Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Plaża
AutorWiadomość
Plaża [odnośnik]25.09.15 23:20
First topic message reminder :

Plaża

Piaszczysta plaża przy brzegu chłodnego morza; słychać miarowy szum spienionych fal, powoli otulających brzeg oraz krzyk skarżących się mew. Czuć delikatny zapach bryzy niesiony nadmorskim wiatrem. Piasek jest miękki, czysty, można w nim odnaleźć bursztyny lub muszle. Roztacza się stąd doskonały widok na zachodzące w morzu słońce.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ALCHEMIA : 99
UZDRAWIANIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 14 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Plaża [odnośnik]14.01.19 20:42
Palce błądzące w piasku, którego drobiny zdawały się włamywać w ciasną przestrzeń między pierścieniami oraz skórą, mknęły tak daleko, jak pozwalała na to długość ramion Zachary'ego. Ruchy pozostawały swobodne, pełne gracji i wdzięki – znamionowały kogoś, kto na sypkiej, pustynnej materii znał się jak mało kto, choć sam w sobie zapewne nie potrafił dostrzec tego przymiotu. Robił jedynie to, czego nauczył się, będąc dzieckiem czy dorastającym szajchem. I nie zapomniał. Przyjęcie tytułu lorda nie zmieniło niczego. Nadal pozostawał tym samym tworem, identyczną istotą, materią; nadal miał w sobie odrobinę dziecka, którą właśnie dziś wydobywał z siebie, obnażając się znacznie bardziej niż powinien. Z wolna otaczał się beztroską zaaranżowanej sytuacji, na krótką chwilę zapominając się, pozostając jednak świadomym konsekwencji. Wierzył jednak, że obecne przyzwoitki (musiała być przynajmniej jedna przypadająca na niego oraz druga na Elodie) solidnie dbały o odpowiednie zaaranżowanie sytuacji, odpędzenie wzroku ciekawskiego, poszukującego sensacji pospólstwa oraz zapewnienie jemu oraz panience Parkinson odpowiedniej intymności, podczas której mogli swobodnie odkrywać dzielące ich sekrety. Nie musiało paść wiele słów, gdy dominowały niedopowiedzenia, niejednoznaczności, krótkie uwagi padały powoli, czasami stając się większymi sformułowaniami.
Pilnowanie własnego języka było dla niego czymś naturalnym, gdy pojawiał się w towarzystwie dam. Dbał o poprawność stosowanego słownictwa, lecz jedynie przy niej starał się każdej swej wypowiedzi nadawać ton odpowiednio brzmiący, będący ucieleśnienie myśli niezdolnej do werbalnego wyrażenia. Cały wysiłek zdawał się męczącym, mozolnym zajęciem – jemu zaś przynosiło przyjemność móc stanąć w szranki i zmagać się o władzę nad słowami, choć od samego początku wiedział, że był skazany na klęskę. Nawet władanie dwoma, mocno odrębnymi językami nie dawało mu przewagi, a wręcz czyniło jeszcze słabszym, gdy zapominał właściwego słowa i czynił dłonią gest mający je wyrazić.
Obie te rzeczy — odpowiedział, spoglądając łagodnie w stronę lady Parkinson, niemal uśmiechając się, nieco mrużąc oczy w delikatnej zadumie nad kolejnym pytaniem, wahając się z udzieleniem kolejnej odpowiedzi. — Pamięć bywa nazbyt ulotna, by móc dzierżyć w rękach wieczność dłużej niż przez krótką chwilę, natomiast otaczająca nas rzeczywistość zdaje się nienasycony naszymi czynami, jakby do tego była stworzona. Wierzę jednak, że to my naginamy jej wolę do naszych potrzeb. Naciskamy, nadajemy kształt jakby była mokrą gliną, nie piaskiem przesypującym się przez palce.... Tym właśnie jest rzeczywistość, czym jesteśmy dla siebie wzajemnie. Piaskiem. Piaskiem znamionującym trwającą chwilę, odmierzającym wieczność czasu. — Zdołał wyczerpująco odpowiedzieć, w toku padających słów zanurzając dłonie głębiej w piasek, sięgając do znacznie twardszej części podłoża, lecz nie zahaczając o nią, by powoli wyciągnąć ręce z powrotem ponad powierzchnię, zabierając ze sobą coś co mogło być muszelkami.
Mam nadzieję, że te będą choć trochę godne twojej uwagi — stwierdził, lekko uśmiechając się do lady, po czym wyprostował się, zadarł głowę i zamknął oczy, chcąc chłonąć jak najwięcej słonecznych promieni, kąpiąc się w ich blasku. Doskonale wiedział, jaką grą odbijały się na jego ciemniejszej niż reszty Anglików karnacji. Miały prawo wniknąć głębiej, sięgnąć tego, co dla nich było obce i nieznane, a jemu bezgranicznie bliskie. Mogły sprawić, że zaczynał skrzyć, czyniąc jego oblicze błyszczącym, jakby był ze złota, jakby jedno z egipskich bóstw raczyło zstąpić do śmiertelnych, wątłych ciał i zaszczycić je swą nieprzeniknioną obecnością. Niezmiennie, od lat zawsze wyobrażał to sobie dokładnie w ten sposób; żadna siła nie miała dostatecznego wpływu na pogląd ukształtowany na pustynnych piaskach, gdzie boso stąpał, nurzał stopy i gonił za ptactwem, które próbował nagiąć ku własnej woli. Tyle razy próbował sięgnąć ich wolnych skrzydeł, lecz nigdy nie zdołał utrzymać nad nimi właściwej władzy. Zawsze wymykały się niczym drobiny piasku, kiedy próbował chwycić go rozcapierzonymi palcami, czego jako dziecko nie potrafił pojąć, aby dopiero z upływem czasu zrozumieć, że nie potrafił odebrać im tego rodzaju wolności, którego on nigdy nie znał. Wprawdzie nigdy nie czuł się więźniem, jednak posiadłszy dar rozumienia mowy ptaków, otrzymał świadomość dostrzegania różnic niemalże niemożliwych do pokonania i to właśnie wtedy podjął w sobie wyzwanie, by smak owej innej wolności kiedyś poznać.
Ależ skąd — odparł uprzejmie, myślami wracając z zadumy, na powrót otwierając oczy, by jasnym spojrzeniem zatrzymać się na Elodie, potakując własnym słowom, upewniając ją, że w żaden sposób nie uczyniła mu potwarzy. Poddawał w głęboką wątpliwość taką możliwość. Ktoś o tak enigmatycznej osobowości nie mógł być zdolny do uczynienia jakiejkolwiek obrazy. — Wczoraj miałem przyjemność całkiem przyzwoitego zatańczenia z lady Inarą Nott — zaczął, rzucając jej spojrzenie podszyte sugestią. — Wybraliśmy się do labiryntu, a to było jedno z zadań, które musieliśmy wykonać. Wspaniale bawiłem się w jej towarzystwie. Wygraliśmy, naturalnie. — Dodał, wyjaśniając detale, rozwiewając wątpliwości, nadając właściwy kształt obrazowi, który podsunął wyobraźni lady Parkinson, kończąc nieco suchym tonem, jakby fakt zwycięstwa był najzwyklejszą w świecie oczywistością, której należało spodziewać się po arystokratycznym pochodzeniu. — Przedwczoraj natomiast... łowiłem wianek wraz z innymi kawalerami. Cóż to był za spektakl. Jeden z niżej urodzonych biedaków próbował zabrać moją zdobycz, ale blask pierścienia odebrał mu tę szansę — mówił dalej, posyłając lady lekki uśmiech zabarwiony sarkazmem oraz szyderstwem. — Wianek należał do lady Elise Nott. Czarująca osoba, choć podejrzewam, że nieprędko zechce porozmawiać ze mną ponownie. Przez tego nieudacznika skończyłem cały w mokrych szatach. Oczywiście, lady Nott była tak miła, że nie zająknęła się na mój stan ani jednym słowem. — Poczynione wyjaśnienia o wydarzeniach z zaledwie dwóch dni wywoływały w nim mieszane uczucia. Nie chciał rozpatrywać ich w jakichkolwiek kategoriach, odpychając je. Pragnął – tak wtedy jak i teraz – zachować spokój zabarwiany możliwością spędzenia miłych chwil w odpowiednim towarzystwie, któremu przez cały ten czas ofiarowywał swoją uwagę i nie zamierzał tego przerywać, bowiem wzbudziła się w nim ciekawość. — Powiedz mi, lady Elodie, jak ty spędzasz dni festiwalu. Jestem pewien, że przeżyłaś coś równie interesującego — odezwał się, sięgając po jedną z muszelek leżących na wierzchu piasku, po czym lekko przesunął ją w stronę towarzyszki, sugerując odbicie piłeczki. Teraz twoja kolej, byś mnie zaskoczyła, lady Parkinson, stwierdził we własnych myślach, oczekując odpowiedzi, która miała go zaskoczyć. Innej nie mogła mieć, czyż nie?



One look in my eyes
The chase has just begun
Zachary Shafiq
Zawód : Ordynator oddziału zatruć eliksiralnych i roślinnych, Wielki Wezyr rodu
Wiek : 26
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
I am an outsider
I don't care about

the in-crowd
OPCM : 22
UROKI : 8
ALCHEMIA : 8
UZDRAWIANIE : 26
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 5
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarodziej
 magic
Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t5831-zachary-shafiq#137692 https://www.morsmordre.net/t5852-ammun#138411 https://www.morsmordre.net/t5853-zaloz-szalik-bo-zmarzniesz https://www.morsmordre.net/f145-wyspa-man-siedziba-rodu-shafiq https://www.morsmordre.net/t5866-skrytka-bankowa-nr-1444#138736 https://www.morsmordre.net/t5865-zachary-shafiq#138732
Re: Plaża [odnośnik]20.02.21 17:55
10 października 1957
Wybrzeże Weymouth, równie piękne, co symboliczne - przez wieki kojarzone z festiwalem miłości, dziś wciąż stanowił enklawę wolności. Jedną z ostatnich i nielicznych, półwysep kornwalijski zblokował się przeciwko pozostałym, stanowiąc ostatnią ostoję ochronę... mugolskich wartości? Nie pojmował, że czarodzieje wciąż gotowi byli wstawiać się za niemagicznymi, czy nie rozumieli pełni swojego potencjału, niebezpieczeństwa, jakie niosły za sobą te przykre podistoty? Tutaj nie dało się usłyszeć ogłuszających kroków olbrzymów, tutaj nie słychać było błysków zaklęć, a kiedy podążał przed siebie morskim wybrzeżem odniósł niepewne wrażenie, że ludzie tutaj gotowi byli udawać trwającą sielankę - zupełnie jakby nie zdawali sobie sprawy ze wszystkiego, co działo się wokół nich. W kraju. Wszędzie. Nadmorski wiatr szarpał włosy, rozchylał poły płaszcza i smagał dym z papierosa trzymanego między palcami. Tytoń był mdły, nie przywykł do podobnego, ale szczędził silniejszego, wiedząc, że łagodniejsze czasy nie przyjdą ni dzisiaj ni jutro, że potrzebowali czasu i cierpliwości, by porządek świata powrócił na dawne tory. Potrzebował tych papierosów - przykry nałóg stał się faktem, a przyzwyczajenie przezwyciężało zniesmaczenie. Ponad morze spojrzał w rozmyte nad nim błękitne niebo, białe wstęgi chmur rysowały romantyczny krajobraz - lecz tym razem nie pojawił się tu by podziwiać widoki, w każdym razie nie tylko po to. Zdawał sobie sprawę z tego, że jego pojawienie się na niniejszych ziemiach mogło przynieść kontrowersje, jednakowo trwał w uzasadnionym przekonaniu, że nic gorszego od niego samego go tutaj nie spotka. Szukał - jak wędrujący po niebie sokół zataczający nad polaną koła zwiastujące krwawą ucztę, jak wyjący na tle księżyca wilk wybywający na łów, jak skryty w zaroślach czarny kot gotujący się do skoku. I tak, baczne spojrzenie napotkało dziewczynę idącą plażą; błękitny płaszczyk okrywał ją przed wichrem, brązowe czółenka mimo południowego chłodu trzymała w dłoniach, dziewczęcy uśmiech, który ku niemu zwróciła, zdradzał, że miała nie więcej niż naście lat i nie miała pojęcia, kogo właśnie mijała; Tristan przystanął w pół kroku, obejrzał się przez ramię, jej złociste włosy zatańczyły w powietrzu, gdy - może wyczuwając na sobie spojrzenie dekadę starszego mężczyzny - odwróciła się i ona. Jej twarz rysowała historię lęku, musiała przejść swoje mimo młodego wieku, jej oczy chłonęły świat z figlarną iskrą i nieświadomą ciekawością, tak jak gdyby te dwa czucia wcale się nie wykluczały. Może rzeczywiście wcale nie musiało tak być.
Wsunął lewą dłoń do kieszeni płaszcza, odnajdując w niej złotą obrączkę Evandry, obrócił ją między palcami kilkukrotnie, nie odejmując spojrzenia od dziewczyny, kącik jego ust uniósł się nieco wyżej, choć uśmiech nie sięgnął oczu. Dziewczyna obróciła się i zatrzymała, po chwili zawahania wykonując w jego stronę kilka zgrabnych drobnych kroków, zatapiając bose stopy w gęstym chłodnym piasku..
- Wszystko w porządku? - Jej głos był ładny, dźwięczny, słuchanie go mogłoby sprawić przyjemność, kącik ust Tristana uniósł się nieznacznie wyżej na te słowa, a gdy obserwował jej twarz dostrzegł cień niepokoju, jaki się na niej objawił. Nie odpowiedział, zakłopotana rozejrzała się w koło, wycofując się w pierwotne obranym kierunku. Patrzyła jednak wciąż na niego - coraz mocniej odrywając spojrzenie w inną stronę, jakby jednak nie chciała spuścić go z oczu całkiem. Może jednak była bardziej świadoma tego, co działo się wokół niej, niż zdradzała to na pierwszy rzut oka. Może nie była głupia. Ale z pewnością roztaczała wokół siebie aurę naiwnej niewinności, która miała stać się fundamentem jego nieśmiertelności. Wpierw wypuścił z palców niedopałek po papierosie, później dopiero, nieśpiesznym gestem, sięgnął po różdżkę. Dziewczyna przyśpieszyła kroku - a kiedy nie odwracał od niej spojrzenia, puściła się przed siebie biegiem. Jego sylwetkę spowił czarny dym, rozmyła się we mgle, materializując się naprzeciw gnającej w odmiennym kierunku dziewczyny, z tym samym wilczym uśmiechem na twarzy. Krótki, nieśpieszny gest różdżki podciął jej kolana, na które upadła tuż przed nim, nim jej ciało zdążyło zareagować na rosnące przerażenie, różdżka z jej dłoni opadła w miękki piasek. Tristan przesunął ją lekko stopą, odkopując w bok, dalej niż na wyciągnięcie ręki. Kolejny gest różdżki wywołał dziewczęcy wrzask, który poderwał do lotu okoliczne zmarznięte mewy i kilka łabędzi, kiedy przykucnął na ugiętych kolanach, sięgnął dłonią jej podbródka, przechylając go ku sobie, by móc się jej lepiej przyjrzeć. Kapelusik zerwał wiatr, błękitne oczy naznaczone przerażeniem przeszkliły się nabiegającymi łzami, a spomiędzy nabrzmiałych warg wypłynęła gęsta struga krwi, coraz obfitsza z każdym kolejnym uderzeniem słabnącego serca. Przytrzymał jej podbródek, choć czuł, że opada z sił, pozbawione oporu ciało utrzymało wbity w nim wzrok; rozpłatane od wewnątrz gardło nie było w stanie wydać z siebie nic poza zdezorientowanym, zawstydzonym i przerażonym charknięciem. Lubił obserwować ten strach, ostatnie tchnienie, jakby żywił się cudzą energią, cierpiące piękno sprawiało mu przyjemność, intensyfikowało doznania znudzonych zmysłów - zawsze od życia pragnął więcej i więcej. Przeciągnął czule palcem po jej policzku, strącając z niego opadniętą rzęsę, podobno mogła przynieść pecha. Nachylił się nad nią mocniej, pozwalając sobie poczuć zapach jej skóry zmieszany z zapachem strachu, zapachem śmierci, metalicznym posmakiem krwi, nim wypuścił jej podbródek z uścisku, pozwalając jej ciału przechylić się i upaść bezwładnie na miękki piasek, wydała z siebie kolejny charkot. Wciąż żyła - dobrze - potrzebował jej życia, Lord Voldemort twierdził, że to było konieczne.
Wysunął lewą dłoń zaciśniętą na obrączce Evandry, ściskając ją nieznacznie między palcami; pchnął dziewczynę na plecy, przez chwilę przyglądając się złocistej aureoli, w jaką ułożyły się jej rozsypane włosy. Wybałuszyła oczy, dusiła się własną krwią spływającą z gardła - ale nie miała już siły się podnieść - próbowała wywinąć głowę na boki, ale jego palce, które dotknęły wpierw jej słabnącego, gasnącego ciała, odnalazły krtań, unieruchamiając ją na ledwie kilka chwil. Prawa dłoń wysunęła nad nią różdżkę - przymknął oczy, zmuszając się do pełnego skupienia i pełnej koncentracji, to miało stać się tu i teraz - przezwycięży śmierć, czyniąc swe ciało nieśmiertelnym.
Ja czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność tworzę - cóż ty mogłeś zrobić większego?
- Avada kedavra - Doskonale opanowana inkantacja wybrzmiała z jego ust czułym szeptem, gdy spostrzegał znad opuszczonych powiek szmaragdową poświatę morderczej inkantacji. Ciche westchnienie, przełamana dusza, właśnie nastawał na wszelkie świętości ludzkości, gwałcąc podstawowe magiczne prawidła: przełamując istotę życia i śmierci, zechciał zabawić się własną duszą. Nie opuścił różdżki, gdy szmaragdowy promień wciąż łączył go z dziewczyną; wysunął przed siebie złotą obrączkę, szepcząc pod nosem mantry tak, jak uczył go tego Czarny Pan; wtem to poczuł, przeraźliwy ból rozdzierający się przez serce, obok serca, w duszy - wygiął się w tył, łapczywie chwytając powietrze, gdy jej fragment odłamał się jak fragment skruszonego zwierciadła i uleciał z niego, przechwycony przez przedmiot trzymany w lewej dłoni; czuł to wyraźnie, nagłe ciepło, mrowienie, obrączka rozgrzała się niemal do czerwoności, choć przybrała przy tym barwy czarnej jak noc. Chwytając oddech nachylił się nad martwym już ciałem, wyciągając przed siebie pierścień i różdżkę. Czuł pustkę. Odłamany fragment duszy był z nim zawsze, lecz nie wróci już nigdy - człowiek jednak był w stanie oswoić się z brakiem ręki lub nogi, z brakiem oka lub języka, brak z czasem miał stać się oczywisty, niewyczuwalny, choć chyba też nigdy już naturalny. To, co zrobił, był gwałtem przeciw naturze, przeciw istocie magii. I miało ochronić jego, ją, ich. Francis nic nie rozumiał, miał na to skuteczne sposoby.
Wsparł się na jednym kolanie, unosząc sylwetkę; nie zwracając większej uwagi na martwą dziewczynę odszedł w kierunku podmywających brzeg morskich fal, by przyjrzeć się pierścieniowi pod lepszym światłem; jego blask odbijał się od błyszczącego złota równie pięknie jak wcześniej, a na oszlifowanych krańcach nie dało się dopatrzeć ni jednej rysy. Kiedy jednak trzymał go w dłoni, odnosił wrażenie, że niemal słyszał własny krzyk - krzyk rozdartej duszy. Zaklęta w więzieniu nie mogła znaleźć ucieczki, póki nikt jej nie zbudzi. Zaklęta w więzieniu obrączki, złotym pierścieniu nieskończoności, miała zawsze być przy niej. Przeklęty niech będzie, kto zechce zaigrać z tą mocą. W jej rękach jego dusza miała być bezpieczna, przy jego duszy - bezpieczna miała być ona. Zatoczył się z nogi na nogę, kosztowało go to więcej sił niż sądził, jedną stopą przypadkiem wchodząc w spienione morze.
Nie obejrzał się na dziewczynę, nie odnalazł spojrzeniem jej różdżki. Gdy zdobył to, po co tu przyszedł, rozmył się w czarnej mgle.

/zt



the vermeil rose had blown in frightful scarlet and its thorns
o u t g r o w n

Tristan Rosier
Zawód : Arystokrata, smokolog
Wiek : 29
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Żonaty
the death of a beautiful woman is, unquestionably, the most poetical topic in the world
OPCM : 40
UROKI : 30
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 65
ZWINNOŚĆ : 10
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 14 0a7fa580d649138e3b463d11570b940cc13967a2
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t2784-skrytka-bankowa-nr-96 https://www.morsmordre.net/t977p15-tristan-rosier
Re: Plaża [odnośnik]08.03.21 21:16
| 2 listopada

Mokry piasek na jej gołych stopach, morska, przyjemna bryza i chłodny wiatr, który poruszał połami jej rozpiętego płaszcza oraz rozwiewał jej włosy, które co rusz musiała zakładać za ucho, sprawiły, że znów zaczęła myśleć klarownie, że znów zaczęła oddychać pełną piersią. Idąc brzegiem wsłuchana w szum fal pozwalając sobie na chwilę zadumy. Przez ostatnie lata Londyn kojarzył jej się z domem. Portowe brudne uliczki, gęsto ustawione budowle, podejrzany zapach Tamizy i jeszcze bardziej podejrzane towarzystwo. Miejsce tak całkowicie odmienne od jej dawnego domu, a jednak odnalazła w nim spokój, którego tak bardzo potrzebowała. Skłamałaby mówiąc, że do portu zaprowadziła ją wyłącznie chęć niesienia pomocy. To był oczywiście jeden z powodów, bez wątpienia najważniejszy, ale za jej decyzją nie skrywały się wyłącznie altruistyczne powódki. Cichy głos z tyłu głowy podpowiadał jej, że było to tchórzostwo, ona sama stwierdziłaby, że po prostu znajduje komfort w byciu tylko Yvette, bądź "uzdrowicielką". Żyła wśród prostych ludzi, którzy nie przejmowali się sztucznymi grzecznościami, którzy nie zadawali pytań. Nikogo nie interesowało kim ktoś kiedyś był, a jakim człowiekiem jest teraz, bo po co tak daleko wybiegać w przyszłość, bądź cofać się w przeszłość, gdy liczy się wyłącznie to co jest tu i teraz? To czy będą mieć co włożyć do garnka, to ile galeonów zarobią w tym miesiącu, to czy jutro będzie padać. Dała się pochłonąć tej dziwnej atmosferze. Zapachowi ryb, śpiewanym szantom, towarzystwu pijanych marynarzy. Dlaczego czuła się tam mniej obco niż w świecie, w którym powinna pozornie pasować? Nie miało to teraz większego znaczenia, już nie. Port się jednak zmienił, ludzie się zmienili, jak i zresztą cała sytuacja w kraju. Wielu musiało uciec, wielu zginęło i o czym jest przekonana, miało jeszcze zginąć. Dlaczego? Przez co? Przez ich status krwi? Poglądy? Chęć powzięcia władzy, czystą satysfakcje tych, którzy im to zrobili? A może przez zrządzenie losu, które bardziej przypominało nieśmieszny żart, aniżeli przeznaczenie? Wiele z tych osób nie mogła zrobić nic ze swoją sytuacją, nie mieli wyboru. Wielu nie opowiedziało się nawet za żadną stroną konfliktu, ale czy było to w ogóle nawet możliwe? Czy w obecnej rzeczywistości można było pozostać całkowicie bezstronnym, neutralnym? Odwrócić się plecami na to co się dzieje, zasłonić uszy dłońmi, zamknąć oczy? Ona tak nie potrafiła. Nie po tym co widziała, nie gdy obraz wbitego na maszt Zarządcy, zwłok na ulicach, torturowanych ludzi, w tym i dzieci, wciąż był żywy w jej umyśle, nawiedzając ją jak w koszmarach, tak i na jawie. Nie wiedziała co miałaby powiedzieć Vincentowi. Że wszystko jest dobrze? Nie było. Że wszystko będzie dobrze? Nie prędko. Kim by była oczekując od niego szczerości, samej jej nie oferując? Czy powinna więc mu powiedzieć wszystko? Chciałaby, ale nie była pewna czy się na to zdobędzie. Oczywiście, że wolałaby, aby zostawili wszystkie troski za sobą, rozmawiali o wszystkim i o niczym udając, że nic się nie dzieje, ale na dobrą sprawę nic by to nie dało. Nic nie wniosło i niczego nie zmieniło.
Widząc znajomą sylwetkę w oddali przyspieszyła nieco kroku. Spóźniła się. Spróbowała ocenić jak długo szybko przenosząc wzrok na coraz bardziej chylące się ku horyzontowi słońce z niezadowoleniem spostrzegając, że było ono niżej niż się spodziewała. Nienawidziła się spóźniać. Z każdym jej krokiem twarz mężczyzny nabierała wyrazu. Niemal czarne włosy przeczesane przez wiatr, badawcze spojrzenie, które teraz przeniosło swą uwagę na nią i ten przeklęty nos. - Vi. - Wyrwało jej się niemal nieśmiało, cicho, dając szumowi wiatru i morza porwać wypowiedziane imię. Dopiero teraz zdała sobie w pełni sprawę jak bardzo jej go brakowało. Przez chwilę cofnęła się myślami do ich pierwszego spotkania po latach, a może nawet pierwszego spotkania w ogóle, choć tamto na pewno nie należało do ckliwych. Minęło tyle czasu. Tyle się zmieniło. Oni się zmienili. A jednak, mimo to, los wciąż potrafił krzyżować ich ścieżki, a oni sami pozwolili sobie kontynuować tę znajomość trzymając się kurczowo odbić dawnych siebie, które w sobie widzieli. Uśmiechnęła się szeroko, kąciki ust uniosły się w górę, oczy zabłysnęły przypominając bardziej teraz swym kształtem półksiężyce, aniżeli migdały. Nie czekając dłużej dała trzymanym przez ten cały czas w swej dłoni czółenkom skończyć na brzegu, a ona sama skróciła między sobą, a mężczyzną przed nią dystans, aby móc znaleźć swe miejsce w znajomym uścisku. - Długo czekałeś? Przepraszam, że się spóźniłam. Straciłam rachubę czasu. - Szybko wyjaśniła biorąc krok do tyłu, aby móc mu się lepiej przyjrzeć. - Jak się czujesz? - Zapytała od razu mając z tyłu głowy to o czym pisał do niej w liście, ale również ostatni okres i nieznany powód jego chwilowego zniknięcia.

[bylobrzydkobedzieladnie]


It's a constant battleA war between remembering and forgetting because I don't like the memories that make me smile for
a second and cry for hours.



Ostatnio zmieniony przez Yvette Baudelaire dnia 07.08.21 23:29, w całości zmieniany 1 raz
Yvette Baudelaire
Zawód : Uzdrowiciel
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
There are so many wars
going on at night
so many hearts are fighting
to survive without light
OPCM : 5
UROKI : 0
ALCHEMIA : 5
UZDRAWIANIE : 30
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9187-yvette-baudelaire#278366 https://www.morsmordre.net/t9245-antares#281195 https://www.morsmordre.net/t9255-rece-ktore-leczo https://www.morsmordre.net/f350-walia-llyn-trawsfynydd-syrenia-laguna https://www.morsmordre.net/t9249-skrytka-bankowa-nr-2149 https://www.morsmordre.net/t9254-yvette-baudelaire#281466
Re: Plaża [odnośnik]21.06.21 13:06
przychodzę stąd

Szedł już dobre kilkadziesiąt minut, czując, jak zimne powietrze wchodzi do uszu i do nosa. W bardzo dziwną stronę skręcił świat. Było spokojnie i cicho, jedynie szum morza w tle i kilka mew, które ewidentnie zagubiło się na plaży. Woda nie zamarzła jeszcze, chociaż może i tak się niedługo stanie. Stevie nie wnikał w kwestie typowo strategiczne, ale był tam dla pomocy wszystkim tym, którzy go potrzebowali. Dzisiaj jego zadaniem było sprawdzenie czwartego już świstoklika, aby uchronić tych, którzy na niego napotkają, o ile został zainfekowany nieprzyjemną magią. Dostrzegając przedmiot, przystanął na chwilę. Stary sandał, no tak. Również jego robota. Ten sandał walał się po warsztacie przez dobre 5 lat, zanim został do czegoś użyty, a teraz proszę. Leżał sobie jak gdyby nigdy nic. Widok też miał całkiem niezły. - Festivo - wskazał na niego, a wiązki zaklęcia rozpłynęły się wokół, nie wykazując czarnej magii obok. - Cave Inimicum - pusto. Różdżka przyłożona do bocznego paska starego buta zadrżała lekko, a Becketta niemal odrzuciło. - Merlinie - wymruczał pod wąsem. Świstoklik był zainfekowany i to mocno. Był niczym bomba, gotowa wybuchnąć, gdy tylko zostanie otworzona. Numerolog podrapał się po głowie, pewien, że zadanie nie będzie proste, a właściwie mogło być wyjątkowo ryzykowne. Rozbrojenie jej wiązało się z trudnościami związanymi z ograniczeniem pojedynczej mocy, ale z drugiej strony, nie było czasu. Musiał więc zaryzykować. Pierścień od Castora miał być mu talizmanem, więc spojrzał jeszcze na niego, gdy brał głęboki oddech, aby różdżką zamieszać nieco w świstokliku. Równania tam ułożone wcale nie wyglądały najlepiej. Poprzestawiane liczby, źle rozłożone cząstki, rozprute wiązania. Wyglądało to, jakby ktoś specjalnie tam namieszał, ale nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Teraz przede wszystkim należało się skupić na naprawieniu szkód, jakie wywołał nieprzyjaciel. Beckett dłubał więc w świstokliku, bardzo pilnując, aby nie uszkodzić czegoś więcej i nie wybuchnąć w powietrze. Uczucie niepokoju nie opuszczało go, ale adrenalina była silniejsza. To z tego powodu brał się do pracy takiej jak ta i nie mógł powstrzymać przez podjętym ryzykiem. Niektórzy znajdywali je na polu bitwy, a on czuł ekscytację, gdy mógł podłubać przy równaniach. Stał więc tam, na zimnym morskim wietrze, przyglądając się bombie z opóźnionym zapłonem. W końcu, gdy minęło już dobre 30, albo i 40 minut, wyprostował się, czując, jak plecy odmówiły mu posłuszeństwa. Prawdopodobnie się udało. Tylko ten przeklęty ból w krzyżu... Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w sandała, jakby czekając, aż zareaguje, gdy jednak nic się nie stało, wypuścił głośniej powietrze i przeszedł bliżej brzegu. A gdyby tak rzucić się w te fale i płynąć w przód? Co takiego mogłoby się stać? Świat zmierzył w wyjątkowo nieprzyjemną stronę i wydawało się, że przez najbliższy czas to się nie zmieni. Więc co najgorszego mogłoby się stać, gdyby po prostu z tego świata odejść? Kogo by tam spotkał? Rodziców? Mary Jo...? Rosmarie...? Wziął jeszcze głęboki oddech, zwyczajnie zmęczony. Musiał wrócić do Doliny, zanim zacznie zbyt intensywnie myśleć, ale jeszcze jedno miejsce, było przystankiem na jego drodze.

zt, przechodzę tutaj


Am I going crazy? Would I even know? Am I right back where I started forty years ago?
Wanna guess the ending? If it ever does... I swear to God that all I've ever wanted was
A little bit of everything, all of the time, a bit of everything, all of the time
Apathy's a tragedy, and boredom is a crime. I'm finished playing, and I'm staying inside.
Stevie Beckett
Zawód : twórca świstoklików, wynalazca
Wiek : 57
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Wdowiec
The blues ain't nothing but a good man feelin' bad.
OPCM : 15
UROKI : 5
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 26
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 6
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9282-stevie-beckett https://www.morsmordre.net/t9293-einstein https://www.morsmordre.net/t9292-wujek-stevie#282938 https://www.morsmordre.net/f318-dolina-godryka-warsztat https://www.morsmordre.net/t9294-skrytka-bankowa-nr-2137 https://www.morsmordre.net/t9295-stevie-beckett

Strona 14 z 14 Previous  1 ... 8 ... 12, 13, 14

Plaża
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach