Wydarzenia


Ekipa forum
Royal Opera House
AutorWiadomość
Royal Opera House [odnośnik]10.03.12 22:22
First topic message reminder :

Royal Opera House

★★★★
Royal Opera House to jeden z najważniejszych gmachów operowych w Londynie, znajdujący się w centralnej części miasta – w dzielnicy Covent Garden. Stanowi siedzibę Opery Królewskiej i Królewskiego Baletu. Pierwszy budynek teatru został otwarty w pierwszej połowie osiemnastego wieku, gdy wystawiono komedię autorstwa Williama Congreve'a – "The way of the world". Powstał on wówczas przy placu Covent Garden, który bierze swą nazwę od ogrodu klasztoru benedyktynów westminsterskich. Niegdyś mieścił się tu najważniejszy londyński targ kwiatów, owoców i warzyw. Na przestrzeni lat wystawiano tutaj opery, pantomimy, sztuki teatralne.
Zbudowany jest w stylu klasycystycznym oraz w typowym stylu teatru dworskiego. Do dziś Opera Królewska należy do najpiękniejszych i najznakomitszych budynków operowych świata, gdyż od początku istnienia teatr ściąga tłumy widzów z różnych krajów. Na scenie występowały największe gwiazdy opery i baletu, ale nie mniej ważny jest utalentowany zespół techników, projektantów i producentów, odpowiedzialnych za przygotowanie każdego przedstawienia.
[bylobrzydkobedzieladnie]
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Royal Opera House - Page 15 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Royal Opera House [odnośnik]05.11.22 17:53
Tłumacze nigdy nie mieli prostego zadania — gdy próbowano tworzyć przekłady dzieł, chociażby włoskich, niemieckich lub francuskich, spotykał ich często ten sam problem, co w przypadku dzisiejszej opery. Wtedy niuanse, które zamykały się w oryginalnych słowach, ich substancja, emocje, które miały przekazywać, musiały wymsknąć się wyłącznie sferze fonetycznej, przejść od słów do muzyki. Valerie znała to podejście aż za dobrze, przede wszystkim ze swego rodzinnego domu. Gdzie zawodzą słowa, tam przemawia muzyka, mawiał Leontius Vanity, ojciec śpiewaczki, mawiał też tak jego ojciec, i ojciec ojca przed nimi, maksyma ciągnęła się za ich rodziną od czasów normańskich, gdy księgi po raz pierwszy wspominały ich nazwisko. I to właśnie przyświecało dzisiejszej premierze, w trakcie której wszyscy muzycy robili wszystko, co w swej mocy, aby te różnice — zapisywane przez nich przez tygodnie na marginesach scenariusza — uwzględnić w swej kreacji, poruszanych tonach, mimice, ruchach i gestach.
Uczta trwała w najlepsze, słodki szczebiot Valerie niósł się po sali koncertowej, gdy Marfa wychwalała uczynność, odwagę i męstwo swego narzeczonego. Publika mogła przy tym obserwować, że z każdym uciekającym z ust śpiewaczki słowem i dłońmi o splecionych ze sobą palcach coraz mocniej przyciskanych przez panią Vanity do klatki piersiowej, aktor wcielający się w rolę strażnika carskiego nazwiskiem Griaznoj coraz wyraźniej okazywał swe niezadowolenie. Uczta trwała, radosne rozmowy z krańca stołu należnego Marfie i jej narzeczonemu bojarowi kontrastowały z knuciem Griaznoja i carskiego uzdrowiciela Bomelija. Pchany chorą zazdrością strażnik pragnął podać Marfie to, co w sztuce nazwane zostało amortencją, choć jedno spojrzenie w bok, na kobietę nerwowo przesuwającą karty książeczki starczyło Imogen, aby mogła dostrzec zakreślone słowo Амортенция.
Kurtyna opadła kilka chwil po tym, jak za knującymi mężczyznami prześlizgnęła się ciemnowłosa dziewczyna, spoglądająca na nich uważnie. Nie było wątpliwości, że usłyszała, o czym rozmawiali.
W następnym akcie przedstawienia ta sama dziewczyna — Lyubasha rozpoczynała swój lament mezzosopranem, wymuszając na carskim uzdrowicielu podanie jej kochankowi eliksiru, który sprawi, że ten przestanie kochać Marfę. Mężczyzna zgodził się, choć prędko, gdyż zaraz publiczność mogła usłyszeć wysokie tony, bez wątpienia czystego, wytrenowanego według najwyższych europejskich standardów sopranu. Valerie—Marfa pojawiła się w komnacie uzdrowiciela, opowiadając mu, że pragnie jak najpiękniej wyglądać w trakcie swej ceremonii zaślubin. Rozmarzona śpiewała arię o ogromie miłości, na której drodze nie może stanąć nikt i nic — podeszła też na kraniec sceny, zwracając się do niebios; wtedy jej oczy sunęły po pogrążonych w cieniu lożach honorowych, jakby z nadzieją, że dostrzeże w nich błysk czyichś zaciekawionych oczu, może jakąś konkretną magiczną aurę, która zwróci jej uwagę. Nie było sensu próbować wypatrywać postaci narzeczonego — Corneliusa zatrzymały sprawy państwowe, brzmiało to na tyle poważnie i nudno, że nie mogła narzekać na to wyjaśnienie.
W tym samym czasie Bomelij za plecami śpiewaczki przeczesywał szereg szaf i szafeczek, w poszukiwaniu wcześniej przygotowanej mikstury. Dopiero gdy Valerie zakończyła arię i zwróciła się do niego z szerokim, radosnym uśmiechem, podarował jej niewielką buteleczkę, którą wypiła od razu.
Mroczne akordy posłane w tamtej chwili przez orkiestrę zwiastowały jak na dłoni, że szczęście Marfy nie będzie mogło trwać długo.

Tymczasem siedząca obok Imogen kobieta zmarszczyła gniewnie brwi, a w trakcie przerwy między aktami zamknęła głośno książeczkę.
— Panienka wybaczy, nic z tego nie rozumiem... — szepnęła z odrobiną skruchy w głosie, wzdychając za chwilę dość ciężko. Jak widać, nie wszyscy przeznaczeni byli do odbioru sztuki wysokiej.




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : 5 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Royal Opera House [odnośnik]12.11.22 21:58
W jej żyłach brakowało płynnego poczucia hm, wyższości? Czegoś głębszego niżeli przyziemne sprawy i pragmatyczna decyzyjność. Była Traversem, zdecydowanie twardym, prostym i konkretnym. Artyści kochali morze, ale morze kochało prostych ludzi. Decydowało się na tych, którzy zamiast porywów serca byli w stanie pokonać porywy natury.
Nie umniejszało to możliwości jej oceny - wpływ wychowania odciskał piętno, wymagając na zapatrzonym w cel umyśle analizować i odczuwać. Niekiedy, emocje były racjonalizowane, tłumaczone i przetwarzane. Ale czasami, tak jak i teraz, rozpływały się naturalnie po młodziutkim ciele. Współodczuwała, choć uczucia, które wpływały z pięknie skrojonych ust i dźwięków śpiewaczki były jej naturalne obce - A może i nie? A może sama się oszukiwała?
Pochłaniała każdy szczegół sceny, niepewności aktorów i brylującą Valerie, choć co do jej personaliów nie była w stu procentach pewna. Imogen, wszakże, była świetną obserwatorką, nie tylko na żywo, ale i świata z gazet. Nie była zainteresowana plotkami i salonowymi gierkami - chciała po prostu wiedzieć, bo wiedza to władza. Świadomość rozmówcy i umiejętność wpływu na niego podnosiła szansę na udaną sprzedaż. Valerie zaś - jakże piękna, charakterystyczna twarz - zapadała w pamięć od razu. Niczym ciepło na wspomnienie kaligraficznego pisma matczynego listu.
Drobny uśmiech rozjaśnił młodą twarz, gdy ledwie na moment spojrzenia połączyły się, zaś oczy - jej zachwycone jakością, śpiewaczki wypełnione emocjami współdzielonymi z postacią - splotły się ledwie na moment.
Miała niesamowity talent.
Szum obok niej i podniesiony ton skupił uwagę wybitą z chwili konsternacji. Spostrzegła ledwie ruch obok siebie, gdy usłyszała słowa, ewidentnie skierowane do niej, choć nie ceniła sobie przykuwania uwagi. Przełknęła więc ślinę, obdarzając kobietę lekkim uśmiechem.
- Czy to istotne? Niech cieszy się Pani tym, co widzi. - Krótko, nie tyle ozięble, co z dozą dystansu. Nie należała do tych skrajnie uprzejmych, odzianych w ułudę i słodkie kłamstwa. Jeśli ktokolwiek za cokolwiek miałby ją cenić, to zdecydowanie wybrałby prostolinijność i szczerość. Wyjątkowo rzadką i cenną, bo jakże nieprzydatną w codziennym życiu klasycznej, niemalże kalki damy.
Kłamstwa ceniła te tutaj - na łamach teatru, na scenie odzianej fikcją z samej nazwy i zasady, poza nimi idąc ścieżką prawdy - przynajmniej tej jej znanej, która niekoniecznie współgrała z realiami.
Kobieta nie zdołała powiedzieć nic więcej, gdy zaczął się kolejny akt. Zielone spojrzenie zaczęło śledzić oryginalny tekst, wyłapując kolejne niuanse przekładu na jej ojczysty język. Momentami, tak jak na przykład teraz, wyjątkowo ubogi. Artyści jednak dorównywali wykonaniu, które wyobrażała sobie przy pierwszym czytaniu sztuki, choć było w nich coś ciepłego, co stanowiło rzadkość się w rosyjskich sztukach.
Rosja była szorstkością, bólem i buntem. Chłodem i biedą i skrajnym bogactwem, do którego na przestrzeni tysiącleci tak przywykli, że ich sztuki nie były barwne - one były przerysowane. Wyryte skrajnymi emocjami na twarzy, niezrozumiałym cierpieniem - niemalże egzystencjonalnym, nie pochodzącym od przeżywanych rozterek.
Każdy przekład był z roku na rok łagodniejszy - a ten tutaj, w delikatnym śpiewie i słodkiej urodzie głównej śpiewaczki - był ledwie skroplony oryginalnym cierpieniem, ale adekwatny do przesiąkniętego bólem wojny społeczeństwa. W punkt - i to musiała przekazać. Lekkim skinięciem palców zawołała do siebie ochronę, a chwilę później bezceremonialnie poprosiła o możliwość rozmowy z artystami.
Nie wnikała jak - oni wszyscy mieli przecież swoje sposoby, a jej przyszło spocząć na gotowym.



Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: Royal Opera House [odnośnik]13.11.22 18:09
Prąd zadowolenia przeszedł przez ciało śpiewaczki, bo w istocie rzeczy — ich spojrzenia spotkały się, jasna zieleń zetknęła się z jasnym błękitem i przez jedną krótką chwilę nie istniało nic ponad to. Ponad barwę morskiej toni w słoneczny dzień, toni, która łagodziła neurotyczne zmysły, toni, która porywała tych, co nie sprostali jej temperamentowi. I przez tę krótką chwilę Imogen mogła dostrzec w oczach swej obserwatorki błysk, błysk zrozumienia, zaproszenia do dalszego zanurzenia się w spektaklu. Ten zbliżał się powoli do punktu kulminacyjnego, do dwóch końcowych aktów, historia musiała toczyć się dalej.
Kurtyna wzniosła się raz jeszcze, przedstawiając publiczności widok sali tronowej pałacu carskiego. Na samym jego końcu, na wzniesieniu i tronie zasiadał ciemnowłosy mężczyzna o długiej brodzie i marsowej minie. Przed nim, w pełni skupienia, które rozpoznać łatwo mogły inne tancerki, a dla niedoświadczonych w tej sztuce nieuchwytnym, wypartym przez beztroskość i lekkość ruchów, tańczyły debiutantki, w tym Valerie—Marfa. Bledsza niż we wcześniejszej scenie, z ustami potraktowanymi głębszą czerwienią, poruszała się z wigorem równym innym kobietom, lecz to właśnie jej najmocniej przyglądał się aktor, który odgrywał rolę cara. Gdy muzyka balowa ucichła, a układ się zakończył, debiutantki uciekły na boki sceny, zanurzając sie w rozmowach między sobą. W tym samym czasie car wyśpiewał swą solową arię, w której zdradzał swemu sekretarzowi, że wybrał wreszcie kandydatkę na swą żonę i będzie nią oczywiście Marfa. Sekretarz podbiegł do wyraźnie zaskoczonej Valerie, podając jej rękę carowi, gdy kurtyna opadła, aby wznieść się tego wieczoru ostatni już raz.
Car w dalszym ciągu trzymał swą — już — żonę (dało się to poznać po bogato zdobionym ślubnym, rosyjskim kostiumie) za dłoń, lecz Valerie nie stała już przy jego boku, zamiast tego leżała w łóżku. Wyglądała na prawdziwie wyczerpaną i słabą, choć wciąż odznaczała się pięknem, które w historii Iwana Groźnego przyciągnęło go w pierwszej kolejności do swej branki. Na scenę wkroczył carski sekretarz, który poinformował cara o egzekucji byłego narzeczonego Marfy, bojara Lykowa, na co Valerie zaragowała gromkim płaczem, uspokojonym tylko basowymi nutami głosu cara, w piosence tłumaczącego wszystkie przewiny jej byłego narzeczonego, oskarżając go o jej otrucie, nim pieśń zostanie przerwana, przez pojawienie się carskiego lekarza.
Lekarz dołączył do pieśni, przyznając się do podania Marfie—Valerie trucizny na polecenie strażnika zakochanego w dziewczynie, przerywanej co chwilę przez zawodzącą, pogrążającą się w truciźnie rozpaczy carycy. Car cały czas trwał przy swej żonie, choć w drugim wejściu jego pieśń zabrzmiała groźniej, bardziej ponuro, a aktor wślizgnął się w język rosyjski zupełnie niespodziewanie, wydając wyrok śmierci na truciciela żony. W tym samym czasie drżąca dłoń śpiewaczki dotknęła policzka aktora, przyciągając jednocześnie jego czoło do własnego, gdy rozpoczęła pieśń finałową, pieśń smutną, o odchodzącej miłości. Marfa nie żegnała się jednak z carem.
Żegnała się z niedoszłym mężem, straconym na carski rozkaz. Wszak sama straciła zmysły, niedługo przyszło czekać, aż opadła bez życia na białe poduszki, a kurtyna opadła, zamykając przedstawienie.

Pojawili się na scenie jeszcze raz, dziękując całą obsadą opery za oklaski wyraźnie zadowolonej widowni. Valerie była niezwykle zadowolona z przebiegu tejże premiery, wiedziała, że każdy ze śpiewaków dał z siebie wszystko, a w oczach siedzących w pierwszych rzędach ludzi widziała malujące się zadowolenie. Pragnęła dojrzeć jeszcze raz jasną zieleń oczu, która przyciągnęła ją wcześniej, ale nie miała już tego samego szczęścia.
Gdy zeszła ze sceny, zaczepił ją jeden z elegancko ubranych mężczyzn pracujących w Royal Opera House.
— Madame, lady Travers zechciała z madame pomówić. Mógłbym zaprosić ją do...? — nie musiał kończyć, wypełniona euforią udanego w swym odczuciu spektaklu Valerie czuła, że miała jeszcze więcej energii niż z ranka. W dodatku lady Travers pragnęła się z nią spotkać! Cóż za udany wieczór!
— Oczywiście, proszę prosić do głównej garderoby — zaszczebiotała, choć zdecydowanie ciszej niż na scenie. Główna garderoba, którą zajmowała dziś Valerie, nie była może podobna do komnat w dworku szlacheckim, lecz była najbardziej wygodnym z pomieszczeń oferowanych przez operę. Poza toaletką znajdowało się jeszcze wydzielone do przebierania miejsce za parawanem, wygodna, czerwona kanapa, dwoje foteli i szklany stolik, na którym stała waza ze świeżymi kwiatami.




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : 5 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Royal Opera House [odnośnik]19.11.22 0:26
Niegdyś - gdy naiwność tkwiła w przepełnionym kaprysami ciele - wierzyła w historie miłosne, zjednanie dusz, poświęcenie w imię prawdziwości uczuć i przeznaczenie. Młodziutka twarz rozpływała się w niebotycznie wyolbrzymionych historiach, owianych słownictwem przystosowanym do młodocianej damy. Później, będąc najmłodszą wśród przyjaciół, słuchała o pierwszych miłościach, pocałunkach i zbliżeniach, na które oni - nieszlachetnie urodzeni, choć dalej spowici przemilczeniem w szerszym gronie - mogli sobie niejawnie pozwolić. W jej świecie, miłość mogła się pojawić u wytrwałych - matka mówiła o miłości wobec męża, bo to on podarował jej dzieci, stabilność i spokój. Ciotka, wżeniona w inny ród, mówiła, że każdego da się pokochać.
Imogen nie należała do kobiet buntowniczych - wbrew rodzącym się w głowie wymysłom i rozbudzonej na nowo rok temu zadziorności humorków, potrafiła trzymać wodze emocji i marzeń w absolutnym wstrzymaniu. Nie kpiła, nie zaprzeczała ani nawet nie rzucała topowego sloganu, że jej miłość nigdy nie spotka.
Akceptowała stan faktyczny wraz z każdą możliwą zmianą na przestrzeni lat. Może dlatego potrafiła współczuć i rozumieć, spoglądając w roziskrzone spojrzenie. Nie musiała zasmakować cierpienia Marfy, by teraz - w eterze emocji, muzyki, gry półcieni - współodczuwać każdym fragmentem skóry podniosłość i prawdziwość przedstawionych emocji. Choć oryginał sztuki przynosił na myśl intensywną woń cynamonu przemieszanego z pieprzem, to w brytyjskiej wersji słodkość wanilii
również przemieszała się z gorzkością łupin kawy.
Można było zawdzięczać to ogółowi artystów, lecz, w istocie, powinno tylko jednej artystce. Oryginalna Marfa trafiała do serca przerysowaniem - skrajnościami wylewającymi się spod każdego wersu jej gry; śpiewaczka dodała jej prawdziwości, jakby spływające po policzkach łzy odczuwała niegdyś głębiej, niż wczuwając się w rolę. I wtedy, fenomenalny koniec. Oklaski i słowa podziwu przepełniły salę, wśród której szczupłe palce również zbijały cichy wiwat.
W dłoni dzierżyła książeczkę z tłumaczeniem, wymijając wychodzących widzów. Sięgnęła za ramię, zlecając przesłanie artystce następnego dnia bukietu peoni w podziękowaniu za możliwość spotkania, by w bezszelestnym, lekkim kroku, trafić za pracownikami do głównej garderoby.
Nie była zawstydzona banalnością i prostotą swojego wyglądu, które nie zwykły cechować arystokratek. Nie potrzebowała dodatkowych ozdób, gdy cała przestrzeń wokół niej wypełniała się słodkością uroku - nadprzyrodzonego, niewybranego i mimowolnego.
Coś cenniejszego tkwiło w Valerie, do której podeszła pełnym gracji, choć pewnym krokiem. Blondynka była przepełniona naturalnym, niewymuszonym wdziękiem i słodkawą nutą emocji, które wzbudzała każdym swoim ruchem. Nie potrzebowała do tego przodkiń z puli magicznych istot ani kszty kłamstwa. Wydawała się wyjątkowo krucha, przy lodowatej na pozór Imogen, wręcz przesłodzona. Ale lady właśnie na to liczyła, widząc delikatny błysk oka na scenie.
- Niebywały występ, najszczersze gratulacje. Niezmiernie miło mi również poznać. - Mimo młodego wieku, głos wybrzmiał głębią dojrzałości. Delikatny uśmiech zagościł w kącikach ust, a dłoń sięgnęła do towarzyszącej jej artystki, by w niestosownym, acz wyjątkowym geście, delikatnie ją uścisnąć. Na osobności, w której pozostały, mogła pozwolić sobie na taki gest, sięgając głębiej niż mogłaby to robić umyślna manipulacja. Imogen, po prawdzie, wnikała do umysłów ludzi w nieświadomy i nieumyślny sposób bardziej, niż mogłaby to zwalać na urok półwili.
- Marfa, wybrzmiewając Pani emocjami, była bardziej sobą niż w pierwotnym utworze. - Odbiór pozostawiła Val, choć wyrok padł szybko i sprawnie. Blond kosmyk Travers wysmyknął się na moment z koka, trafiając z pomocą sięgnięcia dłoni za ucho arystokratki, a wypływająca spomiędzy palców niepoprawność kusiła niekiedy bardziej, niż jej własny urok.
- Przejdźmy na Ty, jeśli tylko Pani to odpowiada... Imogen.
Gilotyna opadła, uśmiech spowił całą młodą twarz, a chęć rozważania emocji musiała wyjść dalej, niż niuanse socjety.
Musiały być sobą, daleko od dam i pań, aby móc otworzyć się na prawdziwe, odbierające spektakl ja.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: Royal Opera House [odnośnik]29.11.22 18:27
Bukiet peonii zostanie zapamiętany na długo. Tak samo, jak niemalże lodowa sylwetka półwili, która swą obecnością zaskoczyła niespodziewającą się tego w pierwszej chwili śpiewaczkę. Jasny błękit spojrzenia roziskrzył się jednak nagłą radością, takie spotkania nie zdarzały się Valerie dość często, po części z jej własnej winy. Dbała o swoją prywatność, nie dopuszczała do garderoby wielu osób, ale dla lady Imogen mogła przecież zrobić wyjątek. W pamięci wciąż świeże było wspomnienie e l e k t r y c z n o ś c i, która połączyła je w chwili, gdy spotkały się spojrzeniem; przypadek połączył je dziś mocniej. Węzłem, który będzie tak silny, jak wspomnienie tego wieczoru w ich pamięci.
Jej pojawienie się było równie magiczne i niespodziewane, jak wszystko to, co prowadziło wreszcie do przekroczenia progu przez lady Travers. Może to jej urok, ten dziedziczny, niebędący jej świadomym życzeniem, będący zaś czymś, z czym żyć nauczyć się musiała, dodał tej chwili jeszcze więcej magii. Śpiewaczce zdawało się, że ta sama gęstniała w powietrzu, wypychając cząsteczki tlenu gdzieś na bok, pozostawiając równie życiodajną energię pośrodku, energię, względem której powinna przecież czuć się zazdrosna — piękno było w życiu kobiet tematem niezwykle wręcz drażliwym, lecz Valerie miała wystarczająco dużo lat, by wiedzieć, że była to walka z wiatrakami. Lady Imogen nie stanowiła wszak konkurencji. Nie miały wspólnych pól, na których mogłyby konkurować, konkurencja zresztą nie mogła przynieść im nic dobrego. Znacznie lepiej było okazać sobie wzajemne wsparcie; Imogen wydawała się młodą, ale mądrą i rozważną kobietą, a obracająca się wśród elit Valerie była dumna z tego, że dama zechciała się z nią spotkać. Pragnęła wywrzeć na niej najlepsze wrażenie, jakie tylko mogła. Wszak takie odwiedziny, słowa, które spłynęły z ust powściągliwej damy, były słodsze od wszystkich, nawet najlepszych recenzji, które zebrała od wielu krytyków w ciągu swej całej kariery.
Dłoń sięgnęła do dłoni, którą zamknęła w delikatnym uścisku. Serce Valerie przyspieszyło, na usta wystąpił ciepły, łagodny uśmiech.
— Cała przyjemność po mojej stronie, najdroższa lady. Gdybym mogła zrobić dla was cokolwiek, proszę nie krępować się ze swymi prośbami. Serce wzlatuje w przestworza, gdy uświadamiam sobie, że mogłam swym występem uczynić radość tak szlachetnemu sercu — słowa płynęły same i choć były wymuskane naukami szlacheckiej etykiety, która po latach trwania wśród ścisłej elity — najpierw niemieckiej, od miesięcy także angielskiej — stała się drugą naturą madame Vanity, były niewątpliwie szczere. Względem tego nie można było mieć nawet krzty wątpliwości. Ciepło dłoni Valerie, którą zetknęła się z jasną skórą Imogen, mogło wyłącznie potwierdzić to wrażenie. Bo choć była delikatnie zdziwiona taką zażyłością gestu, nie znały się wszak wcześniej wcale, w prywatności garderoby dwie rozsądne kobiety mogły pozwolić sobie na więcej, w niemym pakcie, że wszystko, co zdarzyło się w tychże czterech ścianach, na zawsze w nich pozostanie.
Wciąż pokryte intensywną, kostiumową czerwienią wargi rozchyliły się lekko w odpowiedzi na komplement. Krucha rama ciała Valerie zadrżała odrobinę, gdy nabierała oddechu, kąciki ust wzniosły się wyżej, formując przyjemny dla oka, szerszy uśmiech. Czujne spojrzenie naturalnie sięgnęło ku umykającemu upięciu kosmykowi. Musiała powstrzymać myśl o pomocy przy upięciu, widziała kobiety pracujące przy niej wielokrotnie, sama nabrała też kilku dobrych nawyków. Mogłaby poprawić upięcie tak, że nikt nie dostrzegłby, że kiedykolwiek zostało rozluźnione.
— Miała lady okazję usłyszeć oryginał? Prawdopodobnie w aranżacji Blumenfelda, nie mylę się? — Feliks Blumenfeld umarł dla świata mugoli ponad 20 lat wcześniej, ale magiczna socjeta wciąż mogła się cieszyć się jego talentem, przede wszystkim w magicznej Moskwie. — Ja miałam okazję widzieć ją tylko raz, w Poczdamie. Wielką szkodą jest, że rosyjskie dzieła nie znajdują się w zachodnim repertuarze częściej. Potrafią być... Och, nie chcę zabrzmieć pretensjonalne, ale bardziej żywe? Surowe tą żywotnością właśnie. Zupełnie różne od tego, co oferuje na przykład nasza kultura.
Co na ten temat sądziła Imogen? Czy mogła podzielić zdanie Valerie, a może miała na ten temat zupełnie inne przemyślenia? Śpiewaczka zsunęła na moment wzrok z przyciągającego spojrzenia lica, w dłoniach półwili wciąż tkwiła książeczka z tłumaczeniem.
Wzniosła je jednak równie prędko, dźwięk padającej propozycji splątał się z biciem serca. Jako starsza, rozsądniejsza, powinna teraz dopytać, czy lady Travers była tego kroku pewna, zapewnić, że mogą powrócić do wygodnych, zdystansowanych form w każdym czasie. Ale jako artystka była przede wszystkim wolną duszą, poszukującą nieoczywistości, niezwykłości w każdej dziedzinie życia. Lady Imogen Travers spadła jej z nieba, dosłownie.
— Valerie. Nie mogłabym wyobrazić sobie lepszego przebiegu dzisiejszego wieczoru — delikatnie ściszyła głos, dodając tym samym odrobinę swego czaru do kameralnej atmosfery. Znów nie kłamała, znów poczuła tamten prąd. Rzadko kiedy spotyka się kobiety równie elektryzujące, jak jej dzisiejsza towarzyszka.
Cofnęła się wreszcie o krok, szerokim gestem wskazując na kanapę i fotele.
— Cóż byłaby ze mnie za gospodyni, gdybym kazała ci stać — radosny, wciąż śpiewny chichot wypełnił garderobę. — Wybierz miejsce, w którym będzie ci wygodniej. Nie mogę niestety zaoferować do picia nic mocniejszego od kremowego piwa, czasy, gdy w operze pijało się szampan, odchodzą powoli do przeszłości — w głosie pobrzmiała nutka smutku, kryzys zaopatrzeniowy niestety nie opuszczał nawet instytucji kultury. — Aczkolwiek jeżeli preferujesz chociażby herbatę lub masz ochotę na posiłek, twoje życzenie będzie dla mnie rozkazem wypełnionym z przyjemnością.




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : 5 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759
Re: Royal Opera House [odnośnik]11.01.23 13:06
Gościnność i ciepło Valerie przemawiało do Imogen w głębokim poczuciu słuszności własnych czynów. Choć jej ruch - kontrowersyjny - mógł sprowadzić krytyczne spojrzenia, to jeśli miały rozmawiać o sztuce, nie wyobrażała sobie granic - tak, jak i sama wyobraźnia ich nie miała.
Nie była znawcą, wiedziała więcej od absolutnego minimum, ale zdecydowanie nie mogła błyszczeć niesamowitą wiedzą swoich szlachetnych rówieśniczek. Czarne lata odebrały jej wyjścia towarzyskie, ochotę na naukę a już tym bardziej zgromadzenia przepełnione obcymi ludźmi. Porywała się na to tylko zmuszona przez matkę, aby nie sprawiać jej przykrości, wszakże rodzicielka była najszczerszą, najukochańszą osobą na świecie - nie powinna zwalać swojego bólu na nią, choć, jako dziecko, i tak to uczyniła swoim własnym bólem.
- Owszem, zapoznałam się przed laty z oryginałem. - Uśmiechnęła się, odpowiadając zdawkowo. Wolała słuchać, niż mówić, ale nie omieszkała napędzać tej rozmowy. Przecież po to przyszła.
- Rosyjski jest niebywale trudnym językiem, a kunszt wielkich poetów i pisarzy jest znany i stosunkowo zrozumiały dla absolutnej mniejszości. - Przytaknęła Valerie, zgadzając się co do surowości. Naród wychowywany na bezgranicach, surowości i uciśnieniu przelewał na papier to, co chcieli jego mieszkańcy - poczucie, że nie są sami w swoich emocjach.
- Nie dziwię się absolutnie niechęci do przekładania rosyjskich sztuk. Mówiąc szczerze, brakuje nam niekiedy słownictwa, aby móc przekazać wyrażone w oryginalne emocje. Wtedy niewyobrażalnie je spłaszczamy i odbieramy całą gamę kolorów... odcieni szarości. - Uniosła lekko brwi, w geście zastanowienia, po chwili ponownie spoglądając na piękną twarz solistki. - Ale dzisiaj, wyjątkowo, naprawdę było czuć oryginalne emocje. Ręce związane w niewypowiedzianym niematerialnym braku mocy. Zgubione spojrzenie z iskierką nadziei i basta... - nadążając za swoimi słowami, pstryknęła palcami i pogłębiając uśmiech.
- Koniec. W punkt, jakby sama Twoja mimika zwiastowała opuszczenie kurtyny. Wyjątkowe. - Komplementom nie było końca, ale czyż Valerie nie była tego świadoma? Momentami, w chwili rozemocjonowania pojawieniem się Imogen zdawała się niedowierzać - a półwila, mimo noszonego nazwiska, czuła się absolutnie zwyczajna i prozaiczna. Według Traversównej, to możliwość porozmawiania z tak wyjątkowo utalentowaną artystką było tutaj wyjątkowe, nie jej sama obecność - być może dlatego, nieświadomie, zawsze starała się zminimalizować bariery.
Szczególnie z tak przeuroczą osóbką, jaką teraz widziała w Val.
- Poproszę wodę, tak dla otrzeźwienia umysłu. - Uśmiechnęła się, zająwszy jedno z wygodniejszych, wyłożonych aksamitem krzeseł. Ułożywszy nogę na nogę wyprostowała je lekko, nadgarstki opierając o zaostrzony zarys kolana.
- Absolutnie dziękuję za cokolwiek więcej, Valerio. Zresztą, nie pijam alkoholu. - Poczekała, aż jej towarzyszka również zajmie miejsce, w międzyczasie odbierając wodę i sięgając po drobny łyk. Nie krępowała się, była jednak wyjątkowo stonowana, spokojna - gotowa słuchać tak, jak Valerie chciałaby być wysłuchana, jednocześnie, będąc równie merytoryczną w drugą stronę.
- Opowiedz mi, moja droga, co było dla Ciebie najtrudniejsze w tej roli... w tej karierze? - Spojrzała w pełni na piękność naprzeciwko niej, odziewając twarz delikatnym, ciepłym uśmiechem. Interesowało ją to - dało się to wyczytać niemalże z każdego fragmentu mimiki. Dlaczego? Sama jeszcze nie do końca rozumiała. Może chciała ujrzeć w personie aktorskiej - człowieczeństwo.


Forgive me mother, I can't drown my demons
they know how to swim
Imogen Travers
Zawód : arystokratka, przyszła rodzinna tłumaczka
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
you cursed my soul,
my mind is dead
eyes like a weapon
snakes on my head
OPCM : -
UROKI : -
ALCHEMIA : -
UZDRAWIANIE : -
TRANSMUTACJA : -
CZARNA MAGIA : -
ZWINNOŚĆ : -
SPRAWNOŚĆ : -
Genetyka : Półwila
 inghean
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11409-imogen-travers https://www.morsmordre.net/t11423-rusalka https://www.morsmordre.net/t11422-meaning-to-protect https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t11457-imogen-n-travers
Re: Royal Opera House [odnośnik]02.02.23 12:49
Czy było coś piękniejszego od możliwości współdzielenia sztuki? W umyśle Valerie piękniejsza mogła być już chyba tylko prawdziwa, gorąca miłość. Bycie romantyczką, przez lata spętaną w okowach niechcianego, brutalnego małżeństwa (które samo z siebie było karą za wcześniejsze romantyczne wzniesienia) wyznaczało jej drogę, także tą zawodową. Może reżyserzy wszelkiego rodzaju i pochodzenia wyczuwali w niej to samo — tę tęsknotę za zrozumieniem i troską, którą karmiła w sobie przez dziesięć długich lat — i dlatego obsadzali ją ostatnimi czasy w rolach kobiet zakochanych bez pamięci, które w miłości znajdowały najwyższe honory, ale także swój koniec.
Czy życie nie toczyło się podobnymi torami? Gdyby uczyć się na błędach Marfy, Izoldy, Brunhildy... Czy dałoby się uniknąć nadciągającej tragedii?
— I jakie było to uczucie? — spytała niemal od razu, jasne oczy zalśniły ciekawością. Znów złapała się na tym, że niezwykle ciekawa była tego, co czuł odbiorca — odbiorczyni — sztuki. Zazwyczaj przecież była tym, który swe emocje przekazywał, znajdowała się po drugiej stronie lustra. Niewiele osób zresztą było w stanie odpowiedzieć na podobne pytanie zupełnie szczerze, często w obawie przed niezrozumieniem detali, wygłupieniem. Lady Travers posiadała wszystkie umiejętności, które pozwalały jej rozumieć, przynajmniej tak twierdziła śpiewaczka. I dlatego właśnie jej opinia była dla niej aż tak istotna.
— Od lat mówię sobie, że powinnam sięgnąć wreszcie po klasyki rosyjskiej literatury, ale przy takim zapracowaniu i tempie pomiędzy jednym występem a drugim nigdy nie mogę odnaleźć czasu... — westchnęła, chociaż w dalszym ciągu uśmiechała się ciepło; zawieszone w tęczówkach półwilich oczu spojrzenie szukało zrozumienia, może gdzieś na poziomie duszy. Nie znały się prawie wcale, dopiero plotły ze sobą swe losy, a jednak postawa Imogen, z pozoru kontrowersyjna, otworzyła jej i Valerie drzwi do relacji, której nie byłyby w stanie stworzyć pośród standardowych ram. Relacji, w której naturalnie płynęła szczerość, zaskakująco bliska duszy. Szczerość, która przychodziła najprościej z kimś, z kim nie można było się znać długo.
Zamilkła, wsłuchując się w słodycz komplementów płynących z ust arystokratki. I choć bywała wyczulona na fałszywe pochlebstwa, w tej sytuacji nie dostrzegała nawet ich grama. Ni okruszka. Wydawało się, że młoda jeszcze dama jest prawdziwie zadowolona z możliwości rozmowy, na moment zmieniając się w samą siebie. Bez herbu wiszącego nad głową, bez półwilich genów przyciągających spojrzenia. W tym konkretnym momencie była po prostu Imogen, młodą dziewczyną zafascynowaną językiem rosyjskim, przeżywającą dopiero co zakończoną sztukę. Ta realizacja z kolei złapała Valerie za serce, rozczulając do granic możliwości.
— Zatem woda dla nas obu — postanowiła, przelewając zawartość karafki stojącej na jednym ze stolików do dwóch wysokich szklanek. Podała jedną z nich Imogen, z drugiej upiła jeden łyk niedługo później. Gdy ponownie zajęła miejsce, skinęła głową na wyznanie Imogen o alkoholu. — Przyznam ci szczerze, że również z niego rezygnuję. O wiele lepiej jest zachować trzeźwość umysłu i nie męczyć się z opuchlizną z rana — uśmiechnęła się szerzej, odstawiając szklankę na stolik. Imogen oczekiwała odpowiedzi na ważne pytanie. Na pytanie skomplikowane, fundamentalne. Ale Valerie nie unikała tychże. Ostatnimi czasy wolała nawet wychodzić im naprzeciw.
— W roli Marfy najtrudniejsze było powrócić do niewinności — zniżyła nieco głos, aby oszczędzać struny głosowe, obolałe po intensywnym wysiłku. Przeniosła wzrok raz jeszcze na twarz swej rozmówczyni, chcąc czytać jej reakcje na tyle, na ile tylko jej pozwoli. — Niedługo kończyć będę trzydzieści lat, ciężko w to uwierzyć... — ząśmiała się krótko, odrzucając na chwilę głowę w tył. Jasne loki zafalowały miękko, ostatecznie wracając do swej wcześniejszej pozycji. — Ale życie z punktu widzenia dwudziesto i trzydziestolatki jest zupełnie różne. Wielu rzeczy nie dostrzega się, gdy jest się młodszym, a trudniej jest nie zwracać na nie uwagi po upływie czasu — Marfa mogła dostrzec, że zbliża się do swego końca, że spisek zatruwa jej krew. — W karierze natomiast... — kolejny łyk wody, dla orzeźwienia umysłu. — Rywalizacja, z pewnością. Tylko najlepsi z najlepszych osiągną cokolwiek, jedynie wybitni będą mogli być rozpoznani. To ciężki zawód, Imogen. W szczególności, gdy nie zna się ludzi i nie wie, do czego są zdolni, by wspiąć się na sam szczyt.
To nie jest życie dla lubiących spokój. To nie jest życie dla słabych, dla unikających poklasku.
— Opowiedziałabym ci więcej o kulisach, ale nie chciałabym zepsuć ci magii opery — puściła jej porozumiewawcze oczko, lecz w tym samym momencie drzwi od garderoby otworzyły się nagle, a młoda dziewczyna wsunęła głowę w szparę pomiędzy drzwiami a framugą.
— Madame Vanity? Pan reżyser chciałby zamienić z panią jeszcze kilka słów... — szepnęła sfrapowana, gdy tylko dostrzegła obecność Imogen. Valerie natomiast westchnęła krótko, choć uśmiech dalej rozciągał się na jej ustach. Przeniosła spojrzenie na swojego gościa, podnosząc się miękko z miejsca.
— I trzeba być na każde zawołanie reżysera — zażartowała, wygładzając suknię na sobie. — Pozwolisz, że wystosuję do ciebie zaproszenie na moją następną sztukę? Wydaje mi się, że przypadnie ci do gustu. Tymczasem... Niezwykle cieszę się z naszego spotkania. Dziękuję — odwróciła się do damy raz jeszcze, nim przekroczyła próg. — Do szybkiego zobaczenia?

| z/t :pwease:




tradition honor excellence
Valerie Sallow
Zawód : Celebrytka, śpiewaczka
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Zamężna
sharpen your senses
and turn the knife
i know those
party games too
OPCM : 5 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 16
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarownica

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t10881-valerie-vanity#331558 https://www.morsmordre.net/t10918-andante#332758 https://www.morsmordre.net/t10920-tell-me-i-m-your-midnight-muse#332762 https://www.morsmordre.net/f408-kensington-harley-gardens-10 https://www.morsmordre.net/t10921-skrytka-bankowa-nr-2362#332773 https://www.morsmordre.net/t10919-v-vanity#332759

Strona 15 z 15 Previous  1 ... 9 ... 13, 14, 15

Royal Opera House
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach