Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Hogwart '41
AutorWiadomość
Hogwart '41 [odnośnik]07.11.15 14:17
Echa ogłuszającego ryku tłumu dzwoniły mu w uszach jeszcze długo po tym, jak ostatnia osoba opuściła trybuny, chociaż szatnia Ślizgonów była tamtego dnia wyjątkowo cicha. Członkowie drużyny zwyczajnie przebrali się i wyszli, nie odzywając się do siebie wcale, najwidoczniej zbyt pochłonięci wewnętrznym przeżywaniem najbardziej spektakularnej porażki sezonu, żeby chociażby rzucić wulgarną obelgą. Zaadresowaną oczywiście do Gryfonów; czerwono-złotej siły, która dosłownie zmiotła ich z boiska, tuż po tym, jak zbłąkany tłuczek wykluczył z gry ich obrońcę. Zmuszeni do radzenia sobie w sześciu, jedynie miotali się żałośnie od słupka do słupka i nawet sędzia wydawał się im współczuć, bo pod koniec meczu zrezygnował z karania ich za faule. Nie żeby to cokolwiek zmieniło – spotkanie zakończyło się różnicą punktów tak kosmiczną, że Percival nawet nie próbował objąć jej myślami, kiedy kilkanaście minut po ostatnim gwizdku metodycznie i raczej bez większego celu zdrapywał z rączki miotły zaschnięte błoto.
Opuścił szatnię samotnie, z jakiegoś powodu nie czując się w nastroju na eskortowanie kontuzjowanego obrońcy do Skrzydła Szpitalnego, bo mimo początkowych prób, nie był w stanie przyłączyć się do ogólnej wściekłości, promieniującej z pozostałych Ślizgonów. Pewnie powinien - zostali właśnie pokonani przez swoich najbardziej zaciekłych wrogów i niepisana zasada nakazywała zjednoczenie się w pokoju wspólnym na kilkugodzinnym planowaniu paskudnego odwetu – ale nic nie mógł poradzić na fakt, że jego własne emocje zdawały się buntować przeciw niemu. Nie podskakiwał co prawda radośnie, bo poczucie porażki, zwłaszcza tak sromotnej, nie było czymś z czym potrafił bezproblemowo sobie poradzić (nigdy nie umiał przegrywać, nawet w dzieciństwie irytował się infantylnie, rozrzucając pionki po szachownicy za każdym razem, gdy rozgrywka nie przebiegała po jego myśli), ale odczuwał też jakąś chorą, wewnętrzną satysfakcję na wspomnienie zmasakrowanej twarzy wyeliminowanego z meczu chłopaka, który może i był dobrym graczem, ale prywatnie stanowił podręcznikowy wręcz przykład rozpieszczonego skurwysyna. I jeżeli Percy czegokolwiek żałował, to tego, że to nie on był osobą, która posłała pechowy tłuczek w jego kierunku. Inna sprawa, że pewnie mógłby powstrzymać złośliwą piłkę, gdyby przypadkiem nie był zajęty patrzeniem w inną stronę.
Pochłonięty tą niesamowicie istotną, wewnętrzną walką, z którą jego siedemnastoletni organizm ledwie był w stanie sobie poradzić, prawie nie zauważył, że stopy nie niosły go wcale w kierunku wejścia do zamku. Zatrzymał się dopiero, gdy – okrążywszy połowę boiska do Quidditcha – natrafił na przeszkodę w postaci wysokiej sylwetki, opierającej się o ścianę przeciwległej szatni. Szkarłatne akcenty na szacie oraz budząca podejrzenia o pomieszaną z olbrzymami krew budowa powinny zapewne stanowić wystarczające powody do natychmiastowego odwrotu, ale na Percivala zadziałały w sposób wręcz przeciwny. Uśmiechnął się pod nosem, kompletnie ignorując widmo rozwścieczonych twarzy pozostałych Ślizgonów i blaknącą wizję ostatecznej punktacji meczu, i ruszył pewnie w stronę Benjamina, starając się nie zauważać dziwnych, kompletnie niezrozumiałych akrobacji, wykonywanych właśnie przez jego organy wewnętrzne.
- Wright – rzucił, z rękami w kieszeniach opierając się o ścianę obok chłopaka i dopiero wtedy zauważając, że para wydobywająca się spomiędzy jego warg nie była jedynie wytworem niskiej temperatury. – Nie powinieneś właśnie świętować zwycięstwa razem z resztą gryfońskich ciamajd? – zapytał. W normalnych okolicznościach za taki komentarz zarobiłby zapewne piękne uderzenie pięścią, aż zacząłby przypominać z twarzy ich obrońcę, ale okoliczności były dalekie od normalnych. A w jego głosie, wbrew pozorom, nie było charakterystycznej dla jego znajomych pogardy, choć uważny słuchacz byłby być może w stanie wychwycić lekko gorzką nutę.
Naprawdę nienawidził przegrywać.
Pewnym siebie gestem sięgnął w stronę Bena, wyciągając mu z ust mugolskiego papierosa (jego matka dostałaby zawału gdyby zobaczyła go z czymś tak plugawym w ręce), wciągając do płuc porcję dymu (na szczęście nie krztusząc się już przy tym jak panienka), by po dłuższej chwili ją wypuścić. – Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że czekasz, żeby mnie pocieszyć.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]07.11.15 17:07
Zwycięstwo wcale nie smakowało słodko, o nie. Żadnego mdlącego posmaku kremowego piwa czy przemycanego potajemnie do zamku pitnego miodu, wzbogaconego magicznym eliksirem nietrzeźwości, o innych bombonierkach czy czekoladowych żabach nie wspominając. Triumf był raczej gorzki, mroził zęby lodowatym listopadowym powietrzem, osiadał na języku cienką warstewką unoszącego się błota, zdmuchiwanego powoli kolejnymi okrzykami radości oraz mściwym rechocikiem. Wybrzmiewał on całkiem donośnie, nawet w chaosie wrzasków zachwyconych fanów, sprawiając, że gardło Benjamina odmówiło posłuszeństwa gdzieś w połowie pierwszej wariackiej przyśpiewki, opiewającej siłę i odwagę Gryfonów. Wright stracił więc głos gdzieś w minutę po odgwizdaniu końca meczu, co wcale go nie zasmuciło. I tak nie byłby w stanie prowadzić normalnej rozmowy w tym kłębowisku szczęśliwych reprezentantów Gryffindoru, ściskanych, poklepywanych i przytulanych przez właściwie trzy czwarte uczniów Hogwartu, wylewających się na rozmokłe boisko różnokolorową falą. Nieliczne niedobitki kibiców Ślizgonów smętnie opuszczały trybuny, płynąc zielono-srebrną falą w kierunku ledwie majaczącego w mgle zamku, jednak Jaimie w ogóle nie patrzył w tamtą stronę, początkowo dając się ponieść radosnemu tłumowi w kierunku szatni, gdzie najpierw zabrzmiała kolejna gryfońska przyśpiewka a potem wesołe przemówienie kapitana drużyny, przerywane raz po raz wybuchami śmiechu i aplauzem. Benjamin przyjmował to całe zainteresowanie z ukontentowaniem, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu, praktycznie zapominając o bólu zmęczonych mięśni i uderzonego ciała. Liczyła się ta obezwładniająca chwila zwycięstwa, prymitywna i pozbawiona jakichkolwiek smutków, chociaż wbrew endorfinowym pozorom, skłaniająca także do refleksji. Dlatego też nieco zdystansował się od rozochoconej gromady, odmawiając propozycji natychmiastowego udania się do zamku na wspólne świętowanie, co wytłumaczył chęcią zmycia z siebie błota - faktycznie prezentował się najbrudniej z całej drużyny, która bez zmiany odzienia ruszyła razem z rozkrzyczanym tłumem do zamku. Po kwadransie w cichej szatni nie było już nikogo oprócz pieczołowicie (i mało logicznie) wyczyszczonego z trawska oraz ziemi Benjamina, nakładającego na siebie te same brudne sportowe szaty. Zawiązał buty, przeszedł szlakiem setek zabłoconych stóp i przystanął przed samą szatnią, odpalając mugolskiego papierosa. Jakby rozkoszował się mglistą ciszą, dźwięczącą wręcz w uszach po poprzedniej kakofonii głośnego dopingu lub jakby na kogoś czekał.
Wiedział, że przyjdzie. Po prostu wiedział, był stuprocentowo pewien, że go zobaczy, ale i tak kiedy sylwetka Percivala stała się wyraźna i kiedy w końcu oparł się o ścianę tuż obok niego, po ciele Benjamina rozlała się przyjemna fala palących płomieni. Nie, nie milusie ciepło, ogrzewające jego serduszko - raczej szatańska pożoga niemoralności, wpływająca dość znacznie nie tylko na jego zdolności intelektualne ale i na przemęczone mięśnie, spięte ponownie w niewidocznym (na szczęście) paroksyzmie zadowolenia. Tak wolał nazywać ten upajający, aczkolwiek bolesny dla obtłuczonych zagubionym tłuczkiem żeber, stan, utrzymujący się od niespełna dwóch tygodni i nasilający się przy każdym bezpośrednim kontakcie z tym konkretnym ślizgonem.
- Nott. Nie powinieneś właśnie płakać w wyhaftowaną złotymi nitkami poduszkę razem z resztą ślizgońskich ciamajd? - sparafrazował jego powitanie z wrodzoną erudycją, przyglądając się mu uważnie, z triumfującym uśmiechem błądzącym na wąskich ustach. Nawet wtedy, kiedy chłopak bezpardonowo odebrał mu papierosa, co w normalnym przypadku skończyłoby się bolesnym wgnieceniem delikwenta w błoto. To nie była jednak normalna relacja i to właśnie ta świadomość rozpalała w Benjaminie czysty ogień, widoczny zapewne w jego roziskrzonym spojrzeniu piwnych oczu. - Czekam na twoje gratulacje - sprostował radośnie, obserwując jak profesjonalnie Percival obchodzi się z mugolską fajurką i czując demoralizującą dumę z postępów. - Nie ma nic piękniejszego od widoku przegranego Ślizgona - dodał z ukontentowaniem, opierając się wygodniej o ścianę. Wokół nich nie było nikogo, kto byłby świadkiem pomeczowego mordobicia, a ciężka mgła zapewniała maksimum prywatności, gdyby...gdyby na przykład chciał rozkwasić przeciwnikowi nos. Albo potraktować go przemiłym zaklęciem.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]08.11.15 0:05
Dla postronnego obserwatora takie spotkanie musiało wyglądać wyjątkowo niefortunnie – sytuacja, w której triumf jednego spoczywał dokładnie naprzeciwko miażdżącej porażki drugiego, a między nimi widniał wielki, tłusty znak równości, aż prosiła się o katastrofę. Gdyby chodziło o kogokolwiek innego, Percival zapewne już dawno wyciągałby różdżkę, gotów w niesamowicie dojrzałym akcie głupoty udowodnić swoją wyższość nad brudnym mieszańcem, plugawiącym rozmąconą krwią szlachetne mury Hogwartu. Nie, nie był wcale aż tak bardzo inny od reszty Ślizgonów – czymś w końcu zapracował sobie na srebrno zielone szaty i żadna pomyłka nie wchodziła tutaj w grę. Daleko mu było do łamiącego schematy protagonisty, mającego zamiar zażegnać raz na zawsze odwieczną nienawiść między szkolnymi domami i sam niejednokrotnie brał udział w paskudnych żartach, celujących w posiadaczy mugolskiej krwi i zakochanych w szlamach zdrajców. Bez palącego przekonania, ale też bez specjalnych wyrzutów sumienia.
Co dziwne, nie uważał się wcale za hipokrytę (należało wątpić, czy w ogóle znał wtedy znaczenie tego słowa), a spokojne palenie papierosów w towarzystwie półkrwi Gryfona, który właśnie skopał mu dupę na boisku, nie wywoływało w jego skrzywionym umyśle żadnej dysharmonii. Wprost przeciwnie, czuł się tak swobodnie jak nigdzie indziej, chociaż wrażenie skonfundowania, które towarzyszyło mu mniej więcej od dwóch tygodni, wciąż było obecne, zmuszając go do ciągłego redefiniowania własnego światopoglądu. O dziwo nie opierał się przeciwko temu, z niemal chorą fascynacją pozwalając sytuacji postępować, nie mogąc się doczekać momentu, w którym niewiadoma przyszłość odkryje przed nim kolejne karty. Czuł się trochę jak człowiek stąpający po kruchym lodzie – nie dostrzegający celu swojej wędrówki, ale również niezdolny do oparcia się gorączkowemu do niego przyciąganiu, podczas gdy poczucie niebezpieczeństwa? tylko dodatkowo zniechęcało go do odwrotu.
- Srebrnymi – poprawił go, odwzajemniając zarówno uważne spojrzenie, jak i niewyraźny uśmiech, choć w jego grymasie próżno było szukać oznak triumfu. Wbrew pozorom nie było tam również śladów złości czy charakterystycznej dla przegranych buty; Benjamin był jedyną osobą, która mogła bezkarnie pozwolić sobie na tego typu komentarz, zresztą był też jedyną osobą, która mogła wszystko – lista złożona z podpadających pod to słowo czynności nie miałaby końca, nigdy więc nie silił się nawet na myślowe jej sporządzenie, jej istnienie przyjmując po prostu za oczywistość. Gdyby senior Nott dostrzegł kiedykolwiek podziw, jaki od czasu do czasu gościł w spojrzeniu jego syna, patrzącego w oczy jakiemuś tam Wrightowi, samodzielnie potraktowałby go avadą, żeby przypadkiem nie przekazał swojej nienormalności potomnym. Która sięgała zresztą znacznie dalej, niż poza niepisane podziały. – Chyba że proponujesz mi swoją poduszkę – dodał, wydmuchując z płuc kolejną porcję dymu i przez chwilę bez słowa obserwując, jak łatwo mieszał się z otaczającą ich mgłą. Która tylko potęgowała uczucie odosobnienia i oddzielenia od reszty zwyczajnego, nieświadomego świata – nawet zamek, kompletnie niewidoczny za białą kurtyną, wydawał się oddalony o lata świetlne. O dworku w Nottingham nie wspominając.
Wyciągnął dłoń z fajką w stronę chłopaka, zwracając mu jego własność. – Pogratulowałbym ci, ale słyszałem, że przez taką anomalię rozstąpiłaby się ziemia, a Hogwart nawiedziłoby siedem magicznych plag. Chochliki kornwalijskie, sok z czyrakobulwy zamiast soku dyniowego, nowi gryfoni… wolę nie ryzykować.
Paliło go intensywnie w klatce piersiowej. Benjamin musiał mieć wyjątkowo paskudne papierosy. Od jakiegoś czasu.
- No to napatrz się – powiedział, nie bez sarkastycznej nuty, odpychając się od ściany i stając dokładnie na wprost ubabranego błotem Wrighta. – Być może więcej nie będziesz miał okazji.
Obaj wiedzieli, że to bzdura. Niewytłumaczalny był jedynie fakt, że Percivalowi w żaden sposób to nie przeszkadzało.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]08.11.15 14:11
Benjamin nigdy wcześniej nie przejmował się tym, czy jest najlepszy, czy ktokolwiek uznaje go za wyjątkowego, czy w jakikolwiek sposób wyróżnia się z szarego tłumu. Wychowany jako jedynak nigdy nie musiał rywalizować z rodzeństwem, które w pewien sposób posiadał, dyrygując rówieśnikami na mugolskim podwórku. Działał tam jednak w sposób nie totalitarny a wręcz królewski – określenie dość rażące dla obskurnego osiedla domków jednorodzinnych o złej reputacji – dzieląc i rządząc gromadką dzieciaków z całą łaskawością jego ciemnowłosego majestatu. Pomagał słabszym, pozwalał na zabawę dziewczynkom a wszelkie objawy dyskryminacji ze względu na wybite jedynki bądź wadę wymowy miażdżył w zalążku. Często dosłownie, pokazując swój triumf w sposób bardzo fizyczny, okraszony licznymi siniakami i biadoleniem matki. Dowództwo podwórkową gwardią traktował jako coś oczywistego: był najlepszy w tym, co robił, więc znajdował się na szczycie nieoficjalnej hierarchii. To przeświadczenie zostało w młodym Wrightcie na długie lata, nie opuszczając jego ciałka o coraz większych gabarytach nawet w ciasnych (umysłowo) korytarzach Hogwartu, niezbyt przychylnego mieszańcom. Tutaj także swoją pozycję wywalczył bezpośredniością, szczerością oraz niepowtarzalnym urokiem osobistym – wszystkie te cechy, w połączeniu z niezawodną, subtelną sztuką łamania nosów i powalania na kamienne posadzki, uczyniła z Benjamina osobnika rozpoznawalnego i szanowanego, wokół którego zawsze plątało się grono przyjaciół, różnego pochodzenia, płci, krwi a nawet domu, czego koronnym przykładem był Percival.
Nim jednak Jaimie nie mógł dowodzić. Coś w charakterze młodziutkiego szlachcica sprawiało, że Ben traktował go raczej jako swoją prawą rękę niż kogoś wymagającego ochrony. Przynajmniej na tym etapie, bo wcześniej niejako prowadził doskonale wychowanego rówieśnika za rękę, pokazując całkiem inny świat szlabanów, ucieczek przed woźnym, niebezpiecznych zwierząt czy rubasznych żarcików. Etap wychowania minął jednak bezpowrotnie i Nott czasami wręcz wyprzedzał Benjamina, czyniąc go jednocześnie dumnym i rozbawionym. Tak jak teraz, kiedy to czystokrwisty, zmordowany paniczyk ćmił obok niego mugolskiego papierosa, zaciągając się bez żadnego kaszelku ani grymasu zdegustowania. Nie mówiąc już o innym przekraczaniu granic, zapewne nawet niewspomnianych przez szlacheckich guwernantów jako zbyt oczywiste i/lub niemoralne, by w ogóle zasiewać je w umyśle tak wspaniałej latorośli.
- My, Gryfoni, nie mamy poduszek. Śpimy na gołej ziemi, nie jesteśmy jakimiś ślizgońskimi, wydelikaconymi paniusiami – odparł nieco buńczucznie a kpiący uśmieszek na dobre wykwitł na twarzy Benjamina, czyniąc widoczny na niej triumf jeszcze bardziej oczywistym. Odebrał od Percivala kończącego się już papierosa, zaciągając się nim powoli, długo, tak, by ostry dym chociaż trochę wypalił to potworne pragnienie, w ogóle niezwiązane z pomeczowym wycieńczeniem. Gardło zapiekło go odrobinę, odetchnął więc lekko, a razem z urywanym śmiechem spomiędzy jego spierzchniętych ust wydobyły się ostatnie chmurki dymu – jak u prowizorycznego, człowieczego smoka w bardzo brudnym miotlarskim wdzianku. – Od kiedy tak bardzo przejmujesz się zabobonami? I karami za niemoralne czyny? – spytał już całkowicie ironicznie, unosząc pytająco brew. Rzucił tlącego się peta w rozmoknięte błoto pod ich stopami, ze spojrzeniem utkwionym cały czas w twarzy Percivala. – Czy ziemia nie powinna się rozstąpić już jakiś czas temu? – dodał, starając się powstrzymać nagłe przyśpieszenie bicia serca, kiedy Nott stanął tuż przed nim, oddalony zaledwie o kilkanaście centymetrów. Po raz pierwszy poruszał w ogóle ten zakazany temat, co prawda w sposób niezwykle zawoalowany – zwłaszcza jak na bezpardonowe standardy Wrighta – ale jednak i czuł coś na granicy zdenerwowania i rosnącego pragnienia, by już nie mówić i by po prostu dzielić się z nim tymi wszystkimi emocjami, buzującymi pod jego wilgotną jeszcze czupryną czarnych włosów. Triumf po zwycięskim meczu jakby przygasł a ekstatyczne uczucia wiążące się z tak widowiskowym wdeptaniem Slytherinu w błoto kompletnie wyblakły przy tym nagłym płomiennym zastrzyku, zmieniającym żyły Wrighta w krwiste autostrady pełne podniecenia, kpiny i niezdefiniowanego szczęścia, kiedy po prostu patrzył na Percivala i oddychał tym samym powietrzem, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści. By tylko nie szarpnąć go do siebie i nie przegrać, nie poddać się temu napięciu, nieudolnie rozładowywanemu przez kolejną porcję ochrypłego śmiechu.
- Cóż za piękny, przegrany, zniszczony Ślizgon, przychodzący pokornie, by oddać cześć nieporównywalnie lepszemu przeciwnikowi – mówił powoli, przeciągając głoski, mając nadzieję, że jego głos przesycony jest tylko ostrą kpiną a nie wibruje całkiem innymi emocjami, nieposłusznie widocznymi w spojrzeniu jego oczu, wbitym w oczy Percivala.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]09.11.15 14:47
Właściwie to sam nie potrafił pojąć, dlaczego ziemia nie rozstąpiła mu się jeszcze pod stopami, wciągając go prosto w czeluście piekielne i skazując na wieczne potępienie. Nie zdziwiłoby go to zbytnio, więcej – wypełniająca mroczne zaświaty, szatańska pożoga, idealnie dopasowałaby się do tego, co działo się aktualnie w jego siedemnastoletnim umyśle. I ciele; być może właśnie tam było jego miejsce, bo z całą pewnością nie tutaj: pośród fałszywych przyjaciół i nudnych czarodziejów, z którymi nigdy nie czuł nawet śladowej jedności, a odkąd w jego życiu pojawił się Benjamin, przestał potrzebować ich kompletnie. Ta przyjaźń, ta… relacja, na wszystkich możliwych poziomach zakazana, paradoksalnie wzmagała tylko infantylne poczucie wyższości, które wpajano mu od urodzenia. Czuł się mądrzejszy, dojrzalszy, wybrany – czuł się ponad wszystko i wszystkich, i w jakimś błogim zaślepieniu nie dostrzegał, że w rzeczywistości wciąż był spuszczonym ze smyczy, zagubionym dzieciakiem. Cichy głos rozsądku, niezatruty jeszcze doszczętnie przez szereg wdychanych od czasu do czasu substancji smolistych, podpowiadał mu co prawda, że upadek z tego wąskiego szczytu, na który tak radośnie się wspinał, był zarówno nieunikniony, co wyjątkowo dotkliwy, ale wyrobiwszy w sobie umiejętność zagłuszania niechcianych informacji, ignorował go z pełnym samozadowolenia rozmysłem. Był przecież Nottem. Był nietykalny.
Inna sprawa, że owa niemoralność, o której mówił Ben, wcale niemoralnością nie pachniała; nawet jeżeli podskórnie wiedział, że robi źle, to wcale tego nie czuł, i ten sprzeczny zestaw bodźców działał na niego co najmniej dezorientująco. Jak coś, co wydawało się tak właściwe, mogło być jednocześnie czymś godnym potępienia?
- My, Gryfoni – powtórzył za Wrightem, przedrzeźniając jego nieco wyzywający ton głosu, jakby naprawdę byli jedynie przedstawicielami wrogich domów, znajdujących się o krok od rzucenia się sobie do gardeł. – To by wiele wyjaśniało w temacie waszych zaniżonych standardów. Całe życie w parterze. – Rzucił mu nieznacznie prowokujące spojrzenie, udając samemu przed sobą, że nie usłyszał we własnej wypowiedzi mikroskopijnej nuty zazdrości, która w żadnym wypadku nie powinna przecież była się tam znaleźć. Bo i o co miałby być zazdrosny?
Kolejne zdania zawisły w powietrzu na co najmniej kilka niezręcznych sekund, powodując, że percivalowe serce szarpnęło się nieprzyjemnie w klatce piersiowej, w jakimś niemym proteście? namawiając go do zignorowania wypowiedzi przyjaciela. Egoistycznie i tchórzliwie, ale nic nie mógł poradzić na fakt, że jakiekolwiek próby objęcia ich obecnej sytuacji czymś w rodzaju definicji, kończyły się nieodpartym pragnieniem ucieczki. Chwilami miał wręcz ochotę przycisnąć dłonie do uszu i zacząć krzyczeć, byle powstrzymać niepotrzebne – w jego ocenie – wyrazy. Sam tak naprawdę nie rozumiał, co dawała mu ta zasłona milczenia, ale miał nieodparte wrażenie, że choćby wspomnienie o tym wszystkim na głos, zmusi go do rozpoczęcia karkołomnego procesu rozkładania własnych emocji na czynniki pierwsze. A ta perspektywa wywoływała w nim lęk wręcz paniczny.
- Powinna – odpowiedział w końcu, tym krótkim, lakonicznym stwierdzeniem unikając ciągnięcia dalej tej rozmowy, a jednocześnie niejako potwierdzając to, co pytanie Benjamina zdawało się pośrednio sugerować; że on również, że on także.
Chyba jednak był trochę nienormalny, skoro naszpikowane obraźliwymi epitetami zdanie, zamiast zmusić go do natychmiastowego wyciągnięcia różdżki i rzucenia klątwy w kierunku pewnego siebie przeciwnika, spowodowało jedynie znajomą (choć wciąż jeszcze nową i nierozumianą) falę rozchodzącego się pod skórą gorąca. Jego własne ciało znów go zdradzało, desperacko próbując wyrwać się spod mentalnej kontroli. Póki co bez skutku, ale przecież była to jedynie kwestia czasu, czy może – kilku nierównych uderzeń serca. Ta wewnętrzna niezgoda zdawała się uwidaczniać też na zewnątrz, bo podczas gdy z trudem chował niepokorne ręce do kieszeni szaty, jego nogi wykorzystały moment nieuwagi, robiąc kolejny krok w przód.
Teraz mógł już bez problemu policzyć źdźbła trawy, przyklejone do ubrania Benjamina.
- Wszystko się zgadza, ale tego pięknego będziesz musiał odszczekać – powiedział niemal poważnie, z jakimś nieokreślonym uśmiechem, błąkającym się po spierzchniętych od wiatru ustach.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]09.11.15 17:37
Obawiał się tego meczu. Po raz pierwszy w swojej miotlarskiej historii naprawdę denerwował się przed wejściem na rozmokłą murawę, a stres promieniował niezdrowym drżeniem od jego splotu słonecznego, sprawiając, że pierwsze chwile na miotle wyszły mu raczej chwiejnie. Wszystko przez niego. Po raz pierwszy od tamtego pamiętnego, październikowego wieczoru mieli ze sobą rywalizować na boisku, co fundowało Jaimie'mu oczywiste przerażenie. Bał się, że zachowa się nieprofesjonalnie, że pedalsko nie będzie mógł oderwać wzroku od barczystej sylwetki jednego z przeciwników, że zawaha się przed brutalnym nokautem lub - szkodząc drużynie - do owego faulu będzie wręcz dążył, w ogóle nie wypełniając swoich pałkarskich obowiązków. Nie czuł lęku przed potężną burzą, rozpętującą się na meczu z Krukonami w ubiegłym roku czy też przed grą decydującą o jego przyjęciu do drużyny a tak niewinna perspektywa konfrontacji ze swoim przyjacielem napełniała go mieszaniną deprymujących uczuć.
Panieńska niepewność zniknęła jednak w starciu z męską rzeczywistością. Kiedy tylko poczuł lodowaty powiew wiatru i zaobserwował malejący tłum, całkowicie oderwał się od tych przyziemnych niepokojów o charakterze matrioszkowej podświadomości. Fizyczny lęk przed starciem z Percivalem stanowił wyłącznie pozłotkę prawdziwych dylematów Benjamina, ostro oddzielającego się od jakiegokolwiek wysiłku inteligencji emocjonalnej. Pod lękiem o sprawdzenie się w nowej roli kwitło przecież wiele innych strachów, podsycanych tylko całkiem nowymi podszeptami. Bał się tej zmiany, tego, co sprowokował, tego, czemu sam ulegał, nie bacząc na konsekwencje. Narastające lęki uległy jednak całkowitemu rozbiciu w momencie, w którym odnajdywał samego siebie podczas lotu, w końcu rozumiejąc - w jakimś typowo męskim oświeceniu sportową adrenaliną - że właściwie nic się nie zmieniło. On sam nie zmienił się w kastrata, pomykającego po zamku w spódniczce baletnicy. Percival nie zmienił się w stereotypowego wymuskanego Ślizgona, posyłającego mu dwuznaczne mrugnięcia. Ich relacja nie zmieniła się w uczuciową zależność romantycznych bajeczek o miłości. Pozostali tacy sami, z łączącą ich silną przyjaźnią, z wsparciem, zaufaniem, rubasznymi żartami, przytykami, brutalnym podstawianiem sobie nóg i całym tym korowodem chłopięcej relacji, jedynie wzbogaconej o pewien ekstatyczny element, nie zmienionej. Zrozumiał to wtedy, kiedy posyłał tłuczka w kierunku Ślizgona i przekonywał się o tym stuprocentowo teraz, kiedy mógł drwić z Percivala do woli, czując tylko narastające pragnienie, by zetrzeć mu ten głupi uśmieszek z twarzy i jednocześnie utrzymać go na niej jak najdłużej.
- Mogę cię nauczyć czerpania przyjemności z bycia w parterze - odparł z królewską łaskawością, igrając z wewnętrznym ogniem, zaczynającym palić go wprost nieprzyjemnie. To już nie było urocze łaskotanie czy ogrzewanie się przy blasku ogniska rozpalonego przez wewnętrzną boginię - to była walka z prawdziwym boginem niespełnienia, szarpiącym złośliwie za napięte nitki jego nerwów. Dzielnie pozostawał jednak niewzruszony, nie licząc poszerzającego się sarkastycznego uśmieszku. - Ale, och, zapomniałem, że dziś już zostałeś wgnieciony w błoto. Chyba będę dobrym przyjacielem i oszczędzę ci upokorzeń - dodał teatralnym tonem, który wcale nie brzmiał zabawnie, raczej groźnie, zwłaszcza wypowiadany benjaminowskim niskim tonem. I z tym niebezpiecznym błyskiem w ciemnych oczach, śledzących każdy, nawet najmniejszy grymas na twarzy Notta, zbyt długo zastanawiającego się nad prostą odpowiedzią, by mogło to ujść uwadze nawet kogoś tak ślepego na subtelności, jak Ben. Wyczuwał, że Percy nie chce o tym rozmawiać, że ten cały lęk, który Wright odczuwał całkiem niedawno, buzuje teraz w jego rozgrzanym ciele, ale jakoś nie zamieszał go pocieszać czy też utwierdzać w jakimkolwiek moralnym przekonaniu o zboczeniu ze ścieżki przyzwoitości. Percival musiał poradzić sobie z tym sam, a jeśli wybrał taktykę unikania, to Jaimie na razie nie zamierzał owego planu na przetrwanie psuć, woląc po prostu cieszyć się chwilą. Przewagą, triumfem, pożądaniem, przebłyskującym także z zielonych oczu chłopaka. A może to był po prostu gniew? Chęć złamania mu nosa? Nieważne, rozpaczliwie potrzebował dotyku w jakiejkolwiek formie, nawet tej wiążącej się z już istniejącym bólem, pulsującym z prawego boku, kiedy w końcu odrywał dłonie od chropowatej ściany i po prostu zaciskał zaczerwienione od chłodu dłonie na brudnym materiale jego szaty, przyciągając go gwałtownie do siebie. Do pocałunku...do którego przecież nie doszło. Czuł na swoich ustach gorący oddech Percivala a jego wilgotne od mgły włosy łaskotały go w policzek, ale nie dotknął jego warg, wykazując się największą w życiu dozą samokontroli. Promieniującej potężnym, rwącym bólem z dołu brzucha, odbierającym mu resztki rozumu. Ciągle trzymając zaciśnięte w pięści dłonie na zwiniętej szacie na jego piersi, tak, jakby zaraz miał go popchnąć w błoto, rozpoczynając tradycyjne gryfońsko-ślizgońskie mordobicie. Z tym, że wcale nie chciał go odsuwać, pragnął czuć go jeszcze bliżej, chociaż przecież stykali się całkowicie ciałami, tylko usta separując w jakimś ostatnim podrygu kłamliwej moralności. Mógł coś powiedzieć, chciał coś powiedzieć, coś ostrego, kpiącego i reprezentującego sarkastyczny styl ich relacji, ale nie potrafił wydobyć z siebie żadnego słowa, pewien, że gdy tylko rozchyli usta, nawet ta pozorna kontrola nad własnymi odruchami rozmyje się w otaczającej ich zewsząd mgle.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]10.11.15 9:32
Przyjaźń z Benjaminem od zawsze była dla jego szlacheckiego charakteru czynnikiem co najmniej testującym. Nie należał przecież do osób wspaniałomyślnych, a pokorę znał jedynie z definicji, choć i tak nie do końca – nie rozumiał na przykład, dlaczego jej posiadanie na ogół traktowano jako zaletę, skoro w jego mniemaniu przedstawiała się po prostu jako dobrowolnie okazywana niższość. Naturalny egocentryzm, wyssany najprawdopodobniej razem z mlekiem matki, bezlitośnie zmuszał go do rozpatrywania wszystkiego przez pryzmat mocno personalny i natrętnie szeptał o konieczności chlubnego zapisania się na kartach historii, które z takim pietyzmem studiowali przecież jego przodkowie. Nie bez przyczyny został w końcu umieszczony na liście dwudziestu ośmiu wielkich; m u s i a ł być najlepszy.
A nie był; odkąd po raz pierwszy postawił stopę w Hogwarcie, jego nazwisko znajdowało się przeciętnie pośrodku, nie kojarząc się nikomu ani z wybitnymi wynikami w nauce, ani z gwiazdą boiska, ani nawet z naczelnym łamaczem zasad. Chyba na zawsze już pozostawał skazany na tę przeklętą zwykłość, i z czasem nawet się na nią godził, chociaż ustępowanie w praktycznie każdej dziedzinie również najlepszemu kumplowi, początkowo nieustannie wystawiało jego lojalność na próbę. Być może przesadzał, znów ulegając temu krytycznemu parciu na pięcie się w górę; z drugiej strony – zazwyczaj udawało mu się trzymać własne, egoistyczne lęki na wodzy i przez większość czasu to on najwierniej kibicował Wrightowi na meczach (nie licząc oczywiście tych, w których sam brał udział), nawet jeżeli dla zachowania pozorów i uniknięcia niepotrzebnych bójek, zarzucał na szyję szalik w kolorze chłodnej zieleni, a życząc mu powodzenia pytał poważnie, czy jego miotła aby na pewno będzie w stanie utrzymać go w powietrzu. Mimo że o ślizgońskiej fałszywości i przebiegłości krążyły legendy, nigdy naumyślnie nie podstawił mu nogi (metaforycznie, w sensie dosłownym zdarzyło się raz czy dwa), choć skłamałby mówiąc, że pokusa nie istniała, zwłaszcza gdy po raz kolejny miał oglądać lśniący puchar Quidditcha jedynie przez wypolerowaną szybkę. W ostatecznym rozrachunku wartość przyjaźni jednak (o, merlinie) wygrywała i jeżeli cokolwiek budziło w nim rozpraszającą, niepokojącą zazdrość, to była to wizja niedalekiej przyszłości.
W której istniejące pomiędzy nimi różnice, na hogwardzkiej ziemi zapomniane, rozpraszały ich po świecie, z Benjamina czyniąc gwiazdę angielskiej reprezentacji, a jego samego sadzając za zatęchłym biurkiem w ministerstwie. Nie wiedział, czy istniał scenariusz, który przerażałby go bardziej, niż perspektywa oglądania przyjaciela jedynie na pierwszych stronach gazet. Zwłaszcza teraz, gdy… Gdy co, Percy? Zdanie urywało się nawet w jego własnej głowie, odmawiając mu udzielenia odpowiedzi na mnożące się w szaleńczym tempie pytania i wątpliwości. Żadnego z nich nie odważył się jednak uformować w słowa i wypowiedzieć na głos, bo zarówno one, jak i rodzące się w jego umyśle, odważne marzenia o przyszłości wydawały mu się uwłaczająco niemęskie. Poza tym, w którymś momencie narodziło się u niego naiwne przekonanie, że żaden z jego lęków nie miał prawa się spełnić, nie rozbrzmiawszy wcześniej wyraźnie w powietrzu.
- Zakryli wam wszystkie lustra, Wright? – rzucił drwiąco, na wpół świadomie decydując się na pozostanie na terenie, który znał i rozumiał, tymczasowo pozwalając ckliwym urojeniom na odejście w zapomnienie. Zmierzył przyjaciela wzrokiem, wygodnie udając, że nie zauważył, jak jego serce zgubiło w przyspieszonym, choć regularnym rytmie, jedno czy dwa nerwowe uderzenia. – Bo z nas dwóch, to nie ja wyglądam ja żywa reklama kąpieli błotnych. Zaliczyliście po meczu odnawiającą wizytę w spa? – Uniósł pytająco brwi, jednocześnie przywdziewając na twarz powątpiewający uśmieszek.
Który w następnej chwili zniknął bezpowrotnie, zastąpiony mieszaniną zaskoczenia i ekscytacji, gdy silnie ręce Benjamina przyciągnęły go do siebie, niwelując dystans między ich ciałami praktycznie do zera. Nagła bliskość zaowocowała niespodziewanym zastrzykiem adrenaliny, zaczynającej krążyć w jego żyłach coraz gwałtowniej i mającej niewiele wspólnego z poczuciem zagrożenia. Prawie jakby ponownie znalazł się w powietrzu, z tym że tym razem jego umysł nie wyczyścił się magicznie ze wszystkich myśli, jak wtedy, gdy mierzył się z przeciwną drużyną w meczu Quidditcha. Zamiast tego poszatkował je w strzępy i pomieszał ze sobą, sprawiając, że przez krótki moment po prostu stał bezwładnie z twarzą oddaloną o centymetry od twarzy chłopaka i zastanawiał się, czy nie dostanie za chwilę z bańki, czy ktoś ich przypadkiem nie obserwował, i czy wszystkie te głupoty nie wypływały przypadkiem na wierzch, nadając jego rysom wyraz twarzy zawstydzonej panienki. Jego zmysły na sekundę odmówiły mu posłuszeństwa, przytępiając się jakoś dziwnie, by następnie uruchomić wyższe obroty.
- Uważaj – wydyszał z trudem, mając wyraźny problem ze zdolnością mówienia. – Fizyczna napaść na członka przeciwnej drużyny grozi dyskwalifikacją – powiedział, nie mając zupełnie pojęcia, o czym właściwie pieprzy. A później jego nozdrza wypełniły się zapachem mydła i zdążył jeszcze przelotnie pomyśleć, że Wright musiał dopiero co wziąć prysznic, zanim ta wizja podstępnie wypłynęła na powierzchnię jego świadomości, niemal natychmiast powodując krytyczne zwarcie i przepalając ostatnie lampki w jego umyśle, który wypełnił się wreszcie błogosławioną pustką.
Odzyskawszy czucie w rękach, popchnął Benjamina do przodu i przez chwilę wyglądało na to, że planuje wyrwać się z jego uścisku, ale nie cofnął się; wprost przeciwnie, jego ciało podążyło za ciałem przyjaciela, pozwalając mu na pozbycie się ostatnich milimetrów wolnej przestrzeni między nimi i połączenie ich warg w pocałunku – nieidealnym, niezręcznym, trochę niezdarnym i po raz pierwszy zainicjowanym przez niego.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]10.11.15 14:02
Przyjaźń ponad podziałami tylko z literackiego pozoru wydawała się najprostszą rzeczą na świecie. Ot, trochę buntowniczych spojrzeń spode łba, ryzykowanie bratobójstwa, deklamowanie podniosłych poematów o sprawiedliwości oraz sile prawdziwego uczucia, a to wszystko w słodkim sosie szczęśliwego zakończenia, wiążącego obie przeciwne siły zgodą na wieki. Tak prezentowało się to w książkowych pierwowzorach, które z rzadka przeglądał Ben - w poszukiwaniu obrazków lub w teatralnych próbach udowodnienia, że praca z historii magii została napisana całkowicie przez niego - a które niedługo potem powinny trafić na listę dzieł zakazanych, z powodu swojego pacyfistycznego przesłania. Dwa zwaśnione rody, śmiertelni wrogowie, rozdzieleni w dzieciństwie bracia czy też fruwające połówki tego samego smoczego owocu potrafiły odnaleźć pokojową drogę koegzystencji, zmieniając nienawiść w platoniczną przyjaźń. Na kartach starych bajeczek wyglądało to naprawdę prosto, jednak rzeczywistość mocno różniła się od zakurzonych stronic. Nie orbitowali przecież w próżni, poruszając się po doskonale podzielonej społeczności Hogwartu, gdzie granica pomiędzy odważnym/durnym Gryfonem a wyjątkowym/podłym Ślizgonem najeżona była ostrymi włóczniami. Nie wspominając już o takich drobnostkach jak nasilająca się nienawiść do brudnej krwi, rodzinno-wydziedziczeniowe perypetie mateczki Lestrange czy też diametralnie różne sposoby wychowania obydwu chłopców.
Uśmiechających się do siebie szeroko i w przypadku Benjamina także poniekąd bezzębnie (ostatnia bójka w mugolskiej szkole musiała skończyć się widowiskowo) w pociągu do Hogwartu. Po raz pierwszy. Od tamtej wesolutkiej wymiany powitań minęło ponad pięć lat i z podekscytowanych wkroczeniem w magiczny świat dzieciaków, obżerających się do nieprzytomności czekoladowymi żabami, zmienili się w młodych mężczyzn. Ze sporym bagażem doświadczeń, także tych dotyczących budowania trwałej relacji pomimo sprzeciwu całego świata. Do niedawna sądził, że znalezienie czasu i miejsca na wspólne wypalenie mugolskich szlugów jest najtrudniejszym zadaniem, jakie stawiała przed nimi ta skomplikowana relacja. No, może na równi z podejmowaniem decyzji o trzymaniu strony Gryffindoru podczas jakichś personalnych niesnasek, włączających w to osobę Percivala. Jego gryfońscy przyjaciele uznawali Notta za pozera, za szlacheckiego bumelanta, dwulicowego parszywca, któremu Jaimie poświęcał zdecydowanie za dużo czasu. Ilekroć rezygnował z nieoficjalnego treningu drużyny na rzecz kradzionej chwili śpiesznej rozmowy na zamkniętym korytarzu, czuł irytację. Nie, nie wyrzuty sumienia, te praktycznie nie istniały, po prostu wściekłą irytację na ten cały chory system kast, separujący go od Percivala w najpodlejszy ze sposobów. Musieli zachowywać pozory, i chociaż nie rzucali się na siebie z pięściami, to nawet ta wystudiowana obojętność, z jaką kiwali sobie głowami podczas eliksirów, działała Benjaminowi na nerwy. I tak będące w strzępkach od pewnego czasu, kiedy to po szaleńczej ucieczce przed woźnym przypadkowo zorientowali się w istnieniu Pokoju Życzeń. Spełniającego nawet te nieuświadomione pragnienia, bowiem oprócz kominka, plakatów Qudditcha i albumów magicznych stworzeń znalazł tam odwagę, by podjąć niewyobrażalne ryzyko. Stawiał na szali praktycznie swoje życie - tak, młodzieńczy przesadyzm dotknął nawet gruboskórnego Wrighta - mógł bowiem stracić dosłownie wszystko. Nie tylko najważniejszą osobę na świecie, ale też godność, poczucie własnej wartości, wiarę w świetlaną przyszłość, grono znajomych, wypracowaną opinię doskonałego kompana, o pozycji w drużynie nawet nie wspominając. Gdyby tylko Percival go wtedy odepchnął, gdyby jego jeszcze wilgotne od kremowego piwa usta wygięły się w grymasie obrzydzenia, gdyby nie odwzajemnił tego elektryzującego przyciągania...nie, wolał o tym nie myśleć. Był prostym mężczyzną, patrzącym śmiało w przyszłość: rozpamiętywanie tamtego przerażenia (połączonego jednocześnie z największym podekscytowaniem) nie przynosiło żadnych korzyści, dlatego wolał zatracać się w stanie faktycznym. W uczuciu ponad podziałami, któremu jednak bliżej było do niepokojącego wstępu bójki niż ckliwego wymieniania powłóczystych spojrzeń. Rozumiał, co Percival do niego powiedział - a właściwie co wydyszał mu w twarz stłumionym głosem, sprawiając, że ciało Benjamina zesztywniało momentalnie - ale nie miał już czasu na skonstruowanie w głowie jakiejś równie lotnej riposty. Popchnięty na ścianę dosłownie stracił oddech (przeklęte obtłuczone żebra), a kiedy mógł już zaczerpnąć powietrza, robił to prosto spomiędzy suchych warg Notta. Nieco drżących, chociaż nie z romantycznego uniesienia a raczej z lekkiego postradania zmysłów, jakby zastanawiał się, czy lepiej rozgryźć jego usta do krwi czy jednak pogłębić pocałunek. Dla Benjamina obydwie opcje wydawały się tak samo kuszące, chociaż nie, nie wydawały się. Już nie było urojeń, pragnień, roziskrzonych spojrzeń - to, czego wygłodniale i z wielką niecierpliwością oczekiwał, właśnie się działo. Twarde ciało Percivala tuż przy nim, jego gorący język błądzący we wnętrzu jego ust, zderzenie zębów, dłonie zaciśnięte na materiale miotlarskich ciuchów. I obdrapana ściana quidditchowskiej szatni jako jedyny świadek i zarazem podpora rozpadającego się świata moralności. Jaimie nie próbował nazwać buzujących w nim emocji, po prostu odwzajemniając pocałunek równie gwałtownie, przesuwając szybko palce z przodu jego pomiętej szaty na jego kark, przyciągając go jeszcze bliżej. Urażone żebro zabolało i nie mógł powstrzymać urwanego, stłumionego ustami Percivala jęku, mogącego sugerować całkiem inną przyczynę. Masochistycznie nie przerwał jednak namiętnego kontaktu spierzchniętych warg, zaciskając mocno palce na wilgotnych włosach Notta. Zapewne dość boleśnie.



Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]11.11.15 13:07
Wydawałoby się, że to wszystko powinno być dla niego dziecinnie proste. Że świat powinien słać się ochoczo u jego stóp, dostosowując się do każdej lekkomyślnej zachcianki i kiwając pokornie głową wobec jego życiowych wyborów, jakkolwiek niemoralne (i niewłaściwe?) by nie były. Czy nie to obiecywano mu od samego początku, odkąd tylko był w stanie zrozumieć słowo mówione? Czy nie nosił nazwiska, które miało z założenia otwierać wszystkie drzwi, załatwiać wszystkie sprawy samym swoim brzmieniem i usprawiedliwiać w cudowny sposób każde przewinienie? Patrzył przecież uważnie, szczególnie wtedy, gdy sądzono, że tego nie robi, i widział; jak dwoma słowami zamiatano pod dywan drobniejsze i poważniejsze przewinienia, jak jego ojciec trząsł ministerstwem, bez problemu sprawiając, że niewygodne dla jego interesów osoby odsuwano ze stanowisk, jak wreszcie inni czarodzieje wili się u jego stóp, żeby tylko zasłużyć sobie na jego przychylne spojrzenie. Młodemu Percivalowi, nierozumiejącemu jeszcze sposobu działania świata kompletnie, aż świeciły się oczy na widok tego specjalnego rodzaju magii i przez jedenaście lat żył w utkanej na wpół samodzielnie iluzji, przekonującej go, że będzie kiedyś dokładnie taki sam. Chciał być taki sam, bo wtedy jeszcze tak właśnie wizualizował sobie esencję wolności, a do tej tęsknił boleśnie, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że w międzyczasie sam dobrodusznie budował sobie klatkę, w której lata później miał się zamknąć.
A jednak; przejrzysta bańka mydlana pękła wraz z cichym trzaskiem zawodu dokładnie tego samego dnia, w którym po raz pierwszy postawił stopę w Hogwarcie, kiedy stara i połatana tiara przydziału, kołysząc się koślawo na benjaminowej głowie, pomyliła tragicznie słowa, umieszczając ciemnowłosego, poznanego w pociągu chłopca w Gryffindorze. Błahe, zdawałoby się, przeszkody zaczęły piętrzyć się niedługo później i nagle okazało się – ku budzącemu przerażenie zdziwieniu młodego Notta – że jego nazwisko nie miało uczynić wszystkiego prostszym, a jedynie działało na jego niekorzyść, odbierając mu upragnioną wolność kawałek po kawałku. Stwierdzenie, że czuł się jak tragiczny bohater czytanych po kryjomu książek, byłoby być może przesadzone, ale zdarzało się, że idące za ignorowaniem podziałów odosobnienie wywoływało u niego ból niemal fizyczny. Chociaż oficjalnie nigdy nie wyrzucono go poza margines, trudno było udawać, że niewidzialna ściana, oddzielająca go od reszty Ślizgonów nie istniała; widział ją wyraźnie, kiedy tylko dla zasady śmiał się z rzucanych w pokoju wspólnym żartów oraz gdy w ostatnim momencie gryzł się w język, bo to, co miał do opowiedzenia, nie zostałoby przyjęte lekko. Wmawiał sobie, że ich nie potrzebował, ale to właśnie takie chwile sprawiały, że zdarzało mu się żałować, jednocześnie – i paradoksalnie – tym mocniej pchając go w stronę Bena.
Który chyba od zawsze rozumiał więcej, z jakiegoś powodu znosząc towarzystwo potykającego się na każdej życiowej nierówności Percivala, podświadomie – i może nieco egoistycznie – traktującego przyjaciela jako kogoś w rodzaju przewodnika. Uczył się od niego, więcej niż był gotów sam przed sobą przyznać, przez większość czasu po prostu wstydząc się wynikającej z wybiórczego wychowania ignorancji i ślepoty. Odpowiedzialnej pośrednio za fakt, że tak długo nie zauważał zachodzących w ich relacji zmian, czy może – niewłaściwie je interpretował, zmuszony do poruszania się po całkowicie obcym gruncie, przezornie pomijanym przez zakłamany, arystokratyczny światek. Nieświadomy istnienia tej stojącej w obronie pozorów moralności zmowy milczenia, za wszystkie kłębiące się w nim emocje obwiniał własną nienormalność, nieumiejętnie uciszając ją marnymi substytutami, pomagającymi jedynie na chwilę. Aż do tego pamiętnego wieczoru w Pokoju Życzeń, który w jakiś czarodziejski sposób wywrócił wszystko do góry nogami, jednocześnie układając wszystkie elementy układanki w idealnym porządku.
Nie, wciąż nie było mu łatwo, ale przynajmniej nie był już sam, a to sprawiało największą różnicę na świecie, nawet jeśli perspektywa nazywania własnych uczuć przerażała go śmiertelnie.
Dlatego ograniczał się aktualnie do samego odczuwania, pozwalając, by natłok bodźców zalał jego umysł zupełnie i niepodzielnie. Umysł i ciało, nie potrafił bowiem ignorować kolejnych fal gorąca, wywoływanych przez dotyk szorstkich dłoni na karku i docierające do niego razem z gwałtownym oddechem jęknięcie, które zapewne zinterpretowałby błędnie… gdyby był w stanie cokolwiek interpretować.
Nie zarejestrował momentu, w którym jego palce puściły materiał benjaminowej szaty, by po chwili oprzeć się ciężko o gładką ścianę szatni, chyba odruchowo szukając jakiegoś łącznika z rzeczywistością, utwierdzającego go w przekonaniu, że nie odgrywał tego wszystkiego we własnej, popierdolonej głowie. Nie przerwał jednak pocałunku, dopóki nie zabrakło mu powietrza, a nawet wtedy odsunął się jedynie o centymetry, oddychając z pewnym trudem i powstrzymując samego siebie przed opadnięciem na drżące kolana.
Otworzył z wahaniem oczy, z niemożliwą do stłumienia niepewnością śledząc twarz młodego mężczyzny, w przerywanej jedynie nierównymi oddechami ciszy, która nagle wydała mu się ciężka. Rozchylił wargi, w pierwszym odruchu chcąc przerwać ją jakąś błyskotliwą uwagą, ale jego własne słowa go zawiodły – więc milczał, przez moment nawet mając nadzieję, że ziemia naprawdę się rozstąpi i pochłonie ich obu.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]11.11.15 18:07
Nie pamiętał, kiedy po raz pierwszy spojrzał na Percivala w ten sposób, wywołujący gęsią skórkę i spięcie wszystkich mięśni. Kiedy zwykłe chłopięce turlanie się po podłodze w celu pokazania swojej wyższości zmieniło się w coś więcej. Kiedy bliskość, wymuszona niewielkimi rozmiarami komórki na miotły, w której chowali się przed psioczącym na nich prefektem naczelnym, wcale nie irytowała a wzbudzała całkiem nowe odczucia. Kiedy testosteronowe przepychanki stały się świadomym pragnieniem mocniejszego dotyku. Zmiana w ich relacji nadeszła naturalnie, powoli, drogą subtelnej ewolucji, stawiającej Benjamina przed faktem dokonanym. Tak, czuł co swojego przyjaciela coś więcej, coś, czego nigdy nie powinien czuć do przedstawiciela tej samej płci; coś, co mogło bezpowrotnie zniszczyć jego życie. Powinien zareagować przerażeniem, ale…po prostu to zaakceptował. Czarno-białe postrzeganie świata przydawało się zwłaszcza w takich podbramkowych sytuacjach. Wystarczyło zadać sobie pytanie, banalnie proste w konfrontacji z skomplikowanym kłębkiem zdezorientowanych nerwów: czy to, co robił było złe?
Według społeczeństwa odpowiedź byłaby oczywista i zapewne połączona z odesłaniem do zakładu zamkniętego bądź naszprycowaniem fioletowym eliksirem wyniszczającym organizm i doprowadzającym mężczyzn do samobójstwa. Budząca się w Wrightcie skłonność stanowiła występek przeciwko moralności. Wyjątkowo był tego świadom. Im bardziej pewny stawał się swoich uczuć, im mocniej pragnął dotyku ust Percivala na swoich wargach, tym więcej rozumiał z wcześniej chaotycznych sugestii. Z brutalnych żartów, padających z ust starszych kolegów w szatni od Qudditcha. Z rozmów prowadzonych przez zdegustowanyh rodziców, opowiadających sobie o jakimś obrzydliwym znajomym z apteki ojca. Z zawoalowanych ostrzeżeń matki, kiedy szli podejrzaną londyńską ulicą, pełną wychudzonych chłopców opierających się o odpadający tynk w ciemnych bramach. Cały ten brudny, oślizgły świat, zepchnięty na margines normalnego życia, miał stać się odtąd jego rzeczywistością. Początkowo niepewnie zerkał w lustro, oczekując pojawienia się jakiejś skazy, informującej innych o toczącej go chorobie, jednak na jego skórze nie pojawił się żaden liszaj. W niczym nie przypominał tamtych kościotrupich mężczyzn o przegiętych gestach i drżących dłoniach. Dalej był sobą, postawnym chłopcem zapowiadającym się na barczystego mężczyznę, z niecierpliwością wyczekującym pojawienia się pierwszego zarostu. Uwielbiającym Quidditcha. Będącym duszą towarzystwa. Pewnie podrywającym pierwsze dziewczęta. Był normalny.
I dobry. Nikogo przecież nie krzywdził, wręcz przeciwnie, wydawało mu się, że od tamtego pamiętnego wieczoru, kiedy pierwszy raz zasmakował ust Percivala i poczuł pod palcami jego przyśpieszony puls, obydwoje osiągają jakiś niespotykany wcześniej pułap szczęścia. Dalekiego od spokojnej ckliwości, raczej rozedrganego, wibrującego pragnieniem i podbijanego nieco nerwową niepewnością. Podjął niewyobrażalne ryzyko, wygrywając więcej, niż mógł przewidzieć w najśmielszych wyobrażeniach. Ich przyjaźń pogłębiła się i umocniła, stanowiąc dla Benjamina nową podstawę życia. Brzmiało podniośle, zwłaszcza jak na niefrasobliwego Wrighta, umieszczającego Percivala na dobre w planach na przyszłość. Pierwsza miłość, nawet w tym niemoralnym wykonaniu osobnika niezbyt romantycznego, nie różniła się aż tak znacznie od stereotypowej nastoletniej miłostki. Był przecież równie naiwny, sądząc, że to uczucie przetrwa, że będzie odwzajemnione i że Percy także postawi je na piedestale, ignorując ciążące na nim szlacheckie obowiązki. Taka decyzja Notta wydawała mu się oczywista, nie hamował więc wcale swojej ekscytacji, opartej na stuprocentowej pewności, że jego płomienne przywiązanie jest odwzajemnione.
Mógł przecież odczytać je z coraz pewniejszych ruchów jego języka w swoich ustach i z wyczuwalnego spięcia ciała. Pachniał powietrzem, szatą nie pierwszej świeżości i jakimś trudnym do sklasyfikowania aromatem paniczyka z wyższych sfer. Kadzidłami? Drogim materiałem? Galeonami? Perfumami? Zazwyczaj nie zwracał uwagi na takie dziewczęce drobiazgi, ale teraz cały był tylko dotykiem i zapachem. Zmysły rządziły się własnymi prawami, reagując na każdy drobny bodziec niebezpiecznym przyśpieszeniem pulsu. Był pewien, że jego klatka piersiowa staje się profesjonalnym pudłem rezonansowym i że przyciśnięty do niego Percival może spokojnie słyszeć szaleńczy galop jego serca. Kompletnie nieprzystający opanowanemu, kpiącemu zwycięzcy, jeszcze przed chwilą patrzącego na Notta z leciutką pogardą, a teraz oddającego mu szaleńczo pocałunki i – kompletnie nieświadomie – nieznośnie powoli ocierającego się o jego twarde ciało. Przygryzł jego dolną wargę, ale zanim zdążył rozsmakować się w płynącej krwi i nowym doznaniu, Percy odsunął się na odległość opartych ramion.
Dopiero po chwili Benjamin otworzył oczy, próbując natychmiastowo przywrócić swojemu ciału sarkastyczną stabilność. Bezskutecznie, jego podniecenie było wyraźne mimo obszernej szaty, na zmarznięte policzki wystąpiły ostre rumieńce a w spojrzeniu jego czekoladowych oczu ciężko było znaleźć chociaż odrobinę chłodu. Spalał się w tym pragnieniu i w tym otumaniającym szczęściu, którego ciągle było mu mało. Zacisnął wargi w wąską linię, chcąc ukryć chociaż przyśpieszony oddech przed spojrzeniem Percivala. Spojrzeniem jednocześnie uważnym i…niepewnym? Pytającym? Wątpiącym? Spetryfikowany rozum Benjamina nie potrafił rozpoznać konkretnej emocji, błyszczącej w zielonych tęczówkach, w które wpatrywał się bez ani jednego mrugnięcia. Milcząc. Chociaż chciał mu powiedzieć naprawdę wiele. Że nie musi się bać. Że razem dadzą sobie radę ze wszystkim. Że nigdy go nie zostawi. Że są normalni. I że jeśli Percival go nie dotknie, to zaraz umrze z nadmiaru pulsującego podniecenia - był przecież tylko nabuzowanym nastolatkiem. Ale tak ckliwe słowa – mimo, że niosące ze sobą niezwykle dojrzałe znaczenie – nie mogły przejść przez jego usta, drżące w pożądaniu kolejnych pocałunków.
- Dlaczego przestałeś? – spytał zamiast tego niezwykle głupio, biorąc pod uwagę sytuację względnie publiczną, groźbę zawieszenia w prawach ucznia i zniszczenia reputacji na wieki, gdyby ktokolwiek postanowił wrócić na boisko. Nie miałby po co i Benjamin czuł się pod ścianą szatni absolutnie bezpiecznie, ale owa pewność mogłaby być równie dobrze spowodowana palącym pragnieniem, odcinającym dopływ krwi do mózgu. – Coraz lepiej ci to wychodzi, Nott – dodał ciszej, prowokująco, opierając się wygodniej o ścianę i uśmiechając się. W dalszym ciągu zwycięsko, chociaż w tej chwili to Percival miał nad nim pewną władzę, co Benjamina jednocześnie irytowało i pociągało.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]11.11.15 22:56
Nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej czuł się tak rozdarty emocjonalnie, jak w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Do tej pory – do Tamtego Wieczoru, jak nazywał go w myślach, jeżeli już zdobywał się na odwagę, żeby to zrobić – jego własne życie wydawało mu się względnie proste i nieskomplikowane. Wiedział, na czym stał; przyszłość, zarówno ta bliska, jak i ta odległa, kreśliła się przed jego oczami wyraźnie, rozrysowana doświadczeniem czerpanym od dziesiątek pokoleń szlacheckich chłopców, których obowiązki sprowadzały się do tego samego zakresu. Miał konkretne zadania do wypełnienia – przynieść rodzinie dumę, skończyć szkołę z dobrymi wynikami, zająć godne stanowisko, wziąć za żonę kobietę właściwą jego statusowi i spłodzić dziedzica. Mogło mu się to podobać bądź nie, mógł się buntować, bądź posłusznie odhaczyć po kolei wszystkie punkty krótkiej listy, ale przynajmniej miał świadomość tego, czego od niego oczekiwano i właściwie nie musiał zaprzątać sobie głowy niczym innym; wystarczyło postępować zgodnie z instrukcją, a magiczne wpływy rodziny zajęłyby się wszystkim innym, w razie potrzeby usuwając spod jego nóg kłopotliwe przeszkody.
Teraz nie był pewien już niczego.
Wyznaczona droga, wcześniej prosta jak drut i szeroka, zamieniła się nagle w niebezpieczny labirynt wyborów i pomyłek, z których każda mogła skończyć się co najmniej bolesnym upadkiem. Po raz pierwszy w życiu zaczął poważnie wątpić w prawidłowość wytyczonej dla niego ścieżki, a momentami wydawało mu się, że już z niej wypadł, gubiąc ją bezpowrotnie i – co gorsza – wcale za nią nie tęskniąc. Jasny i czytelny schemat celów do zrealizowania wymieszał się, zamazał i zniknął mu z oczu, ginąc zupełnie w wypełniającym jego myśli chaosie. Dramatyzował? Zapewne, ale nikt przecież nie nauczył go radzenia sobie z takim natłokiem emocji i teraz również nie miał do kogo się zwrócić, bo jedyna osoba, której ufał, znajdowała się w samym centrum tego rozpierdolu, zresztą – nie wiedziałby nawet, jak ubrać swoje wątpliwości w słowa, bo te nigdy nie przyjmowały stałej formy, nieustannie zmieniając kształt i uderzając pod różnymi kątami. Czasami dziwił się sam sobie, że jeszcze nie wycofał się z tego wszystkiego, w jakiejś desperackiej próbie powrotu do normalności, ale prawda była taka… że wcale nie chciał tam wracać. Były momenty, w których czuł się szczęśliwy; krótkie i mijające nagle, pozostawiające po sobie niezaspokojony niedosyt i jeszcze większą dezorientację, ale prawdziwe; sprawiające, że cała ta poukładana rzeczywistość przed wydawała się płaska i wyblakła.
Czy było warto? Zdarzało się, że w to wątpił; chociaż chciał, nie potrafił po prostu zapomnieć o konsekwencjach, zamieniając się w biernego obserwatora i patrząc na to, co miała przynieść przyszłość. Chwilami biegał jak nakręcony, odważnie snując niepodparte niczym plany i układając już mentalne listy do ojca, w których sam dobrowolnie się wydziedziczał; innym razem stwierdzał u siebie początki utraty zmysłów (geny szaleństwa powielały się w końcu gęsto wśród przedstawicieli arystokratycznej krwi) i przeklinał Benjamina, który sprawiał, że to wszystko było takie cholernie trudne. Jego własna niestałość spędzała mu sen z powiek i tylko przyczyniała się do faktu, że przez większość czasu czuł się kurewsko p r z e r a ż o n y. Nie, nie ewentualnym nakryciem przez osobę trzecią – to znajdowało się wyjątkowo nisko na rosnącej liście jego lęków, brutalnie wyparte przez obezwładniającą obawę, że po prostu zrobi coś źle.
Obawę, która powróciła do niego również pod przeklętą szatnią, odbierając mu całą odwagę, na którą musiał się zdobyć, żeby w ogóle wykonać pierwszy krok. Błogosławiona nicość opuściła go w chwili, w której oderwał swoje wargi od ust Jaimiego, zupełnie jakby razem z powietrzem wciągnął do płuc rozpierzchnięte myśli. Z jednej strony tęsknił desperacko do tego dotyku i tej wciąż obcej jeszcze bliskości, której jego ciało pragnęło wręcz boleśnie, z drugiej – wahał się, a im dłużej to robił, tym więcej zdradliwych wątpliwości wkradało się do jego organizmu, spotęgowanych jedynie przez przebijające się przez chybotliwą ciszę słowa chłopaka.
Z pozoru nie znaczące wiele; ot, zwykła uwaga, rzucona w przestrzeń, na którą zapewne odpowiedziałby równie prowokująco… gdyby tylko czuł się odrobinę pewniej. Zamiast tego czuł się nagi; jego starannie dopracowana, noszona na co dzień maska pełnego poczucia wyższości szlachcica na nic zdawała się w towarzystwie osoby, która znała go na wylot. Ufał mu, owszem, ale ten rodzaj fizycznego i mentalnego obnażenia nie miał nic wspólnego z czysto platonicznymi przepychankami i wspólnym łamaniem zasad; nowy wymiar, jaki przybrała ich relacja, nie miał dołączonej instrukcji obsługi, a oczywisty brak doświadczenia działał tylko na jego niekorzyść. I to nie tylko tego, związanego z kontaktami męsko – męskimi, a w ogóle; nieliczne i krótkie pocałunki, kradzione w korytarzowych załamaniach jego szkolnym miłostkom, nie mogły się w żadnym stopniu równać z tym podszytym niezrozumiałymi emocjami pożądaniem, które ogarniało go w towarzystwie Benjamina.
Wszystko to sprawiło, że niewinną wypowiedź odebrał opacznie, jako drwinę; zamarł w bezruchu na przeraźliwie długi moment, w czasie którego te wszystkie myśli musiały przemknąć przez jego twarz, tak żałośnie odkrytą. Chciał pocałować go ponownie i nie przestawać, żeby już żadne słowa nie padły między nimi, a jednocześnie czuł nieodpartą pokusę ucieczki przed tymi ciemnymi tęczówkami, które w jego paranoicznym mniemaniu zdawały się go oceniać, widząc w nim zapewne – i nie bez przyczyny – płochliwą panienkę. Te dwa pragnienia starły się dezorientująco w jego umyśle, a ich wypadkowa objawiła się w postaci jednego słowa.
Spieprzaj – powiedział niezwykle dojrzale, odpychając się wreszcie od ściany. Ten ruch – choć pozornie prosty – kosztował go całe pokłady silnej woli, a i tak był wściekły na samego siebie, i to zanim jeszcze zrobił krok do tyłu, chowając ręce do kieszeni, żeby nie było widać, jak drżą.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]12.11.15 21:40
przepraszamniewiemcotojest:cojest:
Właściwie był wdzięczny za tą krótką przerwę, pozwalającą mu na zaczerpnięcie głębszego oddechu, łagodzącego zachrypnięte od zwycięskich zaśpiewów gardło. Powietrze nie smakowało jednak tak, jak wcześniej. Zapomniał już o lodowatym pędzie powietrza i o intensywnym aromacie zdeptanej, wilgotnej trawy. Na języku czuł tylko smak ust Percivala, charakterystycznie podkreślony smolistym dymem papierosowym z mugolskiego ustrojstwa, nadającym kinowym amantom tego obezwładniającego czaru. Chciał wiedzieć, że tak właśnie postrzegał go Nott, kiedy przed zaledwie chwilą kierował swoje kroki ku jego opartej o ścianę szatni sylwetce. Chęć upodobnienia się do aktora, pożądanego przez rzesze zafascynowanych tych archetypem męskości widzów, zakrawało o narcystyczną głupotę, ale przecież Benjamin nigdy nie uznawał się za szczególnie inteligentnego. Najlepsze oceny pozostawały poza jego zasięgiem, nie należał także do grona pięknych paniczyków ze szlacheckich domów, do których wdzięczyły się najśliczniejsze dzierlatki. Brzmiało to banalnie, ale gdyby nie charakter Wrighta, wzbogacony nieustępliwym hartem ducha, stopiłby się bardzo szybko z hogwarcką szarą klasą średnią, wybijając się z tego tłumu wyłącznie wzrostem. Nigdy wcześniej nie pragnął być wyjątkowy, po prostu płynąc z prądem własnych, często lekkomyślnych decyzji, doprowadzających go do tego momentu jego młodego życia. Masochistyczne rozpamiętywanie przeszłości nie wchodziło w grę, powracał wyłącznie do przyjemnych wspomnień, budując swoją psychikę na optymistycznych podstawach. Gdzieś za grubą mgłą znajdowała się nadopiekuńcza matka, problemy finansowe, nieprzychylne komentarze arystokratów czy też nieudane zaklęcia podczas nielegalnych pojedynków (gdzie nagrodą były ulubione pieprzne diabełki). Każde smutne doświadczenie szybko zostawało zepchnięte na dalszy plan, co dość dobrze tłumaczyło osobowość Benjamina. Jednocześnie niezwykle pozytywną i niefrasobliwą, jakby w ogóle nie przyjmował do wiadomości istnienia jakichkolwiek niebezpieczeństw lub po prostu nie zdawał sobie sprawy z ryzyka pewnych przedsięwzięć. Tak wyglądało to w świetle obiektywnym, bowiem osobiście Wright nie miał sobie nic do zarzucenia, prując przez życie z energią godną elfa na sterydach. Im częściej dostawał łomot, tym radośniej podchodził do kolejnych dni, pielęgnując jednocześnie trudną sztukę sarkazmu oraz osiągania wyżyn w rubasznych żartach.
A jednak pomimo tej całej wesołej gruboskórności potrafił poczuć coś tak nieoczywistego, w dodatku do kogoś, kto w ogóle nie wpisywał się w ten cały nastoletni schemat. Odkąd Ben zaczął święcić triumfy w drużynie Quidditcha – w której znalazł się dzięki sugestii Percivala, przypadkowo hodującego na własnej piersi pałkarskiego rywala – jego pozycja w Hogwarcie znacznie wzrosła, wprost proporcjonalnie do zainteresowania panien. Nawet czystokrwiste młódki zaczynały go zauważać, obrzucając go już nie upiorogackami a powłóczystymi spojrzeniami, które odwzajemniał w swój nieszlachecki sposób. Osiem na dziesięć panienek wstydliwie odtrącała jego zaloty, ale zawsze zdarzały się te dwie niepokorne, gotowe odwzajemniać jego gorące pocałunki czy nawet – niezmiernie rzadko, ale to za jak wyuzdanie! – pozwolić mu wsunąć dłoń pod drogi materiał ich spódnic. Zdobywał te doświadczenia niczym kolejne miotlarskie trofea, dosłownie na oślep i po omacku, próbując z całych sił zaspokoić ten potworny głód, rozwijający się przy każdym spotkaniu z Nottem. Tłumił swoje prawdziwe pragnienia w kusząco pełnych ustach dziewcząt, pozostawiających na jego wargach dławiąco słodki posmak. Jego duże dłonie dotykały wrażliwej skóry, zaplątywały się w delikatnych lokach i obejmowały smukłe talie, wywołując w nim, oczywiście, ekscytację, ale ekscytację pozorną. Naprawdę lubił te małe kokietki, wzniecały w nim płomień pożądania a coraz śmielsze pieszczoty sprawiały mu wielką przyjemność, jednakże ciągle czuł niedosyt. Im bardziej próbował znaleźć swoje miejsce przy jakiejś idealnej wybrance, tym większa pustka rozpościerała się gdzieś w jego podświadomości. Dopiero kiedy zebrał się na odwagę i Tamtego Wieczoru położył na szali niemoralności swoje niewypowiedziane pragnienia, dowiedział się, czego tak naprawdę mu brakowało.
Usta Percivala były suche, spierzchnięte, wąskie, o gorzkim posmaku ostatnich jesiennych orzechów. Twarde ciało, które odkrywał drżącymi palcami, w niczym nie przypominało tego miękkiego, kobiecego – prowokowało go do mocniejszego dotyku, do przekroczenia jakichś nieopisanych granic, nieistniejących w tej szorstkiej, męsko-męskiej rzeczywistości. Rozumiał spięcie jego mięśni, wiedział, jak powinien go dotknąć i jak chciał być dotykany, ale przecież nie tylko o fizyczność chodziło. Kiedyś z całego serca pragnął, by jego słabość okazała się krótką, ułomną fascynacją, jednak widocznie ten najważniejszy mięsień jego organizmu niezbyt przejmował się życzeniami mózgu, czyniąc Percivala najważniejszą osobą na świecie. Pragnął go do szaleństwa, jednak nie było to pragnienie chirurgiczne, możliwe do klinicznego zaspokojenia i odsunięcia w mroki niepamięci. Każdy ruch jego języka na swoich ustach doprowadzał go do skraju wytrzymałości i kompletnie przepalał każde postanowienie trwania w względnej moralności. Nie liczyło się już zwycięstwo, rodzina, Quidditch, inni przyjaciele, kariera, podróże, smoki, marzenia. Cały, wyjątkowo rozbudowany świat Benjamina zamykał się wyłącznie w ciele młodego chłopaka, stojącego tuż obok a jednocześnie tak potwornie daleko.
Mógłby mu o tym wszystkim powiedzieć, wyrzucić z siebie potok podniosłych słów, złapać go za dłoń i położyć ją na swojej klatce piersiowej, by mógł poczuć serce, które bije tylko dla niego. Mógłby, gdyby był pederastą lub gdyby był chociaż odrobinę bardziej wrażliwy na jego niepewność. Której kompletnie nie rozumiał. Dla niego wszystko okazało się jasne dwa tygodnie temu, kiedy Percival zaakceptował jego niewerbalny plan na wspólną przyszłość. Urywane spotkania, dziejące się od tamtego czasu, upewniały go tylko w tej wyższej zażyłości, tylko wzbogacającej poprzednią przyjaźń. Nie potrafiłby cofnąć się do nerwowego okresu i gryzienia własnych dłoni z niezaspokojonej potrzeby rozjaśnienia sytuacji, kiedy tylko Nott znajdywał się zbyt blisko. Przekroczyli Rubikon i nie było już odwrotu – co Benjamina napawało dziwnym ostatecznym spokojem a Percivala czymś przeciwnym.
Nie chciał nazwać uczuć widocznych na twarzy przyjaciela panieńskim strachem. Nie mógł ich także zakwalifikować jako wyrafinowanego sarkazmu potencjalnej słabości. Odczytywanie emocji nie należało do najlepszych umiejętności Benjamina, ale Notta znał przecież na tyle dobrze, by móc zorientować się, że coś jest nie tak. Kolejnym etapem, po diagnozie, powinna być natychmiastowa, konkretna pomoc…gdyby tylko Jaimie należał do osób normalnych. Nagłe odsunięcie się Percivala, nie podnoszącego rzuconej mu rękawicy taniej prowokacji, wcale nie zgasiło płonącego w Wrightcie ognia. Wręcz przeciwnie, rosnący dystans i lodowate powietrze, owiewające jego rozgrzane ciało (romantyczna walka żywiołów?), dodało tylko decydującą cegiełkę do chybotliwego muru przyzwoitości, rozpadającego się właśnie w proch. Nie szarpnął Notta do siebie, chociaż miał na to wielką ochotę. Dalej stał oparty o ścianę, z dłońmi luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, nie ukrywając swojego podniecenia. Ciągle patrzył prosto w zielone oczy chłopaka, nie spuszczając z niego intensywnego wzroku nawet na sekundę. Uśmiechał się tylko lekko, prowokująco, wiedząc, że z jego spojrzenia Percival może odczytać dosłownie wszystko. Głównie buzujące pożądanie, odbierające mu resztki rozsądku, ale także zdrową kpinę, śmiertelnie poważne przywiązanie i pewną rozbrajającą ufność. Pozwalał mu na dostrzeżenie tego, co Percival z nim robił, jak na niego oddziaływał i jak stawiał go pod ścianą – także dosłownie. Nie przykrywał swoich uczuć rubasznym śmiechem, nie kontynuował głupkowatych prowokacji. Powoli odgarnął opadające mu na czoło czarne loki, mrugając pierwszy raz od dłuższej chwili.
- Możesz wrócić do zamku, czeka cię pewnie wspaniała, odmóżdżająca impreza, ale...możesz też pójść ze mną. Przydałby ci się prysznic – powiedział powoli, spokojnie, z głosem drżącym tylko odrobinę. Odepchnął się od ściany, ponownie przeczesał palcami rozwiane włosy – czyżby oznaka zdenerwowania? – i zrobił krok w kierunku szatni. W końcu odrywając wzrok od rozszerzonych źrenic Percivala. Postępował głupio, znów stawiał na szali ekstremalne emocje, ulegając temu całemu huraganowi nastoletnich hormonów, ale…w tym przypadku także nie było odwrotu. Mógł tylko wykonać jeszcze jeden krok, zastanawiając się, czy przy kolejnym – tym Notta, zmierzającym do zamku - nie dostanie zabójczego ataku serca.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]13.11.15 17:28
Odkąd tylko pamiętał, otaczali go ludzie, których czuł się w obowiązku zadowalać. Miał wrażenie, że niewidzialna, ale doskonale wyczuwalna presja towarzyszyła mu zawsze, a czujne, śledzące go oczy nigdy nie przestawały patrzeć. I stawiać wymagań; nie potrafił zapomnieć, jak z zegarkiem w ręku oczekiwano na pierwsze symptomy jego umiejętności magicznych, podczas gdy powietrze zdawało się gęstnieć wraz z upływającymi tygodniami, wypełniając się niewypowiedzianymi podejrzeniami o charłactwo. Przyprowadzani przez matkę nauczyciele niemal siłą próbowali wydrzeć z jego gardła pierwsze słowa, zmuszając go do odczytywania na głos długich poematów, zanim jeszcze był w stanie zrozumieć znaczenie poszczególnych wyrazów, a sztuka niepotykania się o własne nogi została przez niego opanowana znacznie później niż skomplikowane kroki tradycyjnych tańców. Osobiście podejrzewał, że jego wychowanie odbywało się według szczegółowo i skrupulatnie ułożonego kalendarza, w którym pani Nott odhaczała bez wahania kolejne punkty, podczas gdy jej mąż okazywał od czasu do czasu łaskawe zainteresowanie, surowym okiem oceniając czynione przez synów postępy. W których to Percival zawsze zajmował ostatnią lokatę, bo z jakiegoś powodu wszystko przychodziło mu wolniej. Nie żeby był jakoś wybitnie tępy – od dziecka chłonął wiedzę jak gąbka, ale wrodzona żywiołowość i ciekawość świata działa na jego niekorzyść, bo przecież nie tego od niego oczekiwano, okazując wyrazy głębokiego rozczarowania za każdym razem, gdy przyłapano go na czytaniu nieodpowiednich książek i bezcelowym wałęsaniu się po okolicy.
Nauczył się więc nieustannie spoglądać przez ramię, z czasem przyzwyczajając się do tego, że wiecznie był ktoś, kto go oceniał, krótkim skinięciem bądź wstrząśnięciem głowy decydując o jego wartości. Choć nieprzerwana potrzeba wpisywania się w wygórowane oczekiwania sprawiała, że wewnętrznie się dusił, z trudem starając się nie oddychać za głośno, nie garbić się za mocno, nie trzymać głowy za nisko i nie patrzeć zbyt długo na rzeczy niewarte szlacheckiej uwagi, to ewentualny sprzeciw przez wiele lat nie przeszedł mu nawet przez myśl. Wbrew pozorom wciąż był w końcu tylko prostym dzieciakiem, posłusznym synem, pragnącym desperacko czyjegokolwiek zainteresowania, a niepodważalne przekonanie o oficjalnie obowiązującym systemie czarodziejskiej wartości wryło się w jego podatną i wciąż miękką podświadomość tak mocno, że jeszcze wiele lat później odczuwał gryzące wyrzuty sumienia za każdym razem, gdy robił coś, czego nie zaaprobowałaby jego rodzina. Niewidzialne duchy jego przodków zdawały się wisieć mu nad głową również wtedy, gdy pozornie był sam, dostarczając mu tego nieodłącznego wrażenia bycia obserwowanym, które czasami niebezpiecznie zahaczało o paranoję.
Dopiero Benjamin pokazał mu, że można było inaczej, pojawiając się w jego życiu razem z dźwiękiem rozsuwających się z piskiem drzwi pociągowego przedziału. Nie od razu zaadaptował jego sposób postrzegania świata; ich przyjaźń rozwijała się powoli, potykając się o wszystkie przeszkody, jakie tylko mogły pojawić się na pooranej podziałowymi koleinami drodze, niejednokrotnie wisząc na włosku, chociaż Wright mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, ile razy Percival w samotności bił się o niego z własnymi uprzedzeniami, których co prawda nigdy nie chciał, ale które przylgnęły do niego jak paskudny tatuaż. Blaknący stopniowo lecz konsekwentnie, odnawiany w trakcie domowych wizyt, ale finalnie – i na szczęście – znikający niemalże zupełnie, pozostawiwszy po sobie tylko przypominające o sobie od czasu do czasu swędzenie. Nie, nie czuł się jeszcze całkowicie wolny – podejrzewał, że niektóre cienie miały podążać za nim już zawsze – ale dzika presja trzymania się ściśle wyznaczonego dla niego planu znacznie zelżała i chwilami pozwalał sobie nawet na odważne snucie planów na przyszłość, w których nie było miejsca na aranżowane małżeństwa i ciepłą posadę na ministerialnym stołku. Sprzeciwienie się rodzinie stanowiło co prawda ogromne wyzwanie, ale do tych Ben nieustannie go przyzwyczajał, być może nawet nie zdając sprawy z faktu, że jego przyjaciel traktował każde nagięcie zasad jako osobiste, małe zwycięstwo.
Aż do teraz? Patrzył na niego, nie potrafiąc oderwać wzroku od jego twarzy, skutecznie zatrzymany w miejscu tym bezpretensjonalnym, otwartym spojrzeniem ciemnych oczu. Wciągane do płuc powietrze wydawało mu się dziwnie ciężkie, czy to ze względu na upchniętą w nim, gęstą mgłę, czy też przez wciąż jeszcze nierówny oddech, który desperacko starał się ukryć, zaciskając usta w wąską linię. Wiedział, że za moment będzie musiał podjąć jakąś decyzję, odczytywał to z tej szczerzej, pozbawionej sztucznej maski twarzy, ale te już dawno przestały być proste i oczywiste. Ale czy na pewno? Jego pragnienia nigdy nie były przecież bardziej jasne niż w tej jednej, rozciągającej się w nieskończoność chwili, w której tak po prostu stał, z dłońmi ukrytymi w kieszeniach i niespokojnie bijącym sercem. Wiedział, czego chciał, wiedział co zrobić powinien i wiedział też (albo przynajmniej ze sporym prawdopodobieństwem się domyślał) czego oczekiwał od niego Benjamin, i przez moment znów powróciło do niego to doskonale znane uczucie śledzenia, z tym, że… tym razem było inaczej. Tym razem nie oglądał się wcale za siebie, bo jedyna osoba, która tak naprawdę się liczyła, znajdowała się przed nim, decydując się właśnie na przerwanie przedłużającej się ciszy.
Ocknął się z poprzedniego odrętwienia dopiero, kiedy kontakt wzrokowy został zerwany, a Jaimie odwrócił się, zmierzając ku wejściu do szatni, chociaż przez moment Percivalowi wydawało się, że po prostu odejdzie. Drgnął niespokojnie, wahając się przez dokładnie dwie sekundy, wyjątkowo świadom podwójnego – dosłownego i metaforycznego – znaczenia, jakie niosło ze sobą przejście przez te przeklęte drzwi. A jednak, nie rozważał powrotu do zamku nawet mgliście, z jakimś szaleńczym rozbawieniem orientując się, że tę decyzję podjął już jakiś czas temu, ignorując swoją drużynę i pojawiając się po tej niewłaściwej stronie boiska. Które w tamtej chwili było już dla niego niczym więcej niż tylko trawiastym placem otoczonym trybunami i nie mógł uwierzyć, że jeszcze pół godziny temu przegrany mecz wydawał mu się najważniejszą sprawą na świecie.
Odetchnął powoli, wciągając do płuc ostatnią porcję wilgotnego od pary wodnej powietrza i wraz z tą jedną, prostą czynnością, wyrzucając z głowy wszystkich ludzi, których przecież wcale nie potrzebował, a którzy przez lata robili mu z mózgu sieczkę, sprawiając, że czuł wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy ośmielił się zrobić coś po swojemu. Nie wiedział, skąd wzięła się w nim ta nagła potrzeba wyłamania się z tego ciągnącego go w kierunku ziemi łańcucha, ale nie zastanawiał się nad tym, ruszając wreszcie w ślad za Benem i chwilę później bezszelestnie wsuwając się za nim do szatni, w której wciąż zdawały się pobrzękiwać echa niedawnych przyśpiewek.
Kiedy obaj znaleźli się w środku, zamknął ostrożnie drzwi, upewniając się, że dokładnie wszystkie jego wątpliwości zostały na zewnątrz i dopiero wtedy ośmielając się ponownie spojrzeć na Gryfona.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott
Re: Hogwart '41 [odnośnik]14.11.15 15:57
Nienawidził oddawania spraw w czyjeś ręce, a już przekazywanie decyzyjności poza ośrodek nerwowy Benjamina Wrighta, wprawiało go w stan totalnej irytacji. Przywykł do samodzielnego stawiania czoła przeciwnościom, niezależnie od stopnia zagrożenia, jakie mogły sprawiać. Wierzył święcie w swoje siły, w to, że skręci w odpowiednią ścieżkę, że w odpowiednim momencie uchyli się przed siarczystym policzkiem przeznaczenia i że zaufa odpowiedniej osobie. Przekonanie o własnej nieomylności nadawało charakterowi Jaimie’go nieznośnego rytu, czyniąc z jego nieskromnej osoby upartego osła. Osła na sterydach, dodajmy, nie tylko brnącego ślepo w bagno, ale także kopiącego każdego, kto zamierzał go z niego wyciągnąć. Nawet stojąc po szyję w błotnistej mazi byłby przekonany o tym, że to tylko chwilowa niedogodność, że jeszcze krok, dwa, dziesięć, sto i stanie suchą stopą (kopytem?) na bezpiecznym biegu, pokazując wszystkim, że znów miał rację. O dziwo, niezwykle często faktycznie tak się działo, a zadowolony z siebie Ben mógł z wyższością spoglądać na grono dbających o niego mędrków, pokazując im język. I coraz bardziej upewniając się w tym, że sam podejmuje najlepsze decyzje. Uparty optymista – oto najgorsze połączenie wszechczasów, które być może byłoby urocze u filigranowej panienki marzącej o karierze baletnicy, ale w przypadku naćpanego hormonami nastolatka zasługiwało raczej na miano bomby z opóźnionym zapłonem. Na razie co prawda nie doszło do wielkiej tragedii, ot, kilka szlabanów, wyjce od matki (średnio dwa tygodniowo), podbite limo i różowe włosy przez tydzień, kiedy sromotnie przegrał z wyjątkowo zagorzałym zwolennikiem czystości krwi na terenie Hogwartu. Przy każdej z tych sytuacji obrywał jednak sam, nie przyjmując pomocy przyjaciół a wręcz odsuwając ich na bezpieczną odległość. Tylko Percivala mógł wciągać w swe niecne sprawki, niekiedy wykorzystując jego szlachecką nietykalność w wstępnych fazach przemytu mugolskiego alkoholu z Hogsmeade. Nott stawał się więc kimś więcej niż niespokrewnionym bratem, którym trzeba było się opiekować: od dłuższego czasu partnerował Jaimie’mu na równych prawach. Ben rzadko kiedy patrzył na rówieśników z podziwem, co także miało miejsce w przypadku Percy’ego. Wyjątkowego tak bardzo, że gdyby tylko prowadził swój sekretny pamiętniczek, na pewno imię kompana pojawiałoby się w nim z zadziwiającą regularnością na każdej ze stron, odmieniane przez wszystkie przypadki i opatrzone wartościującym epitetem. Wręcz zatracał się w tym skupieniu na sylwetce przeklętego Ślizgona, po początkowych dysonansach przyjmując swoje uczucia z całym dobrodziejstwem niemoralnego inwentarza.
Nie zamierzał przed nim uciekać, nie zamierzał się przed nim bronić, chociaż wersja z poddaniem była mocno nie w smak jego poczuciu własnej wartości. Robił to jednak, poddawał się tej relacji zupełnie, skacząc na główkę do głębokiej wody. Która wcale nie okazała się szlamowatym mokradłem, wciągającym go w pedalską toń, gdzie miał zostać udławiony obrzydliwością grzechu. Robił ten krok tuż za przepaścią z ponurym przekonaniem o nieprzyjemnym końcu krótkiego lotu Ikara, ale czekało na niego zachwycające zaskoczenie. Brudne bajoro okazało się cudownie przejrzystym jeziorem, zgniłe powietrze ożywczym wicherkiem a pocałunki z mężczyzną nie dość, że nie spowodowały wypadania zębów czy ślepoty, to pozwalały Benjaminowi na zasmakowanie całkowicie innego pożądania, przepalającego każdy mięsień niecierpliwą przyjemnością. Pierwszą taką, bowiem w starciu z umięśnionym ciałem Percivala wiotkie kibicie starszych koleżanek wydawały się wręcz odstręczające w swojej pospolitości. Nie, żeby porównywał go do tych przelotnych, weekendowych macanek, gdzieżby śmiał: Nott stanowił dla Benjamina pewną świętość, chociaż do tak żałosnych myśli nie przyznawał się nawet przed samym sobą, jednocześnie pozwalając im przerodzić się w czyny.
Pozwalał mu przecież wybrać. Dawał mu wolną rękę, wycofywał się, chociaż pragnął zrobić tysiąc kroków naprzód. Zaprzedawał własny egoizm i miażdżył instynkt samozachowawczy, wystawiając się Percivalowi jak na jakiejś szlacheckiej strzelnicy. Wystarczył przecież jeden gest i kilka kroków w kierunku zamku, by zmieść z powierzchni ziemi benjaminową pewność siebie. Wystarczył widok jego pleców, by zdeptać pragnienia z błotem. I wystarczył dźwięk zamykanych przez Notta drzwi, by wcześniejsza radość Wrighta okazywała się zupełnie płytka przy obecnym stanie ekscytacji. Jak mógł tak szczeniacko cieszyć się z wygranej w głupiego Quidditcha? Jak mógł drżeć z niepohamowanego szczęścia przy zaledwie powierzchownym kontakcie z przyjacielem? Teraz miał go przecież na wyciągnięcie ręki i to w zaciszu szatni, ciągle przesyconej specyficznym aromatem zwycięstwa, potu oraz damskich perfum. Przetaczający się przez to pomieszczenie Gryfoni pozostawili po sobie parkiet zabłoconych śladów, pootwierane szafki i porozrzucanych gdzieniegdzie szalików, zwisających z drewnianych ławek raczej smętnie jak na tak wspaniałe zwycięstwo. Benjamin przesuwał wzrokiem po tych wszystkich reliktach zamierzchłej przeszłości (sprzed kwadransa), starając się uspokoić oddech. Szybszy niż po wymagającym fizycznie meczu, szybszy nawet niż podczas ostatnich pocałunków, jakby ta długa chwila w oczekiwaniu na decyzję Notta pozbawiła go tlenu na tyle długo, by w jakiś sposób uszkodzić jego mózg. Co było właściwie bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę to, co działo się z jego ciałem, kiedy zerkał z ukosa na Percivala, aż skręcając się wewnętrznie z niezaspokojonego pragnienia ponownego zasmakowania jego ust. A przecież Nott tylko na niego patrzył. Co prawda wchodząc z nim do opuszczonej szatni tuż po namiętnej wymianie płynów ustrojowych, ale Benjamin nie sięgał aż tak daleko w swojej analizie sytuacji, po prostu ściągając z siebie brudną miotlarską szatę. W ślad za nią poszły buty, podkoszulek, przepocona koszulka, a także wstyd, kiedy w końcu podniósł wzrok ze sterty ciuchów na twarz Percivala. Bez żadnego zawstydzenia, bez grama niepewności, za to z nieco zawadiackim uśmiechem na drżących z podekscytowania (ale także zdenerwowania) wargach.
- Masz zamiar brać prysznic w ubraniu? – zdziwił się uprzejmie, starając się z całych sił, by jego głos brzmiał spokojnie i stanowczo, bez zdradzieckiej nutki jakiegoś żałosnego szczęścia, że Percival wybrał jego, po raz pierwszy tak jasno i zdecydowanie. Co wcale nie pomagało w utrzymaniu profesjonalnie zdystansowanego wyrazu twarzy, kiedy stał przed nim bosy i półnagi, w rosnącym podnieceniu nie zauważając nawet pokaźnego fioletowego siniaka, rozlewającego się po prawej stronie jego żeber. Skupiał wzrok tylko na Ślizgonie a gdzieś w tle jego niemoralnego toku rozumowania pojawiła się idiotyczna myśl o tym, że właśnie wpuścił węża do świętego sanktuarium Gryffindoru, gdzie na ścianie za jego plecami ciągle wisiały taktyczne plany rozgrywki, wyrysowane świecącym zaklęciem.


Make my messes matter, make this chaos count.
Benjamin Wright
Zawód : eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
Wiek : 33
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Kawaler
may the bridges I burn
light the way
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Hogwart '41 2548bf6970f74d0d9594e17b72bc2037
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t4339-skrytka-bankowa-nr-178#92647 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
Re: Hogwart '41 [odnośnik]14.11.15 23:09
Zdawałoby się, że cichy szczęk zamka, oznaczający zatrzaśnięcie drzwi do szatni, powinien wywołać lawinę konsekwencji. Że wibrujące jeszcze resztkami dzikiej radości powietrze powinno wypełnić się dźwiękami syren alarmowych, wyjących w reakcji na pojawienie się Ślizgona na świętym terytorium gryfońskiej drużyny. Że coś spektakularnego powinno się wydarzyć, przerywając ten szalony pęd w dół równi pochyłej, niewłaściwy na tylu poziomach, że sam Percival gubił się w myślowym wyliczaniu ich wszystkich, nie wiedząc już, za który występek należało mu się największe potępienie.
On sam nie mógł jeszcze uwierzyć w wypełniający jego umysł spokój, przez dłuższą chwilę nerwowo oczekując drugiego szczęknięcia metalu, tym razem rozbrzmiewającego wewnątrz jego czaszki i zwiastującego odblokowanie się zdroworozsądkowego mechanizmu. Spodziewał się nagłego zalewu wątpliwości, pełnego zrozumienia tego, co miał zamiar zrobić, obezwładniającego wstydu, obrzydzenia do samego siebie, palących wyrzutów sumienia – czegokolwiek poza tym niepodważalnym przekonaniem, że nie robił nic złego. Nie mógł przecież nawet udawać, że nie wiedział, w co się pakuje – zdawał sobie doskonale sprawę z tego, po co tu przyszedł, i tu nie oznaczało wcale cichego wnętrza szatni, ale wrogą stronę boiska w ogóle, bo przecież może i pojawił się w budynku w ślad za Benem, ale pod wejściem znalazł się bez niczyjej namowy, zbaczając z właściwego kursu z własnej, nieprzymuszonej woli.
Czekał więc, ale żadne cudowne oświecenie nie nadeszło; być może zepsucie postąpiło w nim już na tyle, że organizm nie próbował nawet się ratować, choć osobiście Percival wolał hołdować innej teorii, znacznie dla niego wygodniejszej. Dla reszty świata zapewne mniej, ale owa reszta świata szczęśliwie została na zewnątrz, znajdując się obecnie daleko poza obszarem nottowskich rozterek, ograniczających się już tylko do jednej osoby. Zabawnie i przewrotnie; w życiu nie spodziewałby się, że całe to szlacheckie wychowanie okaże się tak widowiskowym fiaskiem, i że obudzi się pewnego dnia (metaforycznie, stojąc pośrodku przesiąkniętego mieszanką pomeczowych zapachów pomieszczenia), zorientowawszy się, że w którymś momencie mieszaniec, Gryfon i żywe uosobienie wszystkiego, czym powinien był gardzić, stanie się centrum jego małego wszechświata. Co, mimo swojej akuratności, brzmiało tak patetycznie i żałośnie, że ledwie powstrzymał się przed mocnym  trzaśnięciem samego siebie z otwartej dłoni w twarz, pozwalając sobie jedynie na pełen zadowolenia półuśmiech; jego wymuskani i moralni przodkowie musieli przewracać się w grobach, obserwując tę scenkę.
W której Percy, o dziwo, czuł się coraz swobodniej, z niejakim rozbawieniem? obserwując poczynania Benjamina, rozglądającego się po zagraconej szatni, jakby wcale dopiero co z niej nie wyszedł. – Co jest, Wright, zapomniałeś drogi? – zapytał z prawie autentycznym zainteresowaniem, zgrabnie ukrywając irytujące drżenie głosu (spowodowane zdenerwowaniem? ekscytacją? poczuciem niewiadomej? zapewne wszystko na raz) i mimowolnie podążając wzrokiem za spojrzeniem Gryfona. Wyposażenie tajemnego pomieszczenia wrogiej drużyny ciekawiło go zdecydowanie mniej, niż powinno, chociaż chyba nie wszystkie przepalone części jego mózgu wróciły do czasów swojej świetności, bo przez kilka sekund przyglądał się głupio wiszącym nad głową Jaimiego schematom z gryfońską strategią (na pewno beznadziejną), nawiedzony psychodeliczną wizją samego siebie, ignorującego (półnagiego) przyjaciela na rzecz kradzieży tych bezcennych dokumentów i uciekającego radośnie w stronę zamku, drogą oświetloną przez złotą łunę wiecznej chwały i sławy. Owy obrazek, wzbogacony znacznie artystycznym wyobrażeniem prawdopodobnego wyrazu twarzy Benjamina i przyprawiony niewidoczną, ale z całą pewnością obecną, mieszanką emocji, objawił się nieco nerwowym parsknięciem.
Utrafiającym w (nie)odpowiedni moment niemal idealnie, bo rozbrzmiewającym do akompaniamentu bezgłośnie opadającego na posadzkę podkoszulka i wtórujący benjaminowemu pytaniu. Które, niejako, ściągnęło go wreszcie na ziemię; powrócił wzrokiem do Wrighta, starając się powstrzymać nagłe cielesne sensacje, które na pewno nie miały nic wspólnego z widokiem obnażonej klatki piersiowej. Uśmiechnął się jednak równie zawadiacko, jednocześnie z niezaprzeczalną ulgą stwierdzając (dlaczego dopiero teraz?), że Tamten Wieczór nie obdarł ich relacji z żadnego tak cenionego przez Percivala aspektu, nie wypełniając przestrzeni między nimi przerażającą niezręcznością. Jeżeli już, to nadał jej nowego wymiaru, którego co prawda jeszcze nie rozumiał, ale który – już teraz, po odrzuceniu swoich własnych uprzedzeń i paranoicznych obaw – był gotów zacząć odkrywać.
Wybacz, rozważałem właśnie najlepszy sposób wykorzystania sytuacji – powiedział, jakby faktycznie spędził ostatnich kilka sekund, porównując na szali możliwe opcje. Czemu właśnie zaprzeczał, jednym machnięciem różdżki powodując, że świetliste linie zniknęły, wraz z czerwonymi kropkami, oznaczającymi poszczególnych graczy. Zrobił krok do przodu, w międzyczasie zsuwając z ramion ciemnozieloną szatę, pozbywając się w ten sposób ostatniego, naocznego dowodu, że należał gdzieś indziej.
Rozbawienie opuściło go nagle i niespodziewanie, jakby przeszedł przez niewidzialną kurtynę, zmywającą efekty wszystkich zaklęć. Wątpliwości jednak nie powróciły i zaczął się powoli przyzwyczajać do myśli, że być może już tego nie zrobią, zwłaszcza, że pewność siebie i tak uciekała od niego stopniowo, zdradziecko przesączając się przez pory w skórze. Sam się dziwił, jak dużych pokładów zaufania wymagała od niego tak prosta czynność, jak ściągnięcie koszulki (w której zaplątał się na całą, żenującą sekundę, przeklinając w milczeniu dziwną niezgrabność własnych ruchów), ale być może właśnie o to w tym wszystkim chodziło.
Nie wiedziałem, że taki z ciebie pucuś – rzucił, przyglądając się jeszcze wilgotnym od poprzedniego prysznica włosom Benjamina i gdzieś po drodze gubiąc buty.
Być może powinien był zostać tam, gdzie był, bo im bardziej przybliżał się do Gryfona, tym gwałtowniej łomotało jego serce, stwarzając całkiem realną groźbę przedwczesnego zawału. Ta ewentualność nie wydawała mu się jednak ani trochę przerażająca, gdy (niecierpliwie) pokonywał ostatnie dwa dzielące ich kroki, w nadziei, że przegoni podążający za nim wstyd, który w obecności Wrighta zdecydowanie stanowił pewną nowość.
A który czarodziejsko wyparował, wyparty razem z całą resztą młodzieńczych zahamowań w momencie, w którym niwelował ostatnie centymetry dzielącej ich przestrzeni, po raz drugi w ciągu kilkunastu minut przyciągając Jaimiego do siebie, może z nieco mniejszą gwałtownością (której brak mógł mieć coś wspólnego z widokiem fioletowego sińca, rozlanego artystycznie na lewym boku chłopaka), ale nie bez zdecydowania. Jeżeli wcześniej wydawało mu się, że ich pocałunek odebrał mu zdolność logicznego myślenia, to dotyk nagiej skóry pod szorstkimi od Quidditcha palcami udowodnił mu, że się mylił, bo odczucia, które właśnie ogarniało całe jego ciało, nie dało się przyrównać do niczego innego.
A ziemia nadal uparcie odmawiała rozstąpienia się pod ich bosymi stopami.


but the blood on my hands
scares me to
death

Percival Blake
Zawód : dowódca grupy smoczych łowców w peak district
Wiek : 34
Czystość krwi : Zdrajca
Stan cywilny : Kawaler

are we destined
to burn
or will we last the night?


OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1517-percival-nott https://www.morsmordre.net/t1542-tatsu https://www.morsmordre.net/t1531-percy https://www.morsmordre.net/f203-kornwalia-sennen https://www.morsmordre.net/t3560-skrytka-bankowa-nr-416#62942 https://www.morsmordre.net/t1602-percival-nott

Strona 1 z 2 1, 2  Next

Hogwart '41
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach