Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Wrzosowisko, Derbyshire
AutorWiadomość
First topic message reminder :

Wrzosowisko, Derbyshire

Wielkie, charakterystycznie tylko i wyłącznie dla siebie fioletowe pola wrzosu, których zapach zna każdy z mieszkańców Derbyshire, zwykł szeptać po cichu oraz tajemniczo;  wrzosowisko rozpościera się na północ od Derby i zajmuje znaczną część hrabstwa. Cieszy się zainteresowaniem zarówno mieszkańców, jak i przejezdnych oraz rzecz jasna leśnej zwierzyny, która na złość wszystkim polującym w gęstwinach bardzo często zapuszcza się na wrzosy. Przez wrzosowisko wiedzie droga dojazdowa do rodowej posiadłości Greengrass'ów.
Mistrz gry
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down


Z każdym słowem Greengrassa, Majesty coraz bardziej się rozluźniała. Początkowo sądziła, że po przeprosinach uda jej się szybciutko uciec i razem ze swoim rozmówcą zapomną o całym tym mało udanym początku rozmowy, ale… Postawa Travisa w żadnym wypadku nie zachęcała do ucieczki, a czegoś zgoła odwrotnego. Carrow zorientowała się, że rozmawia w środku pola z obcym mężczyzną tak właściwie o niczym, a mimo to cała sytuacja sprawia jej… Radość? Może to zbyt mocne słowo, ale dziewczyna była tak zachwycona tym przypadkowym spotkaniem - do tego z kimś, kto nie był naburmuszonym gburem, a normalnym, inteligentnym człowiekiem – że co jakiś czas wierciła się w miejscu, chcąc odzyskać całkowitą swobodę ruchów, którą odebrała jej… Trema? Zawstydzenie? Najwyraźniej młody lord Greengrass był na tyle czarujący, że nawet żelazna i bezuczuciowa lady Carrow odczuwała pewien dyskomfort. Do tej pory zagadywała jedynie żonatych lub zaręczonych lordów – co by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, irytując swoją matkę do granic możliwości i przy okazji odstraszać młodych dżentelmenów, którzy mogliby stanowić zagrożenie dla jej wolności i niezależności. Teraz zerkała na Travisa z lekkim niedowierzaniem, gdy ten z gracją wybrnął z zaoferowania swojej osoby jako przewodnika – o co oczywiście od początku Majesty chodziło.
- W takim razie, planując kolejną wycieczkę na te tereny, odezwę się do lorda, by polecił mi lord kogoś zaufanego i dobrze zorientowanego… - odparła, wyjątkowo zachęcającym i spokojnym tonem, by ostatecznie rozwiać wątpliwości czy chodzi jej o kogokolwiek, czy może konkretnie o osobnika stojącego kilka metrów od niej. Przez cały ten czas wpatrywała się w niego z lekkim uśmiechem, będąc pod wrażeniem jego kultury – bo nawet gdy mówił coś, co samo w sobie było aluzją, nic z jego gestów nie wskazywało na to, że stuprocentowo można było być tego pewnym.
- Nie wypada mi się z lordem kłócić, lordzie Greengrass – stwierdziła, jeszcze bardziej rozbawiona jego dalszym drążeniem tematu. – Mam nadzieję, że spotkamy się na jakimś balu i będę mogła zmienić pańskie zdanie – dodała, a przez myśl przeszedł jej nawet widok sukni, którą kupiła ze sporym wyprzedzeniem na wesele swojej bratanicy. Ostatecznie każda szlachcianka prezentuje się na takich wydarzeniach zjawiskowo i rzeczywiście jest na czym zawiesić oko. Czasem nawet na dłużej.
Kobiety to jednak proste stworzenia. Majesty wystarczyło jedynie kilka komplementów, a już odczuwała przyjemne dreszcze na całym ciele, a jej nastrój poprawił się przynajmniej dziesięciokrotnie w porównaniu do tego, w jakich nastrojach wyjeżdżała z rodzinnego dworku. Ucieszyła ją informacja, że Morgoth jest uważany przez swoich współpracowników za kompetentną osobę – szczególnie zważając na jego chorobę, która przecież nie pozwalała na wszystko – automatycznie uśmiechnęła się do swojego rozmówcy, a jej oczy zabłysły przyjaźnie. Yaxley był bardzo ważną postacią w życiu Majesty, a pozytywna relacja między nim a Greengrassem postawiła Travisa jedynie w jeszcze lepszym świetle.
- Och… - odparła, całkowicie zaskoczona nagłą i bezpośrednią propozycją mężczyzny. I pomimo mrozu oraz naturalnie czerwonych od zimna policzków, zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Nie miała pojęcia czy w ogóle tego chciała, czy może jednak nie. Jedynie jej podświadomość cicho kwiliła gdzieś z tyłu głowy, by przypadkiem się nie zgadzała. Tylko co z tego, skoro ten cichy głosik został drastycznie zdeptany przez emocje młodej Carrow, które wcale nie musiały kierować się zasadami spójnej logiki? - Nie jestem pewna czy to rozwiązanie jest tak wspaniałe... – zaczęła niepewnie, pozostawiając w miejscu aetonana i robiąc kilka kroków w kierunku Travisa. - Musielibyśmy mieć wtedy już dwa wspólne sekrety… - stwierdziła zaczepnie, zatrzymując się dopiero na metr przed Greengrassem, cały czas wpatrując się w jego oczy. Z jej wyrazu twarzy nie dało się wyczytać niczego więcej, poza lekkim zainteresowaniem, za to jej głos mówił zupełnie coś innego. Trafiła kosa na kamień? Kto by pomyślał, że dwójka flirciarzy trafi na siebie na zupełnym pustkowiu.
No cóż. Czy to zabrzmiało jak wyzwanie, lordzie Greengrass?


Like how a single word can make a heart open
i might only have one match
but I can make an explosion
Majesty Carrow
Majesty Carrow
Zawód : Jeździec zawodowy, instruktor jazdy konnej
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Come back from the future
For we didn't fall
Can the broken sky unleash
One more sunrise for the dawn
OPCM : 5
UROKI : 19
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 27
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t3556-w-budowie-majesty-carrow#62807 https://www.morsmordre.net/t3651-cayenne#66372 https://www.morsmordre.net/t3652-your-majesty#66387 https://www.morsmordre.net/f126-north-yorkshire-dwor-carrowow https://www.morsmordre.net/t3994-majesty-carrow

Powrót do góry Go down

Także i Travis nie spodziewał się, że przyjdzie mu rozmawiać z nieznajomą na wrzosowisku, kiedy wokół nie było żadnej żywej duszy. Byli tylko oni, czy to nie romantyczna sceneria? Mężczyzna poczuł, że dla niej mógłby ułamać trochę gałązek tych pięknych, fioletowych roślin - niestety zima studziła jego śmiałe zapędy przypodobania się Majesty. Miała zapomnieć o jego przewinieniu? Tak jak teraz nad tym myślał, to sytuacja jawiła mu się nie tylko jako zabawna, lecz także i bardzo korzystna dla jego samego. Podejrzewał, że kobieta czuła podobne zafascynowanie co on - oczywiście mogła też wprawnie kłamać, tego odrzucić do końca nie mógł - właśnie z powodu niezwykłości pozbawionej rutyny tegoż spotkania. Spadającego na nich równie niespodziewanie jak grom z jasnego nieba. Greengrass bardzo pilnował się, żeby nie uśmiechać się aż nadto, ponieważ mógłby przypadkiem wyjść na jakiegoś stukniętego człowieka o sparaliżowanych nerwach twarzy. A jednak utrzymanie emocji na wodzy przy tak czarującej kobiecie stanowiło ogromne wyzwanie, któremu coraz trudniej było podołać. Co więcej, narastały w nim kolejne wnioski oraz spostrzeżenia - lady Carrow miała w sobie coś więcej niż inne przedstawicielki arystokratycznego światka i to coś było trudnym do zdefiniowania na podstawie kilku minut rozmowy, lecz nie ulega wątpliwościom, że to coś czymkolwiek było, bardzo mu się podobało. Czyżby wpadł w swoją własną pułapkę, a na domiar złego trafił na godnego siebie przeciwnika? Tego się nie spodziewał.
Usłyszawszy jej mocno zachowawcze, lecz jednocześnie sugestywne słowa, nie udało mu się zapanować nad drżeniem kącików ust. Zdusił w sobie cisnącą się na język propozycję swej własnej osoby, ponieważ chciał sprawiać choćby minimalnie powściągniętego ze swoimi uczuciami. Obnażanie wszystkich kart na raz jest taktyczną pomyłką zamykającą kolejne możliwości ruchu, a tego bardzo by nie chciał. Po cichu liczył na wiele rozgrywek w tak doborowym towarzystwie.
- Oczywiście, proszę się nie powstrzymywać. Moja skrzynka pocztowa jest dla lady otwarta o każdej porze dnia i nocy - odezwał się; tym razem to właśnie on przechylił lekko głowę zainteresowany jej reakcją na własne słowa. Ta część aktorskiej gry wychodziła mu nadzwyczaj dobrze - pozostawał tylko uprzejmie zaintrygowany - czego niestety nie można powiedzieć o pozostałych poruszanych przez nich tematach. Ani przed nim, ani po nim nie udało mu się wypracować na tyle poważnej mimiki, żeby skłonić Majesty do myśli, jakoby stojący przed nią młodzieniec nie jest nią przesadnie zainteresowany. Karty same się wysypały na stół.
- To niestety tak nie działa - zaczął, pełen rozbawienia. - To musiałby być bal, na który poszlibyśmy razem, żebym uwierzył. Wtedy mógłbym podejrzewać, że ta oszałamiająca fryzura mogła być zrobiona dla mnie, a nie dla kogoś innego - wtedy faktycznie zyskałaby na wartości. A skoro tak nie będzie, to muszę uprzeć się przy doskonałości rozwianych od lotu włosów - dokończył. Niepoważnie, lecz z odrobiną prawdy zasianą gdzieś między kolejnymi słowami. Nie odczuwał, że może trochę przesadzać, być wręcz nachalny ze swoimi słodkimi wypowiedziami. Wierzył, że można je przyjąć ze zmrużeniem oczu bez względu na to, czy naprawdę chciałby, żeby się ziściły.
Temat Morgotha wydawał się być neutralny, co więcej, nie miał powodów, żeby go nie chwalić. Pomagał na tyle, na ile mógł, a w sprawie zranionej smoczycy był nieocenioną podporą logistyczną, dlatego Greengrass nie miał powodów, żeby nie wypowiadać się o nim pochlebnie. Nie był typem wiecznie niezadowolonego człowieka, który tylko i wyłącznie marudzi - kiedy ktoś zasługiwał na dobre słowo dawał mu je wierząc, że tak buduje się dobre międzyludzkie relacje.
Obserwował uważnie jej gesty, to, jak się zbliża. Nie było już w nim wątpliwości co do tego, kogo spotkał na swojej drodze. Ponownie wygiął usta w szczerym uśmiechu, samemu się zbliżając, niwelując w ten sposób kolejną dzielącą ich odległość. Jeszcze kilka centymetrów, a mógłby ją dotknąć bez wystawiania na przód ręki. - Nie wiem jak lady, ale ja jestem mistrzem w dochowywaniu sekretów - odparł, niby neutralnie, niby żartobliwie, lecz wyraźnie obstawiając przy swoim planie.


WHEN OUR WORDS COLLIDE

Travis Greengrass
Travis Greengrass
Zawód : opiekun i łowca smoków w Peak District
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Never laugh at live dragons.
OPCM : 9
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 https://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 https://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 https://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 https://www.morsmordre.net/t3868-skrytka-nr-768#72500 https://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234

Powrót do góry Go down

Na słowa mężczyzny o zawsze otwartej skrzynce uśmiechnęła się wyjątkowo jak na siebie ciepło i promiennie. Tylko dla własnej osoby pozostawiła informację czy rzeczywiście skorzysta z propozycji Greengrassa – bo przecież była kobietą, a kobiety nie mogły wszystkiego podawać mężczyznom na tacy. Bezpieczniej było zostawiać panom nieco niedomówień, by mieli czym zająć myśli w wolnym czasie, przy okazji nie dając im poczuć się zbyt pewnie po szarmanckich zagrywkach. Majesty uwielbiała gierki i prowokacje, tym bardziej cieszył ją fakt, że znalazła kogoś, kto – świadomie lub nie – był na nie otwarty także poza oficjalnymi sytuacjami, jak sabaty czy innego rodzaju bale.
Wysłuchała jego argumentacji odnośnie fryzury, a jej oczy wręcz migotały z rozbawienia, chociaż starała się zachować przynajmniej pozory opanowania. Czyżby młody lord Greengrass przepadał za terytorialnym podejściem? To samo pracochłonne upięcie satysfakcjonowałoby go jedynie wtedy, gdyby było przygotowane specjalnie dla niego? Brzmiało jak wyzwanie. Ewentualnie jak słowa mężczyzny, dla którego istotne było posiadanie kobiety na własność – co wcale nie było niczym złym, jeśli takiemu osobnikowi zależałoby tylko na tej jednej damie.
- Dlaczego lord zakłada, że tak na pewno nie będzie? – zapytała w specyficznym dla siebie beztroskim stylu, zerkając na niego z zaciekawieniem. Pytanie pozornie rzucone było w ramach luźnej ciekawości, ale miało też drugie dno. Czujność Majesty najwyraźniej zwiększyła się dwukrotnie, bo dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że wcale nie musi mieć przed sobą kawalera, a kogoś, kto może mieć już narzeczoną czy żonę – ostatecznie nie każdy lord sławił się lojalnością, co odkryła już dość dawno.
Dopiero bezpośrednia propozycja Travisa rozwiała wątpliwości młodej Carrow, oczywiście z zachowaniem lekkiego marginesu błędu, jakim mogłaby być niewierność Greengrassa – chociaż ciężko było jej podejrzewać tak młodego osobnika o kryzys wieku średniego i podrywanie pierwszej lepszej dziewczyny pośrodku pustkowia, gdyby w domu miała na niego czekać żona z trójką dzieci.
Po tej krótkiej analizie – i może jakiejś jednoznacznej odpowiedzi ze strony mężczyzny na poprzednie pytanie? - stwierdziła, że raczej nie musi się obawiać o swój honor czy kolejną aferę z żonatym lordem w roli głównej. I gdy tak stali naprzeciwko siebie, w odległości zaledwie kilku czy kilkunastu centymetrów, nie była w stanie wydusić z siebie nawet słowa. Zbliżyła się do niego wbrew własnej woli, najwyraźniej pchana zwierzęcym magnetyzmem lub inną dziwną i nieznaną jej potrzebą, a on zbliżył się jeszcze bardziej, przechodząc przez niewidzialną barierę przestrzeni osobistej, w którą młoda Carrow prawie nigdy nikogo nie wpuszczała. Czuła się skołowana, bo z jednej strony miała ochotę zrobić krok dalej, a z drugiej każdy skrawek jej umysłu krzyczał, że już obecna sytuacja to za dużo i nie powinna sobie, a przy okazji też Travisowi, pozwalać na nic więcej. Nie chodziło już nawet o wychowanie, moralność czy dobre maniery, a o zwykły strach, że jednak stać ją na intensywniejsze emocje i wcale nie jest z kamienia, jak jej się dotychczas wydawało. Cała sytuacja musiała wydawać się z zewnątrz absurdalna – dopiero się poznali, dodatkowo oboje byli szlachcicami, a już pozwolili sobie na taką bliskość. Ciężko było znaleźć wytłumaczenie ich nagłego zafascynowania, jednak Majesty nawet się nad tym nie zastanawiała.
W pewnym momencie opuściła na dłuższą chwilę wzrok, jednak słysząc słowa mężczyzny, ponownie wbiła spojrzenie błękitnych tęczówek w jego oczy. Nawet gdyby Travis bardzo chciał, nie byłby w stanie wyczytać z twarzy Majesty jakichkolwiek emocji, które jeszcze sekundę wcześniej wręcz szalały w umyśle dziewczyny. Miała wyjątkową umiejętność pozostawiania dla siebie wszelkich oznak niepewności czy zwątpień, a obecnie na jej twarzy widać było jedynie głębokie rozmyślanie. Zastanawiając się nad odpowiedzią dla Greengrassa, delikatnie chwyciła odstający skrawek jego płaszcza w miejscu głównego zapięcia, subtelnie go pociągając. Najwyraźniej nie potrafiła trzymać rąk przy sobie - ewentualnie chciała sprawdzić czy jej uśmiechnięty rozmówca jest rzeczywiście prawdziwy.
- No cóż… Niech będzie – mruknęła, będąc w niemałym szoku, że jednak udało jej się pewnym tonem wydusić z siebie te dwa słowa. Po krótkim komunikacie, puściła trzymany w dłoni materiał, delikatnie odpychając się dłonią od klatki piersiowej mężczyzny. Prawdopodobnie bez tego małego gestu o wiele trudniej byłoby się jej odwrócić i oddalić, gdy tak bardzo chciała zostać, ale – na Merlina! – na szczęście się udało. Miała wrażenie, że powinna już wracać i wszystko sobie spokojnie przeanalizować. Ruszyła w kierunku Neptuna, dopiero teraz czując zdecydowanie zbyt mocno bijące w klatce piersiowej serce połączone z dziwnym podekscytowaniem i przyjemnymi skurczami w żołądku. Gdy już z gracją dosiadła swojego wierzchowca, ponownie spojrzała na nowopoznanego mężczyznę, zastanawiając się, na co tak naprawdę się zgodziła.
- Pod koniec miesiąca mam zawody, muszę się do nich przygotować… – stwierdziła spokojnie, zastanawiając się nad rzeczywistym umiejscowieniem ich spotkania w czasie, przy okazji delikatnym gestem dając do zrozumienia aetonanowi, że powinien przygotować się do drogi. - Ale w lutym z pewnością znajdę dla lorda czas - dodała z uśmiechem, pozostawiając dla niego wybór odpowiedniego czasu i miejsca.
- Miło było lorda poznać, lordzie Greengrass. Nie mogę się doczekać naszego kolejnego spotkania... - dokończyła życzliwie, z dosłyszalną nadzieją w głosie, którą bardzo chciała zatuszować. Ruszyła aetonana z miejsca, przy okazji wypuszczając powietrze z płuc.
Prawdopodobnie nie zdawała sobie jeszcze sprawy z tego, jak bardzo będzie żałowała oddalenia w czasie tej przyjemnej propozycji. Niech się lord Greengrass głowi, dlaczego każe mu aż tyle czekać.


Like how a single word can make a heart open
i might only have one match
but I can make an explosion
Majesty Carrow
Majesty Carrow
Zawód : Jeździec zawodowy, instruktor jazdy konnej
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Come back from the future
For we didn't fall
Can the broken sky unleash
One more sunrise for the dawn
OPCM : 5
UROKI : 19
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 27
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t3556-w-budowie-majesty-carrow#62807 https://www.morsmordre.net/t3651-cayenne#66372 https://www.morsmordre.net/t3652-your-majesty#66387 https://www.morsmordre.net/f126-north-yorkshire-dwor-carrowow https://www.morsmordre.net/t3994-majesty-carrow

Powrót do góry Go down

To prawda - mężczyźni uwielbiali niedomówienia. Tajemnice, które są jeszcze przed nimi do odkrycia. Kiedy już wszystkie karty zostaną wyłożone na stół, początkowo narasta ekscytacja z powodu ich ujrzenia, lecz później czeka już tylko monotonia patrzenia na to, co się wcześniej poznało. Travis nie znał jeszcze Majesty zbyt dobrze - o ile w ogóle - ale z obserwacji jej osoby wysnuł wnioski, że właśnie został włączony do tej gry. Co bardzo mu się podobało, a zainteresowanie z jego strony w ogóle nie słabło. Pierwszy raz spotkał się z kimś takim - istnieje prawdopodobieństwo, że to sprawka otoczenia odmiennego od sal balowych - kto wydawał się być tak mocno swobodny w jego towarzystwie, a co więcej, nie jest mężczyzną. To przykuło jego uwagę, przyjemnie mieszając w głowie. W myślach już planował ich kolejne spotkania, co samo w sobie było absurdem - równie dobrze kobieta może do niego wcale nie napisać, lub nie odpisać na jego listowne nagabywanie, a jednak szukanie jej po Yorkshire było niestosowne. Chociaż? Może choć raz to Greengrassowie mieliby powód do najazdu na tereny Carrowów, a nie na odwrót.
Oczywistym było, że mężczyźni z reguły byli bardzo terytorialni w stosunku do kobiet - kto chciałby mieć niewiastę, którą wcześniej miało wielu innych? Paradoksalnie oczekiwali od nich wierności, samym mając większe lub mniejsze grzeszki na sumieniu, lecz takie były czasy kiedy to mężczyznom więcej uchodziło na sucho. W sprawie zwyczajnej, większej ilości adoratorów… Greengrass na pewno stanąłby do walki, bo tak naprawdę to dlaczego nie?
Trochę nie wiedział co odpowiedzieć, dlatego przestąpił kilkukrotnie z nogi na nogę chcąc zyskać czas do namysłu. Majesty wprowadziła lekki chaos w jego do tej pory poukładane, ściśle ukierunkowane rozmyślania. Nie był w stanie się skoncentrować na problemie krążąc cały czas wokół domysłów co do pięknej oraz intrygującej towarzyszki.
- Na pewno wielu kawalerów toczy bój o tak interesującą damę, dlaczego lady miałaby wybrać akurat mnie, skoro doczepiłem się na sam koniec kolejki? - Postanowił zagrać właśnie kartą zaopatrzoną we flirt połączony ze skromnością, zakończony urokliwym uśmiechem. Może za kilka uroczystości udałoby mu się zdobyć fryzurę tylko i wyłącznie dla siebie, lecz nic nie było pewne. Z tego co zauważył Greengrass, lady Carrow lubiła działać przewrotnie.
Ta bliskość między nimi sprawiała mu autentyczną radość, jednocześnie wytwarzając pewnego rodzaju napięcie, z którym czasem - lecz nie w tak dużym stopniu jak teraz - przyszło mu się zmagać. Nie wiedział czego się spodziewać, jakiej odpowiedzi udzieli mu nowopoznana kobieta - trudno było cokolwiek wyczytać z jej twarzy. A mimo tego ściskała go nadzieja, że nie będzie musiał za wszelką cenę ją namawiać. Uchwycenie rąbka płaszcza mogło sugerować, że rzeczywiście się uda - ale nie musiało tak naprawdę.
Odetchnął z ulgą słysząc zgodę. Pogłębił uśmiech pełen zadowolenia, odnotowując w głowie, że widocznie Majesty jest jeźdźcem - nic zaskakującego, skoro jest z Carrowów, a jednak warto przechowywać tak cenne informacje. Na koniec ukłonił się jej lekko.
- Ja też lady Carrow. Proszę na siebie uważać - odparł w ramach pożegnania. Co prawda odprowadził ją jeszcze do granicy hrabstw, lecz dalej nie zapuszczał się w tereny Yorkshire - wrócił do domu, nie mogąc się skoncentrować na pracy.

zt x2


WHEN OUR WORDS COLLIDE

Travis Greengrass
Travis Greengrass
Zawód : opiekun i łowca smoków w Peak District
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Never laugh at live dragons.
OPCM : 9
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 https://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 https://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 https://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 https://www.morsmordre.net/t3868-skrytka-nr-768#72500 https://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234

Powrót do góry Go down

1 marca

Nadeszły powoli zimowe roztopy, które jednych wprawiły w dobry nastrój, a inni już zaczęli tęsknić za zimowym krajobrazem. Dla pracowników Peak District miniona zima była naprawdę trudnym okresem - a Travis miał identyczne pogląd na wydarzenia dziejące się w Derbyshire. To nawet nie była opinia, raczej ciężkostrawny fakt z życia rezerwatu. Na pewno łowca planował poprawić jego wizerunek - mając jednocześnie nadzieję, że nie spotka ich już nic nieoczekiwanego - kosztem swojego życia prywatnego. Którego miał ostatnimi czasy mniej, ponieważ problemy w pracy bardzo odbijały się na jego psychice. Jedynym remedium na te dolegliwości miało być całkowite poświęcenie się smokom, a także poprawa ich warunków bytowych. Zasługiwały na to przecież. Nie można pozwolić na to, żeby magiczny świat zapomniał o Trójogonach Edalskich - były na to zbyt piękne, zbyt honorowe oraz zbyt majestatyczne. I tak naprawdę powiedziałby to samo o każdym gatunku smoka, nawet jeżeli nie był on pod jurysdykcją Greengrassów. Najważniejszym było wspólne dbanie o ich dobro.
Z takim przekonaniem obudził się Travis, pierwszego marca - nowy miesiąc, nowe możliwości. Nowy początek? Taką miał nadzieję zmęczony dużą ilością porażek. Los miał się do niego uśmiechnąć, lecz kiedy przekroczył bramę wejściową, przywitał się z pracownikami oraz ojcem, ten wyznaczył mu pewne zadanie. Zamiast pracować ze swoim podopiecznym miał zająć się nowymi adeptami aspirującymi na opiekunów smoków. Ledwie po szkole, a w trakcie stażu odbywającego się w Peak District. Młody mężczyzna aż sięgnął pamięcią do swoich początków w tymże miejscu - miał o tyle łatwiej, że był z nim oswojony od maleńkości. Nowi rekruci nie mieli tyle szczęścia, chyba nie do końca wiedzieli czego mogliby się spodziewać. Sam Greengrass tego nie wiedział - zaskoczony decyzją ojca - nigdy nie przeprowadzał podobnych szkoleń. Niby nie miało to być niczym zobowiązującym: ot oprowadzenie ich po znaczących miejscach rezerwatu, pokazanie codziennej pracy opiekunów kiedy akurat nie dzieje się nic strasznego, co wymagałoby nadzwyczajnych środków. Zwykły, nudny dzień można byłoby rzec, lecz szlachcic miał inne podejście do tego osobliwego tematu. Postanowił włączyć początkujących w życie tętniące w każdym zakątku Peak District.
Ubrany jak zwykle wygodnie, chociaż nienagannie, okryty antyogniowym płaszczem będącym na wyposażeniu rezerwatu, pokonał kolejne metry przestrzeni żeby znaleźć się ponownie przed bramą główną i powitać nowych - być może - współpracowników. Uścisnął im dłonie jednocześnie się przedstawiając, ale nie tylko; każdego zlustrował uważnym wzrokiem. Były wśród nich zarówno osobniki odznaczające się na tle innych tężyzną fizyczną jak i - zdawałoby się - chuderlaki, którym strach byłoby powierzyć jakieś skomplikowane zadanie z udziałem tak niebezpiecznych istot jak smoki. Travis jednak nikogo nie skreślił będąc ciekawym czy ktokolwiek z nich odpadnie w przedbiegach, czy mimo trudnej specyfiki pracy każdy z nich podoła trudnym zadaniom czekającym na opiekunów.
- Mam nadzieję, że każdemu z was się powiedzie, a nasza współpraca okaże się być długa i owocna. - Zaczął spoglądając na każdego po kolei. Byli tacy młodzi! Greengrass odnosił wrażenie, jak gdyby dopiero co odrośli od ziemi. - Nie będę wam już opowiadać o zasadach bezpieczeństwa po tych kilku miesiącach zakładam, że znacie je od podszewki. Tak samo jak teorię. Dlatego dziś skoncentrujemy się na praktyce - dokończył, poszerzając swój dotychczasowy uśmiech. Trzech z sześciu mężczyzn wydała się być nieco wystraszona takim obrotem spraw, po dwóch z nich widać było wylewającą się uszami ekscytację, a tylko jeden wyglądał na dziwnie spokojnego. Widocznie nie zdradzał swoich emocji.
- Proszę za mną - rzucił, ręką wskazując w głąb rezerwatu. Zaraz potem wszyscy ruszyli we wskazanym przezeń kierunku. Droga była długa, wymagająca, trochę wyboista. - Nie zawsze korzystamy z teleportacji, taki sposób przemieszczania się jest po prostu cichszy, a smoki to czujne stworzenia. - Wyjaśnił wszystkim, szczególną uwagę zwracając na tych, co zaczęli nieco dyszeć. Dla kogoś, kto nie chodzi na długie dystanse lub nie ćwiczy intensywnie czy to sportów czy innych form aktywności, ta trasa faktycznie mogła być trudna do przejścia. Niestety często konieczna, dlatego też Travis nie zamierzał nikomu pobłażać w tej sprawie. Na szczęście wszyscy dzielnie szli bez marudzenia czy wyklinania wszystkiego o drodze, więc łowca mógł być spokojny.
Po kilkudziesięciu minutach dotarli do pierwszego punktu ich wyprawy. Jeden ze współpracowników właśnie karmił swojego podopiecznego. Rzucał mu krwiste owce, co nie wyglądało szczególnie apetycznie - a unoszący się metaliczny zapach osocza mógł w większych ilościach przyprawiać o zawroty głowy.
- Tak właśnie karmi się smoki. Nie za blisko, podrzucając padlinę na dość dużą wysokość. Koniecznie w rękawicach ze smoczej skóry - powiedział Greengrass, kiedy wszyscy się zatrzymali. Skinął podbródkiem na będącego w oddali Ray'a, który właśnie ich zauważył. Po krótkim przywitaniu się Travis zaczął ponaglać swoich uczniów. - No, dalej, wasza kolej. Po jednej owcy dla każdego. - Zachęcił ich ruchem dłoni. Zwierzę musiało być trochę podzielone na mniejsze części, ponieważ trudno jest podrzucać truchło o takich gabarytach.
Młodzi adepci trochę się ociągali z wykonaniem zadania, nie będąc do końca pewnymi swoich czynów - poza dwoma osobnikami, którzy od razu przyłożyli się do pracy jak gdyby nigdy nic innego w swoim życiu nie robili. Trójogon Edalski, który miał być celem dzisiejszych ćwiczeń, początkowo trochę nieufnie zareagował na nowych ludzi, ale zaraz dał się przekupić pysznym jedzeniem.
- Kiedy smok zaczyna się trochę miotać, a ogonem niecierpliwie podryguje, to znaczy, że szykuje się do ataku - zaczął Travis przyglądając się zmaganiom nowych rekrutów. - Wtedy najlepiej przerwać wykonywane czynności, przestraszyć je brzękadłem, dopiero po dłuższej chwili podjąć spokojne wycofywanie się - byle nie spuszczać gada z oczu. Jak będziecie już bardziej doświadczeni, pokażemy wam jak można próbować uspokoić taką rozszalałą bestię - dodał szybko. W myślach śmiejąc się z samego siebie: ostatnio ciężko szły im zmagania z krnąbrnymi smokami. Lecz nadal miał nadzieję, że złośliwy los się obrócił właśnie w tym momencie i teraz będzie już tylko lepiej.
- Skoro nacieszyliście się już urokami karmienia, idziemy dalej - zakomenderował Greengrass, żegnając się z Ray'em. Cała grupka wybrała się w ponowną wędrówkę między kamieniami. Zatrzymali się w znacznej odległości od smoczycy, która właśnie doglądała swoich nowo wyklutych dzieci. - Pamiętajcie, że matki broniące swoich młodych są wyjątkowo agresywne. Dlatego jej karmienie odbywa się pasywnie, to jest zrzucamy jej padlinę w jedno miejsce i jak najprędzej stąd odchodzimy. Przynajmniej do momentu, kiedy nabierzecie wprawy - szepnął do swoich towarzyszy, kiedy obserwowali gadzinę zza krzaków. Travis koniecznie chciał im coś pokazać, ale jednak wolał nie wystawiać ich żyć na ciężką próbę. Jeszcze poznają smak niebezpieczeństwa, teraz to była kaszka z mleczkiem, a nie prawdziwa praca w smoczym rezerwacie. Jednak nie wszystko na raz, po kolei, powoli dojdą do ciekawszych oraz trudniejszych zadań od tego, co dziś im zaofiarował.
Szybko zeszli z zajętej pozycji nie chcąc drażnić smoczycy. Schodzili już w dół wzniesień kiedy natknęli się na Franka, który właśnie ujarzmiał swojego podopiecznego. Nie chciał na nim wymuszać posłuszeństwa, pragnął dojść do tego powoli, żeby zyskać zaufanie gada. Ten proces nie wymagał komentarza, dlatego łowca zwyczajnie nakazał im wszystkim usiąść i obserwować zmagania swojego kolegi z pracy.
- Mam nadzieję, że wiecie, że to dopiero ledwie początki? Prawdziwe życie w Peak District dopiero przed wami, to był ledwie przedsmak tego co was czeka. A może i nawet nie przedsmak, ponieważ wielu rzeczy jeszcze nie widzieliście. Ale spokojnie, w ciągu najbliższych dni wszystko się wyklaruje. - Pocieszył ich kończąc wypowiedź subtelnym uśmiechem. Ważne, że pierwsze oprowadzanie miał z głowy, a dzień się powoli kończył. Trzeba było zbierać siły na poważne zadania, kolejne porcje problemów oraz… szczęście spowodowane widokiem zdrowych smoków.

zt


WHEN OUR WORDS COLLIDE

Travis Greengrass
Travis Greengrass
Zawód : opiekun i łowca smoków w Peak District
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Never laugh at live dragons.
OPCM : 9
UROKI : 16
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2909-travis-greengrass#47258 https://www.morsmordre.net/t2920-skrzynka-travisa#47503 https://www.morsmordre.net/t2913-smoki-fajne-sa#47416 https://www.morsmordre.net/f272-derbyshire-meadow-lane-2 https://www.morsmordre.net/t3868-skrytka-nr-768#72500 https://www.morsmordre.net/t3616-travis-greengrass#65234

Powrót do góry Go down

|27 V

Wrzosowe krzewy szarpały rąbek snującej się za nim szaty. On zdawał się być jednak na to kompletnie obojętny. Snuł się przed siebie. Sylwetkę miał przygarbiona, a on sam zdawał się wyglądać na co najmniej chorego. Dawno nie wychodził poza obręb własnej pracowni. Czuł się zatem trochę skołowany znajdując się na tak obszernej, otwartej przestrzeni nieograniczonej z żadnej strony choćby przez linie drzew. Do tego tak długi spacer również nie należał do kategorii tych mogących mu się przysłużyć. Pomimo tego brnął dalej. Sylwetkę miał pogarbioną, a kaptur na głowie mocno zaciągnięty tak by chronić nieprzyzwyczajone do światła oczy. Choć te i tak go piekły. Przetarł w tym momencie jedno z przekrwionych ślepi, które mocniej go zapiekło. Były podrażnione przez świece i alchemiczne opary. Przez ostatni prawie tydzień, dzień w dzień, każdą wolną chwile poświęcał próbom dopieszczenia utworzonego eliksiru. Dokładnego sprecyzowania proporcji, temperatury i czasu warzenia. W tym wszystkim dopomogły mu niezmiernie astronomiczne obliczenia które stanowiły pewna wyjściową bazę. Teraz, dziś po dniach i nocach eksperymentów, testów, prób, wyliczeń sądził, że udało mu się spreparować finalną wersję eliksiru. Tak przypuszczał przynajmniej po przeprowadzeniu wstępnych testów jego właściwości w swojej pracowni. Skraplane nim owoce, warzywa zamarzały, zaś drobne przedmioty obladzały. Dolohov widział więc zatem w miksturze zastosowanie w przemyśle spożywczym, lecz go tak na prawdę interesowało co innego, coś bardziej destrukcyjnego. Chciał stworzyć lodową eksplozję w płynie i w tym celu dziś znajdował się właśnie tutaj. To nie było w końcu coś co mógł wytestowany w wannie.
Gdy uznał, że miejsce w którym się znajduje jest kompletnie opustoszałe rozchylił poły swej szaty zza której wyciągną skórzana torbę na alchemiczne przybory. Roztworzył ją i wyjął zakorkowana kolbę przezroczystego eliksiru przypominającego wyglądem wodę, emanującego przez szkło nienaturalnym chłodem. Był szczelnie zakorkowany. Dolohov popatrzył nań z czułością i czymś, czego nie zrozumie człowiek który nigdy czegoś z niczego nie stworzył oraz czymś znacznie głębszym. Przetarł kciukiem po szkle, a potem miotnął butelką w dal...

|badania, etap IV, astronomia V
Valerij Dolohov
Valerij Dolohov
Zawód : Alchemik, złodziej
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczony
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 2
ELIKSIRY : 33
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
https://www.morsmordre.net/t4909-dolohov-budowa#106821 https://www.morsmordre.net/t5027-valerij-dolohov#107940 https://www.morsmordre.net/t5028-wybuchowy-alchemik#107941 https://www.morsmordre.net/f320-smiertelny-nokturn-27 https://www.morsmordre.net/t5051-skrytka-bankowa-nr-1263 https://www.morsmordre.net/t5026-valerij-dolohov

Powrót do góry Go down

The member 'Valerij Dolohov' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 34
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Na początku do uszu Valerijego dobiegł dźwięk kruszejącego o ziemię szkła. Krucha, alchemiczna kolba musiała ustąpić. Krystaliczne echo jednak nie osłabło. Wręcz przeciwnie - przybrało na sile i poniosło się daleko. W epicentrum powstał lodowy słup wokół którego rozpostarł się lodowy dywan zamrażający wszystko dookoła. Dolohov nie wiedział w którym momencie spoglądał na to wszystko z rozdziawionymi ustami swoimi przemęczonymi, przekrwionymi ślepiami. Po kilkunastu sekundach ciszy po prostu zaczął śmiać się i skakać ze szczęścia. Podekscytowany chodził wokół i wyceniając szkody. Wcześniej zaczepiające jego rąbek szaty roślinność w tym momencie kruszała pod jakimkolwiek dotykiem noszonych przez alchemika szat. Nie podchodził jednak za blisko epicentrum eksplozji słuchając jak lodowy słup syczy i kruszeje. Nie był pewien czy powinien spodziewać się drugiej, opóźnionej eksplozji. Ta jednak nie nastąpiła. Wytworzona substancja szybko ze stanu stałego przeistaczała się w lotny w kontakcie z powietrzem sprawiając że w tym miejscu już po kilku minutach żadnego lodu nie było, jednak pozostawiając we okolicznej florze piętno eksplozji.

|zt
Valerij Dolohov
Valerij Dolohov
Zawód : Alchemik, złodziej
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zaręczony
Śmierć będzie ostatnim wrogiem, który zostanie zniszczony.
OPCM : 6
UROKI : 2
ELIKSIRY : 33
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 6
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 4
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni rycerze
Nieaktywni rycerze
https://www.morsmordre.net/t4909-dolohov-budowa#106821 https://www.morsmordre.net/t5027-valerij-dolohov#107940 https://www.morsmordre.net/t5028-wybuchowy-alchemik#107941 https://www.morsmordre.net/f320-smiertelny-nokturn-27 https://www.morsmordre.net/t5051-skrytka-bankowa-nr-1263 https://www.morsmordre.net/t5026-valerij-dolohov

Powrót do góry Go down

|3 maja

Nigdy nie sądził, że pieniądze staną się czymś o co będzie się martwił. Te zawsze zwyczajnie były - początkowo oferowane przez nie tak biednych przecież rodziców, a następnie napływające wraz z każdym miesiącem z tytułu wykonywanego, do niedawna całkiem prestiżowego, zawodu. Nie musiał zresztą odpływać wspomnieniami za daleko by przywołać chwile w których to lekką ręką wydawał nawet po kilkanaście, czy kilkadziesiąt galeonów dziennie na mniejsze bądź większe zachciewajki, a dziś...dziś musiał pilnować wydatków na coś tak prozaicznego jak jedzenie. Za każdym razem jak o tym myślał to wzdychał ciężko przeczesując włosy w zakłopotaniu ręką. Drobną osłodą w tym całym bałaganie był fakt, że udało mu się szybko pozbyć mieszkania, kiedy było to jeszcze relatywnie proste - kiedy to jego profil nie był znany przez większość londyńczyków. Samo mieszkanie nie posiadało za dużo wyposażenia. To co nosiło w sobie jakąś wartość inną od sentymentalnej udało mu się wynieść od ręki. Szczęśliwie nie był typem zbieracza ani też nie był to dla niego większy problem, czy też trudność. Żałował jedynie tego, że jednak musiał spuścić z ceny będąc mimo wszystko dość znacząco stratnym, lecz trudno - na to nie mógł już zaradzić. Z czasem prawdopodobnie byłoby tylko gorzej - przeistaczający się w pole bitwy Londyn zachęcał do podobnych wyprzedaży innych mieszkańców angielskiej stolicy sprawiając, że rynek zbytu był większy niż popyt. Pozyskane w ten sposób pieniądze nie potrafiły jednak same z siebie się między sobą mnożyć zmuszając Skamandera do zastanowienia się nad posiadanymi umiejętnościami, które mogą mieć jakąkolwiek wartość i ku jego zaskoczeniu zaczął zdawać sobie sprawę, że człowiekiem wielu szczególnych talentów nie jest. Całe życie myślał o tym, że chciałby służyć i walczyć, a kiedy przeszedł odpowiednie szkolenie wychodziło na to, że w zasadzie najlepiej wychodziło mu mordowanie morderców, ich ściąganie, łapanie. Był myśliwskim psem pozbawionym dokarmiającego go po polowaniu pana. Ministerstwo się w końcu na niego wypięło i wątpliwe było to by w jakikolwiek sposób chciało wynagrodzić jego zaangażowanie w połów czarnoksiężników, kiedy za sterami rządu stała namaszczona przez Voldemorta pacynka. Nie nadawał się lub zwyczajnie nie był skory do podejmowania się jakiejkolwiek fizycznej, ciężkiej, zwyczajnej pracy. Nie był też rzemieślnikiem, chociaż jeszcze kiedy nie pozwalało mu na to zdrowie, a on sam ćwiczył rysunek wykorzystywał go, jak i wiedzę na temat astronomii do kopiowania i odsprzedawania kopii prostszych map. Nie uważał tego za rzemiosło lub coś na czym faktycznie można było zarobić. Dorobić - może, lecz jednak nie utrzymać. Przynajmniej nie poświęcając na to tyle czasu ile posiadał na wykorzystaniu Skamander. Posiadana do dyspozycji doba wydawała się wyjątkowo...krótka. Pominąć należało oczywiście istotny fakt - żył w ciągłym ruchu, zmęczony podróżą nie posiadający swojego miejsca koczownik. To nie były sprzyjające warunki do podobnej pracy. Szczęśliwie rozwiązanie jego bolączek stało się dość oczywiste, przynajmniej w momencie w którym zaczął się zastanawiać czego ludzie w tym momencie poszukują w ogarniętym wojną Londynie, owianym niepokojem i destabilizacją kraju. Było to przecież między innymi bezpieczeństwo. On sam zaś posiadał dostatecznie rozwinięte umiejętności posługiwania się białą magią, jej rozumieniem by nakładać dość złożone zaklęcia ochronne. Co prawda swobodniej czuł się w urokach tak jednak ludzie bardziej skłonni byli decydować się na zaklęcia z tej pierwszej kategorii.
- Pozwoli pan, że obejdę teren wokół mieszkania nim cokolwiek zaproponuję. Chciałbym też w miarę możliwości zapoznać się z rozkładem samego mieszkania - zaczął kierując słowa do na oko nieco starszego od siebie mężczyzny. Przedstawił mu się pod fałszywym imieniem i nazwiskiem mimo wszystko nie chcąc wzbudzać zamieszania swoją osobą - niektórzy mimo wszystko wciąż go kojarzyli. Nie było potrzeby by zdawali sobie sprawę z tego z kim mają do czynienia. Oboje do tej pory rozmawiali na podwórku przed niewielkim jednorodzinnym domkiem. Wokół rozciągała się typowa mało-miasteczkowa zabudowa przetykana mniej lub bardziej magicznymi uprawami. Zza zmatowiałych okien kuchni z uwagą całej scenie przyglądała się najpewniej żona gospodarza szykując posiłek. Zbliżała się pora obiadowa
- Um... - mrukną mężczyzna gestem ręki zachęcając Anthonego do podjęcia oględzin. Nie zamierzał go jednak zostawiać samego sobie - podążał ramię w ramię za nim splatając swoje ręce za plecami - Nie bardzo wiem, jak działają takie zaklęcia lecz w lipcu syn wraca z Hogwartu, często korzysta z podwórka. Bawi się na nim. Nie chciałbym by przypadkiem miały na niego jakiś wpływ, panie Skeeter - dalej mówił do Anthonego spoglądając na przechadzającego się po płocie opasłego kuguchara. Auror skinął mu głową słuchając go, lecz poświęcając przy tym uwagę bardziej na ilość okien, to jak trudno byłoby potencjalnie dostać się na balkon, z której strony wejście do mieszkania było widziane przez wybudowanych nieopodal sąsiadów
- Większość zaklęć ochronnych broni przed intruzami, tak więc wezmę pod uwagę pańskiego syna przy zaklinaniu informacji i nie będzie to kłopotem. Jak żyje pan z sąsiadami? Zdarza im się nachodzić pańską rodzinę bez zapowiedzi? - skiną brodą w stronę upatrzonego, nieco większego domku z brzydkim zielonym dachem. To tak właściwie o nich należało się martwić - lub może zdarzają się inni niezapowiedziani goście?
- W zgodzie, lecz niezbyt blisko. Są trochę dziwni - trzymają w domu wozaki - skwitował, a na jego twarzy pojawiło się niezrozumienie tego, jak można podejmować się czegoś takiego i to dobrowolnie - I teściowa. Właściwie teściowie. Nie przejmowałbym się tym jednak - te zabezpieczenia to idealna wymówka do tego, by przestali mnie uszczęśliwiać niezapowiedzianymi wizytami. Żałuję że nie wpadłem na to wcześniej - zażartował oglądając się nieznacznie za siebie, jak gdyby upewniając się, że ludzi o których wspomina przypadkiem nie znajdują się za jego plecami - Tak więc, radzi pan coś konkretnego...?
- To wszystko też zależy jakie zaklęcia ochronne pana interesują. Są takie które ostrzegają przed potencjalnym niebezpieczeństwem - przykładowo alarmują kiedy ktoś naruszy przestrzeń na którą są nałożone, inne reagują na przestrzeń wokół kiedy ta zostanie naruszona zatrzaskując magicznie drzwi, okna, a jeszcze inne oddziaływają bezpośrednio na intruza nasyłając na niego bogina, zamykając go w iluzji, na jakiś czas oślepiając. Ja sam proponowałbym sięgniecie po przynajmniej jedno z każdej kategorii. Cave inimicum jest zabezpieczeniem, które informuje o obecności obcej osoby na terenie posesji. Rozciągnąłbym jego działanie na największym obszarze wychodzącym nieco poza teren działki tak by państwo wiedzieli, kiedy ktoś będzie się kręcił przy ogrodzeniu. Następnie Szklane domy na teren bliższy domu. Zabezpieczenie to sprawi, że będą mogli państwo ocenić kto się kręci po posesji przez ściany i z dowolnego pomieszczenia. Jest to coś w rodzaju Salvio Hexy ale lepsze. Następnie przed domem zaklęcie nasyłającego na intruza bogina, a wewnątrz pomieszczenia Oczobłysk by go oślepić - nieproszonego gościa, a nie bogina. Myślę, że to powinno wystarczyć by intruza w tym czasie obezwładnić lub też zająć na tyle długo by się w tym czasie ewakuować. Jeżeli uważa pan inaczej mogę zaproponować dodatkowe lub inne zaklęcia. I spokojnie - stawka się nie zmienia. Tak jak rozmawialiśmy - nie płaci pan od zaklęcia, a od usługi - przypomniał mu widząc, że jego klientowi nieco mina zaczęła rzednąć kiedy słuchał o tym ile to też zaklęć proponował Skamander. Szczęśliwie dla niego były auror nie bardzo miał ochotę zawracać sobie głowy jakimś rozróżnianiem wartości takich czy innych zabezpieczeń. Do dlatego sam nie bardzo zdawał sobie sprawę, jak ten rynek usług funkcjonuje i wcale by się nie zdziwił gdyby się miało okazać, że zaniża wartość swojej pracy, lecz trudno.
- Myślę, że szczegóły jeszcze ustalimy ale myślę, że tak też możemy zrobić - to co pan proponuje. Skonsultuję się jeszcze z małżonką. Może ona posiada jakieś uwagi lub życzenia - zasądził pozwalając następnie zabrać się Skamanderowi za pracę, którą skończył jeszcze tego samego dnia.

|zt


iustitias vestras iudicabo


Anthony Skamander
Anthony Skamander
Zawód : Rebeliant
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
You don't need a weapon when you were born one
OPCM : 25
UROKI : 50
ELIKSIRY : 1
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarodziej

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t5456-budowa#124328 https://www.morsmordre.net/t5494-hrabina#125516 https://www.morsmordre.net/t5473-thony#124691 https://www.morsmordre.net/f256-bexley-high-street-27-4 https://www.morsmordre.net/t5495-skrytka-bankowa-nr-1354#125517 https://www.morsmordre.net/t5479-anthony-skamander#124933

Powrót do góry Go down

evelyn & jayden18 października
Wychodząc przez bramę główną rezerwatu, poprawił rękawy płaszcza, czując, jak nieprzyjemny chłód dostawał się pod mankiety koszuli. To samo uczynił nastroszywszy kołnierz - zimne powietrze przedostawało się tamtędy, by prześlizgnąć się później wzdłuż nagiego kręgosłupa i wprawić ciało w drżenie. Jayden nie wiedział, dlaczego, ale pogoda w Anglii była o wiele paskudniejsza niż w Irlandii, chociaż obie wyspy znajdowały się blisko siebie. Może to też jego podświadomość kazała w jakimś dziwnym aspekcie czuć się tutaj gorzej niż w domu. Dom... A gdzie był dom? Można było powiedzieć, że była nią posiadłość niedaleko Upper Lake, w której aktualnie mieszkał. A jednak miejscem, które było niesamowicie istotne dla profesora była również Szkoła Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Mimo to tęsknił też za samą Anglią i cierpiał, widząc to, co działo się w jej granicach... Londyn bolał go najbardziej, bo przecież wychował się w tym mieście, dorastał, tam się urodził, tam też pobierał nauki w czasie stażu. Tam znajdowali się jego rodzice. Na szczęście przeżyli i tylko to się liczyło, jednak znajdując się w stolicy Wielkie Brytanii, Jayden nie był w stanie uchronić się przed wewnętrzną walką. Obrzydzenie i nostalgia mieszały się jednocześnie, tworząc dziwną mieszankę, z którą nigdy wcześniej nie miał do czynienia. Bezksiężycowa Noc, nic Czystki nie była dla niego jedynie opowiadanymi w gazecie wieściami, nowinkami zasłyszanymi od znajomego - osierocone, pozbawione domów i rodzin dzieci otoczył swoją opieką. Razem z nimi wyczekiwał jakiegokolwiek sygnału od bliskich, czytał prasę, by znaleźć chociażby odpowiednie nazwiska. Lub by ich nie odnaleźć... Ani nie dowiedzieć się, że i jego rodzice zginęli gdzieś w zawierusze. Terror ogarnął brytyjskie wyspy i miało to trwać jeszcze długi czas. Myśląc o tym wszystkim, nie był w stanie powstrzymać się przed pogardą dla tych, którzy doprowadzili do rozlewu krwi i zasiadali dumnie na tronie, wychwalając się w pomnikach i obrazach. Nie rozumiał, jak można było odczuwać oddanie względem tyranów, jakie odczuwali ich żołnierze - inaczej nie mógł przecież nazwać czarodziejów i czarownic tak chętnie przyklaskujących nowym zarządzeniom, zmianom, szturmującym inne, niewinne życia. Nie mógł, nie chciał tego rozumieć. Widział okrucieństwo. Widział je od strony popleczników Malfoya. Widział je od strony mścicieli Longbottoma. I jak kraj podzielił się na dwoje, on pozostał na swoim, nie opowiadając się za nikim i niczym. Jedynie za życiem.
Pojawienie się po niecałym miesiącu z powrotem na ziemiach należących do rezerwatu smoków w Peak Disrtict przypominało o spotkaniu, które wówczas się odbyło. Jayden niekoniecznie miał ochotę, by o tym myśleć. Definitywnie wolał nie zaprzątać sobie tym głowy i nie roztrząsać tego, co oznaczały wypowiedziane przez Vivienne słowa. Wiedział wszak, że gdyby poświęciłby im więcej czasu, doszedłby do wniosku, do którego dochodzić nie chciał. Dlatego też nie chciał tracić zbędnego czasu, przebywając na ziemiach Greengrassów dłużej. Przynajmniej nie w granicach parku. Oddał więc wypożyczone z archiwum książki oraz przekazywał Dariusowi obiecane fiolki. A konkretnie środek wzmacniający smoki, który leżał u niego w zbiorach bez wyraźnego powodu i się marnował. Powzięte przez astronoma porządki w spiżarce podsunęły mu myśl o lepszym spożytkowaniu eliksiru. Domyślał się, że opiekunowie smoków na pewno mieli pełno tych mikstur, jednak skoro były one podstawą, dlaczego mieliby ich nie przyjąć? Był więc przekonany, że zostaną one odpowiednio wykorzystane. Załatwił, co chciał i pomyślał o szybkim przeniesieniu się świstoklikiem do Szkocji, ale coś go ruszyło, by jeszcze tego nie robić. By przejść się po wrzosowiskach, zobaczyć, co zostało z Anglii, którą pamiętał. I chociaż może nie było to zbyt rozsądne, włożył świstoklik ukryty w drewnianej figurce wilka i ruszył ubitą drogą od rezerwatu w głąb Derbyshire.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

The member 'Jayden Vane' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 05YgSMy
Morsmordre
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Powrót do góry Go down

Z wolna przemierzała gęstwiny wrzosowiska, czujnie rozglądając się za pojedynczymi korzonkami, które mogłaby zebrać w celu zaspokojenia na wyraz wybrednego żołądka swojego niuchacza. Misja była o tyle żmudna, a pora roku niesprzyjająca, że z czasem zabrała się za plecenie wianka z wrzosu, by zająć czymś dłonie, które dzięki temu mogły się chociaż trochę rozgrzać. Evelyn zwątpiła w swoją misję, zastanawiając się na kiedy Merlina tu przybyła, przecież mogła wybrać dzień na kanapie, we własnym zaciszu, gdzie kominek nadawał przyjemnego ciepła. Oczywiście Szkotka była na tyle zawzięta, że wybrała się tutaj, pomiędzy krzaczyska, gdzie co poniektóre miały już ochotę co najmniej rozerwać jej spódnicę lub, co gorsza, poranić jej łydki. Może to właśnie dlatego złorzeczyła pod nosem niemal na każdym kroku, przypominając sobie tym samym większość przekleństw, których już od lat nie używała z takim zacięciem. Miała jednak niemal niezdarzającą się okazję do uwolnienia swobodnego przepływu myśli, choć i to nie napawało jej optymizmem. Wojna, śmierć, popłoch – to były trzy słowa, które z uporem maniaka wirowały w jej głowie. Gdyby się tak zastanowić, to miała niemałe szczęście, mogąc być od tego z dala, na swojej farmie, znajdującej się niemal na odludzi, gdzie największym problemem było ukrycie działania klątwy podczas każdej pełni. Często jednak nachodziła ją obawa, że coś może się stać, że ktoś może przyjść na farmę, gdy ona będzie kilka metrów pod ziemią, w pomieszczeniu, gdzie nikt jej nie słyszał, wystawiona jak na tacy, zakuta przez samą siebie w łańcuchy. Nawet nie wiedziałaby, że ktoś ją zaatakował, a jakby umierała, to bez własnej, ludzkiej świadomości. Jeżeli miałaby teraz określić swoją największą obawę, to niezaprzeczalnie bała się umierania w postaci wilkołaka. Biorąc pod uwagę, że jej brat był gdzieś tam na wolności i stanowił dla niej jawne zagrożenie, to wcale by się nie zdziwiła, gdyby umyślnie jej zaszkodził i coś podobnego obmyślił.
Kruczowłosą wyrwało z zamyślenia coś obcego, jakiś dźwięk, który wpierw wywołał u niej zawahanie, by już po chwili zagonić jej serce do galopu, wytwarzając adrenalinę buzującą we krwi. Podświadomość mówiła jej, że z tego nie wyniknie nic dobrego. Zgarbiła się, chowając we wszechogarniających zaroślach i już wewnętrznie przeklinała się srogo za wyjście z domu. Przeszła kilka kroków w bok, próbując znaleźć źródło dźwięku, by jak najszybciej się oddalić, gdy ziści się czarny scenariusz szarpiący jej myśli. Wtedy właśnie, pomiędzy drzewami dojrzała olbrzyma na którego widok jej oczy zrobiły się wielkości spodków. Wcześniej była przekonana, że to było jedynie jakieś nieprzychylne zwierzę, może czarodziej i już zareagowała strachem, a teraz? Teraz jej ciało drżało niekontrolowanie, ponieważ nigdy nie miała aż tak bliskiego kontaktu z tego rodzaju istotą, będąc w pojedynkę. Jej usta rozchyliły się, gdy dostrzegła, że ów stworzenie coś trzyma, ewidentnie zaabsorbowane swoją zdobyczą, której Evelyn nie zdążyła się dokładnie przyjrzeć, ponieważ kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Mężczyzna spacerował jak gdyby nigdy nic, zapewne nie był nawet świadomy czyhającego niebezpieczeństwa. W głowie kobiety jedynie przez chwilę bazowała myśl, by nie reagować, by odpuścić, ale nie mogła tak po prostu pozwolić mężczyźnie na starcie – po pierwsze olbrzym znalazłby się również zbyt blisko niej, po drugie miała w sobie jeszcze sporą dozę przyzwoitości. Na Merlina, czy on naprawdę nie słyszał tych kroków? Nie czuł wibracji pod stopami? Jego też już zaczęła wyklinać w myślach, nie znała go, ale należało mu się!
Poczekała chwilę widząc, że zaraz będzie przechodził obok niej, po czym wykonała jedną z najgłupszych rzeczy w swoim życiu – złapała mężczyznę za ramię i korzystając ze zdezorientowania i zapewne zachwiania nieznajomego, przyciągnęła go mocno do siebie i spróbowała drugą dłonią zakryć mu usta, gdyby ten miał zamiar zacząć się w jej kierunku wymądrzać lub protestować. Despenser miała szczęście, że trafił się mężczyzna, ponieważ była szansa, że nie odezwie się ani słowem i najpierw na nią spojrzy, a jej twarz w tej chwili, choć niecodziennie, wyrażała wszystkie emocje, które mogłyby być ogromnym znakiem z napisem „niebezpieczeństwo”. Nie puściła mężczyzny, aż nie wycofała się z nim na tyle, by czuć się względnie bezpiecznie przy wydawaniu z siebie słów szeptem. Potem dopiero wskazała nieznajomemu miejsce, gdzie stał olbrzym, jednak nie wysiliła się na więcej. Nie miała przecież nawet zamiaru go przepraszać za swoje zachowanie, nie został zjedzony, więc również nie powinien mieć pretensji. Teraz trzeba było jedynie pomyśleć co w tej sytuacji będzie najrozsądniejszym krokiem.


I've learned to live
half alive

Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Jak bardzo dziwne było napotkanie kolejnej, wielkiej istoty magicznej zaraz po wyjściu ze smoczego rezerwatu? Pochłonięty myślami Jayden początkowo nie zwracał w ogóle uwagi na przygłuszone dudnienie dochodzące gdzieś z oddali. Wiatr niosący się po wrzosowiskach i uderzający go w twarz również nie pomagał w wyłapaniu czegoś, co dla kogoś niewyczulonego było trudne bądź niemożliwe do wykrycia. Czy wykazywał się bezmyślnością w tym postępowaniu? Wiedział, że tak. Wiedział, że powinien był od razu po załatwieniu spraw w Peak District, aktywować swój świstoklik i zniknąć z Derbyshire, pozostawiając za sobą wszystko, co złego i poronionego niosła w swych granicach Anglia. Ale nie był w stanie. Dziwna ciekawość ciągnęła go ku podświadomemu niebezpieczeństwu - by przekonać się, co zostało z kraju, który kiedyś znał. Wiedział, że nie wszyscy ze szlacheckich rodów byli przychylni aktualnemu rządowi i to w jakiś sposób ratowało sytuację, lecz tak naprawdę dostrzegał dwie bezmyślnie zbijające się siły. Nie zaś przemyślany konflikt, który prowadziłby do jakiegoś sensownego zakończenia. Jedni i drudzy szukali sojuszników gdzie tylko się dało - rodzice wspominali nawet coś o liście od Ollivanderów do dziadka Ronana, w którym to nestor prosił ich rodzinę o wsparcie. Brzmiało to dziwnie z kilku względów i chociaż Jayden nie znał nikogo z ów lordów, pamiętał, że w przeszłości Vane'owie współpracowali z różdżkarzami. Odkąd jednak odeszli z ziem należących do dawnych opiekunów, relacje zanikły. Być może nie z pamięci, lecz te nie wystarczyły. Lata mijały, więzi pękały, przypomnienie się o tym wyglądało dość... Desperacko. Głównie dlatego, że przodkowie Jaydena Vane'om nic nie było do arystokratycznych potyczek i nie mieli również ichniej zbitej struktury. Nie mieli jak odpowiedzieć jednym głosem, o czym arystokraci zdawali się nie wiedzieć lub usilnie ignorować. Rozsiani po Wielkiej Brytanii potomkowie Diarmuida Ua Duibhne mieli kontakt między sobą zaledwie listowy i tylko raz do roku spotykali się całym gronem. Poszczególni członkowie mogli wesprzeć potrzebujących swoją wiedzą, lecz nie posiadali środków do walki. I chociaż nie byli żołnierzami, w ich irlandzkiej krwi płynęły geny feniańskiego wojownika - mieli pomóc. Mieli to jednak zrobić tak, jak oni tego chcieli. Na własnych warunkach.
Rozmyślając o tym, co miało się wydarzyć, nie zastanawiał się nad tym, co działo się aktualnie. Czarodziej przypisywał wszelkie trzęsienia ziemi osiadającym tubalnie na ziemi smokom, które zostawił za plecami - jak się okazało mylnie. Nie zdążył więc zareagować, gdy poczuł nagła szarpnięcie, a następnie czyjąś dłoń na ustach. Mógłby próbować się wyrwać, lecz nie zrobił tego. Nie zrobił tego, bo tuż przed nim pojawiła się twarz, której uważne oczy wbijały się w te należące do niego - zdezorientowane. Duże, jasne, otoczone ciemną obwódką przekazywały mu coś, co wywołało niepowstrzymany dreszcz. Były równocześnie brutalnie pewne i niepowstrzymane. I... Dziwnie znajome... Być może dlatego też nie opierał się i dał się poprowadzić dalej, naśladując ruchy nieznajomej, która starała się za wszelką cenę zachowywać ciszę. Zatrzymali się w dalszej części zalesionego terenu, kucając przy gęstych krzakach i dopiero tam kobieta go puściła. Wymownym ruchem wskazała odpowiedni kierunek, każąc Jaydenowi spojrzeć w tamtą stronę - zauważając majaczącego olbrzyma, kolejny, nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez ciało profesora. Jeszcze chwila i jego bezmyślna przechadzka skończyłaby się tragicznie, gdyby nie nieznajoma... Uratowała mu życie, chociaż nie musiała i mimo że wiedział, że musiał jej podziękować, nie byli jeszcze bezpieczni. Wyciągnął więc różdżkę ze specjalnej kieszonki w rękawie i zaraz poczuł, jak drewno zaczynało rozgrzewać się w palcach - magia powoli się budziła, gdyby musieli walczyć. Skinął jedynie głową czarownicy, chcąc potwierdzić, że miał być u jej boku, chociaż ciągle czuł, jak serce uderzało mu mocniej w klatce piersiowej.
Nie miał pojęcia, ile trwali tam w bezruchu, czekając na odejście olbrzyma. W rzeczywistości była to zapewne chwila, lecz całe zamieszanie, przyspieszony przepływ krwi i nadmiar emocji stworzyły dziwną mieszankę ogłupienia. Dudnienie w końcu ustało, drżenie gruntu również - byli chyba bezpieczni. Dopiero wtedy Jayden odważył się poruszyć, czując przy okazji, jak ten moment go wyczerpał. Wyczekujące, nieprzyzwyczajone do zachowania ciszy mięśnie drżały i być może dlatego nieco bujnęło go w bok, gdzie oparł się ręką o coś, co w swojej strukturze nie przypominało roślinności. - Co to jest? - powiedział cicho, zabierając dłoń i dostrzegając cienkie nitki materiału. Jego ubranie, chociaż brudne od skradania się w lesie, nie było rozdarte. Skąd więc włókna w lesie? Odgarnął przeszkadzające mu gałązki krzaka, by dostrzec, co się za nimi znajdowało i... Odskoczył gwałtownie, wpadając na swoją towarzyszkę, ale nie był w stanie tego nawet zauważyć. Nie był w stanie zrobić czegokolwiek... Nie miał więc pojęcia, jakim cudem poruszył się ponownie, by odsunął blokujące pnącza ponownie i przyjrzeć się temu, co leżało za nimi bliżej... - To... To ciało? - wychrypiał, chociaż tak naprawdę było to bardziej pełne przerażenia stwierdzenie niźli pytanie.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Do ostatniej chwili rozważała, czy aby nie popełniała właśnie błędu, który będzie opłakany w skutkach. Nie była w pełni zmysłów, starając się jednocześnie zapanować na tym, co właśnie odgrywa się w jej otoczeniu, jak i nad emocjami, którym poprzez klątwę nie mogła ufać, traktując je jako zdradzieckie. Gniew mógł nadejść w każdej chwili, napędzany adrenaliną mógłby doprowadzić do tragedii, do uwolnienia przekleństwa za którego czyny odpowiedziałaby własnym życiem. To właśnie dlatego wciąż kątem oka zerkała na własne dłonie, absurdalne przyzwyczajenie weszło jej w nawyk odkąd zdała sobie sprawę gdzie tak naprawdę zaczyna się jej fizyczna przemiana. Drżenie rąk nie było jednak zwiastunem wydostającej się kreatury, był to zwiastun obawy i jednoczesnego przygotowywania się jej ciała na dalsze działania. Wykorzystała więc to najlepiej jak mogła – łapiąc nieznajomego tak, by mieć pewność, że nawet, gdyby próbował się wyrwać, to ona mogłaby jeszcze co najmniej kilka chwil utrzymać przewagę. Nie było jednak takiej potrzeby, co jednocześnie ją zaskoczyło, ale również dodało pewności siebie. Wtedy tez złapała z nim kontakt wzrokowy, bacznie wpatrując się w niebieską barwę tęczówek, analizując bez subtelności emocje przekazywane przez samo spojrzenie mężczyzny. Zupełnie tak, jakby za pomocą spojrzenia mogła wniknąć w czyjąś duszę. Nie trwało to długo, choć mogło wydawać się zgoła inaczej. Evelyn cały czas z tyłu głowy miała świadomość, że kurczowo trzyma na nim zaciśniętą dłoń, dlatego nie chciała sobie pozwolić na popadanie w konsternację spowodowaną bliskim zetknięciem z innym człowiekiem. Puściła go dopiero, gdy uznała, że jest na tyle bezpiecznie, by móc to zrobić. Prawdopodobnie miało to swoje drugie dno – ona czuła się bezpieczniej, trzymając kogoś, kto był w równie beznadziejnej sytuacji, dodawało jej to bowiem krztę odwagi, jakby musiała czerpać ją od kogoś innego, bo jej własna była znikoma, zużyta na bezmyślny ruch w celu uchronienia nieznajomego przed zetknięciem się z olbrzymem. Puszczając mężczyznę, musiała kilkukrotnie rozprostować i zacisnąć dłoń, co znaczyło, że jej uchwyt musiał być mocniejszy niż się spodziewała. Pozwoliła złapać sobie kilka głębszych, niemal bezdźwięcznych wdechów, gdy tylko zrozumiała, że niemal przez cały czas, bez kontroli wstrzymywała powietrze w płucach na tyle, na ile było to tylko możliwe. Nie chciała też więcej spoglądać na olbrzyma, przed którym właśnie się ukrywali, dlatego bezmyślnie skupiła swoją uwagę na różdżce, którą ów nieznajomy wyciągnął, mając nadzieję, że nie trafiła aby na jakiegoś masochistycznego samobójcę, wewnątrz obiecując sobie, że prędzej ona go powali, używając całej swojej siły, niż on wyskoczy na to diabelskie stworzenie. Widziała jednak wcześniej w jego oczach zrozumienie i akceptację, dlatego nie sądziła, by nadmierna obawa była konieczna, aczkolwiek pozwalała jej chwilowo skupić się na czymś innym, zająć myśli na czas, aż nieprzyjaciel odejdzie w swoją stronę, byle dalej od nich.
Czekała. Wytrwale trwała w bezruchu, zupełnie jak po przemianie, gdy rankiem wszystko bolało ją tak, że każdy ruch był katuszą porównywalną do odrywania płatów skóry, wraz z przyspieszonym, bestialskim zrastaniem się kości. Miała to opanowane, mogła tak trwać choćby i godzinami, aż przestałaby czuć dyskomfort spowodowany skrzywieniem ciała w niedogodnej pozycji. Na szczęście stwór nie zwlekał z odejściem, odejmując w ten sposób choć trochę nerwów z i tak już zszarganego umysłu kruczowłosej. Poruszyła się dopiero, gdy miała całkowitą pewność, że odszedł dość daleko, nie zmieniając kierunku. Była tak skupiona na wsłuchiwaniu się w przestrzeń, że gdy tylko nieznajomy się odezwał, drgnęła w mieszaninie zaskoczenia i niepokoju. Zmarszczyła brwi, podążając wzrokiem w kierunku miejsca na którym spoczął wzrok jej przypadkowego towarzysza. Już miała powiedzieć, by niczego nie dotykał, jednak słowa nie przeszły przez jej zaciśnięte i zaschnięte gardło i zanim odzyskała zdolność mowy, została przewrócona z kucek na plecy. W zaskoczeniu zaklęła, od razu odzyskując głos i spiorunowała zimnym spojrzeniem winowajcę całego tego zajścia, w tej samej chwili niedelikatnie go od siebie odsuwając. Zagotowała się od środka i już miała niecenzuralnie zrugać czarodzieja za nieuwagę, ślamazarność i brak wyczucia, jednocześnie podnosząc się co najmniej co poprzedniej pozycji, ale wtedy właśnie odsłonił pnącza, a jej oczom ukazało się ciało bez życia. Zmieszanie, niepokój, dezorientacja – nowe uczucia, zastępowały te, które dopiero co zaczynały stopniowo znikać po spotkaniu z olbrzymem. Despeser przełknęła ślinę, zbliżając się do trupa, czego zaraz pożałowała, krzywiąc się mimowolnie z powodu tak bliskiego kontaktu, ale zmianą miejsca zakryła po części dostęp do ciała mężczyźnie, jakby jego reakcja powiedziała jej, że tak będzie lepiej. Przez myśl jej przeszło, że ma już wystarczająco dość doznań na dziś dzień, że już nigdy, ale to  przenigdy nie wyjdzie z domu, że się tam zabarykaduje, że świat jest zły, że ta wojna, gniew, czyhający z każdej strony mrok jest dla niej zbyt przygniatający, że się tym dusi. Jej mimika była zdecydowanie silniejsza od jej myśli – wyglądała na mniej poruszoną, niż to było w rzeczywistości.
- To… Ja nie rozumiem… - Wychrypiała, zdradzając swoje poruszenie tonem głosu, delikatnym drżeniem w wygłaszanych słowach. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując uspokoić nerwy i nie zacząć oceniać tego wszystkiego miarą podyktowaną przez wyobraźnię i doświadczenia. Rozejrzała się, szukając wzrokiem czegoś, co mogłoby jej wytłumaczyć tę sytuację, co pomogłoby jej rozumieć, jednocześnie nakierowując na przyczynę. – Ale dlaczego tutaj? – Zadała pytanie, nie mogąc ukryć nawet nagłego przypływu złości. Przemogła się, odsłaniając dłonią gęstą trawę, która zakrywała siną pręgę na pociemniałej, poplamionej szyi, sam obraz wywołał u kobiety ponowne drżenie dłoni, jakby to dotknęło bezpośrednio jej duszy, jakby odczuwała szarpnięcie wielu emocji. Tu jednak chodziło o coś innego, o niesprawiedliwość, ponieważ nikt nie zasługiwał na taką śmierć, tym bardziej w takim miejscu. Z piersi Szkotki wydobyło się westchnienie, po którym jej uwagę przykuło miejsce w którym trawa okalała twarz ofiary. W pierwszym odruchu wyciągnęła dłoń, by odkryć roślinność, by choć honorowo dać tej śmierci jakiegoś świadka, który by pamiętał, ale… Nie mogła się przemóc, musiała się wpierw oswoić z tym co zobaczyła, by móc podjąć świadomą decyzję, która mogła wpłynąć na jej przyszłość, musiała pogodzić się z faktem, że to może jej się śnić, prześladować jej umysł, że będzie widywać tę twarz zupełnie jak twarz pierwszej znanej jej ofiary Sorena. Ta myśl wstrząsnęła nią w takim stopniu, że aż zmusiła ciało co wycofania się, choć trochę, na zaledwie kilka kroków, zatrzymując się przy ramieniu nieznajomego, którego przypadkiem szturchnęła.
- To zbyt wiele – przyznała, godząc się z pewną porażką, nie spoglądając nawet na swojego towarzysza, jakby spojrzenie mogło ją zdradzić. Nie miała do czynienia ze śmiercią, tym bardziej z taką, jak ta, a intuicja podpowiadała jej, że ta istota nie była niczemu winna i to trawiło Evelyn od środka.
Evelyn Despenser
Evelyn Despenser
Zawód : hodowca magicznych stworzeń
Wiek : 30
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
My mother's child dancеs in darkness and sings heathen songs by thе light of the moon and watches the stars and renames the planets
OPCM : 13
UROKI : 8
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Wilkołak
Wrzosowisko, Derbyshire - Page 7 Original
Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9065-evelyn-despender https://www.morsmordre.net/t9070-wloczykij#273545 https://www.morsmordre.net/t9069-evelyn-po-prostu-eve#273540 https://www.morsmordre.net/f168-szkocja-balmaha-farma-despenser https://www.morsmordre.net/t9075-skrytka-bankowa-2130 https://www.morsmordre.net/t9076-evelyn-despender#273691

Powrót do góry Go down

Przypominali dwójkę dzieci ukrywających się przed złym wzrokiem dorosłego - trzymających się blisko siebie, starających nie wydawać żadnego odgłosu, pragnących znaleźć się w innym miejscu, lecz równocześnie cieszących się w jakiś niezrozumiały sposób z własnej obecności. Byli swoim wzajemnym pocieszeniem i równocześnie zrozumieniem - kto w końcu lepiej niż oni sami, miał pojąć sytuację, w jakiej się znaleźli? Z bijącymi, niepewnym sercami, które wydawały się aż za głośne - zupełnie jakby było je słychać w okręgu całej mili. Szum szalejącej krwi odbijającej się w uszach nie pomagał w koncentracji, ale początkowe zaskoczenie było łatwiejsze do zniesienia, gdy zobaczył kobiecą twarz. Początkowe spięcie mięśni i chęć sięgnięcia po różdżkę wywołane nagłym uchwytem odeszły w tym jednym momencie. Czy to przez podobieństwo rysów do tych ukochanych, czy intensywne spojrzenie - przestał obawiać się nieznajomej, zupełnie jakby momentalnie powiedziała mu wszystko, co musiał wiedzieć. W niewerbalnej komunikacji nie widział płynącego od niej zagrożenia, nie widział również skierowanego gniewu ku niemu. To było coś większego, innego od nich samych. Coś wychodzącego poza zachowanie jego jak i jej. Nic nie powiedziała, ale wiedział. Dziwnie czuł. Nie buntował się już więc, pozwalając na to, by spięte ramiona odpuściły; by palce nie zaciskały się na drwie różdżki. Odpuścił, widząc równocześnie, że zadziwił tym samym samą czarownicę. Ile trwało to ichnie zawieszenie - ciężko było powiedzieć. Dalsza część przeciążyła nad pierwszym aktem spotkania, rozmywając dziwne zawieszenie i zostawiając je za sobą. Czekając na odejście olbrzyma, Vane czuł się pewniej, mając u boku drugą osobę. Nie bał się aż tak bardzo, jak w przypadku przeżywania ów chwili w pojedynkę, mimo że nie powinien był przecież życzyć nikomu podobnej sytuacji. Dłoń zaciśnięta na jego przedramieniu otrzeźwiała go jednak i sprowadzała na ziemię - czuł wbijające się w materiał paznokcie, mimo że rękaw płaszcza, marynarki i koszuli oddzielały kobiecą rękę od męskiej skóry. Chciał jej dotknąć i dodać otuchy, jednak zanim to zrobił, puściła go, a odruch profesora nigdy nie dosięgnął celu. Ukryci między drzewami, za gęstwiną nie musieli obserwować olbrzyma majaczącego w oddali, by czuć, jak się poruszał. Palce jednej ręki zaciskały się Jaydenowi na różdżce, drugie leżały na ziemi, by wyczuwać dudnienie. Zamknął na jakiś czas oczy, chcąc uspokoić walące serce i skupić się na krokach stwora, by w razie czego podjąć decydujący krok o aktywowaniu świstoklika. Nie rozmawiali między sobą. Skupili się już na czekaniu.
Czekaniu, które zwieńczone być powinno oddechem ulgi, lecz nic takiego się nie wydarzyło. Gwałtowna reakcja wpadającego ciała na drugie umknęła profesorowi, który w normalnych warunkach zainteresowałby się stanem swojej towarzyszki, przepraszając wpierw żarliwie i zapewniając, że niczego złego nie chciał ani nie miał na myśli. Tak się jednak nie stało, bo wprowadzony w stan szoku umysł nie zarejestrował nawet silnego odepchnięcia, którego dokonała czarownica. Wszystko skupiało się jedynie na ciele. Na leżącej w trawie martwej kobiecie. Gdyby rzeczywistość prezentowała się normalnie, powiadomiliby odpowiednie służby. Skontaktowaliby się z magiczną policją, być może złożyli jakieś zeznania i wrócili do domów. Ba! Gdyby wszystko było takie, jak powinno, nie znaleźliby nawet tego ciała. Aktualność jednak prezentowała się zgoła inaczej - nie było do kogo się odnosić. Nikt nie miał im pomóc. Ani wybronić gdyby zostali oskarżeni. Serce łomotało jak szalone, a Jayden czuł jak gardło gwałtownie mu zaschłono - zupełnie jakby cała wilgotność ulotniła się z jego ciała. Obserwował niczym zahipnotyzowany porzucone zwłoki, przypominając sobie o leżącej na stole Pomonie. Martwej żonie, której nie poznawał. Której poznać nie chciał. Poruszył się w końcu, widząc ruch nieznajomej i idąc niejako jej śladem, by zbliżyć się pomimo strachu i próbować zrozumieć to, co się wydarzyło. A wydarzyć musiało się wiele. Nie był aurorem, nie umiał śledzić, ale mógł chociażby spróbować patrzeć. Patrzył więc, starając skupić się na przedmiotach niźli na samym fakcie, że właśnie kucał obok martwej kobiety. Obserwował leżące na brzuchu ciało, rozwiane włosy, rozdarte ubrania, aż nie dotarł oczami ku zaciśniętej na czymś dłoni. Pochylił się bliżej, starając się nie myśleć o smrodzie, który zaczął do niego docierać i powodować niemalże trudności w oddychaniu. Wystarczyła jednak chwila, by wiedział dokładnie, z czym miał do czynienia. - To różdżka. Złamana - oznajmił i dopiero wtedy spojrzał przez ramię, patrząc na odwróconą do niego plecami kobietę. Trącenie go wcześniej, jej słowa gdzieś się rozmyły między wrażeniami bombardującymi wszelkie zmysły, ale gdy powoli zaczął przyzwyczajać się do sytuacji, dostrzegł również to, co działo się z nieznajomą. I fakt, że była poruszona. Jayden zacisnął usta, po czym przejechał dłonią przez włosy, czując, jak ciężar sytuacji przygniatał każdy gram jego egzystencji. Czuł również odpowiedzialność, bo nie był sam. Nie był w tym koszmarze sam. Podniósł się więc powoli z kucek, jakby zamierzając ruszyć w stronę nieznajomej, ale nie zrobił żadnego kroku. - To już się stało - zaczął, wpatrując się w tył kobiecej głowy i zastanawiając się, co powinien... Nie wiedział, co miał powiedzieć. Wszystko będzie dobrze? Jak się pani czuje? Wszystko nie miało być dobrze, a jej odczucia doskonale znał. Wszak je właśnie współdzielił. Podejść. Pocieszyć. Być może kiedyś. Teraz już nie. - Nie możemy jej tu zostawić. - Znów nic. - Jeśli nie dasz rady, zrobię to sam. - Zrozumiałby przecież. Rozumiał to. Sam dopiero teraz odczuwał drżenie rąk, które musiał zacisnąć na trzymanej przez siebie różdżce, by przynajmniej w jakiś sposób móc je kontrolować.


what survived may not be the same, but it's me
BEAUTIFUL AND KIND,
BUT sad

Jayden Vane
Jayden Vane
Zawód : astronom, profesor, publicysta, badacz, nauczyciel, głowa domu roweny ravenclaw, ojciec
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowiec
Sometimes the truth
Isn’t good enough.
Sometimes people deserve more.
Sometimes people deserve
To have their faith rewarded.
OPCM : 43
UROKI : 25
ELIKSIRY : 2
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 1
SPRAWNOŚĆ : 12
Genetyka : Czarodziej

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4372-jayden-vane#93818 https://www.morsmordre.net/t4452-poczta-jaydena#95108 https://www.morsmordre.net/t4451-lucky-star#95083 https://www.morsmordre.net/f113-irlandia-killarney-national-park-upper-cottage https://www.morsmordre.net/t4454-skrytka-bankowa-nr-1135#95111 https://www.morsmordre.net/t4453-jayden-vane

Powrót do góry Go down

Strona 7 z 9 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9  Next

Wrzosowisko, Derbyshire

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach