Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Wrzosowisko, Derbyshire
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Wrzosowisko, Derbyshire

Wielkie, charakterystycznie tylko i wyłącznie dla siebie fioletowe pola wrzosu, których zapach zna każdy z mieszkańców Derbyshire, zwykł szeptać po cichu oraz tajemniczo;  wrzosowisko rozpościera się na północ od Derby i zajmuje znaczną część hrabstwa. Cieszy się zainteresowaniem zarówno mieszkańców, jak i przejezdnych oraz rzecz jasna leśnej zwierzyny, która na złość wszystkim polującym w gęstwinach bardzo często zapuszcza się na wrzosy. Przez wrzosowisko wiedzie droga dojazdowa do rodowej posiadłości Greengrass'ów.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Byli jedynie nieznajomymi sobie ludźmi, wrzuconymi w wir przypadkowych wydarzeń, a jednak nie mógł być to całkowity zbieg okoliczności, szczęśliwy traf i wygrana na loterii w postaci niemego zrozumienia, którym obdarzyli się wzajemnie od pierwszych chwil. Los z nich drwił, to było pewne, inaczej nigdy nie skrzyżowałby ich ścieżek. Na wrzosowiskach było teraz aż nazbyt spokojnie, cisza była przytłaczająca, zupełnie jakby cały świat stanął w momencie, gdy natrafili na denatkę skrytą w zaroślach. Nawet po odwróceniu się od ciała, w głowie Evelyn przewijał się obraz plam, szyi, włosów, całokształtu kobiety, której odebrano życie. Musiała się uwolnić, choć na chwilę pozbyć się sprzed oczu tego obrazu, by dać sobie czas na przyzwyczajenie się do czegoś, do czego naturalnie przyzwyczaić się nie można, o ile ma się czysty umysł, niespaczony złem i pychą. Musiała się podnieść, wstać, rozciągnąć mięśnie i pozwolić bólowi odwrócić uwagę od zgiełku myśli. Słyszała głos mężczyzny, rozróżniała słowa i przyjmowała je do siebie, próbując zaakceptować to, czego już nie można uratować, ale nie chciała się w tej chwili odzywać, bo z pewnością musiałaby dać upust roztrzęsieniu. Skup się, Despenser, warknęła na siebie w myślach, próbując otrzeźwieć, wyprowadzić się z letargu, jednak kubłem zimnej wody były nie słowa, które wypowiadała w swojej głowie, a te, które dotarły do niej z boku, od świata zewnętrznego, wychodząc z ust nieznajomego. W pierwszej chwili nawet nie dotarło do niej, co tak naprawdę powiedział, nie identyfikowała słów, zwyczajnie skupiając się na głębi, barwie głosu, zmianie w brzmieniu. Zupełnie jakby w ten sposób do niej dotarło, że w tej chwili, tu  i teraz, wcale nie jest sama. Owszem, w przyszłości może i będzie mierzyć się samotnie z demonami, powracającymi do wspomnienia ciała porzuconego na wrzosowiskach, ale w jej pamięci będzie również on, nieznajomy, mężczyzna, którego spotkała przypadkiem i wpakowała się z nim w tę samą, beznadziejną sytuację z której musieli wybrnąć. To był ten kubeł zimnej wody, który ją ocucił.
- Na litość, nie będzie Pan robił tego sam, proszę dać mi chwilę  – wygłosiła, tak naprawdę wcale nie prosząc, a informując, choć ton jej głosu wciąż pozostawał drżący i nie do końca przebijała się przez niego pewność siebie, dlatego skierowała swoje spojrzenie wprost w oczy nieznajomego, a głębia jej oczu mówiła dosadnie, że nie ma tu miejsca na jakikolwiek sprzeciw. Wszystko po to, by zrozumiał, że ona będzie brała w tym udział, że wyjdą z tego razem, ponieważ wspólnie się w to wpakowali.  Złapała się jedną dłonią pod bok i oddychała miarowo kilka dłuższych chwil, aż do względnie poprawnego wyrównania swojego szalejącego serca i swoich wciąż rozedrganych i rozdrażnionych emocji, które po części wyładowała przed momentem na najdłuższym zdaniu, jakie wypowiedziała od zetknięcia się z nieznajomym. Jeśli mieli coś z tą sytuacją zrobić, musieli być odrobinę mniej wystraszeni i zestresowani, mniej podatni na emocje, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało. – Czy wiemy co z nią zrobimy? – Zapytała smutno, zaciskając zęby i na krótką chwilę rzucając okiem w kierunku ciała, a jedyną otuchą był fakt, że przynajmniej już nie cierpiała. Gdzie ją zabrać? Co z nią zrobić? Trudne pytania z którymi kruczowłosa jeszcze nigdy nie musiała się mierzyć, teraz przygniatały ją ciężarem wyboru. Przecież gdzieś w świecie mogła istnieć rodzina tej kobiety. Ktoś, kto czekał na jej powrót, ktoś, kto jej szukał, o ile i tej osobie nie przytrafiło się coś podobnego. Despenser zlustrowała resztę terenu, krzywiąc się na widok zarośli, które tutaj zdradziecko zaczepiały się o jej spódnicę, utrudniając poruszanie się, a ciągłe podtrzymywanie rąbka nie wchodziło w grę. Mało myśląc, wyjęła z już i tak zniszczonej fryzury dwie spinki i krótko majstrując przy materiale, upięła spódnicę nieco wyżej, na tyle, by mogła się przemieszczać bez zatrzymywania na konieczne szarpanie materiałem w celu wyswobadzania go z krzaczastych zarośli. Dopiero po tym zabiegu zdecydowała się podejść do mężczyzny, a będąc bliżej zdała sobie sprawę jak bardzo góruje nad nią wzrostem. Westchnęła cicho, zastanawiając się, jakim cudem udało jej się go wtedy do siebie przyciągnąć, jaka siła jej pomogła, bo widząc go teraz, trzeźwiejszym okiem, aż sama w to nie wierzyła. Wyciągnęła rękę, w połowie drogi niemal rezygnując, wahając się, aż do momentu, gdy dłoń zetknęła się z płaszczem mężczyzny, trochę poniżej jego ramienia, gdzieś na wysokości serca. – Wszystko będzie dobrze. – Zapewniła cicho, jakby uważała, że ten gest i te słowa trzy słowa były potrzebne. Nie wiedziała tylko, czy dodaje otuchy i uspokaja nieznajomego, czy bardziej stara się wesprzeć samą siebie. Nie rozmyślała jednak nad tym długo, starając się, by ten gest był w miarę możliwości naturalny, by nie wzdrygnąć się przy kontakcie, by pamiętać o zabraniu dłoni w odpowiedniej chwili, zachowując pamięć o tym, że całkowicie się nie znają i że tak naprawdę nie ma prawa wkraczać w jego przestrzeń osobistą.


I've learned to live
half alive

Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Czy wiemy, co z nią zrobimy?
Słyszał jej słowa, rozumiał przekaz, a mimo wszystko ciężko było zebrać myśli, będąc w podobnej sytuacji. Kto w ogóle mógłby szczerze przyznać, że nie odczuwał żadnych wątpliwości, żadnych skrajnych emocji, żadnej empatii i równocześnie strachu oraz wdzięczności za to, że nie jego spotkał podobny los? Że nie jemu lina odbierała dech, gdy starał się walczyć o nawet najmniejszy dech? Zdrowy człowiek odczuwałby to wszystko i więcej, lecz w Anglii rozpanoszyła się ludzka zgnilizna. Ich kraj trawiła choroba zwana szaleństwem. Napotkany olbrzym i zwłoki czarownicy były jedynie wierzchołkiem góry lodowej, która przesuwała się dalej w ląd, niszcząc wszystko i wszystkich na swej drodze. Nie miała litości dla słabszych, niewinnych. Nie rozróżniała wieku, zaangażowania w konflikt, win i przewinień. Nie było możliwości się przed nią uchronić - wszak wielu liczyło na to, że stawią czoło żywiołowi i przepadli. Pomona uciekła, sądząc, że jej rodzina dzięki temu będzie bezpieczna, a zamiast bezpieczeństwa dostała śmierć, żałobę, rozpacz. Odebrano Jaydenowi i jego synom więcej niźli kobieta chciała im ofiarować. Na co? Po co ta bezsensowna ofiara, jeśli nie jedynie ku uciesze chorych umysłów próbujących ustanawiać własne prawa? Dla spasionych ambicją bezkształtnych monstrów zażerających się rozpaczą innych. Czy wiemy, co zrobimy? Czy w ogóle ktokolwiek wiedział, co winien był zrobić? Gdziekolwiek? Co za chory kraj... Westchnął smutno, przenosząc spojrzenie na majaczącą obok martwą czarownicę, jakby chowała jakieś odpowiedzi na to szalenie trudne pytanie. Co mieli z nią zrobić? - Ja... - zaczął, próbując uporządkować myśli. W jakiś sensowny zbitek. - Jeszcze nie wiem. - Ale nie zamierzał zarzucać tej czynności, bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że należało. Nie miał wyjścia. Obecność kobiety dodatkowo motywowała go do zaproponowania sensownego planu. Chciał zaproponować uprzednie zajęcie się ciałem i przynajmniej ułożenie go w innej pozycji, nim dojdzie do ładu z własnymi myślami, gdy jego spojrzenie trafiło na próbującą poradzić sobie z własną spódnicą nieznajomą. Poszarpany gdzieniegdzie materiał został podwinięty, podpięty w odpowiednich miejscach i chociaż wiedział, że nie powinien był obserwować kobiecych zmagań i naruszać granic przyzwoitości, jej gest ułatwienia sobie życia wydał mu się tak naturalny. Tak prosty, że aż surrealistyczny w tym skomplikowanym świecie. Gdy szata zawisła nad ziemią, odwrócił wzrok, czując się dziwnie speszonym i... Zawstydzonym? Nawet bardziej niż jakby przyłapał ją nago... Gdy czarownica w końcu się wyprostowała i ruszyła w jego stronę, uwaga Jaydena znów skupiona była na planie związanym z denatką, chociaż dziwne ciepło, które odczuwał, nie było w żaden sposób spowodowane strachem przed leżącą nieboszczką. Być może dlatego też nie zauważył, że nieznajoma zbliżyła się bardziej. Dopiero gdy kątem oka dostrzegł ją obok, odwrócił głowę ku niej, wyłapując ponownie spojrzenie uważnych oczu. Wszystko będzie dobrze. Słowa, a później jeszcze potwierdzenie w dotyku. Tam, gdzie miało być serce. Wybijające wciąż przyspieszony rytm i starające się poradzić sobie nie tylko z aktualną sytuacją, lecz również i okrutnym, wcześniejszym cierpieniem... Sam nie wiedział kiedy podniósł dłoń i położył ją na tej należącej do niej. Odetchnął kilka razy, nie przerywając dotyku, ale pozwalając sobie na zamknięcie oczu. Uderzenie. Wdech. Wydech. Uderzenie. Wolniejsze, spokojniejsze. Zupełnie jakby właśnie miało miejsce oswajanie - zupełnie jakby właśnie ona go oswajała. I pomagała, bo w końcu zaczął jaśniej myśleć. - Nie możemy jej zabrać ze sobą - odezwał się, otwierając oczy i odsuwając własną dłoń od kobiecej. Odwrócił się też, by przejść bliżej ciała i przykucnąć. - Zostawić też nie możemy. Pochowamy ją na wrzosowiskach i oznaczymy jakoś to miejsce. Nie zasługuje, żeby o niej zapomniano. - Chociaż martwa, mogła mieć pewność, że dwójka nieznajomych nie miała zapomnieć o niej nigdy. - Znam jednego różdżkarza. Może zidentyfikuje różdżkę - dodał, gdy w niepewnym ruchu sięgnął po sztywne ramię. Musiał ją delikatnie przewrócić na plecy. Spokojnie, powoli. Mógł to zrobić. Musiał. To nie było nic takiego. Musiał zrozumieć, że ciało nie było straszne samo w sobie. To, co doprowadziło je do takiego stanu, już się wydarzyło. Wdech. Wydech. Nie spodziewał się tylko jednego - tabliczki zawieszonej na szyi wisielca, którą przykrył, znajdując się na brzuchu. Teraz widać było ją aż za dobrze. Jayden poczuł, jak na powrót zaczęły drżeć mu ręce. - To... To mugole - wydusił z siebie, okrywając na moment oczy dłonią, a później przejechał nią przez twarz, by skończyć bezsilny ruch we własnych włosach. - Mugole ją zabili. - Kto inny zawiesiłby czarownicy tabliczkę z napisem wiedźma? Kto inny uznałby to za obelgę? Za znak do nienawiści, strachu i... Śmierci?


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Zadane przez nią pytanie dla niej samej było okrutne, ale musiała, musiała zadawać proste pytania, by magicznie spodziewać się prostej odpowiedzi. Tylko, że magia nie była odpowiedzią i jednoczesnym lekarstwem na wszystko. Nie mogła walczyć z naturalną koleją rzeczy, z konsekwencjami ludzkich działań, ze śmiercią. Miała swoje reguły, zasady według których należało postępować. Evelyn w dzieciństwie niezwykle często próbowała przeczyć tym regułom, poddając w wątpliwość co do zasadności wszystkich przepisów i ustaleń – dla niej wszystko mogło działać inaczej, jakby istniała czerń i biel, nic pomiędzy. Już jako nastolatka była krnąbrna, pozwalając podróżnym, biednym i potrzebującym nocować na terenie rodzinnej hodowli. Tylko każdego można złamać, wystarczy po trochu mu czegoś odebrać, a na końcu zrzucić wszystkie kłopoty na barki i dorzucać, dopóki nie upadnie na kolana. Ona to przeżyła – zaginięcie brata, choroba ojca, zajadliwa apodyktyczność matki, która była nie do zniesienia, to była zaledwie pierwsza fala z którą przyszło jej się zmierzyć. Porzucenie przez rodziców, którzy nie mogli się pogodzić ze stratą syna, obarczenie jej obowiązkami, przejęcie farmy, druga fala, przy której samotność i rozpacz ugięła jej kolana. Trzecia była najgorsza, zdrada brata, wilkołactwo, problemy w hodowli, widmo wojny i śmierć rodziców, tylko tyle i aż tyle było trzeba, by kobieta uznała swoją przegraną, by życie ją złamało, by próby uczynienia świata lepszym pozostały jedynie dziecięcą bujdą, która nigdy więcej nie przebije się przez skorupę złości i żalu. Tak właśnie niszczy się dziecięcą wyobraźnię, aspiracje, dobro. Teraz musiała stać i patrzeć jak jednym pytaniem można było zachwiać równowagę drugiej osoby, on pokazał jej to w najprostszej postaci. Czy to właśnie dlatego nie mogła powstrzymać chęci dodania mu otuchy, bezgłośnego potwierdzenia, że w tym momencie czuje ten sam ból? Poczuła się winna, choć przecież winna nie była, ale w głębi duszy czuła, że poniekąd winni są wszyscy. Ona, on, mugole, czarodzieje, źli i dobrzy, wszyscy. To właśnie przez wszystkich toczyły się głupie wojny, przez nienawiść, brak reakcji, neutralność, tradycje, zawiść, chęć uczynienia świata lepszym na swój własny, wymarzony sposób. Tylko dla każdego znaczenie słowa „lepszy” było inne. Wszyscy byli winni śmierci tej kobiety, która tu leżała i to w tym wszystkim było najbardziej przerażające. Kruczowłosa miała możliwość zrobienia czegoś dobrego i to zrobiła, na swój własny sposób oddała część swojego spokoju nieznajomemu, a jego reakcja, choć dla niej zaskakująca, utwierdziła ją w przekonaniu, że to było dobro w czystej postaci. Mimo wzdrygnięcia, gdy poczuła obcą dłoń na swojej, mimo prawdopodobnie najdłuższego tego typu kontaktu od lat, wytrzymała to w spokoju, dając od siebie tyle, ile mężczyzna potrzebował. Dopiero, gdy sam zabrał swoją dłoń, ona prędko cofnęła własną, chowając ją na chwilę do kieszeni spódnicy, jakby nagle czegoś tam pilnie szukała. Odwróciła wzrok i ruszyła się w bok, jednak nie podeszła za blisko ciała, stanęła zwyczajnie za plecami nieznajomego. Oddychała co jakiś czas głębiej, przypominając sobie, że znów nieświadomie próbuje wstrzymywać oddech, rzadziej niż na początku, ale jeszcze musiała nauczyć się to kontrolować, o ile w ogóle kiedykolwiek to się stanie.
- Pochowamy ją tutaj… - Wyszeptała wolno, wzrokiem sunąc leniwie w poszukiwaniu czegoś, co nagle przyszło jej na myśl. Nie miała zamiaru chować kobiety w miejscu w którym zmarła, a przynajmniej nie w tym samym miejscu w którym ją znaleziono. Nie trzeba było długo czekać aż Evelyn dojrzała obszerny teren porośnięty ciemnofioletowym wrzosem. Tej kobiecie należało się takie miejsce. Ten pomysł zagnieździł się w jej głowie tak bardzo, że już chciała rozpiąć połać płaszcza, by móc stworzyć dla denatki coś w rodzaju okrycia, prowizorycznego stroju do pochówku i wtedy to usłyszała. Mugole. Mugole ją zabili. Stalowoniebieskie, zimne oczy skierowały swoją pełną uwagę na nowym odkryciu, przerażającym znalezisku, na tabliczce z napisem tak obrzydliwym, że przez chwilę w ustach Evelyn zebrał się nadmiar śliny. Pokręciła głową przecząco, jakby to, co właśnie usłyszała było kłamstwem, jakby on kłamał, jakby jej oczy zwodziły umysł. Sytuacja przybrała jeszcze gorszy obrót, ponieważ na to Szkotka przygotowana w zupełności nie była. Zadrżała w bezsilności, osuwając się na kolana, a z jej ust wydobyło się przerywane, oszołomione jęknięcie. Nie płakała, jej oczy, choć zaczerwienione, były suche. Cera, która na co dzień była naturalnie bardzo jasna, teraz była niezdrowo blada. Złapała w garść kępki roślinności, trzymając kurczowo zakorzenione rośliny, jakby musiała coś trzymać, jakby korzenie tych roślin były w tym momencie silniejsze i stabilniejsze od niej. – To się nie dzieje naprawdę… - Szepnęła sama do siebie, z wymalowanym na twarzy niedowierzeniem. Nigdy nikogo nie piętnowała za krew, za pochodzenie, za magię i jej brak i nawet teraz nie była w stanie okazać złości całemu rodzajowi, ponieważ wewnątrz wiedziała, że nie wszyscy są tacy sami. Wolała potępiać konkretne przypadki, tak jak teraz potępiała morderców czarownicy, którzy mieli umysły przesączone jadem, bezsensownymi uprzedzeniami i strachem przed nieznanym, którego poznać nawet nie próbowali. – Nie możemy się zatrzymać, nie teraz. – Mruknęła, wpatrując się w ciało kobiety, teraz obrócone, widocznym w pełni. Despenser mimo drżenia dłoni, rozgardiaszu i ogromu emocji musiała w końcu jasno ustalić, że nie ma zamiaru się cofać i znów tego ubolewać, ponownie wtłaczać w siebie bólu, analizować i gryźć się z myślami. Wiedziała, że jeśli przerwą i ponownie pozwolą sobie na przytłoczenie przez nadmiar bodźców, to po prostu ona już nie będzie miała siły, psychicznej siły na dokończenie tego, a nie potrafiłaby sobie wybaczyć takiego zachowania.


I've learned to live
half alive

Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Poczucie winy było bliskie Jaydenowi i nie działo się nic, co by ów wrażenie minimalizowało - kolejne sytuacje jeszcze bardziej podsycały świadomość jego porażki w koncepcji ratowania świata. Teoretycznie wiedział i przekonywał innych, że należało wpierw naprawiać to, co działo się wokół, lecz jakże mikroskopijne były to działania w przeciwieństwie do rozsiewanego wszędobylskiego zła. Jak chciał nauczać swoich uczniów o niepoddawaniu się, wierzeniu we właściwe decyzje, gdy sam odczuwał słabość przy trywialnym wyjściu do znajomego w rezerwacie smoków? Gdy widział, do czego mogło prowadzić postawienie nogi w Anglii i z czym musieli mierzyć się na co dzień jej mieszkańcy. Z czym musieli walczyć, a walczyli między sobą, żrąc się jak oszalałe psy. Zaszczuci, zagonieni w kąt i sprowadzeni do desperacji gryźli na ślepo cokolwiek, co się do nich zbliżyło. Ktoś doprowadził ich do tego stanu i aktualnie zgarniał nagrodę za zniszczenie całej nacji. I chociaż chciałoby się wskazać jednego potwora, jednego odpowiedzialnego, Jayden był zbytnio pozbawiony złudzeń, by mamić się kłamstwami. Byle tylko nie dostrzec prawdy i nie stanąć z nią twarzą w twarz. Byle tylko uciec od odpowiedzialności i brutalnej szczerości. A brzmiała ona w ten sposób, że to nie jedna osoba zabiła równowagę i sprowadziła Wielką Brytanię na kolana - winnymi byli wszyscy. Oni wszyscy, którzy przyzwolili na dojście do władzy szaleństwu; wszyscy, którzy tolerowali panoszące zło; wszyscy, którzy nie robili nic, by mu zapobiec. Wszyscy, którzy odwracali spojrzenia. Wszyscy oni. Patrząc na czarownicę zabitą przez niemagicznych, Jayden zdał sobie sprawę, że pomimo nieobecności Grindelwalda, życzenie jego dawnego szefa się ziściło. A oni musieli mu jedynie nie przeszkadzać. Stać z boku i patrzeć, jak pieprzeni Rycerze i pierdolony Zakon Feniksa dzielili kraj na dwoje. I kto śmieje się teraz ostatni, Gellert?
To się nie dzieje naprawdę…
Słowa kazały mu ponownie spojrzeć na towarzyszącą mu czarownicę. Nie znał jej imienia, a jednak czuł z nią dziwne porozumienie, którego nie umiał wyjaśnić. Widząc ją więc roztrzęsioną, upadającą na kolana w brudne leśne runo, wstał momentalnie, by podejść do niej pewnie i również zniżyć się do jej poziomu. Nie patrzył już na to, że jego ubranie miało być brudne. Że garnitur, który ubrał tego dnia, mógł naprawić jedynie najlepszy krawiec. Nie interesowały go trywialne rzeczy, gdy chodziło o coś więcej. Gdy chodziło o drugiego człowieka. Gdy chodziło o kogoś, kto potrzebował jego obecności do dalszego działania. Złamał granice osobistej przestrzeni, ale potrzebował, by na niego spojrzała - dlatego ujął jej twarz w dłonie i nakazał patrzenie we własne oczy, w których przejawiała się pewność. Musiała patrzeć i rozumieć. Był nieprzyzwoicie blisko, ale nie miało to znaczenia. - Damy radę. - Nie kłamał. Słowa, które padały z jego ust, były prawdą, w którą wierzył. Mocne, krótkie, szczere - tym bardziej potrzebne w chwili takiej jak ta. Kierowane do kogoś, kto ich potrzebował. Sam Jayden ich potrzebował... Ona dała mu wcześniej wsparcie, gdy był w potrzebie, więc i on zamierzał zrobić to samo dla niej. Nieważne, że się bał. Że czuł się przerażony własną dezorientacją. Własną bezsilnością i beznadzieją. Ale nie poddawał się. Nie możemy się zatrzymać, nie teraz. Miała rację. - Nie zatrzymamy. Nie zostawimy jej. - Nie było dobrych i złych. Byli tylko ci, którzy mieli siłę przetrwać i podnosić się po upadku. Byli silni. Wystarczyło tylko wstać. - Chodź - powiedział tylko, przenosząc dłonie z jej twarzy na ramiona, a wstając, pociągnął kobietę za sobą. Była taka drobna i lekka... Upewnił się, że trzymała o własnych siłach i dopiero wtedy delikatnie potarł miejsca, w których jego dłonie stykały się z jej ubraniem w geście dodania sił. Dodania otuchy. Musiał być silny. Musiał być zdecydowany. Musiał. Był mężczyzną. Mężczyzną, na którym każda kobieta mogła się oprzeć w chwili słabości i nie czuć, że została sama. Już raz zawiódł jedną kobietę, nie zamierzał robić tego drugiej. Nigdy więcej. Odwrócił się i nachylił nad martwą kobietą, by wydobyć ze sztywnego uścisku złamaną czarodziejską broń. Dopiero wtedy podał dwa kawałki nieznajomej za swoimi plecami. - Weź jej różdżkę. - Małe kroki. Konkretne zadania. Właśnie tak mieli poradzić sobie w aktualnej sytuacji. Nie mogli sobie komplikować tego już bardziej, niż było. Zastanawiał się, czy powinien był wypowiedzieć zaklęcie lewitujące do przeniesienia zwłok, ale od razu pomyślał, że oznaczało to jakiś brak szacunku. Że bał się dotknąć ciała martwej kobiety. Że brzydził się nią, a wcale tak nie było. Brzydził się tymi, którzy doprowadzili ją do takiego stanu. Zanim jednak wziął ją na ręce, zsunął prędko z ramion płaszcz i okrył nim ciało. Podnosząc się z klęczek, czuł lekkość nieruchomej, pozbawionej życia młodej czarownicy. Pozbawionej duszy. Dopiero wtedy znów zwrócił się do swojej towarzyszki, patrząc, w jakim była stanie. Musieli iść. Musieli przejść na wrzosowiska. - Dasz radę rzucić Orcumiano? - Nie pytał, czy umiała. Pytał, czy była w stanie rozjaśnić swój umysł na tyle, by to zrobić. Pytał, czy mógł na niej w tym momencie polegać.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Nie wierzyła dotąd w takie okrucieństwo, nie miała styczności ze złem skierowanym przeciwko komuś innemu, a teraz boleśnie przekonywała się, że bardziej bolała ją ta sytuacja niż choćby świadomość, że jej samej mogłoby stać się coś złego. Jej reakcja była mimowolna, pozbawiona kontroli, w pełni szczera, bo rozumiała jak to jest stracić ważną osobę przez głupie przekonania, strach przed nieznanym, omamienie. Gdyby miała jeszcze jakąś rodzinę, prawdopodobnie trzymałaby się lepiej, może nawet odetchnęłaby, że to nie jest ktoś, kogo określa mianem bliskiej osoby, ubolewałaby nad śmiercią kobiety, ale z tyłu głowy miałaby świadomość, że musi się trzymać, by móc bronić swoich najbliższych przed podobnym losem. Teraz niestety rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej i każdą śmierć przeżywała jako osobistą porażkę swojej neutralności i bezsilności wobec wojny. Była zmęczona, brudna, a jej ubranie nawet już nie wymagało cerowania, nadawało się co najwyżej na wypełnienie legowiska dla jakiegoś zwierzęcia. Evelyn przejechała dłonią po materiale bordowej spódnicy, która teraz była postrzępiona, pozaciągana, poplamiona i jedyne o czym teraz myślała, to to, że musi ją spalić po powrocie, zupełnie jakby miało to spowodować, że wszystko się naprawi, a ona pójdzie dalej. Chciała wrócić do domu, schować się w jedynym miejscu na ziemi, w którym czuła się bezpiecznie, przytulić Rufusa i spróbować wrócić do porządku dziennego, znów na pierwszym planie bać się o pełnię księżyca, hodowlę, dom.
W pierwszej chwili nawet nie zarejestrowała, że do niej podszedł, ale nie zadrżała, nie przestraszyła się, po prostu robiła to, co potrafiła najlepiej – obserwowała. Chciała zaprotestować, czując na twarzy dotyk obcych dłoni, podświadomość kazała jej spuścić wzrok, ale nieznajomy miał w sobie coś podobnego, coś co sama przeciwko niemu wykorzystała, niezłomność, determinację i upór. Co jej pozostało? Patrzyła w głębię oceanu oczu nieznajomego, chłonęła moc wypowiadanych słów, czerpała siłę, dając samej sobie pozwolenie na przyjęcie wsparcia od drugiej osoby, dopóki sama nie odnajdzie na powrót swojego własnego źródła. Nie odczuwała potrzeby wypowiadania żadnych słów, wszystkie, których mogłaby teraz użyć wydawały się zbędne. Wstała, choć jej nogi się trzęsły, z zimna, strachu, poczucia bezsilności, ze wszystkich przygniatających ją emocjo, które zawzięcie nie chciały ulecieć, ale miała misję do spełnienia, którą współdzieliła z nieznajomym i musiała się trzymać, choć trochę podobnie jak on sam, w takim stopniu, by przynajmniej móc myśleć i działać. Wyprostowała się i skinęła głową mężczyźnie, w geście subtelnie odzwierciedlającym wdzięczność za to, co zrobił, nie wiedziała jedynie, czy chodziło jej o pomoc sprzed chwili, czy już o fakt, że dzięki niemu nie musiała być tu sama. To była dla niej lekcja, która jawnie pokazywała, że wciąż nie jest tak silna, jak dotychczas myślała, że ma uczucia, emocje nad którymi nie potrafi do końca zapanować, ale wiedziała też, że jej smutek potrafi skutecznie przykryć gniew, emocję której najbardziej się obawiała w związku ze swoją chorobą, problemem, niewygodną prawdą. Patrzyła uważnie na poczynania nieznajomego, podchodząc jedynie trochę bliżej, gdyby musiała się na coś przydać. W milczeniu wzięła w dłoń przełamaną różdżkę zmarłej, z przejęciem obserwując każdy jej szczegół, jakby chciała poznać jej historię, wyobrażając sobie, że mimo tragicznego końca, właścicielka różdżki miała w swoim życiu wiele radosnych chwil. Dostrzegła wtedy też, że zmarła będzie przeniesiona przez mężczyznę i na ten widok Evelyn musiała się powstrzymać, by nie odetchnąć z ulgą. Dla Despenser pochówek musiał być wykonany z wykazaniem szacunku, chociaż tyle mogli dla niej zrobić. Potrząsnęła po chwili głową na dosłyszane pytanie. - Zaklęcie, oczywiście - mruknęła z zaciśniętymi ustami, zastanawiając się gdzie też do tej pory znajdowała się jej własna różdżka. Nie chciała zawieść, musiała ją znaleźć w tej chwili. Prędko zajrzała do kieszeni płaszcza, spódnicy i kilku innych kieszonek w których mogła jej się schować. Przez chwilę trwała w bezruchu i osłupieniu i gdy już miała kląć z bezsilności, poczuła dyskomfort przy piersi. No tak. Rozpięła kilka guzików swojego wierzchniego odzienia i z wewnętrznej kieszeni przy żebrach wyciągnęła różdżkę, której przez cały ten czas w zupełności nie czuła, a która zapewne zadała jej kilka bolesnych zadrapań, które i tak będą wyglądały blado na tle dotychczasowych blizn. Nie chciała już bardziej rozwlekać tego przykrego spotkania, ruszając w kierunku wrzosowiska, miejsca, które miało stać się mogiłą czarownicy. Wolała iść przodem, zostawiając odstęp pomiędzy nimi, dając sobie możliwość na szybkie próby przywrócenia swojego umysłu do stanu używalności. Szukała tego jednego, wyjątkowego miejsca, które już na zawsze pochłonie ciało nieznajomej i gdy tylko je znalazła, poczekała wystarczająco na towarzysza, dając mu tyle czasu, ile trzeba, by wszystko było zrobione jak należy, by każde z nich miało w pełni swój udział w tej absurdalnej ceremonii pogrzebowej. - Orcumiano – zaklęcie opuściło, wraz z użyciem różdżki, którą niemal pieszczotliwie ściskała w dłoni. Obserwowała efekt swoich poczynań z wyjątkowym spokojem, który zawdzięczała zapewne konieczności skupienia się. Ziemia zapadała się, usuwając co poniektóre wrzosy, nabierając teraz zupełnie nowego przeznaczenia, już na zawsze mając dzierżyć tajemnicę śmierci czarownicy. Dopiero po wszystkim kruczowłosa mogła pozwolić sobie na powrócenie żalu, skutecznie blokując jednak jego przytłaczający nadmiar, chcąc zachować trzeźwość umysłu. Zastanawiała się, czy będzie wypadało coś powiedzieć, a jeśli tak, to jakich słów miałaby użyć? Co miałaby od siebie dać dla ułatwienia osiągnięcia spokoju tej duszy?


I've learned to live
half alive

Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Bycie silnym dla innych było łatwiejsze, niż bycie silnym dla samego siebie. Miało cel. Większy niż swój własny egoizm. Jako nauczyciel, jako opiekun, jako ojciec doskonale zdawał sobie z tego sprawę, że to do niego należała odpowiedzialność nie tylko za rozwój sytuacji, lecz również za innych. Nie raz musiał odpowiadać na niełatwe pytania, których dzieci miały mnóstwo - szczególnie w okresie wakacyjnym, gdy zdecydował się zostać w szkole i zaopiekować się mugolakami, którzy potracili domy i rodziny. Zresztą nie były tam jedynie dzieci z rodziny niemagicznych. Każdy, kto potrzebował pomocy, ją otrzymywał. W międzyczasie Vane stracił jednak żonę, został sam z trójką maleńkich dzieci, a przy okazji oczekiwano od niego pełnej gotowości. Wydawać by się mogło, że to było za dużo. Za dużo jak na jednego człowieka, jednego, zranionego mężczyznę, lecz astronom doskonale rozumiał, że należało odrzucić czasami własne cierpienie i przekuć je w zbroję. Nie tę, która miała chronić jego samego, ale tych wokół niego. Najbliższych mu. Bo gdyby nie miał nawału obowiązków, dzieci i uczniów, którymi winien się zajmować, być może oszalałby z goryczy, beznadziei. Z braku jakiegokolwiek sensu. Opieka nad innymi, bycie potrzebnym, świadomość bycia odpowiedzialnym utrzymała go przy życiu. Obiecał sobie wszak, że nie będzie duchem dla swoich synów; że nie zapamiętają go jako kogoś wiecznie oderwanego - zamierzał spełnić ów obietnicę i spędzał z nimi każdą chwilę. Zajmował się, doglądał, wychowywał. Większość czasu swojego krótkiego życia Arden, Cassian i Samuel spędzili przebywając u boku ojca w Hogwarcie nie raz będąc doglądanymi przez tamtejsze skrzaty, duchy, obrazy czy nawet w jednej chwili przez centaura. Czy to miało wystarczyć? Czy jego wysiłki miały dopiąć niemożliwe, jakim było wychowanie dzieci na dobrych ludzi w tych szalonych czasach? By to zrobić, musiał walczyć każdego dnia z szalejącą w swoim wnętrzu burzą, jednak próbował ją opanować za pomocą oklumencji, która powoli stawała się jego drugą naturą. Wrosła w umysł profesora, pozwalając mu na większe panowanie nad swoimi emocjami, chociaż nie bez ofiary. Nic w tym świecie nie przychodziło bez poświęceń i sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę...
Niosąc martwą czarownicę, czuł bijący od jej ciała chłód. W milczeniu podążał śladem idącej na przedzie nieznajomej, co jakiś kontrolując jej sylwetkę, zupełnie jakby sprawdzał, czy sobie radziła. I chociaż w jakimś sensie jej pilnował, uwaga mężczyzny była głównie skierowana na zmarłą. W głowie starał się ułożyć plan skontaktowania się z różdżkarzem, dowiedzenia się, kim była i czy posiadała jakąkolwiek rodzinę. Sam wszak dowiedział się o śmierci swojej żony od kogoś zupełnie innego - i jej ciało również zostało przyniesione przez kogoś zupełnie innego. Nie obcego, ale innego. Kogoś, kogo Jayden w ogóle o to nie podejrzewał. Młodej dziewczyny nie mogli jednak nosić ze sobą w nieskończoność, nie wiedząc, czyją krewną była i czy w ogóle ktoś interesował się jej zaginięciem. Wszak ludzie ginęli każdego dnia... Sama myśl przyprawiała Vane'a o dreszcze, ale równocześnie też wywoływała rodzący się gniew. Taki, który elektryzował każdy nerw. Nie odzywał się jednak. Ani w momencie, w którym wkładał ciało do wyczarowanej przez drugą czarownicę dziury, ani wtedy gdy wrzucali po garści ziemi, ani również wtedy gdy zasypywali grób. Nie był to jego pierwszy wykopany grób, nie pierwszy pogrzeb pozbawiony żałobników. Nie pierwszy usypany niewielkich rozmiarów kurhan. Ten z pomocą magii, pierwszy własnoręcznie. - Zapamiętamy ją - przerwał ciszę, gdy stali już obok siebie, wpatrując się w świeżo naruszoną ziemię. - Postaramy się znaleźć jej rodzinę. Zrobimy to, czego nie zrobili inni. - Nie była to mowa bolejącego członka rodziny, nie napawała również optymizmem ani nadzieją. Dwójka czarodziejów wiedziała, iż nie było opcji, by zapomnieli ten dzień i chociaż wyglądali, jakby właśnie pogrzebali swoje grzechy, te nigdy nie miały zostać wybaczone. Po jakimś czasie Jayden spojrzał na swoją towarzyszkę - spędzili tu już wystarczająco dużo czasu. - Mam świstoklik do Hogsmeade. Idziesz ze mną? - Nie chciał jej tu zostawiać. Jeśli była z okolicy, zamierzał upewnić się, że bezpiecznie wróci do domu, ale jeśli jednak nie, mogli we dwójkę zniknąć z tego okrutnego miejsca, które miało dla nich już zawsze mieć inny wydźwięk. Wynośmy się stąd i nie wracajmy.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Od lat żyła w przeświadczeniu, że musi chronić jedynie swoje zwierzęta, bo to jej już tylko pozostało. Robiła to, nie zastanawiając się nad cierpieniem innych, nad konfliktami, biedą, śmiercią niewinnych, bezdomnością. Miała swoją misję, musiała zapewnić bezpieczeństwo jedynie niewielkiemu obszarowi, który był jej. Od początku jawnej wojny nie wpuszczała tam obcych, wszyscy byli przez nią weryfikowani, nie zwracała na siebie uwagi, nie istniała dla świata poza kontrolami w pełnię księżyca. Nieczęsto podróżowała, a jeżeli już musiała, to starała się nie zwracać niczyjej uwagi, ludzie mieli różne pomysły i intencje. Zafiksowała się na perspektywie ochrony tak, że przestała cieszyć się z tego co ma, traktując to jako przykry obowiązek. A teraz? Teraz właśnie wydrążyła w ziemi grób, zaraz mając chować zmarłą, Merlina ducha winną kobietę. W którym momencie popełniła błąd, że się tu znalazła? Czy zapalnikiem był moment w którym zdała sobie sprawę, że kończą jej się zapasy korzeni dla Rufusa? Durny przysmak za który ten zwierzak gotów był zachować bezruch na kilka minut miał sprawić, że właśnie się tu znalazła? Analizowała bez końca wszystkie wydarzenia, które zmusiły ją do przybycia tu i bolesnego zetknięcia się z rzeczywistością. Jak miała teraz wrócić do domu i żyć tak, jak wcześniej? Nikt nie był jej w stanie nawet obiecać, że ta martwa kobieta nie pojawi się w jej snach, nie wywoła koszmarów, bezsenności w obawie o kolejne potworne obrazy. Mogła tylko przyjąć to do świadomości i się na to przygotować. Tak, jak w tym momencie pokornie przyjmowała, że nieznajomy składa ciało do mogiły, oddając ziemi to, co do niej od zawsze należało. Widziała jego twarz, emocje, które były niczym kameleon zmuszony do ciągłej zmiany barw, próbując non stop dostosować się do stale zmieniającego się otoczenia. Despenser go rozumiała, tyła w tej samej, pokracznej sytuacji i również czuła się bezsilna, zła, zagoniona w kozi róg. Poczekała, aż mężczyzna stanie obok niej, a gdy to się stało, po prostu milczeli przez kilka chwil, nie wiedząc zapewne jak zacząć, jakich użyć słów, by w takiej sytuacji sformułować odpowiednie zdania. Gdy nieznajomy zaczął, Evelyn pokiwała głową w niemym potwierdzeniu, doskonale wiedząc, że nigdy o niej nie zapomni, że spróbują odnaleźć jej bliskich i ulżyć im w cierpieniu, śmierć najbliższego to jedno, ale życie, gdy nie wie się, czy ktoś po prostu zaginął, czy może coś mu się stało, to już coś zupełnie innego. Przełknęła gulę w gardle i uklękła na jedno kolano, kładąc dłoń na tym prowizorycznym grobie pośrodku niczego. - Spokojnie, teraz wszystko będzie dobrze – zapewniła, zupełnie tak samo, jak wcześniej zapewniała nieznajomego. Trwało w ciszy jedynie kilka chwil, wierząc, że należy tak zrobić. Nie mogła osobiście pożegnać się z własnymi rodzicami, powiedzieć im ostatnich słów na drogę do świata zmarłych, ale mogła teraz pożegnać ją, nieznajomą kobietę, której się to należało. Podniosła się z kolan ze spokojem wymalowanym na twarzy, jedynie oczy pozostały pełne żalu do tej bezsensownej śmierci. - Bądź wolna – powiedziała z niebywałą delikatnością w kierunku mogiły. Jakby w ten sposób żegnając duszę zmarłej i pozwalając jej odejść, informując ją, że nie musi się już więcej przejmować tym, co pozostało na tym świecie. Evelyn wierzyła, że po śmierci bez grobu dusze trzymają się ciał i próbują dać o sobie znać, ale nie mogą, są uwięzieni i nie mogą opuścić martwej powłoki. Było to okrutne, ale w umyśle kobiety miało to swój sens. Może po dłuższym czasie walki już nie próbują się wydostać i potrzebują zapewnienia, że pewna brama została otwarta? Ta dusza właśnie dostała swoją własną informację i mogła wreszcie ulecieć. Ile było jednak dusz bez grobu? Zastanawiała się, czy ciała jej rodziców również trafiły na ludzi, którzy pochowali ich z szacunkiem, pomimo waśni i wszystkich przykrości, których doznała ze strony własnej matki, miała nadzieję, że jednak ktoś godnie ją pochował. Odwróciła się wreszcie w stronę nieznajomego, przeszywając go spojrzeniem i zdając sobie sprawę, że długo jeszcze pozostanie im nosić to brzemię. – Prowadź, byle dalej stąd. – Schowała dłonie w kieszeniach płaszcza, gotowa ruszyć ramię w ramię z nieznanym sobie mężczyzną, byle dalej od tego miejsca w które nie miała zamiaru już nigdy powrócić. Los bywał przewrotny, podstawiał pod nogi kłody, wystawiał na próby, zwodził, ale kruczowłosa miała wrażenie, że to spotkanie miało na celu pokazać im, że nawet dwoje zupełnie nieznanych sobie osób może się zrozumieć, być dla siebie oparciem w trudnej chwili, do tego wcale nie potrzeba wyjaśnień, poznawania historii drugiej osoby, do tego potrzeba po prostu odrobiny empatii.


/ zt x2


I've learned to live
half alive

Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

20.10

Mało było bezpiecznych miejsc w Anglii, ale Derbyshire jeszcze walczyło. Stevie normalnie nie angażował się w walkę, chociaż patrząc na doniesienia z frontu, coraz częściej miał na to ochotę. Jego pomoc potrzebna była jednak gdzieś indziej, miał korzystać przede wszystkim ze swojej głowy, a nie rzucać uroki na czarnoksiężników. Roboty było mnóstwo, zwłaszcza przy świstoklikach, a komponenty potrzebne do tworzenia, wcale nie były tak łatwo dostępne. Ceny szły w górę, stali dostawcy powoli znikali z kraju i Merlin jeden wiedział, czy to przez ich strach, czy już dawno wąchali kwiatki od spodu. Beckett wolał nawet nie myśleć o tym co stało się z jego przyjaciółmi i dalszą rodziną, ciągle spływały nowe doniesienia o zabitych. Nie było więc czasu do stracenia.
Gdy stary znajomy powiedział, że na wrzosowiskach w Derbyshire spadł meteoryt i może znajdzie tam potrzebny do świstoklików pył. Stevie zabrał ze sobą jedynie teczkę i szklane pojemniki, by schować w nich znaleziska, gdy do drzwi zadzwonił dzwonek. Przybyłemu gościowi jedynie wyjaśnił sytuację, a ten łaskawie zgodził się wyruszyć na wrzosowiska razem z nim i dopiero tam wyjaśnić całą sprawę. Beckett w głębi duszy był nawet wdzięczny za takiego ochroniarza jak Skamander. Co prawda nie znali się dobrze, ale o jego różdżce już raz czy dwa słyszał.
- Przepraszam za ten pośpiech, ale być może znajdę tu trochę księżycowego pyłu, a to bardzo cenny składnik... - z walizki wyciągnął wielką lupę i zaczął krążyć w koło po wrzosowisku, wypatrując upragnionego składnika. - Proszę mówić, co się stało? Potrzebna Panu moja pomoc?
Chociaż wzrok miał wlepiony w ziemię, to dalej słuchał swojego towarzysza ze skupieniem. Taka podzielność uwagi nie była niczym szczególnie wyjątkowym w przypadku naukowców, czasem trzeba było robić dwie albo i trzy rzeczy na raz! Stevie miał to szczęście w nieszczęściu, że ze względu na bardzo niski wzrost, był bliżej do ziemi. To oznaczałoby, że będzie mógł szybciej dostrzec meteoryt, niż taki wysoki chłopak jak Anthony Skamander.
- No gdzie to może być... - mamrotał pod nosem, wciskając niemal twarz w trawę, by mieć jeszcze lepszą widoczność.
Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 CdzGjcQ
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Był ciągle w ruchu. Od tygodni. Pozbawiony konkretnego miejsca do którego mógł przynależeć bywał po prostu tam, gdzie był potrzebny. Jak się zresztą okazywało po pewnym czasie i tak dnie mijały mu na nieustannym patrolowaniu lasów Derbyshire. Akcje, których podejmował się w tamtych okolicach również nie należały do mało czasochłonnych. Następował jednak taki czas, kiedy udawało mu się wyrwać do cywilizacji. Lista sprawunków, jakie miał wówczas do wypełnienia była niemożebnie długa. Dziś musiał rozmówić się z Beckettem w sprawie świstoklików. Zaskoczyło go to, że czarodziej potrzebował się prędko deportować. Kiedy Anthony zrozumiał gdzie to nie miał zamiaru puszczać go samego. Twórca świstoklików był skarbnicą wiedzy i umiejętności, które w tym momencie były dla organizacji strategiczne. Nie było to wcale wyolbrzymienie.
- Nie, nie ma sprawy. Tak właściwie cieszę się, że mogę panu towarzyszyć. Tak właściwie miałbym prośbę, by przy następnej takiej nagłej potrzebie informował pan jednego z nas, mnie osobiście lub samych gwardzistów. Pozwoli to na przydzielenie panu odpowiedniej obstawy, panie Beckett. Konflikt o Derbyshire jest bardzo zażarty. Nie powinien Pan się tu udawać w pojedynkę - zwrócił uwagę mając na względzie tylko i wyłącznie bezpieczeństwo czarodzieja, Miał nadzieję, ze ten zrozumie. W końcu nie był młody, nie powinno być to dla niego jakoś szczególnie abstrakcyjne. Dopiero po tym przeszedł do rzeczy. Bardziej jednak niż przyglądaniu się temu jak gimnastykował się starszy czarodziej rozglądał się czujnie po okolicy z różdżką spoczywającą w dłoni - Potrzebuję świstoklika. Właściwie świstoklików. Oba typu pierwszego. Jeden jednak musi być przystosowany do deportacji dużej grupy czarodziejów. Mówię tu o kilkudziesięciu osobach na raz. Co najmniej. Mam przygotowaną do tego typu odpowiednią ingrediencję. Drugi miałby być słabszy - na jedną do czterech osób... - zawiesił się. Wydawałoby się, że chciałby powiedzieć więcej, lecz jego spojrzenie zawiesiło się w przestrzeni przed nim z większą uwagą. Być może to była jego wyobraźnia, która lubiła z niego szydzić, być może jednak i nie - Homenum Revelio


iustitias vestras iudicabo


Anthony Skamander
Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933

Powrót do góry Go down

The member 'Anthony Skamander' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 12
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Zwykłe poszukiwanie pyłów, na to się wybrał i nie sądził, że cokolwiek mogłoby się stać. Bez przesady. Nie był może i najmłodszym, najbardziej butnym, najzwinniejszym czy najodważniejszym czarodziejem w okolicy, ale potrafił sobie poradzić. Lata doświadczenia robiły przecież swoje. Jeśli pojawiały się plotki, że gdzieś można znaleźć ingrediencje potrzebne do świstoklików, o które i tak było ciężko gdy było się mugolakiem żyjącym w Dolinie Godryka, to należało reagować. Beckett musiał jednak przyznać, obecność doświadczonego czarodzieja, aurora takiego, jakim był Anthony Skamander, miała swoje plusy. - Panie Skamander... Ja naprawdę to doceniam, proszę mi wierzyć, ale... Chyba nie jest tu aż tak źle? - roześmiał się pod nosem, rozglądając po okolicy. - Oczywiście, mogę dawać Wam znać, ale latanie za mną w tę i nazad przysporzyłoby wam sporo pracy. Nie wartej świeczki zresztą - odpowiedział z niefałszywą skromnością. Naprawdę nie traktował siebie jako sojusznika, którego należało wyjątkowo chronić. Co prawda owszem, dostarczał świstokliki dla Zakonu, starał się jak mógł, byleby tylko szala na wadze wojny przechyliła się na ich korzyść, ale jednak był tylko zwykłym starym Beckettem. - Macie o wiele ważniejsze sprawy na głowie, obydwoje o tym wiemy - powiedział jeszcze spokojnie, wpatrując się ostrożnie w oczy mężczyzny i poklepał go po ramieniu, zabierając się do przeszukiwania ziemi, aby odkryć na niej księżycowy pył. Wokół jednak nie było widać niczego, tak jakby cała ziemia została osuszona. Nie miał zamiaru się poddawać, zwłaszcza gdy ktoś zapewniał mu ochronę. Musiał go znaleźć... Zamówienie, które Anthony w międzyczasie mówił, nie umknęło Steviemu. Chociaż nie patrzył w oczy mężczyzny, słuchał uważnie każdego słowa. - Świstoklik dla czterech osób to nie problem - powiedział krótko, prostując plecy, by przenieść spojrzenie na mężczyznę. - Ale taki dla kilkudziesięciu osób... Obawiam się, że to niemożliwe. Oczywiście, nie twierdzę, że nie można spróbować, ale to mogłoby grozić poważnym rozszczepieniem. 10 osób... 10 osób nie jest wielkim problemem, ale to już pewne ryzyko. Mogę stworzyć kilka takich samych świstoklików, prowadzących niemal w jedno miejsce, tak byłoby bezpieczniej, ale to też wymagałoby wiele pracy i... - zmarszczył brwi, przyglądając się mężczyźnie, nawet nie chcąc zastanawiać się jak, wyobrażałby sobie ciche przetransportowanie tego typu grupy w inne miejsce. Dopiero wtedy Stevie zauważył, że mówi do kogoś, kto raczej go nie słucha, zawieszony wzrokiem gdzieś daleko. Dopiero gdy ten wypowiedział czar, zrozumiał. Sam chwycił mocniej różdżkę i skierował ją w stronę, w którą patrzył Anthony Skamander. - Cave Inimicum - wypowiedział krótko.


Moja wolnościja byłem cały Twój w moim samotnym gniewie. Gonił mnie ludzki śmiech w mej wędrówce przez czas. Ja wiedziałem w czym rzecz. Moja wolność mnie zna.
Moja wolność mnie ma.


Stevie Beckett
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Powrót do góry Go down

The member 'Stevie Beckett' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 5
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

12.12

Krew wsiąkała w śnieg.
Michael otarł pot z czoła i ze wściekłością kopnął trupa. Pieprzony szpieg Malfoya, szmalcownik, dupek.
Tropili go od dawna, odkąd dowiedzieli się o tym, że bandy zapuszczają się nawet na wrzosowiska Derbyshire, ale i tak ich zaskoczył. No, konkretniej młodego Moody'ego, bo Tonks wyszedł ze starcia prawie bez szwanku.
Kilka siniaków na szczęce to nic takiego, choć nie wiedział, jak okropnie wygląda fioletowy siniec na brodzie.
Co innego Moody. Moody dostał paskudnym Decollatio w prawą rękę, co na dobre wykluczyło go z dalszej walki. Walki, która skończyła się zaskakująco szybko, bowiem FMichael dobił przeciwnika silnym Lamino, gdy tylko poczuł w nozdrzach zapach krwi przyjaciela.
Potem próbowali z Moody'm zatamować krwotok i Tonks stworzył prowizoryczny opatrunek, zapobiegający chyba wykrwawieniu, ale drugi auror i tak stracił przytomność z osłabienia. Michael nerwowo sięgnął po świstoklik, ale z Doliny Godryka do Leśnej Lecznicy będzie kawałek, a on nie miał zamiaru ryzykować i miał wrażenie, że liczyła się każda sekunda. Gdyby tylko był ktoś, kto może teleportować się tu natychmiast, rzucić okiem na rannego, zdiagnozować tą ranę i ocucić...
Był taki ktoś.
Rozejrzał się uważniej. Byli przecież tutaj razem z Castorem, wiosną, gdy jeszcze kwitły wrzosy. Zanim wydano pierwsze listy gończe, zanim wszystko się posypało. Rozpoznawał nawet drzewo, pod którym jedli wtedy kanapki, gdy Mike opowiadał Sproutowi o smokach Greengrassów, a młody kompan zachwycał się każdym okolicznym wrzosem (tak, jakby identyczne wcale nie kwitły w jego domu).
Powinien to pamiętać. A jeśli pamięta tamto drzewo, to przecież zjawi się kilkanaście metrów od nich, lada moment.
Nie chciał go ściągać w epicentrum ryzyka, w kałużę krwi, ale szmalcownik nie żył, a Moody potrzebował pomocy. Nie miał wyboru.
-Expecto Patronum. - wychrypiał, myśląc najpierw o tamtym pikniku pod okolicznym drzewem, a potem posiłkując się intensywnym wspomnieniem szczęśliwej i bezpiecznej zabawy na weselu Anthony'ego Macmillana. W powietrzu zmaterializował się srebrzysty wilk.
-Leć do Castora Sprouta. "Ranny auror, grozi mu wykrwawienie, teleportuj się na wrzosowisko w Derbyshire, do drzewa pod którym jedliśmy czereśnie." - głos aurora był szybki, poruszony, nerwowy.



Michael 192/207 tłuczone
npc auror Moody 130/200, cięte (będzie nieprzytomny do końca wątku/uleczenia)

ekwipunek: miotła, szata a w niej fałszoskop i magiczny kompas, eliksir niezłomności (1 porcja, stat. 5), - wywar wzmacniający (1 porcja), czarodziejska kusza, świstoklik typu 1 (biały klawisz fortepianowy)


You can tame a big bad wolf
if you don't feed him

Michael Tonks
Michael Tonks
Zawód : Rebeliant, auror
Wiek : 35
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Jeśli mnie oswoisz, moje życie nabierze blasku.
OPCM : 41
UROKI : 31
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5/17
SPRAWNOŚĆ : 11/23
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 8 Eric-Northman-Screen-Test-S4-true-blood-22322446-432-244
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t7124-michael-tonks https://www.morsmordre.net/t7131-do-michaela https://www.morsmordre.net/t7129-wilkolak-mugolak https://www.morsmordre.net/f139-mickleham-old-london-rd-1 https://www.morsmordre.net/t7132-skrytka-bankowa-nr-1759#189352 https://www.morsmordre.net/t7130-michael-tonks

Powrót do góry Go down

Miał spędzić ten dzień w pełni bezpieczny, we własnej szopie, stosując się do poleceń, które przecież wydawał mu sam Tonks.
Jedz więcej. Uważaj na siebie. Szalik ciepły włóż, bo cię przewieje... Nie, to ostatnie to jednak była jego mama, nie Michael, choć wszystkie pokazy troski z jakiegoś powodu zaczynały zlepiać mu się w jedną masę, z której coraz ciężej było wydobyć cząstkę przypisaną do konkretnej osoby i sytuacji. Część winy ponosił sam Castor, który uparcie szastał własnym samopoczuciem już od dłuższego czasu, nawet przed ugryzieniem, część z kolei wciąż obecna nadopiekuńczość spoglądająca na niego z każdego kąta domu. A mógł się przyzwyczaić do bycia najmłodszym członkiem rodziny i wiecznej łatki dzieciaka.
Mógł, ale wejście pomiędzy jeszcze młodszych prędko weryfikowało życiowe postawy, zmuszając go do objęcia roli opiekuna, nie zaś czekającego na polecenia i dobre słowo młodzika. Jedynym mankamentem powstałym po jego stronie było to, że po prostu nie potrafił jednocześnie zadbać o kogoś i o siebie.
Dlatego też gdy w jego szopie nagle pojawił się wilk, gdy w uszy uderzył wyraźnie rozemocjonowany głos Michaela, wiedział, że musi pędzić. I dziękował przyjacielowi, że nie kazał mu pędzić na miotle, bo w okolicznościach tak nagłego spięcia i braku talentu do poruszania się tymże środkiem transportu, skończyłby podróż na jednym z pobliskich drzew.

Pamiętał, gdzie jedli czereśnie w Derbyshire. Lecz miejsce, w którym znalazł się dzięki teleportacji, wyglądało zupełnie inaczej. Pomijając przykre okoliczności pory roku, zjawił się po drugiej stronie pnia od Michaela, z różdżką w mocno zaciśniętej pięści, w nozdrza uderzyła krew. Krew, krew, krew... Czyja krew? Nie jego, proszę, nie jego...
Zapomniał, że przecież Michael mówił o aurorze w trzeciej osobie, więc nie mogło chodzić o niego. Castor obiegł pień drzewa, coś chlupnęło pod nogami, chyba kałuża, to musiała być kałuża, ale śnieg nie mógł stopnieć? Palce wolnej dłoni poprawiły prędko puchoński szalik. Pierwszą, względną część okrycia wierzchniego, jaką miał pod ręką.
— Dobry Merlinie, co tu się stało! — krzyknął, a raczej pisnął przerażony, bo widok który miał przed oczami, nie należał ani do pięknych, ani do komfortowych. Leżących było dwóch, ale tylko przy jednym znajdował się Michael. Znajdował, bo Castor, działając w olbrzymim stresie, odepchnął przyjaciela gdzieś w bok, torując sobie drogę dostępu do nieprzytomnego Moody'ego.
Działał zupełnie odruchowo. Umysł wydawał się działać z delikatnym opóźnieniem, przekazując stery wyłącznie instynktowi i wypracowanym reakcjom.
— Curatio Vulnera Maxima — różdżka znalazła się przy prowizorycznym opatrunku na kilka sekund przed wypowiedzeniem inkantacji zaklęcia. Widział, jak drżała, jak drżały jego ręce, z nerwów, zimna, widział to pewnie i Mike, ale nie było czasu, trzeba było działać. Mógł mieć jedynie nadzieję. Że zaklęcie się powiedzie, przynajmniej połowicznie, że stres nie zje go całego, że dobrze robił, wybierając najpierw uleczenie rany, przed odkażeniem przestrzeni dookoła.
Że piekielna mieszanka krwi i nerwów nie doprowadzi do najgorszego.

| 1. Curatio Vulnera Maxima (ST50) +8 ze statystyki magii leczniczej
2. 2k8 + 5 - na przywracane punkty żywotności Moody'ego
3. Zdarzenia
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Castor Sprout dnia 06.07.21 21:09, w całości zmieniany 2 razy
Castor Sprout
Castor Sprout
Zawód : Twórca talizmanów
Wiek : 23
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
h o p e
is the only thing
stronger than fear
OPCM : 5
UROKI : 0
ELIKSIRY : 22
LECZENIE : 8
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 6
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Wilkołak

Sojusznik Zakonu Feniksa
Sojusznik Zakonu Feniksa
https://www.morsmordre.net/t9918-castor-sprout#299830 https://www.morsmordre.net/t9950-irys#300995 https://www.morsmordre.net/t9949-i-will-keep-my-flowers-safe#300972 https://www.morsmordre.net/f347-dolina-godryka-wrzosowisko https://www.morsmordre.net/t9952-skrytka-bankowa-nr-2255#301004 https://www.morsmordre.net/t9951-c-sprout#300999

Powrót do góry Go down

Strona 8 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Wrzosowisko, Derbyshire

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach