Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Prywatny pokój
AutorWiadomość
Prywatny pokój [odnośnik]17.10.15 18:15
First topic message reminder :

Pokój Miu

★★★★
Za ostatnimi drzwiami korytarza, za dębowymi drzwiami, za magicznie unoszącą się kotarą z białych perełek mieszkała księżniczka. Księżniczka Miu, której królestwo stanowi dość przestronny pokój, utrzymany w stonowanej kolorystyce, pasującej do pozostałych wnętrz Wenus. Pod jedną ze ścian stoi bardzo szerokie łóżko z mocną, dębową ramą i baldachimem, a po przeciwnej stronie pomieszczenia znajduje się miejsce dla bogato zdobionego parawanu, wydzielającego część prywatną: toaletkę oraz wannę. Wyłożone ozdobną, beżową tapetą ściany nie są ozdobione żadnymi obrazami a jedyne oświetlenie stanowią poustawiane na komodach i stoliczkach świece o lekkim zapachu jaśminu.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 20:50, w całości zmieniany 1 raz
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Prywatny pokój - Page 8 Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki

Re: Prywatny pokój [odnośnik]05.12.20 14:53
No tak.
W Hogwarcie nie wiązałaś włosów, jak inne dziewczęta i chociaż krawat miałaś zasupłany porządnie, to białego umundurowania nie nosiłaś zawsze pod popielatym sweterkiem. Buty też - czyste, ale nie błyszczące, zawsze matowe. To jest to? Ta atmosfera, o jakiej mówimy? Opieram się tylko na fragmentarycznej przeszłości, a to bardzo nierozsądne. Wtedy byliśmy dziećmi, ja nie dorosłem, ale to nie znaczy, że powinienem mierzyć cię tą samą miarą. To błąd, a ten skutkuje tłumaczeniem i nakładaniem balsamu na podrażnienia, na tą zanieczyszczoną rozmowę. Wygląda jak zdarte kolano (prześladują mnie analogie z dzieciństwa), nieznacznie skrwawione, ubogacone piaskiem i żwirem. Witaminy i minerały?
-Nie chciałem - żebyś tak to odebrała. Brak szacunku dla gości, to brak szacunku dla samego siebie - inna sprawa, czy jeszcze go do siebie mam. Jakieś okruchy pewnie gdzieś-tam zalegają, w rogu słoika po ciastkach albo pod stołem, tylko że Jade to nie pokryje nawet w połowie. Ciężka sprawa, drapię się po brodzie nieco zakłopotany przyjmowaną reprymendą: co powinno się robić w takich sytuacjach? Ona jest harda, a ja rozpuszczam się, jak czekolada pozostawiona na słońcu. Straszne jest to porównanie, ale chyba najlepiej oddaje istotę sprawy. To bliskie melt downu, ale, ale, czuję w kościach, że zaraz odzyskam swój animusz. I wtedy może zechcę się do niej zbliżyć, kładąc lachę na wszystkim, co do tej pory mówiłem.
Nie jestem kłamcą, tylko prędko zmieniam zdanie.
-Tak, chciałem. I próbowałem, dość długo - ucinam ostrzej, choć nadal w uprzejmym tonie. Co prawda piorunuję ją wzrokiem, ale tak nie patrzy ktoś, kto się wścieka. Tak patrzy szachista, który gra mecz przez blisko sześć godzin i decyduje się go zawiesić, a w głowie już przestawia piony i miażdży przeciwnika. W drobny mak. Moja satysfakcja z tej rozmowy podobna jest uczuciu, gdy po właśnie takiej partii bierki się rozstępują, a król przeciwnika zdejmuje z głowy koronę i ciska ją pod stopy szachującego go laufra.
I, wiecie? Mogę nawet ją przegrywać, nie dbam o to.
-Przeprosiłem. Wyjaśniłem. Jeśli to ci nie wystarcza, mogę opowiedzieć ci pewną anegdotkę - tu milknę na moment, klasyczny trick, by nadać wypowiedzi odpowiedniej dramaturgii. Odchodzę kawałek, by oprzeć się o komodę - w pierwszej szufladzie spoczywa zestaw srebrnych noży i sztyletów, wyglądających jak zestaw małego płatnego zabójcy, a w drugiej - jakieś dwadzieścia pięć lat w Tower. To chyba maksymalna kara za obrót dragami - niebezpośrednio, ale poniekąd związaną z naszym nieporozumieniem - dodaję, co by później ta żmijka nie zasyczła mnie, że odpowiadam nie na temat. Dalej: pała w dzienniku i uwaga do podpisu dla rodziców - wiesz, na tyle często traktują mnie jak alfonsa, że zmęczyło mnie zaprzeczanie - to zawodowa tajemnica, ale przecież nikogo nie obchodzi, co masz do powiedzenia. Nie w świecie, w którym jeśli to wypłynie, będzie mieć to faktyczne znaczenie - i po prostu tak się zachowuję. A oni święcie wierzą, że każda z moich pań przed rozpoczęciem zmiany całuje mi stopy i że zanim dopuszczę nową dziewczynę do pracy, to osobiście testuję jej predyspozycję i własnoręcznie sprawdzam, czy jest dziewicą - bzdury, ale wolnoć Tomku, w swoim domku. Skoro tak usilnie chcą tkwić w swoim błędzie, nie wyprowadzę ich z niego na siłę - możliwe, że się zagalopowałem i zapomniałem zrzucić skóry. Rozumiemy się? - to dobicie targu, nie wracajmy już do tego. Na tym etapie, wiesz o mnie więcej, krótko, po prostu więcej, a ja o tobie: nadal nic. Poza plotkami i nekrologiem męża wydrukowanym w gazecie pomiędzy ogłoszeniem o oddaniu szczeniaków psidwaka i poszukiwaniem pracy w charakterze tępiciela bahanek, przez lata nie słyszałem nic. No, dalej, to twoja kolej. Nie, żebym popędzał, ale czekam. Moje palce zahaczają o kant komody i uderzają o nią w nieśpiesznym rytmie.
-Pracujesz, więc przysługuje ci posiłek - wzruszam ramionami, zniecierpliwiony. Demonizuje mnie teraz, nie mając bladego pojęcia, że naprawdę znam życie, o które mnie nie podejrzewa. W krzywym zwierciadełku, które i tak zapewni, że jestem najpiękniejszy, ale, Jade, zeskrobywałem błoto ze spodni i liczyłem drobne, by zjeść ciepły posiłek. Pływając z Caelanem, pożyczałem na piwo do pierwszej wypłaty, a to, co mi zostało po spłaceniu długów, posłużyło do wcielenia się w Robin Hooda. Mi to złoto potrzebne nie było, a lepiej  rozdaje się faktycznie zarobione przez siebie pieniądze, niż te z rodowego skarbca - nie tylko w porcie są takie dzieci. Nie da się pomóc wszystkim - mówię. Nawet, gdybym bardzo, bardzo chciał. Dopina jednak swego, bo posępnieję, gdy tak patrzę na tacę przystawek. Jeden kęs, nie więcej, krótkie spięcie receptorów na języku, połechtanie podniebienia. Nasyci, lecz brzucha nie napełni - chcesz to zorganizować? Zupa w porcie, dla wszystkich? Proszę bardzo, zapewnię ci środki, jeśli tylko dasz radę trzymać język za zębami. Potrafisz to Sykes? Żeby zrobić coś dobrego, to chyba nieduża cena, co? - kpię, jakże zadowolony z siebie. Bo tym razem to ja ją wystawiam na próbę. I kibicuję, by przeszła ją pomyślnie - to może się udać. Naprawdę. Będę niedzielną konkurencją dla Parszywego, ale porządny, ciepły posiłek należy się każdemu.
-Nie, nie chcę. Przynajmniej nie na ten moment - odmawiam elegancko, a może raczej: marnuję jedyną taką okazję. Jeśli jesteśmy sobie pisani, stworzymy następną. A jeśli nie, hasta la vista, bejbe. Tak być musi - mój horoskop na ten miesiąc nie zapowiadał, że coś zaiskrzy. Może za parę tygodni, kiedy gwiazdy ułożą się inaczej?
-No to mamy ten sam repertuar - kąszę ją swym słowem. Kosa spada na kamień, a mnie korci, by zwrócić jej uwagę, by nie paliła w środku. Może jednak lepiej nie? Widzę już, jak się uśmiecha, przeprasza, a fajkę gasi o ścianę, na złoceniu jasnej tapety. To do niej podobne - oceniam ją, jak kobietę - po okładce. Brzydko Fran, brzydko.
-Spokoju - nie waham się ani trochę. Własne apartamenty i komnata zamykana na klucz to nie to - ciągnę do stanu, który można osiągnąć tylko umysłem. Zdrowe ciało, zdrowy duch - tak mówią, ale mnie przecież rozpierdalają dolegliwości, na które żaden uzdrowiciel nic nie poradzi. Galimatias w myślach, ale to nie robota halucynogenów, tylko moja własna. Pokopałem dołki i wyrżnąłem, jak długi o pierwszy lepszy krawężnik i teraz tam leżę, jak w trumnie i czekam, kto pierwszy sypnie garstką ziemi. Jak wyglądam, kiedy odbijam się w jej zwężonych, podejrzliwych oczach? Piękniś, co tęskni za czasami, gdy zimą codziennie mógł jeść mango, smakujące latem, któremu przeszkadzają błagania skazańców, bo zakłócają poobiednią drzemkę? Jeśli tak, proszę Jade. Ciebie też nie chce mi się wyprowadzać z błędu. Może się na nich czegoś nauczysz. Może my wszyscy...
Gdy mówi i się tak rozpędza, ja nagle prostuję plecy, zyskując sobie tych kilka centymetrów. Opróżniam drugi kieliszek wina, zaraz będę go potrzebować. Jest piękna i straszliwie pewna siebie, przypomina mi o siódmoklasistce, dla której gotów byłem zarobić szlaban, stracić punkty, a później zebrać wpierdol od Ślizgonów za sabotowanie domu dla jakiejś tam czystokrwistej dziuni - i to z Hufflepuffu.
-Mogłabyś zajmować się kronikarstwem - podsumowuję jej wywód, na tyle obrazowy, że od razu pojmuję, do czego pije i nie ma potrzeby proszenia o dodatkowe wskazówki - w każdej księdze z rodową historią powinna znaleźć się ta twoja opowiastka, a z nią, spis skarłowaciałych, chorych drzew. Tych wykarczowanych, oddanych do magicznego tartaku, do przerobienia na meble lichej jakości albo drzazgi do kominka. Na przestrogę dla każdego, które bez tyczki u boku rosłoby krzywo. To intratne zajęcie, Sykes. Czemu nie chcesz bratać się ze szlachtą, co? Tak świetnie się przecież orientujesz... - nie wytrzymuję już i uchodzi ze mnie irytacja. Nie mają pojęcia - ona, a wcześniej Filipka, tak samo - nie mają pojęcia, jak to jest. Zawsze ten pierdolony wybór, no dobra, a co potem? Pomożesz mi? Napiszesz receptę na życie, zrobisz przyśpieszony kurs survivalu? Odejść teraz, to jak dobrowolnie przełamać swoją różdżkę i oddać się w łapska dementorów. Gdzie miałbym się zatrzymać? Kogo narazić? Phillipę, Keata, Bojczuka? Oni już ledwo sobie radzą - ja byłbym tylko dodatkowym ciężarem. Dopiero teraz, organizując swoją obronę to widzę. Do tej pory najtrudniejsze: podjęcie decyzji. A przecież po tym wcale nie jest łatwiej, zaczynają się prawdziwe schody, a obok nie ma windy. Do tej pory zawsze z niej korzystałem - mój wybór, a czyje konsekwencje, co Sykes? - tylko tyle. Na więcej mnie już nie stać, ale to ma zakończyć dyskusję. Mój ton zostawiłby jej szramę na policzku, ale oczy proszą ją o przerwę. Już mniejsza o ojca, który dostałby zawału, o matkę, która zaniechałaby wyjść towarzyskich przez pół roku, o Evandrę, która jako jedyna pewnie faktycznie by mnie opłakała. Co z tymi, którzy wyciągnęliby do mnie pomocną dłoń? Musisz wiedzieć, co spotyka tych, co radzą się ze zdrajcami - pięciolatek tarzałby się po podłodze i... - urywam i w końcu mogę się uśmiechnąć. Krzywo, bo krzywo, trafiony-zatopiony. Robiłem to, kiedy przyszła. Ma mnie.
-Próbuj - to moja rada, łechce mnie to krótkie chciałabym. Chyba właśnie wygrywam, wyjmuję z jej rąk niedopałek papierosa i topię go w kubku, w którym są już ostatnie krople wina. Dopiłbym je, ale wolę zatrzymać sobie pamiątkę - już cię uraczyłem. Prostactwem. Kiedy przyszłaś, choć niezamierzenie - odwracam się przez ramię, nim zamknę drzwi. Zwracam się do jej pleców, a wolałbym to szeptać prosto w usta, bo prowokuje mnie niemożliwie. Liczy, że dekada dalej zostawiła mnie zakochanego, uczucie wyrzuciłem do zsypu, lecz będąc tak blisko niej, wyznałbym wszystko, żeby zacisnąć zęby na jej udzie. Nawet, jednorazowo.
Nawet, gdyby to miało nic nie znaczyć.
Drzwi zamykam za sobą, patrzę na zegarek i próbuję liczyć. To dodawanie, ale i tak rachunki stawiają opór, a ja muszę rozpinać wcześniej poprawioną koszulę. Nie idę do gabinetu, tylko do łazienki, już po drodze walcząc z paskiem. Głowę odchylam w tył i myślę intensywnie, by spełnienie przyszło jak najszybciej, gdy dotykam się - budynek pełen dziwek, a ja jadę na ręcznym - pośpiesznie i nerwowo. Wreszcie: ulga, dyszę ciężko, nogi się pode mną uginają, kiedy ocieram mokre czoło i strząsam ostatnie kropelki spermy z penisa. Myję twarz, ręce, doprowadzam się względnego porządku, tak, tak będzie łatwiej, a jej spojrzenie przestanie rozpraszać. Jak zwykle po, robię się głodny, lecz nie mam ochoty na widok służby, wystarcza mi poranny croissant i zimna kawa, od dziesiątej stojąca na biurku.  Jestem gotowy, gdy Jade się zjawia, oczywiście bez pukania i tak impertynencka, jak tylko może. Wskazuję jej kanapę, a sam bez słowa wstaję i podaję jej kielich, gdzie hojnie nalałem trunku. Jeszcze zanim wchodzi - pierwsze co zauważam, to bogatą kolię, a dopiero później ją. Paraduje jak modelka, dobrze jej w tej ciężkiej biżuterii.
-Gdyby nie to, że to prezent, pozwoliłbym ci ją zatrzymać - mówię, to ma być komplement. Zacieram ręce, zaspokojony i zadowolony - że transakcja się udała, klątwa zdjęta, a Jade cała i zdrowa - ciężkiego wieńca - powtarzam po niej - to sugestia, by tłumaczyła dalej - rozumiem. Znalazłaś tam coś ciekawego? Kto wykonał ten naszyjnik albo z jakiego sklepu pochodzi? Ty jedna do tej pory miałaś okazję, by to sprawdzić. Jeśli tego nie zrobiłaś, może pozwolisz? - urywam, ale pytanie jest jasne, zbierz włosy i pozwól, bym odpiął naszyjnik z twojego karku. Obiecuję, dotknę tylko metalu, ewentualnie to pasmo włosów, które wypuścisz, by musnęło moje palce.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Prywatny pokój - Page 8 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Prywatny pokój [odnośnik]27.12.20 23:24
Im więcej się tłumaczył, tym bardziej mizerniał w moich oczach. Nie oczekiwałam od niego wyjaśnień - ani teraz, ani nigdy. Nie chciałam poznać jego wszystkich dlaczego, a on wylał na mnie tę zupę, i zamiast zwyczajnie przeprosić, to nieudolnie skakał wokół mnie, próbując rozproszyć opowieściami, czemu to akurat pomidorowa. Ja już cała w czerwonej breji, więc pewnie nie zauważył, że również czerwona ze złości i z zażenowania, z frędzlami makaronu przyklejonymi na piersiach, mogłabym iść na jarmark tarzać się ze świniami, a on chce mnie ciągnąć na salony. Nie wiem, gdzie patrzy, ale na pewno nie na mnie. Chodzi z nosem w gwiazdach, w swoim wymiarze - i prawdopodobnie dlatego ciągle się mijamy.
- Mówię o tu i teraz. - Ściągam go na ziemię z chłodem królowej lodu, ale pewnie bezskutecznie, nie zamrażając mu nawet małego palca u stopy. Nie wiem, co to za taktyka, to ledwie ocieranie się o sedno, ale drażni mnie ten jego eklektyzm. Nie potrafię z nim rozmawiać, kapituluję więc, chociaż bruzda na czole pozostaje.
Zestarzałabym się znacznie szybciej w jego towarzystwie.  
Nie wiem. Czy brakuje mu w życiu rozrywek, że musiał wcilić się w dramaturga, rozpisać sobie scenariusz, a teraz bawić mnie tą komedią omyłek? Uderza mnie kolejny wodospad wyjaśnień, tak absurdalny, że mam ochotę zatkać uszy, wyjść i trzasnąć drzwiami, ale powstrzymuję się nawet przed tym, żeby mój wzrok wykonał podwójne salto. Zamiast tego przyglądam mu się z twarzą obdartą z emocji, dopalając papierosa i pozwalając na ten niezbyt porywający monodram. Mówi dużo, jeszcze więcej, ale gubi sens. Nie wiem już nawet jak doszło do tego, że przyszłam tu zdjąć klątwę, a skończyliśmy na spowiedzi alfonsa, który z nieznanych mi przyczyn poczuł się w obowiązku do tłumaczeń.
Czekałam cierpliwie, aż skończy mówić. Z takim samym brakiem zainteresowania, pozwalając ciszy wypełnić cały pokój jeszcze przez chwilę, gdy kurtyna już opadła.
- Wyjaśniłeś. Tylko po co to wszystko, skoro nie słyszałam, by zwykłe przepraszam przeszło przez twoje gardło. - Mówię sucho, idąc w jego ślady i opierając się o komodę stojącą na przeciwległej ścianie. On tylko przyznał, że przeprosił. Naprawdę tego nie zauważył? Przyznał, jakby tego dokonał, już się pławił w swoim statusie wielkiego ukożonego, jakby myślał, że dałam się nabrać na tanią sztuczkę.
Rozkładam ręce i wzruszam ramionami, kiedy po raz kolejny się kaja, ale nie mam już sił na to, żeby tłumaczyć mu swój punkt widzenia. I tak nie potrafi wejść w moje buty - szybko to dostrzegam. Nie lubię marnować energii na scenariusze z góry skazane na niepowodzenie. I kiedy myślę, że nic ciekawego już się nie wydarzy, za moją sprawą - nieświadomie - rozmowa zaczyna zbaczać w zakamarki, które stawiają moją moralność na ostrzu noża. Zaskakuje mnie - i nie wiem, czy robi to tylko po to, by oczyścić swoje imię, czy żeby w końcu wygrać jakąś słowną potyczkę. Rzuca mi wyzwanie, w końcu podnosząc się z kolan. A ja się waham. Wiem przecież, że go stać - te kilka przekąsek, które mi zaserwował, stanowiły równowartość pożywnego obiadu, który mógłby wyżywić kilkadziesiąt osób. Ale to przecież nie ja. Nie pochylam się nad potrzebującymi, nie płaczę nad losem sierot, nie rzucam pieniędzy żebrakom. Z drugiej strony ja przecież zagrałam tę kartę, szczując jego etyczność. Jak nigdy wcześniej, tym razem nie czułam, aby blefował. Wyczuł mnie? Wiedział, że postawi mnie to w niewygodnej sytuacji?
Pochyliłam się, z dystansu mierząc go niezbyt zachęcającym spojrzeniem. Duma nie pozwalała mi na kapitulację.  
- I co, rozpieścisz ich raz tymi swoimi szparagami, a później wrzucisz w studnię zapomnienia? - Co robił ze swoimi dziwkami, gdy stawały się niepopularne? Wyrzucał je? Czy żegnał ze łzami i wyprawką? Port nie był jego dziwką. Port wymagał dopieszczenia. Tak jak ja. Skoro dawał mi okazję - niech pokaże festiwal, nie festyn. - Miesiąc. Przynajmniej. - Dyktuję swoje warunki. - Dzień w dzień, jeden ciepły posiłek. Jeśli wszyscy to dla ciebie za dużo, to przynajmniej dla każdego, kto nie ukończył siedemnastego roku życia. Znam kogo trzeba, żeby to zorganizować. - Kończę, jeżąc się jak suka na smyczy, albo za bramą, choć nigdzie nie widać zagrożenia.
Nie ufam jego słowom, kiedy po raz kolejny zaprzecza, ale znowu składam broń, bo wykorzystałam już na niego całe oręże i zaczyna mnie przerastać ta walka. Może źle go oceniam, ostatecznie - nie wprost - przyznaje się do prawdy, czego osobiście nie znoszę, takiego gadania, niby to owianego tajemnicą, niby siejącego ziarno niepewności, napięcia, ale, kurwa, nie byłam ślepa, ani ja, ani on. Nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, a mimo tego czułam, że łączyło nas więcej, niż łączyło mnie z tymi kilkoma facetami, z którymi poszłam do łóżka po śmierci męża. On też musiał to czuć.
- Nie powinniśmy występować na jednej scenie - Podsumowuję gorzko nasze podobieństwo. W jakiś dziwny sposób oboje chcemy kraść blask reflektorów, jednocześnie wcale go nie pożądając. Paradoks równy temu, że uganiał się ze mną całe dwa lata, chociaż nie miałam ani nazwiska, ani majątku, ani nawet ślicznej buzi - tylko zawsze ten wyszczekany pysk. Kiedyś może bardziej pucołowaty, dziś raczej żylasty, naznaczony delikatnymi zmarszczkami.
W depresji zestarzałam się o kilka lat za wcześnie.
Albo znowu karmi mnie banałem, albo znowu go nie rozumiem. Ale nie ciągnę go za język - w końcu to nie spotkanie towarzyskie.
- Najlepszą obroną jest atak. Dlatego gorzką prawdę najłatwiej wykpić. - Zarzuca mi, że nie znam reguł gry, zapominając, że koniec końców wszystkich nas obowiązywały te same zasady. Poruszaliśmy się po jednakowej planszy, ale tak, byliśmy różni. Ja byłam tą postacią, która wpadała we wszystkie zasadzki, podczas gdy dla niego wznoszono mosty za skinienie dłoni. On szedł z zawiązanymi oczami, a ja widziałam po drodze wszystko to, czego widzieć nie chciałam - ale też piękne lasy, majestatyczne wzgórza i wzburzone wodospady. Naprawdę potrzebował tłumaczenia, że wszystko miało swoją cenę? Że mógł zdjąć tę opaskę, skoro tak bardzo go uwierała? - Twoje. Babci. Kota. - Zadrwiłam, ale tym razem powstrzymałam się od kąśliwości, zaskakując go tym, z czym mijał się nieprzerwanie. Prawdą. - Nie znam twojej sytuacji. Nie mogę tego oceniać. Z resztą, to nie temat na spotkanie biznesowe. - Zwróciłam przeciwko niemu jego własny oręż. Nie rozumiem, dlaczego nagle zaczyna się uśmiechać, aż w końcu przypominam sobie scenerię, w jakiej mnie powitał - i ja też mięknę, łagodnieją mi rysy, wygładza się zmarszczka, a usta wyginają w frywolnym uśmiechu, pozbawionym arogancji. Kiedy podchodzi blisko nie płoszę się jak łania, odważnie odnajdując jego spojrzenie. Mam ochotę ująć jego podbródek i posmakować warg zwilżonych winem, całować mocno i mocniej, tutaj, w tym pokoju, oparta o komodę, bez możliwości ucieczki, drażniona zapachem drogich perfum, ale odwraca się, zanim starcza mi odwagi.
Może to dobrze.  
- Prostactwo to pudło. Ale dam ci jeszcze jedną szansę. - Nie zauważam, kiedy z tej antycznej areny przechodzę do komnaty Wenus, znacznie łagodniejsza, niż w chwili, kiedy nieoczekiwanie wrzucił mnie na ring. W końcu uśmiecham się do niego, ale nie może już tego widzieć. I może dlatego, kiedy do niego wracam, jestem już w lepszym nastroju - bardziej bezwstydna niż wojownicza, nieświadoma podróży, jaką odbył po zatrzaśnięciu za sobą drzwi.
- Szkoda. - Rzucam z udawanym smutkiem, choć wcale nie liczyłam na podwójna nagrodę. - Nie noszę sukienek, ale mam słabość do ciężkiej biżuterii - Wyjaśniam, doskonale zdając sobie sprawę jak właśnie pobudzam jego wyobraźnię, kreując zakazany owoc. Siebie w sukni. Więcej - kreuję obraz samej siebie bez sukni, w ciężiej biżuterii. Wiem, co robię. Nie wiem tylko jeszcze dlaczego. Z ciekawości, a może z nudów, a może po to, by znowu poczuć się kobieco. Bez Sola u boku nie było to proste - był pierwszym mężczyzną w moim życiu, zgodnie z przysięgą miał pozostać jedynym. Kiedy go zabrakło nie potrafiłam już żyć jak wcześniej. W niewinności. Czystości. Słyszałam szepty wszystkich moich przodkiń, które snuły jedną pieśń - że taka jest nasza natura. Ale nawet ona nie obmywała mnie z wyrzutów sumienia.
Zagłębiam się w oparciu kanapy, z kieliszkiem wina w jednej dłoni i papierosem w drugiej. Zwilżam usta alkoholem, po czym odkładam szkło na wysoki stołek obok sofy. - Poza konstrukcją klątwy, która wskazuje na pracę profesjonalisty - nie. Jestem łamaczką klątw, nie jubilerką. Nie znam się na tym. - Przyznaję zgodnie z prawdą. Więcej niż w ocenie adresata biżuterii nie mogę pomóc. - Mam wybór? - Odwracam głowę w jego kierunku, unoszę brwi, całe to przedstawienie - z mojej strony, z jego strony - teraz nawet zaczyna mi się podobać. Oboje przecież wiemy, dlaczego założyłam tę kolię. Oboje wiemy, że tylko czekam, aż zechce ją zdjąć. Nie oblewam się jednak szkarłatem, a posłusznie prostuję plecy siadając na skraju kanapy. Przechylam się, powoli przesuwam palce po karku, zgarniając włosy na jedną stronę. Za chwilę muśnie palcami moją szyję. Niby przypadkiem, badając fakturę skóry, być może zawiesi oko na jednym z widocznych tatuaży. Nie wiem, czy postanowi być gentelmanem, czy może zupełnie nie - i ta chwilowa niepewność ściska mnie w żołądku, i czuję się, jakbym miała te siedemnaście lat, nie znała świata poza tym papierosem tlącym się między palcami i chłopcem, którego oddech miał lada moment wywołać wokół szyi gęsią skórkę.




What I create is chaos
Jade Sykes
Zawód : łamaczka klątw, paserka
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Her attitude kinda savage
but her heart is gold
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7327-jade-sykes https://www.morsmordre.net/t7337-carnelian#200427 https://www.morsmordre.net/t7340-dziewczyna-z-tatuazem#200443 https://www.morsmordre.net/f266-lancashire-abbeystead-peregrine-hill https://www.morsmordre.net/t7338-skrytka-bankowa-nr-1785#200430 https://www.morsmordre.net/t8674-jade-sykes#256273
Re: Prywatny pokój [odnośnik]28.12.20 23:24
Chcę rzucić się jej do gardła.
Ścisnąć za kark, zgiąć go, wpić się w usta i pociągnąć za włosy. Rozbić w pył młodzieńcze zauroczenie i dostać ją kobiecą, gorzką i niedobrą. Przekonać się, że tak naprawdę jest zepsuta i nieodpowiednia. Może to dałoby mi nauczkę, że ktoś taki jak ja nie powinien marzyć.
O kimś takim jak ona.
A najlepiej - w ogóle.
Klasa, z której pochodzę pragnie mężczyzn twardo stąpających po ziemi, podczas kiedy ja, wolę latać. Ściągają mnie, podpinając do kostek bransolety z obowiązków, ciążące i ocierające skórę do krwi. To też celowo: zapach ma zwabić drapieżców. Albo ofiary, nie wolno tu liczyć na jednoznaczność, to przecież wojna toczona od pokoleń. O wpływy i bogactwo, o władzę, o koneksje, o geny. Każdy chce je jak najlepsze, by płodzone dzieci rosły zdrowe i silne, by dziewczynki miały krągłe biodra, a mężczyznom nie groziły zakola. Czym mierzy się naszą wartość, krawieckim centymetrem i zwykłą wagą. To na tyle obrzydliwe, że puszczają mi nerwy, a kiedy się kłócimy, wzbiera we mnie euforia podobna zebraniu narkotykowych doświadczeń w splot emocji, dosłownie trzęsących ciałem. Mój boże, kłócić się z kobietą: nie, nie zgadzać się, ale kłócić, jak przekupy na rynku, wyrywające sobie z rąk pierś okazałego bażanta. Jakie moje życie musi(ało?) być żałosne, skoro dostarcza mi to tyle podniety. Ślina prawie pokapie mi na koszulę na jej widok - nie, wcale nie dlatego, że jest piękna, bo to banalne, tylko dlatego, że kurwa czuje. Ta ekspresja, myślę, że to jej chciałem od zawsze. Brwi wygiętych pod kątem, głębokiej zmarszczki przecinającej czoło, nieprzychylnie zmrużonych oczu i tonu, który postawi mnie pod ścianą. Żołnierskiego, dzwoniącego na alarm i wbijającego ostrogę w rozespaną męskość, która za wszelką cenę pragnie mieć rację. Oboje mamy swoją, Jade.
Oboje mamy swoją.
-I co zrobisz z tym przepraszam? - drwię, bo wydaje mi się to śmieszne. Za plecami na pałąkowatych nogach dyga za mną mebel pełen srebrnego proszku, a ja wydymam usta, raczej niezadowolony - jeśli skusisz się na bagietkę, możesz potem wytrzeć nim sobie twarz, nic więcej - stwierdzam ostro, grzebiąc przy mankietach koszuli. Kołnierza już nie tykam, niech tak będzie, szczelnie i z minimalną ilością powietrza, ale w komnacie robi się nieznośnie gorąco. Raz-dwa, rękawy podwijam do łokci, jakbym miał zabrać się za bicie - u nas tak rzeczywiście załatwia się niesnaski - zakładam ręce na piersi, obserwując ją, jak wygląda, wyprostowana jak struna w pokoju rozkoszy - pisze się bilecik, składa się tam podpis, dołącza się kwiaty, czekoladki lub akt własności parku i tyle. Urazę nosi się podobnie, jak żałobę, tylko trochę krócej - znowu snuję opowieść, a mogłem przecież użreć się w ten niewyparzony język i dać jej, czego chciała - ktoś kiedyś mi powiedział, że słowa wcale nie są ważne - to było na statku, dawno temu, bo co z tego, że przepraszasz, skoro raz za razem spierdalasz coś dokładnie tak samo. W zbiorowej robocie i zbiorowej odpowiedzialności patrzą ci na ręce, kiedy się rozliczasz. Ja, inaczej, patrzę na jej zaciśnięte usta i policzki, na nasadę włosów, która unosi się wtedy, kiedy porusza brwiami. Mógłbym: na rozcięcie dekoltu albo na cycki, bo jestem łasy na nią niesamowicie. W tej chwili myślę o kości stającej mi w gardle, dokładniej, o jej obojczyku i pośladkach przelewających się przez mojej własne kolana, ciężarze innego ciała na moim własnym. To wszystko intensyfikuje się do tego stopnia, że język staje mi kołkiem i gdyby teraz ona nachyliła się nade mną, nie byłbym w stanie jej dosięgnąć, nie w ten sposób. Właśnie czynię ją obiektem mojej żądzy, uprzedmiatawiam ją, ale dziwnie, w kompletnym oderwaniu od tego, co powinno być w niej atrakcyjne. To, co przyjdzie, mogłoby okazać się rozczarowaniem, że wcale taka nie jest, że ściśnięcie jej piersi nie da mi tego, co piorunowanie jej wzrokiem. Samo ciało to żaden cel, niewinność - również pudło. Żadne z nas takie nie jest, żadne nie udaje
-Ale proszę - przepraszam - niech ma. Nie zależy mi, by udowodnić jej, że się myli, zwerbalizowana skrucha to nie węże, ani jaszczurki wypadające z ust. Nic nie szczypie, nie gryzie w język, nie pali przełyku, a ja, mogę już się chyba do niej uśmiechnąć. Z przekąsem i wyzwaniem, przeprosiny są paradoksalnie szczere, choć wymuszone. To grzeczność młodego narzeczeństwa, które powoli uczy się wspólnego życia pod kuratelą rodziców. Dobrze, że nas nikt nie pilnuje.
-Powiedz mi, Jade - zaczynam, odchodząc od komody, która chwieje się niepewnie, znów dzieli nas nieprzystępna odległość, nie zachęcająca do niczego. Ani nie przyzwoita, ani nadającą się do pocałunku, no chyba, że zatrzasnąłbym dłoń na jej podbródku - czy oni naprawdę cię obchodzą? Czy robisz to tylko po to, by pokazać mi i sobie, jaki ze mnie dupek, co? - pytam spokojnie, prawie obojętnie, a nozdrza mi drgają, podrażnione zapachem tytoniu i... jakiegoś cytrusa, którego woń splata się z nutą opium, którą przeszły zasłony, kołdry, a po ledwie kwadransie, nawet i jej ubrania. Nie staram się, a ona wyjdzie stąd, pachnąc mną. No, może nie do końca, ale tak właśnie powiem, później, siedząc przy piwie i chwaląc się panną, której nie dostanę.
-Na początek przez miesiąc, dla wszystkich - zgadzam się, ale wypieprzam klauzulę wieku. Końcówka sierpnia, dzieciaki zaraz wrócą do szkoły i co, przyjdzie mi karmić tylko zgraję niedożywionych dziesięciolatków? - raz w tygodniu, w niedzielę, sam będę przy tym pracować - dodaję, gdzieś na tyłach polowej kuchni mogę podawać miski albo lać zupę z wielkiego kotła, zbierać chrząstki, tłuszcz i obierki po warzywach, żeby ktoś i na tym skorzystał i z naszych resztek ugotował sobie pożywny bulion. Też się takim żywiłem, kaprys księcia, któremu przeszkadza niewyrobiona sprężyna w jego tronie - też chcesz pomóc? Tak naprawdę? - wydawać racje tym biedakom razem ze mną? Pilnować, żeby nikt nie odszedł głodny, żeby dla każdego potrzebującego starczyło? Nie wszystkie brzuchy zdołam napełnić wiem, ale ci, którzy przyjdą, bo naprawdę nie mają co do garnka włożyć, nie odejdą z pustymi rękami. I jebać, nie zamierzam podpisywać się pod tym jako Lestrange, od nas nie dostaliby złamanego knuta, przynajmniej nie z dobroci serca. To żadna propaganda, wszystko na własny rachunek. Może nawet Filipka wybaczy, że strzelam w kolano dychającego Pasażera, konkurencyjnym żarciem w jeszcze niższej cenie. Będzie za uśmiech albo za niebieski kamyczek, za obrazek narysowany dziecięcą rączką albo uścisk spracowanej dłoni.
-Prawda... prawda jest taka, Jade, że mówimy o zdradzie i to więcej, niż tylko hipotetycznie. Możesz pięknie opowiadać o rosnącym lesie, ale nie zatrzymasz pokłosia pewnych czynów oraz decyzji. Ten przykład - urywam, prychając cicho i zaciskając dłoń w pięść, jakbym próbował oswoić się z własnym ciałem no i potencjalną agresją. Mój przykład.  - już jest wyrokiem. Co z nim zrobisz, co? Kot wyląduje na ulicy i pewnie zdechnie z głodu, bo przyzwyczaił się, że ma zawsze ciepło i żarcie podsunięte pod nos. Babcia chyba nawet go kocha, nigdy tego nie mówiła, ale lubiła, kiedy śpiewał jej piosenki z jej młodości. Może, gdyby zniknął, nie powiedzieliby jej, co się stało. A jest jeszcze siostra, której obiecał, że nigdy jej nie zostawi. Ma przyjaciół, których nie narazi dla własnej skóry - on, hipotetyczny chromy wiąz, dąb, czy inne jebane drzewo. Jestem wkurwiony, bo właściwie wie już o mnie wszystko, spływa mi krew z twarzy, ropa zebrana pod skórą, cały żal i pogarda, jaką czuję do samego siebie. Czy mi lepiej?
Wcale, czuję się tylko płytszy i bardziej żałosny.
-Zajmij się tym, co do ciebie należy - głucho wydaję jej rozkaz, wychodząc z komnaty podminowany sprzecznymi emocjami. Mówię to do niej, do siebie? Dla własnego zaspokojenia, prawdopodobnie już mnie nie słyszy, ale ja karmię się lipną władzą, mocą, jaką gromadzę w potraktowaniu jej z protekcją. Później, gdy się dotykam, mam przed oczami ją władczą i uległą jednocześnie, a orgazm jest tak intensywny, że aż mnie trzęsie. Po jednym razie z nią, dochodziłbym obejmując się ręką i myśląc o tym, jak pocierałem jej cipkę, wiem, że tyle by wystarczyło i kurwa, to naprawdę jest żałosne, szczególnie, że później wpycha się we mnie na siłę. Ona, we mnie, naga, kreowana krótkim zdaniem, brzmiącym prawie jak szczeknięcie, z tym że mam wrażenie, że to ja skomlę o uwagę. Oblizuję wargi, na raz przechylam kieliszek z winem, niedbale ocieram usta wierzchem ręki, brudząc mankiet koszuli na czerwono. Pozwala mi, więcej, zachęca do tego, a ja, trzymając ją już w swych rękach, zwyczajnie daję się jej wymknąć.
-Zatrzymaj ją - mówię po tym, jak moje palce muskają zapięcie i poznają się z ciepłem jej szyi. Krótkie spięcie i tyle, odwracam się i siadam na biurku w odległości, która zapobiegnie ugryzieniu jej policzka. Znowu zmieniam zdanie, ale chcę jej pokazać, jej i samemu sobie, że... Właściwie to nie wiem, kogo ja oszukuję, niepewną ręką leję wino do swego kielicha, odpalam papierosa i przez nazbyt nerwowe strzepnięcie popiołu, wypalam maleńką dziurkę w swoich spodniach - kurwa - klnę, patrząc na tą poszarpany, okrągły ślad po przyłożeniu dziada do materiału. Ból nie poradzi na namiętność, ale namiętność nie poradzi na wypalenie. Nawet, jeśli to ta długodojrzewająca.


Tak, możesz zapalić znicz
Chociaż wiem, że już nic
Mnie nie czyni człowiekiem
Morgan Szalbierz
Zawód : staram się
Wiek : 32
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler
I Tend The Light
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Duch
Prywatny pokój - Page 8 0a8b1-img_1302
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7974-francis-m-lestrange https://www.morsmordre.net/t8044-don-juan https://www.morsmordre.net/t7982-zaciekaw-mnie https://www.morsmordre.net/ https://www.morsmordre.net/t7980-skrytka-bankowa-nr-1928 https://www.morsmordre.net/t8093-fransua-lestrange
Re: Prywatny pokój [odnośnik]21.01.21 21:06
Ponownie zrzuca na mnie wodospad słów i nakręca się przy tym jak żądlibąk, i żądli mnie kolejno w policzek, w szyję, przebija przez cienką skórę, atakuje. Objawy w zasadzie nie odbiegają od książkowych, rzeczywiście zbiera mi się na mdłości, jedynie nie unoszę się nad ziemię, ale może dlatego, że prawie nigdy się od niej nie odrywam. Zostawiłam tę domenę siostrze, zdobyła w niej już wszystko, co tylko można było. Ale Francis - Francis mógłby się z nią ścigać.
Jest nabuzowany jak buchorożec, ale nie uciekam, zastanawiając się, co będzie, jeśli mnie tu zaraz rozpruje. Scenerię ma idealną to jego kurwidołek, więc pozbyć się ciała i zatrzeć ślady to najmniejszy problem. Złota w kieszeni ma pewnie wystarczająco, żeby opłacić milczenie swoich ludzi. Wkurwia mnie to, że jest obrzydliwie bogaty, i nie rozumiem dlaczego. Mogłabym po prostu stąd iść. Pokazać mu jak nie ma nade mną władzy. Ale trochę z ciekawości, a trochę rozbawiona, oglądam go jak świnię na lokalnej wystawie hodowców. Patrzę na niego trochę obojętnie, a trochę nonszalancko, w pełni ambiwalentnie, niepewna tego, do czego to wszystko zmierza. Traci kontrolę, a ja czerpię z tego dziwną satysfakcję. Wodzę wzrokiem za jego dłońmi, wyobrażając sobie, jak po chwili zaciska je na mojej krtani, ale nic takiego się nie dzieje. Daję mu ciszę, kiedy kończy. Przeciągam ją, ale nie w strachu, nie jak dzikie zwierze na otwartej przestrzeni, z sercem w krtani. Może dlatego, że nie wiem, czy jestem zamknięta w ciasnej klatce ze zwykłym kugucharem, czy może matagotem - i bardzo chcę, żeby okazał się tym drugim.
- Wiesz, Francis, nie rozumiem, czemu się tak unosisz, i na siłę próbujesz wepchnąć mnie do swojego świata. Czemu rozdmuchujesz zwykłe spuszczenie gardy do rangi śmieszności. Nie ja ci to robię. Sam sobie to robisz. Sam wybierasz. Wybierasz urazoną dumę. I jednocześnie tak bardzo podkreślasz, jak twój świat jest inny niż mój. Co cię tak uwiera? Czego nie możesz znieść? - Znowu tłumaczę mu jak działa świat, nie rozumiejąc jak do tego doszło. Nie chcę być jego katharsis, nie chcę być jego w żaden sposób. Nie wiem, czy po prostu robi mi się go żal, czy to z tego wkurwienia. Patrzę na niego jednym okiem butnie, a drugim nieco łagodniej, i rzeczywiście jego przepraszam wcale mnie nie obchodzi. Nic nie znaczy, to prawda - ale tylko dlatego, że on tak chciał. Wziął swoje boskie dłuto i ukształtował je na swoje podobieństwo.
Może, gdyby mnie tak nie powykręcał, to bym uwierzyła w jego szczerość. Ale nie potrafiłam.
- Nie obchodzą. - Prostuję się i patrzę na niego rozjuszona, rzucając mu wyzwanie szczerości. Znowu jest blisko, tak blisko, że widzę dokładnie, jak napręża się skóra na jego szyi, kiedy przełyka ślinę; widzę dokładnie lekko zarośnięte policzki, widzę niedoskonałą cerę, zmarszczki na czole, falujące nozdrza, rynienkę podnosową, załamanie nosa. Nie przypomina już chłopca, który biegał za mną w szkole, a przecież wcale nie wydoroślał. Słucham, jak kontynuuje mój plan, ale sama zaczynam wątpić w jego realność. Kiedy stawia pytanie, urzeczywistnia to, czego wcale w sobie nie lubię, tę mniej piękną część, mniej szlachetną. - Szczerze? Dbam tylko o swoje interesy. Ale rzuciłam ci wyzwanie, więc się nie wycofam. - Nie miałam przecież żadnego udziału w tym, żeby grać przed nim lepszą, niż byłam. Męczyłabym się, z przyklejonym uśmiechem, z garścią dobroci niesionej innym w potrzebie. To nigdy nie byłam ja.
- Jesteś naiwny, jeśli wierzysz, że uratujesz wszystkich. - Nie podszywam słów ironią, a głos mi drży. - Ale możesz uratować siebie. - Unoszę wzrok, patrzę na niego dumnie, choć on nie ma pojęcia, że tę dumę kupiłam właśnie za egoizm. Mogłam przecież zginąć tam, w płomieniach, razem z miłością mojego życia, a prawda jest taka, że nawet nie pomyślałam, by próbować wydrzeć go z objęć śmierci. Wiedziałam, że jakakolwiek próba przyniesie wyłącznie moja zgubę, że w chwili, gdy przeklęty ogień rozpalił przeklęte miejsce mój mąż wydał ostatnie tchnienie. Nie było dnia, bym nie nienawidziła siebie za swój wybór. Bywały też takie, że żałowałam swojego wyboru. Umarłam tam wraz z Solasem, a wszystko, co wydarzyło się później, było po prostu przeciągającym się epilogiem. Wieloletnią agonią, podczas której nauczyłam się funkcjonować w bólu. Egoizm to cnota. Wie o tym?

Kolia ląduje w moich dłoniach, ale nie myślę o niej, tylko o chłodzie, z jakim mnie potraktował. Znowu go nie rozumiem, i czuję, że się zbłaźniłam - zagrałam jokera, zyskując w zamian śmiesznie niskie karty. Przez moment waham się przed przyjęciem prezentu, ale w końcu zaciskam palce na biżuterii, czując jej ciężar i wsuwając do kieszeni szaty. Prawdopodobnie jest warta więcej niż miał mi zapłacić, a mimo tego mam czelność podnieść się, podejść do niego, chociaż uciekł, i jeszcze raz spojrzeć na niego z nonszalancją.
- Preferuję gotówkę. - Bezczelnie domagam się zapłaty, rozgraniczając ją od prezentu. Nie rozumiem, skąd u niego znalazł się taki kaprys, a podświadomość podsuwała najróżniejsze scenariusze - łącznie z tym, że wszystko ukartował. Że nie było żadnego podarunku, że sam to wszystko nakręcił, byle by mnie tu ściągnąć. - Moja praca została wykonana. - Ucięłam rozbiegane myśl, ucięłam dalszą dyskusję i opuściłam Wenus nawet na niego nie patrząc, dziwnie zaniepokojona, dziwnie zbita z tropu, z pełnym obrzydzeniem do niego i do samej siebie.
A jednak - kolia przyjemnie ciążyła w kieszeni, tak samo jak bliskość samego Lestrange’a, którą, ku własnemu zaskoczeniu, odtwarzałam wieczorami, leżąc w pustym łóżku, zupełnie naga, z kolią ciasno zapiętą wokół szyi - ale nie tak całkiem sama, kiedy bezwstydnie pozwalałam myślom zwiedzać kolejne pokoje w Wenus.

zt




What I create is chaos
Jade Sykes
Zawód : łamaczka klątw, paserka
Wiek : 31
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
Her attitude kinda savage
but her heart is gold
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t7327-jade-sykes https://www.morsmordre.net/t7337-carnelian#200427 https://www.morsmordre.net/t7340-dziewczyna-z-tatuazem#200443 https://www.morsmordre.net/f266-lancashire-abbeystead-peregrine-hill https://www.morsmordre.net/t7338-skrytka-bankowa-nr-1785#200430 https://www.morsmordre.net/t8674-jade-sykes#256273
Re: Prywatny pokój [odnośnik]31.07.22 14:23
Obiecała sobie, że nigdy już tu nie powróci, była tego pewniejsza niż jakiejkolwiek innej przysięgi, a jednak Los jak zwykle postanowił wyśmiać jej plany, udowadniając, że nie jest w stanie przewidzieć swej przyszłości. Tym razem postąpił z nią wyjątkowo łaskawie, nie pozwolił jej upaść na samo dno i czołgać ku progom Wenus, szukając tu ostatecznego ratunku przed zagładą. Sprowadził ją tutaj krętymi ścieżkami, rzucając do stóp niemal cały świat - bo jak inaczej opisać Londyn, stolicę magicznej kultury? - i ozłacając orderami. W pierwszym momencie, gdy usłyszała o miejscu bankietu, poczuła się tak, jakby mityczny ktoś splunął jej w twarz, lecz im dłużej przebywała w restauracji i im więcej alkoholu wypijała, odurzając się równie mocno towarzystwem Rosierów, tym więcej zdawała się rozumieć, interpretując całą tą noc na swą korzyść. Pojawiała się tutaj na własnych warunkach, celebrowała zwycięstwo; wspomnienia upokorzeń, jakich doznawała w tym budynku, choć gorzkie, podkreślały tylko jak daleko udało się jej dojść, jak wysoko wspiąć - zamierzała się z tego cieszyć, chciwie wyciskając do ostatniej kropli słodycz owocu ciężkiej pracy. I łutu szczęścia, niespodzianki skrytej pod idealną prezencją półwili, podarowanej jej na złotej tacy przez...Przez kogo właściwie? Przez Tristana? Przez samą Evandrę, tak żywiołowo biegnącą w epicentrum niszczycielskiego pożaru? Nieistotne, na to też przecież zapracowała; otrzymała najwyższe odznaczenie, Order Merlina, a teraz do rzędu nagród dochodziła ta jeszcze bardziej niespodziewana.
Czuła ciepło jej dłoni, gdy ciągnęła ją za sobą wąskim korytarzem wenusjańskich kulis. Opuściły restaurację dyskretnie, niezauważane przez nikogo - Deirdre znała zakamarki budynku na pamięć, nic nie zmieniło się odkąd uśmierciła Miu, potrafiła poprowadzić Evandrę tak, by nikt niepożądany ich nie zauważył, a nawet jeśli, nie robiły przecież nic zdrożnego, przyjaciółki idące ramię w ramię, zagubione w obcym miejscu. Dopiero później, kiedy przemykały wśród kotar, woali i parawanów, zsunęła dłoń niżej - nie splotła jednak czule własnych palców z tymi półwili, a chwyciła ją mocno za nadgarstek, władczo, tak, jakby chciała powstrzymać ją od ewentualnej ucieczki. Na tą było już za późno, przestrzegała ją, nie miała więc sobie nic do zarzucenia; szła więc pewnie, schodziły niżej, do najmilszego sercu piekielnego kręgu, z nieobecnym jeszcze cieniem Tristana.
Chciał ją pocałować. Widziała szaleństwo głodu w męskich oczach, gdy pochylił się nad nią jeszcze na górze, wśród elit i śmietanki towarzyskiej; bezwiednie rozchyliła nawet usta, pierwszy raz okazałby jej w ten sposób uczucia, opamiętał się jednak. Przynajmniej on, Deirdre porzuciła wszelkie ograniczenia, a im bliżej dawnych komnat Miu się znajdowały, tym - paradoksalnie - swobodniejsza się czuła. Pozbawiona ograniczeń, sztywnych gorsetów, a przede wszystkim spojrzeń obcych, nie pojmujących potęgi i wolności, która płynęła z niemal miłosnej relacji, jaka łączyła ją z czarną magią. Czuła, że w tym momencie mogłaby sprowadzić szatański pożar na cały Londyn, ba, całe hrabstwo; była silna, była piękna, była tak blisko Rosiera, jak jeszcze nigdy. Śmiało mierząc się z przeszłością, która nie mogła jej zaszkodzić.
Wprowadziła Evandrę pewnie do komnaty Miu, niewiele się tu zmieniło, ale Mericourt nie zmarnowała nawet sekundy na porównania czy próby skupienia się na reminsescencjach, na nieistotnych mrzonkach z zapomnianej już historii. Dziś pojawiała się tutaj nie jako ofiara, a jako gość, łowca, ktoś, kto zamierzał celebrować swe zwycięstwo, dzieląc łoże nie z dziwką - nawet luksusową - a z prawdziwą szlachcianką, z najcenniejszym skarbem nestorstwa. Deirdre uśmiechnęła się szeroko, gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, oddychała szybko i płytko, niecierpliwie, puszczając na moment rękę blondynki. Odwróciła się ku niej przodem, przesuwając po niej wygłodniałym, zwycięskim wzrokiem, wyglądała pięknie - tutaj, w miejcu jej upokorzeń, w miejscu, którym tak wiele razy wypowiadano jej imię. Pijackie poematy, deklamowane przez tłumiącego tęsknotę i złość Tristana, ku czci młodziutkiej Lestrange'ówny umarły razem z Miu: a dziś mieli zatańczyć na tym masowym grobie, ciągnąc za sobą do piekieł wszystko, co kiedykolwiek przyczyniało się do uwięzienia w nim samej Deirdre.
Dziś to ona zamierzała sprowadzić słodkie cierpienia na tą, która pozostawała poza zasięgiem, uwznioślona, niemalże święta; chciała ją splugawić, nasycić się nią, w ten sposób zbliżając się do Tristana jeszcze bardziej. Alkohol łamał ostatnie bariery, zanim zdołało z jej ust paść jakiekolwiek słowo przytomnego sprzeciwu, Dei pochwyciła ją za ramiona i przyciągnęła do siebie, do pocałunku, od razu namiętnego, głębokiego, prawie wulgarnego. Nie było tu miejsca na subtelności i romantyzm, woń jaśminu mieszała się z ciężarem opium w narkotycznym duecie, a krwistoczerwone usta miażdżyły w intensywnej pieszczocie te pokryte różaną pomadą. W końcu mogła całować ją tak, jak chciała, niemal po męsku, dłonie powróciły na jej talię, później na ramiona, by mocno, bez delikatności, pchnąć ją na łoże. Nie dała jej nawet chwili wytchnienia, znalazła się na niej, a ordery zawieszone na piersi zabrzękotały, złoto ocierało się o złoto, przypominając o sukcesie, jaki świętowała, odbierając dech Evandrze każdym mocniejszym pocałunkiem. Jedną dłoń pozostawiła na jej barku, przygniatając ją do pościei, długą sięgnęła ku złotym włosom, wyszarpując z nich toczek i spinki; odrzuciła je gdzieś w bok, nie dając o to, że razem z odobami wyrwała z głowy półwili nieco drogocennych kosmyków, a siła, z jaką przytrzymywała ją w miejscu, z pewnością pozostawi po sobie na delikatnej skórze zasinienia. To także zignorowała, śmiało sięgając wolną ręką ku ramiączku sukni szlachcianki, wsunęła za niego palce i poczuła, że delikatny, drogi materiał rozrywa się, a dźwięk rozdzierania na strzępy podkreślił tylko szczęk otwieranych drzwi i ciężki rytm kroków Tristana.
Nie odwróciła się od razu, całowała Evę dalej, mocno, przyciskając własnymi biodrami jej, rozdzierając materiał dalej, aż obnażył elegancką bieliznę i nagą pierś, pozbawioną wsparcia stanika. Odważnie, niemoralnie; uśmiechnęła się w połowie pocałunku i ugryzła mocno, do krwi jej dolną wargę, sycąc się jej smakiem i żelazową wonią krwi. Dopiero wtedy uniosła głowę i zerknęła przez ramię na Tristana - zadowolona, podekscytowana, prowokująca, z krwawym śladem ciągnącym się od ust w dół; krew Evandry ściekała jej po brodzie, zmieszane szminki otoczyły pełne wargi intensywną mieszanką barw, ale nie przejmowała się tym wcale, szukając wzrokiem jego aprobaty. Ciągle mając pod sobą jego żonę, uwięzioną pomiędzy jej udami, z paznokciami wbitymi w lewy bark, z złotą aurolą włosów rozsypaną na poduszkach.
- Jest zaskakująco słodka - wychrypiała, dzieląc się lekkim zdziwieniem, uśmiechała się jednak dalej, złowrogo i niecierpliwie, jak kot, który przyszpilił do podłoża ofiarę i chwali się nią innemu drapieżnikowi. Ich spojrzenia spotkały się, intensywne, wręcz lepkie od uczuć, a sekundę później: usta Deirdre znów wbiły się w wargi Evandry, mocno, finezyjnie - wstęp do sztuki, do spektaklu, który mieli poprowadzić wspólnie; do uczty, jaką mieli nasycić się tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Czy mogła traktować półwilę jako przekąskę? Zmienić ciężar tej całej sytuacji, poczuć się w niej pewniej - jak wtedy, gdy przynosiła Tristanowi w zębach jakąś śliczną, niewinną panienkę, nieświadomą, że zostanie rozerwana na strzępy w miłosnym szale? Czy to samo mogło grozić Evie? Pytania multiplikowały, odpowiedź skrywała się jednak w namiętnej aurze, w pocalunkach i gwałtownych, prawie nieprzyjemnych pieszczotach, drapnięciach, jakimi powoli, lecz sukcesywnie, ściągała z Evandry suknię i bieliznę, ciągle kontrując ewentualne próby wyswobodzenia się spod jej ciała, ciągle obleczonego w suknię i obciążonego orderami. Ten najważniejszy, satysfakcji Tristana, miała dopiero otrzymać.


there was an orchid as beautiful as the
seven deadly sins
Deirdre Mericourt
Zawód : Kochanica nestora, westalka Fantasmagorii
Wiek : 27
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Wdowa
no way you'll see me crawl
like a shark I'll be ripping you apart and celebrate
with lots of champagne

OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarownica
we still got the taste dancing on our tongues
Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t1037-deirdre-tsagairt https://www.morsmordre.net/t1043-moira#6174 https://www.morsmordre.net/t1045-panienka-lekkich-obyczajow-zaprasza#6178 https://www.morsmordre.net/f217-kent-wyspa-sheppey-biala-willa https://www.morsmordre.net/t4825-skrytka-bankowa-nr-301#103486 https://www.morsmordre.net/t1190-deirdre-tsagairt

Strona 8 z 8 Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8

Prywatny pokój
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach