Wydarzenia


Ekipa forum
Plaża
AutorWiadomość
Plaża [odnośnik]25.09.15 23:20
First topic message reminder :

Plaża

Piaszczysta plaża przy brzegu chłodnego morza; słychać miarowy szum spienionych fal, powoli otulających brzeg oraz krzyk skarżących się mew. Czuć delikatny zapach bryzy niesiony nadmorskim wiatrem. Piasek jest miękki, czysty, można w nim odnaleźć bursztyny lub muszle. Roztacza się stąd doskonały widok na zachodzące w morzu słońce.
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 15 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Plaża [odnośnik]08.09.22 14:08
The member 'Celine Lovegood' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 26
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 15 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Plaża [odnośnik]12.09.22 13:06
Łagodny uśmiech zachybotał na wargach Marii, gdy w ciszy zgadzała się z oceną Celine. Mama przez bardzo długi czas była chyba jedyną osobą, której Maria mogła zawierzyć wszystko, choć głębszą relację, a może bardziej intensywną zawsze miała z ojcem. Mama stała bowiem gdzieś obok, nigdy w centrum, cicha obrończyni domowego ogniska. To chyba po niej Maria odziedziczyła swój raczej niegłośny, niezbyt wybuchowy temperament i zieleń przebijającą się przez szarość, która czasami dominowała w jej tęczówkach.
— Nie mamy szczególnie okazji — wyznała, delikatnie tym faktem zasmucona. Kiedyś wszystko było prostsze, ale Maria bardzo prędko została wypchnięta z bezpiecznego, rodzinnego gniazda. Po drugim roku nauki w Beauxbatons nie wracała nawet na letnią przerwę do domu w Worcestershire. Najmowała się do wakacyjnej pracy, najpierw u ciotki, później u innej pani dobrodziejki i tak spędzała swoje dnie przy pracy z wszelkiego rodzaju wierzchowcami. Może inne dziewczęta miały ze swoim rodzinnym domem mocniejsze więzi, lecz te, które zdążyła wytworzyć, upleść sobie Maria zostały zerwane nader szybko, a sama Maria nauczyła się samodzielności w niezwykle krótkim czasie. Czy tęskniła za rodzicami? Owszem, ale tylko za nimi jako ludźmi, niekoniecznie za ich obecnością. Czuła, że gdyby coś miało się wydarzyć, gdyby nagle Okruszek przestał być jej bezpiecznym schronieniem, prawdopodobnie ciężko byłoby się jej przyzwyczaić do życia z kimś jeszcze, do powrotu do współdzielonych przestrzeni. Powroty do Akademii bywały dla niej trudne właśnie z tego powodu. Lubiła swą ciszę i swą samotność, nawet jeżeli były one drzwiami do melancholii. Może niedaleko padało jabłko od jabłoni? Jej rodzice też nigdy nie przyjmowali gości, woleli istnieć gdzieś na granicy świadomości, senni Multoni pośród sennych drzew.
— W dodatku ostatnio byłam chora, nie mogłam ich odwiedzić — dodała po chwili, odrobinę od niechcenia, jednak nosek zmarszczył się w wyrazie niezadowolenia, a dłoń przesunęła się po gardle. Okropny kaszel towarzyszył jej przez dwa tygodnie, a wydostające się z ust gęsie pióra drapały ścianki tak, że myślała, że prawdopodobnie żyć będzie z tą przypadłością do końca swojego niedługiego życia. — Ale już mi lepiej, więc absolutnie się nie przejmuj, dobrze? — uśmiechnęła się szerzej do przyjaciółki, zwracając uwagę na to, by ton jej wybił się nieco do góry, tak przecież mawiali ludzie prawdziwie szczęśliwi. Celine miała na głowie wystarczająco dużo własnych zmartwień, by jeszcze poświęcać czas na przebyłą już chorobę przyjaciółki, która tak naprawdę była po prostu efektem katastrofalnie źle rzuconego zaklęcia. Całe szczęście, że przyjaciółka nie widziała jej wtedy, gdy miała jeszcze królicze wibrysy! Przełom kwietnia i maja nie był dla Marii najlepszy nie tylko przez dodatek na twarzy i kaszel piórami — bała się wtedy niesamowicie, nie mogła opanować tuptania nogą i w dodatku peszyła się jeszcze łatwiej niż zazwyczaj, choć nie sądziła, że było to w ogóle możliwe. I choć ciężar ich smutków nie był przecież porównywalny, tak zejście na temat mioteł przyczyniło się do poprawy nastroju także i Marii. Jak dobrze, że miały tyle tematów do poruszenia!
— Bo widzisz, Celinko, z miotłami to nie jest wcale tak prosto — zaczęła, przybierając na moment bardzo poważną minę, jakby miała w tym momencie rozprawiać o najpilniejszych problemach współczesnego świata, nie zaś o wymarzonym środku transportu. — Pierwsze miotły, na ten przykład, były strasznie niewygodne, bo była to po prostu zerwana gałąź i kilka witek z tyłu. Żeby latało się wygodnie, rączka powinna być odpowiednio wygładzona i polakierowana, a witki sprężyste, gęste i najlepiej leszczynowe. Ale zrobić byle jaką miotłę, to nie jest nic naprawdę trudnego i nawet przy odrobinie szczęścia, mogłybyśmy ją zrobić razem, ale... — tutaj zniżyła głos do szeptu, zbliżając się ponownie wargami do ucha przyjaciółki. — Sama miotła to tylko miotła, chodzi przede wszystkim o to, jakimi zaklęciami została obłożona — uśmiechnęła się szeroko, znów cofając się do wcześniejszej odległości. — Na przykład zaklęcie poduszkujące sprawia, że lata się wygodniej. Hamujące jest ważne w miotłach sportowych, bo pomaga na przykład nie przelecieć za linię boiska albo nie wypaść za bramki. Do tego jest jeszcze szereg tajnych już zaklęć, właściwych tylko dla odpowiedniego rzemieślnika. Ale one skupiają się na szybkości, na pułapie lotu, łatwości skrętu... I muszą przez to kosztować, tak myślę.
Miała nadzieję, że tym monologiem opisującym meandry wyceny mioteł nie rozwiała jednocześnie romantyczno—marzycielskiego nastroju, w który wpadała przyjaciółka. Ale pozwolić Marii na chwilę pogawędki na tematy, którymi interesowała się ze szczerego serca, stanowiło swego rodzaju pułapkę. Zazwyczaj nieśmiała Marysia nie potrafiła odnaleźć miejsca, w którym powinna zamilknąć.
Na całe szczęście Celine zaczęła opowiadać o swoich próbach gotowania, co sprawiło, że twarz jej przyjaciółki pojaśniała w szerokim, zadowolonym uśmiechu. Maria klasnęła nawet w dłonie, całkowicie dumna z postępów, które robiła półwila. Kiedyś chyba nigdy nie pomyślałaby o tym, żeby wyobrażać sobie baletnicę w kuchni, ale lata zmieniały każdego — a wojna zaglądała najpierw do garnków, jakoś trzeba było sobie radzić.
— Pardwę? — powtórzyła po przyjaciółce zachwycona. Nim się obejrzała, znów obejmowała przyjaciółkę ciepło i pewnie, bujając się z nią w ramionach dzięki przenoszeniu środka ciężkości z prawej nogi na lewą. — To cudownie, Celinko! Jestem taka dumna... Jeżeli zjadł więcej niż połowę porcji, to musiało mu bardzo smakować. Czasami ludzie nie są głodni, gdy nas odwiedzają, ale jeżeli coś smakuje, to połowa dania to dobry wyznacznik, wiesz? — uśmiechnęła się radośnie, pewna swych słów. Ostatnio nie miała wielu okazji do gotowania innym, ale pamiętała przecież, co mówiła jej mama.
— A co to takiego? — spytała, ostrożnie łapiąc dłoń Celine, w której trzymała znalezioną przez siebie muszelkę. Prędkim ruchem, choć niekoniecznie niezauważalnym położyła na dłoni półwili własną, chyba ładniejszą muszelkę, samej zabierając tę odnalezioną przez Lovegood. — Wygląda na to, że pierwszy kęs miodu jest twój.
Ale i na to musiały chwilę poczekać.
Celine wołała ją do wody i robiła to tak pięknie, że nawet jeżeli serce Marii ścisnęło się w strachu — bo obie nie potrafiły pływać — to nie mogła przecież odmówić przyjaciółce, nie wtedy, gdy ta tak żywo i gorąco marzyła o zjednoczeniu z syrenami. Krok za krokiem, próbując tłumić dreszcze wywołane zmianą temperatury, podążała ku przyjaciółce, aż i ona zanurzyła się trochę powyżej pasa, choć jeszcze nie do klatki piersiowej. Miała nad Celine przewagę kilku centymetrów, przy tej budowie dna jakieś kilka kroków.
— Jejku, Celinko! — nie wyglądało na to, by półwila miała szansę utrzymać się na powierzchni. Maria natychmiast wyciągnęła ręce przed siebie, chcąc złapać ciało półwili w swe ręce — jedną ułożyć na jej plecach, drugą chwycić pod kolanami. Ale żeby to się udało, potrzebowała przede wszystkim szybkiej i skutecznej reakcji.

| ja rzucam na zwinność, bo prawo Archimedesa załatwi chwilowo kwestię wyporu wody


you will be waiting, child, for spring — and spring will
FOOL YOU.
Maria Multon
Zawód : stażystka w rezerwacie jednorożców
Wiek : 18 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
there's always been a little sadness
inside my happiness
i've never been able to
separate the two
OPCM : 9 +1
UROKI : 7 +4
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 1
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 12
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Czarownica

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t11098-maria-multon#342086 https://www.morsmordre.net/t11145-gwiazdka#342865 https://www.morsmordre.net/t11146-maria-multon#342866 https://www.morsmordre.net/f417-gloucestershire-tewkesbury-okruszek https://www.morsmordre.net/t11142-skrytka-bankowa-nr-2427#342857 https://www.morsmordre.net/t11143-maria-multon#342861
Re: Plaża [odnośnik]12.09.22 13:06
The member 'Maria Multon' has done the following action : Rzut kością


'k100' : 81
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 15 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Plaża [odnośnik]23.09.22 12:27
| przychodzimy stąd, za zgodą prowadzących tu obecnie rozgrywkę ;3

O rozgrywanej na planszy partii szachów była dobrze świadoma, tyle że zwykle trzymana na uboczu nie musiała zaprzątać sobie głowy kolejnymi ruchami. Wytrwale pełniła swoją rolę, wystawiając się na świecznik za każdym razem, gdy wymagała tego polityka, ale i przepełnione empatią serce. To ono popychało ją do działań charytatywnych, do zbiórki pieniędzy, ubrań czy jedzenia, byleby wesprzeć strudzonych wojną ludzi, wyzwalanych wreszcie spod buta oprawców. Tak ich teraz nazywała, wstrętnych, bezwzględnych rebeliantów, miłośników mugoli, uporczywie przywiązanych do dawnego, krzywdzącego ładu. Justine Tonks była jedną z nich, niestabilną psychicznie szlamą, biorąc aktywny udział w atakach na czarodziejów krwi czystej, zbyt przestraszonej utratą kontroli, by poddać się wizji nowego, lepszego świata. Lecz o przyszłości nie mogły rozmawiać, zapewne zbyt rozbieżne w swych poglądach, nigdy nie dojdą do porozumienia, w którym każdy wyjdzie z uśmiechem na ustach. Widziała w przepełnionych dumą oczach zbrodniarki wyższość. Tak bardzo cieszyła się z płynnego obrotu spraw, że czuła się pewnie. Czy nie powinna jej na to pozwolić, spróbować uśpić czujność, nie pogłębiać strat?
Zacisnęła mocniej wargi i pod tekstem dopisała tylko: ps czekaj na kontakt. Wsunęła kartkę z powrotem do książki tak, by część wiadomości wystawała poza jej brzeg. Aż podskoczyła na wetkniętą w bok różdżkę, odruchowo chciała się cofnąć przed gwałtownym ruchem, lecz w przypływie trzeźwości zatrzymała się. Przestraszonym błękitem oczu objęła twarz kobiety i zaraz zza jej głowy sięgnęła wzrokiem w kierunku przybyszy. Powieki rozszerzyły się do rozmiarów spodeczków, gdy prędko skojarzyła nadchodzących, rozpoznając rybaka wraz z synem, którzy bywali tu sporadycznie, wdając się z lady Rosier w pogawędki. Mogła do niego zawołać, wznieść larmo, przyspieszyć działania poszukiwawcze, tym samym rozkojarzyć Tonks i wyprowadzić ją z równowagi. Starszy mężczyzna z pewnością udzieliłby jej pomocy, lecz nie miała pewności, że poradzi sobie z poszukiwaną listem gończym rebeliantką. Nie mogła ryzykować życiem jego i jego syna. Sięgające płatka ucha ciepło oddechu wywołało kolejną falę dreszczy; czarownica zacisnęła zęby, nie odrywając wciąż wzroku od wozu. Tonks jasno zaznaczyła, że liczy się dla niej życie postronnych, nie zaatakuje ich więc, jeśli ci wszczęliby alarm - tylko czy aby na pewno?
Odrzuciła książkę na bok, gdzie wcześniej pozostawiła też czerwoną, wełnianą marynarkę, dobrze widoczną na tle zieleni trawy.
- Ciekawiej? - wycedziła bez zrozumienia, osadzając wzrok na kobiecie. Była zdecydowanie drobniejsza, niż ją sobie wyobrażała. Przez umysł półwili przemknęły wizje o tym, jak łatwo byłoby ją unieszkodliwić, gdyby tylko sama miała doświadczenie w podobnych sytuacjach. Nigdy wcześniej nie musiała uciekać ani bronić się przed napastnikiem, zwłaszcza takim, który ma nad nią zdecydowaną przewagę w postaci wyciągniętej różdżki. - Mamy rozbieżne rozumienie względem tego, co uznajemy za ciekawe. - Ledwie ugryzła się w język, po czasie zauważając głupstwo wypowiedzianych słów. Tym mogła wyłącznie pogorszyć swoją sytuację; w walce nie miała z Justine żadnych szans. Mimo pierwszego zawahania chwyciła za sprzączkę, szczupłe palce zacisnęły się na srebrze - Księżycowy pył wystarczy do prostych połączeń, gotowych na niewielką odległość przenieść dwie osoby. - a pospiesznie rzucona przez Justine inkantacja wyszarpała je z nabrzeża Kent.
Nagła fala mdłości ścisnęła jej żołądek i wzmogła niepokój. Mimowolnie przypomniała sobie podróże podczas teleportacyjnej czkawki, kiedy z oczami przepełnionymi łzami tułała się po Anglii niepewna swojego losu. Spotkać ją mogło wszystko, a najczarniejszy scenariusz zakładał trafienie w sidła Zakonu Feniksa. Wtedy miała szczęście, litościwe przeznaczenie popchnęło ją w ramiona bliskich sobie osób, dziś los miał we władanie ktoś inny.
Lądując straciła równowagę i padła na kolana. Dłonie zatopiły się w szorstkim piasku, a wyrzucone na brzeg muszle naznaczyły je kilkoma drobnymi draśnięciami. Szalejące w piersi serce dudniło głośno, tamując szum morskich fal; umysł przepełnił głuchy pisk. Półwila zakasłała, zakrywając usta rękawem białej koszuli, wolną ręką prędko sięgając do kieszeni po chusteczkę. Głośno nabrała powietrza w płuca, by powoli wpuścić do oczu światło. Haftowany materiał nie pokrył się krwawymi kroplami, atak serpentyny udało się szybko zdusić. Unosząc głowę rozejrzała się po najbliższej okolicy, nie rozpoznając w bieli piasku plaży konkretnego miejsca. Równie dobrze mogły nadal być w Kent. Chłodny wiatr smagnął policzki, kilka kolejnych złotych kosmyków wysunęło się spod równo upiętej fryzury.
- Gdzie… gdzie my jesteśmy? - wysapała nie podnosząc się z klęczek, dłoń mocniej zacisnęła się na chusteczce. Mrużąc powieki przed słońcem zwróciła oburzoną, acz bladą twarz ku Justine. - Tutaj? Na plaży chcesz mnie ukrywać? Przyznasz, że to mało dyskretne miejsce? - Choć z drugiej strony trudno było dostrzec tu inną żywą duszę. Evandra spodziewała się, że czekać ich tu będzie wsparcie Tonks, ktoś go od razu pojmie ją w kajdany i zamknie w lochach, jak to było w przypadku kobiet w Warwick. Te, które Tristan uratował z zamku, które otrzymały schronienie oraz pracę w Château Rose, rzadko chciały mówić o tym, co im się przydarzyło. Za każdym razem nabierały wody w usta, lecz ich twarze oraz nerwowość ruchów zdradzały straszliwy ból. Brutalne pożegnanie z dawnym życiem, ze spokojem ducha i możliwością spełniania przyszłości, jaką sobie wysnuły. Bite, gwałcone i okaleczone, czy tak miało być dziś z lady Rosier?



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Plaża [odnośnik]26.09.22 21:40
Problemy, to było jej drugie imię. Może nie bez powodu trzynastego kwietnia w piątek był dniem naznaczonym pechem. A ona, właśnie ze wszystkich trzystu sześćdziesięciu pięciu dni w roku urodziła się właśnie w ten jeden, konkretny. Przyciągała problemy, sama sądziła, że jest jednym wielkim. Codziennie wiedziała, że może stracić życie. Codziennie, wystawiała świat na kolejną próbę, podejmowała się kolejnych walk. I te, miała prowadzić - zgodnie z obietnicą - póki pozostanie w niej choć kropla krwi. Tak przysięgła. A teraz, kiedy nie pozostało jej już nic, kiedy wiedziała, że nie została stworzona do miłości, że jej ciało nie było w stanie unieść kolejnego życia, nie pozostało jej nic innego jak dalej walczyć.
Jak kontrastowo i całkowicie różniła się od czarownicy obok? Wychowanej w luksusie, wygodzie, która dostawała wszystko ozdobione na wykwintnych talerzach, podczas gdy ona zdawała się walczyć czasem o każdy kolejny krok i każdy kolejny oddech. Kiedy co rusz powtarzano jej, że była pomyłką. Błędem w świecie, który powinien być czysty. Kiedy słyszała że jest złodziejem, który ukradł komuś w jakiś nieznany innym sposób magię krążącą we krwi. Mówili to, co było dla nich wygodne - po prostu. Nigdy nie prosiła się o to by posiadać magię. Taka się urodziła. Obdarzona umiejętnościami magicznymi i to nie tylko tymi podstawowymi, ale i tymi, które przynależeć powinny się - według nich - jedynie prawdziwym czarodziejom.
I tu był właśnie problem, prawda? Ona też nim była, choć inni uparcie próbowali temu zaprzeczyć. Ta wojna, była spowodowana chorą myślą kilku jednostek - niczym więcej. Ale nie mogli po prostu się na to zgodzić, nie mogli po prostu pokornie złożyć głów i pozwolić ich sobie ściąć. Jeszcze nie nadszedł na to czas. Nigdy nie nadejdzie, bo ludzie od zawsze i na zawsze będą pragnąć wolności. Wiedziała o tym dobrze. I wiedziała też, że nie walczy o lepszy świat dla siebie, ona miała oddać siebie całą, żeby nikt więcej tego nie musiał. W końcu to zrozumiała dobitnie - może w końcu do tego dorosła.
Kim była tak naprawdę dla Tristana Rosiera? Czy potwór jedynie pod postacią człowieka był zdolny do miłości? Czy może była tylko pustą lalką, kolejną zabawką w jego rękach? Czy i jak wiele był w stanie dla niej zrobić. I czy pozwalanie mu na działanie miało być odpowiednią drogą? Na razie, nie była jeszcze niczego pewna.
Napięła się, gotowa zareagować od razu, gdyby Evandra zdecydowała się podnieść alarm. Ta dwójka nie była dla niej zagrożeniem. Nie mogła być, choć z pewnością mogłaby wpłynąć znacząco na plan, który miała - a raczej planowała - zrealizować. Ale nic takiego się nie stało. Trudno powiedzieć, czy przez świadomość sytuacji w jakiej czarownica się znajdowała, czy może w obawie o ich życia - choć w to drugie Justine ciężko było uwierzyć.
Jej własne słowo rozbrzmiewające w ustach kobiety uniosło jej wargi. Rozciągnęła usta w uśmiechu. Dokładnie tak Evandro, miej mnie za szaleńca, wierz w każdą jedną plotkę, którą usłyszałaś. Szaleństwo właśnie przed tobą stało i zabierało na wycieczkę w niewiadomą stronę.
- Ekscytująco wręcz. - z wystudiowaną rozkoszą wypowiedziała każde z kolejnych słów. Nie konfrontując się już odnośnie tego, co lady Rosier uważała za ciekawe i jak bardzo różniły się ich postrzegania. Tonks nie pamiętała już dni wypełnionych błogim bezpieczeństwem, choć nie minęło aż tak wiele czasu. Może nie tyle, co nie pamiętała, ale te wspomnienia zdawały się należeć do kogoś innego - a może do innego życia. Teraz… teraz było inne. Uniosła różdżkę aktywując świstoklik.
Plaża w Kent pozostała za nimi.
- Shorpshire. - skłamała gładko, plaż takich jak ta było wiele. Podobnych; woda, piasek, piaszczyste wydmy i rozciągające się dalej lasy. Nie upadła, odnajdując poziom dość szybko. Rozejrzała się. Kawałek dalej niż miejsce w którym zostawiła miotłę. To nic. Na wypowiedziane przez Evandrę słowa zaśmiała się. - Może cię ukrzyżuję i rozetnę żyły. Będziesz cierpieć za wszystkie jego zbrodnie. Dasz przykład. Zobaczymy, czy Twój mąż zdąży, zanim ostatnie kropla krwi opadnie na piasek. To takie w jego stylu, nie sądzisz? - odpowiedziała na jej kpinę pochylając się, mało delikatnie łapiąc ją pod ramię. - Chociaż nie, on pewnie zostawiłby same zwłoki. Jak myślisz? Wstawaj. - poleciła jej ze spokojem. - To moment w którym oddajesz mi swoją różdżkę. - puściła ją, kierując jasne, osikowe drewno w jej stronę. Lewą dłoń wyciągając i mrużąc odrobinę oczy. - Chyba że wolisz żebym jej poszukała sama. Pokażę Ci jak robią to w Tower. - obiecała jej unosząc odrobinę brwi w oczekiwaniu. - Ruszaj się, czeka nas jeszcze trochę drogi. - zapowiedziała by poprowadzić ją przed sobą w kierunku linii drzew i lasu. Kilka minut marszu dzieliło ich od nich. Ile jeszcze dzisiaj miało pójść w inny sposób?



The Devil whispered in my ear, you are not strong enough to withstand the Storm. Today I whispered in the Devil's ear,
I am the Storm.
Justine Tonks
Zawód : auror, rebeliant
Wiek : 29
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Panna
The gods will always smile on brave women.
Like the valkyries, those furies who men fear and desire.
OPCM : 58 +3
UROKI : 36 +6
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 7 +3
TRANSMUTACJA : 6
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 15
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag
Plaża - Page 15 D
Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f177-wybrzeze-exmoor-somerset-wrzosowa-przystan https://www.morsmordre.net/t4284-skrytka-bankowa-nr-914#89080 https://www.morsmordre.net/t3701p15-just-tonks
Re: Plaża [odnośnik]26.09.22 21:40
The member 'Justine Tonks' has done the following action : Rzut kością


'Zdarzenia' :
Plaża - Page 15 DkueKwD
Morsmordre
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Plaża - Page 15 Tumblr_lqqkf2okw61qionlvo3_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Plaża [odnośnik]28.09.22 11:55
Nie do końca uwierzyła jej, słysząc nazwę hrabstwa. Skoro posługiwała się świstoklikiem, dlaczego zdecydowała się na miejsce pod panowaniem rodu Averych, a nie któregoś ze zwolenników Zakonu Feniksa? Czasu na dalsze rozważania nie było wiele. Szarpnięta ku górze zerwała się na równe nogi, walcząc z falami męczących emocji. Strach mieszał się ze złością, a zawroty głowy uniemożliwiały jasne myślenie. Wyobrażenie tortur, ukrzyżowania i rozciętych żył znów wywołało mdłości. Przy Tonks musiała brać każde słowo za potencjalnie prawdopodobny scenariusz. Cichy głos z tyłu głowy podpowiadał, że przecież nie może zrobić jej krzywdy, jeśli naprawdę chce uzyskać od Tristana coś innego, niż wściekłość, tyle że zbyt wiele nasłuchała się już o barbarzyństwie rebeliantów, by ufać, że pozostawi ją bez szwanku. Na samą myśl wzdłuż pleców przebiegł znów zimny dreszcz, jeżąc włosy na karku i wprowadzając dłonie w drżenie.
- Cierpieć za zbrodnie? - powtórzyła za nią cichym głosem częściowo bez zrozumienia. Spodziewała się podobnych słów, wszak sympatycy mugoli i szlam stosowali język buntowników, bogaty w kłamstwa i oszczerstwa. Tak bardzo nasączeni byli jadem, że nie sposób przemówić im do rozumu. - Powinniście się wszyscy wstydzić. Nastał już kres bestialskiemu okrucieństwu, jakie stosujecie wobec czarodziejów. Nie pozwolimy się tak dłużej traktować. - Nawet w tak dramatycznej chwili, gdzie w każdej chwili mogła stracić życie, nie zamierzała porzucić wyznawanych przez siebie - jedynych słusznych - prawd. Choćby ogarnięta strachem nie mogła się poddać i dać za wygraną, bo co innego jej pozostało? Zdezorientowana Evandra z braku jakiegokolwiek przeszkolenia, jakie nie opierałoby się wyłącznie na niezapuszczaniu się nigdzie samej, godziła się na swój los, czekając na szansę. Justine była szalona i na strachu oraz zaskoczeniu budowała swoją dominację. Nie miała jednak świadomości, że szalone były we dwie.
- Nie mam różdżki. Kazałaś mi wszystko zostawić w Kent, pamiętasz? - skłamała gładko, osadzając wzrok na wymierzonym w nią osikowym drewnie. Przyznanie się do posiadania wetkniętej głęboko w wysoką cholewę buta różdżki mogło pozbawić ją ostatniej szansy na ratunek. Wystarczyło przeczekać do dogodnego momentu, uśpić czujność porywaczki i czym prędzej zbiec, kierując się do domu - tylko czy wtedy nie utrudni znalezienia Justine? Miała ją na wyciągnięcie ręki, groźną intrygantkę, zbiegłą z więzienia, oskarżoną o tak liczne przewinienia, za jakie powinna zostać postawiona w jednym rzędzie ze zbrodniarzami na Connaught Square. Poczuła niechęć i rozczarowanie strażnikami w Tower, którzy nie zdołali powstrzymać tej drobnej, acz niebezpiecznej kobiety przed dalszym sianiem spustoszenia - kto ich zatrudnił, kto wyszkolił, kto zgodził się postawić ich przy jej celi?
W pojedynku nie miała z nią żadnych szans, zresztą jak na złość w panice nie była w stanie przypomnieć sobie żadnego z zaklęć. Uniosła ręce i zadarła wyzywająco brodę. Delikatne mrowienie na powierzchni dłoni nie było wystarczająco napędzane żywą wściekłością, by uformować ognistą kulę i wycelować ją w Tonks. Trzeba było silniejszego impulsu, jaki przedrzeć się mógł przez strach. - Proszę bardzo, jeśli potrzebujesz mieć pewność, sprawdź. - Powstrzymała się przed warknięciem, które przy dziewczęcym, acz łamiącym się głosie półwili mogło zabrzmieć nieprzekonująco. Szczerze liczyła, że kobieta odpuści, nie dała jej wszak dotychczas powodu do wątpliwości co do prawdomówności. Wykonywała kolejno wszystkie polecenia, szła jej na rękę, pozwalała kontynuować plan. Co, jeśli się zawaha, postanowi sprawdzić? Wtedy liczyć się będzie refleks.



Why do I like thunderstorms? Because it shows that even nature needs to scream sometimes.
Evandra Rosier
Zawód : Arystokratka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
I am blooming from the wound where I once bled.
OPCM : 0
UROKI : 4 +1
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 11 +4
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 14
SPRAWNOŚĆ : 7
Genetyka : Półwila

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t8762-evandra-rosier https://www.morsmordre.net/t8771-dzwoneczek#260729 https://www.morsmordre.net/t8766-wanda#260651 https://www.morsmordre.net/f97-kent-dover-chateau-rose https://www.morsmordre.net/t9233-skrytka-bankowa-nr-2076#280737 https://www.morsmordre.net/t8767-evandra-rosier#260654
Re: Plaża [odnośnik]28.09.22 13:10
| odpowiadam Marysi

Wiadomość o chorobie momentalnie odwiodła uwagę od współczucia wobec bijącej ze słów Marysi tęsknoty - do rodziców, rodzinnego gniazdka i rodzinnego, spokojnego bezpieczeństwa, gdzie człowiek nie musiał zaprzątać sobie głowy dorosłością, ani tak poważną odpowiedzialnością za samego siebie. Wyostrzony, zaniepokojony wzrok rozpoczął wędrówkę po jej twarzy w dół szyi, do każdej z kończyn, w poszukiwaniu jeszcze niezagojonych symptomów. Dlaczego nie wspomniała jej o tym w liście? Nie zawiadomiła w trakcie swojego bólu? Celine mogłaby poprosić Yvette o medykamenty, zapuściłaby się nawet na tereny Gloucestershire, gdzie szerzyła się coraz podlejsza plaga znieczulicy, byle tylko trzymać Multon za rękę, a tak...
- Co ci dolegało? - zapytała łagodnie, mimo zapewnień, że nie musiała już się martwić. Oczywiście, że musiała, że powinna. Czy nie to samo robiła Maria, wnioskując ze strzępków informacji, co na przestrzeni ostatnich miesięcy dolegało półwili? Czy nie na tym właśnie polegała przyjaźń? - Nie powiedziałaś mi - to było silniejsze od niej, przemawiające słabszym głosem niezrozumienie, zagubienie. Tak bardzo chciała być potrzebna najdroższej Marysi, szczególnie w momencie, gdy ta cierpiała w zaciszu swojego Okruszka (bo wyobraźnia gnała do malowania obrazów owładniętej gorączką sylwetki bezwolnie drżącej na łóżku, z zapoconym czołem i febrą wymalowaną w czerwieni twarzy), zamiast skazywać ją na samotność, która przecież mogła zakończyć się nieszczęściem...
Byłoby kłamstwem stwierdzić, że słuchała Multonówny z głębokim zrozumieniem, gdy ta podciągała kurtynę na spektaklu miotlarskich zawirowań; niektóre fragmenty wydawały jej się niedorzeczne, inne były całkiem logiczne, ale nie na tyle, by życzyć sobie za najnowsze modele tak abstrakcyjne sumy. Podliczać dodatkowo za zaklęcia? Przecież to czarodzieje, posługiwanie się magią nie mogło stanowić tak wielkiego wyzwania, by wymagało wysokich kosztów. Prawda?
- A jaki będzie mieć kolor? Ta miotła? Jest przynajmniej ładniejsza niż taka zwykła i drewniana? - zapytała pogodnie; to mogło mieć znaczenie, sztuka ciosania drewna, odpowiednio dobrana farba, bejca, czy czegokolwiek używało się do zabarwiania przygotowanego modelu. Wyobraziła sobie Marysię mknącą przez przestworza na modelu błękitnym jak mundurki z Beauxbatons, zlewającym się barwą z niebiosami, gdy te będą kąpać się w promieniach łaskawego słońca - i doszła do wniosku, że taki widok faktycznie mógłby kosztować więcej. Walory estetyczne były tym, co rozumiała. Specyfikacje, zaklęcia rzemieślnicze, och, to równie dobrze mogłoby zrównać się z czarną magią.
Bez zawahania wtuliła się w Marię, gdy ta objęła ją po raz kolejny, bujając je w rytmie leniwych podmuchów wiatru i szumu fal obmywających brzeg; nic nie mogło już zakłócić idylli, którą odnalazły na samotnej plaży w Dorset, a myśl, że niedługo będą mogły położyć się na rozgrzanym po całym dniu piasku i oglądać księżyc, odnajdując na niebie nowe konstelacje gwiazd, napawała ją niesamowitym ciepłem.
Właśnie dlatego warto było żyć. Dla takich chwil.
- Albo próbował sprawić mi przyjemność... Tak czy siak miło było patrzeć, jak porcje znikały z talerzy, chociaż nie pamiętam, ile zdołałam wtedy sama przełknąć. Chyba niedużo. Nerwy, wiesz... Nie widzieliśmy się od tak dawna - westchnęła cicho. Może po prostu wyczuwała w powietrzu wibracje jeszcze nieodsłoniętej tajemnicy, z którą Elric przyszedł do Syreniej Laguny, jak z kajdanami wokół własnych nadgarstków? Musiało być mu ciężko, ciężej, niż zanim padły w końcu te przedziwne słowa: jestem twoim bratem, mamy jednego ojca, jesteś moją siostrą.
Celine zamrugała, po czym zachichotała na widok zamienionej przez Multon muszli, bo gest był tak ujmujący, że nie zdołała powstrzymać fajerwerków rozczulenia. Znaleziona przez przyjaciółkę zdobycz rzeczywiście była śliczna, jej kolory piękniej mieniły się w słońcu, a kształt nie pozostawiał wiele do życzenia - tam, gdzie skarb Lovegood był wyszczerbiony i nadłamany, teraz spoglądała na niezachwianą żadną ułomnością linię egzaltowanej geometrii.
- Och, ty niecny jednorożcu - wymruczała i dotknęła policzka Marysi w czułym geście, gładząc odnalezioną tam skórę z miłością. - No dobrze, wygrałaś... Chociaż wolałabym, żebyśmy po prostu się nim podzieliły - przyznała z uśmiechem. Jak w Beauxbatons - ciasteczkami, cukierkami i eleganckimi deserami, na których widok serce odrobinę przyspieszało bicie.
Nagle zalewająca jej twarz woda również przyspieszyła bicie serca. Zdradliwy grunt uciekł spod stóp Celine, a ta, zamiast zachować zimną krew i spróbować poruszyć rękoma i nogami zgodnie ze sztuką - zachłysnęła się słoną falą i spanikowała, wierzgając w próbie wydostania się na powierzchnię, aż nagle zniekształcone przez taflę promienie słońca znów stały się wyraźne, gdy wspaniała siła wydostała ją spoza podwodnych objęć. Półwila zakaszlała, raz, drugi, chrapliwy oddech wydusił z oczu kilka łez słonych jak morze; prędkimi ruchami dłoni osuszyła swoją twarz i nieco mętnym spojrzeniem odnalazła zaaferowaną Marię, przylegając do niej z ulgą. - Taka właśnie jest ze mnie syrena... - wydusiła z ni to rozbawionym, ni zawstydzonym parsknięciem, kręcąc lekko głową. Jasna sukienka, cała mokra, łapczywie przylgnęła do ciała, akcentując jego sekrety. - Kiedy stałaś się moją wybawicielką? - szepnęła; nie dzisiaj, a w ogóle, najpierw przypominając jej czym było posiadanie skrzydeł wznoszących do nieba, a dzisiaj... Dzisiaj wydzierających ją z ciasnych szponów lęku przed utonięciem. Kto wie, jak to wszystko mogłoby się skończyć? Potrafiła już pływać jako tako, podstawowo, z mniejszym lub większym skutkiem, ale gdy żywioł przypominał, że niczego nie można było brać za pewnik, gubiła się w decyzyjności i zastygała, zdławiona emocją, strachem. - Może jednak bądźmy syrenami bliżej brzegu...

| zapraszam do szafki :pwease:


they say they're building us a garden, so when the birds and trees are all gone we'll live where the sky is golden and
bathe in artificial oceans.
Celine Lovegood
Zawód : Baletnica
Wiek : 21 lat
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Panna
wszystko to co mam
to ta nadzieja,
że życie mnie poskleja.
OPCM : 5 +3
UROKI : 3
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 4 +2
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 26
SPRAWNOŚĆ : 11
Genetyka : Półwila

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t9177-celine-lovegood#278139 https://www.morsmordre.net/t9212-dziadek#279452 https://www.morsmordre.net/t9215-brzydkie-piekne-kaczatko#279468 https://www.morsmordre.net/f393-somerset-dolina-godryka-dom-na-rozdrozu https://www.morsmordre.net/t9214-skrytka-bankowa-2148#279459 https://www.morsmordre.net/t9213-celine-lovegood#279455

Strona 15 z 15 Previous  1 ... 9 ... 13, 14, 15

Plaża
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach