Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Felix Tremaine

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Felix Tremaine
Felix Tremaine

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1475-felix-tremaine https://www.morsmordre.net/t1556-papierowe-wspomnienia#15039 https://www.morsmordre.net/t1522-nieistotny-dysonans#14241 https://www.morsmordre.net/f177-smiertelny-nokturn-13-poddasze https://www.morsmordre.net/t1577-felix-tremaine
Zawód : goni mnie przeszłość
Wiek : 27
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
w środku pękają struny
chwil, pulsuje rzeka
czerwienią moich win,
gonię sam siebie i znów
zamiera świat.
OPCM : 12
UROKI : 11
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 3
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej
maybe I deserve all of this.

Felix Tremaine  Empty
PisanieTemat: Felix Tremaine    Felix Tremaine  I_icon_minitime26.09.15 22:46


felix tremaine

Data urodzenia: 16 VIII 1929
Nazwisko matki: Tremaine
Miejsce zamieszkania: cienie Londynu
Czystość krwi: półkrwi
Status majątkowy: ubogi
Zawód: złodziej
Wzrost: sto osiemdziesiąt sześć centymetrów
Waga: siedemdziesiąt trzy kilogramy
Kolor włosów: ciemnobrązowe
Kolor oczu: tak jasnoniebieskie, że niemal cyjanowe
Znaki szczególne: wychudzony, przygarbiony dryblas; kąciki ust wyginające się w ironicznym półuśmiechu; plątanina przydługawych loków, tworząca na głowie mężczyzny zalążek chaosu; uważne spojrzenie; mocno ekscentryczny ubiór; ogromne stopy i długie palce u rąk; duża blizna na prawej łydce (pamiątka po ataku błotoryja) oraz blizna po oparzeniu (na lewej łopatce); anemiczna cera; brzydko poobgryzane paznokcie.



Kim jesteś?

Dwa słowa o niepozornym wydźwięku, które można zbyć pierwszym lepszym komentarzem albo kilkoma kłamstwami, wymyślonymi od niechcenia. Lecz gdy rzucasz to pytanie w eter, by uzyskać szczerą odpowiedź, musisz liczyć się z tym, że zostanie ono zawieszone w stanie inercji pomiędzy trzema płaszczyznami czasowymi. Bo przecież nie sposób nakreślić szkic swojej tożsamości, jeśli pominie się sportretowanie zdarzeń przeszłych, które uformowały Ciebie teraźniejszego; Ciebie z tu i teraz. A to jeszcze nie wszystko – pozornie banalne kim jesteś zawiera w sobie też zawoalowany znak zapytania, dociekając, dokąd zmierzasz i jaką maskę przybierzesz, gdy znikniesz za rogiem czasu.

Kim więc jestem?

Jestem tylko swoistego rodzaju chaosem, który wkrada się do Twojego życia bez uprzedzenia, snuje po czeluściach Twego umysłu z denerwującą niekonsekwencją, a następnie znika cicho, po angielsku.
Nie dbam o pozory z uporem godnym prawdziwego wyznawcy maniakalnej odmiany perfekcjonizmu. Ale ważę słowa, bowiem doskonale zdaję sobie sprawę z ich mocy sprawczej. Co więcej, najzwyczajniej mierżą mnie papierowe uśmiechy, mechaniczne gesty i przeintelektualizowane – lub wręcz przeciwnie – pozbawione sensu konwersacje. Właśnie dlatego nie mam oszałamiającej liczby znajomych.
Posiadam charakter enigmatyczny. Nigdy nie jestem na pewno i nigdy do końca. Unikam prawdy, choć lubię ją obnażać, demaskując innych. Jednak zazwyczaj nie kłamię. Wolę już milczeć, pozostawić postronnych w sferze niepewności i zezwolić im na ślizganie się wedle własnego sposobu. Nie zwykłem też używać form grzecznościowych.
Nierzadko działam pod wpływem impulsu, lekkomyślnie tudzież niedojrzale. Można odnieść wrażenie, że gdzieś tam w głębi duszy pozostałem wiecznym chłopcem. Pełnym paradoksów. Mniejszych i większych dziwactw. Bezczelnym, nieco egoistycznym, patrzącym na wszystko przez pryzmat własnych odczuć.
Pewne jest to, że nienawidzę bezczynności. Wszędzie mnie pełno. Czuję głód. Głód doznań.
Czasem plączę się w gwiazdach. Własnych przemyśleniach. Chociaż nigdy nie brakowało mi siły, by je wyrażać. Zawsze jestem ich pewny, nierzadko błędnie, lecz nie przeszkadza mi to podejmować polemiki. Silnie sprecyzowane poglądy na różne tematy często przysparzają mi nieprzyjaciół. Dodajmy do tego upór i chorą ambicję, niedobrych sprzymierzeńców. Niejednokrotnie sprawiły już, że wpadłem w spore tarapaty.
Paznokcie mam często obgryzione aż do krwi, gdyż sam tik nerwowy polegający na przygryzaniu wargi nie wystarczy, by przegonić skumulowaną nade mną burzową chmurę niepokoju; nie wspominając już o zbyt łatwym popadaniu w stan furii niemal absolutnej, kiedy roztrzaskanie gniewu kościstą pięścią (iście po mugolsku) jawi mi się jako idealne zwieńczenie epidemii kataklizmów.
Pod warstwą podstawną mego naskórka zalegają spore pokłady brawury, przez co zbyt często nadstawiam karku dla splecionej z wiązek iluzji nadziei na lepsze jutro, nie zaśmiecając sobie przepełnionej wizjami świata ideałów głowy ewentualnymi konsekwencjami zbyt śmiałych czynów.
W moich żyłach natomiast pulsuje hemoglobina nierozerwalnie zlepiona z pierwiastkami szaleństwa, zmuszając serce do tłoczenia tlenu dwa razy szybciej, by nadążyło za tempem, które wyznaczam w trakcie mej odwiecznej pogoni za szczęściem.



Mam na imię Felix i wciąż jeszcze wierzę w to,
że moim przeznaczeniem jest być szczęśliwym.



r a z

stan szczęścia: w nadmiarze; bezwstydna ilość szczęścia

Ileś tam metrów nad ziemią; gdzieś z głową zanurzoną do cna w cirrusach, nimbostratusach, a może nawet altocumulusach; kiedyś tam w dzieciństwie - czyli moja wędrówka w chmurach. W przeciwieństwie do większości społeczeństwa nigdy nie mieszkałem w betonowej klatce; nic więc dziwnego, że wykształciłem w sobie naturalną niechęć do odgradzających od świata czterech ścian, które wydają mi się tylko niepotrzebnym brzemieniem bądź ostatecznością wynikającą z różnych pułapek dorosłości. Brzmi radykalnie, a może nawet zakrawa o irracjonalność? Nie mnie to oceniać, ale wydaje mi się, iż po prostu inaczej patrzę na utarte schematy codzienności, bowiem od dziecka dane mi było smakować wolności w najczystszej, skondensowanej postaci. Naszym domem nazywaliśmy zdającą się nie mieć kresu Wielką Brytanię (Wielką Brytanię, która pomimo trwania ze mną przez tyle lat w czymś, co chyba mogę nazwać intensywną relacją, wciąż jeszcze nie obnażyła przede mną nawet ułamka swych tajemnic). Nigdy zbyt długo nie zagrzaliśmy miejsca w żadnej miejscowości – rotacja przestrzeni była konieczna, aczkolwiek trudno nazwać ją przykrym obowiązkiem. Okołomiesięczne postoje w trakcie naszej odwiecznej tułaczki wystarczyły, żeby nie poczuć się przytłoczonym brakiem constans w życiu; trwały też na tyle krótko, że, na szczęście, nie musiałem przekonać się na własnej skórze, czym jest tęsknota za krajobrazami wymalowanymi emocjami i wspomnieniami po wewnętrznej stronie powiek. Nie przywiązywaliśmy się, by, gdy przyszła na to pora, z uśmiechem na ustach opuścić tymczasowe schronienie. Zawsze przecież znajdowaliśmy jakiś następny punkt zaczepienia.
My. Jedyne w swoim rodzaju zjawisko. My. Fanaberia podstarzałego Clementa; mugolaka, który zapragnął podzielić się z czarodziejami namiastką magii ludzi pozornie niemagicznych. I w końcu my -  familia cudaków; galeria osobliwości; elementy, które nijak nie pasowały do układanki rzeczywistości, ale jakimś dziwnym zrządzeniem losu bez trudu potrafiły dopasować się do siebie nawzajem.
To właśnie cyrkowcy przygarnęli moją mamę, Claire Tremaine, sześć lat przed mymi narodzinami. Życie pozbawiło ją perspektyw, a enigmatyczna przyszłość zaczęła napawać grozą – wydawało jej się, że po trzydziestce nic już jej nie czeka; a co więcej, że nie ma dla niej miejsca ani po mugolskiej, ani po czarodziejskiej stronie świata. Ale myliła się. Clement nie potrafił niczego odmówić byłej tancerce o spojrzeniu przypominającym bezdenną otchłań smutku - wyciągnął do niej pomocną dłoń, oferując jej możliwość tworzenia pokazów tańca z ogniem. W ten sposób dostała pracę, o którą tak właściwie ubiegała się przecież tylko pro forma, by nie mogła sobie później zarzucić, że nie spróbowała wszystkiego. Za jednym zamachem zyskała (marne, ale w zupełności wystarczające) źródło dochodów, dom i nową rodzinę. Rodzinę, która nie odwróciła się do niej plecami nawet wtedy, gdy mama nie mogła już ukrywać, że stała się brzemienną. Noc uciech cielesnych z szarmanckim widzem, którego rozpaliła ognistym tańcem; kilka pięknych słówek absztyfikanta z czystokrwistego rodu; jej desperacka potrzeba czułości – ten nierozważny miszmasz przyczynił się do poczęcia mojej nieskromnej osoby, co było równoznaczne ze zhańbieniem naszego nazwiska, ponieważ męski pierwiastek następnego dnia rozpłynął się w zabarwionym kolorami Jutrzenki powietrzu; ona natomiast cechowała się dumą, która nie pozwoliła jej korzyć się u stóp mężczyzny i błagać o jakąkolwiek pomoc. Oboje wiedzieli przecież, że po tamtej pamiętnej nocy mieli się już nie zobaczyć; oboje na to przystali, przypieczętowując nigdy niewypowiedziane słowa paktu pocałunkiem, przepełnionym zachłannością tudzież pożądaniem.
Nie przepadam za zbytecznym gdybaniem, ale myślę, że nietrudno wyobrazić sobie alternatywną wersję zdarzeń - życie w bliżej niedookreślonym miasteczku, gdzie ja i moja mama znaleźlibyśmy się pod ostrzałem spojrzeń mijanych na ulicy sąsiadów (spojrzeń przepełnionych obrzydzeniem bądź nawet oskarżeniem) oraz na językach wszystkich lokalnych dewotek. Egzystencja dwóch wyrzutków społecznych - kobiety, której moralność naznaczono by literą o równie intensywnym odcieniu szkarłatu co w przypadku Hester z książki dobrze znanej wielbicielom mugolskiej klasyki; oraz jej nieślubnego dziecka, diabelskiego nasienia, zrodzonego na ziemi z grzechu matki. To nie miałoby prawa bytu. Dlatego też cyrk stał się dla nas również azylem – nikt nie osądzał mojej matki, bo społeczność tworzyli w nim ludzie, którzy sami potknęli się w życiu o kilka razy za dużo.
Zresztą naprawdę nas polubili - szybko zjednałem sobie ich serca (musiałem przecież stanowić wyjątek potwierdzający regułę i reprezentować wszystko, co w maluchach najrozkoszniejsze, to się rozumie samo przez się), a nawet stałem się kimś w rodzaju maskotki cyrku. Dobrze było mieć tylu ojców na pół etatu (oraz kilku zabawnych wujków w zanadrzu); jeden z pewnością nie wystarczyłby do obcałowywania i rozpieszczania mnie w takim tempie, w jakim robiła to cała kolorowa hałastra.
Jedenaście lat życia przemknęło mi w błyskawicznym tempie – ten okres mojej egzystencji zlewa się w jedną całość, przepełnioną feerią barw oraz mnogością doznań. Plątałem się pod nogami dorosłych, usilnie starając się wtrącić swoje trzy knuty do absolutnie wszystkiego. Szybko bowiem znudziło mi się przesiadywanie godzinami w pierwszym rzędzie w ogromnym, zielono-czerwonym chapiteau, gdzie odbywały się wprawdzie najbardziej ekscytujące widowiska, ale ileż razy można przyglądać się niemal identycznym występom… chociażby woltyżerki na abraksanach? Szczególnie, że jeszcze wtedy kobiece wdzięki podkreślone kusymi (jak na tamte czasy, oczywiście) sukienkami nie robiły na mnie wrażenia; dużo bardziej podobał mi się fakt, iż konie tego gatunku potrafią nie tylko wzbić się w powietrze, lecz także, po przejściu odpowiednio długiej tresury, wykonywać akrobatyczne cuda.
Tak skutecznie wierciłem dorosłym dziurę w brzuchu, że w końcu pozwolili mi pomagać przy wykonywaniu najłatwiejszych obowiązków moich starszych wiekiem kamratów. Przechodziłem etap ja sam i marzyłem o tym, by wreszcie przywdziać strój cyrkowca nie tylko w ramach zabawy; by tak naprawdę stać się jednym z nich. Miałem siedem lat, gdy mama po raz pierwszy pozwoliła mi asystować przy swoim pokazie – podekscytowany do granic możliwości podawałem jej w odpowiednich momentach ogniowe poi, które w postaci rozżarzonych smug przecinały powietrze niczym najostrzejszy nóż (w postaci smug o niezwykle finezyjnych kształtach - miałem wrażenie, że tworzą jedną całość, opowiadając symbolami historię, którą każdy odczytywał na swój własny sposób). Od tamtego momentu w tajemnicy przed wszystkimi zacząłem ćwiczyć i układać fragmenty choreografii – co prawda jeszcze wtedy nie używałem ognia, ale z każdym miesiącem podnosiłem sobie poprzeczkę - nie minęły dwa lata, a ja już miałem za sobą gorący debiut sceniczny. Dokładnie pamiętam ten dzień – trenowałem z mamą miesiąc, nim pozwoliła mi na krótką solówkę wplecioną w jej występ, który miał miejsce w Dolinie Godryka. Właśnie tam po raz pierwszy igrałem z ogniem w ówczesnym epicentrum mojego świata - w pełnym gapiów namiocie - wirując do energicznego rytmu wygrywanej na bębnach linii melodycznej (nox, gasną wszystkie światła, ja – cały w czerni i liżące egipskie ciemności płomienie, chwilę później wprawione przeze mnie w ruch). Gdy w dniu jedenastych urodzin dostałem list zwiastujący rozstanie z cyrkiem, w moim umyśle zakorzeniły się wątpliwości, pozwalające zakwitnąć niechęci – nieodwracalnie miało się zmienić wszystko, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić. Nie byłem pewien, czy odnajdę się w murach zamczyska – Hogwart stał się pierwszym poważnym wyzwaniem, z którym przyszło mi się zmierzyć. A przynajmniej wtedy urósł do tej rangi – z perspektywy czasu był bowiem tylko przystankiem przed prawdziwą dorosłością.


d w a

stan szczęścia: za mgłą; polowanie na szczęście

Gdy nad świat mugoli nadciągnęły wojenne chmury, Hogwart mogłem już oficjalnie nazywać swoim domem (choć, jak pewnie się domyślacie, nie potrafiło mi to przejść przez usta). Z okazji przyjęcia mnie do szkoły nie zaznałem napadów stanów euforycznych, bowiem cała moja podświadomość krzyczała, że pod pozorem umożliwienia mi pobytu w przybytku kultury i oświaty… chciano mnie tylko przewartościować; naprostować; ulepić na wzór odgórnych wzorców; ujednolić; pozbawić osobowości? Ta paranoiczna teoria spiskowa była pokłosiem całych pokładów niechęci, którymi nasączyłem myśli o zamku. Nie negowałem charakteryzującej mnie ciekawości świata i potrzeby rozwijania się, aczkolwiek szeroko pojęta edukacja wydawała mi się zbyteczna. Nigdy przecież nie miałem złudzeń co do swojej przyszłości – nie karmiłem się fanaberiami o lepszym życiu, albowiem ceniłem sobie to, które wiodła moja rodzina. Gdy Ty marzyłeś o skromnej posadzie Ministra Magii, ja w zupełności zadowalałem się możliwością pozostania w cyrku; ba, nie widziałem żadnej alternatywy dla upragnionego przeze mnie żywotu lekkoducha. Obowiązek uczęszczania do szkoły wydawał mi się więc absurdalny, bo przecież tych umiejętności, które w moim mniemaniu musiałem opanować, nie miałem szans nauczyć się w tak hermetycznie staroświeckim środowisku. A śmiem przypuszczać, że samodzielne wkucie formułek kilkudziesięciu najpotrzebniejszych zaklęć nie sprawiłoby mi najmniejszych trudności.
Niemniej jednak w moim (już wtedy wybrakowanym) kodeksie moralnym zapisałem kilka zasad (możesz w to wierzyć lub nie – ale nawet jako jedenastoletni szczyl starałem się nie łamać swoich postanowień). Dotrzymywanie obietnic było jedną z nich, co zresztą skrzętnie wykorzystała mama, urabiając mnie tak długo, aż uroczystym tonem przyrzekłem jej w końcu, że dam z siebie wszystko, by ukończyć szkołę z jak najlepszymi wynikami. W przeciwieństwie do tego, o czym marzyłem, przyszłość w cyrku była ostatnim, czego dla mnie chciała moja rodzicielka – głęboko wierzyła w to, że wyrosnę na kogoś (cokolwiek miało się kryć pod tym ogólnikowym pojęciem).
Słowo się rzekło, a ja stawiałem pierwsze niepewne kroki na naznaczonej zębem czasu posadzce zamku. Skoro już się tam znalazłem i nie zapowiadało się na to, że w najbliższej przyszłości cokolwiek ma się zmienić, równie dobrze mogłem spróbować nie przetrwonić spędzonego w Hogwarcie czasu. Wymagało to wprawdzie nagięcia swojego poglądu na kwestie związane ze szkolnictwem, ale nie byłem przecież aż tak głupi, żeby zażarcie sabotować daną mi możliwość nauczenia się arkanów magii – mimo wszystko pod okiem kadry z pewnością zajęło mi to mniej czasu, niż gdybym (abstrahując oczywiście od obowiązku szkolnego) miał wdrażać się w specyfikę czarów w pojedynkę. Doszedłem nawet do wniosku, że edukacja może mi się kiedyś do czegoś przydać. Zapytasz może, do czego. Ano... nawet jeśli nie wierzyłem w swoją świetlaną przyszłość, to jednak szczerze podziwiałem ludzi mądrych - nie tylko życiowo, ale też tych posiadających encyklopedyczną wiedzę o otaczającym nas świecie. Zdobycie chociaż jej niewielkiej części miało opóźnić mój powrót do cyrku; ale w żadnym razie go nie wykluczało. Wracając jednak do procesu ewoluowania mych ówczesnych przemyśleń - uznałem, iż te siedem lat minie mi szybciej, jeśli nie będę się niepotrzebnie wychylał i zwracał na siebie uwagi skrajnie buntowniczą postawą. Kamuflowanie się pośród masy bezimiennych twarzy nie mogło być przecież takie trudne, prawda? Wystarczyło tylko spuścić wzrok, skulić się nieznacznie, nigdy nie iść pod prąd. Na lekcjach w milczeniu przyswajać informacje, po zajęciach prowadzić szalenie porywające rozmowy o pogodzie. Być przezroczystym, by wszyscy dali Ci spokój. Lecz nawet gdy na pierwszym roku przywdziałem krępujący ruchy mundurek, przybierając popielato-nijakie barwy, nie mogłem ukryć nieznajomości wszystkich zasad savoir-vivre. Na skutek zmiany otoczenia nie ubyło mi rys na charakterze; za to z pewnością wciąż brak było kindersztuby – zachowywanie się zgodnie z wszystkimi zasadami rygorystycznego szkolnego reżimu sprawiało mi mnóstwo trudności. Trochę czasu minęło nim nabrałem ogłady, ale wciąż daleko mi było do zmanierowanej świty błękitnokrwistych latorośli; do panien i paniczów, którzy nie mylili widelczyka deserowego z obiadowym, bez trudu poruszali się po poziomach zhierarchizowanego świata czarodziejskiej arystokracji, a także świetnie orientowali w zdającej się nie mieć końca hogwarckiej liście nakazów, zakazów oraz obowiązków (tego ostatniego nie determinowało chyba jednak ich pochodzenie – może po prostu nie reagowali niemal alergicznie na zbyt duże natężenie ograniczeń, jak, hm, co poniektórzy). Nie przywykłem do tego, by ktoś nieustannie mówił mi, co mam robić, dlatego też maska spokojnego, pilnego ucznia tak mocno uwierała mnie w charakter. Miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą, która nie pasuje do tego sztywnego systemu (niczym każdy egocentryczny nastolatek przeżywałem wewnętrzny konflikt tragiczny - moja inność versus brak oryginalności u rówieśników). Zagrabili mi możliwość nieustannego manifestowania wszechwolności mej duszy (patetyczne określenia świetnie pasowały do nastoletnich rozmyślań o dramatycznej sytuacji), starając się utrzymać mnie w ryzach – z czasem nauczyłem się więc ślizgać się na granicy narzuconych mi reguł (starając się przekraczać bezpieczną linię co najwyżej dużym palcem u stopy). Jednakże niezmiennie (na tyle, na ile potrafiłem) wywiązywałem się ze swojego najważniejszego obowiązku – złożone mamie przyrzeczenie i krawat w barwach grafitowo-brązowych zobowiązywały do systematycznej nauki, która, choć nie potrafiłem się do tego przyznać nawet przed samym sobą, sprawiała mi dużo satysfakcji (może Tiara nie pomyliła się aż tak bardzo w swoim werdykcie?).
Na początku hogwarckiej przygody nikt nie mógł zmusić mnie do zaangażowania się w życie szkoły; dopiero z czasem zainteresowało mnie oswajanie się z prawidłowościami rządzącymi integracją z osobnikami w mym wieku. Aczkolwiek do zawierania znajomości podchodziłem dość selekcyjnie – nie miałem stałego kryterium, lecz bratałem się jedynie z intrygującymi mnie osobami (a często po prostu z uczniami, na których natknąłem się gdzieś podczas nocnej eskapady na Wieżę Astronomiczną; albo których przyłapałem na podwędzaniu ingrediencji potrzebnych do uwarzenia amortencji czy innych bulgoczących cudów). Podobne do mnie jednostki stały się moim remedium na monotonię, gdy szkolna rutyna doprowadzała do szaleństwa. Niezupełnie wytrwałem więc w swoim postanowieniu o niewychylaniu się z tłumu. Im więcej czasu spędziłem w Hogwarcie, tym intensywniej łaknąłem jakiejś rozrywkowej odskoczni – stąd też podpuszczanie znajomych, byśmy razem próbowali przełamać nudę w sposób nie zawsze legalny. Lubiłem subtelne prowokacje, które dodawały marazmowi kolorytu; połknąłem bakcyla - szkolne przepisy zdarzało mi się naruszać częściej niż przeciętnemu uczniowi. Acz nigdy nie były to wyczyny na miarę legend z kartoteki woźnego – cała zabawa polegała przecież na tym, żeby jednak nie dać się złapać, a w oczach nauczycieli wciąż uchodzić za wzór cnót wszelkich (no, powiedzmy). I wiecie, co? Igranie z prawem nie różni się zbytnio od tańca z ogniem (w obu przypadkach chodzi o to, by poczuć adrenalinę, lecz uniknąć przykrych konsekwencji wynikających z ewentualnej pomyłki) - być może dlatego wykonywanie tej czynności przychodziło mi z taką łatwością.
Adolescencja przemijała w rytmie wyznaczanym przez częstotliwość młodzieńczych wzlotów i upadków; w którymś jej momencie złapałem się na tym, że zdążyłem przyzwyczaić się do gubienia się w zakamarkach Hogwartu, a myśli o chwilach spędzonych w murach zamku zaczęły nabierać cieplejszych barw. Nigdy jednak nie sądziłem, że to właśnie w tym miejscu poznam jedną z najbliższych mi osób. Jak już wiecie, nie szukałem desperacko zażyłości z innymi uczniami – obracałem się w różnych kręgach, zawsze jednak pozostając swoistego rodzaju indywiduum; jednostką od nikogo niezależną. Czasem kolegowałem się z kimś przez chwilę, zdarzało się, że przez dwie, ale naprawdę nieliczni musieli męczyć się ze mną przez dłuższy okres czasu. Orpheus natomiast zatrzymał mnie przy sobie; lecz co ważniejsze - wytrzymał ze mną i moimi dziwactwami do dnia dzisiejszego. Od naszego pierwszego spotkania był dla mnie chodzącą enigmą – otaczała go dziwnie niepokojąca aura, a on sam zdawał się przebywać myślami w alternatywnej rzeczywistości. Z wciąż niejasnych dla mnie pobudek w pewnym momencie zacząłem wyszukiwać sposobności, by znaleźć się w pobliżu osoby, którą teraz bez wątpienia mogę nazwać swoim najlepszym przyjacielem. Nie wiem, na czym polega magnetyzm towarzyszący naszej wzajemnej relacji, ale wypracowanie niemal mistycznej symbiozy dusz przyszło nam z łatwością (nie oznacza to jednak, że ominął nas mozolny proces zdobywania swojego zaufania, co zresztą, ze względu na specyfikę naszych osobowości, wcale mnie nie dziwi). Odkrycie wspólnych pasji tylko scementowało więź łączącą naszą dwójkę – postanowiliśmy, że cokolwiek miałoby się nie wydarzyć, po wyszeptaniu au revoir szkolnym murom… ruszymy w świat, by przeżyć przygodę życia.
Jednakże wcześniej musiałem jeszcze przystąpić do Owutemów. Gdyby ktoś powiedział mi na początku mojego pobytu w Hogwarcie, że ukończę szkołę z trzema Wybitnymi... Cóż, nie dałbym wiary. Niemniej jednak tak właśnie się stało - mogę pochwalić się W z OPCM, Zaklęć oraz Eliksirów.
OPCM nigdy nie sprawiała mi większych trudności. Do systematyczności zachęcała mnie arcyciekawa teoria obrony przed jeszcze bardziej fascynującą czarną magią (już wtedy zakazany owoc kusił mnie intensywnie, a OPCM to jedyny przedmiot, na którym można było choć wspomnieć o czarnomagicznych praktykach - oczywiście, w ramach poprawności politycznej oraz odpowiednio zgorszonym tonem); w Zaklęciach podobał mi się praktyczny aspekt tych zajęć; Eliksiry natomiast wydawały mi się dość logiczne - naprawdę nie wiem, jak ktokolwiek może mieć problem z wrzucaniem do kotła ingrediencji, skoro wszystkie czynności są starannie opisane w obszernym podręczniku. Z drugiej strony... Podobnie jest na Zielarstwie - należy jedynie zastosować się do ścisłych instrukcji, a przecież w mym przypadku zupełnie mijało się to z celem - większość roślinek w moim otoczeniu obumierała, eksplodowała, ewentualnie przeprowadzała na mnie jakiś zmasowany atak. Przez całą piątą i szóstą klasę musiałem zasłaniać pokaleczone dłonie przydługawymi rękawami rozciągniętych swetrów, bo nawet zainwestowanie w burżujskie rękawiczki ze smoczej skóry nie pomogło mi ochronić się przed złowieszczymi działaniami tych chwastów z piekła rodem. Nie wiem, dlaczego w ogóle zdecydowałem się na kontynuowanie tego przedmiotu; chyba po prostu podszedłem do tego ambicjonalnie. W każdym razie z Zielarstwa dostałem okrągłe O. Egzystencja w murach zamku byłaby o niebo piękniejsza, gdybym wybrał ONMS, ale po co, skoro można utrudnić sobie życie?
Zdawałem również Transmutację i Astronomię. Gdy zobaczyłem PO z Transmutacji, natomiast N z Astronomii... najzwyczajniej w świecie uznałem, że komuś musiało się coś pomylić - do diaska, przecież o niebieskim firmamencie upstrzonym mnogością konstelacji wiem niemal wszystko, a z Transmutacji nie zasługuję nawet na Zadowalający! Te testy w ogóle nie są miarodajne. Aczkolwiek i tak nie zaprzątałem sobie głowy wynikami, bowiem nie sądziłem, że Owutemy kiedykolwiek mogą mi się do czegoś przydać.
Przygotowania do ekspedycji z Orpheusem zajęły mi rok. Wydarzenia, które rozegrały się na przestrzeni następnych trzech lat, chyba już zawsze będę wspominał z rozrzewnieniem. Nie odnieście jednak mylnego wrażenia - nie miało być łatwo i przyjemnie; wręcz przeciwnie - pisaliśmy się na poniesienie wszelkich trudów wyprawy. Ale temu wszystkiemu przyświecał przecież jakiś cel, prawda? Czarna magia połknęła nas w całości, lecz naprawdę nie wiem, czym byłem bardziej zafascynowany - możliwością zgłębiania niedostępnych dla większości ludzkości tajników potęgi zakazanych czarów... czy może każdą sekundą spędzoną na obserwacji jego złożoności. Jedno jest pewne - gdy wraz z Orpheusem uczyłem się melodii nieba różnych zakątków globu, przybrałem na wadze o cały pakiet doświadczeń oraz blizn - zarówno na duszy, jak i tych dumnie zdobiących me ciało.
Kiedyś jednak musieliśmy wrócić do zostawianego za sobą świata. Nie można wiecznie trwać w stanie zawieszenia pomiędzy onirycznym dzieciństwem a (zazwyczaj?) brutalnie realną rzeczywistością. Śmierć Clementa rozpoczęła nowy etap mego życia. Ku zdziwieniu wszystkich (a przede wszystkim mnie) na mocy jego testamentu zostałem prawowitym właścicielem cyrku. To był początek końca - nie potrafiłem wygrzebać się z długów, w których tonęliśmy (je również dostałem w schedzie po przyszywanym tacie). Tak bardzo bałem się rozczarowania ze strony mojej rodziny; tego, że to miejsce, mój dom, może przestać istnieć... Nawiązałem więc kontakt z poznaną podczas wyprawy osobą z czarodziejskiego półświatka i kupiłem od niej najdroższą rzecz, na którą było mnie ówcześnie stać - niepozornych wymiarów obraz. Dzięki artefaktom ukrytym na płótnie za pomocą sprytnego zaklęcia (gwoli ścisłości - przedmiotom widniejącym w ministerialnym rejestrze rzeczy zakazanych) oraz za sprawą nabywców tychże czarnomagicznych cacek spłaciłem pierwszą ratę długu. Przyrzekłem sobie, że to tylko jednorazowy wyskok, by cyrk dostał potrzebny zastrzyk finansowy. Później wszystko miało się jakoś ułożyć. Chciałem tylko kupić sobie czas. Okazało się jednak, że w nieskończoność odwlekałem nieuniknione.
A przyrzeczenie? Złamałem.


t r z y

stan szczęścia: deficyt; szczęścia nie wykryto

Świat wypadł mi z moich rąk dokładnie dwadzieścia cztery miesiące, siedemset trzydzieści dni, siedemnaście tysięcy pięćset dwadzieścia godzin, milion pięćdziesiąt jeden tysięcy dwieście minut, sześćdziesiąt trzy miliony siedemdziesiąt dwa tysiące sekund temu. Popełniłem jeden błąd, za który słono płacę po dziś dzień. Zapewne sami wiecie, jak to jest – gdy nie sparzysz się raz, drugi, dwudziesty… W pewnym momencie zauważasz, że uśpiła się Twoja czujność. Albo nie zdążysz tego dostrzec, co bez oporów wykorzysta przeciwko Tobie ktoś inny. Nie mam pojęcia, kiedy Biuro Aurorów wpadło na mój trop, aczkolwiek przez dłuższą chwilę po prostu bawili się mną, odcinając wszystkie możliwe drogi ucieczki, a potem pozwolili mi uwierzyć, że jestem na tyle sprytny, by wymknąć się cicho tylnym wyjściem. Zaufałem komuś, kto wybrał ratowanie swojego tyłka, kiedy przyszpilono go twardymi dowodami. Cóż, trudno mu się dziwić, że wystawił mnie, by ocalić siebie – w końcu od zawsze był tylko moim Hermesem od namoczonych w czarnej magii interesów; decyzje podejmowałem sam – więc to na mnie najbardziej zależało aurorom. Niemal bezwarunkowe zaufanie do tej osoby mocno mnie zaślepiło, ale zawiodła też intuicja, na której zwykłem zbyt często polegać. Gdy w skrzynce kontaktowej znalazłem wiadomość o wykonaniu zlecenia, o zwyczajowej porze pojawiłem się w naszym miejscu. Wraz z wyświechtaną kartką, zabazgraną listą pożądanych przez nowego klienta czarnomagicznych artefaktów, mój człowiek przekazał mi (okrojoną o swoją część, oczywiście) sumę za zakończoną transakcję. Nie zdążyłem nawet wsunąć przyjemnie brzęczących galeonów do kieszeni, bowiem w mgnieniu oka leżałem już spetryfikowany na posadzce, słysząc tylko, jak deszcz pozłoconych monet komponuje symfonię dźwięków, uderzając o spróchniałe, drewniane deski. Tuż obok mnie zmaterializowała się trójka aurorów, którzy mogli sobie pogratulować udanej akcji.
W kalejdoskopie następujących zdarzeń wszystko potoczyło się szybko. Cyrk splajtował (jakiś miesiąc po mojej wpadce), marzenia sfermentowały, a ja dostałem ultimatum. Zamiast bawić się w proces, czekać na przesądzony już przecież wyrok, potem natomiast gnić za kratkami przez co najmniej sześć lat… Mogłem wybrać alternatywną opcję – pójść na układ z Biurem Aurorów (pomagać im rozpracowywać podobne do mnie osoby i, w zamierzeniu, ukrócić handel czarnomagicznymi artefaktami).
Cóż, sprzedałem się za cenę względnej wolności. Celę w podziemiach Tower of London zamieniłem na obskurną klitkę na Nokturnie (Londyn, natomiast, stał się mym więzieniem – opuścić go mogę jedynie pod nadzorem przynajmniej jednego aurora, za uprzednią zgodą jego szefa). Bez większego problemu wmieszałem się w szemrane towarzystwo i odkurzyłem kontakty - zgodnie z oczekiwaniami mojego… przełożonego? Nie wiem, jak inaczej nazwać aurora, który zajmuje się skutecznym zatruwaniem mi życia – sprawdza mnie o najdziwniejszych porach; wymaga coraz więcej; ma prawo wlać mi do gardła całe morze Veritaserum, jeśli tylko uzna, że mijam się z prawdą w swych raportach. A ja mogę co najwyżej uśmiercać go wzrokiem. Mało to wszystko sprawiedliwe... Aczkolwiek poznałem już skuteczne sposoby na doprowadzanie mojego stróża do białej gorączki - sukcesywnie rozwijam swój wrodzony talent do bycia wrzodem na dupie.
Nie zmniejsza to jednak poczucia, iż znajduję się w martwym punkcie; ale pocieszam się, że skoro wytrzymałem dwa lata na ich usługach, to przecież jakoś dam radę dotrwać do finału przedstawienia kukiełkowego. Niech theatrum mundi trwa - wciąż posłusznie odrywam swą rolę (noce za kontuarem Białej Wywerny; przemykanie w półcieniach Nokturnu; rozpracowywanie bawiących się w handel czarnomagicznymi artefaktami osób). Choć, muszę przyznać, najpewniej oszalałbym już po kilku miesiącach tej swoistego rodzaju symbiozy z Biurem Aurorów, gdyby nie to, że balansowanie na krawędzi przepaści służy memu samopoczuciu, a los co i rusz dostarcza mi sporych zastrzyków adrenaliny podczas konfrontacji z osobami, do których aresztowania mam się przyczynić. Co prawda (niedobrowolnie) zmieniłem strony, ale nawyku igrania z ogniem trudno się pozbyć; na szczęście różnego rodzaju wyzwań mi nie brakuje. Zdaję sobie jednak sprawę, jak kończy w tym środowisku zdrajca (bez wątpienia zdążyłem już sobie zasłużyć na to miano). Tym razem nie ma więc miejsca na żadne pomyłki. Nie uśmiecha mi się śmierć przed trzydziestką.
Jeszcze tylko jeden rok, dwanaście miesięcy, trzysta sześćdziesiąt pięć dni, osiem tysięcy siedemset sześćdziesiąt godzin, pięćset dwadzieścia pięć tysięcy sześćset minut, trzy miliony sto pięćdziesiąt trzy tysiące sześćset sekund. I ani jednego uderzenia serca więcej.

c z t e r y

stan szczęścia: definiowanie szczęścia na nowo

...ciąg dalszy nastąpi?


Patronus:
Odkąd jakoś pod koniec piątej klasy dokopał się do tomiszcza traktującego o tym zaklęciu, zdarzało mu się stosunkowo często zastanawiać się, jaką formę przybierze w jego przypadku obiecująco skrząca się srebrna mgiełka. To była zagadka z rodzaju tych, które bardzo chcesz rozwiązać. Wydawało mu się wtedy oczywistym, że wyczarowany różdżką Tremaine'a patronus okaże się pewnego dnia wilkiem, jastrzębiem albo innym, koniecznie równie intrygującym i niebezpiecznym, zwierzęciem. Cóż, nie wpadł na to, że jego zwierzęcym alter ego może być niezbyt reprezentacyjnie wyglądający rosomak. Ale gdy sięgnął do knigi opisującej europejską faunę, znalazł pod odpowiednim hasłem opis, który w zaskakująco trafny sposób korespondował z charakterystycznymi dla (jeszcze wtedy) młodzieńca cechami.


Rosomak, czyli istota doskonale przystosowana do przetrwania nawet w szczególnie trudnych warunkach. Ze względu na mobilny tryb życia jest zwierzęciem niemal niemożliwym do obserwowania i – w efekcie – stosunkowo słabo poznanym. To samotnik, który charakteryzuje się odwagą, zręcznością oraz nieustępliwością. Stwarza pozory dużo niebezpieczniejszego, niż jest w rzeczywistości.


Na jakim wspomnieniu koncentruje się Felix, kiedy rzuca zaklęcie? Najczęściej sięga do dwóch najszczęśliwszych momentów w swoim życiu. Przymyka więc powieki, by teleportować się kilkanaście lat w przeszłość - gdy wraz z mamą wirował w ognistym tańcu na oczach zafascynowanego płynnością ich ruchów tłumu; bądź wybiera coś z nieco nowszego repertuaru - przypomina sobie pierwszy dzień podróży z Orpheusem, kiedy to w żyłach Felixa najsilniej buzowała adrenalina i ekscytacja zarysowującymi się za mglistym horyzontem możliwościami, a on sam mocno pożądał tajemniczo brzmiącego nieznanego.


Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 9 +1 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 11 +4 (różdżka)
Czarna Magia: 3 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 8 Brak
BiegłośćWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Astronomia11
Historia MagiiI1
RunyI1
MugoloznawstwoIII7
ONMSIII7
LiteraturaI1
Taniec (z ogniem)IV13
Latanie na miotleI1
PływanieI1
Instynkt przetrwaniaI1
KłamstwoIII7
KoncentracjaII3
KradzieżIII7
Silna wolaI1
SpostrzegawczośćIV13
SzczęścieII3
Ukrywanie sięIII7
Reszta: 0

Wyposażenie

punkty statystyki {12}, umiejętność teleportacji, różdżka

[bylobrzydkobedzieladnie]




what matters most is how well you walk through the f i r e.


Ostatnio zmieniony przez Felix Tremaine dnia 04.10.15 21:28, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Allison Avery
Allison Avery

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t653-allison-avery https://www.morsmordre.net/t814-poczta-allison https://www.morsmordre.net/t815-allie https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1885-allison-avery#25620
Zawód : Alchemik u Borgina&Burkesa, badacz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
imagine that the world is made out of love. now imagine that it isn’t.
OPCM : 0
UROKI : 2
ELIKSIRY : 16
LECZENIE : 6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Felix Tremaine  ZytGOv9s

Felix Tremaine  Empty
PisanieTemat: Re: Felix Tremaine    Felix Tremaine  I_icon_minitime04.10.15 21:38

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Cyrk to niewątpliwie niezwykłe miejsce do wychowania młodego chłopca, nawet jak na standardy czarodziejów - nic dziwnego, że mury Hogwartu początkowo wydawały się przekleństwem. W końcu nawet możliwość posiadania własnej różdżki nie rekompensuje możliwości obcowania z latającymi końmi, tańczenia z ogniem podczas pokazów. Dorastanie w tym zdumiewającym miejscu, pełnym magicznych stworzeń i ponadprzeciętnych indywidualności, sprawiło, że Felix wypracował silną osobowość, kontrastującą z szarością otaczającego go społeczeństwa. Jednak życie nigdy nie jest takie, jak pragniemy - dążenie do spłaty długu odziedziczonego cyrku, doprowadziło do zagłębienia się w nielegalny półświatek, aż w końcu do konfliktu z aurorami, zakończonego ugodą, wszystko byle tylko nie trafić za kraty okrutnego Tower. Jak długo jeszcze szczęście będzie się uśmiechać do Felixa grającego nową rolę w przedstawieniu swojego życia, lecz wciąż, bezustannie balansującego na krawędzi, gdy adrenalina tętni w żyłach?  
Witam na forum, mam nadzieję, że będziesz się z nami dobrze bawić, a może nawet uraczysz jednym z pokazów wzbogaconego ogniem? cwaniak

OSIĄGNIĘCIA
Igrający z ogniem i prawem - ten chłopak uwielbia adrenalinę!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Teleportacja
WYPOSAŻENIE
Różdżka, biały kryształ [z Orpheus Baheire], kot
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[27.09.15] 900-870=30
[15.11.15] 64-50=14
[13.12.15] Spotkanie Rycerzy +10 pkt
[25.12.15] Opuszczona Portiernia +100 pkt
[07.03.16] Złap złodzieja +80 pkt
[25.03.16] Organizacja wydarzenia +50 pkt
[13.06.16] Zakupy -75 PD
[18.07.16] Zwrot PD +65 PD
[24.01.17] Karta zmiany -250 PD
[08.02.2017] Zwrot PD; +20PD, 1pkt OPCM





I sit alone in this winter clarity which clouds my mind
alone in the wind and the rain you left me
it's getting dark darling, too dark to see

Powrót do góry Go down
 

Felix Tremaine

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19