Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Kulturalne spotkanie dżentelmenów
AutorWiadomość
Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]11.10.15 16:38
First topic message reminder :

Rozwaga. Słowo-klucz, które przyświecało mu niemal przez całe życie. Wbite do głowy przez ojca, który nigdy nie powtarzał drugi raz tej samej lekcji, aczkolwiek zawsze wymagał perfekcyjnej znajomości jej treści. Dzięki twardemu wychowaniu Avery mógł śmiało brylować na salonach bez obawy o nieroztropne ukazanie swego prawdziwego oblicza – a oficjalnie bez lęku o popełnienie gafy i zbłaźnieniu się w tak znamienitym towarzystwie. Samael stał się mistrzem w grze pozorów: cichym, zdystansowanym, skupiającym uwagę, ale nieprzyciągającym podejrzeń. Na arystokratycznych dworach pozostawał szarą eminencją, wymieniającą kolejne uprzejmości ze wszystkimi szlachcicami, lecz tylko nielicznych obdarzając atencją. Z pobudek iście egoistycznych: każdy Sabat finiszował teatrzykiem kukiełkowym, w którym występowały kolejne lalki, nieświadome, iż tańczą na sznurkach dzierżonych przez owego dżentelmena. Ludzie niezwykle chętnie garnęli się pod jego skrzydła, jakby przyciągał ich niezbadaną dotąd mocą. Zaiste, nie wkładał dużego wysiłku, by zdobyć sobie wieczorową gwardię wazeliniarzy, którzy nadciągali nawet mimo jego groźnie zmarszczonych brwi oraz wiecznie poważnej twarzy, nie okraszonej nawet szczyptą radości z powodu tak wspaniałej zabawy. Wśród rzeszy płytkich pochlebców trafiło się wszakże jedno indywiduum na tyle interesujące, by Samael nagiął nieznacznie swoje zasady (czyżby nauka ojca poszła w las?), postanawiając wypróbować delikwenta. Poznanego podczas degustacji podłej, jak na szlacheckie standardy jakości alkoholu oraz kurtuazyjnej dysputy o niczym (kobiety nie zasługiwały na inne określenie).
Nie spodziewał się, iż znajomość z Colinem przekształci się w trwalszą zależność, jednakże ów arystokratyczny wyrzutek potrafił skusić go skutecznie i dowieść wartości własnej. Nie zmieniało to jednakże faktu, iż Avery nie potrafił postrzegać go inaczej, niż jako rozkosznego psiaka, przynoszącego w zębach smycz i proszącym wzrokiem błagające o nałożenie mu obróżki. Postępowanie hańbiące i uwłaczające męskości Fawley’a, aczkolwiek pasowało do niego, więc nie stawiał zbędnych przeszkód, mocniej zaciskając kleszcze dookoła swojego nowego przyjaciela. Nie krępując wszakże za bardzo swobód Colina; luźna dominacja wystarczyła mu w zupełności. Podział musiał zostać uwydatniony, aby Fawley nie ważył się zapomnieć. Łączące ich stosunki przestały już przypominać więzi spajające kontrahentów, aczkolwiek Samael nie zamierzał rezygnować z władzy zwierzchniej w ich duecie. On przyjmował to nawet z pewnym rodzajem zadowolenia, toteż Avery podkreślał swoją pozycję, mieniąc się nawet protektorem starszego szlachcica. Zabawne były koleje losu, które rzuciły pod jego stopy jęczącego o właściwe ukształtowanie charakteru Colina. Nie mógł trafić lepiej i choć Samael sądził, iż niestety jest już dla niego odrobinę za późno, udało mu się wykrzesać z niego trochę męskiej dumy i siły. Nie uczynił z niego Atlasa, aczkolwiek wpoił pewne podstawowe prawdy o świecie, a nade wszystko, próbował nauczyć go kobiet. Owe lekcje niekiedy bywały frapujące i Avery z czasem przyzwyczaił się do irytującego towarzystwa Fawley’a. Rozszerzając ich standardowe wizyty o pogawędki nierzadko zahaczające o tematy zgoła odległe od niewiast i polityki. Gdy znużenie i nuda przełamywały introwertyczność, Colin nagle stawał się wręcz pożądanym gościem w jego rezydencji. Samael nadal pozostawał paskudnym egocentrykiem, ceniącym swoje towarzystwo ponad wszystko w świecie, lecz znajdował trochę wolnego miejsca dla ulubionego protegowanego. Również dziś poczuł głód rozmowy z królem bez ziemi i posłał po niego, przekonany iż przybiegnie na zawołanie, co zdarzało się nie raz. Nie miał planów, pragnął jedynie partnera do dyskusji. O dojrzałości liryków młodego Rimbauda, które czytywał z równą namiętnością, z jaką oddawał się innym uciechom życia. Rozsiadając się w fotelu z tomikiem Iluminacji, nie spoglądał na zegarek. Węgiełek uwijał się jak należy, dokładając drew do kominka i po raz kolejny polerując pękate kieliszki, aby były nieskazitelnie czyste i wyciągając z barku kupioną za bajońską sumę butelkę Toujours Pur. Avery wprawdzie rzadko pijał alkohol, przyzwyczajony raczej do czerpania maksymalnych bodźców zmysłami niestępionymi przez używki. Czasami jednak lubił sobie pozwalać na drobne ekstrawagancje.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery

Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]02.11.15 14:46
W ludzkich pragnieniach, choćby i tych najmniejszych, najdelikatniejszych, które dotyczyły spraw uczuciowych, miłości, zemsty i pożądania, zderzały się dwa światy burzące dotychczasowe przywileje wolności. Umysł, który pragnął logicznego, rozsądnego rozwiązania; wyboru podjętego na drodze rozumu, przemyśleń, budowania i odrzucania argumentów. I zmysły, działające szybko, tu i teraz, rodzące się w płomieniu chwili i wypalające wraz z pierwszym mocniejszym podmuchem. Człowiek, który potrafił panować nad dwoma światami, który potrafił stworzyć most, mityczne przejście między nimi, który krążył po tym moście bez większego problemu, nie chwiejąc się przy byle podmuchu i nie ulegając byle argumentom – człowiek taki potrafił panować nad swoimi pragnieniami. Potrafił odróżniać marzenia od jawy, sny od rzeczywistości; potrafił ujarzmić tę rzeczywistość, czyniąc ją sobie uległą i dostosowując do własnych pragnień. Colin wielokrotnie zastanawiał się nad tym, jak znaleźć bezpieczne przejście z pragnień racjonalnego umysłu do emocjonalnego pożądania. Jak połączyć coś, co z natury było dla siebie dwoma odmiennymi biegunami, które tylko potężna siła mogła do siebie przyciągnąć – a które i tak błyskawicznie się oddalały, gdy mistyczna moc choć na chwilę wygasła. Wiele razy szukał odpowiedzi na niezadane i niewypowiedziane pytania; czy to, co odczuwał, pragnienie ukorzenia się przed Samaelem, wypływało z poczucia chwilowej wdzięczności za nauki podarowane łaskawie przez szlachcica? Czy było to jedynie uczucie złudnej ucieczki od rzeczywistości; łamanie zasad, które dawały chwilowe ukojenie przed realnością świata, któremu miał stawić czoło? Czy marzenie, by służyć Avery'emu we wszystkim, było długo skrywanymi pragnieniami zmysłów, czy jedynie zachcianką, by skosztować czegoś nowego?
Gdy w życiu Colina pojawiła się władza, możliwość decydowania o być albo nie być swoich pracowników i ich rodzin; gdy pomnażane pieniądze dawały mu coraz większe możliwości, otwierały drzwi zamknięte i chronione występnością złotych galeonów... gdy miał wszystko, by samemu dążyć do bycia Samaelem – niedostępnym, aroganckim, znającym swoją wartość i pogardzającym tymi, który wyciągali dłonie w błagalnych gestach – gdy miał wszystko, by stać się panem samego siebie... czy nie stchórzył? Czy ten akt pokory i uległości nie był aktem strachu przed podjęciem końcowej, ostatecznej i nieodwracalnej odpowiedzialności za swoje życie i postępowanie? Tak, pragnął Samaela. Pożądał go fizycznie całym sobą, a jego ciało bluźnierczo okazywało to pożądanie w każdym swoim geście, afirmując szlachcica do boskiej postaci, która miłosiernie nachyliła się, by obdarzyć Colina swoim jestestwem. Tak, pragnął go i nie zamierzał tego ukrywać; od tamtej ciemnej nocy, gdy w pijackim upojeniu, ale z wystarczającą świadomością zmysłów i rozumu poddał się pierwszemu męskiemu dotykowi – wtedy w akcie buntu i sprzeciwu, w akcie chorej, ale przyjemnej ciekawości – to wtedy zakosztował nowego doznania. Nie tylko fizycznej satysfakcji, którą podzielał w amoralnym, występnym grzechu; ale i duchowej przyjemności, gdy za każdym razem, gdy występował przeciw ludzkim zasadom i boskim prawom, czuł się ponad nimi. Depcząc moralność i tradycję budowaną przez pokolenia, które dopiero w ostatnich wiekach strażnicy dewocji i niewinności obudowali otoczką zła i bezeceństwa, odczuwał w sobie nowy wymiar człowieczeństwa. Dlaczego teraz nie miał skosztować tego samego? Wznieść się na wyżyny zmysłowej przyjemności, dostarczając przy tym satysfakcji swojemu umysłowi, nerwowo wyczekującemu na kolejny krok? Dlaczego miał nie poddać się pragnieniu, które spalało go od środka, emanując potężną, nieznaną mu dotąd siłą niegasnącego pożądania, rozpalanego każdym słowem, każdym spojrzeniem i wrzącym dotykiem?
Samael stanowił tarczę między Colinem a niedostępną szlachtą. Swoim nazwiskiem wywindował nazwisko Colina, pozwalając mu na powrót zakosztować słodyczy arystokratycznego życia; wprowadził go na salony, które choć do tej pory witały go uprzejmie, to jednak z pewnym chłodem i podejrzliwością. Pokazał nowe ścieżki, którymi mógł podążać – nie po obrzeżach szlacheckiego parku, chowając się między krzewami wstydu i niepewności, lecz głównymi alejami, mijając po drodze tych arystokratów, którzy dotychczas nie zwracali na niego większej uwagi. Tak, nie bał się przyznawać sam przed sobą, że własnym niedopatrzeniem i niezdecydowaniem doprowadził do tego, że jego pozycja w szlacheckim świecie stała się cokolwiek wątpliwa, a bez wsparcia rodu, którego wciąż nienawidził całym sercem, był jedynie wątłym płomieniem rozświetlającym swoją przyszłość. Mroczną, nieznaną, może nawet zbyt krótką, by cokolwiek planować. To Avery podniósł go z kolan, czyniąc prawie że równym sobie. Colin nigdy się zastanawiał – a może jednak, ale był zbyt przerażony swoim bluźnierstwem, by się do tego przyznać? - czy gdyby na miejscu Samaela był ktoś inny, czy wtedy jego życie potoczyłoby się tymi samymi torami? Czy nadal odczuwałby mrożące i rozpalające na przemian pożądanie do swojego wybawiciela? Czy byłby mu bezgranicznie wdzięczny; tak bardzo, że korzyłby się na kolanach, błagając o łaskawe spojrzenie i przyjęcie swojego hołdu uległości? Czy przyjmowałby jego nauki z równą ufnością – ale i pewnym niezrozumieniem niektórych spraw – niejako zmieniając swoje dotychczasowe podejście do magicznego świata i jego przyszłości? Jaki byłby teraz, jakim człowiekiem się stał, gdyby to nie Samael siedział wtedy przy stoliku na pamiętnym Sabacie? Wątpliwości, pytania, niedopowiedzenia; jego życie pełne było niewyjaśnionych tajemnic, których nawet nie ważył się rozplątywać. Węzeł gordyjski miał takim pozostać na zawsze, skrywając swoje sekrety nawet wtedy, gdy dotknęłoby go ostre ostrze miecza gotowego zadawać gwałt.
Ostrze o wiele bardziej niewinne niż dłoń Colina, która z wytrawną nieprawością poruszała się po materiale spodni, odszukując pod niewielkimi zagięciami swój właściwy cel.  Nieśpiesznie, niemal z nabożną celebracją przesuwał palcami po wyczuwalnym kształcie; cofał dłoń, napierał mocniej, znów się wycofywał, burząc granicę między okrucieństwem a delikatnością, które nagle stały się jednością wyrastającą na gruncie pożądania. Nie pragnął niczego więcej, jak przysunąć się do Samaela, dotknąć jego ciała swoim ciałem, okazać mu prócz uległości również własne pragnienia; własne podniecenie buzujące gwałtownym płomieniem pod warstwą ubrań, które były jedyną przeszkodą przed finalnym spełnieniem. Nie pragnął niczego więcej, jak poczuć pożądanie Samaela na swoim ciele; nie, przyjąć go w swoim ciele, zamieniając beznamiętność ich relacji mistrza i ucznia w emocjonalny spektakl dwóch aktorów. Serce zabiło mu mocniej, nastoletnim wręcz wyczekiwaniem, pulsującą niecierpliwością, gdy z ust Samaela wydostały się kolejne słowa. Kolejny rozkaz rzucony stanowczym głosem; cichym, stonowanym, niepozostawiającym wiele miejsca do interpretacji – nawet gdyby Colin chciał go kiedykolwiek interpretować, zbyt podniecony i zbyt szczęśliwy zaszczytem, jakiego właśnie dostępował – nie zmusił go do klęknięcia. Nie skłonił. Nawet nie nakazał. Zachęcił. I Colin uczynił to z głuchym pomrukiem satysfakcji, z cichym westchnieniem ulgi, że jego zabiegi, że jego nieme prośby, że ruchy dłonią, których nie zaprzestał nawet wtedy, gdy powoli, centymetr po centymetrze osuwał się w dół, przedłużając ten moment do granicy swojej (i jego?) wytrzymałości, że to wszystko co robił, w końcu przyniosło skutek.
Jęknął; nie z bólu - z pożądania, czując palce Samaela w swoich włosach, zaciskające się, szarpiące, zmuszające, by spojrzał w górę prosto w jego oczy. Prosto w niebieską mgłę pragnienia, dokładnie taką samą, jaką musiał mieć we własnym spojrzeniu; we własnych niebieskich tęczówkach, gdzie z równą jasnością malowało się całe pożądanie ciała. Oczy nie kłamały; nawet gesty Samaela, by okazać swoją władzę, swoje panowanie w tym konkretnym momencie, swoją przewagę, gdy wciąż stał z Colinem pochylonym u stóp, nawet to wszystko nie mogło ukryć prawdy wyzierającej ze spojrzenia, jakie mu rzucał. Nie musiał nic mówić; Colin bardziej niż ochoczo zgodził się ze swoją nową pozycją i wyzwaniem, wędrując dłonią do zapięcia spodni. Ignorował, przynajmniej przez pierwsze kilka sekund, paraliżujący dotyk na policzku; jego świadomość oszalała tak samo jak wyobraźnia, podsuwając kolejne obrazy, widoki, kolejne wizje, z których każda następna rozpalała coraz mocniej. Przemijająca chwała świata stała się niczym wobec przemożnego pragnienia, by zerwać z Samaela ubranie, by rozciąć plugawy materiał strzegący jego męskości, którą oczyma wyobraźni widział już w... zadrżał bezwiednie w niekontrolowanym odruchu, skupiając się ponownie na spodniach. Zapięciu, które po krótkiej walce skapitulowało. Nagim ciele, które drapieżnie powoli wyłaniało się spod materiału, z każdym kolejnym centymetrem burząc i tak wzburzoną krew. Było zupełnie inaczej – mocniej, gwałtowniej, pewniej – niż za pierwszym razem, gdy ulegał męskiej namiętności; niż wtedy, gdy poddał się Benowi; niż z każdym następnym spotkaniem, gdy uczył się nowej przyjemności osiąganej w sodomicznym akcie pożądania. Odczuwał całym sobą każde najmniejsze drgnienie ciała Samaela, każdą próbę podejmowania kontroli nad swoimi reakcjami i każdą bolesną (przyjemną?) porażkę, gdy ciało zawodziło umysł. W ich relacji nie było miejsca na delikatność pocałunków i niewinność radość kochanków po raz pierwszy poznających swoje ciała. Nie byli kochankami; dzielili się sobą – choć nierówno – dążąc do swoich własnych celów. Colin spełniał swoje pragnienia, budując most między umysłem a zmysłami, szukając zaspokojenia w palącym ogniu pożądania; Samael przyjmował zaś należy sobie hołd, ostateczny dowód lojalności i uległości swojego ucznia.
Nie spuszczał z niego wzroku – powoli zmieniającego się z poddańczego spojrzenia w niezaspokojoną żądzę – gdy obejmował go dłonią. Gdy przesuwał palcami po ciepłej strukturze erekcji, dopiero po boleśnie długiej chwili radośnie przenosząc swoje spojrzenie w dół, by wyraźniej widzieć każdy swój ruch. Każde leniwe przeciągnięcie dłonią, każde najmniejsze muśnięcie opuszkami palców – w tym geście nie było żadnej uległości, a jedynie czysta świadomość, że na tych kilka sekund boskiego daru to on jest panem sytuacji – każdy delikatny ruch, mocny uścisk, każde występne dotknięcie przybliżało go do stanu bezgranicznej ekstazy. Wszelkie pytanie i wątpliwości odpłynęły w niebyt – jakie teraz znaczenie miał fakt, co doprowadziło go do tej sytuacji? Co sprawiło, że klęczał pokornie, rozchylając usta, by przyjąć Samaela, zamiast siedzieć w bezpiecznym gabinecie swojej rezydencji? Co skłoniło go, do poddania się woli młodszego szlachcica i przyjęcia jego niemalże wszystkich nauk? Jakie miało to znaczenie teraz, gdy wsuwał go coraz głębiej, jego serce zamierało, a ciało zapominało o tym, jak się oddycha? Co za różnica, czy był tu, bo bał się odpowiedzialności, czy po prostu chciał tu być, by ugasić swoje niemoralne żądze? Nie zastanawiał się nad tym, zaciskając na nim wargi, przesuwając po nim językiem i pragnąc, by przyjął jego dar do samego końca. Jeżeli świat i przewrotny los chciał go kiedyś ukarać, to tak, niech ma ku temu powód. Oparł dłonie na udach Samaela, traktując je bezbożnie jako ostoję chroniącą go przed upadkiem, kiedy zaczął poruszać głową szybciej, gdy wchłaniał go całego, nie bacząc na konsekwencje i gdy w końcu przestał się lękać, że wszystko jest wyłącznie wytworem jego wyobraźni.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]04.11.15 16:00
Ziemia już dawno została spalona, a oni przechadzali się po jej zgliszczach, podziwiając nieubłagany upływ czasu. Przemijanie ukazywało się wszędzie, rozpraszając swoją symbolikę w każdym miejscu, odciskając piętno na przedmiotach oraz ludziach, bezwiednie poddającym się ślepemu losowi. Trudno było przeciwstawić się przeznaczeniu, skoro pozostawiło wyraźne wskazówki, ściśle określające koniec i początek. Zapętlające się nieustannie w jednym akcie narodzin i śmierci, w którym przyjście na świat oznaczało podpisanie wyroku i pogodzenie się z nieuchronnością obrócenia się w pył. Z prochu powstawały kolejne cienie, wątłe, szare, bezosobowe sylwetki, aby po odbyciu swej wędrówki zmienić się w wirujące popioły zapomnienia. Takim nie została przeznaczona ani jedna stronnica w cennych memoriałach, pozostawiając historię pisaną złotymi zgłoskami dla triumfatorów, wykraczających poza granice ludzkiego poznania. Zaszczytów mogli dostępować jedynie ludzie nieulękli, świadomi własnego znaczenia oraz faktu, iż zostaną okrzyknięciu rewolucjonistami. Bynajmniej nie w kontekście prymitywów, podburzających do bratobójczych walk i bezsensownego przelewu krwi, a w znamieniu prekursorów nowych nurtów, oświecających otępiałą gawiedź. Zmysły pozostawały boleśnie nieczułe nawet na rażąca jasność bijącą z latarenek, w której wiązki światła wyraźnie rozszczepiały się na rozkoszną frywolność, na którą nachodziła towarzyska ogłada. Skrajnie różne i zupełnie niepodobne do siebie barwy zlewały się w jednolite tło, tworzące bramę nowej, świetlanej epoki. W której przeszłość obwarowano grubymi murami, a tradycje przyjęto, lecz opatrzono odpowiednimi adnotacjami. Zezwalającymi na drobne ustępstwa wobec jednostek uprzywilejowanych (zawsze takie będą; równość zaś pozostanie mrzonką dla fanatycznych ideowców), tworząc kolejne mity o biblijnych znamionach. Avery tłumaczył Colinowi zagadnienia stricte filozoficzne, zagłębiając się w sens ludzkiego bytu, poruszając sporną kwestię panowania jednego człowieka nad drugim. Cierpliwie rozplątywał linie paraboli, po której balansowali, z wysokości obserwując upadek (moralny?) czarodziejskiego społeczeństwa. Zblazowanego, a nawet sfrustrowanego ograniczeniami napierającymi z każdej strony i zawężającymi ich możliwości. Samael znajdował się w sytuacji niezwykle komfortowej, mogąc pozwolić sobie na wszystko. Był personą szanowaną, choć za drzwiami jego rezydencji rozgrywały się bezeceństwa podobne greckim bachanaliom oraz orgie pod wieloma względami przewyższające poczynania rzymskich cesarzy. W poszukiwaniu przyjemności nie wahał się bowiem eksperymentować, poszerzać zakresu swojego widzenia. Nienawidził wprost ograniczeń, wtłaczania w sztywne ramy zakurzonych konwenansów – z jednej strony trzymających w ryzach jego umiłowany ład, z drugiej, krępujących hedonistyczną naturę Avery’ego. Nieustannie ścierały się w nim dwie sprzeczności, przywołując wizję uporządkowanego chaosu. W którym harmonia perfekcyjnie współgrała z dysproporcjami, a on mógł folgować zarówno pożądaniu, jak i porządkowi. Potrafił uelastycznić swoje normy, dopasowując się do sytuacji (niemalże lirycznej?), dzięki czemu odgrywane przez niego spektakle były mimetycznym, naturalistycznym odtworzeniem rzeczywistości. Dramat, w jakim występował Fawley również został starannie wyreżyserowany: dążąc do ideału nie mógł pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę. Zgubienie rytmu, wypadnięcie z roli, zająknięcie się w wypowiadanej kwestii poskutkowałoby krachem całego spektaklu. Przygotowywanego przecież z rozmachem, pieczołowitością i niezwykłą wręcz dbałością o najmniejsze szczegóły. Nie istniał detal, który mógłby przeoczyć, kiedy kształtował w Colinie mężczyznę, kiedy wskazywał mu niezbędną iskrę, jaką winien posiadać arystokrata. Był już zresztą niemal gotów, a Avery postanowił mu zaufać, powierzając odpowiedzialną rolę aktora – nie zaś marnej marionetki, jaką zdawał mu się dotychczas. Decorum nadal ich obowiązywało, gdyż oscylowali na płaszczyźnie bliższej boskiemu uniesieniu niż pospolitej żądzy. Treść była pełna, doniosła, zdecydowanie oddzielająca pewny dotyk i najwyższą afirmację od przygodnej miłości uprawianej na progach kamienic, czy w ciemnych, wilgotnych zaułkach Nokturnu. Styl również pozostawał wysoki, czyniąc każdą kwestię padającą z ich ust patetycznym wołaniem, a najprostszy gest szacunku urastał do rangi poświęcenia ostatecznego i wyrzeknięcia się samego siebie, aby złożyć z długa oczekiwany hołd pogańskiemu bóstwu. Przepełniony próżnością, narcyzmem oraz nazbyt wybujałą miłością własną Samael okazał wszakże szczątkowy przebłysk altruizmu – nosząc się z cichym zamiarem, ofiarowania Colinowi siebie. W sposób zgoła niepodobny do tego, w jaki uczynił to Fawley. On najprościej zaszczepiał w nim swoją cząstkę, luźno związaną (z ciałem i duszą?), która prócz nagrody, miała stanowić także przestrogę oraz wzbudzać lęk przed nieopacznym zgubieniem, pęknięciem, nadużyciem zaufania. Księgarz winien to docenić, złożyć dziękczynienie – nie zdając sobie sprawy, iż on sam stanowi ów podarek. Avery dając mu owo minimum względów, zagrabił dla siebie wszystko pod płaszczykiem haftowanym w fantazyjne wzory dobrodziejstwa. Pozwalał mu na zazdrosne, nieudolne naśladownictwo, z fascynacją obserwując rdzewienie i rozkład dawnego Colina. Gangrena wdała się w jego żyły – o dziwo średniowieczna metoda upuszczania krwi przyniosła oczekiwany skutek – by oczyszczone, tłoczyły w sobie zupełnie nowe życie. Wymodelowane według kaprysów Samaela, wydającego stosowne rozkazy, nie próbując wszakże dławić indywidualności swego ucznia. Chętnie spuszczał go ze smyczy, złakniony widoku jego powrotu, gdy niczym syn marnotrawny błagał o ponowienie nauk i jakikolwiek dostęp do swego mistrza. Avery subtelnie go uzależniał, jeden po drugim odcinając łączące ich sznurki, aby wzmóc apetyt Colina na więcej. Uwielbiał się z nim bawić, mamiąc słowami, jakie ten naiwnie brał za obietnice, uwielbiał głód w jego oczach, uwielbiał wstyd, kiedy odsłaniał się ze swoimi pragnieniami. Poprawność i moralność zdążyły sczeznąć w głębokiej mogile, a Samael toczył okrutną grę z wyrafinowanym, lecz niezbyt doświadczonym przeciwnikiem. Obaj walczyli o cel identyczny, aczkolwiek zrealizowany podług zindywidualizowanej, egocentrycznej myśli. Fawley był pulsującym pożądaniem, ucieleśnieniem zgubnego pragnienia. Nie potrafił poskromić swej żądzy, która kierowała każdym jego uczynkiem, obejmowała we władanie umysły, wprawiała w drżenie napięte mięśnie. Avery łaskawie ignorował namiętności swego protegowanego, podsycając je jednak (nieświadomie?), sprawiając, żeby wrzał, dygotał z niecierpliwości i cierpiał z powodu dojmującego niespełnienia. Rozszyfrowywał emocje, uczucia, nie czując najmniejszych oporów przed stąpaniem po gorącej lawie ukrywanych ekscytacji. Alegoryczne przedstawienie swych oczekiwań w symbolicznych obrazach nie przyśpieszyło wszakże sceny finałowej, a Samael z nadzwyczajną przyjemnością spoglądał, jak Fawley spala się w beznadziejnym oczekiwaniu, desperacko wyciąga ręce w górę i poszukuje aprobaty w jego spojrzeniu. On zaś nie ulegał porywom serca (miał je), udowadniając swoje opanowanie. Był przeciwieństwem i to przeciwieństwem totalnym Colina. Trawiło go tylko jedno pragnienie, miał tylko jedną słabostkę, dla której mógł poświęcić i tysiące mężów. Fawley żądał przyjemności płynącej z posiadania ciała, on żądał czystej władzy, dzięki której rozporządzałby wszystkim, skrywając trudy egzystencji przed maluczkimi. Avery nie wątpił, iż księgarz to rozumie i że zdaje sobie sprawę, jak bardzo jest przez to atrakcyjny. Szybki rachunek sumienia(?) i bez przeszkód kontynuował politykę ekspansyjną, dążąc do stworzenia imperium, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Z wiernym d r u h e m w postaci Colina, będącym zawsze u jego boku – lub u jego stóp.
Istniała znacząca różnica między nim, mężczyzną, który właśnie w tej chwili przyprawiał go o dysonans własnych pragnień i świętości, a pospolitymi kobietami, jakie klękały przed nim równie ochoczo. Dla nich był to psi obowiązek, do tego zostały stworzone – Fawley zaś zostawał w ten sposób nagradzany oraz wyróżniany z lepkiego, pozbawionego wyrazistości tłumu. Urastał ponad przedmiot, narzędzie służące odczuwaniu rozkoszy, przybierając postać wspólnika, uczestnika aktu najwyższego buntu przeciwko wszystkim zatęchłym normom. Avery nie odczytywał już ostrożnych ruchów jako profanacji i bezczeszczenia, a w sposób zgoła przeciwny. Sakralizację czynów moralnie niedoskonałych, przeciwstawienie się obyczajowości, rozkoszne zakwestionowanie ograniczeń. Nakazujących im hamować siebie, swoje instynkty, swoje pragnienia. Dusić i dławić prawdziwego siebie, ukrytego głęboko w środku wirujących obrazów, krążących dookoła jednego celu, znajdującego się w centrum wszechświata. Już renesansowi uczeni postawili tam człowieka, który był przecież najważniejszy. Nie istniało nic ponad byt, nic ponad niepohamowaną przyjemność czucia, nic ponad wiedzę, nic ponad fizyczność połączoną z uświęconą duchowością. Zachowując złoty środek, wyważenie pomiędzy sacrum i profanum mogli osiągnąć katharsis, a nawet nirwanę, wyrywając się z pęt wiążących ich stalowymi łańcuchami. Dłonie Colina burzyły świat i grzebały ich razem pod gruzami z etycznej formy, bestialsko narzuconej przez bezrozumne społeczeństwo, a Avery na ten dotyk reagował. Despotycznym spojrzeniem, w którym przyjemność bliskości rozmywała się w przyjemności z władania drugim mężczyzną. Platoniczna przyjaźń odeszła w mroki niepamięci, pozostawiając ich na surowej pustyni wzajemnego pożądania, która dyktowała twarde warunki przetrwania. Colin łamał te postanowienia raz za razem, rozpłomieniając Samaela w sposób niezdrowy. Kiedyś orzekłby, iż w sposób nienaturalny, jednakowoż przemożna chęć jego doświadczenia i kolejna wyraz separacji od zwykłych śmiertelników, utwierdzał go w przekonaniu, iż postępuje słusznie. Palce powoli wędrujące po materiale spodni, zaciskające się na wyraźnie rysującym się pod warstwą tkaniny kształcie dokonały istotnego rozdzielania w Averym, dotąd nieporuszonym i jakby skamieniałym. Nieznaczne spięcie mięśni, ciche westchnięcie dobywające się z ust i pozbył się już na dobre aparycji idealnie wykutego pomnika. Stał się bardziej ludzki, dostępny i zdecydowanie bardziej przychylny, pozwalając Colinowi kontynuować. On jedynie oddychał głęboko, dopatrując się znowu – wyższych celów i znaków na niebie – jednak nie usprawiedliwiających, a wynoszących ten poniekąd perwersyjny akt do wzniosłego wydarzenia. Spalał się powoli, jak dogasająca świeczka, która jednak lada chwila miała zmienić ledwie tlący się ogarek w rozbuchany płomień. Fawley sprawnie stymulował jego żądzę, nadając swym czynom znamiona hołdu posłuszeństwa i podkreślając oddanie się w ręce swego pana i mecenasa.
Nawet drobne nieposłuszeństwo, mało co mające wspólnego z subtelnością nie zaprzepaściło jego szansy, choć Avery z trudem hamował drżenie ciała, pragnąc dać mu to, na czym tak bardzo mu zależało. Brutalnie i agresywnie, odpłacając za każdą samowolę, podkreślając pozycję na hierarchicznej drabinie. Chybotał się na niej, pobudzany do szaleństwa łakomymi dłońmi, wydając coraz głębsze oddechy, aż wreszcie – tortura ustała, przemieniając się w triumf, gdy znowu miał go przed sobą na kolanach. Scenka rodzajowa żywcem wyjęta z Pisma Świętego; nie był on wszak pierwszym uczniem, który klękał przed swym mistrzem, ażeby oddać mu należny szacunek. Jęk rozbrzmiał w uszach Samaela niczym donośny dźwięk dzwonu, bijący zmierzch starego porządku i obwieszczający nową erę, opartą o zasadę trzech jedności: kultu, respektu oraz lojalności. Jasny wzrok Colina wyrażał rzetelną chęć na doświadczenie tej religii, na poznanie prawd wiary, a jego nieugięcie sprawiło, iż mógł dostąpić owego zaszczytu. Na razie obraz pozostawał oniryczny, nieczysty, niepełny, nadal nie kompletny. Avery pozwalał mu odczuć swoje podniecenie, dystansując się jednakże (jak przystało na władcę) i twardo patrząc na napiętą jak struna sylwetkę księgarza. Który usiłował wydobyć na zewnątrz jego męskość (jeszcze było mu mało?), siłując się z opornym zapięciem spodni. Powoli jednak rozpinającym się, zapadka po zapadce i wydobywające z Samaela głuchy jęk pełen zniecierpliwienia. Nicość, spadająca gwałtownie i płynąca z unicestwienia minionych dni przemieniła się w jaskrawe odblaski barwne, kiedy wrażenia buchały, gorzejąc ogniem gorętszym od piekielnego. Zmysły kwestionowały zamysły rozumu, a ciało zbyt rozpuszczone, dobrowolnie poddawało się obcym wpływom. Paradoksalnie spragnione władzy, oddania, jakie miało popłynąć wraz z owym przyjęciem mężczyzny. Poczynającym sobie coraz śmielej i prowadzącego go wzdłuż niewidzialnej granicy ekstazy i upojenia nieznanym i dotąd przez niego niedoświadczonym. Nie żałował zerwania zakazanego owocu, znowu stawał ponad wszelkimi świętościami, przyjmując miast kary najczystszą rozkosz. Emanowało nią ciało, emanował nią umysł, przesiąknięty wizją bezgranicznego posłuszeństwa oraz ufności. Taką samą jaką obdarzał Colina, który w efekcie tego zaufania obrysowywał palcami jego męskość. Avery wciągnął powietrze, po czym powoli je wypuścił, pulsując w nadal intrygującym i tajemniczym dla niego objęciu. Zdecydowanym i nareszcie: łączącym ich przyjemność w jednym pędzie. Prosty dotyk, moralne pogwałcenie obyczajów, podeptanie odwiecznych edyktów, znieważenie cnót oraz światłych archetypów. Samael tracił wszelką formę kontroli nad swym organizmem, a jego hormony buzowały jak natchnione, stymulowane ręką Colina. Wciąż jednak rozgrywały się nieznośne perypetie, przygotowujące do punktu kulminacyjnego, jaki Avery już zdążył sobie wyobrazić. Nie musiał wszak zdawać się na imaginację, ponieważ Fawley spełniał pokładane w nim nadzieje, obejmując go swoimi ustami. Całym sobą: widział bezbrzeżną radość w szeroko rozszerzonych źrenicach, widział nienasycone pożądanie i zastanawiał się, czy jego oblicze również płonie nieugaszoną żądzą, natychmiastową chęcią posiadania i zatrzymania go w sobie jak najdłużej. Czy był chory, szalony, czy może nie obejmowały go już żadne z tych określeń? Popadł w amok, z którego nie potrafił wyjść, zgubił się w labiryncie własnych hedonistycznych zachcianek i poplątawszy nić Ariadny zgubił się w plątaninie korytarzy? Nie rozróżniał już spalającej go rozkoszy od dręczącego pragnienia, bo nareszcie dotarli do punktu krytycznego, gdy już żaden z nich nie mógł się wycofać. Avery czuł, wyraźnie czuł i nie mógł już zaprzeczać swemu pożądaniu. Rozgrzewające ciepło, subtelny dotyk języka i przestał już dbać o pozory, wydając z siebie niski pomruk zadowolenia. Szarpnął go za włosy, przyciągając bliżej i poruszając biodrami, aby wypełnić go całkowicie. Ciepły strumień rozlał rozkosz prosto w rozchylone usta Colina, a on spojrzał na niego z góry, uśmiechając się zwycięsko. Jemu przysługiwał triumf, jednakże Fawley zasłużył na owację oraz aprobatę z doskonałego spełnienia swego zadania. Nie mógł mu tego odmówić, więc gestem nakazał mu podnieść się z klęczek, a kiedy stanął przed nim – niepewny? – złożył na jego czole chłodny pocałunek. Symbolizujący poddanie totalne.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]07.11.15 16:01
Kroczył nieznanymi sobie korytarzami, pluszowymi podłogami tłumiącymi kroki i ścianami wyłożonymi jedwabiem i aksamitem, który obracał w ciszę każde westchnienie i każdy głośniejszy oddech. Powoli, krok za krokiem zmierzał do celu – początkowo zupełnie niejasnego, błąkającego się we mgle wyobrażeń, bezkształtnego i niekonkretnego, powoli formującego się z nicości, przyjmującego tę jedną, szczególną formę. A gdy docierał do rozstaju dróg – jak dzisiaj, jak godzinę temu, jak całą wieczność w przeszłości, gdy potulnie zgadzał się ze swoim losem, gdy klękał, gdy świadomie oddawał hołd swojemu mistrzowi, gdy z radością przyjmował go całym sobą – wybierał ścieżkę, na której nie panowało jaskrawe światło wiedzy i pewności, lecz wąską, nieznaną (niebezpieczną?) dróżkę zaskoczenia i niepewności. Co czekało na niego za kolejnym zakrętem, za kolejnym przeskokiem i milknącą ścianą drzew, które dzieliły jego dotychczasowe życie od przyszłości – równie niejasnej i bezkształtnej jak jego niegdysiejsze cele? Wybór z pozoru beznamiętny i przewidywalny – wszak Colin nigdy nie ulegał prostym rozwiązaniom, nie szedł za tłumem, by mu się przypodobać, nie brylował na arystokratycznych salonach, stokroć silniej ceniąc sobie to, co miała mu do zaoferowania jego własna osoba skulona na fotelu w gabinecie i z rozkoszą przerzucająca kolejne karty nowej, niezbadanej księgi. Czemuż więc i teraz miał podążać ścieżką prawości, gdzie każdy krok jaśniał w błyszczącym świetle, zamiast wybrać drogę, na którą wkraczali jedynie wewnętrzni buntownicy? Co miało go przekonać przed kolejnym wyborem „przeciw” a nie „za” i podążaniem własnym szlakiem, nieprzetartym, nowym, na rozchwianych wodach przeznaczenia? Samael nie był sprzymierzeńcem w tym wyborze: był celem wyboru, nagrodą, jaką Colin zasłużenie otrzymał, zaprzepaszczając samego siebie dla wyższego dobra; podarkiem od losu, który postanowił nagrodzić go za upartość – czasami dziecięco niewdzięczną – nieustępliwość i świadomość swojego najnowszego celu. A teraz, gdy go osiągał, gdy z przyjemnością chłonął w siebie Samaela, obserwując z uległej (a może wcale nie?) pozycji reakcję jego ciała, gdy pokonywał ostatnie kroki na szczyt, który był upragnionym celem, odczuwał nieopisaną dumę, że jemu – w swojej nieszlacheckiej (zachowaniem) dotąd osobie – udało się osiągnąć to, co dla wielu było niemożliwością. Przeszedł mitologiczny labirynt, nie ulegając pokusie zabicia Minotaura – czemuż zresztą miałby to robić, czyż stwór uczynił mu jakąkolwiek krzywdę? - obywając się bez pomocy magicznej nici, bez zewnętrznego wsparcia i duchowej modlitwy słanej przez niewiastę, która czekała za murem na pierwsze wieści. Nie usłyszał ryku nienawiści, nie poczuł woni krwawej ofiary, ni palonych stosów, na których miało spłonąć jego ciało, gdy drążąc najcieńszą arterię labiryntu, spoczął w samym jego sercu. Tam, gdzie ukryta za parawanem ostatniej przeszkody, tkwiła jego nagroda. Odbijająca się w nieustępliwych źrenicach Samaela, rozszerzanych za każdym razem, gdy usta Colina zaciskały się na nim z największą rozkoszą. Cieszył się tym fascynującym odkryciem – stateczna skała, na której Samael budował swoje opanowanie, drżała gwałtownie w posadach, burząc ukrytego pod sobą potwora. Pożądanie, tłumione pod maską arogancji, szlacheckiego dobrego tonu i wyrachowania, wydostawało się drobnymi strużkami z postawy Avery'ego, czyniąc go na moment bardziej ludzkim. Na tych kilkadziesiąt sekund, kilka minut, gdy jego twarz wyrażała bezpowrotne zatracenie się w przyjmowanej rozkoszy Colin mógł dojrzeć w jego oczach coś więcej niż ironiczne błyski, niezadowolenie lub pochwałę, coś więcej niż znudzoną uprzejmość i niezdrową ciekawość, więcej niż perwersyjną chęć sprawdzania i wystawiania na próbę. Te same usta, które wypuszczały na świat nieznoszące sprzeciwu rozkazy, które suchym pomrukiem wyrażały opinie, oszczędnie cedząc słowa, jakby zbytnia wylewność była swoistą obrazą dla milczenia, te same usta drżały teraz w pomruku zupełnie do niego niepodobnym – cichym, stłumionym, lecz mimo to wyraźnie brzmiącym w uszach Colina jak melodia na dwudzielne metrum – rozdarciem między chęcią opanowania się a poddania atakującej przyjemności, z czysto brzmiącymi półnutami i urywanym tonem ósemek.
Zastanawiał się – podświadomość w końcu wygrała z pragnieniem, by zostawić wszystko w spokoju, nie drążyć, nie zastanawiać się, by odpuścić przeszłość, którą Samael zazdrośnie skrywał... a może nie skrywał, tylko Colin bał się zapytać? - czy podobną ścieżkę musiał kiedyś przejść Avery. Czy on też kroczył po korytarzach w swoim własnym labiryncie, odrzucając pomoc tkwiącą za murem i wzgardliwie patrząc na błyszczący kłębek nici. Czy on też stając na swoim własnym rozstaju dróg, gdzie zawiera się pakty z diabłem a dusza wyrywa się drapieżnie z ciała, wybrał taką samą ścieżkę? A może to właśnie teraz, właśnie w tym momencie stał na rozwidleniu, zastanawiając się, czy wybrał dobrze, poddając się żądzy i pragnieniu, ulegając niemej prośbie Colina i pozwalając mu skosztować ofiarowanej przez siebie przyjemności? Czy dla Samaela była to chwilowa zachcianka, wymuszona niejako chęcią sprawdzenia swojego ucznia i poddania go (ostatniej?) próbie uległości? Czy czyste pragnienie wypływające z równie czystego aktu fizyczności, szukanie zaspokojenia, którego – wszak nie mogło to być już żadną tajemnicą – szukał dotychczas u kobiet, widząc w nich wyłącznie narzędzie do sprawiania przyjemności? Czy porównywał go teraz – posłusznie klęczącego i z zaangażowaniem doprowadzającego go na szczyt – z tymi wszystkimi dojrzałymi kobietami i płochliwymi dziewczątkami, które wprowadzał do swojej alkowy, znacząc ich ciało swoim własnym ciałem i odciskając niezbywalne piętno na ich (wtedy jeszcze) niewinności? Dziesiątki pytań, na które odpowiedzi skrywały się głęboko w umyśle Samaela; w miejscu, do którego Colin nigdy nie będzie miał dostępu, choćby codziennie pokutniczo klękał, codziennie oddawał swoje ciało i dusze na zatracenie, starając się sprawić swojemu mistrzowi przyjemność we wszystkim, o co go tylko poprosi. Relacja między nimi nigdy nie będzie okraszona przymiotnikiem normalności; ale i brakowało jej czegoś istotnego, czegoś namacalnego do tego, by zyskała miano perwersyjnie chorej. Łącząca ich zależność nie była niczym szczególnym w bolesnej naturze świata, każdy wszak gatunek wykształcał te cechy, które miały go uczynić niezależnym od innych, przesunąć o kolejne spoiwo w pokarmowym łańcuchu. Colin nie miał żadnych wątpliwości, że w ich wypadku Samael kształtuje się gdzieś w dalekich mrokach tego łańcucha – gotów pochłaniać swoim autorytetem wszystko, co stanęło mu na drodze – uzależniając od siebie kolejną maskotkę, modelując ją według własnego zamysłu i poprawiając (bluźnierczo?) wolę bogów. Wyciągnął z niego wszystkie negatywne cechy, brutalnie miażdżąc je na oczach Colina, wypluwając z siebie pogardę dla dotychczasowego życia, jakie wiódł jego starszy przyjaciel, a potem... potem pokazał mu nowe szlaki, nowe nieodkryte kontynenty, nowe ziemie i nowe korytarze, którymi szli poniekąd razem – Colin ucząc się tych wszystkich nowości, a Samael prowadząc go prawie że za rękę po wysublimowanych stopniach schodów do wielkości, które upstrzone były licznymi pułapkami i na których końcu kryły się drzwi do niedostępnego dotąd świata. Czuł się prawie że gotowy, gdy Samael wskazał mu w końcu pozłaca odrzwia, zachęcając do wejścia – i właśnie teraz Colin pociągał za klamkę, czując pod palcami chłód metalu, drżąc z niecierpliwości i w przerażeniu, gdy świat kreowany przez arystokratę, będzie światem, o jakim sam wielokrotnie śnił. W tym prostym, bezbolesnym akcie fizycznej pokory – przepełnionej jednak niegasnącą radością i podnieceniem – krył się klucz do ostatniego kroku, jaki Colin musiał wykonać, by przejść przez próg drzwi do nowego świata. To teraz udowadniał, że był godny... i że jest godny miana ucznia, który właśnie powoli kończył swoją naukę, gotów wkroczyć tam, gdzie jego nazwisko powinno być (w końcu) wymawiane z szacunkiem, nie zapominając przy tym, za czyją sprawą dokonała się jego szlachecka rehabilitacja.
Z pomrukiem zadowolenia – prawie takim samym jak ten, który chwilę wcześniej (a może całą wieczność?) wydał z siebie Samael – przyjął jego gwałtowne ruchy; szarpnięcie głową, napierające biodra, wchłaniając go jeszcze głębiej z ponurą satysfakcją, że on, skromny księgarz, niegdyś praktycznie nikt w drabinie arystokratycznych szczebli, stał się nagle przyczyną poruszenia niewzruszonej skały. Z utęsknieniem wyczekiwał kulminacyjnego momentu, gdy świat miał się rozpaść na kawałki w ich własnej układance, a gdy on w końcu nastąpił, z satysfakcją dokonał ostatniego aktu uległości, nie roniąc ani kropli ze słonawego podarunku Samaela. Wbił palce w jego udo – już nie dla zachowania równowagi, ale żeby poczuć pod dłonią ciepło jego ciała, żywego, namacalnego, a nie żadnej żałosnej imaginacji, żadnego wytworu wyobraźni. Tak, stał obok, stał przed nim, z jawną rozkoszą malującą się na twarzy, której nie zdołał ukryć, wzbudzając w Colinie jeszcze jeden pomruk zadowolenia, cichszy, ale wciąż wyraźny pomruk niepewnego triumfu. Wstał bez wahania, nie obawiając się o drżące nogi – nie byli już dziećmi, które dokonywały zabronionego czynu, bo choć czyn pozostawał w domenie przestępstwa i grzechu, w pełni świadomi byli jego konsekwencji – patrząc na Samaela spojrzeniem, w którym niepewność mieszała się z radością. Jego dłonie zacisnęły się ponownie na spodniach Avery'ego, odszukały zapięcie, wciskając guziki na swoje miejsce. Nie godziło się przecież, by doskonałość cieszyła wzrok kogoś innego... i bez znaczenia był fakt, że znajdowali się tu sami. Gdzieś w podświadomości rejestrował kolejne obrazy; Samaela pochylające się nad jego twarzą, składającego pocałunek na czole; patrzącego na niego oczami, w których kryło się stygnące pragnienie i... zadowolenie? Odetchnął, robiąc krok w tył. I drugi, dla pewności, że metrowa odległości sprawi, że ciało ochłonie, a umysł zacznie pracować normalnie, nie poddając się kolejnej fali pożądania – w jego przypadku wciąż niezaspokojonego, brutalnie widocznego, ale w tej chwili, co zauważał z pewnym zdziwieniem, jakby kompletnie bez znaczenia. A potem opadł na fotel, błogosławione oparcie wśród sztormu panującego w pokoju, sięgając dłonią po wciąż w części zapełniony kielich i wypijając do dna całą jego zawartość. - Mam nadzieję, że nie czuł się pan rozdrażniony – powiedział w końcu cicho, ochrypniętym głosem, którego nie zmieniła nawet alkoholowa wilgoć obijająca się w gardle, nawiązując do ostatnich wypowiedzianych między nimi słów, które padły w blasku kominka, zanim cisza rozdzierana była odgłosami ich wspólnej przyjemności. Nie odczuwał zawstydzenia, ani zaniepokojenia; nie czuł winy za popełniony grzech moralności, ciesząc się w myślach każdą minioną chwilą i wciąż od nowa rejestrując każdy swój gest i każdy ruch Samaela, umieszczając gdzieś głęboko – z dala od penetrujących jego umysł ciekawskich macek – wspomnienie twarzy szlachcica, gdy na moment poddał się ludzkiemu pragnieniu.
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]11.11.15 0:00
Problemy nurtujące ludzi prostych zawsze pozostawały dla niego zagadką, bowiem Avery zakochany w sobie, dostrzegał wyłącznie te wyższe, istotniejsze, obejmujące kwestie naprawdę ważne. Plątanie się na nieznanych obszarach, gubienie w labiryncie swych własnych myśli było domeną wyłącznie jednostek słabych i niewiele wartych. On nie miewał na szczęście podobnych dylematów, doskonale znając swój umysł i panując nad nim całkowicie. Nie poddając się tym nieznośnym drgnięciom sumienia oraz skurczom moralności wołającej o pomstę do nieba. Nie znał – i chwała za to Salazarowi – tego paskudnego uczucia, kiedy ciało pozostawało w dysonansie z umysłem. Psychika zniewolona fizycznością; owa wizja przyprawiała Samaela o dreszcze przerażenia, bowiem w jego mniemaniu, proporcje winny zostać odwrócone. Sfera sacrum dominująca nad profanum, duch ujarzmiający cielesność i oczywiście on pośrodku tego wszystkiego, pełniący funkcję lalkarza w teatrze cieni. Colin był już naprawdę blisko zerwania łańcuchów, odwrócenia się i obejrzenia prawd na własne oczy – odbicie mogło go nasycić, lecz sięgnięcie po realność zapewniało wrażenia zdecydowanie pełniejsze. Avery zdecydował się napoić go owym słodkim nektarem poznania, uznając księgarza za ucznia godnego oraz przygotowanego do preludium prowadzącym do całkowitej niezależności. Leżącej w niedalekim zasięgu jego rąk, wystarczyło, aby wspiął się na palce, sięgając po nią z zachowaniem najwyższej ostrożności. Jeśli spełni wszystkie warunki – definitywnie zasłuży na wyróżnienie, przyznawane (jak na razie) na zachętę ku dalszym staraniom. Mieniąc się znawcą ludzkich dusz, Avery bezbłędnie wykrył zarzewie konfliktu tragicznego, podstępnie rozwijającego się w Colinie. Samotność oraz odrzucenie – dwie najgorsze plagi, zmory każdego niepewnego siebie człowieczka. Diagnozę wydał z całkowitą pewnością swych racji: na podstawie niezbitych dowodów zgromadzonych podczas długich obserwacji. Fawley mimo fatalnego stanu, w jakim go znalazł, obecnie rokował co najmniej przyzwoicie, po nitce zdążając do poznania prawidłowego rozwiązania oraz do wyjścia z jego własnego, tajemniczego labiryntu o przeszklonych ścianach. Tworzących świat obwarowany masywnymi kratami, będącego więzieniem dla umysłu zadręczonego setką wątpliwości. Avery znał bolączki księgarza i usiłował mu w nich ulżyć – biorąc krzyż na swe własne ramiona? Głupie myślenie ludzi bogobojnych, od którego Samaelowi robiło się wręcz niedobrze. To nie było jego brzemię, nie on musiał zmagać się z trudnością aklimatyzacji w konserwatywnym środowisku, rozróżniającym od siebie akceptację oraz tolerancję jako dwa osobne pojęcia i spychającym na margines osoby niepewne. Mężczyzna wręcz d o k ł a d a ł ciężary Fawley’owi, utrudniając mu drogę, a przy tym wyraźnie wskazując, iż postawienie się w opozycji do całego świata jest skuteczniejsze od tchórzliwej ucieczki. Osiągając niewyobrażalny sukces, kiedy z zadowoleniem stwierdzał, iż id zaczyna ulegać superego Colina. Chciał postrzegać to właśnie w taki sposób: afekty oraz popędy, jakim dotychczas nieświadomie oddawał kontrolę nad bytem, ustępowały przed ideałami. Mimo tego, Avery zdawał sobie sprawę, iż nieuniknione stało się zapętlenie w cyklu Erosa oraz Tanatosa – jednemu z nich poddawali się wszyscy, zaś Fawley toczony był przez oba. Dążenie jednocześnie do erotyzmu oraz destrukcji wydawałoby się niemożliwe, ale Colin gnał tą niszczycielską drogą, pędząc prosto ku kojącemu wybawieniu od niegasnącego pożądania – w stronę śmierci czy raczej spełnienia? Zaburzył tym samym wewnętrzny spokój Samaela który jednakowoż został utrzymany w ścisłej kontroli, niepozwalającej na wybuch rozszalałych emocji. Buzujących gwałtownie, lecz w ukryciu, dając się poznać tylko rozszerzonych źrenicach, przyśpieszonym oddechu oraz niskich pomrukach, mimowolnie wydobywających się głęboko z jego piersi. Reagował nadal stonowanie, a rytmiczne ruchy bioder niewiele wspólnego miały z brutalną żądzą, jaką odczuwał i którą pragnąłby wypełnić Colina. K o n t r o l a. Święte słowa wyryte głęboko w jego pamięci wyraźnie gloryfikowały umiarkowanie (pod pewnymi względami), nie pozwalając, by prymitywne potrzeby przejęły władzę nad ciałem. Znowu czysta radość z doskonałego opanowania i wyzbycia się rozbuchanych emocji. Szastał testosteronem rozumnie, nie napotykając trudniejszych przeszkód – był kwintesencja męskości w każdym calu.
Nieistotny wydawał się akt spełnienia – zaspokojenia dla mistrza oraz zaszczytu dla ucznia – w którym cielesność również została zepchnięta i zdegradowana do kategorii rekwizytu. Avery płonął myślami, rozkoszując się najcudowniejszym w swej prostocie posiadaniem żywego człowieka. Będącego poza fizycznością: miał jego ciało oraz psyche, które dławił metafizycznymi metaforami, uciskając realność i sprawdzając reakcje na bodźce. Zmysły połączyły się w słodkiej synestezji, atakując zaciekle oraz żądając szczególnej atencji, jakby pobudzone, miały nagiąć granice ponad ludzkie poznanie. Nie zważając na niemożność takich doświadczeń, próbując przybliżyć ten smak, to uczucie, kiedy sięgało się absolutu. Avery oddał Colinowi ten przywilej i przywitał go łaskawie, jako człowieka oświeconego. Inne skategoryzowanie usługi – już nie jako powinności, a dobrowolnej ofiary, oddania się pod skrzydła człowieka doświadczonego. Dał mu w posiadanie cząstkę – siebie? Swojej wiedzy? Z pewnością: zrozumiał.
Kiedy ponownie wdziewał szaty moralności i konserwatywnego dystansu, spoglądał prosto w oczy księgarza, wyczytując z nich spektrum uczuć, budzących w nim kolejną falę pragnienia. Władza, jaką wówczas dzierżył w swych dłoniach otumaniła go, czyniąc zeń istotę, wykraczającą poza ludzkie kanony, choć oddartą z boskości – zawieszoną na nieboskłonie między herosami, czy może upadłą z ziejąca blizną po wyrwanych skrzydłach? Na weneckiej masce pojawiło się jednak pęknięcie, szeroka bruzda, znacząca emocje (czyżby?) i chwiejąca wizerunkiem Avery’ego. Już całkowicie zaprzepaszczonym?
Uśmiechnął się. Wygiął usta w grymasie, dalekim od ironicznego uśmieszku zazwyczaj serwowanego Colinowi, jego śladem również opadając na fotel. Milcząc dłuższą chwilę, pogrążając się w kontemplacji kalejdoskopu własnych myśli, wzbogaconych o obrazy i wspomnienia księgarza. Znacznie bardziej ekspresywne (może jednak jego serce było z kamienia?), wywołujące następny nawrót gorączkowego pożądania.
-Początkowo – przyznał, absolutnie nie czując zażenowania. Chciałby znowu ujrzeć Colina na kolanach – ledwo się powstrzymywał, aby kazać mu przysiąść u jego stóp – zatem był całkowicie szczery. A nawet dowcipny?
-Nie smakowało? – spytał spokojnie, z chłodnym, uprzejmym zainteresowaniem, podszytym jedynie minimalną złośliwością, kiedy przypatrywał się, jak Fawley haustem wypija drinka, którego raczej wypadało elegancko sączyć przez całe spotkanie. Naprawdę chciał pozbyć się go z języka?


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]21.11.15 23:29
Zapadał się w fotelu coraz głębiej, dając się bez oporu pochłonąć miękkiej tkaninie, centymetr po centymetrze czując, jak jego ciało okrąża błogosławiony stan nietrzeźwości - nie tej umysłowej, podrażnionej alkoholowym napojem; nie, do tego trzeba było czegoś więcej niż kieliszka drogiego trunku, który działał na zmysły, ale nie oszałamiał (a Colin wcale nie potrzebował teraz oszołomienia, wręcz przeciwnie). Błogosławieństwo spływające na niego tutaj, w przedziwnej obecności swojego mistrza, miało charakter zgoła odmienny; nie dawało daru zapomnienia, ale dar pamięci; nie obłaskawiało żywiołów, by łagodnie traktowały swojego wyznawcę, ale zachęcało do rozpętania burzy, która odtąd miała się kryć w jego sercu już na długo (na zawsze?) wystawionym na tacy swojemu mentorowi. Nie, Colin nie szukał łaskawości i miłosierdzia po tym, co zrobił; drążył swoje wspomnienia, by pamiętać z nich jak najwięcej i nie uronić w mroku zapomnienia ani sekundy, która za rok czy za kilka lat mogła się okazać kluczowa do zapełnienia luki w pamięci. Luki, która powstawałaby po potężnym uderzeniu niesubordynacji, po ciosie nieposłuszeństwa, który zademonstrowałby (świadomie) Samaelowi, drwiąc bezczelnie z jego nauk i wypierając ze świadomości pamięć o tym, czego go nauczył. Colin posłusznie wyciągnął dłonie i stopy, dając sobie wokół nich zawiązać cienkie sznureczki poprowadzone sprawnie w górę, gdzie nawet najmniejsze drżenie Samaelowych rąk wywoływało okrutną reakcję jego małej marionetki, z posłuszeństwem graniczącym z bezbrzeżnym szaleństwem wykonującą każdy zaplanowany ruch. Nie przeszkadzało mu to teraz, gdy dopiero rósł w siłę, wciąz jednak zbytnio niepewny swojej nowej pozycji w arystokratycznym świecie, gdzie pomimo pozornej równości nadal byli równi i równiejsi, a świat nie składał się z czarno-białych segmentów, lecz z bezwładnej plątaniny szarości. W tej szarości Colin znalazł swoje własne miejsce, kolorową stronicę, na której zapisywał eleganckim pismem swoją historię; zmieniającą się niekiedy jak w kalejdoskopie lub bezbrzeżnie nudną, którą najchętniej przekreśliłby jednym prostym maźnięciem. Ale to nadal była jego historia, jego dziele ukryte za dziesiątkami tygodni spędzonymi w strachu i niepewności przed powrotem widma wojny; dziesiątki miesięcy, które spędził budując w sobie kolejne stopnie w piramidzie nienawiści do własnego roku. Jego historia, która zasługiwała na pamięć, lecz niekoniecznie szacunek. Dłoń zaciskająca się na kieliszku drżała lekko z wciąż odnawianych przeżyć, z emocji i uczuć, które nadal targały jego ciałem, nie pozwalając mu tak szybko przejść ze wszystkim do porządku dziennego - co już samo w sobie było niejako złamaniem sakramentalnego paktu posłuszeństwa - ale przyjemnie rozkosznie podsuwały mu przed oczy kolejne wizje, wcale nie tak dalekie, od nowa pobudzając jego zmysły. Odczuwał prawdziwą mieszankę przeżyć, radość, zadowolenie, niepewność, strach, dumę, satysfakcję, obawę i wszystko to kotłowało się gwałtownie, nie pozwalając żadnemu z uczuć zdobyć przewagi. Jakby tylko w tej mieszanie, jakby tylko razem stanowiły coś fantastycznego, pełnego, jakby były monolitem nie do ruszenia, na którym Colin miał zbudować swoją przyszłość.
- Wręcz przeciwnie, było niepokojąco dobre - zaprotestował cicho, przechylając kieliszek jeszcze raz, brutalnie pozbawiając go ostatnich kropel alkoholu, które swobodnie spływały zimną ścieżką po języku. Być może tą samą, którą kilki minut wcześniej podążała inna słonawa rozkosz, przyjmowana bez słowa sprzeciwu z perwersyjną - ale satysfakcjonującą - radością. Nie czuł nawet nikłego wstydu, który zżerałby go od środka jak śmiertelna choroba; ze zdziwieniem zauważył, że pojawiło się nawet delikatne poczucie... ulgi? Wywołane faktem obezwładniającej pewności, że oto wypełniło się przeznaczenie zapisane w księdze życia - to samo przeznaczenie i ten sam los, w które niekiedy nieroztropnie wątpił, które wyśmiewał, które być może całkowicie nieświadomie chciał nawet zmienić podług własnej wizji przyszłości. A teraz stały przed nim z drwiącymi uśmiechami na ustach, a on oddychał z ulgą, że wypełnił je do ostatniej kreski, ostatniej joty spełniając wszystko, co zostało dla niego zaplanowane. Przesunął palcami po nóżce kieliszka, zastanawiając się nad kolejnymi słowami i dalszą częścią rozmowy, ale nic, kompletnie nic nie spływało w jego rozszalałe myśli, których nawet nie próbował uspokoić. Nierozsądnym wyjściem byłoby po prostu wydostać się z tej milczącej pułapki, ale choć pragnął teraz tego w szczególności - zaszczyć się gdzieś i myśleć, myśleć, myśleć - musiał tu zostać, czekając z posłuszeństwem na kolejne rozkazy... Albo na nagrodę, która czekała gdzieś w tajemniczym, drwiącym i może nawet odrobinę zadowolonym uśmiechu Avery'ego. Może teraz, gdy szlachcic znał już jego słabości i gdy był pewien jego bezwarunkowej lojalności, może teraz przyszła wreszcie pora, by przestał mówić zagadkami i odkrył przed nim zupełnie inny świat społecznych zasad, gdzie nie było miejsca na wszawy brud mugolskiej krwi?
Colin Fawley
Zawód : Właściciel Esów&Floresów i własnej sieci ksiegarni
Wiek : 36
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
Zasada pierwsza: nie angażować się
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
A co, jeśli wszyscy żyjemy w świecie, który nie ma końca?
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t592-colin-fawley http://morsmordre.forumpolish.com/t1184-poczta-kociarza-colina https://www.morsmordre.net/t2648-ten-smaczniejszy-wafelek http://morsmordre.forumpolish.com/f123-inverness-stuart-street https://www.morsmordre.net/t2778-skrytka-bankowa-nr-117#44918 http://morsmordre.forumpolish.com/t1185-colin-fawley
Re: Kulturalne spotkanie dżentelmenów [odnośnik]26.11.15 18:06
Bacznie obserwował każdy ruch Colina, spragniony widoku swojego efektu. A może raczej afektu? Czyżby uległ tej drobnej namiętności (władzy) i zdeptał zasady, jakie ustanowił samodzielnie dla własnej wygody oraz spokoju? Postać Avery’ego na tle płonącego kominka prezentowała się monumentalnie: nieruchomy posąg triumfatora, podziwiającego piękno świata, stanowiącego jego łup oraz jego zdobycz. Fawley już należał do niego. Nie musieli łączyć się idiotycznymi przysięgami, wymieniać słów pełnych pasji (kłamliwej), czy wsuwać na swe palce nic nieznaczących kawałków powyginanego metalu. Samael był monoideą, która niczym wirus opanowała umysł księgarza, zawładnęła nim, a od tej chwili miała również kierować jego postępowaniem. W jedyny właściwy sposób, wyznaczając trwały ślad w drodze pokrytej głębokimi koleinami. Tylko i wyłącznie takie ślady pozostawiały tępe narzędzia wychowawcze oraz bratanie się z hołotą. Zgubny wpływ nieodpowiedniego towarzystwa; znajomych (nawet tych bliskich) należało wszak dobierać z niezwykłą starannością. Byli oni poniekąd w i z y t ó w k ą – pojawiając się na salonach z Colinem u boku nie zamierzał się za niego wstydzić, więc sukcesywnie przeprowadzał proces wdrażania go w arystokratyczny półświatek. Nie potrzebował wiele, aby zabłysnąć, aczkolwiek trudność polegała na utrzymaniu swej pozycji w cieniu politycznych machlojek oraz nieustannie zmieniających się sojuszy. Praktycznie: militarnych – czyż przyjaźni między rodami nie sankcjonowało złoto oraz układy dyplomatyczne? Fawley musiał samodzielnie dociec do tej nagiej prawdy, aby udowodnić, iż zasłużył na zaufanie i spełnić pokładane w nim wielkie nadzieje.
Avery był niezwykle zadowolony, jednakowoż nie zamierzał chwalić swego ucznia zbyt wcześnie. Wolał, żeby ten dłużej opalizował posłuszeństwem, zawierzając mu bezgranicznie i ufnie oddając w jego ręce swoje życie. Nic zaprawdę nie stało przecież na przeszkodzie, by w akcie nagłego kaprysu, zacisnął mocne dłonie na szyi Colina, odcinając dopływ życiodajnego powietrza. Złowieszczy charkot byłby mu muzyką równie miłą, jak jego głuche jęki – a przy tym kolejną nauką dla księgarza. Zbyt naiwnego, jeśli tylko łudził się, iż kierują nim jakieś wyższe pobudki. Erotyka wyeksponowała namiętność, została przepełniona pożądaniem, sprowadzając jednak Colina do roli narzędzia – rozumnego, ale pozostającego zniewolonym przez fizyczność. Samael uciekł w świat idei, niedostępny dla niego, dominując i wykraczając stanowczo poza granice profanum, poza sferę cielesności. Emocjonalne zaangażowanie oznaczałoby porażkę – osiągnął bowiem przyjemność ulotną, która nie stanowiła najmniejszej alternatywy, dla nieustannie rosnącego pędu ku rozkoszy.
Podjął rękawicę rzuconą mu przez księgarza, nieoczekiwanie odnajdując wspaniałe antidotum na porażającą stagnację. Zblazowania nie leczył już kobietami, ani alkoholem – wypośrodkował swe pragnienia (marzenia?) w skromnej osobie Colina. Nie poddając go żadnej gloryfikacji, preferując naturalistyczny obraz ich wspólnego grzechu. Może dlatego tak się w nim zatracał, porażony wizją gromów z nieba oraz archanielskich trąb wieszczących im początek końca. Znowu wyzywał wszystkie świętości pogańskimi czynami – nie mylił się ten, kto zwał go czarcim synem? Czym będzie wieczność świata w iluzorycznej utopii zakłamanych pochlebców i obłudnych kanalii? Avery postawił sprawę na ostrzu noża i przestał walczyć. Złożył broń zupełnie dobrowolnie, momentalnie otwierając się przed księgarzem. Wycofał się wszakże niemal w tej samej chwili, zmieniając kpiący uśmiech na grymas bardziej stonowany, lodowato uprzejmy. Który bardziej mroził niż dodawał otuchy, lecz tej Colin przecież nie potrzebował. Najwyraźniej zdążył już zaspokoić swoje pragnienie (miał w tym udział), a alkohol pełnił funkcję – katalizatora zakrzepłych emocji? Odczuwał chęć podgrzania atmosfery, wywleczenia na wierzch gorącej lawy wrzącej w żyłach, w których płynęła błękitna krew?
- Przyjdź nazajutrz – ozwał się cichym, zamyślonym głosem, jakby tkwił w miejscu oderwanym od rzeczywistości. Nic nie obiecywał, niczego nie przysięgał, a dzisiejszego wieczora nie padło żadne wyznanie wiary. Colin jednakże powinien przywyknąć do swojej nowej roli, do maski, jaką przywdział na własne życzenie. Avery był pewny, iż podoła temu wyzwaniu i przyzwyczai się do zdzierania kolan za każdym razem, kiedy usłyszy jego delikatną sugestię. Żądającą posłuszeństwa i niczego ponad to.

/zt melt


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery

Strona 2 z 2 Previous  1, 2

Kulturalne spotkanie dżentelmenów
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach