego; przelotnie zastanowiła się, gdzie teraz był – miała nadzieję, że nie w spętanych płomieniami salach Ministerstwa.
Ciepła, drżąca pod jej palcami magia w jakiś sposób dodała jej otuchy, co jednak ważniejsze, zniszczyła kamienną ścianę. Zdawała sobie sprawę, że była w stanie tego dokonać tylko dlatego, że jej towarzysz już wcześniej osłabił przeszkodę zaklęciem, ale nie miała czasu na zastanawianie się nad tym ani składanie podziękowań; osłaniając oczy przed dymem, stanęła na własnych nogach, obserwując poczynania Ala, gotowa zareagować, gdyby się zachwiał, ale zdawał się być w lepszym stanie, niż początkowo sądziła. Przyglądając mu się teraz, zauważała szczegóły, które wcześniej jej umknęły: starannie skrojoną szatę, zdecydowanie drogie buty, szlachetny profil; najprawdopodobniej miała do czynienia z członkiem jednej ze starych, czarodziejskich rodzin. Przypomniała sobie słowa, które wypowiedział do niej nienaganną francuszczyzną, ale żadne z tych spostrzeżeń nie wprowadziło w jej poczynania zawahania – odłożyła je raczej na bok, razem z resztą być może interesujących, ale obecnie kompletnie nieistotnych z jej punktu widzenia informacji. Mógłby być ministrem magii we własnej osobie lub mętem z Nokturnu, w obu przypadkach potraktowałaby go tak samo. Szalejąca im za plecami szatańska pożoga, nie dyskryminowała nikogo ani nie wybierała sobie ofiar.
Kiedy ruszył się z miejsca, podążyła za nim, trzymając się tuż obok, osłaniając usta rękawem sukienki i poszukując prześwitu. Instynkt przekonywał ją, by pobiegła za siebie, pomóc następnym poszkodowanym, odszukać przyjaciół; nie mogła jednak zostawić mężczyzny samemu sobie. – Widziałeś, gdzie zaczął się pożar? – zapytała, przywołując z pamięci rozkład departamentów i – za co natychmiast ogarnął ją wstyd – dzielić je w myślach na te, na których zależało jej mniej lub bardziej, w zależności od osób, które mogły w nich przebywać. Nienawidziła tego, że nie miała wieści od nikogo z Zakonu, zła, że przez ostatnie tygodnie dobrowolnie izolowała się od wszystkich i wszystkiego; zdusiła jednak kiełkujące wyrzuty sumienia – nie mogła pozwolić, by odebrały jej kontrolę; jeszcze nie teraz.
Im bardziej oddalali się od budynku Ministerstwa, tym rzadszy wydawał się dym; to, że szli pod wiatr, również pomagało, chociaż miała wrażenie, że powietrze i tak powinno być znacznie przejrzystsze. Czy to możliwe, by pożoga nadal się roznosiła, zamiast dogasać? – Tutaj – rzuciła, wskazując palcem na załom jednej z kamienic; szare kłęby wspinały się pionowo po ceglanej ścianie, tworząc za nią prowizoryczne schronienie. – W porządku? – zapytała, gdy tylko znaleźli się w spokojniejszym miejscu, raz jeszcze mu się przyglądając, ale gołym okiem nie była w stanie dostrzec żadnych obrażeń. Powinna zabrać go do szpitala i oddać w ręce uzdrowicieli, ale teleportacja nie działała, a większość świstoklików płonęła razem z Ministerstwem.




isn't it lovely, all alone?
heart made of glass, my mind of stone
tear me to pieces, skin to bone
hello, welcome home


Powrót do góry Go down
Alphard Black
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5607-alphard-black https://www.morsmordre.net/t5622-tezeusz#131593 https://www.morsmordre.net/t5621-black-hole-in-your-soul https://www.morsmordre.net/f184-grimmauld-place-12 https://www.morsmordre.net/t5637-a-r-black
pracownik Międzynarodowego Urzędu Prawa Czarodziejów
27
Szlachetna
Zaręczony
Livin’ in the heartache was never something I pursued
10
9
2
0
3
11
9
6
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   17.05.18 23:28

Nie czuł potrzeby, aby obejrzeć się za siebie, spojrzeć na zgliszcza, jakie za sobą właśnie zostawia. Choć próbował odnaleźć w sobie żal za istotami ludzkimi, które zakończyły swój żywot w płomieniach, bądź pod ciężkimi elementami konstrukcji, bardziej był przejęty własną bezsilnością. Jego ciało nie rwało się do udzielenia pomocy, cały organizm wykazywał egoistyczną tendencję do zapewnienia przetrwania sobie. Kroczył więc przed siebie, jak najdalej od płonącego budynku, jakiego nie sposób było uratować. Zresztą, nie przypominał sobie, aby ktokolwiek próbował to czynić, wszyscy raczej pędzili ku najbliższym wyjściom w obawie o własne życie.
Głos ratowniczki przywołał go do porządku. Jego umysł mimowolnie zauważył, że jej pytanie nie padło bez powodu, czaiło się w nim zmartwienie. Czyżby w środku mogli być bliscy kobiety? On sam był przekonany, że jego starszy brat tego dnia nie siedział do późnego wieczora nad dokumentami, po prostu nie miał takiego zwyczaju. Ale gdyby nie miał tej pewności, czy jego zachowanie byłoby całkowicie inne, mniej tchórzliwe, bo zaważyłaby nad nim troska? Tak właściwie nie chciał tego sprawdzać, nigdy.
Płomienie wspinały się po kolejnych piętrach – oznajmił tonem rzeczowym, pozbawionym emocji, jednocześnie pozwalając opaść umęczonym powiekom na krótką chwilę, tym samym udowadniając, że silenie się na beznamiętność było próbą pogodzenia się z zaistniałą sytuacją. Uczucia musiał odłożyć na bok, choć te szalały, bo wciąż trzymał się go strach, czuł go w napiętych boleśnie mięśniach. Chciał uporać się ze wspomnieniem płomieni, jakże podstępnych i natarczywych języków ognia, od których zdołał uciec. Doskonale pamiętał, że gorąco biło od podłogi, tak niesamowicie rozgrzanej, że aż zaczęła się rozpadać. To z dołu zionął ogień, czego dowodził każdy kolejny fragment zapadniętej posadzki, co teraz przypominało mu płaty schodzącej z ciała skóry. – Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów jest na poziomie piątym – objaśnił, zapewne niepotrzebnie, choć w większej mierze mówił dla siebie, próbując uporządkować nie tylko myśli, ale fakty, do jakich sam mógł dotrzeć drogą dedukcji. – Gdy spojrzało się w dół, można było ujrzeć przynajmniej trzy położone niżej kondygnacje. Mogło zacząć się od Departamentu Tajemnic.
Posłusznie ruszył za Francuzką, gdy tylko wskazała mu kierunek. Jasny punkt wśród gęstego dymu z pewnością był obiecujący, aby chcieć ku niemu ruszyć. W końcu dotarli do miejsca, gdzie dało się normalnie oddychać. Ściana jednej z kamienic ochraniała ich przed duszącym dymem.
Trochę boli mnie ramię, ale żyję – wyrzucił z siebie szybko, plecami opierając się o ścianę za sobą. Dłoń docisnął do zbolałego obojczyka, chcąc przyzwyczaić się do promieniującego do tego punktu bólu, lecz takie działanie okazało się mocno nieskuteczne. Wiedział jednak, że jasnowłosa pani pragnie ruszyć dalej, do kolejnej poszkodowanej osoby, aby, być może, dostrzec gdzieś znajomą twarz i z ulgą stwierdzić, że bliska osoba żyje.

| PŻ: 209/222




And my heart is a hollow plain
For the devil to dance again

Powrót do góry Go down
Margaux Vance
avatar

Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
Jednostka badawcza (Zakon Feniksa)
https://www.morsmordre.net/t1789-margaux-vance https://www.morsmordre.net/t1809-parapet-margie https://www.morsmordre.net/t1791-margo https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t1817-margaux-vance
starszy ratownik magicznego pogotowia ratunkowego
27
Mugolska
Panna

all those layers
of silence
upon silence

20
0
0
32
0
0
3
2
Czarownica

PisanieTemat: Re: Somerset House   31.05.18 15:38

Mozolny marsz wśród rzedniejącego dymu wydawał się trwać w nieskończoność, choć nie liczyła kolejnych kroków, skupiając się raczej na odnalezieniu bezpiecznego schronienia. Nie był to pierwszy pożar, w którym uczestniczyła jako ratownik, mimo że na pewno stanowił jeden z najbardziej spektakularnych; Ministerstwo Magii, centrum czarodziejskiego Londynu, dosłownie równało się z ziemią za ich plecami i Margaux nie mogła pozbyć się kłującego wrażenia, że stawała się właśnie świadkiem momentu, który nieodwracalnie odciśnie się na historii magicznego świata. Nie wierzyła – ani przez sekundę – że Szatańska Pożoga znalazła się tutaj w wyniku nieszczęśliwego wypadku czy pozbawionego głębszego sensu czynu nieznaczącej jednostki, chociaż sama nie rozumiała jeszcze pełnego znaczenia tego, co rozgrywało się przed jej oczami. Słowa jej towarzysza również nie rzuciły zbyt wiele nowego światła na osnutą dymem prawdę, ale pokiwała krótko głową, przyjmując je do wiadomości. Departament Tajemnic skrywał w sobie sekrety, których nigdy nie miała poznać, nawet nie próbowała więc rozwikłać tragicznej zagadki, bardziej w tamtej chwili obawiając się idących za nią konsekwencji. Godzina była późna, możliwe więc, że liczba pracowników przebywających w Ministerstwie była znacznie mniejsza niż w ciągu dnia, ale i tak nie potrafiła przestać zastanawiać się, jak wielu czarodziejów weszło dzisiaj w ministerialne mury, żeby już nigdy ich nie opuścić?
Gdy dotarli do załomu, pozwoliła mężczyźnie na złapanie oddechu, sama poświęcając chwilę na rozejrzenie się dookoła. Szukała spojrzeniem czegokolwiek – lub kogokolwiek – kogo mogłaby zapytać o dalszy plan działania, jednak teren dookoła był póki co pozbawiony znajomych twarzy. Zastanowiła się bezwiednie, czy Poppy otrzymała jej wiadomość, ale nawet jeżeli to zrobiła, to coś musiało zatrzymać ją po drodze. Miała nadzieję, że tylko tymczasowo. – Mogę? – zapytała w odpowiedzi, nie czekając jednak na potwierdzenie i delikatnie przykładając palce do miejsca, do którego powędrowała dłoń Ala, jednocześnie odsuwając ją na bok, czy może – dając do zrozumienia, żeby to zrobił. Siłowanie się z nim zapewne żadnemu z nich nie wyszłoby na dobre. – Spora opuchlizna – mruknęła do siebie, wyczuwając pod palcami ciepłe pulsowanie, osłaniające lekki uskok na powierzchni kości, która powinna być zupełnie jednolita i bardzo szybko kwalifikując ją jako złamaną. Na szczęście bez przemieszczeń, istniała więc szansa na doprowadzenie jej do stanu używalności przy pomocy jednego zaklęcia. – Obojczyk jest pęknięty. Nie ruszaj się, proszę, może trochę zaboleć – uprzedziła, po raz kolejny tego wieczoru sięgając po różdżkę. Jeżeli mężczyzna miał zamiar zaprotestować, miał na to całą sekundę. – Fractura Texta – wypowiedziała cicho, lekko dotykając uszkodzonej kości końcem różdżki i pilnując, żeby ani na moment nie zadrżała jej dłoń, nadnaturalnie wręcz wyczulona na wszelkie odstępstwa od normy w charakterze przepływającej jej przez palce magii – boleśnie świadoma, że i tak nie była w stanie powstrzymać wibrujących w powietrzu anomalii.




isn't it lovely, all alone?
heart made of glass, my mind of stone
tear me to pieces, skin to bone
hello, welcome home


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Somerset House   31.05.18 15:38

The member 'Margaux Vance' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 46

--------------------------------

#2 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
 

Somerset House

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

 Similar topics

-
» Wielkie rody Westeros
» Royal Opera House

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of Westminster-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18