Wydarzenia


Ekipa forum
Cressida Morgan
AutorWiadomość
Cressida Morgan [odnośnik]16.10.15 12:50

Cressida Morgan

Data urodzenia: 12 marca 1932
Nazwisko matki: Lestrange
Miejsce zamieszkania: nie posiada stałego, ale głównie Londyn
Czystość krwi: czysta ze skazą
Status majątkowy: nędzny
Zawód: złodziejka, handlarka, przemytniczka
Wzrost: 172 cm
Waga: 48 kg
Kolor włosów: ciemnobrązowe
Kolor oczu: orzechowe
Znaki szczególne: brak sporego kawałka lewego ucha, zdarza jej się mówić do siebie


Dom rodzinny kojarzył jej się z dźwiękami pianina.

Miała wrażenie, że grało zawsze; białe i czarne klawisze z kości słoniowej, część pięknego instrumentu, wniesionego przez matkę w ramach posagu, pogrążone były w nieustającym tańcu, uginając się gładko, czy to pod palcami właścicielki, czy jej własnymi. Niekończąca się melodia wypełniała szczelnie wszystkie szpary w odnowionej boazerii, wprawiała w drgania każdą cząsteczkę powietrza i wnikała głęboko w pory w skórze, pozostając doskonale słyszalną na długo po tym, jak wygrywające ją dłonie znieruchomiały, kończąc utwór przeciągłym, fałszywym dźwiękiem.

Nienawidziła tego pianina z całego serca.

Stało w rogu salonu, w ich przestronnej posiadłości, od podłogi aż po sufit wypełnionej pogardą i nienawiścią, produkowanymi regularnie przez wszystkich domowników z osobna. Nie wiedziała, które z nich było bardziej szalone; czy jej blada matka, z wiecznie wytrzeszczonymi, jasnymi oczami, nieszczęśliwa kobieta, która wyszła za mąż za młodo i za młodo też umarła, przytłoczona tak często dotykającą Lestrange’ów chorobą umysłu; czy jej ojciec, bogaty i wysoko postawiony, pochłonięty fanatycznym pragnieniem podniesienia swojej społecznej pozycji do tego stopnia, że gotów był poślubić kobietę dwukrotnie od siebie młodszą, nie zauważając zgnilizny, od dłuższego już czasu pożerającej jej duszę; czy jej siostra, piękna i wyniosła, wpatrzona ślepo w ukochanych rodziców i podzielająca ich zaangażowanie w oczyszczenie czarodziejskiej rasy z wpływów mugolskich wręcz bezkrytycznie?

Obserwowała ich każdego dnia, dużymi, wiecznie zdziwionymi źrenicami dziecka, nie potrafiąc pojąć, jak trójka ludzi tak od niej różnych, mogła być z nią spokrewniona. Nie, nie gardziła nimi; można powiedzieć, że początkowo nawet ich kochała, obdarzając ich tą samą, bezwarunkową miłością, która przytrzymywała żony przy znęcających się nad nimi mężach, i która kazała wybaczać matkom kolejne wybryki niewdzięcznych dzieci. Od urodzenia cicha i wrażliwa, przez pierwsze lata życia cierpiała w milczeniu, marząc nieśmiało, że tatuś kiedyś spojrzy na nią z dumą, a mamusia wstanie wreszcie od tego przeklętego pianina, za pomocą którego zdawała się komunikować ze światem zewnętrznym.

Według czarodziejskich standardów daleko jej jednak było do wymarzonej córki; drobna, chuda i wyjątkowo chorowita, ustępowała starszej siostrze niemal we wszystkim. Pojawiająca się od czasu do czasu w rodzinnych zapiskach klątwa Ondyny postanowiła uwidocznić się i u niej, odmawiając jej nawet tak prostej czynności jak swobodne oddychanie. Odkąd pamiętała, towarzyszyły jej nocne koszmary o tonięciu; budziła się wystraszona, mając wrażenie, że ktoś wypompował z powietrza cały tlen. Jej własne płuca zdawały się buntować przeciwko niej, odmawiając posłuszeństwa tym bardziej, im zacieklej walczyła o złapanie oddechu.

W takich momentach przy jej łóżku pojawiała się Pchełka – wiekowa, domowa skrzatka, na którą spadło niewdzięczne zajęcie opiekowania się Morganami. To ona sporządzała ziołowe napary z przygotowanych przez magomedyków mieszanek i czuwała przy jej boku, nasłuchując symptomów zbliżającego się ataku. Łagodna i niezwykle cierpliwa, stanowiła całkowite przeciwieństwo reszty domowników i - jakkolwiek smutno i samotnie by to nie zabrzmiało – była jedynym żywym stworzeniem, które kilkuletnia dziewczynka uważała za dobre. Zaprzyjaźniły się, przyjaźnią tak szczerą i bezpretensjonalną, jaka mogła narodzić się jedynie między dwiema niewinnymi istotami, i jeśli Cressida za czymkolwiek tęskniła, w wieku jedenastu lat mknąc pociągiem w stronę Hogwartu, to były to właśnie te ogromne, wyblakłe oczy, które widziały w niej więcej niż tylko wycofaną dziwaczkę.


A Hogwart kojarzył się jej ze słońcem.

Do dzisiaj trudno wyrzucić jej z pamięci sposób, w jaki promienie przesączały się przez wysokie okna, rzucając na kamienne posadzki długie, prostokątne plamy światła. Złotego jak barwy Hufflepuffu, do którego trafiła ku zgrozie ojca; jasnego, jak ogień w kominku w Pokoju Wspólnym, gasnący dokładnie w momencie, gdy przewracała ostatnią stronę opasłej księgi, ucząc się do późnej nocy; lśniącego, jak odznaka prefekta, od piątego roku zdobiąca jej szkolną szatę. Kochała te grube, zamkowe mury, choć nie od razu odpłaciły jej się tym samym. Drobna, krucha i od urodzenia trzymana pod surowym, rodzicielskim kloszem, początkowo czuła się przytłoczona gigantyczną dawką przestrzeni i wolności, i minęło kilka tygodni, zanim nauczyła się oddychać (prawie) swobodnie, nie skradać się na palcach i nie oglądać się nieustannie za siebie, jakby w gotowości na ewentualny atak.

To tutaj po raz pierwszy poczuła się naprawdę szczęśliwa, głównie dzięki tak bardzo wytęsknionemu poczuciu przynależności; nie była już niepasującym elementem patologicznej układanki, a częścią cudownej całości. Być może dlatego uczyła się pilniej, starała się bardziej i pomagała, komu tylko mogła, szybko nawiązując te głębsze, i te bardziej powierzchowne przyjaźnie. Otrzymała tak dużo, że co najmniej tyle samo chciała dać od siebie, i w tych krótkich chwilach, w których pozwalała sobie na odważne snucie planów na przyszłość, widziała już swoją karierę aurorki, z młodzieńczym idealizmem zwalczającej wszelkie zło czarodziejskiego świata. Czasami wydawało się to nawet w realnym zasięgu; obrona przed czarną magią i transmutacja były w końcu jej konikami, a choć eliksiry i zaklęcia przysparzały jej czasami problemów, to takie błahostki nie mogły przecież stanąć jej na drodze. A przynajmniej tak jej się wydawało, kiedy po ukończeniu szóstego roku nauki wracała do rodzinnego Hampshire, ostatni raz planując spędzić tam wakacje.


Od tamtej pory dorosłość już zawsze kojarzyła jej się z wieczną ucieczką.

Zaczęło się od cichego poranka. Po raz pierwszy odkąd sięgała pamięcią, obudziły ją nie dźwięki pianina (z każdym rokiem coraz bardziej nerwowe i chaotyczne), ale leniwe promienie lipcowego słońca. Panująca w domu cisza nie była jednak kojąca; przypominała bardziej milczenie wypełniające pokój pełen żałobników, albo tę chwilę przed burzą, po której nawałnica uderza najmocniej, niszcząc wszystko na swojej drodze. Bała się. Irracjonalnie, strach nie był przecież podyktowany żadnym rozsądnym powodem, ale mimo to nie miała odwagi ruszyć się z miejsca. Siedziała w bezruchu, nieświadoma upływającego czasu, nasłuchując niemal bolesnego tykania zegara i czekając na uderzenie. Nawet nie drgnęła, kiedy na dole rozległ się krzyk jej siostry. Nie podniosła się również na dźwięk nerwowej bieganiny, na głuche tąpnięcie czegoś ciężkiego o drewnianą podłogę (ten odgłos został jednak z nią już na zawsze), ani na niewyraźne nawoływanie. Czekała, aż ktoś po nią przyjdzie i wyjaśni, co się stało, ale po jakimś czasie (dziesięciu minutach, godzinie, tygodniu?) kroki ucichły, a ona po raz pierwszy w życiu była wdzięczna za niewidzialność, jaką gwarantowało jej bycie rodzinnym rozczarowaniem.

Pogrzeb również był cichy, głównie za sprawą Lestrange’ów, za wszelką cenę chcących uniknąć skandalu. Cressida podejrzewała, że ich szalona latorośl zniknęła z drzewa genealogicznego jeszcze zanim dębową trumnę pokryła warstewka ziemi. Nie płakała, nie czuła smutku; miała w sobie jedynie dziwną pustkę i jakąś nieznaną wcześniej, chłodną stanowczość. Przerażenie, które ogarnęło ją w czterech ścianach pokoju nie ustąpiło, a nasilało się z każdym dniem i wkrótce była w stanie je zdiagnozować; nie pochodziło od chłodnego ciała kobiety, która wydała ją na świat, a ze świadomości, że choroba, która doprowadziła ją do upadku, mogła wciąż żyć, ukryta sprytnie w ciele którejś z jej córek. Ulotna myśl, pozornie nieszkodliwa, stała się wkrótce osobistą obsesją dziewczyny; w najgorszych koszmarach śniła o samej sobie, przykutej do tego nieszczęsnego pianina, wygrywającej kolejne żałobne marsze. Tajemnicza siła, od dzieciństwa nie pozwalająca jej na swobodne oddychanie, powróciła z podwójną mocą. Dusiła się, już nie tylko metaforycznie, i potrzebowała jedynie impulsu, żeby powiedzieć dość.

A ten nadszedł nadspodziewanie szybko; jak się okazało, śmierć żony nie skłoniła ojca do porzucenia fanatycznych pragnień wyniesienia nazwiska Morgan na salony. Wprost przeciwnie; świeżo upieczony wdowiec zdawał się mieć aż za dużo czasu na snucie skomplikowanych planów, które pewnego dnia po prostu przedstawił radośnie córkom. W swoim zaślepieniu uważał zapewne, że perspektywa dobrego zamążpójścia i pomoc w zdobyciu rokujących posad w Ministerstwie Magii je zachwyci, ale jeżeli chodziło o Cressidę – nie mógł się bardziej pomylić. Pakowanie walizek pamiętała jak przez mgłę, ogarnięta tą samą lodowatą stanowczością, którą po raz pierwszy poczuła nad trumną matki. Pomagała jej Pchełka, zdobywając się najprawdopodobniej na największe nieposłuszeństwo w swoim życiu, ale ojciec i tak dogonił je przy bramie. Chyba do końca nie wiedział, co się dzieje, miotając zaklęciami na prawo i lewo; deportowała się w pośpiechu, w następnej sekundzie czując już tylko zapach wrzosów, rosnących przed domem jej przyjaciółki. I rozdzierający, trudny do zniesienia ból w lewym uchu.


Następne miesiące kojarzyły jej się głównie z bólem.

Nie tyle tym fizycznym – chociaż leczenie skutków rozszczepienia nie należało do najprzyjemniejszych – a wewnętrznym, rozdzierającym jej klatkę piersiową, rozłupującym serce na pół i sprawiającym, że znów budziła się gwałtownie w nocy, z trudem wyrywając się z tak dobrze znanych koszmarów o tonięciu. Mogła się jedynie domyślać, co stało się z Pchełką, ale opłakiwała ją długo i żałośnie, już nigdy tak do końca nie pozbywając się palącego poczucia winy. Ostatni rok Hogwartu również nie należał do najszczęśliwszych, choć trudno było mu odmówić jaśniejszych momentów. Staż aurorski był w końcu tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko zdać owutemy, poczekać kilka nerwowych tygodni na wyniki i byłaby wolna, w miejscu, które sama by wybrała, i w którym ręce ojca nie mogłyby jej dosięgnąć. Niestety, jak to często bywa, rzeczywistość okazała się mniej kolorowa.

Pierwsze problemy zaczęły się na krótko po ukończeniu szkoły. Zabrane naprędce z domu pieniądze nie wystarczyły na długo, a maleńka kawalerka w mugolskiej części Londynu nie była w stanie utrzymać się sama, kiedy więc właściciel mieszkania zaczął upominać się o spłatę zaległego czynszu, Cressida musiała szukać pracy. A to, wbrew pozorom, nie było zadaniem najprostszym, zwłaszcza dla kogoś, kogo wychowanie pozostawiło z umiejętnością gry na pianinie i znajomością tanecznych kroków, ale bez obeznania w tak prostych czynnościach jak gotowanie, czy sprzątanie. Mimo to łapała się wszystkiego, co tylko jej zaoferowano, nie czując się w pozycji do kręcenia nosem na niskie zarobki i długie godziny pracy. Plan działał, a przynajmniej robił to przez jakiś czas, bo kiedy wymarzony aurorski staż wreszcie się rozpoczął, szybko stało się jasne, że pogodzenie go z pełnowymiarowym etatem leżałoby w jej zasięgu jedynie, gdyby posiadała zmieniacz czasu.

Rosnąca desperacja (odziedziczona prawdopodobnie po ojcu) zmusiła ją do podjęcia desperackich kroków. Rozwiązanie leżało przed nią, gotowe, by po nie sięgnąć; wymagało jedynie lekkiej renowacji kodeksu moralnego, a to okazało się niepokojąco łatwe. Poza tym, dopóki nikomu nie działa się krzywda, działanie na marginesie prawa wydawało się w porządku, a oszukanie niczego nieświadomych mugoli kilkoma prostymi, magicznymi sztuczkami, nie było żadną zbrodnią. A przynajmniej tak sobie to tłumaczyła, przebierając się za wróżkę i pakując do torebki wysłużoną talię czarodziejskich kart, nigdy tak naprawdę nie przestając się dziwić, jak wiele ludzie byli gotowi zapłacić za fałszywą informację, zwłaszcza, gdy wojenna zawierucha rozrzucała ich bliskich po całym kontynencie. Czasami wydawało jej się, że wręcz chcieli zostać oszukani; zapobiegawczo nie rozważała jednak ich motywów zbyt dokładnie, nie mając zamiaru pozwolić wyrzutom sumienia na dojście do głosu.


Być może gdyby to zrobiła, teraźniejszość kojarzyłaby jej się z czymś więcej, niż tylko z wstydliwą porażką.

Nie można powiedzieć, żeby nie była ostrożna; coraz lepiej i dokładniej znając sposób działania magicznego wymiaru sprawiedliwości, uważnie dbała, żeby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi. Nigdy nie pojawiała się w tym samym miejscu dwukrotnie, jednocześnie trzymając się tych rejonów, w których czarodzieje żyli obok mugoli - a więc tam, gdzie używanie drobnych zaklęć nie budziło niczyich podejrzeń. W dzień odbywała staż, pracowała popołudniami, a nocami się uczyła, jak zwykle największą uwagę poświęcając transmutacji, nie tyle z konieczności, co z pasji; zwyczajne maskowanie jej nie wystarczało, marzyło jej się zgłębienie tajników animagii. Wyobrażała sobie siebie, zaskakującą komisję egzaminacyjną i zbierającą najwyższą ocenę, i ta myśl trzymała jej powieki otwarte, kiedy kolejna nocna godzina upływała na bezcelowym machaniu różdżką. Z życia towarzyskiego zrezygnowała niemal całkowicie, ale nie wydawało jej się to ogromnym poświęceniem. Ważne było, że na krótką metę jej sposób działał, a potrzebowała jedynie trzech lat, żeby wyjść na swoje. Niestety, dostała tylko dwa.

Podobno zgubiła ją seria anonimowych donosów, podobno obserwowali ją od dłuższego czasu. Być może faktycznie stała się zbyt pewna siebie, być może ktoś bardzo nie chciał, żeby jej się udało. Tak czy inaczej – wpadła, w pełnym tego słowa znaczeniu, stając się bezwolną śrubką w niemożliwej już do zatrzymania machinie kolejnych dochodzeń i stawiania zarzutów. Złamanie Kodeksu Tajności może i nie było karane osadzeniem w Azkabanie, ale karę pieniężną odczuła wyjątkowo mocno, a przerwanie stażu złamało jej serce. Klątwa Ondyny, jej najwierniejsza życiowa towarzyszka, w tamtym okresie powróciła tak agresywnie, jak nigdy wcześniej, ale pozbawiona nagle jakiejkolwiek wizji na przyszłość, niemal czekała na zapowiadaną śmierć we śnie. Ta jednak nie nastąpiła, a kiedy ministerialny szum ucichł, Cressida została z niczym, za wyjątkiem skierowanego do wewnątrz poczucia winy i palącego wstydu.

Schowała się przed światem, dosłownie i w przenośni; godziny spędzone nad transmutacją nie poszły bowiem na marne i wkrótce przemierzała już wąskie uliczki pod postacią czarnego kota z nadgryzionym uchem. Teraz naprawdę zdana tylko siebie, nie zarejestrowała się w Ministerstwie Magii; jej stopa (ani łapa) nigdy już zresztą tam nie postały. Stała się częścią czarodziejskiego półświatka, nieco podświadomie karząc samą siebie za własną głupotę i nawet nie próbując szczęścia w innych zawodach. Jej kręgosłup moralny krzywił się zresztą systematycznie, i chociaż nigdy nie przyszła jej do głowy zabawa w czarnoksięstwo, to zawędrowanie na Nokturn nie zajęło jej dużo czasu. Czasami nawet jej się tam podobało; potrzebowała anonimowości, a w cieniu obłażących z tynku budynków nikt nie pytał o nazwisko ani wyniki z owutemów. Do rodziny nie przyznawała się zresztą nigdy, podobnie jak oni nie przyznawali się do niej, udając, że nie istniała. Jedynie od czasu do czasu ich nosy marszczyły się nieprzyjemnie, jakby w reakcji na paskudny zapach, gdy ktoś przypadkowo wspomniał jej imię.



Patronus: Kiedy jeszcze była w stanie go przywołać, przyjmował formę dachowego kota - bliźniaczego niemal do jej animagicznej formy. Najprawdopodobniej miało to coś wspólnego z jej skłonnościami do włóczęgostwa i chadzania własnymi ścieżkami, nigdy jednak nie zastanawiała się nad tym na tyle długo, żeby wyciągnąć takie wnioski.

Dzisiaj srebrzysta, kocia sylwetka jest tylko wyblakłym wspomnieniem; od czasu przerwania aurorskiego stażu, Cressida nie jest w stanie wyczarować z różdżki nic ponad strzęp świetlistego dymu.










 
1
5
10
0
0
0
0


Wyposażenie

różdżka



[bylobrzydkobedzieladnie]


I pray you, do not fall in love with me,
for I am f a l s e r than vows made in wine.
Cressida Morgan
Zawód : złodziejka, nokturnowa handlarka, kot przybłęda, niedoszły auror
Wiek : 23
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
she walked with d a r k n e s s dripping off her shoulders;
i’ve seen ghosts brighter than her s o u l.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1571-cressida-morgan http://morsmordre.forumpolish.com/t1583-kocie-listy http://morsmordre.forumpolish.com/t1582-wlazl-kotek-na-plotek http://morsmordre.forumpolish.com/t1713-cressida-morgan
Re: Cressida Morgan [odnośnik]28.10.15 21:24

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Świat okazał się wyjątkowo niesprawiedliwy dla wyjętej spod ochrony rodziców dziewczyny. Samodzielność i bunt kosztowały ją wiele - przede wszystkim stały dopływ pieniędzy, które okazały się niezwykle ważne w dość krótkiej karierze przyszłego aurora. Wyjętą spod prawa młodą dziewczynę czeka sporo wyzwań, Nokturn nie jest bowiem najbezpieczniejszym i najbardziej przyjaznym miejscem, dodatkową przeszkodę stanowią również i ludzie, z którymi kiedyś pracowała ramię w ramię, a dziś na nią polują.

OSIĄGNIĘCIA
indywidualistka - postanowiła sprzeciwić się rodzinie i obrać własną drogę!
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Klątwa Ondyny
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Statystyki
Zaklęcia i uroki:1
Transmutacja:5
Obrona przed czarną magią:10
Eliksiry:0
Magia lecznicza:0
Czarna magia:0
Sprawność fizyczna:0
Inne
Animagia, teleportacja
WYPOSAŻENIE
różdżka
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[18.10.15] Zakupy -860 pkt
[02.11.15] Teleportacja -50 pkt
[28.12.15] Wsiąkiewka +30 pkt
[30.01.16] Spotkanie Zakonu +20 pkt
[25.03.16] Udział w pokojach halloween +50 pkt
[20.04.16] spotkanie zakonu feniksa +40pkt
Caesar Lestrange
Zawód : sutener oraz brygadzista
Wiek : 30 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
pięć palców co po strunach chodzą
zegną się jak żelazo w ogniu
w owoc granatu martwy splot
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Cressida Morgan 9b2SB2z
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t661-caesar-lestrange https://www.morsmordre.net/t841-poczta-caesara https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t3056-skrytka-bankowa-nr-94#50106 https://www.morsmordre.net/t1615-caesar-lestrange
Cressida Morgan
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach