Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sabat, 1952
AutorWiadomość
Sabat, 1952 [odnośnik]23.09.15 18:13
Dusił się obecnością tylu ludzi w jednym miejscu i chociaż gospodarze otworzyli przed nimi podwoje swojej rezydencji, udostępniając liczne pomieszczenia z salonami i salami bankietowymi na czele, Colin nie był w stanie znaleźć miejsca na tyle spokojnego, by móc przez chwilę odpocząć. Jego cokolwiek niepewna pozycja w świecie szlachty przynosiła jednak sporą korzyść - nie każdemu musiał podawać rękę i nie przed każdym skłaniać głowę w jakimś absurdalnym geście równości lub, jak zapewne niektórzy sądzili, nawet geście poddaństwa. Teraz, w czasie Sabatu, arystokratyczny spęd zyskiwał swoje apogeum, a kulminacja szlacheckiej błazenady budziła w Colinie coraz większy wstręt. Nie mógł jednak odmówić uczestnictwa w tym zlocie, po raz kolejny wymawiając się nieistniejącą chorobą; jeśli chciał umacniać swoją pozycję i tworzyć wokół siebie grono - och, nie, zdecydowanie nie przyjaciół - ludzi, którzy byliby mu pomocą w prowadzonych interesach, nie powinien się tak jednoznacznie separować od swoich szlacheckich znajomych. Jeden wieczór nie był zbyt dużym poświęceniem wobec zysków, jakie mógł dzięki temu osiągnąć, a pieniądze które posiadał, chociaż stanowiłyby łakomy kąsek dla łowców posagów - oczywiście gdyby kiedykolwiek miał nieprzyjemność posiadać córkę - mimo że przydatne w wielu sprawach, nie mogły zastąpić pozycji, jaką dawała przynależność do szlachty. Pełna przynależność, zaakceptowana przez arystokratów, którzy póki co wciąż postrzegali go jako buntownika z wyboru. I choć do tej pory mu to nie przeszkadzało - wszak przebywanie w rezydencji w Inverness nie niosło za sobą żadnych przykrości, wręcz przeciwnie - teraz miały nastąpić czasy zupełnie odmienne.
Krążył więc między stolikami, parami i grupkami osób, które rozmawiały ze sobą przyciszonymi tonami lub wręcz przeciwnie, roztaczając wokół absurdalny harmider; wymijał młode i nie całkiem młode panny z arystokratycznych rodów, dla których był to niekiedy pierwszy Sabat i pierwsza okazja, aby wyhaczyć odpowiedniego męża - a właściwie okazja dla ich ojców, bo one same za wiele nie miały do powiedzenia. Uśmiechał się uroczo, kłaniał uniżenie, całował wierzchy niewieścich dłoni, dopiero teraz dobrze się bawiąc; kobiece towarzystwo było sporym zadośćuczynieniem arystokratycznego zaduchu. Nie omieszkał zresztą tego wykorzystać, w szybkich rozmowach podkreślając swój kawalerski stan i obserwując, jak dziewczęce oczy nagle błyskają nowym światłem zainteresowania, a ich ojcowie lub matki, zawsze ktoś im bowiem towarzyszył, ożywiają się chorobliwie. Być może z kilkoma z nich zawrze bliższą znajomość, odwiedzając ich majątki, zastanawiając się nad zmianą kawalerskiego stanu, który wbrew pozorom zaczął mu już dokuczać.
Jako mężczyźnie wiele rzeczy uchodziło mu na sucho, jednak liczne romanse - a na pewno liczniejsze, niż przewidywała nawet bardzo liberalna arystokratyczna etykieta - mogły niedługo zniszczyć jego reputację jako człowieka odpowiedzialnego, stonowanego i znającego się na interesach, jednak nieszczęśliwego w miłości. Minął kolejną ogromną salę pełną obrazów, które łypały na gości z góry, szepcząc coś między sobą; strażnicy historii i tradycji, wielowiekowe przyzwoitki, niechętnym okiem patrzące na wszelkie przejawy niemoralności, gdy młodemu szlachcicowi omsknie się wzrok, wędrując wręcz nieprzyzwoicie w wycięcie kobiecego dekoltu. Być może dlatego Sabaty miały swój własny narzucony styl i własne wymagania co do ubiorów? Może te bardziej nowoczesne matrony organizujące przyjęcia specjalnie narzucały styl krzykliwy, ledwie mieszczący się w etycznych standardach, by wszelkim młodzieńcom dać nacieszyć oczy kuszącymi kobiecymi walorami? Parsknął śmiechem w myślach, przechodząc do mniejszego pomieszczenia, w którym kręciły się tylko dwie osoby, a trzecia, wbita w elegancki czerwony fotel z miękkim oparciem, w którym przyjemnie byłoby się zapaść, obserwowała ich nieco znudzonym spojrzeniem. szybkie spojrzenie na przeciwległe drzwi, za którymi widniał kolejny wielki salon wystarczyło, by Colin uznał - chociaż chwilowo - obecne pomieszczenie za odpowiednie na moment odpoczynku i oddechu przez kolejną porcją czarujących uśmiechów i słownego płaszczenia się przed ich ekscelencjami, których nazwiska zapamiętywał równie szybko, jak były mu przedstawiane.
- Pan pozwoli - powiedział, wcale nie czekając na pozwolenie, ale egzamin z pozorów uprzejmości i dobrego wychowania wciąż zdawał na piątkę z plusem. Sąsiedni fotel był ustawiony w idealnej symetrii z tym, w którym siedział nieznajomy, a popielnica na stoliku leżała na jego absolutnym środku, jakby domowe skrzaty wszystko ustawiały pod linijkę, czemu Colin wcale by się nie zdziwił. Gdyby nie ogień z kominka i świece płonące na ścianach, pomieszczenie tonęłoby w ponurej ciemności, pozbawione okien i dostępu zewnętrznego światła.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]24.09.15 19:08
Nigdy nie był miłośnikiem zabaw i bankietów, nawet najwystawniejszych, organizowanych przez szanowane arystokratyczne rody. Jednak jak na szlachcica przystało, musiał zaszczycać swoją obecnością ludzi, na których opinii absolutnie mu nie zależało i brylować w towarzystwie, z doskonałym uśmiechem nieustannie goszczącym na ustach. Spełnianie tych sztywnych wymogów mierziło Avery’ego, aczkolwiek kontynuowanie tradycji uważał za swój obowiązek. Nie protestował więc, kiedy wręczano mu zaproszenie na Sabat, nie próbował wymówić się wyimaginowaną chorobą bądź natłokiem obowiązków. Minął już ochronny okres żałoby po śmierci Cecile i nadszedł czas, aby Samael nareszcie powstał z martwych.
Co oznaczało kolejne umizgi i konieczność spoufalania się z tałatajstwem, którego nie brakowało nawet wśród szlachty. Avery z ciężkim sercem przekraczał progi pałacyku, w którym zaczynało się jego piekło na ziemi: ciżba ludzi, setka wyperfumowanych ciał ocierających się o siebie i zbyt głośne tony jękliwych skrzypiec. Elegancka orgia wyrafinowanego towarzystwa: tak bawili się arystokraci, miast zażywać rozkoszy w brudnych, ciemnych uliczkach, organizowali huczne bale, gdzie konwenanse i etykieta umykały przed czujnym wzrokiem starszego pokolenia, przykryte długimi obrusami zwisającymi z antycznych stołów zastawionych kieliszkami krwistoczerwonego wina.
Interesującym Avery’ego dużo bardziej niż dziewczęta przedstawiane mu po kolei – niekończący się korowód niewieścich twarzy i wypielęgnowanych dłoni, identycznych w swej szarej zwyczajności. Każda piękna, zadbana i niestety – pospolita. Samael nie musiał posiłkować się legilimencją, aby odgadnąć emocje wypływające ze wszystkich świeżo zapoznanych młódek. Których nazwiska zapewne pozostaną mu w pamięci na długo, acz nijak nie będzie potrafił dopasować ich do odpowiedniego lica. Każda była tak samo płytka, dotyk miękki, niepewny i obrzydliwy, a oczy rozpalone identyczną nadzieją na choćby jeden taniec czy komplement z jego ust. Avery jednak pozostawał sztywno uprzejmy, nie szarżując z czułymi słówkami. Oszczędność przede wszystkim, więc praktycznie udawał niemego, zachwyconego cudowną zabawą, powabem otaczających go dam oraz programem artystycznym minionego Sabatu. Tym sposobem chronił się przed przykrością konwersacji z głupiutkimi pannami na wydaniu, które zdawały się na niego czyhać. Avery zaczynał czuć się osaczony i doszedł do wniosku, iż błędem było pokazywać się na przyjęciu. Nie mógł wszak ryzykować przetrąceniem kilku karków, a nachodziła go ochota na spektakularną demonstrację siły. Czy powinien poddać się tej chwili i poprowadzić odważniejszą z pannic na romantyczną przechadzkę po ogrodzie, aby następnie chyłkiem przemknąć w kierunku sypialni? Mógł zdobyć cały bukiet niewieścich wianków tej jednej nocy – lecz nie zamierzał upodabniać się do krążących opodal amantów o reputacji skalanej licznymi miłosnymi podbojami. O ile Samaelowi nie zależało na sympatii, tak dbał o swą dobrą sławę, która winna go wyprzedzać i zapewniać swoistego rodzaju immunitet w ekstremalnych przypadkach utraty kontroli. Starał się zatem wypaść wiarygodnie: jak młody mężczyzna, który wciąż cierpiał po starcie umiłowanej żony, przez co należało traktować go ulgowo. I nie zmuszać do wdzięcznych uśmiechów i zabawiania młodych dziewcząt, aż podrygujących z radości, kiedy uraczył je chociażby chłodnym spojrzeniem. Nareszcie udało mu się jednak porzucić (nie)miłe towarzystwo i wymówić się bólem głowy, pozwalającym mu przenieść się do mniejszego, mniej obleganego saloniku. W którym nareszcie mógł zaczerpnąć powietrza i nie udawać, że jest olśniony blaskiem wnętrza oraz wielce szanownych person. Zapadł się w miękkim fotelu, ignorując pozostałe osoby przebywające w pomieszczeniu i przyjął kieliszek wina z rąk przechodzącego obok kelnera. Upił łyk trunku i oblizał wargi ze smakiem. Podniósł nieco szkło, jakby chciał ocenić jakoś kryształu, z jakiego została wykonana zastawa – w ich dworze używali stanowczo ładniejszych do zwykłych, niedzielnych obiadów. Uwagi wszakże zachował dla siebie, podobnie jak znudzenie Sabatem. Którego nie okazywał, pomny na zasady dobrego wychowania, jakie wpoiła mu matka. Szkoda, że nie mogła przybyć tu z nim – wówczas ten wieczór nie byłby jeszcze dla Samaela straconym. Niestety, Laidan spędzała go u boku – o zgrozo – Reagana, co już wywoływało w Averym słuszny gniew i palącą zazdrość. Tuszował ją jednak znakomicie, popijając w samotności wino i wyglądając jedynie na nieco znużonego trwającymi baletami i niechętnemu wszelkiemu towarzystwu. Co zostało niestety zignorowane przez mężczyznę, który chwilę temu pojawił się w salonie, a teraz wygodnie rozsiadał się tuż obok niego. Podejmując próbę rozpoczęcia typowej arystokratycznej dyskusji w konwencji nowomowy. Mogliby zaiste długo dywagować o polityce, spornej kwestii mugoli tudzież o wyjątkowo bogatym sezonie artystycznym, nie wysnuwając konkretnych wniosków – do takich rozmów zostali wszakże doskonale przygotowani i przyuczeni. Avery jednakże nie miał na to najmniejszej ochoty, więc tylko skinął głową, dopijając ostatnie krople wina ze swojego kieliszka.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]24.09.15 19:51
Chłodne przyzwolenie mogło zostać przez co wrażliwszych przedstawicieli socjety odczytane jako jawna kpina i odebrane jako ujma na honorze - tym samym, który wielu z nich przez lata pielęgnowało szlachetnymi czynami doprowadzając go do przesadnego apogeum anielskości - dla Colina w tym momencie było jedynie przejawem szlacheckiej gburowatości. Czegoś, z czym każdy arystokrata praktycznie się rodził, czego nauki pobierał nieświadomie, uczony o swojej wyższości, swojej przewadze nad tymi nieszczęśnikami i maluczkimi, którym nie dane było przyjść na świat w odpowiednim stanie, a którzy swoją obecnością plugawili czarodziejskie salony, będąc zaledwie półkrwi lub mugolakami, podstępnie wdzierającymi się w magiczne podwoje. Chłodne skinienie, jakby był pariasem wykluczonym ze społeczeństwa, a może tylko kolejnym nudnym elementem w tle, który chwilowo pojawił się w polu widzenia Samaela i który należało jak najszybciej odegnać, stało się jeszcze większym, przekornym pretekstem do tego, by pozostać w miękkim fotelu jak najdłużej. Już nie tylko z chęci odpoczęcia od zgiełku i przyjemności spoglądania na niewieście oblicza, lecz z czystego buntu, by badać dalej reakcje nieznajomego, by sprawdzić, czy skinięcie było przypadkowe, wywołane ludzkim znużeniem, czy niepokornością względem innego szlachcica.
- Colin Fawley - przedstawił się, by chwilę później zręcznie zebrać z tacy mijającego go kelnera kieliszek wypełniony płynem, który dla jednych był błogosławionym zbawieniem, dla innych zaś stanowił grzeszne przekleństwo straty niewinności. Dłoń, która kilka minut temu nieśmiało ściskała dziewczęce palce, drżąc przed czujnym okiem ojca, pewnie zaciskała się na smukłej nóżce, czerpiąc odrobinę chłodu ze wypełnionego alkoholem szkła. Pewność obecna była również we wzroku Colina, z zainteresowaniem błądzącym po sylwetce mężczyzny, jakby wszelkie konwenanse i uprzejmości zrobiły sobie nagle wolne. Jakaś mglista myśl, gazetowe wycinki i wyrywki informacji błądziły gdzieś w tyle głowy, kpiąc sobie z niego okrutnie i nie pozwalając mu skojarzyć prostych faktów; twarzy, którą już gdzieś widział, z ponurymi, ciemnymi oczami spoglądającymi z papierowych stron Proroka. Nie był to z pewnością nikt z jego branży, tych szlachciców znał bowiem aż nazbyt dobrze, bijąc przed nimi usłużne pokłony. - Nie wydaje się pan zbyt zainteresowany przyjęciem, ani kolejką dam czekających obok na uwagę wolnych kawalerów - zauważył bardziej retorycznie niż pytająco, jakby właśnie opisywał panującą na zewnątrz pogodę, wykorzystując przy tym swój cały erudycyjny talent.
Spojrzenie spoczywające na twarzy mężczyzny przesunęło się niżej, spłynęło po idealnie skrojonym stroju wprost z najlepszego magicznego zakładu krawieckiego - stroju robionego najpewniej na zamówienie i kosztującego więcej, niż pensja niejednego czarodzieja wiodącego swój do bólu normalny żywot pozbawiony większego sensu i z absolutnie zerowym wpływem na czyjekolwiek losy - i na moment zatrzymało się na kominku. Długie jęzory ognia strzelały w górę z jakąś ustaloną precyzją, niemalże pieszcząc swoim dotykiem kłody drewna ustawione w palenisku z nie mniejszą elegancją, niż wszystko innego w tym pokoju. Chorobliwy perfekcjonizm wyzierał z każdego kąta pomieszczenia, doprowadzając zapewne częstych bywalców do obłędu lub całkowicie przeciwnie, swoją niebiańską idealnością wprowadzając ich w ekstatyczny stan. Nie czuł się w takim miejscu swojsko i daleko mu było do bezpiecznej przystani rezydencji, gdzie mógł w spokoju oddawać się największym bezeceństwom, począwszy od przeglądania starych tomiszczy, przez zamyślone głaskanie futrzaków, które pałętały mu się pod nogami i przypominały o tym elemencie człowieczeństwa, którego nigdy nie będzie mu wolno zatracić. Ludzie bywali szumowinami; byli szumowinami często niewartymi jakiegokolwiek zainteresowania i zaufania, gotowymi na krwawym ołtarzy złożyć własną matkę, która nosiła ich w łonie i wydała na świat, jeśli tylko widzieliby w tym jakąś korzyść dla swojego marnego istnienia. To zwierzęta wykazywały się często większym charakterem, to ich piękno dzikiego instynktu nieskażone ludzkim uczuciem wahania było tym, co podtrzymywało ten świat w istnieniu. Selekcja słabszych. Niegodni, chromi, chorzy i kalecy separowani byli od społeczeństwa, porzucani na śmierć, by nie przynosić ujmy swoim defektem. Spokojna, nieruchoma sylwetka milczącego przyjaciela bynajmniej nie świadczyła o jakimkolwiek defekcie.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]26.09.15 16:18
Wprost nie cierpiał naprzykrzania się oraz namolnych natrętów, nagabujących o chwilę uwagi. Avery miał świadomość, że w magicznym świecie jest ważną personą i mimo młodego wieku, liczy się na szlacheckich salonach. Kiedy nagle owdowiał (jak szkoda), w ogonku znowu stanął sznur ojców ze swymi córkami, prowadzonymi jak na smyczy, aby mógł każdą dokładnie obejrzeć i zdecydować się na żeniaczkę. Do której stanowczo mu się nie śpieszyło: wolał używać swej złotej wolności, jaką umiłował, wiodąc słodki żywot atrakcyjnego, produktywnego mężczyzny. Baba w domu zawsze wiązała się z jakimś ograniczeniami, nawet, jeśli to ona miała zostać skrępowana i zamknięta w lochach pod jego rezydencją – konieczność utrzymania jej niedoli w tajemnicy wystarczająco deprymowała Samaela. Który przecież miał już całe mnóstwo grzeszków na sumieniu, choć postrzegał je raczej w kategoriach błogosławieństwa od Losu. Pomijając chorobę Julie, wszystko przecież skończyło się dobrze. Lady Avery nie straciła na swej atrakcyjności i pocieszała syna po jego niewyobrażalnej stracie, jak przystało na wzorową matkę. I nikt nie doszukiwał się w ich relacjach niczego niemoralnego. Na Sabacie próżno mógł wypatrywać kobiety takiej jak ona, która byłaby choćby i jej nędzną namiastką, marną kopią, jednak zdolną do uczynienia bankietu znośnym. Samael powoli wypalał się swoim zdegustowaniem i wahał się, czy aby nie powinien jednak opuścić zatłoczonego dworu i odetchnąć świeżym powietrzem. Wprost do ust swojej matki. Nie mógł jednakże zignorować szlacheckiego rozmówcy, nawet, jeśli jego towarzystwo było mu wybitnie nie w smak. Odebrał przecież doskonałe wychowanie, nakazujące mu obdarzyć Fawley’a krztyną swej atencji.
- Samael Avery – przedstawił się od niecenia, lekko odwracając głowę w stronę mężczyzny. Na oko starszego, lecz narzucającego się, niczym niesforny szczeniak łaszący się do nogi swego pana. Czego chciał? Pragnął jedynie rozmowy, ratunku przed matronami, nieustannie przypominającymi mu o obowiązku ożenku – zauważył brak obrączki – czy może czegoś więcej? Na ustach Samaela powoli wykwitł uprzejmy uśmiech, zaburzony wszakże drwiną jego słów – miło mi pana poznać, panie Fawley. Choć w pierwszej chwili sądziłem, że jest pan kelnerem – zakpił, odkładając pusty kieliszek na stolik. Oblizał wargi od krwistoczerwonego płynu, nie rozglądając się jeszcze za obsługą, aby zwymyślać ją za zbyt opieszałe uwijanie się z dostarczaniem napojów. Proszenie Colina o wino w tym momencie wydawałoby się faux pas? Porównywalnym z nachalnym zachowaniem bruneta, które jednak mierziło Avery’ego mniej, niż początkowo się tego spodziewał. Jeszcze chwilę wcześniej, z rozkoszą zmiótłby go z powierzchni ziemi, razem z całą tą śmietanką towarzyską, zaś teraz, Colin zdał mu się na idealnego kompana do kulturalnego raczenia się alkoholem przy wymienianiu – coraz to śmielszych uwag.
- Jest pan spostrzegawczy, panie Fawley – powiedział, nie zmieniwszy ani o jotę sympatycznego uśmiechu. Nie obejmującego jednak oczu, które pozostały chłodne, drapieżne, lśniące jednak minimalną dozą zainteresowania – cóż począć, kiedy żadna z owych dam nie jest wystarczająco dobra? – westchnął, ze szczerym, wprost nieopisanym smutkiem, prowokująco wpatrując się w Colina. Właśnie zdradził mu część swojego światopoglądu, samaelowej myśli, jaka była przecież znacznie bardziej racjonalna, od nowinek głoszonych przez idiotów o rozumie przeżartym przez zwiększone swobody. Nie przejmował się jednak zupełnie tym delikatnym odtajnieniem; mógł mówić o wszystkim, począwszy od urody panien, skończywszy na zasobności skrytek ich ojców. Alternatyw istniało sporo, a Avery nie zamierzał z niczego się tłumaczyć. Preferował czyny; puste słowa zostawiając dla utopijnych marzycieli, którzy nie potrafili realnie zrealizować swych celi, porywając się na walkę z wiatrakami i niczym błędni rycerze, nieustannie krążąc w kółko. Fawley’a ciągle jeszcze zaliczał do drugiego, znacznie bardziej licznego grona. Bezskutecznie próbujących zwojować sobie jego uwagę.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]26.09.15 18:51
Jakkolwiek jego obecność na Sabacie była obecnością wymuszoną, nie podzielał bowiem entuzjazmu innych arystokratów, dla których przebywanie wśród swoich było czymś całkowicie naturalnym, tak nie mógł zaprzeczyć, że dawała ona całkiem spore profity. Pierwotna niechęć, w jaką przyozdobił się już kilka dni przed planowanym przyjęciem, powoli zanikała, ustępując mdłemu zainteresowaniu mijanymi gośćmi, w szczególności zaś tym, których natura obdarzyła przynależnością do płci pięknej. Szarmancki, uprzejmy i dobrze wychowany mógł z pozoru stwarzać wrażenie niejako zainteresowanego zmianą swojego kawalerskiego stanu; innym zaś mógł wydać się pobzykującym niczym pszczoła kawalerem, który szuka jedynie odpowiedniego kwiatu do zerwania. W większości oczywiście były to umizgi typowego flirciarza - nie liczył wszak na powodzenie wśród arystokratek, które płoniły się na samo ucałowanie dłoni, speszonym wzrokiem szukając spojrzenia rodziców. Nie, nie, wśród tych dziewcząt mało było tych - co nie znaczy, że nie było ich w ogóle - które buntowniczo stawiały się zasadom i konwenansom, pozwalając się zabrać na spacer po ogrodzie lub oranżerii, gdzie z zarumienionym obliczem doznawały rozkoszy pierwszego pocałunku, skradzionego gdzieś za różanym krzewem, szybkiego, namiętnego i gwałtownego w swojej pierwotnej naturze. Te same dziewczęta wypatrywały potem sów od adoratorów, które nigdy nie nadchodziły lub nadchodziły z propozycją tyle bezpośrednią, co niemoralną.
Kpina w głosie Avery'ego sprawiła, że na krótką chwilę Colina ogarnęła chęć wstania od stolika, demonstrując tym samym swoje niepoprawne oburzenie. Szybko jednak doszedł do wniosku, że takie zachowanie niegodne byłoby stonowanego szlachcica, raczej słowem rozwiązującego wszelkie niesnaski, niż prostacko sięgającego do argumentu siły. Choć i tymi nie wolno było gardzić, kiedy przemawiały o wiele sprawniej i jaśniej do topornych umysłów. Pozostał więc na miejscu, jedynie drgnieniem brwi reagując na drwiącą zaczepkę - mającą go wyprowadzić z równowagi, sprowokować? A może po prostu była to charakterystyczna cecha jego nowego rozmówcy, czemu zresztą przesadnie by się nie dziwił, sam bowiem zwykł reagować podobnie, sprawdzając reakcję nowo poznanej osoby, delikatnie naginając jej granice, i badając miejsce, w którym dobre wychowanie i arystokratyczna bariera zostanie złamana, a rozmówca uniesie się (nie)słusznym gniewem.
- Być może mam więc coś w sobie ze służalczości - zauważył uprzejmie, upijając łyk napoju ze swojego kieliszka. Uśmiechał jednak lekko w taki sposób, by jego słowa nie zostały potraktowane poważne. Byłby to zresztą niejako absurd, który bowiem członek czarodziejskiej socjety mógłby cechować się uległością i poddaństwem i jeszcze się do tego bezczelnie przyznawać, popełniając poważną gafę? Och, pomijając oczywiście te rody, które robiły to tylko i wyłącznie w celach czysto materialnych, próbując odbudować swoją pozycję wśród szlachty, która mimo pozornej równości dzieliła się na mniejsze i większe grupki - niestety alkohol nalewam wyłącznie w mojej rezydencji i z pewnością nie jest on równie miernej jakości - stuknął palcem w kieliszek, dając tym samym upust swojemu zniesmaczeniu, jakby olbrzymim nietaktem było (bo było) podawanie złego alkoholu.
Nie mógł jednak zaprzeczyć, że mimo chorobliwego perfekcjonizmu panującego w pomieszczeniu, jego wnętrze wyglądało na urządzone z najwyższą elegancką, a miękkie fotele wręcz stworzone do spędzania w nich czasu. Choć takie miejsca stanowiły pewną nienaturalność i wzmagały poczucie sztuczności - który bowiem dom jest równie idealny? - niestety nie były już gwarancją tego, że rezydowała w nich wyłącznie szlachta. Przepych, bogactwo, wyposażenie, które stanowiło odzwierciedlenie wielkiej fortuny skrytej w banku Gringotta, przestało być synonimem arystokracji. Po wojnie wiele się zmieniło, łącznie z tragiczną (bo tragiczne było to jako ujma na całej reputacji szlachty) stratą majątku przez Weasleyów; łącznie z nagłym wzbogaceniem się tych rodzin, które nie należąc do sfery wyższej - ale w śmiesznym przekonaniu do niej aspirowały - wzbiły fortunę na pomocy mugolom wciągniętym w wielką światową wojnę. Magia nieznana zwykłemu człowiekowi była przerażającym narzędziem do budowania potęgi w świecie, który potrzebował coraz wymyślniejszych technik, sposobów i narzędzi zabijania, który szukał pomocy humanitarnej i który po wojnie rozpaczliwie błagał o rządy silnej ręki. Co wymyślniejsi czarodzieje nie wahali się ani chwili, wykorzystując magię nie tyle w służbie mugoli - jednak to właśnie oni na niej korzystali - co w służbie swojego bogactwa. Rodziny, które przed wojną miały niewiele, nagle budowały lub odkupywały stare rezydencje, czyniąc się niemalże podobnym szlacheckiemu stanowi. Jakkolwiek Colin nierzadko wyżej cenił sobie towarzystwo ponurego typa w ciemnym zaułku Nokturnu, gardząc - zwłaszcza po kilku łykach Ognistej - swoim szlacheckim pochodzeniem i tarzając go w kurzu i błocie normalności - tak szanował naturalny magiczny podział, nie wystawiając ręki po to, co mu się nie należało. To arystokraci jako warstwa uprzywilejowana mogli się łaskawie zniżać do niższych warstw, nigdy jednak nie powinno się zdarzyć, by to ci z dołu bez pozwolenia wspinali się na wyżyny.
- Nie wpadałbym w taki pesymizm - zaprotestował ostrożnie - znalazłoby się bowiem kilka panien, z którymi warto zawrzeć bliższą satysfakcjonującą znajomość, jednakże małżeństwo... - zawiesił głos, bardziej nieświadomie niż celowo, szukając przy tym odpowiednich słów. Nie mógł być pewien, czy w towarzystwie młodych dziewcząt nie obraca się jakaś panna Avery, której nie chciałby przypadkowo urągać w obecności jej kuzyna lub nawet brata. Postanowił jednak zagrać w otwarte karty, ryzykował jedynie obruszone spojrzenie pełne pogardy dla swoich przemyśleń. - Byłoby łatwiej, gdyby przed oświadczynami istniała możliwość sprawdzenia swojej wybranki. Kupowanie niewiasty w worku w czasach, gdy panny uparcie dążą do niezależności, jest cokolwiek ryzykowne. A ja wolałbym się zająć obowiązkiem wobec rodu, dając mu potomka, niż temperowaniem krnąbrnej żony - rozłożył ręce w geście kapitulacji wobec przykrej rzeczywistości, jakiej wizję właśnie roztoczył. Nauki wpajane mu przez matkę - o, ironio! samotnie go wychowującą - nie pozostawiały wiele pola dla wyobraźni. Kobieta ma być mężowi posłuszna, a jeśli przypadkowo mieliby wspólne zainteresowania, byłoby to jedynie z korzyścią dla niej samej. Ile z tej nauki było dyktowane typową zazdrością Elizabeth o syna, a ile faktycznie płynęło z głębi jej serca, tego Colin nie chciał dociekać. Potrafił doceniać kobiecy, być wobec nich uprzejmy i szarmancki, mógł spoglądać z szacunkiem na ich osiągnięcia, ale wyłącznie wtedy, gdy były to niewiasty obce, należące do innego mężczyzny lub nienależące do nikogo. Flirt i romans z nimi był czystą przyjemnością, jednakże gdy chodziło o jego przyszłą żonę, oczekiwał od niej zupełnie czegoś innego.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]27.09.15 13:44
Mimo dość jawnej niechęci do arystokratycznej socjety, młodych dam, czcigodnych matron, poważanych seniorów starych, czarodziejskich rodów oraz nienagannie wychowanych kawalerów, z którymi w przeszłości niejednokrotnie mijał się w Pokoju Wspólnym Slytherinu, Avery nigdy nie zamieniłby tego towarzystwa, zabawę wśród kasty pariasów. Półkrwi i mugolaki byli bowiem przez niego traktowani jako ludzie gorszej, podrzędnej kategorii – niemal jak brudne, zapchlone zwierzęta. Obracając się w kręgu wyższych sfer, Samael doskonale zapoznał się z mechanizmami, rządzącymi elitą i doskonale potrafił wtopić się w piękne, eleganckie tło, dla szlacheckiego przedstawienia. W którym grał z prawdziwą pasją, z przejęciem oddając się tańcom, sztucznej bliskości oraz niepodważalnym urokom identycznych konwersacji, z przejęciem przy nich gestykulując, jakby wypowiadane przez niego słowa miały przeogromne znaczenie. Tak w istocie było – gdyż nigdy bezrozumnie nie szafował zbędnymi zgłoskami, pozostając niezwykle oszczędny. Tak i w obyciu, wymagającego od niego kurtuazji i balansowanie między niedostępnością a towarzyskością. Było to trudną sztuką, lecz opanowaną przez Avery’ego do perfekcji, podczas licznych bankietów, na których wprawiał się i przygotowywał do przyszłej funkcji głowy rodu. Oczywiście, za wzór stawiając swego ojca, prawdziwego, a nie, pachołka swojej matki, który bez jej zgody nie ośmieliłby się podjąć żadnej wiążącej decyzji. Samael nauczył się od Marcolfa naprawdę wiele i wraz z poglądami, przejął niektóre jego zachowania. Apodyktyczność i patrzenie na wszystkich z góry – bez wyjątku, czy miał do czynienia z nestorem rodu, ubogim Weasley’em czy z mugolskim pomiotem – nie przysparzało mu wprawdzie dobrych znajomych, aczkolwiek budowało stosowny, chłodny dystans. Między nim, dominusem oraz pośredniej wartości maluczkimi. Z których większość nie była godna zlizywać kurzu z jego butów.
Nie wiedział jeszcze, co sądzić o Fawley’u, jednakowoż zyskał jego uznanie, nie unosząc się z powodu słownego ataku. Zareagował odwrotnie od podręcznikowych zasad, nakazujących mężnie bronić urażonego honoru. Lub zdeptanego, gdyż Samaela nie interesowały półśrodki. Z jednej strony, poddanie Colina mógł uznać za przejaw niewieściej wręcz uległości i skreślić go natychmiast – z drugiej wszakże, mężczyzna pokazywał mu, iż preferuje pojedynki słowne, niż ordynarne walki na pięści – chociaż byli czarodziejami o błękitnej krwi, na Sabatach, podchmieleni alkoholem szlachcice nader często w ten obrzydliwy, mugolski sposób, rozwiązywali swoje spory. Kącik ust Avery’ego lekko drgnął, lecz poza tym, w żaden sposób nie wyraził swoich uczuć. Jego twarz pozostała zimną (wyrachowaną?) maską, przywdziewaną na każdym Sabacie, który z założenia, był właśnie niepisanym balem maskowym.
- Brakuje panu szlacheckiego gestu, panie Fawley – rzekł, po zastanowieniu, kiedy już dokładnie otaksował wzrokiem siedzącego przed nim mężczyznę. Który wyglądał do bólu zwyczajnie: eleganckie szaty, starannie ułożone włosy, równo przycięta broda, jakby dopiero co wyszedł od najlepszego balwierza w mieście i wyuczone, uprzejmościowe kwestie, jakie Samael najchętniej wepchnąłby mu z powrotem do gardła. Wyróżnianie się spośród elity było co prawda wyzwaniem, lecz nie niemożliwym do zrealizowania. Colin zaś stanowił w tej chwili rekwizyt, który ktoś nieopatrzenie pozostawił na jego drodze. Konwencjonalny, acz z pewnym potencjałem, więc Avery poniechał jeszcze umknięcia z Sabatu.
-Wobec tego, oczekuję rychłego zaproszenia – powiedział swobodnie, jakby codziennie wymuszał inwitację na praktycznie obcych osobach. Arystokratyczna maniera sprawiała jednak, że Samael wszędzie czuł się niczym na własnych włościach i nie miał obiekcji przed rozporządzaniem w cudzym domostwie – pan pozwoli, że wówczas sam ocenię jego jakość – dodał, uśmiechając się uprzejmie. Proponował przecież zaledwie degustację trunków alkoholowych, tak zachwalanych przez samozwańczego konesera win. Niewinne spotkanie w doborowym męskim gronie okraszone wybornymi nalewkami nie zapowiadały przecież niczego… złego.
Avery był wszak nad wyraz powściągliwy i ostrożny – zabawa w ironicznego dyplomatę stanowiła zaś cokolwiek przyjemną odmianę od ugrzecznionych uwag. Nareszcie mógł się wykazać, ponieważ ambicja pchała go ku wyzwaniom i ucieczkom od schematów. Duszne salony tłamsiły jego potrzeby, podobnie jak obecność wymuskanych ludzi. Tradycjonalnych, lecz ograniczonych i niezdolnych do zrozumienia Samaela. Sabaty odbywały się w niezmienionej formie od wielu lat: czemuż by ich nie urozmaicić? Ileż można tańczyć, kosztować wykwintnych potraw, smakować trunków, wykładanych przez gospodarzy i spacerować po zadbanych ogrodach? Avery’emu brakowało powiewu świeżości i szczypty nowatorskiego podejścia; pewne elementy zdecydowanie były już po prostu passe, a kolejne należało wpisać w ów obyczaj. Jako kolejne atrakcje, umilające czas gościom, a przynajmniej jego męskiej części znacznie bardziej, od niewinnych umizgów i składania czułych, lecz pozbawionych krztyny namiętności pocałunków, składanych na niewieścich dłoniach. Samael jednak był dżentelmenem, a nade wszystko, człowiekiem niesamowicie wybrednym i nie wiedział siebie w roli podwykonawcy. Preferował jedynie cieszenie wzroku, widokiem rozpusty i spełnianiem najbardziej prymitywnych pragnień, które stanowiły esencję człowieczeństwa i których w żadnym wypadku nie należało hamować. Hipokryzją było zaszywanie się w odległych zakątkach sal balowych i ukrywanie za kamiennymi fontannami w parkach otaczających rezydencje, jednakowoż przyznanie się do trawiących i zupełnie naturalnych ludzkich żądz, Avery aprobował i chętnie podziwiałby taką demonstrację kultystów ciała oraz miłości.
Zgadzał się również z odważnym stwierdzeniem Colina, choć dotyczyło go ono zaledwie w minimalnym stopniu. Małżeństwo pozostawało dla niego zaledwie instytucją, a żona przedmiotem, którego mógł używać zgodnie z własną wolą i upodobaniem. Prawdziwego spełnienia nie musiał przecież doznawać w ramionach kobiety, której przysięgał (ach, te wzniosłe slogany) wierność oraz miłość. Małżeńskie obietnice były wszak nic niewarte i tylko głupiec zapierałby, iż jest inaczej.
-Proszę sobie zatem pofolgować – zachęcił Fawley’a, kiwając głową w stronę stadka rozchichotanych młódek, nieśmiało wyglądających zza drzwi. On obdarzył dziewczęta zaledwie przelotnym spojrzeniem: ponownie pospolitość, banalność i przeciętność, jakimi szczerze pogardzał – z temperowania niepokornej kobiety można zaś wyciągnąć dużo więcej satysfakcji, niż z bezkonfliktowego związku – dodał, uśmiechając się znacząco i po raz pierwszy, przyjaźnie, jakby zdradzał Colinowi wielką tajemnicę, otwierającą przed nim wrota do nieskrępowanej przyjemności.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]27.09.15 18:52
Może powinien zaniepokoić się spojrzeniem Samaela; brakiem jakiejkolwiek mimiki twarzy, gestów i ruchów świadczących o emocjonalnym poruszeniu; może powinien zastanowić się nad towarzystwem siedzącego obok człowieka, szarżującego słowami w impecie armii poruszającej się po zgliszczach miast, jakby nie interesowały do odczucia rozmówcy. Aluzje zachowane w dobrym smaku, z pozoru nieznaczące dla zewnętrznego obserwatora, doskonale jednak godzące w świadomość dysputanta. Nie było jednak rolą Colina obruszać się za zwykłą szlacheckość, do której przywykł, doznając znacznie gorszego upokorzenia i plamy na honorze.
- Pozwolę więc sobie wysłać zaproszenie - obiecał, chociaż fakt zaproszenia tego człowieka w swoje progi wydał mu się jeszcze bardziej niepokojący niż jego do bólu poprawne, chłodne zachowanie... a może raczej chłodne wyrachowanie pomieszczane z zadziwiającą arogancją wynikającą z ogromnej pewności siebie. Dziwiło jeszcze coś - zazwyczaj (nigdy) nie proponował nikomu z własnej woli spotkania w swojej rezydencji, która miała być ucieczką przed szlachecką i magiczną codziennością; samotnią, w której Colin mógłby się oddawać swoim deprawującym praktykom badania książek o niekoniecznie bezpiecznej i legalnej zawartości. Avery... Pan Avery był pierwszą osobą, której zaproponował wizytę i w dodatku uczynił to tak szybko, jakby jego towarzysz samą swoją obecnością wprowadzał zamęt w poukładane życie księgarza. Gra słów toczona przez Samaela przemówiła jeszcze wyraźniej do wyobraźni Colina; zastanawiał się, czy dwuznaczność była zamierzona, skierowana w niego drwiąco i prowokacyjnie, czy jedynie czystym przypadkiem, słownym zbiegiem okoliczności, który on nieopatrznie uznał za celowość? Dopiero teraz Colin poczuł pewien niepokój, ale atmosfera Sabatu i wypite trunki szybko zagłuszyły alarmującą lampkę w jego głowie. Przecież tutaj, w towarzystwie setek arystokratów, nie mogło mu nic grozić, a niesforne słowa zawsze mógł obrócić w żart.
Zerknął we wskazanym kierunku dokładnie w tej same chwili, gdy dziewczęce zarumienione oblicza prześcigały się w rzucaniu im swoich zachęcających spojrzeń. Być może gdyby nie chwilowe znużenie, Colin z przyjemnością skorzystałby z propozycji, zrywając kolejny kwiat ze szlacheckiego ogrodu i, co było całkiem prawdopodobne, narażając się na niechęć kolejnego nestora rodu. Chwilowo jednak interesowało go zgoła odmienne, męskie towarzystwo.
- A chciałby pan popatrzeć? - uprzejmy ton nie znikał z jego głosy, zabarwiony teraz lekkim rozbawieniem. Bezpośrednie, może nawet prostackie pytanie, nie miało to teraz większego znaczenia. - Żona nie powinna być niewiastą, dla której warto sobie zadać przyjemność stępienia jej kąśliwego języka - zaprotestował łagodnie, wracając spojrzeniem do rozmówcy. Dziewczęta zniknęły zawiedzione, najwyraźniej szukając matrymonialnego szczęścia w innym miejscu. - Na świecie nie brakuje kobiet, którym taka nauka by się przydała, żona zaś powinna być posłuszna z natury, by zmęczony temperowaniem mąż nie musiał i w domu wykonywać swoich obowiązków - uśmiechnął się lekko na wspomnienie własnego ojca, rodowej zakały, który nie tylko nie był w stanie sprostać małżeńskim obowiązkom, ale tchórzliwie rzucił się w wir niewymagających romansów. Może to właśnie po nim odziedziczył dar traktowania kobiet materialistycznie, jakby były wyłącznie przedmiotami na planszy życia, które mógł dowolnie przestawiać? Z ironią patrzył na młodzieńców w swoim wieku, którzy rok za rokiem wstępowali na małżeńską ścieżkę, zostawiając go w końcu samego na kawalerskiej drodze. Nie śpieszyło mu się do żeniaczki; kobieta w domu była problemem... i konkurencją dla Elizabeth, a wpływ matki, chociaż coraz bardziej uciążliwy, miał dla Colina spore znaczenie. Nie chciał też wierzyć w jej słowa o tym, że miłość zmienia człowieka - jeśli miał zmienić swoje dotychczasowe życie, nie zamierzał się nigdy żenić.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]29.09.15 14:53
Gdyby zechciał, mógłby bez większej trudności wydobyć z Fawley'a wszystkie jego myśli, pragnienia i wstydliwe sekrety. Z łatwością przekonałby się o jego poglądach, poznałby polityczne sympatie, dowiedziałby się o jego niezliczonych miłostkach oraz uprzedzeniach. Odkryłby, jakie śmieszne refleksje zaprzątają jego szlachecką głowę z odjętą koroną, lecz...lecz wówczas, brakowałoby Samaelowi owego nadzwyczaj ważnego i istotnego elementu zaskoczenia. Dla niego oraz dla ofiary, która przekonywała się o umiejętnościach Avery'ego w znacznie boleśniejszych i stanowczo mniej beztroskich i przyjemnych okolicznościach. Panowanie nad umysłami równało się praktycznie rządem nad duszami, a do tego dążył i tego właśnie chciał w kontaktach z innymi ludźmi (kukiełkami) - stłamszenia, zniewolenia i podrygiwania w takt żałobnego marszu. Jego osobisty danse macabre, złożony z bezszelestnego batalionu cieni, czyśćcowych dusz, które wcześniej padły ofiarą systematycznie rozsiewanej przez Samaela morowej zarazy.
- Zapewne skorzystam - rzekł, skinąwszy głową, zachwycony przecież perspektywą ponownego spotkania z tak zacnym i kulturalnym jegomościem. We dwoje wydwali się wręcz modelowymi młodymi arystokratami. O posągowych ciałach i nienagannej aparycji, wszystko, co niewłaściwe, niewygodne i zbereźne, ukrywających w pięknych umysłach. Otwartych na niedopowiedzenia, które przyjemnie drażniły Samaela, wprawiając go w szampański nastrój i automatycznie czyniąc zalegającą, gęstą atmosferę Sabatu, znacznie bardziej klarowną. Choć Colin zapewne wciąż błądził we mgle, dedukując, czy rzucane mu sugestie są czystą prowokacją, czy może jednak...czymś więcej? - jeśli nie będę miał wówczas na głowie innych spraw niecierpiących zwłoki - uzupełnił, z rozbawieniem patrząc wprost na Fawley'a, ironicznie unosząc brew. I oczekując kornych namawiań, jakie utwierdziłyby go w przekonaniu, że trafił na mentalnego pachołka, przypadkiem nobilitowanego do rangi szlachcica. Złe geny; może matka szanownego pana Fawley'a puściła się z czyścicielem zamkowych toalet? Kiepski rodowód, jak na dziedzica familijnych włości, aczkolwiek były to jedynie dywagacje i skromne przypuszczenia Samaela. Poparte wprawdzie wnikliwą obserwacją: prócz wyszukanego słownictwa oraz perfekcyjnie prezencji, Colin bardziej przypominał kręcących się dookoła lokajów. Avery dość niecodziennie zapragnął nagle ujrzeć go zgiętego przed nim w służalczym ukłonie; dzieląca ich różnica wieku nie odgrywała żadnej istotnej kwestii, nie w zestawieniu z pewnymi brakami pana Fawley'a. Jakie miał niezmierną ochotę wykorzystać do swoich - podłych? - celów.
Biorąc pod uwagę śmiałe uwagi Colina, ten nie wykazywałby obiekcji przed łamaniem konwenansów. I padaniem przed drugim arystokratą na kolana, co Avery wyobrażał sobie z lubością. Idealny kandydat na jego podnóżek - nie szczekał bez pozwolenia i nie przyniósłby mu wstydu podczas publicznych zabaw, a może i nawet wprost przeciwnie.
-Nie sądzę, aby był mi pan w stanie zaoferować coś ciekawego - zakpił, płaskim tonem, kompletnie pozbawionym ironicznej drwiny. Nadal pozostawał skałą, nie zdradzając uczuć, ani prawdziwych myśli. Stawiając przed Colinem trudne zadanie ich zinterpretowania - czy zdoła uczynić to właściwie?
- Temperowanie żony to przyjemność - pouczył Fawley'a z drapieżnym uśmiechem. Miał pewne doświadczenie, choć insygnia jego małżeńskiej, nieograniczonej władzy obecnie spoczywały w głębokim dole, wraz z truchłem jego żony i dziecka, zasypane kopcem ziemi, ociekającym niewinną krwią - inne kobiety stanowią zaledwie preludium: nie skąpi się wszak swej wybrance, tego, co najlepsze - stwierdził, nadal bardzo lakonicznie. Niewiasty, więc hołota nie zasługiwały na godne traktowanie. Cenił uległość i posłuszeństwo, lecz odbierało mu to pretekst do sięgania po przemoc i kary cielesne - jakkolwiek okrutny, Avery był sprawiedliwy i nie sypał razami bez wyraźnej przyczyny.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]30.09.15 20:06
Starał się zrozumieć dumnego arystokratę, który żonglował słowami zręcznie, jakby od niechcenia, wpatrując się w Colina spojrzeniem uważnym, ale jakby rozbawionym; pełnym zainteresowania, a przy tym niepokojąco ironicznym, jakby wciąż się zastanawiał, czy obecność nieproszonego gościa warta jest jego czasu. Pewności siebie dodał mu fakt, że Samael wciąż siedział – zbyt leniwy, by przenieść swój szlachetny tyłek w miejsce pozbawione Fawleyów, czy może szczerze zainteresowany dalszą konwersacją pełną podtekstów, aluzji, niedomówień? - chociaż władcza, prawie że nieruchoma sylwetka Avery'ego budziła w nim coraz większy niepokój. To nie był arystokrata, z jakimi do tej pory przyszło mu przebywać. Jego czujne i uważne spojrzenie oceniło go ułamku sekundy, ale nie podjął tematu pieniędzy, interesów i nie chwalił się swoją rodową fortuną, co było powszechnym, acz dość prostackim zajęciem większości szlachciców.
- Powinienem się obrazić, że nie wierzy pan w moje możliwości – odpowiedział uprzejmie, unosząc kieliszek do ust, aby zapewnić sobie chwilę na zebranie myśli. A te kołatały się szaleńczo w jego głowie, dopuszczając coraz różniejsze scenariusze, wyjścia i rozwiązania, których nie powstydziłby się umysł żadnego znanego dramatopisarza. Był prawie pewien, że Avery go podpuszcza, bada jego granice wstydu i opanowania; że szuka punktu zaczepienia, by drążyć temat niewygodny, ale interesujący, obnażający w zwykłej rozmowie prawdziwie ludzką naturę. Na tym w końcu polegały zręczne dysputy, mnogość retorycznych środków, których jedynym celem było wydobycie prawdy, zajrzenia w umysł rozmówcy i wykorzystanie nowej wiedzy do własnych celów. - Być może kiedyś nadarzy się możliwość, abym mógł zmienić pańską ocenę mojej skromnej osoby – tym razem to Colin uniósł drwiąco brew, podnosząc rękawicę rzuconą przez Samaela. Nie zamierzał uciekać przed wyzwaniem; krępować się własną ograniczonością umysłu i świętych przykazań moralności, których przestrzeganie coraz częściej przychodziło mu z trudem. Nie pożądaj, nie nienawidź, co za bzdury wymyślone przez szaleńców ogarniętych idylliczną wizją świata doskonałego. W świecie Colina utopia nie istniała ani jako rzeczywistość, ani jako marzenie. - Będę zaszczycony mogąc się uczyć od mistrza tego, jak postępować z kobietami – zakończył, błądząc wyraźnie rozbawionym spojrzeniem po twarzy Avery'ego, by zerknąć poza jego ramieniem na drugi koniec pomieszczenia. Rzucał mu wyzwanie, podejmował rozpoczętą grę, by nie zostawać w tyle jak ktoś gorszy, ale niepewność postawy Samaela sprawiała, że wciąż czuł się zbyt słaby, by wytrzymać jego świdrujący wzrok, zabarwiony co chwilę różnymi emocjami. Wolałby mieć czystą, klarowną sytuację i wiedzieć, czego ten zdystansowany arystokrata od niego oczekuje; czy Colin jest dla niego wyłącznie chwilową zabawką, która znalazła się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, by zabawić i zadowolić swojego właściciela; a może kontynuował rozmowę, zainteresowany nowym znaleziskiem, szlachcicem o podobnych poglądach choć, jak mógł wywnioskować, wciąż jeszcze nie do końca poprawnie ukształtowanych.
- Pozwolę sobie zapytać, panie Avery – podjął po chwili, kładąc dłoń na miękkim oparciu fotela, a drugą zginając w łokciu i opierając na nim brodę, jakby w postawie wyraźnego zainteresowania. W postawie słuchacza, który z niecierpliwością spija kolejne słowa z ust opowiadającego, smakując je łakomie. - Skoro nie względy matrymonialne przywiodły pana tutaj i, jak się zdaje, również nie walory towarzyskie... to co właściwie pan tu robi? – zastanawiały go motywy kierujące Samaelem, które sprawiły, że zaszczycił Sabat swoją obecnością. Nie był zainteresowany głupimi szlachciankami polującymi na mężów pod czujnym okiem rodziców; nie wydawał się chętny do towarzyskich dysput, skoro zaszył się prawie że w samotności; nie widział go też wcześniej w sali balowej, gdzie zręcznie wirowałby w tańcu z coraz to nowymi damami. Avery nie mieścił się w pojęciu typowego szlachcica i trudno było Colinowi przypiąć mu inną łatkę, klasyfikującą go w jakimś ustalonym porządku. A to budziło jeszcze większy niepokój i zastanowienie. Inność go nie martwiła; martwiła go inność, której nie mógł do czegoś odnieść, z czymś porównać, której do tej pory nie znał i jej nie zbadał. Nie przypuszczał jednak, by jego rozmówca był chętnym obiektem badań i tak łatwo odkrył przed Colinem wszystkie karty.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]01.10.15 20:37
Łamiąc swoje zwykłe zasady i wszelkie świętości, nie wymagał wiele od towarzystwa Fawley’a. Będąc z natury introwertykiem i człowiekiem, który nade wszystko cenił własną osobę, przeważnie unikał tłocznych salonów, zaszczycając gospodarzy swym przybyciem jedynie w wyjątkowych przypadkach. Nawet wówczas jednak, unikał spoufalania się z większą częścią szlacheckiej socjety. Teoretycznie byli wobec siebie równi, aczkolwiek Avery wyraźnie ową równość rozgraniczał. Arystokraci prezentowali całkowicie sprzeczne poglądy, a ich zhierarchizowane systemy wartości niekiedy rozchodziły się w dwie różne strony. Samael bynajmniej nie kierował się przy swej ocenie dawnymi, rodowymi antypatiami, nakazującymi mu z zasady nie bratać się z przedstawicielami niektórych familii. Szanował tradycję, miłował historię, lecz nie pozwalał, aby to ona decydowała o tym, kto zostanie naznaczony, jako persona non grata w jego spisie prywatnych miłostek i nienawiści. Jeszcze nie wiedział, do której partii aspiruje Colin, aczkolwiek czerpał sporą satysfakcję z badania granic mężczyzny. I przekraczania ich, wciąż subtelnie i delikatnie, zabawiając się z nim niczym z płochą panienką. Oboje byli już przecież dorośli, lecz stwarzanie aluzyjnych pozorów dobrego smaku wpisywało się w konwencję podobnych przyjęć. Których elegancja znikała za drzwiami sypialni, do czego wcale nie przyczyniało się wypite wino, a najzwyklejsze człowieczeństwo i prymitywizm. Nakazujący bez wahania sięgać po to, co choćby wydawało się dostępne.
-Powinien się pan zastanowić – poprawił go Avery, uśmiechając się enigmatycznie i obserwując, jak Colin sączy swoje wino. Zadziwiające, iż Fawley sam go prowokował, wręcz prosił się o jakąś manifestację męskiej siły oraz władzy – czyżby jemu takowej brakowało? Samael poczuł przemożną ochotę, aby wystawić w jego kierunku dłoń ze złotym sygnetem. Do pocałunku i oddania mu należytego honoru, jaki przecież należał mu się względem urodzenia oraz wysokiego miejsca w arystokratycznym półświatku. Kimże był wśród nich Fawley? Jedynym z pomniejszych, zapewne pozbawionych większych wpływów i dlatego równie usłużnie się przed nim płaszczącym. Dobrze, że nie próbował jeszcze wylizać mu butów; akurat ta czynność (stricte kobieca) wzbudziłaby w nim jedynie odrazę do Fawley’a. Który jakże chętnie skakał dookoła niego: brakowało mu tylko merdającego z radości ogona. Był po prostu nieświadomy, czy podrzędna rola w antycznym teatrze dwóch aktorów naprawdę mu odpowiadała?
-Tego nie można się nauczyć. Albo ma się w sobie naturalną władczość, albo po prostu Natura jej panu poskąpiła – zauważył chytrze, podejmując w dłoń kieliszek wina, usłużnie podtykany mu przez przechodzącego opodal kelnera. Colin na pierwszy rzut oka nie wyglądał nakonkretnego mężczyznę; sprawiał raczej wrażenie kolejnego fircyka. Samael jednakże nie oceniał ludzi po pozorach (miał inne sposoby) – kto wie, może zniewieściały dandys okazałby się pojętnym ucziem? Zanurzył wargi w alkoholu (rzeczywiście miernej jakości), cały czas bystro przyglądając się mężczyźnie. Drażniąc się z nim i prowokując do wszczęcia słownego pojedynku: nie przepadał za szermierką, aczkolwiek elokwentna walka potrafiła wzbudzić w nim spore emocje. Prawdopodobnie dlatego, że zawsze wygrywał, lecz to był zaledwie nieistotny szczegół, a w rozmowie z Colinem już na samym początku jasno wytyczyły się ich pozycje. Avery pozwalał mu wszakże na (delikatne) ich pomijanie i naginanie dzielącego ich dystansu. Musiał się z nim liczyć, z pewnych oczywistych i wyłącznie grzecznościowych względów, aczkolwiek nie przeszkadzało mu to jeszcze w spełnianiu się przy swojej dzisiejszej zabaweczce, która umilała mu przykry czas bankietu. Folgując sobie jednak zanadto: Samael uniósł brew i uśmiechnął się ironicznie, kiedy usłyszał pytanie Colina. Czyżby oczekiwał od niego wyrecytowania standardowej formułki, zwieńczonej (kłamliwym) oświadczeniem więcej grzechów nie pamiętam?
-Odnalazł się pan w sytuacji, jak grzyb na brudnej ścianie – powiedział, jakby nigdy nic popijając wino, nie obdarzając Fawley’a nawet wzgardliwym spojrzeniem. Nie zasługiwał na nie? Avery nienawidził sięgania do jego prywatności, którą odgradzał bogato zdobionym parawanem. Dopiero za nim mógł z lubością i swobodą oddawać się swym praktykom, potępianym przez ogół, a jego samego doprowadzającego do szczytu rozkoszy. Hedonistyczny tryb życia wymagał pewnych poświęceń, nierozumianych jednakże przez zaściankowych i prostych ludzi. Colin balansował jeszcze z dala od owych kategorii, aczkolwiek Samael nie mógł ryzykować i zdradzać bezeceństw, umiłowanych tak i jego ciału, jak i duszy – przybyłem popatrzyć na błaznów – dodał, gwoli wyjaśnienia i przepił do Fawley’a, nie kontynuując tematu, absolutnie nieciekawy pobudek jego nowego przyjaciela.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]02.10.15 16:45
Czerpał jakąś zadziwiającą przyjemność z rozmowy z Averym; natrafienie na osobę, która nie poniżała się przed szlachcicem – a to zdarzało się kategorycznie w kontaktach biznesowych – która nie płaszczyła się bezczelnie, wlepiając w Colina posłuszne ślepia; spotkanie człowieka, który znał swoją wartość i doskonale umiał ją wykorzystać w zwykłej konwersacji, było w pewien sposób satysfakcjonujące. Rozkosznym było już samo oczekiwanie na odpowiedzi arystokraty, bawienie się słowem, wymyślanie coraz to nowszych aluzji, delikatnie zakamuflowanych, ukrytych, widocznych (słyszalnych) jedynie dla wprawnego uch. Przyjemnością było toczenie niebezpiecznej gry na balansującej linie uprzejmości i prostactwa; zainteresowania i wścibskości; naginanie reguł poprawnego dyskursu wpajanego młodym arystokratom już od dzieciństwa.
W przeciwieństwie do Avery'ego rola Colina w szlacheckim świecie przesytu ograniczała się – z własnej przecież woli – do obowiązków przymusowych. Wciąż kręcił się w czyśćcu wygnania między swoim szlachectwem, nadanym nazwiskiem tchórzliwego, nieodpowiedzialnego ojca, a chęcią korzystania z żywota jako osoba zwykła, wręcz nijaka, skrywana za bezpiecznymi murami rezydencji, parająca się zajęciem niepozornego księgarza. W Colinie wciąż mocno płonęły słowa wpajane przez matkę, jej obraz świata kreowany w opowieściach, jej żywa nienawiść do Fawleyów i niechęć do arystokratów jako tych, którzy nie bacząc na dobro innych, ich pragnienia i potrzeby, twardą ręką sięgają po własną przyjemność i satysfakcję. Były chwile, gdy żarliwie przyznawał jej rację; gdy wycofał się z towarzyskiego życia, funkcjonując niemalże jak mnich, asceta, pustelnik odtrącający wszelkie rozkosze człowieczeństwa. Im częściej jednak bywał na salonach, im bardziej wtapiał się w arystokratyczne zgliszcza moralności, tym mocniej pragnął być częścią tego świata mimo jego wad i niedoskonałości. Pragnienie to jednak udawało mu się do tej pory zwalczać – ku bezbrzeżnej radości matki – nie dokonując jeszcze ostatecznego wyboru między dobrem a złem.
- Albo należy ją po prostu odkryć – uzupełnił, chociaż w tym jednym nie pozwalając Avery'emu mieć ostatniego słowa. Oboje nosili maski, a bal kostiumowy między nimi wchodził powoli swój moment kulminacyjny, gdy donośny głos konferansjera dotrze do uszu zebranych, nakazując im je zdjąć. Czy będą zadowoleni ze swoich prawdziwych twarzy, dokładnie skrywanych pod pozorami dobrego wychowania, uprzejmości, arystokratycznej dumy i zachowania? Trudno było Colinowi nazwać zadziwiającą chęć nagłego podporządkowania się rozmówcy – zarówno w wypowiadanych słowach, które wszak starał się dobierać nie tyle rozsądnie, co starannie, by dotrzymać kroku Avery'emu, jak i fizycznie. W słowach Samaela nie było manipulacji, psychologicznej rozgrywki, która zazwyczaj skłaniała dyskutanta do większej uległości; nie były hipnotyzujące, ani działające na podświadomość, ale w tonie jego głosu, w jego aroganckim brzmieniu, ironicznych nutkach pobrzmiewających między jednym a drugim słowem znać było wewnętrzną siłę, budowaną przez lata pozycję na arystokratycznym dworze próżności. Znać było wszystko to, co dla Colina było niedostępne. Chłopiec wychowywany bez ojca, bez opieki szlachetnego rodu, bez arystokratycznych przyjaciół i autorytetu; który sam musiał budować swoją pozycję, nierzadko jak wąż prześlizgiwać się między rodowymi niechęciami i przyjaźniami z pewnością w innych warunkach nie byłby dla Samaela godnym rozmówcą. Być może powodem tego dziwnego fenomenu, tej nagłej uległości był właśnie ukryty gdzieś głęboko kompleks bycia gorszym szlachcicem, pozbawionym tego waloru wychowania, który dostępny był rodowej młodzieży.
- Zapewne w tym dostojnym szlacheckim towarzystwie ich nie brakuje – odpowiedział spokojnie, jakby nie dostrzegając popełnionej pomyłki. Nie było zresztą w jego interesie bezwarunkowo ulegać zasadom Avery'ego, zaliczającego się najwyraźniej do tej mrukliwej grupy czarodziejskiej socjety, która na każdych przyjęciach żywiej była zainteresowania obserwowaniem, niż włączaniem się do dyskusji. - Czym się pan zajmuje, panie Avery? - kontynuował, jawnie ocierając się o granicę bezczelności i wyuzdania godzącego w dobry smak rozmowy. Był zły na samego siebie, że powoli jego podświadomość poddawała się autorytarnej sile Samaela, ciągnąc za sobą wolę i rozum. Nie było rozsądnym poddawanie się temu pragnieniu i starał się robić wszystko, by nie dopuścić do tego, aby Avery przejął nad nim kontrolę i pogrywał sobie z nim jak marionetką uwięzioną na sznurku. Budził się w nim naturalny sprzeciw wobec łamania odwiecznego prawa samodecydowania o sobie; prawa świętego, doskonałego, należnemu każdemu człowiekowi... oczywiście z drobnymi wyjątkami, które wszak go nie obejmowały.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]03.10.15 11:26
Było dla niego rzeczą oczywistą, że to właśnie o jego względy zabiegano. Nie musiał nawet kiwać palcem, żeby dookoła niego zbiegała się ciżba ludzi, chciwie spijająca słowa z jego ust. Jakby był co najmniej prorokiem, przybyłym, aby zwiastować dobrą nowinę. Naturalnie, wniosek błędny, aczkolwiek Avery nie silił się na sprostowanie opinii publicznej. Chętnie uchodził za dżentelmena, małomównego, jednakże pełnego gracji i obytego w towarzystwie. Tajemniczy, uwodzicielski i enigmatyczny, skupiał na sobie uwagę nie tylko panien na wydaniu, które – ze złotego poczucia obowiązku – obdarowywał subtelnymi pocałunkami w wierzch dłoni, choć po każdym takim miał ochotę splunąć z obrzydzenia. Owo zafascynowanie w oczach Colina nie mierziło go więc wcale. Pozwalał mu pławić się w jego blasku, a jako że miał stosunkowo dobry nastrój, raczył nawet porozumiewać się z nim, jakby nie stali po przeciwnej stronie barykady. Obiły mu się o uszy plotki i pomówienia (tym żyła bowiem czarodziejska elita) o niechlubnym potomku Fawley’ów, który wyrzekł się rodu dla kolekcji okurzonych ksiąg – gest wyjątkowo odważny, brawurowy, a wręcz głupi, podobny jedynie do działań wolnomyślących Gryfonów – jednakże postanowił dać mu kredyt zaufania. Po czym z szerokim uśmiechem na ustach, bezlitośnie naciskać na spłatę zaciągniętych długów, zdawałoby się, iż puszczonych w niepamięć. Samael cenił jednostki silne i choć winien pogardzać mężczyznom za tak jawną niesubordynację, poniekąd mógł mu przyklasnąć za zanikającą już, zwłaszcza wśród młodszej szlachty, wolną wolę.
Zabawny dysonans między konwenansami, a przemyconą w uprzejmych słowach prowokacją. Avery nie chciał wybiegać w przyszłość, aczkolwiek nieśpiesznie zaczął przekonywać się do towarzyszącego mu jegomościa. Oraz do profitów, jakie wyraźnie mógłby czerpać z jego skromnej osoby. Dywagując z pozoru o kwestiach błahych, zręcznie manewrowali swym poczuciem przyzwoitości, jakby badając, a także naginając wszelkie ograniczenia, co nadawało tej konwersacji przyjemnej atmosfery pojedynku. W którym orężem była inteligencja; tej nie odmawiał Fawley’owi, choć z satysfakcją wyczuwał swoją przewagę. Spowodowaną tak chętną kapitulacją Colina – a może niezdrowym pragnieniem sprawdzenia się? Kiwnął głową, ostatecznie się z nim zgadzając: nie mógł odmówić sobie tej przyjemności. Dotychczas jedynie go wypróbowywał, kusił, mamił i… ostrzegał, ale najwyraźniej arystokrata bez ziemi pozostawał głuchy na podszepty zdrowego rozsądku.
Avery nie musiał nawet stroić swych drwin pawimi piórkami: miał wszak za towarzysza prawdziwego mężczyznę i nie godziło się obrażać go manipulacyjnymi grami. Mógł bez przeszkód powiedzieć mu wszystko prostymi słowy, co zresztą czynił, upiększając jednak rozkazujące komunikaty i dostosowując je do specyfiki miejsca, w którym przebywali. Targowisko próżności nie sprzyjało zawiązywaniu tak intratnych porozumień: wzbudziliby stanowczo zbyt duże zainteresowanie oraz zbyt dużą zazdrość. Arystokraci byli niezwykle wyczuleni na wszelkie odchyły od normy oraz drobne nieprawidłowości w systemie społecznym: ślepi zaś na własne ograniczenia, czyniące z nich mdłe i zupełnie przewidywalne towarzystwo. Samael zaś nie żywił żadnych obiekcji przed niewinną zabawą (z?) Fawley’em, nawet jeśli wykluczano go z elitarnej socjety za pewne braki. Oprócz zadziwiającej uległości, nie dostrzegał w nim bowiem żadnych odchyłów, nakazujących strącić go w mroczne czeluści zapomnianych i wydziedziczonych szlachciców. Colin popełnił tylko jeden błąd: sprowokował go, co wkrótce miało wydać żywy plon, obficie owocujący dla obojga z nich. Avery ponownie kiwnął głową, ze znudzeniem, niemal lekceważąco, nie przecząc zakwalifikowania Fawley’a do gromady trefnisiów, tańczących w rytm jego rozkazów, ku jego zadowoleniu i ku jego uciesze. Upił łyk wina, którego kolor przypominał krew, wartko płynącą w żyłach, a jeszcze piękniej prezentującą się na ulicznym bruku… Lecz nie o tym winien teraz myśleć, ufortyfikowany w zagraconym salonie, gdzie największej rozrywki przydawał mu właśnie jeden z owych błaznów, spalający się z oczekiwania na jego odpowiedź. Samael specjalnie przedłużał tę chwilę, delektując się alkoholem oraz napięciem, niemalże wyczuwalnym w gęstej atmosferze dusznego pokoju. Jakby miał podpisywać wyrok śmierci; ten nie zdążył zapaść, bowiem Avery postanowił, iż ułaskawi (dziś Colina) i nie powiedzie go na zatracenie. Zamiast tego, odłożył kieliszek na stoli i dokładnie wytarł usta, jakby obawiał się skazy na swym nienagannym wizerunku.
- Wywieram wpływ na dusze – odparł krótko, patrząc prosto w oczy Fawley’a i uśmiechając się. Odrobinę prześmiewczo, w ogóle nieciekawy, jak jego znajomy zareaguje na tak osobiste przecież wyznanie.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]03.10.15 14:34
Niepokojące zjawisko - poddać się kontroli, zrezygnować z panowania nad swoim życiem, złoży piękny dar poddańczej ofiary na ręce kogoś innego. Zaufanie? Głupota? Ulga? Życie w swojej skomplikowanej naturze nie każdemu przynosiło radość i szczęście; nie każdy czerpał z niego pełnymi garściami, przelewając między palcami złoto rozkosznych uciech i swobody, mogąc uczynić wszystko, co tylko by mu przyszło na myśl. Nie każdy mógł pławić się w luksusie, otoczony służbą, przyjaciółmi, zabawiany na setki różnych sposobów. Życie nierówno obdarzało swoimi darami ludzi, a równość nadchodziła dopiero ze śmiercią, w obliczu której granice się zacierały. Skoro ci maluczcy tęsknili i marzyli o losie tych wielkich, tych na świeczniku władzy, wyniesionych na piedestał, czemuż ci wielcy mieliby czasem nie marzyć - w marzeniach pozbawionych drwiny i ironii - o uniżeniu się chociaż na chwilę do tych, których mieli pod stopami? Drabina społeczna nie była elastyczna, utrzymując na swoich ruchomych szczeblach poklask arystokracji i upodlenie mugoli, dozwalała jednak w swojej niesprawiedliwości na to, by ci na samym szczycie, pławiący się w chwale, zaszczytach i morzu galeonów, mogli w drodze wyuzdanej rozrywki zakosztować tego, co dla innych było chlebem codziennym. Colin nie różnił się niczym od tych, którzy poddawali się takim marzeniom; w jego przypadku w dwójnasób wzmacnianych wewnętrznych rozdarciem i niezdecydowaniem, brakiem jednoznacznego wyboru między przyjęciem swojego szlacheckiego pochodzenia a jego kategorycznym odrzuceniem na rzecz zwykłości. Może patrząc teraz w niepokojące oczy Samaela i wyczuwając w jego przedłużającym się milczeniu i perfekcyjnie zaplanowanych gestach pewne niebezpieczeństwo, może właśnie dlatego znów powróciła do niego fala tych skrywanych głęboko marzeń o schyleniu się w usłużnym pokłonie i zgięciu karku, by sięgnąć w dół drabiny chociaż na chwilę?
- Zatem to musi być wyjątkowo nudne zajęcie - odparł z pewnym powątpiewaniem w głosie, dając znak, że ludzkie dusze interesują go o wiele mniej niż ciała. Jak można skorzystać z niematerialnej istoty, z fantazyjnej materii istniejącej wyłącznie w wyobraźni? Jaką przyjemność daje niemożność uchwycenia czegoś tak ulotnego? To była domena dementorów lubujących się w torturach duszy, składających swój śmiertelny dla niej pocałunek, zapewne czerpiąc przy tym radość nieziemskich rozkoszy porównywalną z tymi, które Colin odczuwał w (nie)małżeńskich łożnicach dam. - W szczególności w stosunku do kobiet. Wszak wielokrotnie odmawiano im posiadania tego przymiotu - pozwolił sobie nawet na drobny, ledwie widoczny acz szczery uśmiech. Nie obchodziło go, czy Avery jedynie się z nim bawił i go podpuszczał, wygłaszając swoje lekceważące podejście do płci pięknej, obrzucając nachalne panny znudzonym spojrzeniem i ze spokojem dyskutując o temperowaniu krnąbrnych niewiast. Liczyło się tylko to, że temat trafił na podatny grunt, wywołując w Colinie rosnące zainteresowanie; nie zamierzał ciągnąć Samaela za język i z wścibską ciekawością drążyć wątków, które tamten spławiał wymownym milczeniem. Niemniej warto było poznać nieco dokładniej poglądy arystokraty w tej kwestii; skonfrontować się z punktem widzenia, z jakim Colin spotykał się rzadko... czy wręcz wcale, otoczony kurtyną tabu, które zabraniało otwarcie mówić o takich kwestiach, które nie pozwalało na wyrażanie opinii niegodnych szlacheckiego języka. Takie słowa - buńczucznie spłaszczające rolę kobiety wyłącznie do zachcianki męża, który w swojej dobroci gotów byłby nauczyć ją odpowiedniego zachowania - bez większych konsekwencji kierować można było do kobiet niższych stanem, nie zaś do szlachetnie urodzonych dam. Samael jednak nie wydawał się być zainteresowany jakimkolwiek podziałem, umieszczając wszystkie kobiety za jedną grubą linią, a to już dla wybiórczej w swoich prawach i zasadach arystokracji było nie do pomyślenia. W Colinie budziło jednak coś na kształt szacunku wobec kogoś, kto nie bał się stawać naprzeciw odwiecznym zasadom.
Coraz poważniej myślał o swoim zaproszeniu, propozycji rzuconej z rozbiegu, nieco nieopacznie i nieprzemyślanej, która pojawiła się wyłącznie po to, by zachować początkową uprzejmość konwersacji. Teraz jednak był zadowolony ze swojego pośpiechu; goszczenie Avery'ego na własnym terenie mogło mieć zupełnie inne skutki i odbywać się w innej atmosferze. Nie byliby ograniczeni szlacheckimi zasadami dobrego wychowania, konwersując grzecznie, wręcz książkowo; wypowiadane słowa nie musiałyby być ostrożne jak dłoń kobiety zaciskająca się na brzytwie i wędrująca po zaroście na męskiej szyi. Otoczony własną przestrzenią, bezpieczną przestrzenią, może w końcu potrafiłby zwalczyć uczucie uległości, budzące się w jego wnętrzu. Pozbawiony zaś ciekawej duszy mógłby skierować zainteresowanie Samaela w nieco innym kierunku, zdobywając w nim w końcu niejako sprzymierzeńca w poglądach; może nawet mentora, który wprowadziłby go w arystokratyczny świat konwenansów i pułapek, kształtując potulny umysł ucznia swoimi zręcznymi dłońmi doświadczenia.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]03.10.15 19:21
Odnajdywanie w życiu uciech nie należało do zadań najprostszych. Mnóstwo bodźców działało bowiem przeciwko, rozpraszając i utrudniając czerpanie przyjemności z każdego codziennego dnia, a tym samym, czyniąc go niepełnym i nieudanym. Avery był hedonistą i nie ukrywał tego faktu przed nikim; odczuwał dumę, że w pogoni za szeroko pojętą rozrywką, nie zatracił dobrego smaku i nie przyklaskiwał plebejskim urozmaiceniom marnej egzystencji synów ulicy. Te psy również przejawiały pragnienia podobne ludzkim, choć Samael na początku szczerze w to powątpiewał – kto w swej głupocie ofiarowałby marnym parodiom gatunku zdolność zmysłowego odczuwania? Pozostawało jednak oczywistością, iż nie on pierwszy (niestety) odkrył rozkoszne połączenie sfery duchowej z fizyczną: na szczęście ono przysługiwało jedynie nielicznym, było niemalże towarem ekskluzywnym, dostępnym wybranym, którzy potrafili poskromić na raz sacrum i profanum. Wówczas cielesność odgrywała rolę drugorzędną, zaś prawdziwą, niekłamaną i nieskrępowaną ekstazę przynosiło zagłębianie się w meandry ludzkiej psychiki i obnażanie jej z najbrudniejszych myśli. Właśnie ten dualizm doprowadzał Avery’ego do wrzenia, kiedy plugawił nie tylko ciała, ale również i dusze. Był wcielonym diabłem, lecz miast pędzić je wszystkie ku ogniom piekielnym, skazywał je na egzystencję w ciągłym zahukaniu, nie gromadząc po nich żadnych pamiątek. Sentymentalność stanowiła ogromną przywarę, zaś przywiązanie do przedmiotów (pomijając jego ukochane zabawki uważał za głupią, wręcz kobiecą czułostkowość. Która kiedyś, w przyszłości, mogłaby przynieść ze sobą brutalne i ponure konsekwencje. Podobnie jak beztroska Samaela w stosunku do szlachcica bez godności. Może właśnie ów serwilizm sprawił, iż odnosił się do niego równie niefrasobliwie, żartując ze spraw zaiste błahych, których poruszanie groziło jednak powszechnym zgorszeniem. Avery nie sądził, aby popełniał rażące faux pas – prędzej Fawley winien zastanowić się nad swymi słowy, jakimi popełniał właśnie widowiskowe, niemalże honorowe samobójstwo, wbijając sztylet we własną pierś. I wystawiając się Avery’emu na tacy z pięknie zachęcającym uśmiechem. Czyż mógł okazywać obojętność względem swego towarzysza, najwyraźniej podminowanego konwersacją z kimś lepszym od siebie? Naturalnie, ale póki Colin nie próbował wybitnie mu się narzucać, Samael spokojnie igrał z nim, nieustannie dowodząc swojej wyższości. Z którą ten nawet nie próbował polemizować, pokornie godząc się z takim układem sił. Usiłując jednak wyrażać swoje zdanie na tematy, na jakie nie posiadał najmniejszego pojęcia. Może i był Casanovą, don Juanem, łamaczem niewieścich serc i złodziejem, czyhającym na wianki dziewictwa, lecz nie miał najmniejszej wiedzy o przyjemnościach ponad fizycznych doznań. O których niebacznie wydawał opinię, uchodząc w tym momencie w oczach Avery’ego za zwykłego prymitywa. Którego chętnie by oświecił – w celu stricte dobroczynnym?
-Śmiem przeczyć – odparł lekko, kompletnie ignorując nadzwyczaj oczywistą sugestię Colina. Stanowiącą nieudaną prowokację? Pokręcił głową, niemal pobłażliwie, nie próbując wszakże tłumaczyć mu wyższość kultu duszy na ciałem. Był pewny, że przynajmniej w tej chwili, Fawley nie zrozumiałby nic z jego wykładu. Potrzebował przedstawienia bardziej praktycznego: najlepiej prywatnego, przy kieliszku dobrego wina i muzyce Berlioza sączącej się z gramofonu. Żywił ogromną nadzieję, iż właśnie w takiej atmosferze przebiegnie ich rychłe, ponowne spotkanie. Avery nigdy nie rzucał słów na wiatr, zatem Colin… nie mógł być niczego pewien.
- Jedynie zwierzęta nie mają duszy – poprawił Fawley’a, uśmiechając się ironicznie. Nie mógł przekroczyć pewnej granicy: choć dominował, nadal pozostawał gościem, a dookoła kręciło się zbyt wiele osób o horyzontach za małych i umysłach zbyt ciasnych, aby pojąć rozumowanie Samaela. Który nie zamierzał precyzować, czy jako mężny rycerz bronił czci płci niewieściej, czy wręcz przeciwnie, minimalizował ją maksymalnie, stawiając w hierarchii tuż obok (niżej?) ulubionego psa. Podobieństwo było przecież uderzające: mógł kobietę pogłaskać, ale zależnie od humoru, również kopnąć i uderzyć. Avery’emu nie czyniło to większej różnicy; niewiasty traktował jako podgatunek człowieka i najchętniej trzymał na krótkiej smyczy. Ograniczanie swobód i natychmiastowe wyznaczanie granic, a także system kar sprawdzał się bowiem bez zarzutu, dławiąc w zarodku wszelkie próby głupiutkiego buntu. Po jakimś czasie, przestawały nawet szczekać, jedynie skomlały cicho o okazanie litości. Pozostając uroczo naiwne i zdaje się nieświadome odwiecznej regule panującej na świecie. Słabi był niepotrzebni i tak jak pan, pozbywał się wiernego ogara, kiedy ten robił się bezużyteczny, tak samo on postępował ze zbędnymi już i wyłącznie zalegającymi manekinami. Bez żadnej wartości.
Takowo, jak i miałki mężczyzna, nienależycie ukształtowany i pozbawiony pierwiastka, odpowiadającego za wszystkie cechy, warunkujące bycie hegemonem. Wyłącznie dzięki swoim chęciom Fawley nie wzbudził w nim jeszcze obrzydzenia, a niezdrową ciekawość. Stając się zarazem pierwszym mężczyznom, którego zapragnął poznać bliżej.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Sabat, 1952 [odnośnik]04.10.15 18:45
Rozgryzienie Avery'ego było trudne, ale z pewnością nie niemożliwe – nie dla tych, którzy tak jak on czerpali największą satysfakcję z gwałtu na ludzkiej duszy i z bezczeszczenia umysłu swoją obecnością. Dla Colina były to jednak rozrywki cokolwiek niepożądane i niechciane; nie czuł podniecenia na myśl o wdzieraniu się w czyjeś myśli, nie odczuwał pragnienia (przynajmniej nie często), zdeptania swoimi stopami czyjejś osobistej przestrzeni, wyrwania czyichś najgłębszych pragnień ze starannie ukrytych czeluści wyobraźni. Nie interesowały go ludzkie słabości, marzenia i fantazje, jeśli nie dotyczyły go osobiście, a większą satysfakcję czerpał z fizyczności, z aktu cielesnej, namacalnej, materialnej siły i przewagi, niż z błądzenia po ciemku w głębinie szalonych myśli i niepoukładanych emocji. Nie rozumiał i nie chciał nawet zrozumieć (teraz) osób takich jak Samael, które wyżej stawiały sobie niematerialną duszę od cielesnej uciechy, co jednak nie oznaczało, że nie szanował ich (dziwnego) spojrzenia na świat. Jego wewnętrzny hedonizm pozwalał mu jednak z uprzejmym zainteresowaniem dociekać powodów, dla których to, co dla Colina było tylko nudną rozrywką bez polotu, dla innych stanowiło najczystszą formę przyjemności. Może on sam nie był jeszcze gotowy, by czerpać rozkosz zakamuflowaną w odmętach obcej duszy?
- Oczywiście, ma pan prawo się nie zgadzać – ledwie stłumił triumfalny ton swojego głosu, chyba w tym momencie najmocniej naciskając na wątłą nić rodzącej się między nimi zależności między mistrzem a uczniem. Łabędzi śpiew tuż przed tym, gdy odda się całkowicie w ręce Samaela, nie pozwalając mu jednak zapomnieć o tym małym, o tym drobnym geście ostatniego sprzeciwu, o tym delikatnym okazaniu zalążka charakteru, którego wcale nie będzie łatwo złamać. Przeczuwał, że ich kolejne spotkanie będzie przebiegało w zgoła innej atmosferze; chciał, by doszło do niego na gruncie, który znał, w towarzystwie znajomego otoczenia, na własnym terenie, gdzie Avery chociaż przez moment mógł poczuć się nieswojo, ale jednocześnie wiedział też, a jakąś dziwną, niezrozumiałą pewnością, że nawet wtedy hipnotyzująca siła Samaela przedrze się przez ochronne bariery Colina, zmuszając go do (radośnie upokarzającego) zgięcia karku. Nie chciał jednak tym przejmować już teraz; Sabat był tu i teraz, słowa Avery'ego wciąż zachowywały stosowny dystans, prowokując i z każdym wyrazem wbijając drobną szpilkę ironii, ale na szczęście bezpiecznie odległe od jakiegokolwiek przymusu. To tutaj, wśród dziesiątek, jeśli nie setek szlachciców, Colin czuł się spokojny o swoją duszę jakkolwiek nie podejrzewał, że była ona (obecnie) jakimś wartościowym fantem dla wyniosłego szlachcica.
- A czyż człowiek nie jest zwierzęciem? Obdarzonym inteligencją ponad brutalny instynkt, ale wciąż zwierzęciem – wzruszył ramionami, odkładając pusty kieliszek na stolik. Szkło cicho zabrzęczało przerywając ciszę, co nagle uświadomiło Colinowi, że zostali w pomieszczeniu zupełnie sami. Jakby nagle obecni na Sabacie uczestnicy postanowili unikać tego niewielkiego pomieszczenia, w którym ścierały się dwa męskie umysły, gdzie dominacja swoją gwałtowną siłą miażdżyła rodzącą się uległość, pętając ją w żelazne kajdany. Jego fascynacja siedzącym obok mężczyzną przybierała coraz wyraźniejszą formę; poddańczy ukłon, do którego skłaniał się w myślach z każdą kolejną chwilą, nie miał wymiaru fizycznej uległości. Colin nie odczuwał pragnienia poznania Samaela w ten niemoralny, sodomiczny sposób, który łączył dwóch mężczyzn w ciemnych pokojach, oddalonych od wścibskiego zainteresowania. Jego pragnienie uległości miało wymiar bardziej – o, ironio – duchowy; szukał w Samaelu raczej swojego przewodnika i mistrza szlacheckiej arogancji, nauczyciela gotowego zastąpić mu aluzję rodowego wychowania, którego został pozbawiony. Postawa Avery'ego mu imponowała, skłaniała do naśladowania, inspirowała – czy chciał się stać taki jak on, pewny siebie, wyniosły, gotowy spojrzeniem miażdżyć pełzające u stóp robactwo? Nie przeszkadzało mu nawet to, że Samael był, prawdopodobnie, mężczyzną młodszym od niego, jednakże autorytet roztaczający wokół siebie, jego niezwykła siła przyciągania, przenikliwe spojrzenie w dwójnasób wynagradzało ten drobny defekt wieku.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Sabat, 1952
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach