Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Salon
AutorWiadomość
Salon [odnośnik]29.10.15 15:49
***
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]30.10.15 15:07
[początek początków]


Dobra. Wdech-wydech... Wszystko będzie dobrze, to przecież nic wielkiego. 
Lato w tym roku nie miało litości, słońce grzało, jakbym był w Egipcie, a nie w zwykle pochmurnej i deszczowej Wielkiej Brytanii. Nie żebym narzekał, w sumie żadna pogoda nie była mi straszna. Niektórzy się nawet naśmiewali, że chodzę z głową w gwiazdach i dlatego nie zauważam, że na zewnątrz leje albo jest temperatura jak w styczniu w Jakucku. Hm, coś w tym było, ale mi po prostu nie przeszkadzało, kiedy woda chlupocze w butach, a lodowaty wiatr przewiewa na lewą stronę. To nawet całkiem... zabawne. Upał też jest w porządku, ma się wrażenie, że ciało pochłania całe ciepło wokół i jest tak gorące, że może aż parzyć, albo w ogóle zamienić się w wielką, płonącą gwiazdę! Szczególnie jak się jest ubranym na czarno tak jak ja wtedy: długie, czarne spodnie, wypłowiała już trochę czarna koszulka i stara, czarna, skórzana kurtka. Nie dziwiło mnie, że ludzie trochę krzywo się przez to na mnie patrzyli, ale nie upchnąłbym jej już ani do plecaka, ani do walizki, o futerale na gitarę w ogóle nie wspominając. 
Wyglądam jakbym szedł na pogrzeb, skwitowałem kwaśno w myślach, przyglądając się swojemu odbiciu w jakiejś szybie. Chociaż na pogrzeby chodzi się raczej elegancko... Jestem bardziej jak kruk - zwiastun złej nowiny. O, to nawet całkiem adekwatnie do zaistniałej sytuacji. Szlag by to...
Musiałem wyglądać komicznie lub niepokojąco, stojąc w jednym miejscu, obładowany jakbym okradł Bank Anglii i gapiąc się w czyjeś... okno. Od kilku minut. Albo kilkunastu.
Przygładziłem włosy wolną ręką, by zaraz je jednak przeczesać do tyłu i sprowadzić do ich naturalnego nieładu.
Trzeba było się chociaż lepiej uczesać, zmarszczyłem z niezadowoleniem nos. Jak zacząć? "Cześć, stryju, to ja"? Nie, nie... "Dzień dobry, jestem pańskim bratankiem?" O wszyscy bogowie Greccy, weźcie mnie zastrzelcie! A może w ogóle go tam nie będzie? Może już się przeprowadził? Albo umarł. Znajdę go martwego, oskarżą mnie o zabójstwo i mnie zamkną.
Zmierzyłem swoje odbicie spojrzeniem pełnym dezaprobaty.
- Świetnie, wtedy przynajmniej miałbym już dach nad głową - mruknąłem pod nosem komentując swoje własne, durne wizje. 
Weź się w garść, to nic wielkiego, codziennie na całym świecie ktoś znajduje swoją zaginioną, nieznaną mu kompletnie rodzinę, tak? I jeszcze nie słyszałeś o przypadku, żeby ktoś od tego umarł. Będzie dobrze... albo facet cię zwyzywa i wyrzuci i będziesz dokładnie w tym samym miejscu, co teraz. Trzeba zaryzykować.
Odetchnąłem i ruszyłem dalej mijając kolejne numery budynków. Dowiedzenie się pod jakim numerem mieszka pan Gregory Bott wcale nie było takie łatwe, a informacja, jaką otrzymałem taka pewna... ale nic więcej nie miałem.
Jaki będzie? Ojciec jak już o nim mówił, to zwykle jak o dziwaku i wariacie. Dziwacy i wariaci są w sumie całkiem w porządku... chyba, że to kompletni psychole, tacy, których się zamyka. A jak mnie przyjmie do siebie i okaże się seryjnym mordercą? Otworzę jakąś szafę, która tak naprawdę będzie przejściem do piwnicy, w której znajdę wiszące zakrwawio... 
- Za dużo książek, stanowczo za dużo książek - wymamrotałem nerwowo, poprawiając ciążący mi coraz bardziej plecak. Jeśli liczyć w procentach mój bagaż, to tak z 78% stanowiły właśnie książki. Nie miałem serca ich zostawić. Wolałem zabrać ich trochę więcej i nie mieć się w co później ubrać, ale to normalne - każdy postąpiłby tak na moim miejscu. 
Sześćdziesiąt pięć, sześćdziesiąt siedem... Budynek z numerem sześćdziesiąt dziewięć wyrósł tak niespodziewanie, że aż zachłysnąłem się powietrzem i stanąłem jak wryty. 
Tylko spokojnie... wszystko jest pod kontrolą. Pamiętaj, jesteś uprzejmy, dystyngowany... Haha, śmieszne słowo. To ostatni przymiotnik, jaki można mi przypisać. Dobra, mniej myślenia - więcej działania.
Odetchnąłem ostatni raz i po prostu zapukałem do drzwi. 
Może za cicho? A jak nie usłyszy? Jest starszym bratem ojca... ile może mieć lat? Idzie? Może go nie ma? Ile czasu minęło? Zdążyłby dojść do drzwi?
Nachyliłem się w ich stronę, starając się usłyszeć jakiś ruch w środku. 
Nie ma go. Na pewno go nie ma. Spróbowałem - przepadło, można wracać. A jakby tak...?
Po chwili wahania zapukałem jeszcze raz bardziej stanowczo, obiecując sobie, że jak doliczę do pięciu i nie będzie odzewu, to odejdę spod drzwi.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]30.10.15 16:26
/po festiwalu.

Tik-tak, tik-tak i tak w kółko. Zegar tykał, dźwięk echem rozchodził się po pustym mieszkaniu. Tylko ja i mój wozak. To powoli zaczynało stawać się normalnością. Dzieci tak szybko dorastają, jeszcze niedawno tak nieporadnie trzymałem małego Bertiego na rękach, a już teraz miał prawie trzydziestkę na karku. Pracował sam na siebie. Siedziałem w wytartym, skórzanym fotelu z kubkiem kawy w ręku. Była to wyszczerbiona filiżanka, którą Grace dostała od swoich rodziców w zestawie porcelany na ślub. Do dnia dzisiejszego przetrwał jedynie jeden okaz. Patrzyłem przed siebie, na zdjęcia stojące nad kominkiem. Nogę położyłem na pufie, dając jej chociaż na chwilę odpocząć. Wpatrywałem się w ruchome zdjęcie. Byliśmy na nim całą rodziną. Moje usta wykrzywiły się w krzywy uśmiech. Mnóstwo zdjęć stało dookoła, ale jedno było tak proste, jednak niezwykłe. Pośród tych wszystkich chwil uwiecznionych na ruchomych zdjęciach jest jedno wspomnienie zaklęte w całkowicie mugolskiej fotografii. Wspomnienie z niego płynące z jednej strony napełniało mnie radością, a z drugiej smutkiem. Było to moje zdjęcie, chociaż nie pamiętam dokładnie kiedy zostało zrobione. Wyglądało na to, że miałem około pięciu lat. Obok mnie siedział młodszy brat. Zdjęcie było nieruchome, więc nie widziałem jaką czynność wykonywałem. Wiedziałem, że zdjęcie było zrobione z ukrycia, a w każdym razie bez wiedzy mojej i mojego brata, Thomasa. Wielokrotnie o nim myślałem. Szukałem go, co z pomocą magii nie było trudne. Pisałem listy, wysyłane mugolską pocztą, bo wiedziałem jak bardzo nie lubił magii. Chociaż, to nie tak, że jej nie lubił. W każdym razie nie od zawsze. Do dzisiaj w głowie mam obraz ojca, który kiedy byliśmy dziećmi pokazywał nam różne sztuczki. Na przykład ruszający się obrazek, samolot z papieru, który lata niczym ptak. Dopiero kiedy miał dziesięć lat, jego moce się nie ujawniły i nie dostał listu z Hogwartu, wtedy znienawidził magię. Znienawidził wszystko co naukowe, co magiczne, co jest nie do przyjęcia na chłopski rozum. Co jest zbędne i niepraktyczne. Pisałem listy, nigdy nie dostałem odpowiedzi. Próbowałem także zajrzeć w jego przyszłość, ale jasnowidzenie nie było darem, który można przywołać od ręki.
Dlaczego jesteś tak uparty Thomasie? Dlaczego?, spytałem, chociaż wiedziałem, że nigdy nie dostanę odpowiedzi. Minęło tyle lat. Już niedługo stuknie mi sześćdziesiątka. Dlaczego nie mógł ustąpić? Wiele razy chciałem go odwiedzić, wiele razy stałem przed drzwiami malowniczego domku w Marston Green. I tyle razy w głowie widziałem jego reakcję. Do dzisiaj nie umiałem powiedzieć, czy to była wizja, a może mój własny wymysł? W każdym razie za każdym razem odchodziłem. Później pochłonęły mnie własne problemy. Dom, praca, rodzina. Wypadek podczas jednej z akcji. Znalezienie nowego źródła dochodów. Pierwsze kroki jako pedagog. Coraz więcej dzieci, a na samym końcu śmierć mojej ukochanej Grace. Wstałem, sięgając po swoją laskę. Podszedłem do zdjęć stojących na półce nad kominkiem.
Tęsknię za Tobą, Grace.
Otrząsnąłem się ze swojego transu, kiedy usłyszałem pukanie do drzwi. Westchnąłem cicho. Jeszcze kciukiem przejechałem po nieco chropowatej powierzchni fotografii. Pokuśtykałem w stronę wejścia do domu.
-Idę już idę, kogo tu Merlin niesie? Na wszystkie świętości, Bertie, jeżeli znowu to ty, to spiorę cię laską!-krzyknąłem, słysząc niecierpliwe pukanie. Otworzyłem je, najpierw tylko trochę, a widząc młodzieńca z masą bagażu uśmiechnąłem się. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że ciągle mam na sobie znoszone dżinsy, starą koszulę w brązową kratę ubrudzoną kremem od ciasta, marynarkę w siwym kolorze, która prawdopodobnie nie pasowała do moim kapci kupionych w mugolskim sklepie.
-Witajcie, panie podróżniku. Cóż pana sprowadza w moje zacne, aczkolwiek skromne i niezbyt posprzątane progi.-zwróciłem się do młodzieńca, opierając na lasce cały ciężar swojego ciała. W sumie nie wiedziałem, czy młody ma taki wyraz twarzy bo się czegoś bał, czy zestresował się na sam mój widok. W końcu stanął przed nim metr dziewięćdziesiąt najczystszego dziwactwa.
-Coś ty za jeden? Uczyłem cię? Nie to niemożliwe.-powiedziałem i jakby nigdy nic odwróciłem się kuśtykając w głąb salonu, zostawiając otworzone drzwi. Słysząc, że nie wchodzi obróciłem się za nim.
-No właź. Przyszedłeś sobie młody postać? Chyba mnie nie okradniesz, co? Nie ma z czego.-rzuciłem jeszcze w jego stronę. Już nieco cierpliwiej poczekałem, aż ruszy się z miejsca, albo powie, że pomyłka czy coś tam.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]30.10.15 17:48
Raz...
Za drzwiami usłyszałem ruch i czyjś głos i momentalnie cofnąłem o krok, prawie przy tym zabijając o walizkę, którą jeszcze przed chwilą postawiłem na ziemi. Nie, nie, spokojnie, wciąż stałem. Tylko trochę mnie zamurowało, kiedy drzwi otworzyły się raptownie. Totalnie mnie zamroczyło i zapomniałem języka w gębie. Potrafiłem tylko stać jak ten wmurowany w ziemię kołek, niezbyt grzecznie taksując mężczyznę wzrokiem. To on? Z pewnością był wyższy od ojca, którego sam przerosłem, ale prócz tego... dałem radę doszukać się podobieństwa w twarzy mężczyzny. I oczy, oczy mieli niemal identyczne. Nie to, co moje, które z najdrobniejszymi szczegółami należały do mojej matki.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że gospodarz się odezwał, ale zamiast skupić się na jego słowach, mój głupi umysł i wzrok zatrzymał się lasce obcego.
- Em... - odchrząknąłem i wymamrotałem niezrozumiale starając wziąć się w garść. - Uczyłem...? - powtórzyłem za nim zdziwiony tym bardziej, że mężczyzna już zdążył się odwrócić i odejść.
Co do...? 
- Tak, tak, już idę - zreflektowałem się w końcu, zebrałem bagaż i wtarabaniłem do środka taksując wnętrze mieszkania wzrokiem. Szukałem jakiegoś potwierdzenia, że trafiłem pod dobry adres. Najlepszy byłby wielki szyld z napisem: "OTO DOM PANA GREGA BOTTA", ale w sumie zawsze można było o to zapytać, prawda?
- Nie chcę przeszkadzać... - odezwałem się głośniej, żeby usłyszał mimo iż nadal stałem w przedpokoju - ...za bardzo - dodałem już cicho, do siebie, bo wiedziałem, że jednak mimo wszystko mu poprzeszkadzam i zamieszam w jego pewnie poukładanym, spokojnym życiu. W końcu zostawiłem swoje rzeczy przy wejściu i wszedłem wgłąb domostwa, by szybko odnaleźć salon i zapewne samego domownika. 
A jak poszedł po jakiś tasak, żeby rozwalić ci łeb, co?, szybko uciszyłem głos w swojej głowie i stanąłem wciąż trochę niepewnie na progu pomieszczenia.
- Pan Gregory Bott? - zapytałem w końcu znów zatrzymując spojrzenie na jego osobie. Głupio by było, gdyby się okazało, że to jednak nie on, prawda?
"Przyszedłem, bo...", "zna pan...", a może lepiej po prostu się przedstawić?
- Mam na imię Louis - przerwałem dialog z własnymi myślami. - Jestem synem Thomasa. Thomasa Botta - wydusiłem w końcu z siebie wpatrując się w mężczyznę uważnie, żeby nie przegapić jego reakcji na tą wieść.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]30.10.15 19:45
Patrzyłem uważnie na młodego człowieka. Nie wierzyłem w to, że moja pamięć mogła mnie oszukać. To było wręcz niemożliwe. Nie mógł to być mój żaden uczeń. Nie rozpoznałem również z nim żadnego z moich znajomych, których ewentualnie mógłby być synem. Chociaż. Nie, to niemożliwe. Gdyby Thomas...
Przestań o tym myśleć, Greg, Tom wybrał. Skarcił mnie jakiś wewnętrzny głosik, a raczej mój wewnętrzny głos, resztki rozsądku, którego podobno jeszcze mi trochę zostało. Chociaż, pewnie niektórzy by się ze mną kłócili no, ale nieważne. Wszedłem do pokoju, moje spojrzenie mimowolnie spoczęło na zdjęciu, które jeszcze przed przyjściem mojego gościa zwróciło moją uwagę, a właściwie pochłonęło ją bez reszty. Westchnąłem, odwróciłem się do niego.
-Nie chcesz przeszkadzać? Już to zrobiłeś, nie denerwuj się młody. Nie zjem cię.-powiedziałem. No bo tak wyglądał, jakby bał się, że zaraz go zjem, albo zrobię jeszcze coś gorszego, a nie miałem takiego zamiaru. O ile nie był Malfoyem, ale Malfoyowie tak się nie noszą. Oni zachowują się jakby połknęli kij i już nie da się go wyciągnąć. Zmarszczyłem czoło. To co, on przychodzi do mnie i nie wie, że ja to ja? Co w głowie tej młodzieży siedzi, nie miałem pojęcia i chyba do końca nie chciałem go mieć.
-No tak, Gregory Cornelius Bott, we własnej osobie.-przedstawiłem się, nawet teatralnie się kłaniając. Nawet moja laska odegrała swoją rolę, przez co wyglądałem jak wielmożny pan. Tylko mój ubiór i cały dom niezbyt pasowały do postawi wyrachowanego dżentelmena. Dżentelmenem może w jakimś tam sensie byłem, ale na pewno nie tym salonowym znaczeniu. Chwilę później zamurowało mnie. Dosłownie zamurowało. Czułem się tak jakby właśnie ktoś rzucił na mnie drętwotę. Odchrząknąłem nieznacznie. Nie da się ukryć, że byłem zaskoczony. W pierwszy momencie nawet się ucieszyłem, że widzę swojego bratanka. Ale ten zmysł jasnowidza dawał mi przeczucie, że nie pojawił się tutaj bez powodu. A i ten powód nie jest zbyt dobry.
-Jesteś synem Thomasa Botta?-wydukałem. Cofnąłem się nawet trochę, czując jakby większy ból w chorej nodze. Skrzywiłem się lekko, zajmując miejsce na swoim fotelu. Spojrzałem na młodego, ręką wskazując mu jedno z miejsc siedzących.
-Usiądź chłopcze, usiądź.-zwróciłem się do młodzieńca jakby nie do końca dowierzając w to, że tutaj w moim mieszkaniu numer sześćdziesiąt dziewięć w Londynie przy ulicy Baker Street siedzi chłopak, który jest synem mojego brata.
-Wybacz, Louis? Po prostu twój ojciec i ja? No można powiedzieć, że nie mieliśmy dobrych relacji, niestety. Kompletnie nie wiedziałem, że ma syna i to tak wyrośniętego. No proszę, wieżowiec, chudy, no proszę.-oczywiście zacząłem mówić i mówić. Ale ta chwilowa beztroska ustąpiła na chwilę minie człowieka, który zna życie aż za dobrze. Westchnąłem.
-Coś się stało?Coś nie tak z twoim ojcem? Potrzeba wam czegoś? Tobie?-zapytałem prosto z mostu. Może nie widać, ale byłem człowiekiem o wielkim sercu. A dla rodziny zrobiłbym wszystko. Domyśliłem się, że młody nie wie o magii. Gdyby wiedział, pewnie Thomas, niestety, oddałby go pod opiekę moją czy naszych rodziców.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]30.10.15 21:28
Obawiałem się jego reakcji, poza tym... okropnie czułem się w tej roli. Nie dość, że miałem przekazać informację o śmierci jego brata, to jeszcze prosić o pomoc...? Jak gorzej zacząć znajomość ze swoim stryjem? Miałem wrażenie, że się nie da. Nic dziwnego, że byłem spięty i nerwowo, zupełnie nad tym nie panując to zaciskałem, to rozprostowywałem palce prawej dłoni.
Czyli to rzeczywiście on? Dłuższą chwilę mu się przyglądałem doszukując się podobieństw do ojca. Było ich całkiem sporo - oczy, rysy twarzy, nawet czoło marszczyli w ten sam sposób. Dlaczego nie utrzymywali ze sobą kontaktu? Pokłócili się o coś? Co mogłoby aż tak zniszczyć relacje rodzeństwa? Sam nigdy nie doczekałem się brata ani siostry, ale myślę, że gdybym miał chociaż jedno z nich, to zrobiłbym wszystko, żebyśmy mieli bliskie relacje. 
Przytaknąłem na jego pytanie, wciąż bacznie mu się przyglądając, jakbym mógł odczytać z niego przeszłość swojego ojca, to, co się wydarzyło. Dopiero po chwili z wyraźnym ociąganiem dość sztywno usiadłem na skraju kanapy. Dobrze, że on usiadł, bałbym mu się powiedzieć o wszystkim, gdyby stał. 
Zaczął mówić, a ja tylko uśmiechnąłem się blado, kiedy nazwał mnie wieżowcem. Tak, wiedziałem, że nie utrzymywali kontaktu, domyślałem się też, że stryj o mnie nie wiedział. Z tego co mówił odnosiłem wrażenie, że to ojciec się od niego odciął, nie na odwrót. Jeszcze chwilę na niego patrzyłem, nim spuściłem wzrok. Odetchnąłem cicho, formułując w głowie to, co miałem do przekazania. 
Stary, posępny kruk, przezwałem się w myślach nim ponownie spojrzałem na mężczyznę ze... skruchą? Tak, czymś w tym stylu.
- Nawet pan nie wie jak chciałbym mieć dla pana dobre wiadomości... - powiedziałem cicho z zakłopotaniem pocierając dłonią kark. Ot, taki tik. Jakoś głupio było mi się do niego zwracać na "ty", albo chociaż "stryju". Nawet się nie znaliśmy.
- Przepraszam, że nie dałem panu znać wcześniej, ale nie znałem dokładnego adresu... - na chwilę zawiesiłem głos. ...Poza tym wtedy nie miałem do tego głowy, przemknęło mi przez myśl. 
No, wyduś to z siebie, Lou, powiedz prosto z mostu i będziesz miał z głowy. Musi się dowiedzieć, przecież o tym wiesz.
Odetchnąłem cicho.
- Mój tata, on... zginął w lutym tego roku - w końcu to z siebie wykrztusiłem. - Przykro mi - dodałem trochę ciszej, by uciec wzrokiem gdzieś w bok. Tak, było mi przykro, że nie zdążyli się pogodzić, dojść do porozumienia, czy chociaż spotkać.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]02.11.15 0:20
Jego słowa nie wróżyły nic dobrego. Sam fakt, że poznałem swojego bratanka po tak długim czasie, a tym bardziej, że młody stanął przed moimi drzwiami z bagażem. I chyba wszystko powinno stać się dla mnie jasne. A stało się dopiero po słowach Louisa. Mimo to nie naciskałem na chłopaka, wiedziałem, że jest mu ciężko. Skąd? Widziałem to. Przez wiele raz miałem do czynienia z różnymi ludźmi. Poza tym to coś w jego oczach przypominało mi coś w oczach moich dzieci, kiedy siedzieliśmy w pierwsze urodziny Grace, ale bez niej. Spodziewałem usłyszeć się coś takiego, ale i tak był to dla mnie szok. Usta zwinęły się w wąską linię, dodając mojej twarzy zmarszczek, a palce zacisnęły się na drewnianej lasce. Uśmiechnąłem się do niego smętnie.
-Chłopcze, sądzę, że tobie bardziej przydadzą się moje kondolencje. Jak do tego doszło?-odparłem po chwili, wstając ze swojego miejsca. Na mojej twarzy czaił się smętny wyraz. Westchnąłem ciężko. Zastanawiało mnie jak wiele wiedział o naszym konflikcie Louis. Czy w ogóle wiedział cokolwiek. Spojrzałem znowu na multum zdjęć w ramkach. Wspomnienia zaklęte w fotografiach. Pokuśtykałem do kominka zdejmując moje zdjęcie z dzieciństwa, na którym jestem wraz z Thomasem. Podszedłem do chłopaka.
-Fotografie, to zaklęte wspomnienia, do których możemy wracać, nawet gdy niesprawiedliwa śmierć odbierze nam wszystkich bliskich w mniej lub bardziej okrutny sposób. Sama śmierć jest niespodziewana. Przychodzi kiedy chce, nie zwraca uwagi na innych. Wierzysz w Boga chłopcze?-czy moje gadania było bezsensu? Całkiem możliwe, ale ja widziałem w nim sens. Podałem ramkę chłopakowi, a kącik moich ust uniósł się ku górze.
-Twoja matka także nie żyje? Inaczej nie szukałbyś rodziny, z którą ojciec nie utrzymywał kontaktu. Powiedz mi Louis, jak wiele wiesz, czego nie wiesz? Co powiedział ci ojciec?-spytałem, całkowicie poważnie. Naturalnie, spodziewałem się, że chłopak nie wie nic o magii, o świecie, w którym przyszło wychowywać się jego ojcu, a o którym on nie miał bladego pojęcia.
-Zdawałeś sobie sprawę z tego, że twoje wujostwo żyje? Że twoi dziadkowe mają się całkiem dobrze?Że masz kuzynostwo?-spytałem. Może się myliłem. Zawsze Thomas mógł o wszystkim powiedzieć chłopakowi, ale jego duma nie pozwoliła mu wrócić do nas.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]04.11.15 23:30
Powoli powróciłem zgaszonym spojrzeniem do jego osoby, by po chwili kiwnąć lekko głową. Myślę, że śmierć matki w jakimś sensie przygotowała mnie na utratę także ojca. Mimo iż bolało to tak samo, nie było paraliżujące, totalnie obezwładniające. Byłem w stanie działać, myśleć... i jakoś się z tym pogodziłem, albo wciąż jeszcze godziłem. Tak czy siak jednak mówienie o tym wciąż nie było dla mnie łatwe i mimowolnie wprawiało mnie w przygnębienie. 
- Miał wypadek. W pracy. Pracował w fabryce - powiedziałem zdawkowo licząc na to, że mężczyzna nie będzie chciał znać szczegółów. Wiem, że mu się należały, ale... potrzebowałem na to jeszcze trochę czasu. 
Na moment znów spuściłem wzrok, ale kiedy pan Bott zaczął się przemieszczać po pokoju, śledziłem go spojrzeniem. 
- Mówi pan to tak, jakby dobrze to znał - zauważyłem po wysłuchaniu jego słów o utracie najbliższych. Wziąłem do ręki zdjęcie i przyjrzałem się w milczeniu dwóm chłopcom na fotografii. Nigdy nie widziałem jeszcze zdjęcia z dzieciństwa mojego ojca, więc dobrze mu się przyjrzałem rozważając odpowiedź na zadane mi pytanie. W zasadzie nie wiedziałem do czego mój stryj zmierza. Jeśli pytał o moją religijność, to pewnie go zawiodłem. 
- Wierzę, że jesteśmy tu, na Ziemi nie bez przyczyny. Wierzę, że nasze życie ma jakiś głębszy sens - odparłem po chwili, może odrobinę nie na temat. Czy wierzyłem w Boga-Boga? Jakoś nie przekonywała mnie wizja wszechwiedzącego ducha-starca, który patrzył na wszystkich ludzi z nieba.
Potem zaczęło się robić dziwnie. Pokręciłem głową, kiedy spytał, czy moja matka żyje, ale pytanie o to jak wiele wiem i czego nie wiem, trochę zbiło mnie z tropu. Mimowolnie zmarszczyłem brwi nie bardzo wiedząc co ma na myśli. Wciąż chodziło mu o Boga i umieranie czy teraz już o coś innego? No... szczęśliwie nim na dobre zacząłem się nad tym zastanawiać, stryj przyszedł mi z pomocą.
- ...Dziadkowie? - powtórzyłem za nim, otwierając szerzej oczy ze zdziwienia. - Kuzynostwo? - uśmiechnąłem się blado. - Naprawdę? - upewniłem się jeszcze. Miałem rodzinę? I to większą niż tylko sam stryj? Dziwnie się z tym czułem... ale chyba mimo wszystko dobrze. 
Dopiero po chwili ogarnąłem się na tyle, by ponownie potrząsnąć głową.
- Nie, ojciec nic nie mówił - odparłem wreszcie. - Znaczy... jak już, to wspominał o panu, o nikim innym. Bardzo długo myślałem, że w ogóle nie ma rodziny, jak mama - dodałem jeszcze i zamilkłem, przyglądając się stryjowi. - Czy... mogę zapytać co się stało? Tata pokłócił się o coś z resztą rodziny?
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]06.11.15 11:06
Skinąłem głową, nie wyciągając nic więcej. Szczegółowych informacji mogłem dowiedzieć się od mugolskich lekarzy w mniej lub bardziej legalny sposób, zależy do tego jak ten człowiek podchodziłby do mojej osoby. Słysząc jego słowa moje usta wykrzywiły się w ponury uśmiech, a spojrzenie stało się nieobecne.
-Znam, chłopcze, oj znam. Jestem za stary na to, żeby nie znać.-powiedziałem. Pochowałem kilka osób w swoim życiu, jak nie z rodziny to z bliskiego otoczenia. Najbardziej dotkliwą dla mnie stratą było pochowanie mojej małżonki, Grace. Cudowna kobieta. Pewnie ucieszyłaby się z wizyty Louisa, aby pokazać, że się nie przejęła śmiercią mojego brata zastawiłaby stolik różnymi smakołykami psiocząc, że nie spotkałem się z nim wcześniej. Jednak nikt nic nie mówił, nikt nie krzątał się po mieszkaniu. Byłem sam.
A więc, nie wierzył w mugolskiego Boga?
-Człowiek nauki, co?-zagadnąłem. Trzeba być spostrzegawczym. Poza tym dziwne pytania, skojarzenia były w moim przypadku bardzo naturalną rzeczą. I było jeszcze coś. Wychowałem się połowicznie w świecie mugoli, dlatego wiedziałem, że ludziom silnie wierzącym trudno byłoby przyjąć do wiadomości, że my, czarodzieje, mamy magiczne patyki i wypowiadając zaklęcie potrafimy wykonywać od groma czynności. Może dlatego jeszcze społeczność czarodziejska różnych państw nie straszyła się na wzajem bronią? No tak, tylko, że my mieliśmy zamiast Hitlera, Grindelwalda. Obyśmy nie doczekali się odpowiednika Stalina.
Na jego słowa zdziwienia uśmiechnąłem się szerzej.
-O tak, nawet mój syn jest w podobnym do ciebie wieku. Teraz jest w szkole. I nie jestem twoim jedynym stryjem.-dodałem. Nie byłem osobą, która przejmowałaby się tym, że jednego dnia Louis dostał za dużą dawkę szokujących informacji. W końcu zadał to pytanie.
-Ha!-krzyknąłem nagle i klasnąwszy w dłonie, podniosłem się z fotela po raz kolejny. -Oczywiście, że możesz. Kto pyta nie błądzi, ale ostrzegam to wszystko może ci się wydawać jeszcze bardziej niemożliwe niż wszystko o czym kiedykolwiek słyszałeś.-ostrzegłem. A potem zacząłem macać się po spodniach, wewnętrznych kieszeniach, a gdy wyczułem podłużne wybrzuszenie uśmiechnąłem się sam do siebie. Wyciągnąłem ją z wewnętrznej kieszeni. Uniosłem ją ku górze, zupełnie jakbym eksponował jakiś bardzo ważny przedmiot.
-Dzieci bardzo często chwytają za patyki, wsiadają na miotły i udając czarodzieja albo czarownicę odlatują. Ważą eliksiry, rzucają zaklęcia, hodują magiczne stworzenia i rośliny, przepowiadają przyszłość. -zacząłem sielankowo brzmiący wstęp do historii. Cały czas bacznie obserwowałem chłopaka.
-Załóżmy, że taki świat istnieje. Wychowujesz się wśród ludzi z różdżkami, którzy robią nienormalne rzeczy, codziennie. A ty jeden, jesteś normalnie nienormalny w tej całej rodzinie. Co byś zrobił?-spytałem. Oparłem ciężar ciała na zdrowej nodze i drewnianej lasce.
-Co byś zrobił, gdyby rzeczy opowiadane ci w bajkach stały się prawdziwe?-spytałem po raz kolejny, unosząc brwi ku górze.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]07.11.15 0:23
Dziwna sprawa, dotąd moja rodzina składała się tylko z dwóch osób: matki i ojca. W dzieciństwie zazdrościłem trochę kumplom, którzy mieli też rodzeństwo i dziadków, a nawet wujów i ciotki. Nawet jak na nich narzekali, to i tak wiedziałem, że są sobie bliscy i jeśli działoby się coś złego, zawsze mogli liczyć na ich wsparcie. Wszystko dlatego, że łączyły ich więzy krwi... 
Jeszcze przed chwilą byłem pewny, że byłem sam, że miałem już tylko nieznanego mi stryja i nikogo więcej, a teraz... teraz okazało się, że mam naprawdę sporą rodzinę, o której nie miałem zielonego pojęcia. Nie mogłem zrozumieć jak ojciec przez cały ten czas nie pisnął słowa o swoich rodzicach, czemu nie mówił więcej o swoim rodzeństwie... Kiedy było bardzo źle, kiedy właśnie przydałaby nam się reszta rodziny... czy w ogóle o niej myślał? Wiedziałem, że nie znosił prosić o pomoc, odziedziczyłem to po nim, ale... naprawdę uważał, że lepiej będzie, jeśli nie poznam krewnych? Dlaczego? Dlaczego uznał to za ostateczną ostateczność? Nie mogłem tego pojąć. Tym bardziej, że póki co stryj wydawał się całkiem w porządku i nie wyglądał na takiego świra, za jakiego miał go mój ojciec... A przynajmniej tak mi się dotąd wydawało.
Człowiek nauki? Mimowolnie się uśmiechnąłem i skinąłem głową.
- Można tak powiedzieć - przyznałem. Nie powiem... nazwanie mnie człowiekiem nauki połechtało moje próżne ego i to nie bez przyjemności. I jak tu miałbym nie lubić swego stryja? Tym bardziej, że może zapozna mnie z resztą rodziny? Nie mogą być tacy źli... szczególnie mój kuzyn-prawie-rówieśnik. Ale czad!
Drgnąłem, kiedy mężczyzna niespodziewanie krzyknął i klasnął w dłonie. A potem... zaczęło się robić dziwnie. Tak w opór dziwnie, ale z uwagą słuchałem, co stryj miał mi do powiedzenia o... dziecięcych zabawach. Pytanie padło stanowczo za szybko, nim udało mi się uchwycić sens jego wypowiedzi. Ten głębszy sens. Bo przecież nie mówił na poważnie z tymi różdżkami i czarodziejami, nie? Problem w tym, że...
W zakłopotaniu potarłem znów dłonią kark i uśmiechnąłem się trochę przepraszająco.
- To przenośnia, tak? - spróbowałem się upewnić. - Muszę pana uprzedzić, że nie jestem w tym najlepszy - dodałem, coby się nie nastawiał na mój geniusz interpretacji. Właśnie dlatego wiersze nigdy nie miały dla mnie sensu: dochodzenie "co autor miał na myśli", było dla mnie czystą mordęgą. Wprawdzie lubiłem zagadki... ale takie bardziej... logiczne. 
Spojrzałem na trzymany przez niego patyk i... coś mnie tchnęło. A jeśli mówił całkiem poważnie? Tak serio-serio? Znów przyjrzałem się stryjowi. 
To by oznaczało, że rzeczywiście jest wariatem tak, jak mówił tata, skwitowałem w myślach. Ale co tam, dopóki jest niegroźnym wariatem, to nie mam się czego bać.
I jak tu odpowiedzieć na jego pytania? 
Co bym zrobił, gdyby moja rodzina była magiczna, a ja nie?
- Czy ja wiem...? Pewnie cholernie bym ich podziwiał i trochę im zazdrościł - wzruszyłem ramionami. W gruncie rzeczy i tak skończyłbym jako nastolatek zafascynowany astrofizyką, skoro właśnie w tym byłem choć trochę dobry - zawsze coś, nie?
- To zależy o jakie bajki by się rozchodziło - rzuciłem co do drugiego pytania z lekkim uśmiechem. - Ale pewnie byłoby zabawnie - dodałem lekko, nadal nie rozumiejąc jaki to miało związek z moim ojcem. Może po prostu stryj był magikiem? I brał trochę zbyt poważnie swoją pracę, a mój ojciec miał go za wariata? Ta teoria miała nawet ręce i nogi.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]09.11.15 20:39
Zdawałem sobie sprawę z tego, że kiedy powiem mu o tym, że wszystko co usłyszał w bajkach jest prawdą uzna mnie za szaleńca. Jednakże musiałem mu powiedzieć. Musiałem to zrobić zanim obudzi się mój wozak, przerośnięta, gadająca fretka, albo Bertie nagle pojawi się na środku salonu z kolejną niespodziewaną wizytą, której ja i tak będę się spodziewał. Uważnie przyglądałem się Louisowi, jakbym zastanawiał się nad każdym kolejnym słowem. Nie chciałem, żeby dzieciak wyleciał z mojego mieszkania z krzykiem, tym bardziej teraz kiedy jak nigdy wcześniej potrzebował rodziny. Chociażby tak głośnej jak moja. To, że teraz było tutaj cicho, nie oznaczało, że tutaj zawsze tak jest. Czasem moje starsze, młodsze dzieci postanowią zrobić mi nalot, a wtedy człowiek musi wykarmić te wszystkie sępy. Na samym początku nie chciałem pokazywać mu działania magii. Chociaż podejrzewałem, że skoro był człowiekiem nauki (a uważał się za kogoś tego pokroju, widziałem to w jego reakcji na moje słowa) to naoczny dowód będzie mimo wszystko potrzebny. Obracałem patyk, zwany przeze mnie różdżką w palcach przyglądając mu się dokładnie. Nabrałem głęboko powietrza, spoglądając na jedno ze zdjęć na kominku. Była na nim oczywiście moja małżonka. Mimo iż starałem się iść do przodu, musiałem pamiętać o niej. O tym jak ważną
Uśmiechnąłem się do niego.
-Chłopcze, proszę cię o jedno. Niezależnie od tego, co teraz usłyszysz, musisz wiedzieć, że nie kłamię. Nie mam w tym przecież żadnego interesu, a jeżeli będziesz potrzebował dowodów, dostaniesz je.-zapowiedziałem. Chociaż pewnie i tak uzna mnie za wariata. Chociaż ból nogi doskwierał, nie miałem zamiaru siadać. Uniosłem jedną brew.
-Sęk w tym, drogi chłopcze, że to wszystko jest prawdą. I twój ojciec doskonale o tym wiedział. Ale pomyśl, zanim stąd wybiegniesz i okrzykniesz mnie wariatem, pomyśl. Czy twój ojciec wysłałby cię do mnie, gdybym był dla ciebie niebezpieczny?-zwróciłem się do niego. Musiałem najpierw dowiedzieć się, czy zdrowy rozsądek karze mu uciekać, czy raczej jako człowiek nauki, człowiek chcący poznać świat zostanie i wysłucha mnie do końca. Nie mogłem pokazać mu wszystkiego, nie będąc pewnym. Musiał mnie zrozumieć. Miałem tylko nadzieję, że nie ucieknie z krzykiem.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]09.11.15 21:52
Nie byłem strachliwym człowiekiem... a przynajmniej się za takiego nie miałem i trzeba było dać mi poważne powody, żebym zwiał. No, w każdym razie obecnie, kiedy przecież ważyła się właśnie na szali moja dalsza edukacja. Niedogodności w postaci szalonego stryja, to przecież jeszcze nic takiego, jeśli mógłbym spokojnie zająć się nauką. Dopóki nie sięgał po siekierę, tasak czy spluwę... nie miałem się czego bać. No, na pewno nie tego patyka, który miał w ręce - mógł mi nim co najwyżej wybić oko... co, owszem, było groźne, ale nie popadajmy w paranoję, istniała duża szansa, że mój stryj nie miał jakiegoś psychicznego schorzenia karzącego mu wyłupiać oczy krewnych. 
Przyglądałem mu się z uwagą, kiedy ponownie się odezwał, a po chwili kiwnąłem głową. Wierzyłem, że nie kłamie. Co najwyżej jest święcie przekonany, że świat baśni jest prawdziwy - to jeszcze nie zbrodnia. 
Fakt, gdyby stryj był niebezpieczny, ojciec rzeczywiście by go do niego nie przysyłał, więc można było chyba odhaczyć podejrzenie, że był jakimś oczo-filem (istniało takie schorzenie w ogóle?).  
- Raczej nie jest pan niebezpieczny - zgodziłem się z nim trochę rozbawiony, że sam poruszył tą kwestię. - I na razie nie widzę powodów do ucieczki - dodałem, coby nie miał już na tym polu wątpliwości. Zamierzałem go wysłuchać do końca tym bardziej, że miał dowody, tak? Kim byłbym, gdybym teraz tak po prostu wyszedł? Na pewno nie sobą. 
Przez chwilę milczałem analizując wszystkie informacje, jakie od niego otrzymałem. Trochę się to nie trzymało kupy i było mocno, MOCNO nieprawdopodobne, ale... nie zaszkodziło przyjąć na chwilę, czysto hipotetycznie, że stryj ma rację.
- Czyli... sugeruje pan, że na świecie istnieją magowie, tak? - zapytałem, żeby się upewnić, że dobrze wszystko zrozumiałem. - I... jest pan jednym z nich? Jest pan magikiem? - zaryzykowałem, spoglądając przy okazji na dzierżony przez niego patyk. Kto wie, może zaraz stryj wyciągnie białego królika z cylindra? To nie byłoby ani trochę straszne, ani nawet tak dziwne jak można było podejrzewać. Nie takie rzeczy już widział w cyrku.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]11.11.15 9:13
W sumie cieszyło mnie to, że młody postanowił jednak poczekać, chociażby dlatego, żeby przekonać się jakie mam dla niego dowody na poparcie mojej teorii, ale nie powiem, nazwanie mnie magikiem było wyjątkowo krzywdzące, bo nie wiedzieć czemu kojarzyło mi się to z tymi mugolskimi iluzjonistkami, którzy robili ludziom sieczkę z mózgu. A jeżeli spodziewał się królika, to z pewnością go zaskoczę i nie miało być to zaklęcie takie, które w wątpienie da moje kwalifikacje czarodzieja. Byłem dumnym profesorem w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, a także byłym brygadzistą w Ministerstwie Magii. Wzruszyłem ramionami. Spojrzałem na liczne zdjęcia ustawione na parapecie. Wziąłem jedno z nich do ręki, podając je Louisowi. Co w nim było nie tak? Ruszało się i to nie po przechyleniu na jedną stronę. Na fotografii znajdowałem się ja, jakieś dwadzieścia lat temu z najmłodszym wtedy dzieckiem na kolanach. Obok mnie siedziała moja małżonka obejmująca kolejną pociechę. Siedmioletni Bertie siedział u podnóża. Wszyscy machaliśmy do fotografa, którym pewnie był mój ojciec. Gdzieś w tle było widać mojego młodszego brata na miotle. Normalne fotografię się nie ruszały przecież. Ale jeżeli potrzebował jeszcze więcej dowodów? Machnąłem nieznaczenie różdżką, a po chwili kubek z kuchni, pojawił się w mojej dłoni. Nie mówiłem nic. Postawiłem naczynie na stoliku.
-Jestem czarodziejem. Magik, to człowiek bez magicznych uzdolnień, który robi sieczkę z mózgu przez wykorzystanie złudzeń optycznych.-powiedziałem całkiem spokojnie, jakbym własnie nie przywołał zaklęciem Accio kubka.
-Wody?-spytałem. Ja bym się napił za dużo gadania. Kolejne machnięcie różdżką, a z końcówki różdżki wyleciał strumień wody, który wypełnił naczynie. W sumie nigdy nie potrafiłem być jakiś dyskretny, zaklęcia nie były spektakularne, ale nie chciałem hałasu, bo znowu przyjdzie ta zrzęda spod 58 i będzie jęczała i przeklinała mnie na wszystkie świętości.
-Jest wiele dowód na to, że to co mówię jest prawdą, ale od ciebie zależy, czy będziesz chciał dowiedzieć się więcej.-odparłem spokojnie. Przynajmniej mój mało sympatyczny wozak spał w drugim pokoju. Inaczej mogłoby się zrobić nieprzyjemnie.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Salon [odnośnik]11.11.15 11:01
W pierwszej chwili zamiast odpowiedzi, dostałem do rąk kolejne zdjęcie. Ech, zdjęcia nie były najlepszymi dowoda...
Szerzej otworzyłem oczy ze zdumienia, kiedy postacie ze zdjęcia jak gdyby nigdy nic do mnie pomachały. Przez chwilę sądziłem, że mi się zdawało, zamrugałem... 
- Jak to możli...? - zacząłem odwracając ramkę ze zdjęciem i bacznie jej się przyglądając.
To jakaś nowa technologia? Jakiś nieudostępniony publicznie patent? Bo przecież dało się to logicznie wytłumaczyć, prawda? 
Na moment oderwałem wzrok od zdjęcia, jakby szukając u stryja odpowiedzi, zamiast tego otrzymałem nowe dziwactwo. Rozdziawiłem lekko usta, trochę oniemiawszy, ale... ale...! 
Różdżka tryskająca wodą? To wcale nie takie niezwykłe, lewitujący kubek też dałoby się zrobić dla celów artystyczno-magicznych. Ze zdjęciem było gorzej, to prawda... ale może to rzeczywiście jakieś złudzenie optyczne? 
- To jeszcze nie dowody - powiedziałem stanowczo, potrząsnąwszy głową i tworząc na niej jeszcze większy nieład. - Magik ma ograniczoną pulę sztuczek, prawda? Czarodziej nie powinien jej mieć. Mógłby pan na przykład wyczarować ruszającą się roślinę? Sprawić, żeby fotel zaczął mówić? Albo żebym latał? - dodałem sądząc, że jeśli wymyślę coś tak absurdalnego, to rozwiejemy wątpliwości raz a dobrze: stryj był magikiem, nie czarodziejem. No bo... nie istniało coś takiego jak czary, prawda? Wtedy świat wyglądałby inaczej, żyłoby się lepiej, wszystko byłoby łatwiejsze. Byłoby fajnie, jasne, ale... takie rzeczy tylko w bajkach. Poza tym wszystko na tym świecie dało się wytłumaczyć naukowo - prawdziwej magii nie, więc nie mogła istnieć. 
Tak, obiecałem nie podejrzewać stryja o kłamstwa, ale... pewnie próbował ze mnie zażartować, a ja wcale nie byłem już dzieciakiem! Nie było mnie tak łatwo oszukać jak jeszcze parę lat wcześniej, o.


Make love music
Not war.
Louis Bott
Zawód : Drugi Kogut Kurnika, dorywczo może coś naprawić
Wiek : 22
Czystość krwi : Mugolska
Stan cywilny : Kawaler
Look up at the night sky
We are part of this universe,
we are in this universe,
but more important than both of those facts is that
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Mugol
universe is in us
Niemagiczni
Niemagiczni
https://www.morsmordre.net/t1671-louis-bott https://www.morsmordre.net/t1846-niemugolska-poczta-lou#24237 https://www.morsmordre.net/t1672-louis-bott#17379 https://www.morsmordre.net/f223-dolina-godryka-kurnik https://www.morsmordre.net/t5152-louis-bott
Re: Salon [odnośnik]11.11.15 11:28
Możliwe? Och wszystko było możliwe, ale dla niego pojęcie niemożliwe obejmowało to co dla mnie i moich dzieciaków było codziennością. Spokojnie czekałem na reakcję młodego. Zaśmiałem się na jego prośbę serdecznie. Co prawda nie próbowałem jeszcze zmuszać mojego ulubionego fotela do wyśpiewania solówki z Carmen, ale skoro tego chciał mój bratanek? Jeżeli to miało go przekonać do tego kim jestem? Jasne, mogłem mu tego nie mówić, ale gdyby nie potrzebował mojej pomocy, nie przyszedłby do mnie z torbami.
Zastanowiłem się chwilę. Cóż, dopóki sam nie uświadczy magii na sobie, nie uwierzy mi, w że magia istnieje. Spojrzałem na dłoń z różdżką, próbowałem chyba budować napięcie.
-Mogę sprawić, że ten fotel zacznie wyciągać wyższe dźwięki niż zawodowa sopranistka, mogę sprawić, że kubek zacznie tańczyć lambadę, ale i tak nie uwierzysz.-odparłem. Zupełnie jakbym dawał za wygraną.
-Ale pozostaje jeszcze latanie.-rzuciłem, a następnie wykonałem gest ręki, a następnie wypowiedziałem formułkę.-Mobilicorpus.-wypowiedziałem, kładąc nacisk na odpowiednią sylabę. A po chwili trochę się mu uniosło w górę. Zawsze mogłem rzucić Levicorpus, ale by biedakowi za dużo krwi do mózgu napłynęło, a tego nie chcieliśmy. Przecież nie chciałem zrobić mu krzywdy. Przesadziłem go na inny fotel. A potem zdjąłem zaklęcie. Skłoniłem się teatralnie, jak dobry aktor po udanym występie.
-Wy, naukowcy świata bez magii boicie się jej, bo nie wiecie skąd płyną jej źródła i jak to możliwe. Nie należy się bać chłopcze. Twój ojciec sam nie miał tej zdolności, bał się i został sam.-powiedziałem smutno. Wspominanie brata, a tym bardziej teraz nie było zbyt przyjemnym doświadczeniem, zważywszy na to, że odszedł, nim zdążyłem z nim porozmawiać. Teraz wiedziałem, że mogłem działać szybciej.
Gość
Anonymous
Gość

Strona 1 z 5 1, 2, 3, 4, 5  Next

Salon
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach