Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Tunel

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Tunel   27.09.15 15:47

First topic message reminder :

Tunel

Opuszczony tunel łączący ze sobą dwie ruchliwe ulice, znacząco skracający drogę. Początkowo wydaje się dobrze oświetlony i całkowicie bezpieczny, lecz gdy zakręca w lewo ściany pokryte są graffiti, mało które latarnie oświetlają korytarz. Przez to mało kto się zapuszcza pomiędzy ceglaste, łukowate zabudowania, w obawie o to kogo może tam spotkać. W okolicy krąży plotka, jakoby niedawno odnaleziono tam zmasakrowane ciało panny z pobliskiego domu uciech. Zwykle tunel okupują młodociani recydywiści mugolskiego pochodzenia, zajmujący się głównie rozprowadzaniem narkotyków lub innych równie nielegalnych substancji i przedmiotów. To miejsce idealne do nabycia broni bez zezwolenia, lecz na pewno nie nadaje się na popołudniowe spacery.

[bylobrzydkobedzieladnie]




Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 05.03.16 21:00, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Alexander Selwyn
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t927-alexander-selwyn#4785 https://www.morsmordre.net/t999-fumea https://www.morsmordre.net/t937-lubisz-moze-teatr#4917 https://www.morsmordre.net/f84-boreham-palac-beaulieu https://www.morsmordre.net/t979-a-selwyn#5392
Stażysta w Szpitalu Św. Munga, hipnotyzer
21
Szlachetna
Kawaler
"Nie dajcie się tym ludziom, maszynowym ludziom z maszynowym umysłem i maszynowym sercem."
24
13
0
16
5
0
6
5
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Tunel   26.12.15 13:31

Albo Alexowi się wydawało, albo zaczynało być tłoczno. Na szczęście przybycie kolejnego mężczyzny nie powstrzymało go przed zauważeniem kawałka ciemnego materiału, który smętnie powiewał na rozoranym zaklęciem drzewie.
- On pobiegł tędy - oznajmił w tym samym czasie co Barrowick. Dał jednak policjantowi dokończyć, potulnie milknąc, po czym sam dodał: -Na drzewie wisi oddarty Stuck materiału - wskazał swoje znalezisko. Poszedł na skraj lasu, przeczesując spojrzeniem czarną toń roślinności. Wtem, ryk zdecydowanie należący do hipogryfa przeciął wieczorne powietrze. Wymienił spojrzenia z policjantem. Niezły duet, nie ma co. Obracając głowę znów w stronę lasu zatrzymał się jednak gwałtownie, nieruchomiejąc w ułamku sekundy. Para czerwonych oczek świdrowała go z wysokości jego twarzy. Uważał w szkole na opiece nad magicznym stworzeniami. Wolną rękę uniósł w górę, zasłaniając oczy przed spotkaniem z długimi pazurami nieśmiałka (a może kilku?), który już wyskakiwał na niego z zarośli. Ledwo zdążył krzyknąć, by ostrzec resztę.
- Nieśmiałki! Everte Stati! - powiedział z manierą niczym esesman wydający rozkaz rozstrzelania.




If you're loved by someone
you're never rejected.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   26.12.15 13:31

The member 'Alexander Selwyn' has done the following action : rzut kością

'k100' : 5


Powrót do góry Go down
Felix Tremaine
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t1475-felix-tremaine https://www.morsmordre.net/t1556-papierowe-wspomnienia#15039 https://www.morsmordre.net/t1522-nieistotny-dysonans#14241 https://www.morsmordre.net/f177-smiertelny-nokturn-13-poddasze https://www.morsmordre.net/t1577-felix-tremaine
goni mnie przeszłość
27
Półkrwi
Kawaler
w środku pękają struny
chwil, pulsuje rzeka
czerwienią moich win,
gonię sam siebie i znów
zamiera świat.
12
11
0
0
0
3
0
10
Czarodziej
maybe I deserve all of this.

PisanieTemat: Re: Tunel   26.12.15 13:43

Należało się spieszyć – powoli zapadający zmrok działał na niekorzyść wszystkich, których ogarnęła gorączka galeonów. Noc przysłoni wszystkie ślady, a poruszający się w jej objęciach złodzieje rozpłyną się, nim nastanie świt.
Tremaine powiódł spojrzeniem w stronę lasu, dokąd ewidentnie prowadziły ślady. Zignorował jakiegoś ważniaka starającego się go przegonić i spokojnie rozejrzał się wokół siebie. Wciąż pochylony podążył nieco na wschód, by sprawdzić, czy coś mu się nie przywidziało, ale… Okazało się, że tam, gdzie podszedł – na zgniecionym mchu – faktycznie coś leżało. Czy to…? Musnął opuszkiem palca długie, czarne pióro. O ile się nie mylił, należało ono do… hipogryfa? Na Merlina, zaczynało się robić zabawnie.
Gdy podniósł wzrok dosłownie na chwilę (by zebrać kołatające się w głowie myśli), pomiędzy drzewami zamajaczyła mu męska sylwetka. Z tej odległości nie widział go zbyt dobrze, ale nietrudno było się domyślić, że to osobnik, którego ślady miał okazję przed chwilą podziwiać w całej błotnistej okazałości. Skąd ta pewność? Otóż tuż za nim podążał rozwścieczony hipogryf (o czarnym umaszczeniu), którego ten człowiek musiał czymś rozwścieczyć.
Tremaine poderwał się do biegu, nie wahając się ani chwili. Zaobserwowane zjawisko przykuło jego uwagę do tego stopnia, że nawet nie obrócił się, by sprawdzić, co z osobami, które zostały w pobliżu wejścia do tunelu.
Ryk zwierzęcia nieco otrzeźwił jego entuzjazm – hipogryf nie należał do stworzeń, które można by zlekceważyć. Nie zamierzał jednak przepuścić takiej okazji. Z różdżką w ręku biegł przed siebie co sił w płucach.




what matters most is how well you walk through the f i r e.
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   26.12.15 13:43

The member 'Felix Tremaine' has done the following action : rzut kością

'k100' : 60


Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   26.12.15 20:33

Złodziej pędził przed siebie trzymając przy piersi skórzaną torbę. Obejrzał się przez ramię na biegnącego za sobą Felixa. W ostatniej chwili przeskoczył przez wystający korzeń i wbiegł między gęsto rosnące drzewa, próbując zgubić pościg. Hipogryf zatrzymał się tuż przed skrajem lasu i stanął dęba, jakby przestraszył się tego, co tam zobaczył. Obrócił się i… stanął oko w oko z Felixem, świdrując  jego twarz spojrzeniem jasnych ślepi. Dumnie wypięta pierś stworzenia  falowała w szybkim oddechu, rozpostarte, ogromne skrzydła uniemożliwiały wejście do lasu.
Co zrobisz, Felixie? Jeśli chcesz uciec, możesz to zrobić, ale jedynie w kierunku tunelu; jeśli chcesz ukłonić się przed hipogryfem, rzucasz kostką k100, by sprawdzić efekt honorowego zachowania.

Zaklęcie Theodore’a zostało rzucone wyśmienicie, dzięki czemu uratował on Alexandra od ataku nieśmiałków, jednak mimo to Niemiec-detektyw zakołysał się od swojego niepoprawnie rzuconego zaklęcia i upadł na kolana. Potrzebuje chwili, żeby się podnieść i dołączyć do reszty.
(zaznacz w poście swój stan i w tym samym poście możesz dołączyć do reszty)

Alfred świetnie poradził sobie z nieśmiałkami, dzięki czemu mógł szybciej pobiec w kierunku uciekającego Felixa.

Theodore, Alfred – biegniecie w kierunku Felixa. Słyszycie wrzask wydobywający się z lasu. Macie wybór – czekacie, aż Felix udobrucha hipogryfa i ten pozwoli wam przejść lub sami próbujecie obiec dwójkę i gonić za złodziejem sami – jeśli tak zrobicie, musicie znów szukać wskazówek, rzucacie kostką k100.
Pamiętajcie jednak, że jedynie Felix był najbliżej złodzieja i tylko on dostrzegł, w jakim kierunku on uciekł.

W każdym razie, czeka was ostatni etap poszukiwań w tym temacie (piszecie tam wszyscy już od tej kolejki!) --> http://morsmordre.forumpolish.com/t48p15-serce-lasu#14617


Powrót do góry Go down
Harry Dawlish
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3746-henry-harry-dawlish https://www.morsmordre.net/t3853-if-it-s-meant-to-be-it-will-be#72152 https://www.morsmordre.net/f156-st-martin-s-lane-45-2
uliczny artysta
22
Mugolska
Kawaler
Morality,
like art,
means drawing a
line someplace.
12
17
0
0
5
0
0
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Tunel   13.10.16 20:46

11.03

Głowa mu buzowała, jakby pompowały się w niej hektolitry krwi, przelewając tysiące metrów sześciennych na sekundę przez wąskie kanaliki. Aż huczało. Ogłuchł, nawet jeśli w głowie odbijał mu się stukot własnych kroków. Opierał się o ściany, jakby odebrano mu trzeźwość chodu, a pojęcie równowagi poszło się pieprzyć za poprzednią alejką, wraz ze śmiechem mijanej pary, który działał na niego drażniąco.
Światło lampy. Zasłonił się szczelniej kapturem, wydając z siebie przeciągłe syknięcie. Jego mózg reflektował się nad każdym wrażeniem, pojedynczy bodziec bolał go niemalże f i z y c z n i e. Zatrzymał się w połowie schodów, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie wygląda jak ostatnie gówno. I nie chodziło absolutnie o to, by miał tego dnia wygrać nagrodę za najprzystojniejszy podbródek czy zaczesany włos. Wyglądał jak typowy ćpun, który cierpiał na odstawienie - schorowany, zdesperowany, zdolny do wszystkiego, by tylko dostał kolejną działkę.
Zwilżył językiem spierzchnięte wargi i oparł się o barierkę, by drżącymi rękoma wyciągnąć paczkę papierosów z tylnej kieszeni. Nie spieszył się. Pięć minut temu zegar wybijał umówioną godzinę, ale specjalnie się ociągał. Wzniósł oczy ku niebu - okrutnie zachmurzonemu, nawet pojedyncza gwiazda nie spoglądała na niego z góry, ani jedna nie migotała słabym światłem. Właściwie to miał nadzieję, że się spóźni na tyle, by nikogo tam już nie zastać. Zaśmiał się pod nosem, sam do siebie, na ten przejaw złudnej nadziei. Nie sądził, że tak spontanicznie ciągle jest w stanie wykrzesać z siebie tak naiwne instynkty. Zabawne, że ludzie zostali zaprojektowani w ten sposób - niezależnie od posiadanej wiedzy, ciągle ślepi, stale popełniający te same błędy. Nawet on.
Złapał papierosa między zęby, by zakryć go po chwili rękoma przed złośliwym deszczem i powiewami wiatru, które zmuszały zapalniczkę do kilkakrotnego pstrykania, zanim w końcu zdołał zaciągnąć się dymem.
Naprawdę jakaś część niego liczyła na to, że te dostawy się zatrzymają. Zresztą nie chodziło tylko o to. Pokręcił głową, prowadząc ze sobą niemą dysputę, a jego twarz raz jeszcze przeciął krzywy uśmiech. Odwrócił się w stronę odwrotną od tunelu, patrząc na schody, które piętrzyły się w górę. Przysunął do ust tytoń. Wypuścił szary obłok z ust. Powtórzył. I zbiegł po schodach.
Wyrzucił szluga dopiero, kiedy zobaczył przed sobą cień. Głównie dlatego, że formował się w znaną sylwetkę. Swoje przystopowanie usprawiedliwił potrzebą wdeptania niedopałka w grunt.
-Tak jak umówione?-zapytał lakonicznie, opierając się o przeciwległą ścianę, bliźniaczo do swojego rozmówcy - wbijając dłonie w kieszenie (wcale nie po to, by ukryć ich drżenie), wystawiając nogi przed oś całego ciała, odchylając nieco głowę do tyłu, kiedy sięgał nią po to, by zetknąć się z murem i wygodniej oprzeć. Nieważne, że część umowy co do czasu została przez niego samego pogwałcona.
Podniósł wzrok. Niedbale. Zupełnie nie tak, jakby się z tym chwilę ociągał, to by było przecież kompletnie abstrakcyjne. Popatrzył na człowieka, który prawdopodobnie powinien być największą szumowiną chodzącą po kuli ziemskiej. Za sprawą kilku gram jakichś proszków miał władze nad czyimś być i nie być, a dodatkowo brał za to pieniądze. Powinien nim gardzić. Ale sam też był pod jego władzą. I pewnie działały tu jakieś psychologiczne zagrywki, miał jakiś zasrany kompleks, ale widok jego sylwetki był dziwnie hipnotyczny dla oczu. Nie potrafił schłodzić swojego spojrzenia. Poza tym czy ta pieprzona fascynacja naprawdę była taka trudna do zrozumienia? To był cholerny Benjamin Wirght! Nawet on, który nie interesował się tym brudnym sportem, w końcu skojarzył, skąd zna jego twarz - trochę bardziej zarośniętą, trochę starszą, mniej lśniącą, mniej... nie, bardziej hardą i doświadczoną. Czy to nie naturalne, że próbował odgadnąć co go ściągnęło na tą mieliznę? Ale nie zadawał pytań. Nie on dyktował tu warunki - raz jeszcze, powrót do natury tego układu. Nie on rozdawał karty. Zresztą, żaden z nich tak naprawdę nie miał kontroli nad talią. Nie. Stop. O tym właśnie nie miał myśleć. Po to tutaj był. By zapomnieć. I wygodniej było mu rozpamiętywać postać osobistego handlarza dragami od istoty świata i mechanizmów nim kierujących. Boże, o ile łatwiej!
W końcu wypchnął biodra do przodu i zmniejszył dystans, stawiając kilka kroków. Zabawne, jak pusto się robiło, kiedy zeszło się z głównej ścieżki. Kolejne, pieprzone złudzenie.
-Nie czujesz jakichś wyrzutów, że tym handlujesz?-kiwnął głową, mając na myśli Widły, bo gdzieś napomknął mu o tym, że zajmuje się Smokami. Albo przeczytał to w jakimś tanim artykule, który mówił o przygaśniętych gwiazdkach i o tym, co robią po dniach sławy? Wyciągnął kolejnego papierosa. Musiał się czymś zająć.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   14.10.16 12:06

Wypełnienie obywatelskiego, referendalnego obowiązku, zagwarantowało Benjaminowi nie tylko wpisanie złotymi zgłoskami do rejestru niegodnych czarodziei, bazgrzących buntownicze nie na srebrzystym pergaminie zawierającym nienawistne propozycje zmian, ale także pozwoliło mu na chwilowe otrzeźwienie. Trwające co prawda niepełne cztery dni, lecz nawet tak krótki okres wystarczył, by Wright boleśnie przekonał się o postępującym uzależnieniu. Do tej pory uznawał, że to krótkotrwała niedyspozycja, męczące chorobowe, przejściowe kłopoty, ot, coś, co zdarza się nawet najlepszym, bowiem nawet szlachcice zbaczali z wytyczonej przed wiekami ścieżki, korzystając z uciech życia. Nie mieli żadnych problemów z powrotem na salony, także i Jaimie, uznający się przecież za lepszego od arystokratycznej hałastry, wierzył w łatwość zmartwychwstania. Wystarczyło przecież nie brać. Wstać rano, przeciągnąć się, otworzyć okno, ogarnąć burdel, zarastający pleśnią każdą wilgotną powierzchnię mieszkania, wyrzucić za parapet mugolski przybornik małego ćpuna, zerwać ciągnące w dół znajomości i stać się godnym Anglikiem, londyńczykiem, pracownikiem, Zakonnikiem i w ogólności: godnym człowiekiem. To, co rysowało się jako proste, łatwe i przyjemne, podczas wieczornych seansów narkotycznych - pomieszanie jawy z rzeczywistością już dawno powinno go ostrzec - okazywało się jednak niemożliwym już kilka godzin później, gdy z trudem oddychał, plując krwią do umywalki. O skurczach mięśni, drżących dłoniach i porażającym niepokoju towarzyszącym każdej czynności, już nawet nie wspominając. Miał jednak w sobie naprawdę sporo siły, skoro motywował się do sztucznego uśmiechu, bawienia dziecka i prezentowania Tamunie dość pokracznej maski dawnego Benjamina. Po powrocie na Nokturn zdzierał ją od razu, starając się najpierw zalać ból alkoholem, potem - ostatnią porcją Złotej Rybki, która pozwoliła mu na otworzenie kolejnego, krótkiego przewodu myślowego opartego na zdrowym rozsądku.
Kończyły mu się fundusze. Jedyne, co wartościowego posiadał, zamykało się w kilku woreczkach sproszkowanych pazurów smoka, diabelskiego ziela i rozkosznej porcji Śnieżki. Widocznie nie było z nim aż tak źle, skoro w przypływie głodu pozostawił tę część kufra nietkniętą, ale nie wynikało to z dobrej woli. Raczej z dziwnego niepokoju, który ogarniał go zawsze w momencie otwierania wieka ćpuńskiego raju. Gdy tylko palce sięgały w kierunku Śnieżki, srebrny pierścień Zakonu zdawał się rozgrzewać do czerwoności. Och, gdyby tylko mógł opatentować ten pomysł i sprzedać go oddziałowi uzależnień w Mungu. Na razie korzystał z wątpliwego ostrzeżenia sam, starając się po prostu przeżyć następne dwa tygodnie. A to mógł mu zagwarantować tylko handel.
Dlatego tej paskudnej, deszczowej nocy - pomimo skórzanej kurtki przemókł całkiem, a bujne, czarne loki rozprostowały się zupełnie, pozbawiając go figlarnego uroku, odziedziczonego po Lestrange'ach - zjawiał się w niezbyt reprezentatywnej ulicy Londynu, szczycącej się wspaniałym miejscem do załatwiania ciemnych sprawek. Głównie mugolskich, co gwarantowało względne bezpieczeństwo przed nalotem aurorów. Przynajmniej na razie; Wright nie miał zamiaru ryzykować. Przez przećpany mózg przebłyskiwały czasem drobinki całkiem dobrego pomyślunku. Wyprowadzając z Nokturnu pewne przyjemności, nie tylko gwarantował sobie wysokie przebicie cen - większość kwoty zostawała w jego kieszeni - ale także minimalizował szansę na przykrą w skutkach wpadkę. Był świadomy ulotności tego procederu: trzy miesiące wydawały się odpowiednim okresem na szybkie wzbogacenie się przy jednoczesnej anonimowości, ale pieniądze niknęły w mgle coraz intensywniejszego ćpania. Musiał przedłużyć działalność jednoosobowej firmy...albo ostatecznie otrząsnąć się z żałoby i stanąć na nogi. Wybór był oczywisty, ale Wright nie zaprzątał sobie nim głowy, w końcu chowając się przed deszczem w przytulnym zakamarku tunelu. Dość cichego; z drugiego końca dobiegały co prawda specyficzne mlaszczące odgłosy i jakiemuś mugolskiemu śmiałkowi poszczęściło się w miłości, lecz w porównaniu z pijackimi obelgami, śmigającymi zazwyczaj głośnym echem po korytarzu, miejsce wydawało się spokojne. Brodacz oparł się plecami o ścianę, zapalając papierosa i bez ruchu - jeśli nie liczyć systematycznego podnoszenia lewej dłoni i wydmuchiwania dymu - czekał na swojego handlowego partnera.
Nie zareagował w żaden sposób, gdy w końcu wysoka sylwetka Harry'ego pojawiła się za zakrętem tunelu, by chwilę później bliźniaczo rozłożyć się przy przeciwległej ścianie. Gdyby było to pierwsze ich spotkanie, Wright pewnie jedynie wzruszyłby ramionami i bez słowa zniknął, lecz...naprawdę potrzebował dzisiejszej dawki galeonów. Wypalone w domu diable ziele złagodziło objawy odstawienia, dlatego Wright mógł ze spokojnym dystansem obserwować blondyna. Spierzchnięte usta, drżące kąciki warg, podkrążone, przekrwione oczy, nieokiełznana nerwowość zmieniająca się płynnie w nonszalancką pewność siebie. Miał przed oczami prawdziwe widowisko i to nie tylko z powodu niespotykanej urody chłopca. Przy pierwszym spotkaniu łatwo zaszufladkował go jako dzieciaka, krnąbrnego, niestabilnego, szukającego wrażeń, jednak czasem w trakcie ich krótkich rozmów, coś wybijało Benjamina z tej niemalże starczego przekonania. Jakiś błysk w oku Harry'ego, dziwny smutek przebijający się przez sztuczną farsę, grymas przebiegający przez niedorzecznie piękną twarz, pasującą raczej klasycznej rzeźbie niż mugolskiemu chłoptasiowi z marginesu. Wbrew prymitywnym pozorom potrafił przecież docenić skrajną maestrię genetyki, uzewnętrzniającą się w perfekcyjnych rysach. Nie czuł się jednak zaklęty i dlatego też milczał, patrząc na Dawlisha wyczekująco, jakby licząc na przeprosiny i solenną obietnicę poprawy punktualności. Nie doczekał się, dlatego uniósł tylko krzaczaste brwi wyżej, zaciągając się ponownie papierosem, a rozżarzona końcówka zabłysła w półmroku korytarza, sprawiając, że ciemne oczy stały się jeszcze bardziej puste.
- Robiłem rzeczy gorsze od sprzedawania potrzebującym chwilowej ulgi, więc moje wyrzuty sumienia są skupione na sprawach większego kalibru - odpowiedział nadzwyczaj spokojnie, wręcz rzeczowo, wydmuchując dym, jakby chciał się oddzielić od zmniejszającego dystans anielskiego blondyna. Pełen profesjonalizm. - Ceny podskoczyły - dodał z idealnie odegranym smutkiem, choć kąciki wilgotnych od deszczu warg uniosły się w nieco kpiącym uśmiechu. Nie powiedział jednak na razie nic więcej.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harry Dawlish
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3746-henry-harry-dawlish https://www.morsmordre.net/t3853-if-it-s-meant-to-be-it-will-be#72152 https://www.morsmordre.net/f156-st-martin-s-lane-45-2
uliczny artysta
22
Mugolska
Kawaler
Morality,
like art,
means drawing a
line someplace.
12
17
0
0
5
0
0
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Tunel   18.10.16 20:22

Rzeczywistość była bolesna. Pod tak wieloma płaszczyznami. Zacznijmy może jednak od tu i teraz, kiedy wilgoć zbierała się z rur w drobne krople, które cicho pełzły do wspólnego punktu, a każda sekunda ich niemego ruchu niemalże piekła jego ciało. A potem zwieńczenie, całe apogeum cierpienia ziszczało się w momencie, kiedy zatapiała się w niewielkiej kałuży, która uzbierała się od tego mozolnego procesu, wystrzeliwując decybele w głuchą, pustą przestrzeń. Miał wrażenie, że głuchł, a bębenki uszne krwawią, rozdzierane co rusz przez nieprzyjemne dźwięki. Albo ta piekielna żarówka, która kołysała się na wpół zerwanym kablu, kołysała się teraz na wietrze, uderzając delikatnie o ceglany mur z uroczym, niewinnym brzękiem, a każde jej odbicie prowokowało u niego zaciskanie palców w pięści. Jej rozpaczliwe migotanie, jakby nie mogła się pogodzić i po prostu z g a s n ą ć przyprawiała go o migrenę. A na końcu była dotkliwa obecność drugiej osoby.
Przebłyski świadomości były nie do zniesienia. Potrzebował filtra, czegoś, co znieczuli go na bodźce, które atakowały go z każdej strony. Oszukańczej opończy, która miękko przesłoni jego oczy, kiedy patrzył na to, co się działo. Tej, która tak matczynie trwała przy nim, kiedy przewracał strony Proroka Codziennego, gniotąc niczemu winne kartki za teksty, które się w nim pojawiały. Każda fraza wzbudzała w nim nagłe odruchy wymiotne. Policja antymugolska. Stojąca na straży czego? To ma być jednostka eksterminacyjna? Człowiek o niemagicznych zdolnościach uznany zostaje za pasożyta, który nie przysłużył się Państwu Brytyjskiemu i wszech i wobec postanawia się go unicestwić? A może nieuświadomiona masa, żyjąca kompletnie inercyjnie, nagle zagraża społeczeństwu czarodziejów? Ostatnie polowanie na wiedźmy odbyło się wieki temu. Albo ta pożoga w Muzeum Tolerancji Mugoli. Wypadek, prawda? Najprawdopodobniej spowodowany jeszcze przez mugolski wynalazek. Oczywiście. Czy można było lepiej wykorzystać ten incydent do zniechęcania ludzi lub podżegania strachu biorącego się z ignorancji? Powinni podłożyć tam jeszcze zwłoki poważanego czarodzieja, by dodać sprawie dodatkowego dramatyzmu i jeszcze bardziej zwrócić jedną stronę przeciwko drugiej.
Nie cierpiał lalkarzy.
Wszystko tylko podżegało jego wściekłość. Wychodzenie na ulice, patrzenie na tłumy ludzi, którzy ślepo podążali utorowanymi przez los ścieżkami. I kiedyś lubił za nimi chodzić. Chował się za budynkami, skradał i podglądał życie przypadkowych osób, fascynując się ich rutyną. Słuchał opowieści szalonej kobiety, która cały dzień przesiadywała na ławce w parku i karmiła gołębie. Nie uważał jej za wariatkę. Zawsze przynosił jej torbę ususzonego chleba i siadał razem z nią. Nawet teraz wracał na to samo miejsce. Ptaki, które go otaczały, przynosiły ze sobą poczucie lepkiego, ciepłego sentymentu. Zatapiał się w nim niekiedy. Innymi razy budziło to w nim szał i rozpędzał obruszone ptaszyska, by moment potem nienawidzić siebie samego za wyżywanie się na niewinnych stworzeniach, za te puste, bezsensowne i destrukcyjne wybuchy złości, które niczego nie zmieniały. Zamykał się wtedy w domu, jakby pokutując za własne nieprzystosowanie do społeczeństwa, czekając, aż bezsilność i przybicie własną bezradnością odbierze mu chęci do walki z wiatrakami. Siedział wtedy przy oknie i obserwował ludzi, którzy przechodzili uliczkami. Spędzał tak całe godziny, rozciągając przy tym namiętnie rękawy starego swetra. Wtedy jednak, kiedy wyciszał się do takiego stopnia, atakowały go najczęściej wizje, utrudniając funkcjonowanie. Czasem omdlewał na dłuższy czas, w lepszych wypadkach porywał pędzle i pomagał mózgowi przetworzyć widziane obrazy poprzez przelanie ich na płótno - tylko wtedy nie czuł, jakby ktoś wciskał mu igły w czaszkę w poszukiwaniu odpowiedniego ośrodka, który miał pobudzić kolejną scenę. Wpędzał siebie w istny obłęd. Momenty, kiedy budził się na posadzce, zlany potem, wrzucony do rzeczywistości jak do lodowatej wody sprawiały, że skóra go parzyła. Drżał. Czasem krzyczał i płakał. A zwłaszcza, kiedy widziane obrazy wykręcały się w ten sposób, że to on był bohaterem wydarzeń. Ostatnio głównie płonął. I nie miał pojęcia czy to jego pomylony umysł sam sfiksował się na tym konkretnym uczuciu, to wina narkotyków czy też znak, że czas na pewien okres odstawić Widły.
Język wyschnął mu na wióry, zanim jego towarzysz w końcu przemówił. Odlepił go od podniebienia i przełknął ślinę, zwilżając wargi wysunięciem narządu smaku. Przez twarz przemknął mu uśmiech, jakby rozbawiły go słowa wypowiedziane przez roślejszego mężczyznę.
-Jak na kogoś kto jeszcze nie dostał kasy za towar, nie zachęcasz do jego zakupu.-zauważył luźno, wciskając ręce do kieszeni, kiedy usta zajęły się trzymaniem papierosa, w oczekiwaniu na zapalniczkę, która kryła się gdzieś w połach jego płaszcza. W końcu wystrzelił ręką ku oczekującemu petowi, rozświetlając własną twarz nikłym płomieniem. Przytrzymał na chwilę fajkę przy twarzy palcami, jednak szybko ją opuścił, nie chcąc zdradzić drżenia, w jaki się wprawiały przy minimalnym napięciu. Udał, że strzepuje popiół, a wargi wzdrygane są tylko przez zwykły podmuch zimna. Patrzył na sufit, kiedy wydmuchiwał dym, choć stał zaledwie dwa kroki od bruneta. Nie wydał się jednak odpowiednim obiektem, z którym powinien krzyżować wzrok w momencie wydymania ust.-Nie powinieneś mi tego sprzedawać raczej jako obietnicy zatracenia albo serum na wszystkie bolączki świata?-kpił dalej, przekraczając pewne granice w swym wisielczym nastroju. Skóra go paliła, rozgrzewała od środka, niemalże w nim wrzało. W końcu wyzwał go wzrokiem, pozwalając żarowi papierosa się w nich odbić, kiedy raz jeszcze karmił płuca kolejną dawką nikotyny. Kolejna informacja zmusiła go jednak do tego, by stępił sobie język i zmrużył na moment oczy. Zajął się ponownie, nazbyt szybko, wybity z rytmu, kolejnym zaciągnięciem, zdradzając zdenerwowanie. Trawił tą wieść, spojrzeniem przeżerając się przez twarz swojego dostawcy. Przytrzymywał dłoń przy policzku, lekkomyślnie ukazując jej trzęsienie się, kiedy zagryzał paznokieć kciuka. Zdradzanie słabości to zaprzeczenie posiadania jakiejkolwiek taktyki, a przecież zawsze starał się grać hardo.
Milczał na okres spalenia tytoniu do końca, aż w końcu rzucił go pod nogi i zgniótł bez mrugnięcia okiem. Wykonał swój ulubiony gest, wzruszając ramionami, kiedy dłonie zanurzyły się w materiale spodni, udając obojętność.
-Znajdę kogoś innego.-oświadczył więc obojętnie, modląc się do Boga, by miał litość, choć sprawa była nieczysta i prawdopodobnie będzie musiał się z tego srogo spowiadać. Nie mógł sobie jednak pozwolić na tak gwałtowne i niezapowiedziane uszczuplanie jego niewielkiego budżetu. Standardowo, życie nie miało dla niego litości.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   18.10.16 21:23

Nie podobało mu się to nagłe zmniejszenie dystansu: zdecydowanie preferował zdrową odległość i obustronne wsparcie zimnego muru za plecami, z domyślnie ustaloną linią demarkacyjną na środku niskiego korytarza, do której mogli podejść tylko po to, by wymienić dżentelmeński uścisk dłoni, przekazujący więcej niż tysiąc słów. I kilkadziesiąt galeonów, których kojący brzęk dobiegający z pełnej sakiewki słyszał gdzieś w podświadomości. Słodka gwarancja spokoju na najbliższe dwa tygodnie, gwarantująca nieziemskie doznania, chwile spokoju, zapomnienia...Och. Nie, nie takie miał plany, gdy wychodził tego wieczoru ze swojej obskurnej kawalerki. Zamierzał przecież kupić jedynie Ognistą, resztę przeznaczając na czynsz, jedzenie i inne przyziemne, żenujące sprawunki, o których ostatnio zapominał, żywiąc się wyłącznie energią słoneczną polaną sosem rozpaczliwej desperacji. Wierny klient był więc przepustką do nowego, wspaniałego świata trzeźwości...do jakiego z pewnością wróci. Już zaraz, za chwilę, gdy tylko opadnie leciutka mgiełka Złotej Rybki, gdy niebo przestanie być tak paskudnie szare, gdy pozbędzie się ciążącego towaru z kieszeni skórzanej kurtki, gdy oderwie wzrok od subtelnego pokazu nerwowych gestów, zaprezentowanych przez najpiękniejszego dzieciaka, jakiego widział w ciągu ostatniej dekady.
Widział wielu takich delikwentów, trzęsących się przed nim w niezwerbalizowanym pragnieniu, ale musiał przyznać, że Harry próbował ukryć się za najciekawszą fasadą. Niby nonszalanckie gesty, niby przypadkowość drżenia, niby wielka gra niezniszczalnego klienta o wielkich, wygłodniałych oczach. Wright praktycznie nie mrugał, obserwując każdy doskonale wyreżyserowany gest mężczyzny. Właściwie chłopca; nigdy nie pytał go przecież o wiek ani inne liczbowe szczegóły, którymi mógłby być bardziej zainteresowany. Czasem widział w szczupłej twarzy okrucieństwo wieku podeszłego - co aż tak go postarzało? - częściej: chochlikowe usposobienie nieopierzonego gówniarza, przekonanego o własnej wspaniałości. Dziś miał do czynienia raczej z tym drugim, z jakąś porażającą nonszalanckością obojętności, która doprowadzała go jednocześnie do doskonale skrywanego wkurwienia jak i frustracji innego kalibru.
- Bo widzę, że doszliśmy do tego etapu naszej pasjonującej znajomości, w którym nie muszę cię do niczego zachęcać. To już za nami, Dawlish - odparł z anielską cierpliwością, za którą mógł podziękować jedynie resztkom Złotej Rybki, łagodzącej kanciaste myśli, odbijające się paskudnym echem w tyle głowy. Nie zamrugał znacząco: nie musiał zaznaczać jeszcze prymitywniej, że zauważa stan Harry'ego. Zbyt długo żył na Nokturnie i zbyt dokładnie oglądał się w lustrze każdego poranka, by oślepnąć na tak oczywiste obrazki. Przez sekundę zastanawiał się, czy blondyn także czerpie z mugolskich doświadczeń, zamieniających gładką skórę zgięć łokci w ropiejące rany, ale nie zamierzał troskliwie o to dopytywać. Zniwelowana fizyczna linia demarkacyjna nie oznaczała, że miał żegnać się także z tym nie aż tak oczywistym terytorium własnej przewagi.  Nie odpowiedział więc na wspaniałą kpinę, pozwalając sobie jedynie na lekkie uniesienie krzaczastej brwi. W milczeniu prześlizgnął się wzrokiem po odsłoniętym jabłku Adama, niedorzecznie ostrej linii żuchwy i profilu nosa, gdy Henry zerkał ku sufitowi. Doskonałe widowisko. Niemalże nie żałował, że tu przyszedł chociaż frustrująco bliska odległość zaczynała działać mu na nerwy. Wpieprzanie się z butami w czyjąś strefę intymną zawsze stanowiło samcze wyzwanie. Albo zaakceptowania buntowniczej penetracji albo spuszczenia srogiego wpierdolu, by nikt nie zbliżał się już nawet o cal. Gdyby tylko znajdowali się na innej stopie relacji - na przykład jako przypadkowi przechodnie Nokturnu - Ben z sadystyczną przyjemnością chwyciłby chłopaka za te długie kudły, by przyciągnąć go do siebie i...skręcić kark, ewentualnie zasponsorować mu bliskie spotkanie trzeciego stopnia z pobliskim murem. Sytuacja jednak wymagała względnej delikatności i pomimo niezbyt lotnego umysłu Wright zdawał sobie sprawę, że potrzebuje Harry'ego tak samo mocno, jak on jego. Ten fakt wkurwiał go jeszcze mocniej, ale przynajmniej tajemna wiedza nie działała w obydwie strony. Taką miał nadzieję, nie dopuszczając żadnej fałszywej nuty do spektakularnego koncertu mrocznego dilera z Nokturnu. Palił dalej spokojnie, nie przerywając coraz bardziej napiętego milczenia, jakby wcale nie przeszkadzał mu fakt obserwowania zaciągającego się blondyna z tak bliska i możliwość ewentualnej utraty klienta. Na suchy komunikat o druzgoczącej treści nie zareagował więc ani szlochem ani groźbami. Wyprostował się tylko nieco - kolejna irytująca rzecz: wcale nie górował wzrostem nad mężczyzną tak, jak powinien - podnosząc ponownie papierosa do ust, by mało elegancko wypuścić dym w jego stronę. Nie na tyle obcesowo, by zostało uznane to za policzek, ale też nie na tyle delikatnie, by móc uznać to za przypadek.
- Nie znajdziesz - sprostował, dalej podobnym, smutno-kpiącym tonem. - Nie wejdziesz na Nokturn, ale jeśli już ci się uda, to na pewno z niego nie wyjdziesz. A to, co mogą zaoferować ci tutaj - przerwał na sekundę, gasząc na ślepo papierosa o mur za swoimi plecami, by pokazać swoją wyższość nad mugolskimi narkotykami - nie pozwoli na nawet sekundę zatracenia od bolączek świata - zacytował go niemalże wesoło, opuszczając dłonie luźno po obydwu stronach pokaźnej sylwetki, w myślach dziękując za ciągnące się działanie Rybki. Inaczej trzęśliby się w tym tunelu obaj i z pewnością wymiana zdań nie przebiegałaby tak uroczo, jak dotychczas. - lecz skoro taka jest twoja decyzja, to życzę powodzenia - dokończył z całą obojętną sympatią, na jaką go było go stać bez dodania w dogadywaniu się z kimś innym, kto nie dość, że orżnie cię na kasę to dodatkowo wyrucha i pozostawi jeszcze ciepłe zwłoki na brzegu Tamizy. Odepchnął się od ściany i nie omieszkając mało delikatnie musnąć Harry'ego barkiem przy przechodzeniu - musiał jakoś nadrobić nadwyrężenie swojego terenu a taka samcza, durna zagrywka wydawała się do tego celu idealna - zrobił krok do przodu. Z zamiarem wykonania kolejnego. I może jeszcze dziesięciu: chyba tyle czasu zamierzał dać dzieciakowi do namysłu. Sporo ryzykował, ale w najgorszym przypadku wróci do kawalerki z kieszeniami pełnymi lekarstw na finansowo-erotyczne frustracje.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harry Dawlish
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3746-henry-harry-dawlish https://www.morsmordre.net/t3853-if-it-s-meant-to-be-it-will-be#72152 https://www.morsmordre.net/f156-st-martin-s-lane-45-2
uliczny artysta
22
Mugolska
Kawaler
Morality,
like art,
means drawing a
line someplace.
12
17
0
0
5
0
0
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Tunel   19.10.16 21:13

Buzowała w nim frustracja. Ten sam, zasrany, młodzieńczy bunt, który dawał mu motywację i siłę do zaciskania palców w pięści oraz jakiegoś prześmiesznego przekonania o własnej mocy. I do teraz ciągnął na tych podmuchach przekonania o własnej wspaniałości, czując sprężystość w krokach, kiedy w głowie nęciły się plany, które były nie do spełnienia. Miał to naiwne uczucie, że miał wszystko w garści. To pieprzone przekonanie, że wystarczy siła jego woli, młodość, odkrywcze, prawidłowe spojrzenie na problem, a w końcu odpowiedni zapalnik, który miał zagwarantować przewrót i nastanie stanu, jaki powinien trwać od początku. Naprawdę w i e r z y ł, że może coś zdziałać. Zatrzymać absurd dzisiejszego świata, rozprzestrzenić ogień, który powinien wypalić nieczystości z kuli ziemskiej; bo to przecież takie proste. Wystarczyło mieć dwie sprawne ręce i właściwy kierunek, by dojść do czegoś d o b r e g o. Tliły się w nim takie myśli. Dawały mu ten irracjonalny powód do zrywania się z łóżka z poczuciem niepokoju w żołądku, ale też niewytłumaczalnej ekscytacji. Miał obsesję, to było jasne. Przesiadywał całe dnie kręcąc się w pobliżu Ministerstwa Magii po ostatnich wydarzeniach. Badał każdy kąt. Bezwstydnie wsiadał do windy i kierował się na piętra, które prowadziły go do kolejnych departamentów. Nie miało znaczenia ile razy musiał wyłgiwać się zgubieniem i że nawet na tą specjalną okazję wcisnął się w krawat, udając ministerską płotkę. Kreślił w głowie siatkę, zanurzał się w swoim niedorzecznym szaleństwie, bez wątpienia wskakując na nowy poziom samobójczej buty. Bo przecież był takim zawadiaką, prawda? Nie miał już nic do stracenia. Nie potrafiłby trwać w bezczynności, kiedy wizje terroru stale dręczyły jego umysł, nie pozwalając mu choćby na chwilę spokoju. Nawet jego własne wspomnienia zakręcały się w ten sposób, by przywoływać najgorsze momenty, które jedynie podburzały go do czucia większej niesprawiedliwości. Na niczym już mu niemalże tak nie zależało, nic nie miało większej wartości. Miał brata, który był jeszcze większym cieniem niż on, niezdolny do przystosowania się do trudów dnia codziennego - więc uciekał się do brudnych rozrachunków nocą, uznając wybitego zęba czy złamane żebro za mniejszy wysiłek. Henry nie potrafił mu pomóc w żaden sposób - ani przekonywanie go o niesłuszności czynów czy próba sprowadzania na właściwą ścieżkę nie wydawała się odpowiednia. Więc gdy się spotykali, przesiadywali w bolesnej ciszy, niezdolni nawet do kontaktu cielesnego. Ich relacja była uosobieniem tego, jak traktowało ich życie - szorstka. Poza tym? Garstka znajomych. Byli w stanie funkcjonować bez niego. Marzenia? Jedno pogrzebane wraz z największym wzorem w jego życiu, inne wydawało się tak nieistotne i żałosne, że porzucił brnięcie w tym kierunku, a ostatnie było jego największym przekleństwem. Brakowało mu harmonii, czegoś, co zrównoważy nierówny rachunek.
Faktem było jednak to, że zaczynało mu brakować pary. Kroki słabły, każdy wstrząs wywoływał u nim wrażenie podobne do przeżycia trzęsienia ziemi, choć wywołane to było ledwie jego własnym chodem. Wszystko zaczęło go uwierać. Tracił chwyt nad pędzlem, nie był zdolny do skupienia, odczuwał większą nerwowość. Swędziała go skóra. I wiedział co było tego powodem. Nie zmieniało to jednak tego, że te dwa stany zderzały się ze sobą, tworząc chaotyczny zbitek trudnych emocji. Pozostawał w przekonaniu, że uda mu się oszukać swojego rozmówcę. Mimo ironicznego podejścia do wszystkiego, pozostawało w nim nikłe przeświadczenie, że nie jest taki jak wszyscy i nie reprezentuje sztampowego przedstawienia. Jego doświadczenie przez ciosy, jakie dostawał od losu lub obrazy, jakie podsuwała mu pod nos nieznana siła, jednak zdawały się nierównomierne ze zwyczajnym obyciem. Jednocześnie akt, który przybrał, miał swoje źródło tak głęboko w pewnym przeświadczeniu o własnej niezależności, że nie spodziewał się, iż tak szybko zostanie zakwestionowany. Był zbyt głodny, by przepuścić pewne sprawy przez dokładniejszą analizę. To uczucie go oślepiało. I był za to wdzięczny, nawet jeśli drobne błędy miały być tego konsekwencjami. Wszystko, by uciszyć trzecie oko. Nie był jednak głuchy. Spiął się, ukazując nerwowym spojrzeniem, że złapał sugestię, kiedy Wright oświadczył, iż widzi co się tutaj dzieje. Cóż, Harry był głupcem jeśli myślał, że uda się wmówić mu coś innego, skoro suma summarum się tutaj pojawił.
-Mógłbym jednak przestać doceniać tą znajomość, jeśli przestanę dostrzegać jej zalety.-odpowiedział, marszcząc czoło. I mimo mocnego tonu, był ostrożniejszy. Patrzył uważnie, jakby zauważając zagrożenie.
Wpatrywał się w niego bez odwracania wzroku. Bardzo starał się subtelniej przełknąć ślinę, jednak miał wrażenie, że ten odgłos odbił się echem po całym tunelu, a panująca tu cisza tylko dodawała mu wolumów. Benjamin miał w sobie coś niepokojącego. I ta obserwacja może nie należała do tych najbystrzejszych, skoro miał przed sobą niemalże dwumetrowego, potężnego faceta, który jednym odbiciem głupiego kafla potrafił kogoś skutecznie pozbawić kontaktu w miotłą i wysłać na długie tygodnie do szpitala, nie mówiąc już o otwartych zwarciach, które należały do dużo brutalniejszych. Nie wątpił w to, że ciągle miał w sobie siłę, która mogła narobić podobnych szkód, mimo że wydawał się nieco drobniejszy od swoich wizerunków w gazetach. Znalazł ich kilka w bibliotece, w archiwum Proroka, i wyrwał interesujące go strony, kiedy nikt nie patrzył. Ale zwyczajnie lubił wiedzieć z kim ma do czynienia. Chciał mieć pełny obraz. Bo mimo wszystko miano gwiazdy Quidditcha nie wydawało mu się odpowiednią kwalifikacją do bycia królem Nokturnu. Damskich serc - owszem. I te rozważania wydawały mu się co najmniej niepoprawne, bo ich waga należała do niezbyt priorytetowych zważając na fakt, w jakim momencie historycznym się znajdował. I nie chodziło nawet o gównianą karierę pałkarza, o to, że robił brudne interesy, skupiał się na wyrazie jego oczu, na które cień stale zdawały się rzucać zmarszczone brwi. Nie potrafił go odczytać. Z jakiegoś powodu dręczyła go jego nieobecność. I nie chodziło tylko o obawę, kiedy robił tą groźną minę. Kłamstwem byłoby jednak przyznanie, że ignorował drgnięcia własnego ciała.
Ledwo widocznie rozszerzył kąciki ust na boki, kiedy siwy dym na moment przesłonił mu widok, służąc przez ten krótki czas za odpowiedź. Mina mu jednak zrzedła, zasępiając się niego, kiedy dawny gracz otworzył usta. Wiedział, że miał przewagę. I zdawał sobie sprawę, że na tą chwilę był jego jedyną furtką, a on był zbyt potrzebujący, by ryzykować nie przypieczętowanie umowy. Stawiał go pod ścianą, ciasno, choć nawet nie musiał się do tego posuwać fizycznie. Nawet bez kontaktu cielesnego potrafił być obezwładniający. Emanował siłą.
Z każdą chwilą jego twarz nabierała ostrzejszych wyrazów. Ogarniała go biała gorączka.
-Gówno wiesz.-zaprotestował zanim zdołał się ugryźć w język, wtrącając mu się w pół zdania, jak na prawdziwego gówniarza przystało. Skrzywił się, kiedy zakpił z jego własnych słów. Miał rację. Ale zapiekło go to, jak wdeptał go w ziemię, jak on sam przed chwilą peta w podłogę. Bez mrugnięcia okiem i żadnej refleksji. Chciał protestować, udowodnić. Choć z drugiej strony... ostatnio zbytnio dawał się przez to wszystko pochłaniać. Sam karmił własne koszmary. Ale nie znał innej drogi, mimo że widział ich tysiące. Odwrócił wzrok, zanim zamiast urazy zaczęło się odbijać w jego spojrzeniu inne uczucie i bez żadnego komentarza przyjął mocne szturchnięcie, tylko zaciskając usta na ten ostateczny znak zniewagi.
Liczył kroki. Z każdym kolejnym coraz bardziej tracił oddech, a płuca zaczynały go wręcz palić. Z frustracją i kompletnym poddaniem się uderzył ręką w mur, jakby fizyczny ból miał go oprzytomnić lub dać mu choć chwilową ulgę.
-Tyle drogi na nic?-odezwał się, nie obracając się jeszcze. Trwał w pozie, jakby w połowie ruchu, dłoń ciągle trzymając na zimnej cegle, zwrócony w stronę ściany. Pochylał się lekko do przodu, a głowę zwieszał między ramionami, pozwalając włosom zasłonić twarz.-Oprócz tego co zawsze wezmę od ciebie coś jeszcze. Ale po starej cenie.-oświadczył, mrużąc lekko oczy. Był uparty.-Uznamy to za zachętę do dalszej współpracy.-oznajmił, decydując pewnie za nich obojga, że to najlepszy układ, na jaki mogli pójść. Tak, czy siak sakiewka Benjamina będzie cięższa od kasy za nadprogramową działkę. Okręcił się, opierając plecami o murowanie, patrząc z powagą na starszego mężczyznę. Był przyparty do ściany, ale jednak ciągle nie pozwalał swoim żałosnym pobudkom na dominację. Zupełnie tak, jakby usprawiedliwiał swój nałóg, jakby wychodził poza szereg innych ćpunów, uznając, że nie jest taki sam. On w końcu tego potrzebował bardziej od nich.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   20.10.16 10:57

Gdyby wiedział, jakie szaleństwa roją się pod tą idealnie sklepioną czaszką, zapewne byłby - paradoksalnie - ostrożniejszy, wykazując się większą empatią. Może nie aż tak ckliwą, by zahaczała o łagodność, na którą nigdy nie było miejsca w tym rodzaju wyrafinowanego biznesu, ale nie zgrzytałby zębami na każdą próbę zaznaczania przez małolata swojego terenu. Oczywiście i tak nie postępował z nim tak, jak z nokturnowymi mętami. Transakcje z Harry'm należały do tej pory do naprawdę przyjemnych. Bez burd, skakania sobie do gardeł, oszustw i stałej czujności. Nie obawiał się, że dzieciak nagle sięgnie do kieszeni spodni, wyciągając nóż albo różdżkę albo że niespodziewanie pojawi się w umówionym miejscu w parszywym towarzystwie. Pierwszych kilka spotkań i tak wiązało się z ryzykiem, ale teraz, po prawie trzech miesiącach, Wright mógł się niemalże rozluźnić. Zwłaszcza, kiedy doskonale widział rozedrgany stan Dawlisha, już całkowicie kojący logiczne niepokoje. Zbyt mocno spalał się z pragnienia, by donieść na niego policji lub wygadać się swoim równie wygłodniałym koleżkom, co zniszczyłoby jego mugolską ekskluzywność. Nie, Harry nie stanowił żadnego racjonalnego zagrożenia, co niestety nie oznaczało, że Ben czuł się w tym obskurnym tunelu jak u Garretta na imieninach. Bolesne doświadczenia nauczyły go (w końcu?) pewnej dozy dojrzałości, która objawiała się - między innymi - poskromieniem zbyt dzikich działań. Kiedyś zapewne groziłby Dawlishowi wręcz dosłownie, mile popychając go na ścianę i zapoznając z siłą swoich dłoni...zwiniętych w pięści, ale ostatnie tygodnie nieco wyciszyły idiotyczne napady agresji. Przynajmniej wtedy, gdy spotykał się z blondynem. Mocno mu to nie grało i nawet z zasady obojętny na podobne oksymorony umysł Bena, przełączał się na tryb autopodejrzliwości. Zwłaszcza po odmowie, po której po prostu odchodził, nie pieniąc się ani nie wciskając różdżki do gardła kapryśnego młodzieniaszka - a absolutnie powinien to zrobić, miłosiernie ucząc go podstawowej zasady przetrwania w trudnych warunkach. Każącej zamknąć nawet najpiękniejszy pysk, zanim wydostaną się z niego subtelne prowokacje. Idąc w kierunku wyjścia z tunelu, ciągle słyszał w głowie o uroczym docenianiu znajomości i choćby tylko przez to zdanie powinien zawrócić i pokazać jakże szalenie jest wdzięczny za możliwość skopania tyłka rozwydrzonemu blondynkowi. Właściwie zrobiłby to, ale w ostatniej chwili, tuż przed dziesiątym krokiem, do jego uszu dobiegł nieurojony głos Dawlisha.
Nie zatrzymał się jeszcze, chcąc napiąć do maksimum rozciągliwą gumkę desperacji i dopiero po kolejnych słowach Harry'ego przystanął, dalej wpatrzony w migającą na końcu tunelu gołą żarówkę. Dał sobie jeszcze kilka sekund na zmianę decyzji, po czym odwrócił się powoli, dzięki czemu zdążył jeszcze popodziwiać dramatyczną pozę blondyna. Serce zabiło mu szybciej, ale zdecydowanie nie z moralnych pobudek. Żadnego wzruszenia jego ciężkim losem, żadnej przebitki na swoją codzienność drżących dłoni, bolesnego pragnienia i głośnych trzasków w głowie. Czysta irytacja, nagle rosnąca w siłę, jakby każde cwaniackie zdanie Harry'ego kłuło złotymi ostrogami ego Benjamina, prowokując go do porzucenia nienormalnego spokoju. Słodka mgła Złotej Rybki rozwiewała się w ostatnich oparach i aż zazgrzytał zębami, zanim ruszył nieśpiesznie z powrotem w stronę Harry'ego. Już grzecznie opartego o ścianę: szybka metamorfoza i na nowo miał do czynienia z wkurwiającym, mugolskim paniczykiem, który postradał wszelkie rozumy, (nie)słusznie licząc na taryfę ulgową od swojego ulubionego dostawcy niekoniecznie legalnych słodkości.
Im bliżej Dawlisha się znajdował, tym szerszy uśmiech pojawiał się na twarzy Jaimie'go, osiągając przerażający punkt krytyczny, gdy przystanął trzy stopy od niego. Duże, zwierzęce zęby z wielkogabarytowymi kłami błysnęły w półmroku, lecz zdecydowanie nie był to grymas zadowolenia. Zaśmiał się krótko, dosłownie raz, kiwnął głową w ironicznym uznaniu, po czym w ułamku sekundy jego twarz powróciła do stanu pięknej obojętności podszytej wkurwieniem, a sam Benjamin zrobił krok do przodu, jedną dłonią przyciskając bark blondyna do ściany, drugą natomiast opierając gdzieś obok jego głowy. Dopchnięcie do lodowatego muru nie było delikatne i niemalże poczuł na swojej twarzy ostatni oddech Harry'ego, co jednak nie rozkojarzyło go na tyle, by stracił nad sobą kontrolę.
- Naprawdę myślisz, że to są jakieś jebane negocjacje? - wyszeptał prawie bezgłośnie, złowrogo, zmniejszając odległość między ich twarzami na tyle, by przekroczyć wszelkie bariery sympatii, oprócz tej jednej, moralnej, irracjonalnie trudnej do utrzymania. Nie odrywał jednak spojrzenia od wielkich, niebieskich oczu, praktycznie nie mrugając. Raz, że pomagało to w prowadzeniu zastraszającego monologu, a dwa, że wolał nie ryzykować chociażby krótkiego zerknięcia na te pełne, spierzchnięte usta. Palce mocniej wbiły się w bark Dawlisha, w to wrażliwe, bolesne miejsce, stworzone wręcz do rozpoczęcia procesu wyłamywania ręki ze stawu, ale Wright nie posunął się dalej i widocznie w ciemnych, bezdennych oczach w końcu zalśniło coś oprócz pustki. Jakaś niebezpieczna iskra, sugerująca lepiej od słów, że Ben mógłby bez problemu skręcić mu kark a potem odmaszerować stąd z kieszeniami pełnymi zarówno galeonów jak i towaru. Srebrny pierścień Zakonu nieco się rozgrzał i dopiero wtedy Wright mrugnął, prawie omiatając rzęsami bladą skórę Henry'ego. - Rozumiem, że twoja szczeniacka chęć pokazania kto ma większego fiuta jest trudna do powstrzymania, ale to ja tutaj dyktuję warunki - wychrypiał, jeszcze mocniej przyciskając go ręką do ściany i umiejętnie sprawiając ból, ale sekundę później już stał metr dalej, z rękami w kieszeniach, ponownie przywdziewając na brodatą twarz uprzejmie-obojętny uśmiech z początku spotkania. - Dwukrotna stawka za twoje ulubione Widły - poinformował go wesoło, jakby wcale przed chwilą nie warczał mu prosto w usta, zapowiadając mało zmysłową grę wstępną w łamaniu barku. Zły glina i dobry glina w wydaniu dość schizofrenicznym. Dłonie, schowane w kieszeniach, zaczęły mu lekko drżeć, ale wolał nie zastanawiać się nad tym, czy spowodował to umykający z krwiobiegu narkotyk czy urwana bliskość mężczyzny. - Ale...możesz dać mi też wszystko, co tak odpowiedzialnie zaoszczędziłeś i dziś tu przyniosłeś, w zamian za coś naprawdę wyjątkowego - dodał już bardziej reklamowym tonem, powracając do swobodnego trybu oddychania. Nie wątpił, że woreczek z białym, lśniącym pyłem jest warty dużo więcej, ale chciał pozbyć się go jak najszybciej. By nie kusił, rozwalając jednocześnie na kawałki szarpane wyrzuty sumienia. - Słyszałeś kiedyś o Śnieżce? - rzucił retorycznie, powracając spojrzeniem do wygłodniałych, lśniących szarym błękitem oczu.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Harry Dawlish
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3746-henry-harry-dawlish https://www.morsmordre.net/t3853-if-it-s-meant-to-be-it-will-be#72152 https://www.morsmordre.net/f156-st-martin-s-lane-45-2
uliczny artysta
22
Mugolska
Kawaler
Morality,
like art,
means drawing a
line someplace.
12
17
0
0
5
0
0
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Tunel   20.10.16 20:25

Czego się spodziewał?
Wiedział i widział więcej niż powinien. Ale za każdym razem, kiedy szedł po więcej, poruszał się po omacku, jakby każde z jego oczu zamykało się z każdym krokiem i pozostawiało go w ciemności. N i e z n a n e. To dla niego taki obcy teren. Każda komórka zdawała się zwijać z ekscytacji, choć on sam pozostawał spokojny.
To nie tak, że nie czuł się nietykalny, choć z pewnego powodu zagrożenie wydawało mu się abstrakcyjne. Zanim sięgał po cięższe narkotyki, zadowalał się dekadenckimi, mugolskimi używkami. Ile razy dał się sprać na kwaśne jabłko, biernie doświadczając okrutności ludzkiej, nawet nie podejmując trudu podniesienia gardy. Karał samego siebie za głupotę - nie dlatego, że dawał się podejść, tylko że wciągał siebie w takie sytuacje. Czasem czuł się jak szczur, który wiedzie podłe życie, odreagowując robieniem drobnych szkód. I może to było idealną metaforą jego życia. Był pieprzonym pasożytem, który przez zupełny przypadek dostał możliwość podglądania pewnych spraw, jak przez dziurkę od klucza, a jednak nie posiadał żadnej możliwości oddziaływania na nie. Może to wcale nie był dar, może to kompletnie nic nie znaczyło. Możliwe, że było tylko zasranym przekleństwem, które mieszało mu w głowie. Były przecież dni, że nie potrafił odróżnić jawy od snów; własnych wspomnień od wizji; teraźniejszości z przyszłością. Wszystko zlewało się w nierozerwalną całość. Obezwładniało go. I przytłaczało swoim ogromem. Gubił się w tym wszystkim i tracił kontakt z tym, kim był.
Empatia by nic nie zmieniła. Potrzebował szorstkiego traktowania, by się ocknąć. Zbyt często zachowywał się, jakby był tylko pasażerem, bezczynnym świadkiem, na którego nie oddziałuje otoczenie. Wyraźne emocje były czymś, co kontrastowało z tym całym chaosem. Były czymś, co mógł wyłowić i złapać się tego jak kotwicy. Niepokój i strach były jednak wrażeniami, które czuł nieustannie. Potrzebował innych bodźców, by w końcu otworzyć oczy.
Zawrócił. Obrócił się dopiero, kiedy usłyszał, jak nagle urwał się dźwięk jego kroków i źródło hałasu zaczęło się ponownie zbliżać. Podniósł głowę idealnie na moment, by dostrzec nieco szaleńczy uśmiech Wrighta, by w końcu błysnął zębami, zatrzymując się przed nim. Nie zdążył zareagować w żaden sposób, choć nawet nie uniósł rąk, by się obronić, kiedy wbicie w mur odebrało mu na moment dech, a promieniujący ból aż prowokował go do tego, by spojrzenie skierował w dół, na źródło tego uczucia. Wzrok napastnika jednak bardzo skutecznie przyszpilał również i jego oczy w jednym miejscu. Poza zaciśnięciem warg na moment nie zrobił nic innego, jakby jakikolwiek ruch miał się obrócić przeciwko niemu i nagle postanowił być ostrożny.
-Naprawdę myślę...-zaczął, jakby to przedstawienie nie robiło na nim żadnego wrażenia, ale urwał w pół zdania, kiedy dystans między nimi zaczął się drastycznie zmniejszać, a dźwięk nabierania przez drugą osobę uświadomił mu, jak namacalny jest ten moment. Zamarł.
I w końcu drgnął. Krew mu zawrzała. Do ostateczności doprowadzała go własna desperacja. To nie tak, że przywykł do stawiania warunków. Było wręcz odwrotnie. Całe życie pasywnie szedł z prądem, aż w końcu postanowił stanąć z boku i przyglądać się ze smutkiem nurtowi rzeki. Takie chwile jak te mu uświadamiały, że języki wody muskają coś więcej niż tylko jego stopy. Był takim samym szarym pionkiem, którym władała nie tylko jego słaba, człowiecza natura, która na pierwszym miejscu sprowadziła go do tego ciemnego tunelu, ale na domiar złego wciągnęła go w grę, która wprowadzała dodatkowy element, któremu miał się podporządkować. Benjamin Wright. Dostawca jego oddechu. Osoba, która jednocześnie z taką brutalnością, bez mrugnięcia okiem, udowadniała mu właśnie, że z łatwością może mu go też odebrać. Źródłem jego strachu był jednak bardziej naturalny oddech, instynktowna reakcja, że coś uniemożliwia mu zaczerpnięcie powietrza do płuc aniżeli sama wizja tego, że miałby już nie móc skorzystać z tego niewymuszonego ruchu klatki piersiowej.
Walczył ze sobą. Irracjonalna bojaźń zbijana była przez jego przebijającą się świadomość, że nie tak widział swój koniec. Był tak zapatrzony w swój wyższy cel, że podrzędny handlarz dragami nie mógł być powodem jego odejścia w nicość. Zaraz. A może Harry był właśnie tak ż a ł o s n y? Los znów z niego kpił? Dał mu naiwnie wierzyć, że cokolwiek z tego składa się w logiczny sens, iż jest coś ważniejszego od jego prostej egzystencji, po czym tak nagle wyprowadza go z błędu, udowadniając mu raz jeszcze, że nie różni się n i c z y m od innych i wcale nie utrzymał innych uprawnień.
Wziął urywany, drżący, irytująco piekący oddech. W końcu w jego oczach odbiło się coś, co Benjamin pewnie zapragnął zobaczyć od początku. Zalążek paniki. Nie miał pojęcia, co sprowokowało agresora od chwilowego odpuszczenia. Może to właśnie ta emocja?
-I kto tutaj pokazuje kto ma większego fiuta, Wright? Wiesz, zazwyczaj pobudki tego, który najzapalczywiej walczy, ograniczają się do kompleksów.-powiedział, krzywiąc się na to, do jakiej suchej prostoty jego przeciwnik sprowadzał pewne rzeczy. Potem z jego ust wydobył się już syk, kolejna bezwarunkowa reakcja na ból.
I nagle z jego umysłu odpłynęły myśli o zagrożeniu, dopiero teraz poczuł jak jego szyję otula ciepły oddech, wcześniej nieczuły na ten bodziec. Zapomniał o promieniującym uczuciu w barku. Nawet zwiększony nacisk nie był w stanie go otrząsnąć. Oniemiał. Zachowywał się jak człowiek bez filtra, żadnego instynktu przetrwania. Może właśnie wytworzył sobie jakiś mechanizm obronny w głowie, który miał go usprawiedliwić - fakt, że jeszcze się stąd nie zawinął, że popełniał błąd za błędem, głupio trwał, choć przecież miał setki opcji.
Wstrzymywał oddech. Nozdrza uderzył ostry zapach drugiej osoby. Kapanie wody ucichło, jakby jego ciało przestroiło się na odbieranie innych receptorów. Czuł się ukojony, jakby ciało byłego pałkarza wytwarzało obezwładniający narkotyk. A może pomylił to uczucie z adrenaliną? Bo bez wątpienia coś teraz buzowało w jego krwi i pompowało ją mocniej.
A potem to zniknęło wraz z odsunięciem się tego rozbójnika. Ogarnęło go drżenie, a wszystkie irytujące wrażenia powróciły. Na powrót uderzyła w niego słabość, trzęsienie się mięśni, niezdolność do skupienia się i zafiksowanie się na jednej rzeczy. Prostym pragnieniu. Przecież nic innego nie miało znaczenia.
Desperacja odbiła na nim w końcu najmocniejsze piętno. Oczy wygłodniały. Informacja o dwukrotnym podniesieniu stawki nagle zniechęciła go do dalszych buntów. Przetarł z rezygnacją czoło, na moment zakrywając oczy dłonią. Przestał ukrywać objawy odstawienia.
Był w stanie się zgodzić. Wszystko, za woreczek wytchnienia. Ale potem ton złagodniał. Wiedział, że szarpie mu nerwy, jednak w tym stanie był zbyt podatny na manipulacje. Nagle jednak zdawał się kompletnie nieodporny na wszystko.
-Nie.-wydał z siebie, odrywając się od muru, trochę niepewnie, jakby nie ufając własnym nogom. W jednej chwili zdawał się gwałtownie zapaść.-Nie rozumiesz.-pokręcił głową, a w końcu jego twarz rozciął uśmiech. Parsknął śmiechem, zrezygnowany. Zwilżył usta końcem języka, zbierając się do powiedzenia czegoś. Przez chwilę szukał odwagi gdzieś z boku, nie patrząc na swojego rozmówcę.-Dość mam odpłynięć. Wiem co to robi z człowiekiem. Ja... potrzebuję tylko otępienia.-złapał go za przedramię, wiążąc w końcu spojrzeniem.
Wyrażał panikę. Osiągnął dno. Trudno. Nie widział innego wyjścia. Przeciekał szczenięcą arogancją. Mimo wszystkiego co przeżył, świadomości rozgrywanych się wydarzeń, o których powinni wiedzieć tylko zainteresowani, mimo tych doświadczeń, które postarzały go o tyle lat, ciągle był tylko głupim gówniarzem, który buntował się przeciwko światu.


Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
14
36
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   21.10.16 15:25

Fizyczne anektowanie przestrzeni klienta należało do ulubionych atrakcji handlowych Benjamina. Szczeniackie, durne zagrywki, podyktowane zbyt rozhulanym testosteronem, zawsze poprawiały mu humor. Mocne szturchnięcia, głoski wysyczane przez zaciśnięte zęby, stalowa pięść uderzająca niewrażliwą tkankę, bójki mniejszego i większego kalibru. No chyba, że trafiał na silniejszego przeciwnika, który skutecznie ukracał dominujące zapędy, pokazując Wrightowi kogo naprawdę należało obawiać się w mrocznych zakamarkach Nokturnu. Zdawał sobie z tego sprawę - już dawno (rok temu?) przyjął do wiadomości fakt istnienia nieopisanej hierarchii tego wspaniałego miejsca magicznego Londynu i wyjątkowo zamiast zbuntować się przeciwko zastanemu porządkowi, po prostu go przyjął, akceptując swoją komfortową pozycję gdzieś pośrodku. Z dala od najgorszych mętów, wykorzystywanych, pogardzanych i mordowanych każdego dnia - dlatego też drabina społeczna skracała się niezwykle szybko i należało namiętnie wspinać się do góry, bowiem zaprzestanie ruchu oznaczało przykry w skutkach koniec - ale również w zdrowym dystansie do wierchuszki niebezpiecznych władców półświatka. Słyszał o nich, bywało, że nawet widywał się z ich asystentami podczas załatwiania nie do końca legalnych sprawunków, ale starał się nie wchodzić im w drogę. Kiepska moralność, jak na kogoś o tak czystym sercu i wielkim oddaniu Zakonowi Feniksa, ale wmawiał sobie, że to całkiem inna walka, front zupełnie innej wojny, gdzie nie chodziło o honor, dobro i życie słabszych a o czysty biznes. Ot, konflikty gospodarcze w skali mikro. Koncentrował się tylko na towarze, nie zahaczając myślami o jego pochodzenie, nawet jeśli chodziło o Śnieżkę. Nauczony bolesnym doświadczeniem wyparcia, towarzyszącym mu od momentu, gdy pierwszy raz pocałował Percivala, rozumiejąc swoją inność, doskonale przekładał je na inne płaszczyzny życia. Klapki opadały na oczy z zadziwiającą precyzją, wyłączając jakąkolwiek rozterkę czy też wyrzuty sumienia. Parł przed siebie i choć wielokrotnie obiecywał sobie finalizację biznesmeńskich zapędów, to nigdy nie była ona podyktowana moralnością. Raczej żałosnym strachem, gdy sytuacja robiła się napięta i wojenki handlowe zbierały krwawe żniwo. Zawsze udawało mu się być krok do przodu, ale ginący w przypadkowych okolicznościach dostawcy stanowili subtelną wskazówkę do zakończenia procederu uprzyjemniania życia innym. Tym razem też chciał pozbyć się towaru, lecz bał się raczej siebie, niż innych. Umierał coraz boleśniej po każdym odstawieniu, z trudem zbierał myśli i wpadał z jednego koszmaru głodu w drugi, ten trzeźwy, gdy zdawał sobie sprawę jak bardzo ryzykował i jak bardzo cierpiał na samą myśl o Percivalu. Nie chciał żadnego z tych stanów a jedyną ucieczkę gwarantował zbawienny proszek. I choć Bleach zniknęła - kolejna bezimienna ofiara ubiegłomiesięcznych ćpuńskich czystek - dalej spożywał go na jej wzór i podobieństwo, szukając nowych miejsc od wkłucia.
O tym myślał, gdy wpatrywał się w wielkie oczy Harry'ego, z całych sił starając się przekierować tor podświadomości na fakty znane, oswojone, bezpieczne. Wszystko, byleby nie myśleć o fioletowych cieniach podkreślających tylko błękit tęczówek; o spierzchniętych ustach, zwilżanych mimowolnie językiem; o głębokim oddechu, poruszającym jego klatką piersiową, napinającym szyję, rozchylającym nozdrza irracjonalnie prostego nosa. Zauważał całe spektrum oddziałujących możliwości, tłumiąc je jednak natychmiastowo. Nie ten czas, nie to miejsce, nie ta osoba. Wziął jeszcze jeden, głęboki oddech, prawie prosto z jego ust, po czym wyprostował się, odnajdując spokój w separacji od ciała blondyna. Nieważne, co mówił, starając się zdobyć przewagę: Ben był głuchy, obserwując jedynie z jakąś niezwykle drobiazgową uwagą każdy ruch jego ust. Wpatrywał się w nie z fascynacją głuchego, próbującego odczytać z drobnych drgnień prawdziwy sens kolejnych zdań. Nie reagował jednak ani rubasznym śmiechem ani zdziwieniem, po prostu uśmiechając się lewym kącikiem ust uniesionym ku górze. Niemalże czuł drżące rozbłyski w powietrzu między nimi, ale ignorował je metodycznie, starając się powtarzać w głowie handlową mantrę. O będącym niżej kliencie.
Oddychał już spokojniej, głębiej, i tak czując specyficzny smak Dawlisha, pełen farb, płócien, wiosennego wiatru i gorzkości typowej dla istot zagubionych, skłębionych we własnych pragnieniach. Nie chciał dłużej pozostawać w tym otumanieniu, dlatego wciskał dłonie głębiej w kieszenie skórzanej kurtki, jakby nacisk palców na ciężki materiał mógł go szybciej przywrócić do rzeczywistości, w której nie było miejsca na długie wymiany uporczywych spojrzeń. Każde słowo, wypowiedziane przez Dawlisha, niknęło w mroku, suche, puste, niemalże niewerbalne, i choć Wright powinien odpowiedzieć równie grubiańską prowokacją, to jednak milczał, po prostu uśmiechając się lekko. Jednocześnie obojętny i do głębi dotknięty, czego oczywiście nie ukazywał, czekając na reakcję Harry'ego. Śledził go uważnie, rozsmakowując się w każdej drobince paniki, niechęci, szoku i frustracji, jaką potrafił wydestylować z tej niebańskiej twarzy, lecz nie odpowiadał na żadne prowokacje - werbalne lub te pozbawione słów - po prostu czekając na reakcję. Fantomowo ciągle czuł pod palcami jego gorącą skórę, oddzieloną jedynie lichym materiałem koszuli, ale starał się wyrzucić ten bodziec z głowy. Liczył się przecież tylko zysk: czyż nie dlatego wyłącznie się tutaj pojawił?
- Nigdy nie próbowałeś czegoś podobnego. Wierz mi, po niej nic już nie będzie takie samo - wychrypiał zachęcająco, jednocześnie pragnąc z całego serca, by Harry odebrał mu prowokujący wynik morderstwa...i by odmówił, pozostawiając mu całą nieziemską przyjemność do wyłącznej dyspozycji. Nie narzucał jednak nic, nie prowokował, po prostu patrzył na niego, jednocześnie władczo, pogardliwie i prowokująco. Drgnął lekko, gdy Dawlish odsunął się od muru, przesuwając drżącą ręką po jego przedramieniu. Prawie nie poczuł bólu, promieniującego od rozjątrzonej rany w zgięciu łokcia: zerknął tylko w dół, jakby kontrolnie sprawdzając, czy dotyk Harry'ego nie przepalił mu skóry, po czym ponownie podniósł wzrok na jego twarz, uśmiechając się kpiąco. Mógł odpowiedzieć coś o kompleksach, mógł ponownie przycisnąć go ściany, tym razem nie ograniczając się do subtelnych gróźb, ale na razie tkwił w profesjonalnym dystansie, mierząc go ostrym spojrzeniem.
- To będzie twoim nowym szczęściem, Dawlish - wychrypiał niemalże czule, strącając mało delikatnie jego dłoń z przedramienia, by znów zrobić krok do przodu i wsunąć mu do kieszeni spodni uroczo zapakowaną Śnieżkę. Czuł pod szeleszczącym materiałem gorąco ciała, jego kości biodrowych, kantów i mięśni, ale starał się odseparować te wrzące bodźce, odpowiadając lodowatym spojrzeniem na to gorące, niepewne, paniczne. Druga dłoń powędrowała automatycznie do kieszeni kurtki blondyna, szukając ciężkiej sakiewki galeonów. Bezpardonowo, brutalnie, niemalże gwałcąco, chociaż przecież postępował bardzo moralnie, odbierając swoją chaotyczną należność. Za to, że tutaj przyszedł, i za to, że dawał mu miłosierną drugą szansę na naprawienie swego szczeniackiego zakochania. - Jeszcze mi za to podziękujesz - dodał znów bezgłośnie, na granicy szeptu, decydując za niego. Jakby wiedział lepiej lub jakby chciał mieć nad nim chociaż zalążek racjonalnej władzy.




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Tunel   21.10.16 16:01

Śnieżka - ekskluzywny, niezwykle drogi towar stworzony ze śmierci, cierpienia i krwi. Czy mordowanie wil nie jest sprzeczne z zasadami Zakonu Feniksa? Zasadami, których Albus Dumbledore pilnie strzegł jeszcze za życie, które ochronił silnymi zaklęciami ochronnymi, zaklęciami o potędze, o której żadne z nich nawet nie śniło. Pierścień na palcu Benjamina rozgrzał się boleśnie, a po chwili spopielił - i nie pozostał po nim żaden ślad. A sam Ben, Ben nie pamiętał już, że kiedykolwiek nosił ten pierścień. Nie pamiętał, że kiedykolwiek zjawił się w kwaterze Zakonu. Nie pamiętał o wydarzeniach, w których niedawno brał udział.

Zapomniał o wszystkim i wszystkich.

Prosimy o zmianę fabularnej daty wątku na po-evencie.


Powrót do góry Go down
Harry Dawlish
avatar

Martwi/Azkaban/Zaginieni
Martwi/Azkaban/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t3746-henry-harry-dawlish https://www.morsmordre.net/t3853-if-it-s-meant-to-be-it-will-be#72152 https://www.morsmordre.net/f156-st-martin-s-lane-45-2
uliczny artysta
22
Mugolska
Kawaler
Morality,
like art,
means drawing a
line someplace.
12
17
0
0
5
0
0
3
Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Tunel   30.10.16 9:25

On naprawdę chciał tylko spokoju. Odrobiny załagodzenia. Otumaniony umysł mniej reaktywnie poddawał się zmianom, zmiękczając ostre szarpnięcia wizji. W stanie naćpania był w końcu o wiele bliżej stanu dotykającego sfery metafizycznej, nastawiając się na kolejne obrazy niczym mugolskie radio - widzenia przypominały jednak raczej przyjemne sny niż szturmujące, chaotyczne przypomnienia o nadejściu zagłady - głównie jego własnej, wszak już teraz jego odporność psychiczna błagała o łaskę, drżąc na myśl o tym, że od jutra wszystko zacznie się od nowa.
Narkotyki miały jednak wadę. Kiedy organizm pozbawiał się toksyn, przypominając o potrzebie zażycia kolejnej dawki, przebudzał też do wzmożonej aktywności trzecie oko, chwytając się wszystkiego, byleby tylko dostał czego chciał. Harry wpadł w karuzelę, z której nie potrafił się wydostać. Nie martwił się jednak tym, że nie było to rozwiązanie na dłuższą metę, kiedy sam walczył o każdą chwilę, trwożąc się tu i teraz, które wysyłało go w dalszą przyszłość, zaginając w dziwaczny sposób piaski czasu.
Sam Dawlish odmawiał zawzięcie choćby wejścia na pierwsze przęsło drabiny, choć to nie strach przed wysokością paraliżował go przed wspinaniem się w górę. Nie potrafił zaakceptować panującego porządku, gdzie ludzie czuli się lepsi od innych z powodu tego, że urodzili się w innej rodzinie lub posiadają umiejętności, których pozbawieni są inni. Dość miał patrzenia na zagrody, do których to społeczeństwo sztucznie wypychało kolejne grupy, zamykając innych w barierach oczekiwań, ograniczeń i innych szufladek, które pomagały im zaprowadzać jakąś abstrakcyjną, nieprawdziwą harmonię. Syntetyczny ład. Jedyna rzecz, jaka wzbudzała w Harrym pogardę tak olbrzymią, że wrzał w nim gniew i to pieprzone, naiwne poczucie niesprawiedliwości, które głupio wprawiały go w heroiczne przekonanie, że będzie w stanie coś z tym zrobić.
I walczył też teraz, jakby pomylił pola bitew. Bo przecież wcale nie miało znaczenia jak ciężką sakiewkę teraz odda, nie było ważne za ile sprzeda duszę diabłu, skoro to robił. Bolesna świadomość własnych czynów szukała usprawiedliwień, by się wycofać. Wiedział, że nie powinien tutaj przychodzić. To nie były miejsca przeznaczone dla niego - nigdy nie miało być mu dane, by żebrał o możliwość wzięcia oddechu bez ciężaru na klatce piersiowej, nawet jeśli wywodził się z podobnego środowiska. Jednak przecież nigdy nie czuł się tak naprawdę w to wciągnięty - robił wszystko dla aprobaty i uśmiechu brata, dla ulotnej frajdy, dla przyspieszonego tętna, dla otępiającej adrenaliny, kompletnie pomijając zrozumienie pobudek czy efektów własnych działań. Granica dobra i zła była dla niego zawsze mocno wytarta, a on nie był zdolny do rozgraniczenia co jest czym, kiedy bliskie mu osoby tak często przekraczały tą linię, a brak jakichkolwiek wzorów zachęcał go do przyjęcia i zaakceptowania takiego stanu rzeczy.
Do czasu. Pokazano mu jednak inną drogę. Polecano, by dźwignął swój krzyż i wybrał tą cięższą do przejścia ścieżkę. Jego pierwszą reakcją na te słowa był śmiech. Odmawiał poruszania się po przebytych dróżkach, sprzeciwiał się przeznaczeniu, rezygnując z grania w ryzykowną partię z fortuną. Ale potem słuchał dalej. I pokorniał. Ale nie potrafił wysiąść z tej kolejki szaleństwa, znów gnając po kolejne odurzenie, zsyłając na siebie kolejne przekleństwo i niełaskę, nawet nie potrafiąc ugiąć kolana, by prosić o przebaczenie. Był zgubiony, tak piekielnie zagubiony, że nie było już odwrotu.
Nie było już odwrotu, kiedy pierwszy raz spotkał Benjamina Wrighta. Już wtedy wiedział, że będzie wracał. Widział to, choć nie miał pojęcia dlaczego było to takie istotne. Wrażenie deja vu doprowadzało go do bolesnego drżenia. A może to ta piekąca bliskość, która wprawiała jego mięśnie w stan kompletnego otępienia, kiedy zaciskał każdy pojedynczy z nich, byleby tylko pozostać w bezruchu, w momencie gdy ciemne oczy przesuwały się bez mrugnięcia po jego ciele, niemalże wypalając to spojrzenie na każdym odsłoniętym fragmencie skóry. Był zniewolony przez tą sensację, cichnąc, ni to przez jego leniwy uśmiech, kompletny brak reakcji na jego kolejne prowokacje, czując się tak cholernie nieznacząco, gdy bez żadnego wysiłku dystansował się od niego w każdej sferze. Tylko wzrokiem był w stanie przypomnieć mu o tym, jak bezbronny był wobec niego.
Serce mu galopowało, ale to nic dziwnego, skoro znalazł się w takiej sytuacji, prawda? To tylko strach zaczął mocniej pompować jego krew, to zwykły głód sprawiał, że błękit zaczął wpadać w granat, a oczy nie potrafiły sobie już znaleźć innego punktu odniesienia, wcale nie przestawiając się na tryb wygłodniałego oczekiwania, a gdy nie dostawały czego chciały, obnażały słabość, pokazując tęsknotę, namacalnie piętnując rozpacz, wolno chyląc się ku kompletnej desperacji za pojedynczy kęs, który miał choć na chwile zaspokoić pragnienie.
Obca skóra parzyła swoim chłodem, mimo że wciąż dzieliły ich warstwy ubrań, które nie pozwoliły mu na to, by przeżyć to wrażenie tak naprawdę. Zachłysnął się tonem, który szeptał jakąś kuszącą obietnicę, głucho zaciskając palce na obcym przedramieniu, jakby żebrząc o to, by się spełniła. Rozchylił usta, chcąc odpowiedzieć, ale żadne słowa nie nadchodziły, jakby krtań powstrzymywała go przed ostateczną profanacją. Wydał tylko urywany oddech, prawie drżąc po kolejnych czułych zapewnieniach, które tylko upewniały go, że cokolwiek oferował mu starszy mężczyzna, to pragnął tego tak boleśnie, tak... cieleśnie, że nie potrafił się przeciwstawić, jakby rozsądek umknął w popłochu, brzydząc się myślami, które zatruły mu umysł.
Zimno, które nim wstrząsnęło wraz z zaskakującym szarpnięciem opadającej ręki go nieco oprzytomniło. Wyrzut zaskoczenia przemknął przez jego twarz, która zupełnie zapomniała o przywdzianiu maski. Jego ruchy bezobcesowo sprowokowały go do biernego wybałuszenia oczu, kiedy zignorował kolejne bariery, obciążając jedną z jego kieszeni czymś, czego będzie bez wątpienia żałował. Była gwiazdka Quidditcha jednak nie dawała mu możliwości przemyślenia tego, obezwładniając go ponownym, nagłym wtargnięciem w jego przestrzeń osobistą, tak gwałcąco ją naruszając, jakby nie dostrzegając zupełnie brutalności własnego czynu.
-Nie.-wypowiedział słabo, nie potrafiąc goręcej zaprotestować. Podążył jednak za jego dłonią, łapiąc ją w połowie gestu, by powstrzymać ją przed cofnięciem się i przypieczętowaniem transakcji przez odebranie sakiewki. W momencie zetknięcia się z jego skórą zamarł, jak prawdziwy głupiec pozwalając oczom odbić własny strach. Był przerażony. Niezdolny choćby do drobnego drgnięcia. W końcu jednak wyszarpnął dłoń z tego krępującego uścisku.
Odsunął się, cofając się pod stabilną ścianę. Nie patrzył na niego. Wyciągnął tylko paczkę papierosów, nawet nie ukrywając nerwowości ruchów i wpakował jednego do ust, oddzielając się chmurą dymu od swojego partnera w biznesie.
Nie był w stanie zauważyć nagłego braku ani zmiany w wyrazie Benjamina, zaaferowany kompletnie innymi detalami.
-Oby to było tego warte.-przeciął ciszę szybkim zdaniem, raz jeszcze rozżarzając tytoń, jakby zupełnie zapomniał o dylemacie, który miał przed chwilą.-Do zobaczenia.-rzucił jeszcze, nie potrafiąc ugryźć się w język ani zostać tutaj choć sekundę dłużej.
Uciekał. Jak prawdziwy tchórz, niezdolny do zmierzenia się z rzeczywistością.


Powrót do góry Go down
 

Tunel

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

 Similar topics

-
» Wesołe miasteczko - Lunapark
» Tunel nr 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Dalsze dzielnice :: London Borough of Enfield-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18