Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Sala zachodnia
AutorWiadomość
Sala zachodnia [odnośnik]09.10.15 15:44
First topic message reminder :

Sala zachodnia

★★★
Prywatna galeria sztuki Laidan Avery już od dwudziestu lat jest stałym punktem na artystycznej mapie magicznego Londynu. Początkowo ściany dawnego teatru zdobiły wyłącznie prace lady Avery, ale z czasem - i budowaniem pozycji w świecie uduchowionych wielbicieli piękna - zaczęły pojawiać się tutaj dzieła innych artystów, także debiutantów. Galeria sztuki słynie z urządzanych co kwartał wernisaży połączonych z aukcjami dzieł najświeższych gwiazdek świata sztuki: nie tylko malarstwa ale i rzeźby. Często wystawy są połączone z koncertami i zakulisowymi zagrywkami politycznymi, wdzięcznie rozgrywającymi się w zacisznych pomieszczeniach dawnego amatorskiego teatru. Do Sali Zachodniej wchodzi się z Sali centralnej lub sali południowej.


[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 21:11, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Sala zachodnia - Page 7 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Sala zachodnia [odnośnik]06.07.18 19:42
Po wszystkim? – powtórzył pytanie drobnej lady we własnych myślach z ogromną goryczą, wyczuwając wyraźnie kpinę pobrzmiewającą w niewypowiedzianych na głos słowach. Spojrzenie niebieskich oczu stało się twardsze od ponurych konkluzji, które to jedno pytanie wywołało. Może i nadszedł koniec tej konkretnej interwencji, ale przy jak wielu podobnych przyjdzie mu jeszcze uczestniczyć, zanim czarodziejskie społeczeństwo zechce dokonać zmian w duchu tolerancji dla wszystkich czarodziejów bez względu na ich pochodzenie? Przez krótką chwilę zagrożenie zostało odegnane, jednak poczucie bezpieczeństwa było tak ulotne, iż śmiało można było brać je za ułudę. W tych mrocznych czasach, w jakich przyszło im żyć, nikt nie był bezpieczny.
Wpatrywał się chwilę w młodą kobietę, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że jej osoba w żaden sposób nie pasuje do świata, jaki zna. On zaś nijak nie wpasowywał się w jej pogląd o świecie, czuł to. Sama obecność Rinehearta zburzyła słodką idyllę szlachetnej damy szukającej chwili wytchnienia w galerii sztuki. Choć na jej twarzy gościły jeszcze resztki strachu i niepewności, Kieran nie potrafił utożsamić tych emocji z jej personą. Porcelanowa figura oderwana od rzeczywistości, właśnie tak spoglądał na znajdującą się trzy kroki przed nim lady Fawley. Tak bardzo drażniła go jej postawa, nawet jeśli nie była jedyną kobietą, która żyła w swoim świecie wspaniałości, posłusznie nie naruszając własnej strefy komfortu. Czy to dziewczę zaledwie, oddane już jakiemuś lordowi na żonę, miało inne ambicje poza przedłużeniem rodu, do którego wstąpiła, gdy to stanęła na ślubnym kobiercu?
Na chwilę będziemy – burknął pod nosem na swój sposób warkotliwie. Trudno mu było zatrzymać dla siebie jakże nieprzyjemny ton wypowiedzi, zwyczajnie nie potrafił. Zbyt łatwo odkrywał swój brak obycia, dlatego właśnie unikał interakcji międzyludzkich w podobnej odsłonie; unikał rozmów z ofiarami czy też świadkami czarnomagicznych czynów. Przesłuchiwanie sprawców było o wiele prostsze, nikt nie oczekiwał okazywania choćby śladowej ilości uprzejmości, nie wymagał empatii. – Któryś z aurorów zada pani kilka pytań, potem będzie pani mogła wrócić do siebie – wycedził po chwili, marszcząc przy tym z niezadowolenia brwi. Gdyby nie pozwoli wymknąć się temu draniowi z parku, nie byłoby tej całej sytuacji.
Kątem oka dostrzegł, że w drugiej sali obecni są dwaj inni aurorzy, którzy najwidoczniej przybyli z chęcią pomocy w dokończeniu już tylko formalności. Dwóch z nich podniosło cholerne ścierwo z podłogi i zaczęło wywlekać na zewnątrz, jeden pochylił się nad oszołomioną kobietą. Różdżka sprawcy z pewnością nosiła znamiona czarnej magii, w końcu rzucał tylko plugawymi zaklęciami, łatwo było to wyczuć.
Edwards! – ryknął na całą galerię, dzięki czemu jeden z młodych aurorów natychmiast znalazł się przy boku o wiele bardziej doświadczonego współpracownika. – Spiszesz zeznania lady Fawley – wycedził z jakąś trudnością, krzywiąc się lekko przy wymawianiu tytułu. W tej samej chwili jakaś kobieta nerwowym krokiem wkroczyła do sali i natychmiast znalazła się przy boku szlachcianki, chwytając ją troskliwie za ramię. Z jej ust wylały się pytania o samopoczucie, wzmianki o własnych obawach. Łatwo było się domyśleć, że musiała to być wspomniana wcześniej krewna lorda Fawleya. – Tę panią też przepytaj.
Lekko skinął głową obu paniom na pożegnanie, jakimś cudem zdobywając się na podobną grzeczność, bardzo mu zresztą obcą. Wycofał się do drugiej sali, posyłając nieczułe spojrzenie zranionemu podczas akcji aurorowi. Cóż, przynajmniej poderwał się o własnych siłach z podłogi. – Zajmij się sobą – rzucił ku niemu niedbale, w taki oto sposób ukazując minimalne zrozumienie dla decyzji współpracownika o wykorzystaniu siły odśrodkowej zaklęcia Expulso. Ale nie zatrzymywał się przy nim długo, ruszył dalej, aby jak najszybciej opuścić to zbyt estetyczne miejsce. Przy wejściu do budynku spotkał Hopkirka, któremu zaczął objaśniać całą sytuację, ramię w ramię wracając z nim na pierwotne miejsce zdarzenia, do nieszczęsnego parku, gdzie mieli jeszcze kupę roboty.

| z tematu



There’s a storm inside of us. A burning. A river. A drive. An unrelenting desire to push yourself harder and further than anyone could think possible. Pushing ourselves into those cold, dark corners where the bad things live, where the bad things fight. We wanted that fight at the highest volume. A loud fight. The loudest, coldest, hottest, most unpleasant of the unpleasant fights.
Kieran Rineheart
Zawód : Rebeliant
Wiek : 53
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowiec
I have a very particular set of skills, skills I have acquired over a very long career. Skills that make me a nightmare for people like you.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
when we all fall asleep where do we go
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t5879-kieran-rineheart https://www.morsmordre.net/t5890-aedus#139383 https://www.morsmordre.net/t5891-aurorskie-sprawki#139384 https://www.morsmordre.net/f205-opoka-przy-rzece-wye-walia https://www.morsmordre.net/t5895-skrytka-bankowa-nr-1467 https://www.morsmordre.net/t5907-k-rineheart#139780
Re: Sala zachodnia [odnośnik]06.07.18 22:47
Cressida miała na myśli oczywiście tę interwencję i wcale nie zamierzała kpić, to było z jej strony jak najbardziej poważne (choć niezwykle naiwne) pytanie, pozbawione jakiejkolwiek złośliwości; ta nie leżała w naturze dziewczęcia. Kiedy dostrzegła w jego spojrzeniu jeszcze większą twardość, zarumieniła się pod piegami i umknęła wzrokiem. Wciąż była wystraszona i wcale nie musiała udawać tego strachu – zresztą była beznadziejnym kłamcą i udawanie nigdy nie szło jej dobrze i naturalnie. Drżenie w jej głosie było jak najbardziej naturalne, w końcu takie sytuacje nie były dla niej codziennością, jaką pewnie były dla aurora. Ich światy rzadko się spotykały, bo Cressida, jak większość dam, rzeczywiście żyła gdzieś daleko, w idylli szlacheckiego życia, oderwana od rzeczywistości zwykłych ludzi. Wychowano ją w duchu konserwatywnych wartości i była damą w każdym calu, choć nie czuła nienawiści do ludzi innego pochodzenia, ale przez wzgląd na rodzinę i strach przed wykluczeniem nigdy nie przyjaźniła się z mugolakami, słuchając się zdania ojca, który przed posłaniem jej do szkoły mówił, że damie nie uchodzi. Brzydziła ją i przerażała przemoc, i choć starała się uczestniczyć w rodowych aktywnościach, nigdy nie polubiła polowań, bo nie potrafiła rozmyślnie krzywdzić nawet zwierząt.
Wygodnie żyło się jednak we własnej strefie komfortu, Cressida nie chciała jej opuszczać, jako dama nie była stworzona do działania, a bardziej niż dobro obcych, bezimiennych ludzi obchodziło ją dobro własnej rodziny, miała męża i dzieci, dlatego nie w głowie było jej szukanie niebezpieczeństw. Jej główną życiową ambicją w rzeczy samej było zostanie czyjąś żoną i matką, bo tak ją wychowano i do tego ją przygotowano. Miała wyjść za mąż i przedłużyć ród, dopiero w dalszej kolejności spełniać własne aspiracje, które też nie różniły się zbytnio od większości dam – Cressida znajdowała spełnienie w sztuce, zajęciu jakże niepraktycznym w świecie, który zdawał się reprezentować stojący przed nią auror. Podczas gdy ona bujała w chmurach i wiodła swą wygodną egzystencję damy, on pewnie spoczywał obiema nogami na ziemi i dbał o to, by świat był bezpieczniejszym miejscem – ale czyż nie taka była rola aurorów? Czyż to nie dzielni mężczyźni mieli chronić niewinne niewiasty przed złem? Cressida nie znała prawdziwego życia, więc trzymała się kurczowo przekonań wyniesionych z rodzinnego domu i własnych naiwnych wyobrażeń tego, jak działa świat.
Gdy dosłyszała w jego tonie warknięcie, znów się zarumieniła, czując zakłopotanie spowodowane szorstkością mężczyzny, której źródło nie do końca rozumiała, bo w swoim mniemaniu nie zrobiła ani nie powiedziała nic złego.
- Och... Dobrze. Rozumiem – powiedziała, zgadzając się na to. Nie miała ochoty na składanie zeznań, ale nie zamierzała robić problemów, skoro było to konieczne, by mogła to miejsce opuścić. Opryszek został już zabrany i aurorzy zapewne będą musieli przesłuchać wszystkich świadków, choć akurat Cressida nie widziała nic ważnego, bo całe zajście toczyło się w sali obok.
Gdy nagle ryknął do współaurora, wzdrygnęła się i spojrzała na niego z konsternacją – ale to najwyraźniej było kolejne przyzwyczajenie aurorów, którzy odnosili się do siebie inaczej niż lordowie na salonach i krzyczeli do siebie w taki sposób. Może to jakiś nawyk w ich pracy?
W tym samym momencie przy niej zjawiła się krewna Williama, wyraźnie przejęta i wystraszona, ale cała i zdrowa. Cressida uspokoiła ją, zapewniając, że nic jej nie jest i że zaraz będą mogły wrócić do domu. Odwzajemniła grzecznościowe skinienie głowy, na które zdołał zdobyć się szorstki auror, którego nazwiska nie zdążyła poznać, odprowadzając go jeszcze wzrokiem, podczas gdy w tej sali został młodszy auror nazwany Edwardsem. Obie odpowiedziały na kilka pytań, zapewne nie dodając do sprawy niczego ważnego, jako że towarzyszka Cressie widziała jeszcze mniej niż ona, a gdy tylko mogły, opuściły galerię. Przez najbliższy czas dziewczę chyba nie miało ochoty się tu pojawiać.

| zt.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]12.12.18 9:50
4 września
Zwykle lady Fawley zajmowała się głównie organizacją festiwali muzycznych, biennali, czy innych wydarzeń o charakterze działalności artystycznej. Zdarzało się jednak, że oprócz organizowania muzyków i repertuaru utworów muzycznych, musiała zająć się również przygotowaniem przestrzeni. Udekorowaniem ścian obrazami niosącymi ze sobą motywy wystawianych melodii, rzeźbami, będącymi inspiracją dla danych kompozycji. Za sprawą tych obowiazków, nabyła w świecie artystycznym trochę kontaktów, które o dziwo mogła uruchomić nawet tutaj, w Anglii. Normalnie nie zajmowałaby sobie głowy prośbami o wyszukiwanie dzieł malarskich tylko dlatego, że miała do nich dojścia i znała źródła, po których mogła dotrzeć do obrazów o wysokiej wartości, zarówno kulturalnej, jak i pieniężnej. Tym razem jednak, w drodze wyjątku, skoro to sam młody lord Prewett zwrócił się do niej po pomoc, tylko dlatego mu nie odmówiła. Mając w pamięci jeszcze niewygodną odmowę goszczenia na ślubie Julii i Ulyssesa, poczuwała się do tej pomocy jeszcze bardziej. Dlatego dołożyła wszelkich starań, żeby Rory był zadowolony z efektu jej pracy.
Zaprosiła go do galerii, aby mógł obejrzeć wybrany i zakupiony za jej pośrednictwem obraz bezpośrednio na ścianach galerii, dostosowanej do pokazywania piękna płótna w najlepszym oświetleniu, w towarzystwie podobnych mu klimatem dzieł. Starała się sprostać jego oczekiwaniom, aby obraz oddał dokładnie te przymioty, jakie Prewett jej wcześniej opisał. Miał przedstawiać charakter Durdle Door, a na tyle na ile pozwoliła jej na to podstawowa wiedza o malarstwie, dopełniła starań, żeby wybrać obraz na wysokim poziomie kunsztu.
Wpatrywała się w jego ramę w oczekiwaniu na Rory’ego Prewetta, a kiedy usłyszała za sobą kroki, odwróciła się w tamtym kierunku.
Rory — powitała go swobodniej niż większość szlachty, ale lord Prewett był młody, młodszy od niej i z pewnością nie chowałby za to do niej żadnej urazy.
I co sądzisz? — od razu przeszła do wskazania podbródkiem obrazu, jaki sama podziwiała tu od kilku minut. — Spójrz, to ten obraz. To dokładnie to czego szukałeś?



Rodzimy się w jeden dzień. Umieramy w jeden dzień. W jeden dzień możemy się zmienić. I w jeden dzień możemy się zakochać. Wszystko może się zdarzyć w ciągu zaledwie jednego dnia.


Blaithin Fawley
Zawód : kuratorka i krytyk muzyczny
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Cofnęłabym się tysiąc razy i straciła go tysiąc razy, żeby tylko usłyszeć jego snute opowieści albo tylko głos. Albo nawet bez tego. Jedynie wiedzieć, że gdzieś tutaj jest. Żywy.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t6537-blaithin-fawley#166787 https://www.morsmordre.net/t6543-galahad#166862 https://www.morsmordre.net/t6542-b-e-fawley#166859 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t6545-skrytka-bankowa-nr-1654#166865 https://www.morsmordre.net/t6544-blaithin-e-fawley#166863
Re: Sala zachodnia [odnośnik]16.12.18 2:37
Nie miał głowy do takich rzeczy, jak kupowanie prezentów. Nigdy jeszcze nie udało mu się samodzielnie podjąć decyzji dotyczącej tego, czym obdarować najbliższych (w najlepszym wariancie kończyło się to pomocą dobrej duszyczki, w najgorszym - jakże subtelnym pytaniem zadanym bezpośrednio jeszcze-nie-obdarowanemu).
Ale w tym konkretnym przypadku musiał (łamane przez chciał) przecież zająć się wszystkim osobiście (khm, powiedzmy) - pragnął dać siostrze coś, co na zawsze pozostanie w jej sercu. Tak jak ten zbliżający się coraz większymi krokami dzień.
Coś, co oprócz walorów wizualnych, będzie miało również szytą na miarę - specjalnie dla niej - wartość sentymentalną.
I kiedy wyobrażał sobie lady Ollivander, snującą się meandrami korytarzy - leśnych, jak i tych w jej nowym domu, to w tej całej scenerii zdecydowanie brakowało mu morskiego pierwiastka, o który raczej trudno w sercu zieleni. Chyba że ucieknie się do sztuczki, osiągając choć namiastkę tego, co możliwe było do doznania na plaży Prewettów.
O ile tylko Blaithin udało się poruszyć niebo i - w tym przypadku zdecydowanie bardziej pasowałoby - morze, żeby znaleźć dla niego to, o co niemalże błagał ją w liście wysłanym na ostatnią chwilę przez ślubem... Kończyły mu się opcje, bo za bardzo wybrzydzał - ale robił to nie bez powodu, wciąż nie znalazł tego odpowiedniego podarku. A czas, niestety, zdecydowanie nie był zasobem, którym dysponował w nadmiarze. Dobrze, że przynajmniej pieniędzy nie musiał szczędzić - dla uśmiechu Julii zapłaciłby bez mrugnięcia okiem bajońską sumę.
Z całą pewnością przybył na to spotkanie z niemałą niepewnością, którą zdradzały jego bledsze niż zwykle policzki i przyspieszony chód. Musiał powstrzymywać się, żeby nie podbiec do Blaith, byleby tylko jak najszybciej obejrzeć to, co udało jej się dla niego znaleźć.
- Lady - powitał się z nią należnym skinieniem głowy, choć tak właściwie jego wzrok jedynie przez chwilę spotkał się z oczami niewiele starszej od niego szlachcianki - w zieleni tych należących do Prewetta próżno szukać było teraz spokoju; rozbieganym spojrzeniem objął ramy obrazu - i nagle roześmiał się gardłowo, najszczerzej, już nie zważając na konwenanse. Potem już tylko odetchnął - z nieskrywaną ulgą. - Mam ochotę paść ci do stóp, Blaithin, przysięgam, uratowałaś mi życie... nie wiem nawet, jakim cudem dotarłaś do tego skarbu, ale... jest piękny - obraz, a przede wszystkim dumny Durdle Door, morskie wrota, symbol ziemi należącej do Prewettów. - Gdzie w ogóle udało ci się go znaleźć? Kryła go w sobie jakaś mała galeria? Przechowywał kolekcjoner? Wystawił do licytacji dom aukcyjny? - nie miał nawet pojęcia, jakie opcje jeszcze istniały.
Zafascynowany nie odwracał wzroku od fal mknących ku kamiennej zagładzie.
Dopiero gdy zrobił krok w stronę płótna, usłyszał to, co brzmiało rozrzewniająco znajomo. Przymknął oczy, skupiając się na melodii wypływającej z kompozycji farb - błogi uśmiech leniwie wypełznął na jego twarz.
Jedna chwila - i był już tam.
W domu.
- Ten obraz musiał stworzyć ktoś, kto kochał to miejsce niemalże tak, jak ja - zawyrokował z niezachwianą pewnością w głosie - choć tak właściwie wypowiedź ta powinna przybrać formę pytania, bo chciał dowiedzieć się również czegoś więcej o twórcy.

Dowiedziawszy się wszystkiego, pożegnał się z Blaithin, dzierżąc prezent z największą ostrożnością.

ze względu na dezaktywację Blai - 2xzt


kołyszę się na nitce nieokreślonych pragnień, palce zaczepiam o rozszczepione na liściu słońce, chwytam umykający wszechświat

Rory Prewett
Zawód : botanik
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
and meet me there,
with bundles of flowers
we'll wait through
the hours of cold
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6716-roratio-prewett https://www.morsmordre.net/t6753-listy-z-nieba-rory https://www.morsmordre.net/t6769-plants-can-read-your-mind https://www.morsmordre.net/f77-weymouth-siedziba-rodu-prewett https://www.morsmordre.net/t6751-skrytka-bankowa-nr-1686#176204 https://www.morsmordre.net/t6754-r-g-prewett#176213
Re: Sala zachodnia [odnośnik]12.01.19 0:31
28 września?

Galeria była jednym z nielicznych, publicznych miejsc, w którym lubiła spędzać czas. Mogła nasycić oczy pięknem przelanym na materiał, w dającej odetchnąć ciszy, jedynie od czasu przerywanej stukotem obcasów lub stłumionym szeptem, próbować doszukać się w sobie tej wrażliwej strony. Tej samej, która na co dzień trwała niewzruszona.
Gdy patrzyła na ludzkie twarze widziała w nich piękno, szczególnie w tych jej najbliższych- arystokratycznych, ale wiedziała, że to jest bardzo powierzchowne. Przyjemnie się na nie patrzyło, ale to wszystko, wtem nabierały one głosu i czar pryskał, bo nie miała ochoty się zagłębiać.
Potrafiła prowadzić grzecznościowe rozmowy tak długo, jak wymagała tego sytuacja, nie stroniła od tego, ale prawda była taka, że nieczęsto miała na to prawdziwą ochotę. Można było nazwać ją humorzastą, ale czy było coś złego w lubieniu spokoju i otaczaniu się tym co ją absolutnie interesowało? Tym czynnościom i rzeczom, którym gotowa była poświęcić swój czas bez śladu wewnętrznego buntu.
Tak jak na przykład teraz. Stała samotnie w eleganckiej sali, wpatrując się w ślady czyjegoś pędza, w ukryte wśród barw nastroje, odczucia i myśli artysty. Mogła ich nie interpretować, mogła nie próbować ich rozszyfrować, ale one tam były i wprawne oko oraz odrobina odpowiedniej wiedzy zapewne z łatwością by je wydobyły. Wydobyłyby wiele tajemnic spod fasady lady Fawley, bo to właśnie jej imię widniało elegancko wykaligrafowane na pozłacanej tabliczce pod spodem i to na zjawienie się jej osoby cierpliwie wyczekiwała Zafrina.
Nie sprawdzała czasu, gdyż i tak zjawiła się dużo wcześniej, a donikąd się jej nie spieszyło.
Niespiesznie wznowiła swój powolny spacer, przesuwając się w stronę kolejnego pejzażu.
Towarzyszkę dzisiejszego spotkania miała już oczywiście okazję spotkać wcześniej na jednym z towarzyskich spędów, ale nigdy ta znajomość nie została zagłębiona. Być może miała na to wpływ chłodna relacja pomiędzy jej rodziną a domem, z którego wywodziła się Cressida? Czasami tak bywało, że prościej było oprzeć się na odgórnie panującym przekonaniu i czuć niechęć do kogoś, kogo praktycznie się nie znało.
Teraz jednak miała ona inne nazwisko, ale jak wiele to zmieniało w istocie? W dniu ślubu przeszłość nie była bezlitośnie wymazywana i a dawne 'ja' nie odchodziło nagle w zapomnienie, zastąpione nową rolą.
Zaproszenie wystosowane z jej strony zostało jednakże przyjęte, co było wystarczająco zadowalające. Jedynie środek do celu, którym było zdobycie kolejnej cennej perełki do jej skromnego zbioru prac wykonanych arystokratycznymi dłońmi. Pod względem talentu nie sądziła aby błękitna krew górowała, ale każde z nazwisk pod posiadanymi przez nią pracami, naznaczone było rodową historią, nierzadko długą i interesującą, a te- bardzo lubiła.
Nie miała sprecyzowanego żądania, nie sądziła jednak aby to był jakikolwiek problem. To była jedna z kwestii, które miała nadzieję, zostaną niebawem rozstrzygnięte.
Nie zainteresowana widokiem polowania, a mniemała, że to właśnie dzieje się na kolejnym obrazie, ruszyła dalej, zakręcając w stronę kolejnej ściany, akurat w porę, aby kontem oka dostrzec ruch przy wejściu z sali centralnej.
Na widok wytwornie ubranej czarownicy o uroczej twarzy, na jej wargach pojawił się delikatny, grzeczny uśmiech.
- Lady Fawley- powitała młodszą kobietę.- Niezmiernie mi miło.
W istocie, rada była, że nic nie zdołało wpłynąć na zmianę zdania kobiety, co zapewne zostałoby niezauważone przez postronnego obserwatora, w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy oczekiwałaby jej w jednej z przytulnych kafejek w pobliżu. Oczywiście, nie to było jednak powodem wybrania takiego, a nie innego miejsca.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala zachodnia [odnośnik]12.01.19 15:50
I Cressida uwielbiała galerie, i to zanim jeszcze została lady Fawley. O ile u Fawleyów coś takiego było normalne i na porządku dziennym, u Flintów, z których się wywodziła, sztuka nigdy nie odgrywała przesadnie ważnej roli poza tym, co każda szlachetnie urodzona osoba musiała przyswoić, żeby nie wstydzić się na salonach ignorancji. Ale Cressida pod tym akurat względem była inna niż większość jej krewnych. Od dzieciństwa odznaczała się wyjątkowym zainteresowaniem malarstwem, zwłaszcza jego praktyczną stroną, a nauka w Beauxbatons tylko to pogłębiła. Mimo artystycznej duszy zawsze identyfikowała się z rodem i pragnęła wpasować się w oczekiwania, zwłaszcza te ojcowskie. Chciała zasłużyć na miłość ojca i czuć się równie dobra jak jej starsze rodzeństwo.
Nauka w Beauxbatons, oprócz rozwinięcia malarskich umiejętności i wiedzy w zakresie rozmaitych sztuk, przyniosła jeszcze inny skutek – Cressida nigdy nie stosowała się ściśle do rodowych relacji, nauczona tego, że na obczyźnie należy doceniać nawet ludzi z wrogich rodów, bo brytyjskiej arystokracji nie było we francuskiej szkole aż tak wiele, by pozwolić sobie na wybrzydzanie. A nawet osoba z wrogiej rodziny nadal była lepszym materiałem na pozytywną znajomość niż mieszaniec lub mugolak. Potrzeba było czegoś więcej, by kogoś skreśliła niż tylko faktu przynależności do nieprzyjacielskiej rodziny, tym bardziej, że zwady między Flintami i Shackleboltami zapewne miały miejsce parę wieków temu – dlatego też szła na spotkanie z Zafriną bez odgórnych uprzedzeń, za to z ciekawością, kim była ta kobieta, która zainteresowała się jej sztuką. Nie miały okazji poznać się wcześniej, co było składową nie tylko rodowych relacji, ale też różnicy wieku oraz różnych szkół – niespokrewnionych z nią ani nie będących przyjaciółmi rodu byłych absolwentów Hogwartu poznała w znacznej części po własnym debiucie.
Może gdyby była mężczyzną, przejmowałaby się politycznymi zawiłościami dużo bardziej i bardziej respektowałaby dawne zaszłości między rodami, ale była kobietą, więc to nigdy nie miało aż takiego znaczenia. Choć niestety ostatnimi czasy i ona mogła zauważyć, że między rodami działo się źle, że wyrastały między nimi coraz silniejsze podziały. Nawet w obrębie jej krewnych – między nią a rodziną ze strony matki zaczęła wyrastać przepaść, bo tym, którzy opowiedzieli się za promugolskością, nie odpowiadał fakt, że Cressida wierzyła w tradycje przodków, że nie chciała podążać pod prąd tradycji ani ulegać pokusom nowoczesności, nawet jeśli mugolacy budzili w niej obojętność i nigdy nie interesowała się nimi w żaden sposób, ani pozytywny, ani negatywny. Nawet jeśli od ponad roku nosiła nazwisko artystycznych Fawleyów, w środku przejawiała tradycjonalizm Flintów, którzy nigdy nie szli z duchem czasu i oddawali się własnym sprawom, a także byli wierni szlacheckim obyczajom. Cressida też była, bo pragnęła wychować dzieci w duchu szlacheckiej tradycji, bez sztucznego poczucia tak modnej ostatnimi czasy równości, w którą zdawali się wierzyć i krewni ze strony matki. Jej daleki kuzyn i jego żona zaprosili na ślub gmin – a więc Cressida nie mogła się tam pojawić i świętować z nimi tego dnia, bo po prostu nie wypadało.
Zjawiła się w galerii w towarzystwie ciotki męża, która jednak pozwoliła jej na odrobinę prywatności i rozmowę sam na sam z lady Shacklebolt, z którą przed owym spotkaniem wymieniła parę uprzejmych listów poświęconych właśnie tematyce sztuki i obrazów Cressidy z niedawnego wernisażu; ostatecznie Fawleyowie żyli z nimi w relacjach neutralnych i w tym spotkaniu nie było nic niestosownego.
Wsunęła się do sali zachodniej, dostrzegając samotną kobiecą sylwetkę. Oryginalny i rzadko spotykany na deszczowych wyspach Brytyjskich odcień skóry kazał jej podejrzewać, że to lady Zafrina we własnej osobie – Shackleboltowie zawsze wyróżniali się na tle innych brytyjskich rodów, nie sposób było przegapić ich przedstawicieli, ale i to Cressidzie zupełnie nie przeszkadzało, ostatecznie w dzieciństwie przyjaźniła się z jedną z lady Shafiq. Sama też na swój sposób się wyróżniała na tle salonowego towarzystwa – była ruda i piegowata, co w rodzinie Flintów już czyniło ją wybrykiem natury. Zwłaszcza teraz, kiedy rodziny kojarzone z rudością i piegowatością opowiedziały się po przeciwnej stronie barykady, i Cressida z powierzchownością odziedziczoną po babce Prewett mogła poczuć się z tym nieswojo, i to bardziej niż z powodu jakichś dawnych dziecięcych kompleksów. Ze zdrajcami krwi nie miała nic wspólnego.
- Mi również miło cię spotkać, lady Shacklebolt – powitała kobietę grzecznie, przyglądając jej się z ciekawością, choć bez nietaktownej nachalności. Jej jasne spojrzenie zdradzało nieśmiałość; pewność siebie nie była mocną stroną dziewczątka. – I miło wiedzieć, że moje obrazy przypadły lady do gustu – odniosła się do treści listów i spojrzała na pobliskie płótno; nie tak dawno temu udostępniła tej galerii kilka swoich obrazów na jesienny wernisaż młodych talentów. Nie była jeszcze znaną artystką, jej czas dopiero mógł nadejść, ale nazwisko Fawley otwierało w świecie sztuki wiele drzwi. Byli rodem najbardziej znanym z malarskich talentów i artystycznej pasji, nawet jeśli Cressida nie była Fawleyówną z urodzenia, a wżeniła się w ten ród po aranżowanym ślubie. – Jakiego rodzaju sztuka najbardziej lady interesuje? – Cressida była przede wszystkim pejzażystką, ale potrafiła tworzyć i portrety. Mimowolnie zaciekawiła się, jakie odcienie farby mogłaby zmieszać, by odpowiednio oddać kolor skóry Zafriny na płótnie. Nieczęsto malowała osoby o takiej fizjonomii, i mogłoby to być interesujące artystyczne wyzwanie.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]17.01.19 0:24
Na podziękowanie uśmiechnęła się nikle, nie kierując tego jednakże do młodszej lady. Wzrokiem powróciła do obrazu, który studiowała w zadumie jeszcze przed momentem. Odpowiedź na zadanie pytanie uformowała się praktycznie sama na jej wargach, w zaledwie jedno słowo:- Barokowa.
To jedno słowo mówiło o wszystkim czego oczekiwała od sztuki, było kwintesencją tego co zaspokajało jej pragnienia. To był przepych i zmysłowość, gra światła z cieniem, to był także ruch i emocje, a wszystko to okraszone ukrytymi alegoriami i symboliką, której znaczeń i wyjaśnień można było doszukiwać się w jakże ukochanej przez nią literaturze. W nurcie dominowały sceny rodzajowe i to właśnie one najczęściej przyciągały jej uwagę, ale i pejzażami wzgardzić nie potrafiła.
Martwa natura wydawała się jej idealna w roli neutralnego tła, dla osób, które pragnęły jedynie zapełnić pustą przestrzeń czymkolwiek, portrety natomiast, których nie brakowało w rezydencji Shackleboltów były dla niej zaledwie duchami przeszłości. Pozwalały na wgląd przodków, niektóre niosły za sobą wartość historyczną, ale nie doszukiwała się w nich wartości estetycznych. Były niczym pomniki- nieudolnymi próbami zachowania echa czyjeś obecności.
- Pejzaże budzą we mnie nostalgię- przyznała, po chwili milczenia, nawiązując tym samym do twórczości stojącej nieopodal lady.- Chociażby ten tutaj. Kiedy po raz pierwszy weszłam dzisiaj do tej sali, prawie w ogóle go nie dostrzegłam, niemalże stapiał się dla mnie z tłem. Potem zauważyłam go, tylko po to aby stwierdzić, że.. nie podoba mi się. Drażniła mnie jego sielankowa wizja i spokój na pograniczu z martwotą, jak gdyby słońce wypaliło w nim już wszelkie życie.
Słowa sączyły się wolno spomiędzy jej warg, każde poprzedzone bardzo krótką chwilą zastanowienia, bo i bardzo usilnie starała się ubrać swoje odczucia w słowa odpowiednio wyważone. Miała świadomość czyja dłoń stworzyła to dzieło, ale nie bała się wyrazić swojej opinii, w tym co mówiła nie było obrazy, była to zaledwie rzecz gustu. Jej ton nie był naznaczony zdegustowaniem ani też pogardą, do której absolutnie uprzywilejowana nie była, ale co najważniejsze nie zdążyła dotrzeć jeszcze do sedna swojej wypowiedzi.- Kiedy chciałam jednak przejść dalej zorientowałam się, że coś mnie jednak zatrzymuje. Tak jakby istniał inny rodzaj piękna, taki, w którym jesteśmy świadomi wszelkich wad, ich przewagi, a mimo to poruszają w nas pewną stronę, która nakłania nas do ich zaakceptowania, przyjęcia. I w tym wypadku wyglądało to tak, jak gdyby obraz tylko na to czekał, gdyż nagle począł ukazywać detale, które wcześniej umykały mi, a które wszystko zmieniają. Jak chociażby ta ciemniejąca linia na horyzoncie, która może być nadchodzącą burzą, a to wyjaśniałoby dziwny nastrój wyczekiwania, być może wprowadzało lekkie napięcie. Wystarczy jednak na moment odwrócić spojrzenie, aby trzeba było rozpoczynać całą grę na nowo.
Jej oczy z każdą chwilą doszukiwały się coraz to nowych, coraz to ciekawszych ukrytych cieni, o których mogłaby mówić i mówić, ale przecież nie spotkały się tutaj, aby dyskutować o tym jednym, konkretnym płótnie. Musiała porzucić zatem próbę dojrzenia całego pejzażu w zupełnie innym świetle, na razie. Zamrugała, aby przełamać subtelny urok obrazu i nieznacznie odwróciła głowę w stronę lady Fawley.
- Proszę mi wybaczyć wynurzenia, ale ta dzisiejsza pogoda jakoś dziwne na mnie wpływa.
Liczyła iż nie odstraszyła młodej czarownicy w żaden sposób, ani jej nie zraziła, nie zamierzała w końcu uchodzić za krytyka. Miała zaledwie niezbędną wiedzę i potrafiła określić co się jej podoba, a dobrze byłoby aby i lady chociaż odrobinę wyczuła jej osobę, tak aby być w stanie stworzyć dzieło, które zadowoli je obydwie.
Nie zamierzała jej narzucać sztywnych ram własnych oczekiwań, to zabiłoby cały urok pracy, poza tym nie miała raczej nic przeciwko drobnej niespodziance.
Skupiwszy wzrok, pozwoliła aby zabłysło w nim lekkie zainteresowanie.
- A gdyby lady miała wskazać najbardziej intrygujące dzieło, co by to było? I czy byłoby to coś w tej sali..?
Zależało jej, aby teraz wypowiedziała się także druga dama, dzieląc swoją opinią na tym dość neutralnym, a co za tym idzie, bezpiecznym gruncie, bo i czy nie byłby to najlepszy sposób aby kogoś poznać? Poza tym nie miała ochoty dominować całego spotkania, skupiając się jedynie na własnych odczuciach, to byłaby aż nazbyt otwarta postawa- nic co leżałoby w jej naturze.
Zupełnie inną kwestią było iż lubiła zapoznawać się z opinią uzdolnionych artystycznie czarodziejów, dowiadywać jaki sposób patrzą na sztukę innych oraz w jakim stopniu to co słyszy, pokrywa się z jej własnymi domysłami. Inna perspektywa pozwalała czasami dostrzec to co niewidoczne z własnego punktu widzenia.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala zachodnia [odnośnik]17.01.19 13:39
Cressida była oddana staroświeckim nurtom. Nie ulegała postępowi i gorszyła ją nowomodna sztuka zawleczona ze świata mugoli. Kilka kolorowych figur, kresek i plam nie mogło konkurować z obfitującym w szczegóły i detale klasycznym malarstwem. Była artystyczną duszą, ale to nie zmieniało faktu, że dorastała w rodzinie dość konserwatywnej, gdzie niechętnie patrzono na nowinki, zwłaszcza te przybyłe z niemagicznego świata. To, co tworzyła, również wpasowywało się w kanony malarskiego piękna obowiązujące na salonach. Cressie nigdy nie miała zapędów do dążenia pod prąd i łamania utartych schematów również w świecie sztuki. Unikała kontrowersji, nawet jeśli starała się tchnąć w swoje malarstwo coś swojego, to zawsze dbała o to, by nie łamało to określonych norm i nie pachniało nadmiernym postępem. Jej obrazy dość wiernie oddawały rzeczywistość, im była starsza i więcej malowała tym dbanie o detale wychodziło jej coraz lepiej. Pejzaże, portrety, scenki rodzajowe i martwe natury wychodzące spod jej pędzla wyglądały niemal jak żywe. Oprócz wrodzonego talentu dochodziły lata nauki w Beauxbatons, w domu Harpii, a po poślubieniu Fawleya ród męża zadbał o to, by dziewczątko mogło doskonalić artystyczne talenty.
W spokoju wysłuchała wypowiedzi Zafriny na temat jej obrazu, przy którym właśnie stały. Początkowo Cressida w głębi duszy przejęła się, ale z każdym kolejnym słowem okazywało się, że nie było tak źle. Konstruktywnie wyrażona opinia lady Shacklebolt była cenna, świadczyła o tym, że kobieta wnikliwie zapoznała się z obrazem, i mimo pierwszego sielankowego i monotonnego wrażenia później zaczęła dostrzegać w obrazie drugie dno i detale, które nie były widoczne na pierwszy rzut oka, ale nadawały obrazowi głębi i innego nastroju. Dla Cressidy tego typu wskazówki były przydatne, a wiedziała też, że każdy czarodziej ma inny gust, jeśli chodzi o obrazy i każdy szukał na jej płótnach czegoś innego. Trudno było spełnić wymagania tak wielu osób, więc koniec końców liczyła się z tym, że jej twórczość nie każdemu się spodoba, zwłaszcza osobom które wolały bardziej ponure klimaty, chociaż w ostatnich niepokojących czasach pewien nastrój niepokoju udzielił się też Cressie i przeniknął na jej obrazy. Stąd na przykład ta szara linia ciemniejszych, skłębionych chmur na horyzoncie, zwiastujących nadciągającą burzę mogącą zakłócić sielankowy nastrój pejzażu ukazującego jedną z łąk na obrzeżach lasów Charnwood, gdzie zwarty las zmieniał się w urokliwą otwartą przestrzeń i gdzie czasem Cressida zapuszczała się na grzbiecie konia lub ateonana. Można było dopatrzeć się w tym pewnych odniesień do dzisiejszej sytuacji i metaforycznych czarnych chmur nadciągających nad Anglię i nad świat, który znała. Malowała ten obraz krótko po pożarze, który strawił ministerstwo.
- Dziękuję za twą opinię, lady Shacklebolt – podziękowała. – Takie wynurzenia bywają przydatne dla artystów, zwłaszcza dla tych, którzy ciągle szukają swojej artystycznej ścieżki i pracują nad doskonaleniem swojego stylu. – Ona również nie zakończyła swoich poszukiwań, bo choć potrafiła coraz więcej i wiedziała, na jakich polach czuje się najpewniej, miała dopiero dwadzieścia lat i jeszcze wiele ich przed sobą, by dojść do absolutnego mistrzostwa i odkryć siebie. Byłoby niezwykle butne stwierdzić, że w obecnym momencie potrafiła już wszystko i zaszła najdalej jak można, a buta i pewność siebie nigdy nie leżały w jej naturze. Cressie mimo swojego talentu często wręcz umniejszała sobie i czuła się niepewna siebie, przepełniona kompleksami, które narodziły się w jej umyśle już w dzieciństwie, kiedy zawsze czuła się gorsza i mniej kochana od swojego rodzeństwa.
Opinia Zafriny była też ważna z tego względu, że Cressie, chcąc stworzyć dla niej obraz, musiała rozeznać się w gustach kobiety, by obraz miał jak największe szanse zadowolenia jej oczekiwań.
- Chciałabym, żeby była lady zadowolona z obrazu, który stworzę, więc wszelkie wskazówki i preferencje będą mile widziane – dodała więc.
Słysząc kolejne pytanie, zamyśliła się i przesunęła wzrokiem po obrazach wiszących w sali. Nie były tu tylko jej prace, ale także innych artystów, więc postanowiła wybrać coś spośród nich, bo czułaby się dziwnie, analizując któryś ze swoich własnych obrazów. Niemniej jednak był to dobry neutralny grunt, choć zawsze łatwiej było dzielić się spostrzeżeniami na temat płócien z osobami, które znała. Czuła, że lady Shacklebolt poniekąd ją ocenia i wyrabia sobie na jej temat opinię.
- Tamten nadmorski wschód słońca – wskazała na jedno z wiszących nieopodal płócien, pod które przeszły, by Cressie mogła przyjrzeć się mu bliżej. – Jest coś, co mnie urzeka w jego subtelności i harmonii kolorów, które doskonale się ze sobą zgrywają i sprawiają, że czuję się, jakbym patrzyła na prawdziwy wschód słońca, którego wciąż zaróżowiona barwa muska jasnoszare poranne wody lekko marszczone wiatrem. Jego barwy nie są krzykliwe, co daje pewne wrażenie mglistości i budzenia się tego świata do życia po nocy. Mogę sobie też wyobrazić ten bez wątpienia piękny zapach morskiego powietrza oraz skrzypienie jasnego piasku pod stopami.
Cressida lubiła na obrazach pewnego rodzaju subtelność i ulotność, dopasowanie barw i współgranie ze sobą poszczególnych elementów obrazu, dlatego dzieło tego artysty przypadło jej do gustu i chętnie zobaczyłaby tą scenerię na żywo, choć wiedziała, że każdy wschód i zachód słońca miał w sobie ulotną niepowtarzalność. Może obraz dla wielu wydawałby się nieco nudny, ale Cressidę urzekał swoim spokojem, harmonią i aurą oczekiwania na przebudzenie. Bardzo możliwe że to też było nieco symboliczne, jako że młódka czekała na koniec niepokojów i powrót sielanki.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]23.01.19 21:34
Uśmiechnęła się delikatnie, nie doszukując w wypowiedzi drugiej kobiety niczego, co zmusiłoby ją do przebierania w zgrabnie dobranych słowach i wyszukiwania ukrytych szpilek, co dobrze rokowało. A wiedziała, że niektórzy bywali wrażliwi na najmniejsze nawet słowa mogące sugerować krytykę i od razu przyjmowali wtedy obronną postawę.
Lady Fawley zdawała się być otwarta. Roztaczała wkoło siebie aurę delikatności zarówno fizycznej jak i mentalnej, ale już wiele razy zostało udowodnione, że nawet i takie osoby potrafią skrywać w swoich wnętrzach ogromne pokłady wewnętrznej siły. Nie pchała ich ona pod prąd i nie narzucała na usta pochopnych, nacechowanych emocjonalnie słów, dawała im za to godną podziwu wytrwałość, jasność umysłu, która pomagała w przystosowaniu się do najtrudniejszych warunków. Pomagała w przetrwaniu.
- Podpowiem, że uwielbiam detale, a twoja ręka lady wydaje się bardzo dobrze z nimi radzić- zniżyła głoś, nieznacznie pochylając głowę w kierunku drugiej czarownicy z konspiracyjnym błyskiem w ciemnych oczach.- Na więcej ukierunkowań, raczej się nie odważę, bo sztuka jest niczym ptak. Powinna być wolna i nieskrępowana, ale i zawsze służyć przyjemności.
Po zapoznaniu się z twórczością lady, była raczej spokojna i nie spodziewała się niczego kontrowersyjnego, nie musiała niczego podobnego zatem zastrzegać. Potrafiła zdać się w tej kwestii na jej talent i wyczucie.
Nie wątpiła, że zdarzają się ludzie z bardzo konkretnymi wizjami, czy to jednak nie szalone oczekiwać, że ktoś odda na płótnie fantazyjnie wizje stworzone w naszych głowach? Nie wątpliwie znalazłby się i na to sposób dla kogoś zdesperowanego, ale ona wierzyła, że artyści potrafią we wszystko tchnąć własnego ducha i jeżeli trzeba, bardzo umiejętnie ukrywając to co niepożądane przed niewyćwiczonym okiem. Nie potrzebowała prowokować podobnego aktu.- Jeżeli ma lady jakieś pytania, proszę się nie krępować, pomogę jak tylko będą potrafiła.
Dodała po chwili milczenia, bo i nie oznaczało to, że pozostawiała ją samą sobie z wyznaczonym zadaniem.
Po chwili zwróciła spojrzenie na opisywany przez nią obraz, lekkim skinieniem głowy przyznając, że i jej owy obraz się spodobał. Po zwróceniu jej uwagi na barwy, musiała przyznać, że faktycznie autor świetnie poradził sobie z przechodzeniem kolorów, co w całości umykało jej zrozumieniu, jej pojęciu o tym, jak dokonać czegoś podobnego. Bez wątpienia sekret tkwił w mieszaniu ich i nakładaniu w odpowiedniej ilości.
Patrząc nań, niemalże czuła przenikającą ją ciszę, zakłócaną jedynie oddalonym, rytmicznym szumem fal uderzających o brzeg. Aż nazbyt dobrze pamiętała ten okres, kiedy podobne spektakle- budzącego się nowego dnia, były dla niej zmierzchem. Syciła się nimi w zadumie, chwilowo natchniona ostatnim przypływem energii, przebłysk, po którym zjawiało się nieprzemożne zmęczenie, a sen nadal nie nadchodził.
Była bardziej niż rada, że teraz znacznie częściej jest dane jej oglądać zachody słońca, zwiastujące nadejście słodkiego wypoczynku.
- Niewiele rzeczy działa równie kojąco jak morze. Jednakże, to rodzina pani męża zamieszkuje jeden z ponoć najpiękniejszych regionów- zwróciła się z uprzejmym uśmiechem do rudej czarownicy.- Kraina jezior będąca kolebką malarzy, jeżeli nie wszelkiej maści innych artystów, nie śmiem zatem konkurować. Gdyby jednak zechciała lady kiedyś spróbować swoich sił w oddaniu majestatycznej potęgi morza, z chęcią ugoszczę w rodzinnych progach Shackleboltów.
Chociaż jak na wstępne zaproszenie wypadło to dość nieoficjalnie, mówiła dokładnie to co miała na myśli, z zamiarem spełnienia, jeżeli tylko jej oferta wzbudziłaby zainteresowanie. Nie miała w nawyku rzucać słów na wiatr. Z drugiej strony była świadoma iż ziemie należące do Fawleyów także mogą zapewne poszczycić się wieloma pięknymi plażami.
Plażami i tak wieloma jeziorami, nad którymi wyobrażała sobie zachody słońca nie mniej spektakularne niż w swoich stronach, tonące w dźwiękach rechotu żab oraz świerszczy, widziała oczyma wyobraźni ciężkie od wilgoci mgły, zawieszone nad taflami wód o porankach i nagle jej myśli powracały do tego jednego miejsca, któremu dawno temu udało się skraść cząstkę jej duszy.
- W naszych stronach nie narzekamy zazwyczaj na brak słońca w ciągu dnia, a przynajmniej w porównaniu do północy mamy go odrobinkę więcej- dodała jak gdyby na zachętę, chociaż w ostatecznym rozrachunku nie robiło to, aż tak wielkiej różnicy.
Mimo iż słońce było, a niektórym wystarczała już jego sama obecność, było ono słabe jesienno-zimową porą, w rezultacie miewali odrobinę wyższe temperatury, ale nie omijał ich i deszcz, nie rzadko więc dało się zobaczyć w ich stronach tęcze. Gdyby zatem wierzyć legendom, fundamenty południa powinny stać na garncach wypełnionych złotem.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala zachodnia [odnośnik]24.01.19 1:11
Cressida była osóbką o prostolinijnej, skromnej naturze, pozbawionej fałszu czy rozkapryszenia tak częstych u młodych dam. Być może duży wpływ miało na to konserwatywne, leśne wychowanie Flintów, a może jej wrodzony charakter i niska pewność siebie, sprawiająca, że młódka nie miała wybujałej samooceny i nie była przekonana o swojej doskonałości i nieomylności. Mimo swojej nieśmiałości była dość otwarta, przynajmniej w gronie wyższych sfer. Mąż zachęcał ją do tego, by zawierała nowe znajomości, zależało mu na tym, żeby się odnajdywała na salonach i budowała swoją pewność siebie. Nie buntowała się ani nie płynęła pod prąd, odnajdując się w rzeczywistości, w której przyszła na świat i z pokorą przyjmując swoje miejsce w niej. Podczas gdy wiele młodych ludzi uciekało od obowiązków i szukało niezależności, siła Cressidy tkwiła w poczuciu jedności z rodziną. Była szczęśliwą córką i siostrą, a potem także żoną i matką. Na swoim miejscu, mimo że w dzieciństwie często czująca się gorsza i niewystarczająca dla swego ojca. Obowiązek wobec rodu spełniła jednak sumiennie i z oddaniem.
Jej sztuka zdawała się całkiem dobrze oddawać łagodną, wierną tradycjom naturę dziewczątka. Jak się okazało obrazy zaprezentowane na wernisażu przypadły do gustu odwiedzającym, bo otrzymała kilka listów z propozycjami namalowania czegoś na zamówienie, co bardzo ją cieszyło, bo największą pochwałą dla młodego artysty był fakt, że ludzie chcieli zdobić swoje ściany czymś, co wyszło spod jej pędzla.
- Chciałaby lady zamówić pejzaż jakiegoś konkretnego miejsca? Czy ma to być coś nadmorskiego, może powiązanego z rodowymi ziemiami, czy może wolałaby lady inny krajobraz? Czy może... jakąś scenkę rodzajową osadzoną w konkretnej scenerii? – zapytała; listy były na tyle lakoniczne, że Cressida nie wiedziała jeszcze, co dokładnie chciałaby zamówić lady Shacklebolt. Na początek, przed dalszym planowaniem zawartości obrazu, musiała dowiedzieć się, jaka miała być główna tematyka. Uwagę o detalach zapamiętała, zamierzając zadbać o ich ładne odwzorowanie. – A kolorystyka? Coś utrzymanego w pastelach, czy może bardziej wyraziste kolory? Jak oświetlone będzie miejsce, w którym chciałaby go lady umieścić? – dopytywała dalej. O ile w przypadku krewnych i znajomych miała jakieś pojęcie o ich guście i upodobaniach, tak gust Zafriny dopiero poznawała podczas tej rozmowy. Chciała go poznać, żeby lepiej wiedzieć, jak stworzyć obraz, który wpasuje się w jej oczekiwania. Cressida w swoim otoczeniu preferowała raczej jasne, pogodne i stonowane odcienie, ale potrafiła odnaleźć się też w tworzeniu innych, dostosowując się do potrzeb zamawiających.
- Zgadza się, to piękne miejsce, pełne inspirujących krajobrazów, jezior i oczywiście łabędzi, których na naszych ziemiach nie brakuje. Wywodzę się jednak z Charnwood, przez pierwszych niespełna dziewiętnaście lat życia, nie licząc edukacji w Beauxbatons, moim domem był las. Pełen tajemnic, szumu liści poruszanych wiatrem, charakterystycznej woni lasu szczególnie rozkosznej po deszczu, a także rozmaitych stworzeń – dodała, a w jej głosie zabrzmiała nutka sentymentu, choć zdawała sobie też sprawę z nie najlepszych relacji łączących ród Shackleboltów z Flintami. – Mimo to mam pewną słabość do nadmorskich widoków, więc jeśli kiedyś byłaby możliwość, z przyjemnością odwiedzę wasze ziemie, ale i zrewanżuję się tym samym, i będzie mogła lady zobaczyć urodę naszej krainy na własne oczy – zgodziła się na uprzejmą propozycję kobiety. Kto wie, może kiedyś będzie okazja, żeby pojawić się w Sussex? Podejrzewała też, że jej mąż nie miałby nic przeciwko, gdyby pewnego dnia zaprosiła lady Shacklebolt do Cumberlandu, ich rody żyły w neutralnych stosunkach.
Cressidzie w Ambleside niekiedy brakowało większej ilości słońca, mimo że była przyzwyczajona do brytyjskiego klimatu, bo spędziła w nim większość życia, nie licząc ośmiu lat nauki we Francji.
- We Francji było więcej słońca niż w Anglii, ale mimo to klimat wysp ma swój urok... W normalnych okolicznościach, bo ten rok dalece odbiega od normy – westchnęła. Tegoroczna pogoda nie była normalna za sprawą anomalii. W czerwcu spadło więcej śniegu, niż widziała podczas jakiejkolwiek zimy przez całe swoje życie.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]31.01.19 21:43
Na jej twarzy wyraźnie odmalowało się zamyślenie, bo tak właściwie nie była zdecydowana w tej kwestii. Chciała wielu rzeczy i doprawdy nie miałaby nic przeciwko obejrzeniu większości z nich oczami kogoś innego, autora, właśnie kogoś takiego jak lady Fawley, problem leżał jedynie w czasie.
- Nie miałabym nic przeciwko pejzażowi- stwierdziła po chwili, dochodząc do wniosku, że powinna zdać się na najmocniejsze strony malarza. Domyślała się, że czasem próbowanie sił nie w swojej dziedzinie mogło okazać się przełomowym momentem, czasem właśnie w ten sposób powstawały największe arcydzieła i chociaż z pewnością nie narzekałaby na posiadanie jednego czy dwóch, nie to było jej głównym celem.
Kolekcjonowała prace osób szlachetnego pochodzenia, pragnęła dostrzec w nich cząstkę autora, którego nazwisko będzie miało znaczenie, którego nazwisko będzie przemawiało samo za siebie. Miał to być dość osobliwy i niezbyt obszerny zbiór.
- Czy to będzie jednak las, czy morze.. nie wiem. W tej kwestii zdaję się na twój nastrój lady. Chociaż, skoro już i to zostało wspominanie, czemu by i nie uwiecznić którąś z anomalii?
Zerknęła z ukosa na Cresside, ciekawa jak zareaguje ona na ten dość niespodziewany pomysł. Od kilku już tygodni doświadczali różnych dziwów, niektórych mniej, a niektórych bardziej szkodliwych i nie było już chyba czarodzieja, który nie byłby świadkiem złamania chociażby jednej z zasad naturalnego stanu rzeczy, skoro docierały do nich doniesienia nawet o dotkniętych tym mugolach.
Młodziutka lady nie mogła być wyjątkiem, nie kiedy wspomniała chociażby nie tak dawne i wcale niezimowe opady śniegu.
- Co do miejsca gdzie go zaprezentuje, tego jeszcze nie zdecydowałam- przyznała wprost, bo i nie szukała po prostu dekoracji do konkretnego pomieszczenia czy wypełnienia pustej przestrzeni.- Podobnie z barwami. Spodoba mi się wszystko, co kolorystycznie będzie skomponowane z treścią.
Na odwzajemniona ofertę skłoniła lekko głowę z uprzejmym uśmiechem, nie wykluczając, że kiedyś nadarzy się do tego idealna okazja, jak na razie traktując to jedynie jako taktowny rewanż.
Nie znały się, aby można było spodziewać się czegoś więcej. To było ich pierwsze prywatne spotkanie, na dodatek mocno ukierunkowane artystycznie. Da im ono zapewne pewne podstawy do ukształtowania swoich wrażeń, ale nie głębszą wiedzę.
- To był niespokojny rok- zgodziła się.- Wiele się wydarzyło i to w zaledwie pierwszej połowie. Druga natomiast wcale nie zapowiada się spokojniej.
Jej myśli podążyły ku zgromadzeniu na Stonehenge, do którego nie pozostało wiele czasu, a na które wszyscy wyczekiwali ze zniecierpliwieniem. Społeczeństwo pogrążało się w chaosie, a Ministerstwo zdawało się zajmować wszystkim tym, czym nie powinno. Minister po raz kolejny rozczarowywał tych, którzy go wybrali i nadszedł w końcu czas, aby zrobić z tym porządek, nadszedł czas aby skonfrontować go z wolą obywateli, którą jak do tej pory wydawał się bezkarnie ignorować.
Z nadchodzącym wiecem wiązała wiele nadziei, jeżeli wręcz nie pewności, nadchodzące zmiany miały zadowolić nie tylko ją samą ale i wielu innych szlachetnie urodzonych.
Nie mogła powstrzymać pełnego ponurej satysfakcji uśmiechu, na myśl o rozprawieniu się ze szlamolubnym Longbottomem. Po Fawleyach, którzy nawrócili na poprawną drogę, spodziewano się podjęcia odpowiednich decyzji, pewność ta jednak nie obejmowała rodu Flintów. Byli konserwatywni, więc najlepiej powinni zdawać sobie sprawę, jak ważne jest dla ich społeczności trzymanie się tradycji, nie była jednak pewna czy ewentualna zmiana władzy nie zabrzmi dla nich, bądź co bądź, zbyt rewolucjonistycznie.
O decyzję nestorowa swego rodu nie martwiła się, wiedziała, że ta z jej własną nie będzie zbieżna, bo chociaż łączyła ich cienka nić przyjaźni z kilkoma rodzinami o wątpliwych stanowiskach, tak kwestia czystości krwi niewątpliwie okaże się nadrzędna.
Zbyt wiele wysiłku zostało włożone w utrzymanie czystej linii, aby teraz pozwolić garstce oszalałych lunatyków wszystko to zrujnować, jak gdyby nie miało to nigdy znaczenia. Jak gdyby dawne wartości miały zostać obrócone w kurz i pył, dla obłudnej, przewrotowej i nierealnej idei równości.
Odetchnęła cicho, czując jak wzburzenie kipiące po kątach szlacheckich posiadłości udziela się także jej. To nie był odpowiedni czas ani miejsce, dlatego przypomniawszy sobie wspomnienie o francuskiej szkole magii, uśmiechnęła się z domyślnym błyskiem w oku.
- Lady pozwoli, że zgadnę. Dom Harpii?
Zapytała z niewinnym uśmiechem, bo i nie obce były jej opowiadania o Beauxbaton. Idealne miejsce dla młodych czarodziejów chcących aktywnie rozwijać swoje zdolności artystyczne, a i nierzadko wybierane także przez brytyjskie rodziny.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala zachodnia [odnośnik]01.02.19 2:08
Lady Shacklebolt wciąż jawiła się Cressidzie jako swego rodzaju zagadka, i to nie tylko przez wzgląd na egzotyczne pochodzenie i kulturę jej rodu, która pod wieloma względami różniła się od tej typowo brytyjskiej. Było coś specyficznego także w samej jej osobie, choć mogła być to też kwestia tego, że pierwszy raz rozmawiały ze sobą sam na sam, nie były już tylko sylwetkami przemykającymi gdzieś w tle na sabatach i innych wydarzeniach towarzyskich, podczas których nigdy jakoś nie miały okazji się zapoznać. Niewątpliwie jeszcze wiele podobnych okoliczności czekało ledwie dwudziestoletnią Cressidę, która całe dorosłe życie miała dopiero przed sobą i nie zdążyła poznać absolutnie wszystkich przedstawicieli wyższych sfer.
- A więc chętnie stworzę pejzaż, oby spełnił lady oczekiwania estetyczne – odrzekła, przytakując na taką propozycję z chęcią i entuzjazmem. Jedynie na moment jej uśmiech nieco przygasł, gdy Zafrina wspomniała o uwiecznianiu anomalii, które jawiły się Cressidzie jako coś jednoznacznie negatywnego, ale wiele zjawisk niewątpliwie nadawało się do uwiecznienia, jak choćby miniony śnieżny czerwiec, jakich normalnie w Anglii nie było, choć wątpiła, by egzotyczna lady lubiła się otaczać akurat zimowymi krajobrazami. Kiedy Cressida spoglądała na nią, widziała raczej letnie krajobrazy, ale ostatnie miesiące także obfitowały w anomalne zdarzenia, które niekiedy gdzieś mimochodem się na niektórych pracach pojawiały.
- Skoro niejako otrzymałam wolną rękę w doborze tematyki pejzażu oraz dominującej kolorystyki, zawierzę swemu natchnieniu, a może i inspiracjom dostarczanym przez... rzeczywistość – powiedziała, wciąż nieco zdziwiona, że ktoś mógłby chcieć uwiecznienia elementu obecnej burzliwej, pełnej strachu i niepokoju codzienności. Cressida chciałaby żeby anomalie zniknęły i pragnęła jak najszybciej o nich wtedy zapomnieć. – A wymagania co do terminu realizacji? Mam go stworzyć w określonym czasie, na jakąś konkretną okazję?
Niektórzy zamawiający dawali konkretne wytyczne co do tematyki i kolorystyki, a w tym przypadku wyglądało na to, że miała wiele swobody. Z jednej strony to lepiej dla natchnienia, z drugiej miała nadzieję, że to co stworzy wpasuje się w oczekiwania, o których tak niewiele wiedziała. W przypadku dobrze znanej sobie lady nawet bez postawienia jasnych wymagań wiedziałaby, w czym zamawiająca osoba gustuje, bo o swoich krewnych i znajomych wiedziała coś więcej. Po wernisażu otrzymała jednak kilka zamówień od osób, które były jej właściwie obce, ale i te zamierzała wykonać z należytą starannością i profesjonalizmem.
Po kolejnych słowach Zafriny i myśli Cressidy podążyły ku zbliżającemu się szczytowi, o którym rozmyślała regularnie. Mimo bycia ignorantką w politycznych kwestiach zdawała sobie sprawę, że to ważne zgromadzenie, ważne dla wszystkich rodów, a więc mogące w swej treści dotyczyć nie tylko mężczyzn, ale też kobiet i dzieci. Dla swego potomstwa oraz bliskich pragnęła wszystkiego co najlepsze, więc i ją niepokoiły szerzące się w niektórych rodach tendencje promugolskie i zapominanie o tradycjach, o których zachowanie powinni dbać, by ich potomkowie mogli dorastać jako dumni członkowie wyższych sfer. Cressida nie znała innego świata i bała się go, więc kurczowo trzymała się tego, co jej znane, choć zarazem zdawała sobie ponuro sprawę, że zawirowania polityczne drążyły przepaść między nią a częścią znajomych oraz krewnych ze strony matki. Ollivanderowie zbłądzili, jej daleki kuzyn zaprosił na swój ślub gmin, i Cressida wiedziała, że nie przystoi jej się już przyjaźnić z ludźmi, którzy nie kryli się z niestosownymi sympatiami, choć jeszcze kilka miesięcy temu ten fakt ignorowała, zwyczajnie unikając niewygodnych tematów i wybierając inne, bezpieczniejsze. Ale wtedy też nikt nie oczekiwał od niej przejmowania się polityką przy dobieraniu przyjaciół, a teraz nawet to, co robiły kobiety, wydawało się bardziej znaczące niż kiedyś – a mężczyźni z pewnością odczuwali to wszystko znacznie silniej. Cressie musiała więc dbać, by widywano ją w odpowiednich miejscach i z odpowiednimi osobami, choć nie czuła się z tym w stu procentach dobrze. Bo o ile zawsze przestrzegała rodowych zasad i nie przyjaźniła się z mugolakami, wobec szlachetnie urodzonych wykazywała się naprawdę dużą tolerancją, zwłaszcza wobec tych w jakiś sposób spokrewnionych. Naprawdę szkoda, że rody nie potrafiły się zjednoczyć ponad dzielącymi je różnicami i przemawiać jednym głosem. Było ich coraz mniej, szlachetna krew dla wielu coraz mniej się liczyła, a przecież szły za nią całe wieki pięknych tradycji oraz fundamenty magicznego świata. Czy któryś mugolak mógł się pochwalić podobnym dziedzictwem? Cressida nigdy nie darzyła ich nienawiścią, przez całe swoje życie ignorowała ich istnienie, byli jej obojętni, ale nie wierzyła też w równość ani nie chciała, by jej dzieci dorastały sztucznie zrównane z potomkami mugoli. Chciała, by dorastały tak jak jej pokolenie i wszystkie wcześniejsze, dumne ze swoich korzeni i wieków rodowych historii, odgrodzone dworskimi murami od świata zwykłych ludzi.
- Zaiste, był. Muszę się zgodzić z tymi słowami – odezwała się cicho i dość lakonicznie, ale taka była prawda, ten rok pełen był niepokojów i nie zanosiło się, by jego końcówka miała się różnić.
Ulżyło jej, kiedy lady Shacklebolt poruszyła temat jej dawnej szkoły. I ona nie chciała rozmawiać o polityce, był to jeden z najmniej lubianych przez nią tematów, poza tym o ile przy mężu i bliskich mogła zdradzać się z myślami i niepokojami, to czuła, że obcym jej myślenie wydałoby się dość infantylne i przesycone nieznajomością realiów świata wielkiej polityki i intryg.
- Tak, należałam do Harpii. Domy w Beauxbatons działały na nieco innej zasadzie niż w Hogwarcie, mogliśmy sami wybierać je stosownie do artystycznych zamiłowań, więc siłą rzeczy wybrałam ten ukierunkowany na malarstwo, bo już wtedy darzyłam je największą sympatią spośród wszystkich sztuk – rzekła, znowu się ożywiając; Cressie nawet się nie zawahała przy wyborze, wiedziała, że Harpie to najlepsza opcja. – Słyszałam jednak, że w Hogwarcie działało to inaczej. Chętnie dowiem się też, w jakim ty byłaś domu, lady. Choć nigdy nie przestąpiłam progów tej szkoły, słyszałam opowieści od krewnych i przyjaciół, którzy mieli okazję się tam uczyć. Nigdy też nie miałam okazji się dowiedzieć, dokąd zostałabym przydzielona, bo wiem, że w Hogwarcie nie było możliwości samodzielnego wyboru.
Hogwart zawsze jawił jej się jako miejsce odarte z artystycznych uniesień, bardziej praktycznie podchodzące do wiedzy, choć niekoniecznie tej salonowej. Jednak uczyła się tam większość jej krewnych i tylko tego brakowało Cressidzie, bycia bliżej nich. W Beauxbatons uczniów z brytyjskich rodów było mniej niż w Hogwarcie, więc czasem odczuwała boleśnie brak bliskich, z którymi prawie dziesięć miesięcy w roku mogła się kontaktować wyłącznie listownie. Ale pomijając tę niedogodność oraz trudy początkowej aklimatyzacji w obcym miejscu dobrze wspominała czasy nauki i była wdzięczna matce; to dzięki niej mogła się tam uczyć, bo ojciec nalegał na Hogwart, większość Flintów uczyła się właśnie tam, ale podobno wydarzyło się tam coś niebezpiecznego, dlatego Leander Flint uległ prośbom żony i wysłał córki do Francji.


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]05.02.19 23:32
Nie umknęła jej uwadze pełna niechęci reakcja młodej lady na wspomnienie o anomaliach, które rzecz jasna nie były czymś ułatwiającym życie czy chociażby bezpiecznym, niektórzy wzdrygali się na samą myśl o użyciu różdżki bez wyraźniej konieczności. Ona jednak starała nie uginać się przed podobnymi przeciwnościami, a przynajmniej nie nazbyt często i nie nazbyt łatwo, unikając także bezmyślnej brawury. Największą jej bolączką okazał się brak możliwości bezpiecznej teleportacji, gdyż inne środki były po prostu nad wyraz kłopotliwe, że o lataniu na czymkolwiek nie wspomni.
Nie lubiła kiedy jej stopy odrywały się na zbyt długo od ziemi, a jej częściowe bezpieczeństwo miało zależeć od jakieś przedmiotu czy tez stworzenia, nawet ostatecznie akceptowalne kominki zdawały się nie działać tak jak powinny.
Były jednak także pozytywne strony, jeżeli tylko wiedziało się, w którą stronę patrzeć- chodziło jej mianowicie o usuwanie podobnych skaz czy może raczej o korzyści płynące z odniesienie przy tym sukcesu. Niebezpieczne przedsięwzięcie i niepożądane przez ministerstwo, oczywiście. Zapewne brak kontroli musiał być tu dla pewnych służb wybitnie niewygodny.
Na wspomnienie iż jeszcze niedawno sama pragnęła być częścią tej niegdyś zapewne wspaniałej instytucji, ogarniał ją niesmak. W rękach kolejnych ministrów począwszy od szalonych, a skończywszy na nieudolnych wszystko zdawało się popadać w ruinę. Wierzyła, że wszystko dałoby się naprawić, jednakże należałoby prace zacząć od fundamentalnych spraw, chociażby takich jak usunięcie osób niegodnych ich stanowisk.
- Proszę się zdać na intuicję lady Fawley, a kwestię polubienia pracy lub też nie pozostawić ku mojemu zmartwieniu. Chociaż jak już wspomniałam, nie sądzę, abym miała doznać zawodu- przyznała z ledwie zauważalnym rozbawieniem w głosie.- Co do czasu, cóż.. nie ukrywam, że im szybciej tym lepiej, ale nie nalegam na żaden konkretny termin.
Cierpliwość zdawała się nie należeć do jej mocnych stron, nie dotyczyło to jednak rzeczy, których pragnęła. Potrafiła na nie czekać tak długo jak należało, a czasami nawet dłużej i wytrwalej niż mogłaby się tego po sobie spodziewać. Prawdą tu było, że czasami czekanie wzmaga apetyt.
Powoli ruszyła z miejsca. W pustej sali, zajmowanej do tej pory tylko przez nie same, stukot jej obcasów odbił się echem, a otaczającą je ciszę wypełnił cichy szelest sztywnego materiału.
Mogły powoli obejść pomieszczenie, być może nawet przejść do innej sali, gdyż w miejscu gdzie wszystko rozpoczęły- wszystko zdawało się już ustalone. Tok rozmowy zdawał schodzić się na bardziej pogawędkowe aspekty, zdawałoby się przyjemniejsze i luźniejsze dla drugiej kobiety, która zdawała się nieznacznie ożywić.
- Słyszałam co nieco o tej szkole- przyznała z enigmatycznym uśmiechem. Wyobrażała to sobie jako jasne miejsce, pełne słonecznego blasku, gdzie sztuka otacza uczniów na każdym kroku. Nie wzgardziłaby zapoznaniem się z nią osobiście. Nie była jednak do końca przekonana, że jej własny wybór padłby właśnie na ową szkołę, gdyby dano jej cofnąć się w czasie oraz pozwolono na wolny wybór. Sztuka była czymś co ceniła, jednak we własnym mniemaniu odniosła na tym polu zbyt wiele porażek, aby łudzić się iż skrywa w sobie artystyczne talenty. Wolała pozostawić to w sferach czysto hobbystycznych, w szkole poświęcając zdecydowanie więcej czasu na teorię magii oraz jej praktykowanie. Naturalnie odpowiadało jej to pole, jako iż mogła się na nim wykazać.- Moim domem był Slytherin. Dom węża, dla uczniów ambitnych i zaradnych- a kiedy trzeba bezwzględnych i przebiegłych. Tego jednak na głos już nie rzekła. Każdy dom miał stereotyp, jej zdaniem były to jednak niezwykle trafne i nadal aktualne opisy.
Dom założony przez Salazara, który sama reprezentowała, jawił się jej jako najchłodniejszy ze wszystkich czterech, napędzany potrzebą dominacji oraz rywalizacji nawet pomiędzy przyjaciółmi. Każdy kto do niego trafiał, musiał mieć w sobie wystarczająco wiele niezłomności, co zauważała szczególnie w samotnych jednostkach, a tych między nimi nie brakowało. Nieraz zdarzyło się jej obserwować tych, którzy byli samotnikami z wyboru. Zazwyczaj byli skupieni na nauce, pozostający na uboczu, a to według niej wymagało znacznie większej odwagi niż pałętanie się w licznych grupach zaprzyjaźnionych i zatracanie rozumu w owczym pędzie.
Nie rozwijała się jednak w tym temacie, rozumiejąc, iż lady znając absolwentów Hogwartu, posiada już pewne informacje na ten temat.
- Faktycznie, bez tiary to nieco trudne do przewidzenia. Nie zawsze jesteśmy tacy, jak się nam to wydaje- my dorośli czarodzieje, że o jedenastolatkach przekraczających progi nie wspomnę.
Dobrze mieć zatem coś, co potrafi zajrzeć w głąb nas samych i podjąć tę decyzję za nas. A raczej dobrze było mieć
- poprawiła się, jako iż podobna pomoc była im uświadczona zaledwie jeden jedyny raz, czego żałowała już przy kilku okazjach. Nie wzgardziłaby posiadaniem przy sobie czegoś, co znałoby ją lepiej od niej samej, czegoś zawsze obiektywnego i gotowego posłużyć radą.- Gdyby jednak miała lady zgadywać na podstawie opowieści, który dom miałby szansę okazać się tym właściwym dla ciebie?
Zerknęła na młódkę z błyskiem zainteresowania w oczach, wiedząc, że nie jest to łatwe pytanie. Mogło mieć tu wpływ wiele czynników i więcej niż jedna odpowiedź wydawać tą odpowiednią, co także by zaakceptowała. Czasami trudno stwierdzić, który z zestawów cech jest tym przeważającym na dłużej.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Sala zachodnia [odnośnik]06.02.19 1:11
Cressida zwyczajnie się anomalii bała, nie tylko ze względu na siebie, ale przede wszystkim na dzieci. Sama mogła zrezygnować z używania na co dzień magii i sięgać po różdżkę tylko w stanie absolutnej konieczności, ale bardziej niepokoiły ją kwestie bezpieczeństwa dzieci i bliskich. Brak teleportacji i sprawnej sieci Fiuu również jej doskwierał, bo to tych środków transportu używała najczęściej. Mioteł nie lubiła, poza tym damie nie uchodziło wystawiać się na widok siedząc okrakiem na kijku od szczotki, na ateonanach latać bardzo lubiła i potrafiła to robić dobrze, ale w Londynie mógłby pojawić się problem z zostawieniem latającego wierzchowca. Pozostawały świstokliki wyczarowywane przez bardziej obeznanych w tej sztuce krewnych. Opuszczała posiadłość rzadziej niż zwykle i staranniej planowała czas, by za jednym pobytem w Londynie załatwić kilka spotkań i spraw, by nie musieć ruszać się ze względnie bezpiecznej przestrzeni zbyt często. Dziś planowała jeszcze odwiedzić ze swoją krewną ogród magizoologiczny, bo dawno nie była w tamtejszej ptaszarni.
- Postaram się, by otrzymała lady ten obraz w październiku – rzekła. – W razie ewentualnego opóźnienia poinformuję listownie, ale mam nadzieję, że natchnienie mnie nie opuści i wszystko pójdzie sprawnie. O dobór materiałów zatroszczę się sama, a o terminie odbioru również poinformuję sową, Piórko z pewnością łatwo lady znajdzie.
Oczywiście wena była stworzeniem kapryśnym, zwłaszcza jeśli była karmiona niepokojami targającymi malutkim serduszkiem dziewczątka – ale zarazem sztuka było czymś, co pozwalało jej uspokoić myśli i oderwać się od trosk. Czarodziejskie farby olejne umożliwiały też wykonanie obrazu szybciej i sprawniej niż gdyby korzystała ze zwykłych.
Podążała za lady Shacklebolt, nawet gdy tematy zboczyły na inne, luźniejsze kwestie odbiegające od głównego tematu, ale Cressidzie czasem brakowało innego towarzystwa, gdy spędzała zbyt wiele dni w dworze, ograniczona tylko do męża i jego krewnych. Nie żeby czegokolwiek im brakowało, ale nieraz nawet nieśmiałej osobie potrzeba było odrobiny urozmaicenia.
- Beauxbatons było naprawdę pięknym miejscem i dobrą szkołą, z pewnością będę wspominać je z sentymentem mimo początkowych trudów adaptacji w nowym miejscu, tak różnym od tego, do czego przywykłam wychowując się w Charnwood – rzekła. Wyjazd do szkoły, zwłaszcza za granicę, zawsze był sporą odmianą, tym bardziej jeśli większość krewnych uczyła się w kraju i czekała ją rozłąka. Ale z czasem doceniła możliwość uczenia się we Francji jako jedna z bardzo nielicznych Flintów. Jeśli chodzi o Hogwart znała go z opowieści i czasem zastanawiała się, gdzie przydzieliłaby ją Tiara. Slytherin jak ojciec, czy Ravenclaw jak matka? A może Hufflepuff, gdzie zdaniem większości krewnych podobno często trafiały osoby nieśmiałe i zahukane? Jej ojciec z pewnością by tego nie zaaprobował, ale taki przydział był w przypadku Cressidy bardzo możliwy, bo prawdopodobnie była zbyt łagodna i delikatna na Slytherin, choć wiedziała że trafiało tam wielu Flintów oraz członków konserwatywnych rodów w ogóle. Cressida była jednak ponadprzeciętnie wrażliwa, nieśmiała i miła, brakowało jej zawziętości i nie dążyła do celu po trupach, brakowało jej też manipulacyjnych umiejętności i wyniosłej postawy. Do krzewiącego promugolskie wartości Gryffindoru nie nadawałaby się tym bardziej, wychowywana w konserwatywnych tradycjach, całkowicie pozbawiona buntowniczych zapędów i przede wszystkim strachliwa i stroniąca od wszelkiego ryzyka. Beauxbatons oszczędziło jej jednak podobnych dylematów oraz bycia wstydem dla rodziny z powodu nieodpowiedniego przydziału.
Zafrina miała jednak rację – ludzie nie zawsze byli takimi, jak wydawało się im samym, że są. Może gdyby Tiara wejrzała głęboko w jej duszę dostrzegłaby coś, z czego sama Cressida nie zdawała sobie sprawy. Czasem zastanawiało ją, jak to działało, że kawałek starego materiału mógł wyrokować jedenastolatkom przyszły przydział i wiedzieć, jakimi ludźmi się staną. Trudno było kogoś, a zwłaszcza samą siebie jednoznacznie zaklasyfikować. Nie miała okazji przekonać się o tym na własnej skórze, wybierając szkolny dom na podstawie własnych zainteresowań artystycznych.
- Trudne pytanie, bo jak lady słusznie zauważyła, nikt z nas nie wie o sobie absolutnie wszystkiego – zaczęła, wahając się przez moment. – Zawsze lubiłam sobie jednak wyobrażać, że trafiłabym do Ravenclaw, jak moja matka. Ale jak byłoby naprawdę, nigdy się nie dowiem. – Matka zawsze była dla niej wzorem damy idealnej będącej jednocześnie inteligentną kobietą o rozległej mądrości życiowej i znakomitą, troskliwą żoną i matką. Cressida chciała wierzyć, że mogła być kiedyś taka jak ona, i że mogłaby uczyć się w tym samym domu, ale poważnie obawiała się, że Tiara wykrzyknęłaby głośno „Hufflepuff”, skazując ją na jeszcze większą dezaprobatę ojca i utwierdzenie go w przekonaniu, że była wybrakowana i słaba. Nie podzieliła się jednak tą myślą z kobietą, wyczuwając, że była Ślizgonka nie byłaby zbyt entuzjastycznie nastawiona do kogoś identyfikującego się z domem raczej lekceważonym przez większość socjety, gdzie najbardziej liczyli się dawni Ślizgoni i ewentualnie Krukoni, a także absolwenci Beauxbatons; pozostałe domy utożsamiano z miłośnikami mugoli.
Obejrzały kolejne pomieszczenie, wymieniając jeszcze kilka uwag na temat mijanych obrazów oraz innych tematów. Późnij jednak wróciły do przedsionka, gdzie czekała już na Cressidę krewna.
- Dziękuję za rozmowę, lady Shacklebolt – odezwała się na koniec w ramach pożegnania. – Proszę oczekiwać na mój list, gdy obraz będzie ukończony.
Pożegnała się i niedługo później opuściła z krewną męża galerię.

| zt. x 2


Wszyscy chcą rozumieć malarstwoDlaczego nie próbują zrozumieć śpiewu ptaków?

Cressida Fawley
Zawód : Arystokratka, malarka
Wiek : 21/22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
To właśnie jest wspaniałe w malarstwie:
można przywołać coś, co się utraciło i zachować to na zawsze.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Zwierzęcousty

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5557-cressida-fawley-flint https://www.morsmordre.net/t5573-piorko https://www.morsmordre.net/t5571-ptak-w-zlotej-klatce#130038 https://www.morsmordre.net/f117-cumberland-ambleside-dwor-fawleyow https://www.morsmordre.net/t5581-skrytka-bankowa-nr-1374 https://www.morsmordre.net/t5580-cressida-fawley
Re: Sala zachodnia [odnośnik]29.10.19 22:08
| 06.03?

Elise uwielbiała pojawiać się towarzysko. Była wręcz w swoim żywiole, gdy mogła bywać tam, gdzie śmietanka towarzyska z wyższych sfer. I choć po sabacie spotkało ją pewne przykre zdarzenie, z czasem zaczęła wracać do normy. Musiała, bo jej pozycja jako lady Nott wymagała od niej pewnych określonych zachowań, zwłaszcza w czasach, kiedy jej ród podnosił się po bolesnym ciosie zadanym im podstępnie przez parszywego zdrajcę krwi. Nieważne były jej emocje, przeżycia i smutki. Każdego dnia musiała ubierać maskę i robić wszystko to, co powinna robić jako panienka z dobrego rodu, w dodatku będąca na wydaniu, oczekująca na swego księcia z bajki, którego znajdą dla niej ojciec z nestorem.
Tak więc, mimo tych strat, z którymi się zmagała, pojawiała się tam, gdzie wypadało. Chodziła na sabaty, bale i przyjęcia, pozwalała oczarowywać się kawalerom z dobrych rodów, tańczyła z nimi i z fałszywą skromnością przyjmowała komplementy łechczące jej wysokie ego. Uwielbiała być w centrum uwagi i słuchać pochwał pod adresem swej urody, wyczucia stylu i artystycznych talentów.
Dziś pojawiła się w Londynie w towarzystwie matki i siostry, z którymi miała udać się na występ do Fantasmagorii, ale przybyły na tyle wcześnie, że postanowiły spędzić pozostały czas w czarodziejskiej galerii sztuki przepełnionej sztuką najlepszego formatu, wolną od plugawych mugolskich naleciałości. Elise dawno tu nie była. Rzecz jasna posiadała podstawową wiedzę o malarstwie, jaką musiała posiąść jako dama, ale jej główną pasją była muzyka, zwłaszcza gra na fortepianie i śpiew. Na tym znała się lepiej, i wydarzenia muzyczne były przez nią najbardziej lubiane, ale to nie znaczyło, że nie mogła pojawiać się w innych przybytkach sztuki niż tylko opery i balety. W galerii także można było spotkać wartościowych członków socjety, a także nasycić oczy pięknymi pejzażami, portretami i scenkami rodzajowymi.
Nie było tu dziś żadnego ważnego wydarzenia, ale i tak napotkała kilkoro szlachetnie urodzonych czarodziejów. Wraz z matką i siostrą wdały się w krótką pogawędkę z jedną z lady Fawley, spotkały też krewną matki, jedną z jej dalekich kuzynek wżenionych obecnie w inny ród. Choć rozmowa z kobietami bliższymi wiekiem matce niż jej samej nie była szczególnie ciekawa, jak przystało na Nottównę umiała robić dobrą minę do złej gry i odnajdywać się w tej sytuacji, a także wywierać na zacnych damach odpowiednie wrażenie. Gdy tylko zechciała potrafiła ukrywać swój parszywy, kapryśny i roszczeniowy charakterek pod miłą, ujmującą fasadą. Chciała w końcu, by widziano w niej dobrą kandydatkę na potencjalną żonę.
Oddzieliła się od matki i siostry dość przypadkowo; w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że zgubiła swój szal, który w pewnym momencie musiał zsunąć się z jej ramion. Wróciła się do sali którą wcześniej opuściły, zamierzając odszukać swoją własność, powłóczysty zielony materiał pasujący kolorem do sukni, którą na sobie miała. Rozglądała się, mając nadzieję, że nikt go sobie nie przywłaszczył. Nie chciała, by jakiś plebs kalał swym dotykiem jej własność.
Elise Nott
Zawód : Dama, ozdoba salonów
Wiek : 19
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Ty się nazywasz lew, a lwa nie obchodzi zdanie owiec.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t6043-elise-nott https://www.morsmordre.net/t6157-poczta-elise https://www.morsmordre.net/t6156-panienka-nott https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t6159-skrytka-bankowa-nr-1507 https://www.morsmordre.net/t6158-elise-nott

Strona 7 z 10 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10  Next

Sala zachodnia
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach