Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Zaniedbany dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Zaniedbany dziedziniec   28.09.15 13:57

First topic message reminder :

Zaniedbany dziedziniec

Nokturn to nie tylko sklepy oraz sieć uliczek, w których można natknąć się na podejrzanych, często wrogo nastawionych czarodziejów. Znajdują się tutaj także kamienice mieszkalne, podziemne bary oraz karczmy połączone z pozostałą częścią alei za pomocą niedużego dziedzińca. To właśnie tutaj trafia się po wyjściu z Białej Wyrweny, a także mniejszych sklepików nie cieszących się zbyt wielką popularnością. Skwer nie jest zbyt dobrym miejscem na rozmowy, połowicznie oświetlony lichymi lampami, sprawia ponure wrażenie, szczególnie, gdy przez zaciemnioną część przemierzają przyśpieszonym krokiem nieznani czarodzieje. Budynki są odrapane, zaniedbane, na ich ścianach wiszą stare plakaty z podobiznami aurorów. Znajduje się tutaj kilka ławek, które ustawiono w pobliżu wysuszonej, niedziałającej, chyba już od lat, fontanny z posągiem czarodzieja w kapturze - mówi się, że to podobizna założyciela Śmiertelnego Nokturnu. 


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   18.04.18 1:42

The member 'Drew Macnair' has done the following action : Rzut kością


#1 'k100' : 68

--------------------------------

#2 'k10' : 10

--------------------------------

#3 'Anomalie - CZ' :


Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   19.04.18 19:54

Samodzielność Drew nie była przeszkodą. Dzięki niej potrafił dokonywać trafnych wyborów i osądów, podejmować odpowiednie działania, dzięki którym wciąż żył, choć to czym się parał często stawiało go w grupie wzmożonego ryzyka. Była więc zaledwie etapem, który należało zwyczajnie przejść i pozostawić za sobą na scieżce samorozwoju, do którego go pchał wbrew jego woli. Prawie jak starszy brat, który wiedział, co będzie dla niego lepsze i może potrafiłby go w istocie w ten sposób postrzegać, gdyby nie kompletny brak zaangażowania, jakie przejawiał w rodzinnych relacjach; jak wtedy, gdy pojawił się Graham, a później Vasyl, a on wciąż w głębi spaczonego ducha — był sam. Sam ze sobą i własnymi demonami. W Rycerzach Walpurgii nie było wielu silnych sojuszy. Każdy z nich był indywidualistą, który pod komendą Czarnego Pana musiał nauczyć się współpracy z innymi. Ramsey nie potrafił współpracować, a tym bardziej dzielić się tym, co miał i co zdobył, lecz łatwo wchodził w ustanowione role, również te, które wyznaczał im Lord Voldemort. Znając zasady i podążając zgodnie z nimi wtedy, gdy musiał, osiągał odpowiednie rezultaty. Drew też będzie. Patrząc na niego, niemalże widział jego przyszłość w zielonych i błyszczących jak zwierciadła oczach.
— Nie boję się odpowiedzialności — odpowiedział lekceważąco. — Jestem gotów ponieść to ryzyko, a ty? — zerknął na niego, unosząc brew. Nie liczył się z konsekwencjami własnych czynów, a co dopiero czynów innych osób; większość działań była skrupulatnie przemyślana, a jeśli działał pod wpływem intuicji, zawierzał jej w pełni. Był jasnowidzem, jeszcze nigdy go nie zawiodła. Dlatego tu z nim stał, kroczył w kierunku potencjalnej ofiary cicho, lecz dumnie, jak jak kroczą wilki ku ofiarom przez swe gęste i ciemne lasy. — Jeśli masz nad nimi kontrolę, to ty decydujesz na co zasługują, a na co nie, a także jaki los ich czeka.
Na jego kolejne słowa uśmiechnął się lekko, zerkając na niego porozumiewawczo. Sposób dążenia do celu zdawał się być kompletnie różny, lecz bez wątpienia efekt chcieli osiągnąć ten sam. Innymi drogami, innymi narzędziami budować sobie ścieżkę do sukcesu. Miał podobne zdanie na ten temat, lecz jego filozoficzna natura związana z poszukiwaniem odpowiedzi na pytania, których nikt nigdy nie zadał doprowadziła go aż do Departamentu Tajemnic. Patrzył szerzej, lecz wierzył, że jedno zawiera się w drugim. Obaj pozbywali się tego, co słabe i bezwartościowe. Również takowych jednostek.
— Powinienem "trzymać kciuki"?— spytał z ironią, wyciągając z kieszeni srebrną papierośnicę. — Będę pierwszym gościem, który pojawi się przetestować twoje plany. Pamiętaj, jeśli będziesz chciał mnie otruć — będę o tym wiedział wcześniej.— Wyciągnął z niej Stibbosa. Trzymając bibułkę między wargami celował w przypadkowego czarodzieja różdżką; po chwili Drew uczynił to samo, lecz jego zaklęcie minęło mężczyznę o cal. Tryumf wyłonił się na twarzy Mulcibera w postaci ledwie widocznego, złowrogiego cienia w okolicy ust i oczu. Nie zmienił wyrazu jego twarzy. Zadarł brodę do góry, lewą dłoń z różdżką obrócił, wierzchem przegubu w stronę pochmurnego, zadymionego nieba. Nieba pełnego szarawego, gryzącego dymu i przeróżnych zapachów, do których wrażliwy nos Mulcibera zdołał już przez lata przywyknąć.
— Nie bocz się, naucz się przegrywać — wytknął mu zarozumiale i klepnął w ramię mocno, w przyjacielskim, pokrzepiającym geście. Prawie się cieszyl na myśl, że wygrał galeona, jakby jedna złota moneta miała dla niego jakąkolwiek wartość. — Wyluzuj się, znalazłem nam kierownika budowy. Zaraz dorobimy mu kwalifikacje — odparł z nagłym entuzjazmem, żwawym krokiem ruszając w kierunku mężczyzny. Gdy ten, dobył różdżki, ostrzegł go: — Lepiej tego nie rób. Schowaj różdżkę, kolego, jeszcze będzie ci potrzebna. Mam nadzieję, że zjadłeś kolację, potrzebujemy krzepkiego typa — zmierzył go wzrokiem, podchodząc bliżej i westchnął. Mogło być lepiej. — I nie próbuj się odzywać, mam wystarczająco gadatliwego towarzysza. Idziesz, Macnair? — Jakoś się wlekł z tyłu.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Zawód : Mistrz gry
Wiek :
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
OPCM : 99
UROKI : 99
ELIKSIRY : 99
LECZENIE : 99
TRANSMUTACJA : 99
CZARNA MAGIA : 99
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   19.04.18 19:54

The member 'Ramsey Mulciber' has done the following action : Rzut kością


'k10' : 6


Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 5
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 30
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   27.04.18 13:46

Samodzielność nie była przeszkodą, którą należało ominąć, a barierą jaką należało zniszczyć. Mulciber pragnąc osiągnąć wyznaczony cel zrobił to dosłownie na siłę, co nie było wyrazem braterskiego szacunku tylko zwykłej ignorancji wobec czyiś zasad. Znał jego bezwzględność, poznał się na drodze usłanej trupami, ale mimo tego nie mógł zapomnieć tamtego wieczoru na cmentarzu, kiedy ten nie dał mu żadnego wyboru. Macnair był powściągliwy, potrafił słuchać oraz prowadzić sensowny dialog, ale postawiony pod murem bez możliwości jakiegokolwiek ruchu nie stawał się – wbrew oczekiwaniom – ofiarą, tylko jeszcze lepszym słuchaczem, którego intencje zmieniały swój biegun.
Gdzieś z tylu głowy wiedział, że Ramsey nie zrobił tego dla swego kaprysu, a przekonania że Drew był właściwą osobą na jeszcze niewłaściwym miejscu. Nie mógł mu się jednak dziwić, że brak jakiejkolwiek wiedzy, informacji zamykał pewne drzwi do momentu, w którym ktokolwiek zacznie mówić – tak się nie stało.
Obecnie szatyn był już właściwie pewien, iż podążył właściwą ścieżką, choć w pierwszej fazie został na nią zepchnięty. Miał czas na przemyślenia, mógł poznać pewne poglądy i teorie, zobaczyć plan oraz strukturę uświadamiającą mu więcej niżeli słowa poparte niewybaczalnym zaklęciem. Nadal brakowało mu faktów z przeszłości oraz informacji, jednak starał się skrzętnie ich dowiadywać bez konieczności zadawania – zapewne najprostszych – pytań w chwili gdy należało skupić się na tematach ważniejszych.
Mulciber nie zwracał uwagi na fakt, że Drew nie znał historii. Obojętna była mu kwestia, iż ten najczęściej kierował się intuicją, kiedy kompletnie nie wiedział o co chodziło. Nawet wówczas, gdy ich misją była odbudowa Białej Wywerny – dlaczego? Co się stało?
-Wciąż pragnę unikać ryzyka, choć podejmuję go każdego dnia. To taki pieprzony paradoks.- stwierdził zgodnie z prawdą. Praca, sposób bycia i pewne czyny wciąż podsuwały mu nieprzewidziane kłody pod nogi, które mimo względnemu zapobieganiu nieustannie się mnożyły. Coraz częściej wychodził z założenia, że im bardziej chciał uniknąć zbędnej brawury, to ta dawała się we znaki jeszcze szybciej i niebezpieczniej. -Władzą nie jest posiadanie sztucznej kontroli nad każdą jednostką, a sprawienie by te podążały za Tobą zgodnie z przekonaniami, które w nich zakorzenisz.- spojrzał na niego unosząc nieznacznie brew. Mieli nieco różne zdanie na ów temat. -Słabe jednostki roznoszące zarazę należy wyrżnąć tudzież przyglądać się jak pozbywają się siebie nawzajem w pogoni za wolnością będącą symbolem ich rzekomej siły, której tak naprawdę nigdy nie posiedli. Wiedzeni nadzieją pragnęliby się pokazać, coś komuś udowodnić, ale i tak każdemu z nich podwinęłaby się kiedyś noga ujawniając przy tym cały wachlarz czułych punktów.- zwieńczył swą myśl czując, że Ramsey i tak nie zrozumiał jego podejścia. Utrwalone w nim wartości wydawały się odporne na jakiekolwiek zewnętrzne argumenty. Cel mieli wspólny, to wciąż ich łączyło.
-Jakbym chciał Cię otruć bym Ci o tym powiedział.- rzucił kiwając lekko głową po czym upił ognistej. -Uznałbyś to za żart i nie wąchał postawionego przed Tobą kielicha.- zaśmiał się pod nosem przypomniawszy ilekroć sytuacji, w których Ramsey przejmował jego piersiówkę w kontekście siarczystego łyka złocistego napoju. Gdyby chciał się odegrać zrobiłby to już dawno. -Zamiast trzymać kciuków przydałbyś się w końcu na coś i szepnął słówko kto śpi na galeonach, abym mógł nieco zmniejszyć jego budżet. Sakiewka zawsze jest barierą.- uśmiechnąwszy się wymownie dał mu do zrozumienia, co było powodem tak długo odwlekanej decyzji o własnym lokalu. Potrzebował swojego miejsca, nie tylko dla dobrego trunku, a klitka na Nokturnie niewiele zapewniała swobody.
Nieudane zaklęcie nie podcięło jego skrzydeł, choć niezauważalnie uderzyło w ego. Zdawał sobie sprawę, że potrzebował jeszcze dużo treningu, aby bez trudu móc władać najczarniejszą z dziedzin magii. -Kto to mówi.- burknął przewróciwszy oczami, bowiem doskonale wiedział, że Ramsey podobnie jak on nie znosił porażek i przełykał je z dużą goryczą.
Spostrzegając ruch mężczyzny zacisnął nieco mocniej różdżkę mimo świadomości kontroli przejętej przez towarzysza. Miał ochotę potraktować go jednym z bolesnych zaklęć, aby tylko utrzeć nosa Mulciberowi, ale znał powagę sytuacji oraz konieczność odbudowy Wywerny, toteż pozostawił w całości ów pionek pozwalając by ten chełpił się małym zwycięstwem.
-Ta.- rzucił w odpowiedzi schowawszy magiczne drewno do wewnętrznej kieszeni szaty po czym zrównał się krokiem z resztą. -Zawsze możesz wyrwać mu język i będzie po problemie.- wzruszył ramionami jakoby mówił o czymś zupełnie zwyczajnym. -Sam z chęcią wyrwałbym go Tonks.- powiedział bardziej do siebie, a następnie skierował wzrok na kompana. -Swoją drogą wiesz, że ostatnio miałem z nią romantyczne spotkanie w strugach deszczu?- prychnął pod nosem upijając kolejny łyk z piersiówki.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   28.04.18 11:28

Nie szanował cudzych zasad, nie przystawał do wyznaczanych przez kogoś reguł, nie liczył się ze stworzonymi barierami, nie wyznawał też cudzych wartości. Poza jednym, jedynym wyjątkiem. To skuteczność określała sposób działania. Był cierpliwy, potrafił czekać w ukryciu nieskończoność, obserwować, śledzić, by zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie. Drew nie dostał czasu na zastanowienie, popełnił błąd, kpiąc ze sprawy tak ważnej i wielkiej. Sprawy, która ich wszystkich pętała w sieć mrocznych zależności. Zaprzedał duszę dla Niego, stał się przeklęty. Drwiąc z Jego potęgi drwiło się również z ich wszystkich, którzy poświęcili swoje życia, swoją moc, by ofiarować mu bezgraniczne posłuszeństwo. A on nie lubił, kiedy ludzie, których szanował traktowali go jak idiotę. Ludzie z reguły go nie obchodzili, o ile nie miał w nich obranego celu. Ale Drew, dawny kompan, sojusznik, towarzysz młodzieńczej niedoli nosił w sobie wartość i potencjał. Traktował go poważnie i tak samo poważnie chciał zostać przez niego potraktowany. Całkowity brak empatii nie pozwalał mu na zrozumienie obaw Macnaira. Sądził, że jak dawniej — uwierzy mu na słowo, zrozumie, że nigdy nie kłaniał się przed nikim, nie zginał karku przed personami, które nie były tego warte. A jednak czas zadziałał na ich niekorzyść, stał się wielką niewiadomą o tym, jak ich ukształtował.
Uśmiechnął się, spoglądając na niego. A więc niewiele się zmieniło, wciąż kroczył po krawędzi, balansując pomiędzy gruntem, a przepaścią, choć tym razem nie było nikogo, kto oglądałby jego krnąbrne spacery na wysokości z zapartym tchem.
— Czym dla ciebie jest ryzyko?— Dla każdego było czymś innym. Dla niektórych niebezpieczeństwem schwytania, osądzenia, dla innych upadkiem, porażką, podejmowaniem trudnych decyzji, a nawet nawiązywaniu określonych relacji. Wszystko sprowadzało się do tego samego, do konsekwencji podejmowanych przez siebie lub innych czynów. Wiele z tego, co dla innych było niewartym podjęcia ryzykiem, dla niego było zwykłą codziennością. I odwrotnie — unikał tego, co zwyczajne, dla zwykłych ludzi. — To dobrze — przyznał jednak z całą pewnością. — Ryzyko przypomina o tym, że stawka w grze jest wysoka. Pozwala czuć satysfakcję — bez niego wszystko byłoby nijakie, bezkształtne, pozbawione formy i jakości. — Rozpoczęła się wojna. Nic tak nie zwiększa poczucia ryzyka, jak wojna. Wszyscy czują śmierć wokół, a koniec czerwca przypieczętuje konflikt, który zamiata się pod dywan. To początek końca. To co ma spaść, należy popchnąć.— Grindelwald zniknął, a wraz z nim jego terror, propaganda i strach, ale nie zabrał ze sobą popłochu i szaleństwa, jaki wywołał. Czarodziejska policja oficjalnie nie mogła już gnębić sympatyków mugoli, lecz represje wcale nie ustały. Morderstwo Jordana Rogersa, zniszczenie Białej Wywerny, Mroczne Znaki na niebie — nadchodziła ciemność, tych zwiastunów nie można było ignorować w nieskończoność. Ludzie cieszą się ostatnimi chwilami szczęścia i beztroski, próbują jakoś żyć z nieustępującymi anomaliami. Ale przyjdzie dzień, że pogrążą się w rozpaczy od której nie będzie już ratunku.
— Dlaczego mam wrażenie, że próbujesz mi udowodnić, iż nie mam racji, choć uważam podobnie?— Nie zamierzał się z nim kłócić, ani przegadywać w szczeniacki sposób. Najbardziej skuteczna władza była ta, która nie stawała się bezpośrednia, cicha, spętana w szarości, wnikająca w umysły, które wierzą, że to ich własne przekonania, a nie cudzy szept. Do takiej władzy potrzeba czasu i wyjątkowych umiejętności. A oni zamierzali przeprowadzić rewolucję opartą na strachu i jednej jedynie prawdzie — prawdzie, którą oni wyznawali, idei czystości krwi. Prawdzie podpartej bezwzględnym posłuszeństwem i podporządkowaniem, systemie, w której decyzyjność miała wyłącznie jedna osoba i nikt poza nią. Czarny Pan. — Wyżynanie słabych jednostek to wciąż decyzja, która należy do ciebie. Aby ją podjąć musisz mieć władzę, a więc kontrolę. Małego Puchona, który stwierdzi, że ścigający w ich drużynie jest najsłabszym ogniwem, więc powinno się usunąć nikt nie potraktuje poważnie. Bo nie ma kontroli, nie ma władzy sprawczej. Zostanie mu nadana dopiero, gdy podejmie decyzje o tym, by go zwalić z miotły podczas treningu. Ale właśnie wtedy przejmuje kontrolę nad sytuacją i decyduje o tym, co zrobić ze słabą jednostką.— Wyjaśnił swój punkt widzenia, po czym przeniósł wzrok na mężczyznę, który od teraz stał się ich pracownikiem, niewolnikiem, zależy od jego woli. Miał nad nim kontrolę i musiał robić, co tylko Mulciber chciał, wierząc, że to wyłącznie jego wola, nawinie sądząc, że jest wolny od cudzych wpływów. Dlatego tak uwielbiał to zaklęcie. Dla niego przewyższało wszystkie inne.
Było piękne i doskonałe w samej swej istocie.
— Ruszaj – rozkazał mężczyźnie obojętnym, nieco znużonym tonem i sam ruszył za nim w kierunku Wywerny. — Wciąż nie wiesz, Macanair? Szukaj sponsorów wśród Rycerzy Walpurgii. Rosier ma smykałkę do interesów, to w jego lokalu ostatnio mieliśmy okazję się gościć — podczas spotkania Rycerzy. — Rowle ma gest, lubi być obecny w wartych jego uwagi przedsięwzięciach. Nott, to jego żonę alchemiczkę wskazałem ci w liście. Załatwisz dwie sprawy za jedny razem.
Kiedy znaleźli się na miejscu budowy, rozejrzał się w milczeniu. Prace powinny iść znacznie szybciej. Wciąż dostrzegał braki w surowcach, było zbyt mało ludzi, by postawić przybytek do końca czerwca. Nie wyrobią się, a powinni. Dostrzegł znane twarze, przywitał ich wzrokiem i lekkim skinieniem głowy i popchnął mężczyznę do środka, wciąż pozbawionego dachu.
— Zabieraj się do pracy, chcemy to jak najszybciej skończyć — powiedział do niego, rozglądając się wokół. Miał wrażenie, że w powietrzu wciąż unosi się swąd palonych ciał. Lubił ten zapach. —Tonks — powtórzył w końcu po Drew i spojrzał na niego, gdy mężczyzna zabierał się do roboty. — Romantyczne spotkanie. Mam nadzieję, że doszło do konsumpcji. I nie wyszła z tego bez szwanku — zaśmiał się, szczerząc zęby. — Tam są deski, a tamto pomieszczenie wciąż ma niekompletny szkielet — zwrócił uwagę typowi, opuszczając w końcu różdżkę.





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Drew Macnair
avatar

Rycerze Walpurgii
Rycerze Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t6211-drew-macnair https://www.morsmordre.net/t4416-avari https://www.morsmordre.net/t4381-to-nie-jest-pokoj-zyczen https://www.morsmordre.net/f277-smiertelny-nokturn-13-18 https://www.morsmordre.net/t4418-skrytka-bankowa-nr-1139 https://www.morsmordre.net/t4417-drew-macnair
Zawód : Poszukiwacz i przemytnik artefaktów, fascynat nakładania klątw
Wiek : 29
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Dan­ger is a beauti­ful thing when it is pur­po­seful­ly sou­ght out.
OPCM : 5
UROKI : 9
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 5
CZARNA MAGIA : 30
ZWINNOŚĆ : 4
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   09.05.18 23:53

Drwił ze sprawy, która stanowiła dla niego zagadkę, wyrażał się ironicznie o kwestiach będących dla niego niczym innym jak słowami rzucanymi na wiatr, a takowe w przypadku Mulcibera nie zdarzały się nader często, stąd nie odpuścił tematu od razu licząc na jakiejkolwiek sensowne wytłumaczenie. Mowa o władcy, o Czarnym Panu, o potędze i mocy była dla niego irracjonalna zważywszy na towarzyszące wydarzenia, na pochłonięty w całunie brudnych szlam Londyn. Pracę nierzadko opierał o plotki, jednak daleki był od przyrzekania posłuszeństwa i lojalności komuś, kogo nawet nie miał okazji zobaczyć, komu nie miał okazji uścisnąć ręki. Niewiele się w ów kwestii mylił, bo choć znał Toma jeszcze zza szkolnych murów, to Lord Voldemort był mu zupełnie obcy.
Na cmentarzu Ramsey nie krył oburzenia, szatyn widział szalejącą złość w jego oczach i choć daleki był od jakiejkolwiek obrazy, ten widocznie tak jego słowa zrozumiał. Drew od niepamiętnych czasów posługiwał się kpiącym językiem nawet komplementy prawiąc w dość niezachęcający i przepełniony dowcipem sposób. Celem nie było rozwścieczenie kompana tylko zrozumieniem jego podejścia, które przepełnione niezłomną wiarą w swego dowódcę mocno go zaszokowało.
Obecnie pozostawił już wiele za sobą z każdym dniem widząc i rozumiejąc coraz więcej. Potrzebował jedynie czasu.
Usłyszawszy pytanie Ramseya skierował na niego wzrok unosząc nieznacznie brew. Faktycznie owa kwestia mogła budzić różne uczucia i myśli, natomiast uważał, iż towarzysz doskonale wiedział jakie ma do takowej podejście. -Ryzyko ma swój wyjątkowy smak, gdy może przynieść znakomite owoce. Podejmowane bez rozwagi i w zbędnym nadmiarze jest czystą głupotą. Wszędzie musi panować równowaga, aby chaos nie pochłonął nas w całym swym wymiarze.- odpowiedział spokojnym tonem, a kącik jego warg zadrżał z półuśmiechu. -Mówiąc, iż dopada mnie każdego dnia nie przeczę swemu zdaniu, ale daję do zrozumienia, iż czasem nawet mi zdarza się nader mocno wepchnąć w jego macki. Nawet jeśli dzieje się to nieświadomie, zupełnie poza mną.- zwieńczył temat po czym skinął głową na słowa Ramseya, z którymi bezapelacyjnie się zgadzał.
Wojna podsycała nastroje, budziła pragnienie walki i zamykała w swych sidłach wszystkich tchórzy niemających w sobie tyle odwagi, aby stawić czoła gęstniejącej aurze wydarzeń. Wielu oszukiwało samych siebie wmawiając sobie, iż niema już żadnych znaków, buntów, napadów, bowiem Grindelwald zniknął wraz z całym swym terrorem, ale była to jedynie cisza przed burzą. Oni wiedzieli, że miało się coś wydarzyć, oni byli pewni, iż najbliższe dni zmienią na zawsze karty czarodziejskiej historii.
Słuchał z uwagą punkt widzenia Ramseya i choć kilkukrotnie miał ochotę wtrącić się w jego słowa ostatecznie odpuścił nie widząc sensu w dalszej przepychance. Myśleli podobnie, ale każdy wyraził to w inny sposób, bowiem Macnair od początku chciał dać mu do zrozumienia, iż władzą jest prawdziwa kontrola nad innymi oparta o pokładaną w przywódcy wiarę tudzież paskudny, paraliżujący strach, a nie sztuczna maszkarada. Na dłuższą metę nie stanowiło to dla niego dobrego rozwiązania. -Szacunek wymaga czynów, czyny wymagają czasu, a sposobów na jego zdobycie jest wiele. Jestem przekonany, iż ani przez chwilę nie pomyślałeś, że mógłbym ślepo wierzyć w idee wiernego tłumu podążającego za „małym” człowiekiem.- zerknął na niego unosząc brew. -To oczywiste, że na szczyt należy wspiąć się po trupach, bowiem w innym przypadku nadal będziemy tylko jednymi z wielu.- już wówczas daleko im było od wszystkich innych. Zostali wybrani i dzięki temu mogli poddać się służbie będącej największym wyróżnieniem. Znali jedyną prawdę.
Wiedział, że czym prędzej musiał zająć się sprawą baru, jednak codziennie pojawiały się nowe problemy, angaże sprawiając, iż musiał odłożyć owe plany na później. Dodatkowo coraz mniejsza liczba zleceń nie zapewniała odpowiedniej gaży i mocno utrudniała zdobycie odpowiedniego lokalu tudzież kupienia już istniejącego. -Pamiętam, zajmę się tym. Muszę tylko ułożyć wszystko w głowie i przedstawić konkretny pomysł, w końcu nikt nie lubi marnować czasu na totalne bzdury.- stwierdził zerkając kątem oka na poddanego towarzyszowi czarodzieja uświadamiając sobie, iż nigdy nie chciałby być na jego miejscu. Oddanie komuś własnej woli było jeszcze grosze niżeli śmierć w prawdziwych męczarniach.
Zasiadając na ułożonych w palecie cegłach przemknął wzrokiem po budowie, która zaczynała coraz bardziej swą konstrukcją przypominać bar za czasów swej świetności. Zdawał sobie sprawę, iż wszyscy stąpali po grobach mniej tudzież bardziej winnych ludzi, ale kompletnie mu to nie przeszkadzało. -W pełnej mierze.- rzucił kpiąco wywracając oczyma na jego komentarz, bo choć doskonale wiedział o co chodziło Ramseyowi to dwuznaczna uwaga wzbudziła w nim obrzydzenie. -Za każdym razem kiedy ją spotykam korci mnie, aby skorzystać ze wschodnich ksiąg. Jest tam naprawdę sporo ciekawych klątw, których jeszcze nie miałem okazji wypróbować.- zaśmiał się wyciągając piersiówkę i kierując ją w stronę Mulcibera. Skoro ma władzę winien mieć i trunek.






The eye sees only what the mind is prepared to comprehend
Powrót do góry Go down
Ramsey Mulciber
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t2225-ramsey-mulciber https://www.morsmordre.net/t2290-greyjoy-aka-fetor#34823 https://www.morsmordre.net/t2283-sorry-not-sorry#34612 https://www.morsmordre.net/f137-pokatna-3-6 https://www.morsmordre.net/t2922-skrytka-bankowa-nr-624#47539 https://www.morsmordre.net/t2326-ramsey-mulciber
Zawód : Niewymowny
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Tańcz na me skinienie, rozświetl czernię nocy, rozgoń mroczne cienie, oświetl drogi kręte, ciemne skrzyżowania, a pobocza wyrwij z nocy panowania.
OPCM : 35
UROKI : 20
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 45
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 5
Genetyka : Jasnowidz

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   16.05.18 16:33

— To, co dla ciebie jest ryzykiem, dla mnie może być chlebem powszednim — odparł leniwie, bez widocznego poruszenia w wyrazie twarzy, które pojawiło się w geście uniesionej brwi Macnaira. Nie zamierzał rozpoczynać licytacji, ani tłumaczyć mu jak pod jego nieobecność wyglądało życie w mrokach Londynu i aktywność dawnych szkolnych kolegów, starych i nowych Rycerzy Walpurgii. Podejmowanie zbytniego ryzyka było bezmyślnością, nie mógł się nie zgodzić — zgodził się milczeniem — lecz korzystanie z odmiennych skali i trzymanie różnych punktów odniesienia nie przynosiło miarodajnych efektów porównawczych. Wiedział o tym nie tylko jako badacz i numerolog, ale jako czarodziej, który przywdziewał różne role i maski. O tym Drew najwyraźniej zapomniał, choć był biegły w kłamstwie i potrafiłby udać najbardziej niepozornego czarownika pod słońcem.
Cenił go za bystre oko i odmienne spojrzenie na te same poglądy. Mulciberowi zawsze wydawało się, że jest nieomylny, ale obce spostrzeżenia pozwalały mu poprawić własne pomysły. Uczył się — na sobie, własnych i cudzych błędach, na powziętych działaniach, na tym w jaki sposób odbierali tę samą rzeczywistość. Różnice w sposobie patrzenia na te same rzeczy były zaskakujące, ale dzięki temu lepiej pojmował systemy funkcjonowania, organizacji, a także działania. Gdy Macnair patrzył w tą samą stronę, co on i opowiadał o tym, co widzi, słuchał uważnie, odnotowując jego słowa w pamięci. Liczył się z jego wiedzą — choć trudno mu to było przyznać, chciał posiadać tyle informacji o runach i klątwach, co on, lecz nawet wyciskając ostatnie minuty wolnego czasu nie był w stanie zagłębić się w te arkana tajemnej wiedzy. Pod tym jednym względem nie mógł mu jednak ustąpić, okazać szacunku, oddając podejmowanie decyzji o własnym losie i przyszłości. Nikt nie znał jej tak dobrze, jak Mulciber, a wierzył, że co i tak miało spaść, należy popchnąć. Przyspieszył ten proces, brutalnie i bezwzględnie, lecz tylko tacy jak on, bezwzględni i konsekwentni w swoim postępowaniu mogli stać w wysoko uniesioną głową i dumnie spoglądać na innych. Nie mógł mu pozwolić na kpinę i szyderstwa z tej jednej sprawy, jakkolwiek dobrze go kiedyś znał i rozumiał. Jeśli taki był jego charakter, był gotów go utemperować, choćby i kosztem ich dobrej relacji. Temu, Którego Imienia Nie Wolno Było Wymawiać należał się bezwzględny szacunek.
Byli tutaj, w Białej Wywernie, która powoli zaczynała nabierać kształtu dawnego miejsca spotkań, speluny, w której często dochodziło do nielegalnych transakcji, na które barman, podobnie jak na awantury i krzywdy, przymykał oko. Miejsca, w którym odbywano rozmowy na tematy zakazane, wyjawiano tajemnice, czyniono pierwsze kroki w walce ze zgnilizną panującą na świecie. Nie miał sentymentu do tego miejsca, nie traktował go z większą starannością niż jakiekolwiek inne. Musieli odbudować przybytek, ponownie stworzyć zabezpieczenia, które pozwolą im spotykać się w tajemnicy, z dala od wścibskich nosów aurorów, choć już dziś nie mieli się czego obawiać. Nawet jeśli kilka miesięcy wcześniej ktokolwiek miał wątpliwości, obawiał się schwytania, lękał rychłego końca, już niedługo mieli dowieść, że nic, nawet Azkaban, nie stanowi dla Czarnego Pana żadnej przeszkody.
— Nie mamy czasu — przypomniał mu, przekraczając położone na podłodze belki. Cienka peleryna prześlizgnęła się po wyheblowanej desce i opadła na brudną, zakurzoną podłogę, ciągnąc się po niej brzegiem. Szedł wolnym krokiem, rozglądając się dookoła, oceniając postępy i solidność wykonywanej pracy. Przystanął przy wnęce, w której miały znaleźć się drzwi. Za nimi wykopano dół, znajdą się w nim schody, prowadzące do ciemnego korytarza, od którego będą odbiegać inne sale, a na końcu którego powiesza obraz, przejście do ukrytej komnaty.
On nie jest małym człowiekiem — powiedział w zamyśleniu, zatrzymując wzrok na pracującym pod jego rozkazem czarodzieju. Wydawał mu się nieco niezdarny, ale był dość silny, by przynosić deski i cegły, a później je układać i za sprawą magii wieńczyć dzieło. Czarny Pan był najpotężniejszym czarodziejem, jakiego do tej pory poznał. I sam nie wiedział, kiedy wiara w jego przekonania, którą obdarzył go już na pierwszym roku, gdy zajął miejsce obok niego przy szkolnym stole zmieniła się w fanatyzm, dla którego był zdolny nie tylko przelewać cudzą krew, ale i poświęcić własną. I własną duszę. — Dlatego wiedziałem, że zrozumiesz — dodał po chwili, spoglądając na Drew. Jego wątpliwości zostaną rozwiane, a ciekawość zaspokojona. Musiał mu zaufać.
Skinął głową na wieść o planach, w pełni się z tym zgadzał. Nim odezwie się, do któregoś z nich powinien mieć rozsądny plan na inwestycję, na którą będą musieli wyłożyć środki.
— Powinieneś — podjął, uśmiechając się nieznacznie. — Mógłbyś nałożyć jakąś paskudną klątwę na jej mieszkanie. Tak na dobry początek — krew trudno było zdobyć, szczególnie jeśli Tonks spodziewała się z ich strony zagrożenia.
Odebrał piersiówkę od Drew i upił kilka łyków. Tak można było pracować — choć już czuł się zmęczony. Bezczynne stanie i obserwowanie robotników wydawało mu się o wiele bardziej męczące niż wielogodzinne badania w departamencie Tajemnic. Mógłby w tym czasie wertować jakąś księgę lub rozpisywać etapy badań dla Czarnego Pana. Obaj nadzorowali etap budowy, korygowali to, co według nich wymagało poprawek i opróżniali piersiówkę z whisky, która jako jedyna, umilała im czas w tym jeszcze nic nieznaczącym miejscu.

|zt





pan unosi brew, pan apetyt ma
na krew
Powrót do góry Go down
Siergiej Dolohov
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t4641-siergiej-dolohov-budowa#99812 https://www.morsmordre.net/t4729-iwan#101309 https://www.morsmordre.net/t4728-ruska-mafia#101308 https://www.morsmordre.net/f320-smiertelny-nokturn-27 https://www.morsmordre.net/t4782-skrytka-bankowa-nr-1199#102283 https://www.morsmordre.net/t4783-siergiej-dolohov#102284
Zawód : Przemytnik, rozbójnik i awanturnik
Wiek : 32
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Żonaty
I didn't do it,
but if I did,
I was drunk
OPCM : 5
UROKI : 12
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 11
ZWINNOŚĆ : 5
SPRAWNOŚĆ : 10
Genetyka : Czarodziej

PisanieTemat: Re: Zaniedbany dziedziniec   19.10.18 22:49

gdzieś w sierpniu

Wyjątkowy żar lał się z jasnego nieba, które rozciągało się nad ulicą Śmiertelnego Nokturnu. Jeszcze w czerwcu padał śnieg, przykrył Anglię grubą, białą pierzyną, a mróz szczypał w policzki. Dla Dolohova, rzecz jasna, to było nic. Wychował się przecież na Syberii, gdzie była prawdziwa zima. Taka zima, że nawet i wódka zamarznąć potrafiła. Angielskie zimy były lekkie i przyjemne, niezwykle delikatne, aż za nadto. Czasami martwił się, że Antonin nie zahartuje się odpowiednio, że za bardzo zmięknie. Spędzało mu to sen z powiek. Musiał zadbać o swego jedynego dziedzica, poświęcać mu więcej czasu, lecz o to było teraz tak trudno. Miał ręce pełne roboty.
Wziął głębszy oddech. Poszarzała, stara koszula lepiła mu się do potężnych pleców. Krople potu zrosiły ogorzałe od słońca czoło. Naprawdę było cholernie gorąco jak na ostatnie czasy. W czerwcu śnieżyce, lipiec chłodny i mglisty, lecz to go już niespecjalnie dziwiło - pogoda w Anglii bywała deszczowa. Akurat, kiedy przydałoby mu się, by padało jak z cebra i wszyscy siedzieli w domach, to akurat z nieba lał się pieprzony ukrop i miał ochotę wrócić do chłodnego wnętrza własnej kamienicy, aby położyć się w cieniu i przespać resztę dnia. Łeb mu pękał. Zdecydowanie przesadził ubiegłego wieczoru z alkoholem, lecz czy kogokolwiek mogło to dziwić? Dolohov był niereformowalny. Obudził się gdzieś koło południa z kacem mordercą. W ustach miał suchą skorupę, a w głowie mętlik. Nie mógł pozwolić sobie jednak na olanie sprawy. Nie teraz, gdy Maszeńka nosiła pod sercem ich drugie dziecko. Potrzebowali pieniędzy, zdecydowanie i to jak najwięcej. Miał się przecież za dobrego ojca i męża, czuł wobec Maszy i Antonina poczucie obowiązku, musiał o nich zadbać. A bez pieniędzy nie zdoła tego uczynić. Wypił dwa kubki mocnej, czarnej kawy, zjadł, co mu żona pod nos podsunęła i zebrał się do wyjścia.
Miał do omówienia nowy pomysł na interes ze starym Joe. Podobno dobry, podobno mieli dobrze na tym zarobić. Zamierzał staruszka wysłuchać. Joe był trochę bziknięty, we łbie miał na pewno nierówno poukładane, lecz zarazem nie brakowało mu kreatywnych pomysłów. Czasami nawet bardzo kreatywnych. Takich, że przekraczało to (dość wąskie) pojęcie Dolohova. Nie raz już i nie dwa wzbogacili się nawet na najbardziej jego absurdalnych pomysłach. Nie chciał go do siebie zrażać, nie chciał, aby Joe poleciał do kogo innego. Forsa mogła uciec mu sprzed nosa.
Spotkali się w tej jednej z obskurnych, ponurych karczm, gdzie lepiej było nie zaglądać, jeśli ceniło się własne życie, zdrowie i bezpieczeństw. Ławy lepiły się od brudu, a zza kontuaru straszyła stara, bezzębna barmanka. O te porze lokal był prawie pusty, ale to dobrze. Nikt im nie przeszkodzi, a i on musiał tę rozmowę załatwić jak najszybciej. Niebawem miał pojawić się jeszcze gdzie indziej.
Stary Joe był niskim, pulchnym czarodziejem o twarzy szczura i rozbieganych oczach. Siedział przy stoliku w kącie, w dłoniach trzymał butelkę ciemnego ale. Zerwał się z miejsca, gdy Dolohov do niego podszedł. Z łysej głowy ściągnął czapkę, witając się z Ruskiem tam, jakby ten był nie wiadomo kim - co temu wyjątkowo pasowało. Lubił czuć się kimś, choć rzeczywistość była dużo bardziej przykra. Czasami lepiej było ją zakłamywać.
Dolohov zajął miejsce naprzeciwko czarodzieja, zapalił papierosa i nakazał mu mówić. Już kwadrans późnie był przekonany, że warto było się w interesach z Joe spotkać. Pomysł może i nie był przełomowy, ani specjalnie zaskakujący, jednakże obiecujący.
- Widzisz, Dolohov, teraz to wszyscy się boją, mają dość tych pieprzonych anomalii, nie? - opowiadał Joe, obracając w dłoniach butelkę z ciemnym ale. - Chcą się przed nimi ochronić, no nie mam racji? No ile byś dał, aby ściągnąć to cholerstwo chociaż z własnej kuchni, żeby zupę odgrzać jak czarodziej bez ryzyka, że ją farbą zalejesz. No nie mam racji? - ciągnął dalej. - I my im tę ochronę damy! - Joe tak mocno walnął w stół, że szklanka z czystą wódką, którą zamówił Dolohov niemal zleciała na podłogę. Złapał ją w ostatniej chwili.
- Niby jak? - odparł Dolohov, nachylając się ku współpracownikowi i słuchając go z uwagą.
- Jak jak? A co żeśmy sprzedawali jak ten świr Grindewald mordował mugoli? Amulety kameleona, hehe. No to teraz zrobimy amulety na anomalie[/b] - oświadczył Joe z uśmiechem pełnym samozadowolenia.
To nie było takie głupie. W zasadzie całkiem sprytne. W chwilach zwątpienia i zagrożenia ludzie tracili rozum, zapominali o zdrowym rozsądku, robili wszystko, co rzekomo miało wzmocnić ich bezpieczeństwo. A ludzie tacy jak Dolohov - parszywi oszuści bez sumienia, skupieni na tym, by wzbogacić się na naiwności innych - bezczelnie to wykorzystywali. Joe nie musiał Dolohova długo namawiać do realizacji tego planu. To miał być drobny biznes, ale lepszy rydz niż nic. Najlepsze, ze miał nie wymagał wielkiej inwestycji. Musiał, rzecz jasna, wyłożyć trochę forsy na materiały, które Joemu były niezbędne do wytworzenia fałszywych amuletów, lecz ból kieszeni osładzała mu myśl o cenie, za którą zamierzali je rozprowadzać.
Amulety mające normować magię na obszarze o średnicy dziesięciu metrów. Tak sobie to wymyślili i tak zamierzali sprzedawać. Była to oczywiście wielka bzdura, bo ani Joe, ani tym bardziej Dolohov nie mieli pojęcia jak magię uspokoić, lecz handel nie polegał na prawdzie, a umiejętności sprzedaży. Dolohov kłamał wcale nieźle. W środku amuletu miał ponoć znaleźć się kolumbijski proszek normujący. W rzeczywistości były to sproszkowane odchody bahanek, które zalęgły się w szafach Joe. To miało jednak pozostać ich sekretem. Tak jak wiele innych spraw.
Przy ale i wódce dogadali szczegóły. Dolohov miał wyłożyć trochę forsy, którą miała jego banda, a Joe jak zwykle zająć się realizacją. Wytworzenie amuletów zajęło im kilka dni, a w tym czasie Dolohov zajął się odświeżeniem swoich kontaktów i odwiedzeniem ludzi, którzy bezpośrednio mieli zająć się sprzedażą. Sam przecież nie handlował na ulicy. Miał od tego innych, choć to zdecydowanie pomniejszało zyski. Na całe szczęście w obliczeniach pomagał mu młodszy brat. Jego głos rozsądku. Dbał, aby wszystko ułożyło się dla nich pomyślnie.
Niedługo potem amulety weszły w obieg na Nokturnie, a potem i Pokątnej, gdy władze nie patrzyły. Nie musieli się nawet specjalnie starać, aby innych na to namówić. W takich czasach jak te ludzie rozpaczliwie poszukiwali coraz to nowych rozwiązań, które mogłyby zabezpieczyć zarówno ich, jak i ich rodziny. Byli naiwni, postępowali głupio, a Dolohov nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia. Przecież nikogo nie zmuszał, aby to kupowali, czyż nie? Mieli wolną wolę, mogli robić ze swoimi galeonami co chcieli. To nie była jego wina, że byli na tyle głupi, aby wierzyć, że podejrzany amulecik sprzedawany w ciemnym zaułku Pokątnej będzie w stanie uchronić ich przed anomaliami. Skoro Ministerstwo nie potrafiło tego uczynić, to niby jak oni by mieli? Nieważne. Amulety rozchodziły się jak świeże bułeczki. W pewny momencie jeden z kamratów Dolohova, zdecydowanie lepiej znający się na ekonomii, zawsze służący mu radą, zdecydował o nieznacznym podniesieniu ceny. Joe musiał spędzić kilka kolejnych dni nad wytwarzaniem następnych partii. Musieli kuć żelazo póki gorące.
Albo dopóki nie zainteresuje się tym Ministerstwo. Dużo poważniejsze mieli teraz na głowie sprawy, ale zawsze znajdzie się jakiś służbista, co będzie wtykał nos w nieswoje sprawy... Ile interesów pokrzyżowała mu czarodziejska policja albo zakaz sprzedaży fałszywek, to by już nie zliczył.
Forsą z całego handlu amuletami musiał się rzecz jasna podzielić, choć nie było mu to w smak. Część dla Joe, część dla handlarzy, część dla jego kamratów. Ostatecznie wszystko się jednak zwróciło i nawet na tym zarobił. Nie żałował. Oczekiwał, że Joe poinformuje go, gdy znowu coś wymyśli. Mieli na to szansę zwłaszcza teraz, gdy ludzie byli zdesperowani i gotowi kupić wszystko, co rzekomo miałoby ich zabezpieczyć, a Ministertw zajmowało się głupią wojną. Na strachu mogli zarobić - przynajmniej dopóki wciąż żyli.

| zt




I'm here to tell ya honey
That I'm bad to the bone

Powrót do góry Go down
 

Zaniedbany dziedziniec

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

 Similar topics

-
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec
» Dziedziniec

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: City of London :: Ulica Śmiertelnego Nokturnu-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-18