Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Winiarnia
AutorWiadomość
Winiarnia [odnośnik]11.09.15 20:52
First topic message reminder :

Winiarnia

★★★★
Elegancka winiarnia znajdująca się na uboczu dzielnicy, skryta przez wzrokiem mugoli dzięki silnym zaklęciom maskującym i upodobniającym do kamienicy w wiecznym remoncie. Na co dzień najczęstszą klientelą jest arystokracja, głównie z powodu wysokich cen w karcie. Można tutaj dostać najstarsze i najrzadsze gatunki win, delektować się w otoczce luksusu i subtelnej magii wyczuwalnej w powietrzu.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 21:14, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Winiarnia - Page 11 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Winiarnia [odnośnik]18.12.21 22:28
Taniec świateł i cieni przemykał wśród sylwetek zgromadzonej w winiarni klienteli. Kreślił wyraźne sylwetki dżentelmenów odzianych w eleganckie garnitury, a stłumiony blask żyrandoli załamywał się na drogocennych kamienach naszyjników, migoczącego w jasności złota. Mrok pochłaniał twarze skryte w kątach, obnażał glans, obłudne pragnienie bycia. Papierosowy dym wypełniał płuca, wilgotne powietrze niemalże lepiło się do jej skóry, osadzało się na roznegliżowanej skórze ramion. Jak refleks wciąż wyraźnych wspomnień, gdy bywała z Ericiem w miejscach jak te. Przekornie błyszcząc przywiązana do jego ramienia, zależna od tego z kim chciał być, w jaki sposób chciał spędzić noc. Ona kontemplowała jak rozegrać tą partię tak, aby powróciwszy do domu utulić do snu zadowolonego męża. Czasami pokora rozsierdzała w sercu gniew. Wyreżyserowana sztuka nie karmiła rozdymanego ego. Czasami chciała wygrać. Doprowadzić do konfliktu, podjąć kolejną walkę. W końcu wygrać. Czasami po prostu gotował się w niej żar, by kolejny raz nie pozwolić sobie na przyjęcie pozycji ofiary. Kogoś kogo spotyka niesprawiedliwe zło poza jego kontrolą. Czasami większą ulgę przynosiła myśl, że uderzenie było słuszne.
Wspomnienia pęczniały w dusznych kątach, w poblasku migoczących płomieni kryształowych żyrandoli. Atakowały ją zewsząd. Wszakże tu był jej dom. Stąd pochodziła. Tu ją stworzono.
Cornelius grał na siebie. Jakże męska to była postawa. Oni grali dla siebie. One uczone były tego jak grać dla nich. Echo przeżytych chwil rozlewało się po jej wnętrzach. Czy kiedykolwiek… kiedykolwiek wcześniej ktoś próbował nauczyć jej tego rodzaju kontroli. Czy kiedykolwiek kontrolowała w jakikolwiek sposób swoje życie. Nie wybrała sobie niczego. Męża. Przyszłości. Nawet zaklinaczką stała się jedynie z dobrej woli Erica. Z jego obłudy, ekscentryczności, znudzenia. Wpojono jej świat, w którym bytowała dla kogoś. Nie dla siebie. Czy mogła mieć więc jakąkolwiek kontrolę?
Gdzieś na skraju umysłu, gdzieś na samych granicach rozsądku wirowało -tak. Wybrała sobie los wdowy. Świadomie sącząc truciznę. Świadomie zasiewając ziarno na podatnym gruncie. Nie ona wykonała wymierzyła karę, ona wydała wyrok. Swąd zbrodni dusił jednak zbyt bardzo by mogła go bezwstydnie chłonąć. Władza miała cenę, której bała się płacić.
- Z przyjemnością zobaczę jak mieszkasz - odpowiedziała, zawieszając spojrzenie na twarzy kuzyna. Cienie rysowały ponury kształt oczodołów, odmawiały dojrzenia wyrazu oczu Sallowa. Nie musiała go jednak dostrzegać, by czuć samozadowolenie brzmiące w barwie słów. On również był częścią tego teatru. Zupełnie jak ona. Chociaż zdawała sobie sprawę z tego jaka zgnilizna kryła się w samych trzewiach megalomańskiej pychy. Rozumiała jednak potrzebę. Rozumiała co znaczył elitarny Toujours Pur w piwniczce kuzyna. Jak atrybut śliskiej władzy roztoczonej przez kuzyna. - Wtedy zmuszona będę ci się odwdzięczyć, chociaż w moich zapasach mam więcej starych ksiąg, niż dobrych win - wygięła przekornie wargi, pozwalając aby w tym porównaniu sukcesów błyszczał właśnie on. W końcu czymże mogła się przed nim pochwalić? Że po latach życia na uwięzi, zgarbiła sobie dom? Że na luksus mogła liczyć jedynie, gdy uśmiechała się wystarczająca zalotnie, by ktoś chciał się z nią nim podzielić?
- Albo naszym przekleństwem - z pozoru nonszalanckie uniesienie brwi maskowało gorzki posmak odległej już historii. Gdy dziesiątki lat temu pewien ambitny Anglik chciał powrócić na łono z dawna utraconej ojczyzny, być tym, który sprowadzi Valhakisów z powrotem na łono posiadłości skrytej u stóp Parnasu. On również zatracił się w chaos. On również widział w nim okazję. On również wspinał się po stopniach rewolucyjnej drabiny.
Oboje doskonale wiedzieli co czekało go na końcu przeprawy.
Wargi na powrót wygięły się w czupurnym uśmiechu. - Oh, drogi Cornelu - pochyliła się nad stolikiem jakby miała zdradzić mu sekret, powiedzieć coś co nie powinno dotrzeć do nikogo innego poza nim samym - Jak myślisz ilu z nich ledwie stać na to, aby wypełnić spiżarnię, ale mimo wszystko są tutaj? Konsumując ponad swój stan, aby pokazać, że mają prawo tu być i mają galeony, aby bywać? Port cuchnie biedą bardziej niż zapamiętałam. Przyjaciółka przestrzegła mnie, aby nie zapuszczać się samej w głąb Wielkiej Brytanii, bo można natknąć się na szabrujących wszystko szumowiny albo na rozsierdzony rebeliantów. Jak znajduję nowy Londyn i Wielką Brytanię? Tak jak powiedziałeś to dynamiczne czasy - odsunęła się, biorąc łyk, topiąc się w jego cierpkim smaku. Czy mogła dziwić się, że własna matka czuła do niej niechęć? Nie mówiła tego co chciała usłyszeć. Wybierała pokrętne odpowiedzi, igrała na jej nerwach. I z pewnością teraz Cornelius wolałby usłyszeć więcej pochlebstw niźli jej pokrętnych spostrzeżeń. Nie chciała mu jednak grać na nerwach, jedynie dostrzec istotę człowieka przed nią. - Nie zrozum mnie źle, kuzynie. Rozumiem potrzebę stosowania takich, a nie innych środków. Lepiej dominować niż być zdominowanym. Zabić niż być zabitym. Trzeba sprawiać, aby społeczeństwo czuło się bezpieczne i jak rozumiem tym ma stać się twój nowy Londyn. Jak dla mnie wszyscy wyglądają na upojonych swoim miejscem tutaj - zwieńczyła swoją odpowiedź, pozwalając sobie na kolejny łyk, kolejny uśmiech.
Jego słowa na moment wybiły ją z wypracowanego rytmu odruchów. Mięśnie twarze niemalże przybrały wyuczonego wyrazu, bursztynowe oczy niemal okryły się mgłą smutku właściwego kobiecie, która straciła swojego ukochanego męża. Z rzadka jednak ktokolwiek mówił o swobodzie jej stanu. Rzadko kto pojmował jej ciężar. Palce odnalazły oparcie w dotyku chłodnego złota oplatającego nadgarstek, bogato zdobionej bransolety, na którą nie powinno jej stać - i nie było. Nie powinno nawet na nią stać Erica, który oddał jej ją jako jeden z jego ostatnich podarunków. Nie pytała skąd. Na tym etapie rozrzutność jej partnera przestała ją dziwić. Chciał coś mieć. Brał. Nie zważał na konsekwencję, nawet jeśli miał się zadłużyć. Przez chwilę bawiła się nią, tworząc w myślach kolejną odpowiedź. - Można tak powiedzieć. Nie jestem już panną, nie muszę udowadniać tego jak odpowiednią jestem kandydatką, nie muszę martwić się, że chęć rozwijania się wpędzi mnie w staropanieństwo. Sęk w tym, Corneliusie, że jeśli przez bardzo długi czas, właściwie nigdy nie zaznałeś wolności, doznawanie jej nie przychodzi z taką łatwością z jaką odczuwałeś ją w fantazjach - spojrzenie sięgnęło tego jego, intensywnie doszukując się jakichkolwiek reakcji. Jak większość nie pojmował tego jak wyglądało jej życie przez ostatnie lata. Nie pojmował lub nie chciał pojmować. Lub po prostu właśnie dla niego to nie było czymś nad czym warto było rozmyślać. Dlatego właśnie nie ufała swojej rodzinie. Chcieli z niej brać. Rzucili na pożarcie, aż nie pozostało nic co mogła oddać. Żadne z nich nie okazało lojalności, której od niej wymagali. - Nie powinnam wymagać, abyś rozumiał. Jesteś mężczyzną. Wolność jest dla mnie czymś innym niż jest dla ciebie.
- To hojna propozycja - podsumowała. - Jak mniemam nie do końca bezinteresowna? - zapytała zaczepnie, gasząc ostrożność w żart. Nie wierzyła by kierowała nim czysta, niezmącona szczodrość. Dar dla kuzynki, która nie mogła odwdzięczyć się tym samym. Tym razem chciała wiedzieć jak wielki dług mogła tym zaciągnąć i ile miała kosztować jego spłata.
- Tak bardzo przekonująca jak należy przekonać urzędnika ministerstwa, by udzielił zgody na wyjazd z kraju. Chociażby w celach naukowych. Dla kogoś o wartościowym nazwisku. - odpowiedziała, nie kryjąc swojego celu. Mogła dyskutować o tym z wujem. U niego nie chciała mieć jednak długów. Wolała wyświadczyć komuś przysługę i by ten ktoś się dla niej odwdzięczył.





the chains are broken
but are you truly free?
Lyssa Valhakis
Zawód : runistka, badaczka, zaklinaczka
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
not yet corpses.
still, we rot.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9437-lyssa-valhakis-budowa#286941 https://www.morsmordre.net/t10509-atlanta#318453 https://www.morsmordre.net/t10503-p-a-r-a-s-i-t-e#318274 https://www.morsmordre.net/t10511-skrytka-bankowa-nr-2169#318466 https://www.morsmordre.net/t10510-lyssa-valhakis#318461
Re: Winiarnia [odnośnik]05.01.22 20:28
Nie był świadom, że wdowieństwo było wyborem Lyssy, ale gdyby się dowiedział... chyba nie byłby zaskoczony. Sallowowie zawsze grali na siebie, wbijając noże w plecy swoim mocodawcom, przyjaciołom i najbliższym. Grali też na rodzinę, a przynajmniej powinni. Cornelius był świadom gorzkiej zdrady i rozczarowania, które przyniósł rodzicom - miał stać u ich boku, gdy oskarżali o morderstwo wdowę po Solasie, ale raz w życiu nie wziął udziału w ich intrydze i drogo za to zapłacił. Również Lyssa zagrała wreszcie na siebie, nie na męża, nie dla rodziny Valhakis.
Valhakis - choć płynęła w niej krew druidów i oszustów, to nie była w pełni rodziną, nie do końca. Lubił ją i szanował, tak jak jej matkę, dopomoże jej we wszystkim chętnie i w miarę własnych możliwości, ale zrobiłby dla niej nieporównywalnie mniej niż dla Sallowów noszących rodzinne nazwisko.
W końcu był w stanie nawet wyrzec się własnego syna, krwi ze swojej krwi, o niewłaściwej matce i niewłaściwym (fałszywym) nazwisku.
-Wiesz, że uwielbiam księgi, Lysso. - odwzajemnił się zawoalowanym komplementem. Nie musiała wiedzieć, nie rozmawiali przez lata, a wszystko, co opowiadała jej matka mogło być wyolbrzymione. -Jesteśmy zatem umówieni. - podkreślił z zadowoleniem. Chętnie odwiedzi dom po jej mężu. Nie potrafiłby doradzić, ile jest wart ani jak wykorzystać mądrze ten spadek, ale pomógłby wyprawić przyjęcie, zadbać o reputację. Jej matka została mecenas sztuki - a Lyssa, jak zamierza spędzić wdowie lata?
-Nie wierzę w przekleństwa. Na powierzchni można się utrzymać dzięki sprytowi, a zatonąć przez głupotę. - wzruszył ramionami, nie mając ochoty na posępne metafory. Wojna nie była niczym przyjemnym, ale należało się z niej cieszyć, wycisnąć okazję do ostatniej kropli. Ich rodziny nie miały luksusu wygody, jaka towarzyszyła szlachetnym rodom albo nawet innym wasalom. Sallowowie przed laty zubożeli, Valhakisowie stracili ojczyznę. Poznali smak porażki, zahartowali się, stali silniejsi. Drzewo niesmagane wiatrem wyrasta na słabe, głosiło rodzinne motto.
Jakie wiatry zahartowały Lyssę? Wydawała się pewniejsza siebie niż przed laty, z jej posągowej twarzy trudno było cokolwiek wyczytać, ale rozmową zdawała się bawić - jakby również pragnęła wybadać kuzyna.
Dobrze, zagrają w tą grę. Gdy naprawdę zależało mu na poznaniu czyiś emocji, po prostu sięgał po różdżkę - ale dzisiaj może porozmawiać na zasadach drogiej kuzynki, ta zabawa nawet go ciekawiła.
Cornelu, drgnął lekko na dźwięk zdrobniałego imienia, nagłej poufałości. Mało osób się tak do niego zwracało, tylko rodzina i najlepszy przyjaciel.
-Twoja przyjaciółka to mądra kobieta. Do niedawna nawet Londyn nie był bezpieczny. - przyznał, obracając kieliszek w palcach. -Napadnięto mnie nawet w tutejszym porcie, ale policja przykładnie ukarała sprawców. - pożalił się, ale na twarzy malował się tylko lisi uśmiech, zwiastujący kolejne słowa. -Ale to nie powód do lęku, co najwyżej do rozwagi i szlifowania własnych umiejętności z dziedziny samoobrony. Potrafiłabyś, Lysso? Odpłacić atakiem oszalałemu mugolowi albo rebeliantowi, który sięgnie po twoją sakiewkę, cnotę, życie? - zapytał bezpardonowo, nie owijając w bawełnę. Ja czołgałem się w błocie, gdy napadł mnie w Derbyshire dawny przyjaciel - pomyślał, ale do tamtego upokorzenia nie miał zamiaru się przyznawać. To kuzynkę chciał wybadać - jeśli wojna ją przeraża, niech nie wychyla nosa poza stolicę. Jeśli nie - mógłby wykorzystać jej talenty, jej odwagę, jej ekspertyzę. Znała się na runach - na czym jeszcze?
-Nie wszyscy. - poprawił ją, gdy uznała, że wszyscy w winiarni są upojeni swoją pozycją. -Ja patrzę dalej, Lysso. Nie mamy pozycji, dopóki nie jesteśmy na szczycie, ani dopóki na zachodzie kraju tli się ognisko rebelii. Ministerstwo chce je zdusić, a ja chcę być wtedy w pierwszym szeregu. - bohater wojenny Cornelius Sallow, to brzmiało pięknie. Wiedziała, że nie chodzi mu o czynną walkę, choć i do tego się uciekał. Polityka, bycie obecnym przy strategicznych decyzjach - to go interesowało.
Uniósł lekko brew, gdy wspomniała o wolności. Spojrzenie złagodniało, a Sallow raz jeszcze poczuł ciężar nie do końca swojej tajemnicy. Valerie Vanity, żona okrutnego męża. Męża, którego zabójstwo zlecił aby podarować tej młodej śpiewaczce wolność - jeszcze miesiąc, a spróbuje zagarnąć ją dla siebie. Obiecał sobie, że pozwoli Valerie przeżyć "żałobę" i poprosi o jej rękę w połowie lutego.
-Może rozumiem więcej, niż ci się wydaje, Lysso. - westchnął. -Korzystaj z pozycji mądrze, teraz wolno ci... więcej. - uśmiechnął się lekko. Był naprawdę ciekawy, co zrobi z tą wolnością.
A teraz słyszał o piętnach i planach naukowych wypraw. No proszę.
-Dokąd planujesz wyjechać? - spytał bezpośrednio, nie podchwytując żartobliwego tonu. -Masz odpowiednie nazwisko, a ja odpowiednią pozycję, spokojnie. Choć nie ukrywam, że łatwiej byłoby mi pociągnąć za sznurki i nie ocierać się o nepotyzm, gdybyś jawnie poparła odpowiednie... poglądy. Artykuł naukowy, który w zawoalowany sposób popiera politykę Ministerstwa i głosi wyższość magicznego świata nad niemagicznym byłby w sam raz, może być krótki felieton. - odchylił się lekko na krześle, wykładając karty na stół.




I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Winiarnia - Page 11 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Winiarnia [odnośnik]27.01.22 0:45
Pytali. Raz po raz. Co zrobisz? Jak spędzi lata niegdyś złożone w ofierze na ołtarzu nierozerwalnej małżeńskiej przysięgi. Te oddane j e m u na własność. Nagle należące już tylko do niej. Nigdy ich nie posiadała, ani nawet samej siebie. Zawsze była czyjaś. Miała przyszłość, zapewnioną w niej rolę.
Wbrew własnej naturze przywykła.
Może tylko własna pycha i arogancja mąciły myślą, że w jakikolwiek sposób jej to przeczyło, że uległość musiano wtłoczyć w nią brutalną siłą. Igrać z dziecięcą naiwności, pociągać za sznurki młodzieńczych ambicji i zuchwałości, aż w końcu nasączyć trucizną i rozgoryczeniem. Może taka była. Może właśnie tego potrzebowała, by odczuwać sens. Wierzgać się w wyimaginowanych okowach dla własnego kaprysu, odnajdując w nich swojego rodzaju komfort. Poza własną wolą nie musiała brać odpowiedzialności za nic. Nawet za samą siebie. Za czyny, których się podejmowała.
W świetle przymusu odpowiedzi słowa blakły w urywkach wymijających zdań.
Nie wiedziała. Powinna mieć plan, prawda? Fantazjowała o wolności, fantazjowała o zerwaniu sznurków. Gdy te w końcu opadły? Była już wolna? Czy wciąż zamknięta w kajdany własnego umysłu.
Przywykła.
Stały się jej częścią. Zrosły się ze skórą.
Wyrwała je. Rany musiały się zagoić. Tkanki przybrać nowe, zabliźnione kształty.
Nie musiała odpowiadać na nic. Jedynie szukać. Poznać tą, którą się stała. W pędzącym biegu wojny domagano się, aby obrać stronę.
Ta została obrana lata temu, wbrew własnej decyzyjności. Gdy truchło ojca ku przestrodze zawisło na masztach delfickiej świątyni. Ona widziała jak wyglądają przewroty, bunty wycelowane wprost w ciemiężycieli. Za swoją wolność płacili krwią, dokładnie jak ci, którzy płacili koszty władzy.
- Niech tak będzie. Śmierć to głupota, sukces to spryt, a przekleństwo to tylko wymówka - słowa opuściły wargi bez większego wahania. Czy zgadzała się z nim? Nie wierzyła, aby świat rządził się tak prostymi prawami, pochodził wszak od chaosu. Arogancja mieszała się z głupotą. Spryt był swojego rodzaju cnotą, ten jednak nie miał władzy nad motłochem zmiennych. Przeznaczenie? Było jedynie uproszczonym konceptem, tak postrzegali rzeczywistość, by móc ją pojąć. Świat rządził się własnymi prawami, a oni byli na tyle zuchwali, by twierdzić, że je poznali. Że byli w stanie w jakikolwiek sposób go formować. Czy gdyby było inaczej przyszłość zaglądała, by do jej snów zdradzając jej bieg? Wiedziała, że jej ojciec upadnie zanim uronił krople krwi. Ból przychodził zanim jeszcze go poznała. Kto władał ich losem? Oni sami czy on należał jedynie do samego siebie nieporuszony ludzką zuchwałością?
Wierzyła w siłę. Umysł na tyle bystry, by opierać się kolejnym falom porażek, trudności. Wierzyła, że mają swojego rodzaju władzę nad własnym losem. Nie była ona jednak absolutna. Nic nie było.
Powietrze na chwilę zebrało się w płucach, niezbyt zachłanny łyk wina odsunął od niej widmo natychmiastowej odpowiedzi, pozwalając aby zaległa się między nimi cisza. Słowa formowały się w zdania, gdy nieśpiesznie odstawiała kieliszek. - Przetrwanie ma swoją cenę. Walorując życie własne, a te drugie, wybór jest jeden - spojrzenie bursztynowych oczu spotkało się z tym kuzyna - Zrobiłabym to co bym musiała zrobić.
Uśmiechnęła się miękko - I co tam widzisz? - zapytała, zerkając na niego zagadkowo. Czego pragnął? Do czego dażył? Co kryło się dalej. - Rebelianci mają ponoć silną pozycję na zachodzie. Opowiedzieli się za nimi lordowie tamtych ziem, lwia część ludności - słowa przybrały rzeczowy ton, opuściła je żartobliwa nuta. Rozumiała powagę tych zdarzeń. Ich sytuacja mogła się odwrócić diametralnie, jeśli tylko buntownicy zewrą szeregi i zaczną napierać na granicę, rozszerzać je. - Parkinsonowie nie słyną z zamiłowania do wojaczki. Sądzisz, że będą w stanie utrzymać swoje tereny? - zapytała.
- Cóż, doszły mnie słuchy że pewien hiszpański szlachcic ma zamiar otworzyć do wglądu swoją kolekcję. Eric opowiadał mi o nim. Ponoć fascynuje go kultura archaicznej Grecji i ma w swoich zbiorach wiele białych kruków traktujących o okultystycznych praktykach wyroczni delfickich. Podczas przewrotu wiele z tych dzieł skradziono, zniszczono. Niewiele się ostało. To może być jedna z niewielu okazji, by móc się z nimi zapoznać. Zbadać pewne kwestie. Nie będę cię tym zanudzać - pokręciła lekko głową. Zdawała sobie sprawę z tego, że mógł nie podzielać jej zainteresowań. Mogła zostać tu i handlować zaklętymi przedmiotami, zaklinać własne. Na to zawsze był czas. Umysł zaklinacza jednak potrzebował ciągłych zagwostek, poszerzania perspektyw. - Przemyślę to, Corneliusie, nie jestem typem publicysty. Moja rodzina stoi po odpowiedniej stronie, o to nie musisz się martwić. Jakiego innego jawnego uczynku mógłbyś ode mnie oczekiwać? - zapytała, uśmiechając się szerzej, gdy zarzucała przynętę - Ponoć wśród hiszpańskich elit panuje wielkie poruszenie spowodowane wydarzeniami w naszym kraju, stąd też wystawa kolekcji - czarna magia była przez laty owiana złą sławą, teraz ludzie chętniej okazują jej szacunek jako jednej z nauk. Takie wydarzenia to wspaniała sposobność, aby podzielić się wiedzą i poglądami.





the chains are broken
but are you truly free?
Lyssa Valhakis
Zawód : runistka, badaczka, zaklinaczka
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
not yet corpses.
still, we rot.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9437-lyssa-valhakis-budowa#286941 https://www.morsmordre.net/t10509-atlanta#318453 https://www.morsmordre.net/t10503-p-a-r-a-s-i-t-e#318274 https://www.morsmordre.net/t10511-skrytka-bankowa-nr-2169#318466 https://www.morsmordre.net/t10510-lyssa-valhakis#318461
Re: Winiarnia [odnośnik]08.02.22 8:16
-Dokładnie. - uśmiechnął się z satysfakcją, gdy mu przytaknęła, choć trudno powiedzieć, czy szczerze. Znał przecież jej matkę, mistrzynię pochlebstw. Musiała zaszczepić Lyssie świadomość, że droga do męskiej aprobaty i męskich serc wiedzie przez przytakiwanie. Może i był jej kuzynem, ale zdawał sobie sprawę, że łechtanie jego ego jest użyteczne - że może się przydać Lyssie Valhakis ze względu na swoją pozycję. Pytanie tylko, kiedy i w czym. Już dzisiaj miała poprosić go o pomoc przy zorganizowaniu wyjazdu, czy upatrywała w wysoko postawionym kuzynie jeszcze innych korzyści? A może chciała zbudować relację na zapas, by mieć asa w rękawie dopiero w razie potrzeby?
Czy był cyniczny, myśląc o jej intencjach w ten sposób? Wszyscy byli, w ich mowie płynęło srebro, a w krwi spryt węży i druidów. Może i zostawali badaczami, naukowcami, Krukonami, ale rodzinne wartości były silne, nawet gdy przybierali inne nazwiska. Z burzą ciemnych włosów nie wyglądała jak typowa pani Sallow, ale została przez jedną wychowana. On zresztą też nie kierował się przecież tylko sentymentami. Imponowało mu, że ma teraz w rodzinie bogatą i wykształconą wdowę, podświadomie zastanawiał się, co mógłby na tym ugrać.
W oczach zabłysły iskry uznania, gdy potwierdziła, że zrobiłaby co musiała w razie napadu przez mugola.
-Doskonale, Lysso. Rad jestem, że nie muszę się obawiać o twoje bezpieczeństwo. Wygląda na to, że zagraniczne podróże cię... zahartowały. - przechylił lekko głowę, upił łyk wina. -Nie mogę tego powiedzieć o wszystkich damach w ojczyźnie. Niektóre nie wychylają nosa z bezpiecznych, czarodziejskich enklaw, nie dotarła do nich powaga tej wojny, a braki w dostawach ananasów przyjmują ze skrzywieniem nosa. - uśmiechnął się lekko, odrobinę pogardliwie. Tylko przy rodzinie pozwalał sobie na lekką drwinę z arystokratek, ale zarazem nie powiedział niczego, co mogłaby użyć przeciwko niemu. Ot, kuzyn żartujący sobie z kuzynką.
Dama, która skradła jego serce również miała szerokie horyzonty. Niecałe pół roku temu powróciła z Berlina, ale nie zwierzył się z tego Lyssie. Jeszcze miesiąc aż minie przepisowa żałoba, aż porozmawia poważnie z Valerie.
Uniósł lekko brwi, gdy to Lyssa przybrała poważny ton - słowa o wojnie, niektóre wręcz prowokujące albo odważne. Niewielu krytykowało lordów Parkinson tak wprost.
-Sądzę, że zagłodzimy rebelię. Wydarliśmy im Staffordshire, są za słabi, by walczyć o nowe ziemie, a co dopiero je utrzymać. - przyznał. -A propaganda potrafi zdziałać cuda. - wzruszył lekko ramionami, choć nie zdradził, co dokładnie ma na myśli. Dotarcie do serc ludności? Tego nie mógł zrobić bez czynniejszego zaangażowania lordów tamtych ziem - czy to o tym myślał, gdy wyginał wargi w lodowatym, nieco kpiącym uśmiechu? Pewnych kwestii nie mógł jej zdradzić, ale może mogła znaleźć odpowiedź w jego stalowych oczach. Czy troszczył się o Gloucestershire? Nie. Wątpił, by je stracili, ale jeśli rebelianci wykrzesają z siebie jakieś zaskakujące siły, to pieśń propagandowa sprawi, że hrabstwo odejdzie w zapomnienie. Nieistotna część Anglii, zepchnięta w odmęty niepamięci. Czy ktokolwiek pamiętał dziś o Manchesterze, o pięknym Derby, o lasach Dorset? Nie - zdrada, zdrada, zdrada, tylko o tym powinni pamiętać. -Najpierw Shropshire, potem cały świat. - przypomniał kuzynce, dopijając wino. -A Shropshire trzyma się mocno. - to los rodzinnego hrabstwa najmocniej leżał mu na sercu, to ono będzie ich bastionem na zachodzie.
Z uwagą wysłuchał jej informacji o hiszpańskiej kolekcji. Nie zanudzała go.
-Kontakty z Hiszpanią są cenne, lord Alphard Black bardzo o nie dbał. Teraz, gdy go zabrakło, mogą potrzebować... miłego słowa o angielskim Ministerstwie, a dzielenie się wiedzą i poglądami to wspaniałe uzasadnienie podróży. Załatwię ten świstoklik i stosowne pozwolenia, Lysso - a gdy będziesz czarować Hiszpanów, nie zapomnij wspomnieć dzięki komu udałaś się w tą pasjonującą podróż. I ostrożnie wspomnieć, że czarna magia jest teraz u nas legalna, że sięgamy po nowe granice nauki. Że odzyskaliśmy swoje dziedzictwo i nie lękamy się już pełni magicznego potencjału - zakazanych do niedawna zaklęć, klątw... legilimencji. - wyliczył na jednym wydechu, niczym figurę retoryczną, ale uśmiechnął się jakoś dziwnie.
Nie powie jej więcej, jeszcze nie - ale jeśli kiedyś poprze właściwą stronę oficjalnie, wtedy wraz z innymi patriotami dowie się o jego darze. Najlepiej bezpośrednio od niego, lubił mieć kontrolę nad tym, co mówiło się o jego talentach w gronie sojuszników Rycerzy Walpurgii.
-Korzystaj z życia, kuzynko. - uśmiechnął się, dopijając wino. -Wygląda na to, że wdowieństwo ci służy. Chodźmy, pokażę ci mój dom. - zaproponował, widząc, że i jej kieliszek jest już pusty. Tam będą mogli porozmawiać swobodniej, może nawet nie o polityce. Może spyta co u jej matki, tak naprawdę i opowie jej o swoich nadziejach na ożenek. Może.

/zt :pwease:


I watched with glee

While your kings and queens
Fought for ten decades
For the gods they made

Cornelius Sallow
Zawód : Rzecznik Ministerstwa Magii, propagandzista
Wiek : 44
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Żonaty
I'm a man of wealth and taste
And I lay traps for troubadours
OPCM : 5
UROKI : 35
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
Winiarnia - Page 11 Tumblr_p5310i9EoI1v05izqo1_500
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8992-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/t9022-gaius https://www.morsmordre.net/t9023-cornelius-sallow https://www.morsmordre.net/f146-chelsea-mallord-street-31 https://www.morsmordre.net/t9021-skrytka-bankowa-nr-2119#271390 https://www.morsmordre.net/t9123-cornelius-sallow#275155
Re: Winiarnia [odnośnik]09.05.22 0:32
Czy owa intencjonalność nie leżała w ludzkiej naturze? Pragnęli jedynie karmić własne potrzeby. Wszystko co robili dyktowane było ich wypełnieniu. Od tych prymitywnych, najprostszych po bezpieczeństwo, zapewnienie sobie emocjonalnego komfortu, samorealizacji. Nie robili niczego bez przyczyny. Czy nie właśnie w taki sposób ich wychowywano? Czy nie tym właśnie byli? Oni. Sallowie. Valhakisowie.  W ich domach nie było zdrowej miłości. Jedynie postępująca świadomość tego, że każde z nich służyło czemuś. Byli narzędziami w dłoniach innych. Ona służyła ojcu, matce, wujowi. Wkrótce dostrzegła również, że i jej braci obdarto z dawnej niewinności. Że oni wszyscy służą i zniewalają. Nie było w niej tęsknoty za rodziną. Więź jaką dzielili nie była naznaczona bezwarunkowym uczuciem znanym jej jedynie z kart powieści. Tworzyli splot zależności, a pojęcie jego istnienia było swojego rodzaju oczyszczeniem. W duszącej się  parą machinie tworzyła zaledwie trybik. Była kobietą, która musiała przetrwać w opresyjnym, patriarchalnym systemie, a jedynym na to sposobem było pojęcie reguł gry i postępowanie według jej zasad. Owe rodzinne więzi tworzyły trajektorię tętnic napędzający cały system. Stare rody trwały. Oni trwali, bo kurczowo trzymali się symbiotycznego układu, który stworzyli. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie żyje sama sobie, a niezależność, indywidualność chociaż niosły za sobą wyidealizowaną wizję narkotycznego upojenia, były jedynie iluzją. Nie pragnęła jedynie przetrwania i bezpieczeństwa. Pragnęła czuć. Władzę. Spełnienie. Siebie. Poznać to co było nie poznane.
Nie musiała wracać. Zdawała sobie jednak sprawę jak krótkowzrocznym rozwiązaniem byłoby pozostanie za granicą. Fortuna Erica nie była nieskończona. Podzielona między wdowę i jego krewnych, w lwiej części wydana na stare długi. Mogła zapewnić dobre życie, jednak na krótko. Lyssa zaś nie przywykła do życia bez wygód i nie miała zamiaru się do niego przyzwyczajać. Nie była już dziewczyną, która zdolna była powierzyć swoje życie w ręce krewnych. Nie mogła im ufać. Nie było tu miejsca na sentymenty. Potrzebowała ich jednak. Wyeksplotowali ją. Zaciągnęli dług i teraz miała zamiar go odebrać. Nie siłą, a cierpliwością. Grając w tą samą grę, w którą nie potrafiła grać kiedyś. Teraz jednak nie była przestraszoną podlotką.
Ponury uśmiech zatańczył na wargach - Owszem. Mój mąż nauczył mnie wiele o przetrwaniu. Powinnam być mu wdzięczna. Gdyby nie on pewnie byłabym jedną z tych niezadowolonych pań, o których mówisz - odparła niemal pokornie. Nie miała zamiaru mówić o nim źle, nie ufała kuzynowi na tyle, aby zdradzać pieczołowicie skrywanych sekretów małżeństwa. Wolała iluzję utraconego szczęścia. W niej nie odgrywała roli ofiary Erica, wuja, pochopnych decyzji, które podjęła w przeszłości. Mogła cieszyć się opinią żony, która była szanowana przez swego męża na tyle, że nie pozwalał by opuszczała jego boku. Tą twarz miał widzieć jej kuzyn, nawet jeśli była jedynie zrośniętą z jej prawdziwą skórą maską.
…A propaganda potrafi zdziałać cuda.
- Jak i desperacja - uniosła lekko brew, kończąc za niego zdanie. Zdawała sobie sprawę, że podobnie jak ona, Cornelius nosił własne maski. Ludzie nie mogli dostrzec w nim niepewności, zawahania. Musiał sprzedawać im wizję świata, w którą chcieli uwierzyć. Nie wierzyła jednak w słabość rebeliantów. Stanowili zagrożenie. Jeszcze większe, gdy byli głodni i sterroryzowani. Nie mieli wiele do stracenia, a doskonale wiedziała że przetrwanie było silnym instynktem. I wiedziała, że mogli nadejść w każdej chwili. Podobnie jak lata temu, gdy bojownicy rozdarli stary porządek panujący w Grecji.  O tym jednak nie wypadało mówić na głos. Niepokój tworzył chaos. - Wierzę jednak, że twoje plany zakończą się sukcesem.
Pozwoliła, aby dyskusja potoczyła się dalej, aż w końcu opróżnili kieliszki. Wspomnieli kilka starych historii, skomentowali nowy, lepszy Londyn. Skorzystała z jego zaproszenia, ciekawa tego co odkryje w samotni Corneliusa. Pozwoliła, aby wkradła się między nich odrobina swobody. Wszakże nie pojawiła się tu, aby ich podzielić, a wzmocnić więzy krwi.
|zt





the chains are broken
but are you truly free?
Lyssa Valhakis
Zawód : runistka, badaczka, zaklinaczka
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
not yet corpses.
still, we rot.
OPCM : 15
UROKI : 0
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 20
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9437-lyssa-valhakis-budowa#286941 https://www.morsmordre.net/t10509-atlanta#318453 https://www.morsmordre.net/t10503-p-a-r-a-s-i-t-e#318274 https://www.morsmordre.net/t10511-skrytka-bankowa-nr-2169#318466 https://www.morsmordre.net/t10510-lyssa-valhakis#318461

Strona 11 z 11 Previous  1, 2, 3 ... 9, 10, 11

Winiarnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach