Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Ogród przed domem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Ogród przed domem   21.11.15 16:57

First topic message reminder :

Ogród przed domem

Domek znajduje się na przedmieściach, otoczony jest przez stary płot - zdawałoby się, że ten ledwo trzyma się pionu i jest niezwykle słabym zabezpieczeniem, jeśli jakimkolwiek, ponieważ często można dostrzec na terenie posiadłości włóczące się dzikie zwierzęta. Niedaleko bowiem znajduje się las, więc widok saren czy dzików nie jest obcy w tej okolicy. Całość sprawia wrażenie zaniedbanej, dom w wielu miejscach porośnięty bluszczem, a wszelaka roślinność (zwłaszcza niechciane chwasty) rozpościera swe ramiona na cztery strony świata: czy to drzewa o szerokich, rzucających ogromny cień na skromny budynek koronach, czy to plątająca stopy roślinność przedzierająca się przez szczeliny w popękanym chodniku. Okolica jest jednak spokojna i cicha, zdawałoby się, że temu miejscu towarzyszy jakieś przyjemne odosobnienie oraz swoboda.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Garrett Weasley
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t597-garrett-weasley https://www.morsmordre.net/t627-barney#1770 https://www.morsmordre.net/t630-garrett https://www.morsmordre.net/f112-st-martin-s-lane-45-3 https://www.morsmordre.net/t975-garrett-weasley#5311
auror
29 lat
Szlachetna
Kawaler
żyjąc - pomimo
żyjąc - przeciw
wyrzucam sobie grzech niepamięci
41
25
0
0
0
1
6
7
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   01.07.16 23:50

Równia pochyła w dół z każdą chwilą zyskiwała na stromości; wkrótce przypominała już wyłącznie pionową prostą, po której turlali się idealnie w otchłanie wszystkich porażek, jakie tylko potrafili sobie wyobrazić. Albo nawet nie potrafili; te i tak wyciągały w ich stronę obślizgłe łapska, próbując zamknąć ich w matczynym uścisku.
Gorzkim uścisku klęsk wszelakich.
Z mimowolną nonszalancją oparł się o siekierę tak, jak co poniektórzy mogliby oprzeć się o laskę, obie dłonie zaciskając na końcu trzonka. Spoglądał to na rozrzedzony bór (może bardziej zasługiwał na miano borku?), to na swojego towarzysza broni. Zmarszczył lekko nos, przez krótką chwilę patrząc na Bena z głupkowatym wyrazem kapitulacji, a potem na nowo zaczął się rozglądać - jak się okazało, raczej bezskutecznie.
Czyżby się spóźnili i wszystkie choinki zostały już wycięte przed nadgorliwych panów domu?
- To znajdź coś, co wygląda jak krzepka, modelowa choinka, a nie wystrzępiony krzaczek - rzucił z zawoalowaną nutą pretensji pobrzmiewającą w głosie, a niedługo potem Wright zdawał się wśród rzadzizny iglastego lasku dostrzec potencjalną ofiarę: nieco koślawą, nie najpiękniejszą, prawie nienadgryzioną, niemalże konwencjonalną. Garry zmrużył oczy, przechylił lekko głowę i przyjrzał się jej krytycznie, ale zanim zdążył nawet wydać osąd (z braku laku - raczej zatwierdzający), poczuł, jak ktoś odbiera mu podporę. Ben bez ostrzeżenia wyrwał mu siekierę z dłoni i Garrett, zbyt zajęty utrzymywaniem równowagi, nie spostrzegł nawet, co się święci.
I w ten oto sposób ich prawie idealna choinka została karłem.
Zamarł z szokiem, przerażeniem i dezaprobatą wypisanymi w spojrzeniu jasnych oczu, ale przez chwilę nie mówił nic, próbując objąć zaistniałą sytuację umysłem. Jednak w momencie, w którym chciał zaprotestować i zwyzywać Bena od niewyrośniętych (albo przerośniętych) gumochłonów o kompletnie niewykształconym móżdżku, przypomniał sobie, że sam doprowadził dziś do kataklizmu w kwaterze i że skrytykowanie kogokolwiek byłoby nieco nie na miejscu.
- Nie wiem, kto ją będzie ozdabiał - ale będzie musiał się niezwykle postarać, żeby wyglądała względnie przyzwoicie - ale przynajmniej nie będzie musiał... stawać na palcach? - Bardzo, ale to bardzo starał się odnaleźć w tej kryzysowej sytuacji pozytywne aspekty, ale chyba zrobiło mu się słabo.
Rozbita Ognista, latające indyki lądujące na brudnej posadzce, niespełna metrowa kurduplochoinka - a te świąteczne obchody zapowiadały się tak dobrze.
- Może ja ją wezmę - oznajmił profilaktycznie, uznając, że bezpieczniej będzie, gdy Ben po prostu przestanie dotykać ich drzewka; Garrett obawiał się co prawda, że Wright dzierżoną siekierą obetnie komuś (na przykład jemu) głowę, ale nie dawał tego po sobie poznać, uśmiechając się prawie że radośnie. Choinka ciężka nie była, więc uchwycił ją z łatwością i ruszył w stronę kwatery, pogwizdując cicho jakąś kolędę i głęboko wierząc, że Ben do niego dołączy.




a gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

Powrót do góry Go down
Benjamin Wright
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t656-benjamin-wright https://www.morsmordre.net/t683-smok#2087 https://www.morsmordre.net/t3555-nokturnowa-rubryka-towarzyska#62778 https://www.morsmordre.net/f104-smiertelny-nokturn-20-6 https://www.morsmordre.net/t1416-jaimie-wright
eks-gwiazda quidditcha, nadzorca w smoczym rezerwacie
32
Półkrwi
Kawaler
may the bridges I burn
light the way
40
16
0
5
0
1
15
40
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   02.07.16 13:18

Złota zasada Benjamina - najpierw rób, potem długo długo nic a dopiero potem trochę pomyśl, ale nie za mocno, żeby przypadkiem nie stać się ciepłym inteligencikiem w kaszmirowym sweterku - i tym razem sprawdziła się niezawodnie, gwarantując wszystkim zakonnikom niesamowite doznania estetyczne, płynące z najpiękniejszej choinki, jaką widział świat. O ile spersonalizowany świat byłby kompletnie ślepym od urodzenia głuptasem, który nigdy nie zobaczył wysokiego, pięknego drzewka, zwiastującego radość spędzanego z bliskimi czasu. Na szczęście Wright nie potrafił się długo frapować, zwłaszcza własnoręcznie zepsutymi działaniami, skupił więc całą swą wesołą energię na drzewku, mając nadzieję na to, że magia optymistycznej aury zadziała na ucięty pień, nieco go wydłużając.
- Może po prostu zwiększymy ją zaklęciem? - zaproponował, ale nie sięgał już po różdżkę, wymachując beztrosko siekierą i posłusznie oddając drzewną księżniczkę we władanie Garretta. Kątem oka zauważył jego zrozpaczoną minę, ale postanowił się zbytnio nie przejmować, nadrabiając wewnętrzne zakłopotanie - na szczęście mijające szybko - szerokim uśmiechem. I wiarą w to, że i tak choinka prezentuje się wręcz znakomicie.
- No i na pewno zmieści się w kwaterze, dzięki czemu będzie więcej miejsca na jedzenie, alkohol i tańce. Same plusy - dodał, coraz bardziej dumny ze swojego wyczynu najlepszego drwala dekady. Im dłużej przyglądał się niesionej przez Weasley'a kupce nieszczęścia zielonych igieł, tym bardziej mu się podobała. Minimalizm wracał do łask. - Zresztą, kto by się przejmował choinką, kiedy przed nami żarcie i hektolitry Ognistej! - zawołał z nieskrywanym podekscytowaniem, ruszając wygniecionymi w śniegu śladami rudzielca. Oczywiście zabierając ze sobą siekierkę - kto wie, do czego może przydać się za chwilę? Kiedy mijał resztę pracujących na zewnątrz Zakonników, pomachał im wesoło (tylko Cassianowi rzucił dość łypliwe spojrzenie) po czym wszedł do środka, stukając trzonkiem narzędzia choinkowej zbrodni o podłogę.

| Garry i Ben idą do środka




Make my messes matter, make this chaos count.
Powrót do góry Go down
Samuel Skamander
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t1272-samuel-skamander https://www.morsmordre.net/t1372-filozof#10888 https://www.morsmordre.net/t1374p9-auror-na-motorze#11334 https://www.morsmordre.net/f186-harley-street-5-3 https://www.morsmordre.net/t1597-samuel-skamander#26793
starszy auror
28
Czysta
Kawaler
Kto sieje wiatr, zbiera burzę
42
20
1
0
0
1
5
15
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   06.07.16 0:32

Ostatecznie nie rozmawiali z Cassianem za wiele, bo - więcej od słów było do zrobienia. Znalazła się i druga siekierka, w sam raz do terapeutycznej funkcji rąbania drewna, do jakiej - jak widział - obaj się nadawali i obaj znacząco potrzebowali. Dlatego świst ostrza raz za razem przecinał powietrze, tak w wykonaniu jego, jaki i jego towarzysza.
Nim się obejrzał, porządny stosik, chyba nawet zbyt duży jak na potrzeby dzisiejszego wieczoru - powstał obok, a Skamander, nieco zmachany, nieco zbyt mocno zaciskał dłonie na trzymanej siekierce, która w pewnym, przy kolejnym zamachu, świsnęła, a przy zamachu, ostrze wirującym łukiem śmignęło za jego plecy, wbijając się w zamarznięta ziemię.
- To chyba znak, że wystarczy - odwrócił się do Cassiana, posyłając mu krzywy uśmiech. Zdecydowanie czuł się lepiej, a przynajmniej - lżej, rejestrując działanie dobroczynnej adrenaliny i..zmęczenia. Przetarł twarz, zbierając powyciągane z rzemienie włosy. Musieli tylko złożyć równo utworzony stosik, a cześć przenieść od razu do chatki, by rozpalić w kominku.
Złapał po drodze poluzowane ostrze, by po drodze umocować je na właściwie miejsce, dobijając o jeden z pieńków, by trzymało się mocno.
Mijając drzwi, dostrzegł i Herewarda, który już szykował się do odśnieżania. Miał mu pomóc, więc wyciągnął rękę, dając znak mężczyzna, że zaraz się pojawi a ze sprawna pomocą Cassiana - w kominku bardzo szybko zapłonął ogień, który miał ogrzać dzisiejszego wieczoru znaczą gromadkę czarodziei. Zadania - tak proste w wykonaniu miały kojący wpływ na targające aurorem myśli, dlatego po skończeniu, przez krótki moment wpatrywał się w trzaskający płomyk. na koniec podziękował Morrisonowi za współpracę i raz jeszcze wyszedł do ogrodu, by ogarnąć, że w dziwny sposób, zalegający przed chatą śnieg, wciąż wydawał się nietknięty. A może go było więcej?
Zatrzymał się za drzwiami, tym razem szukając wzrokiem czegoś, czym ciężki, bielący się - już nie puch - mógł odgarniać. I nadal - nie miał ochoty używać do tego różdżki, chociaż zapewne byłoby to o wiele prostsze zadanie. Prowizoryczna łopata? stała pod ścianą, jakby gotowa do użycia, chociaż, nieco przysypana i przyrdzewiała. Sprawdził w dłoniach wytrzymałość i ściągając z szyi szalik, który do tej pory chronił go przed chłodem, zebrał się do odgarniania, zaczynając od ścieżki, która miała ułatwić wszystkim dostanie się do ich kwatery. I nie było to aż tak szybkie zadanie, co jakiś czas przystając, opierając dłonie na drewnianym trzonku łopaty. Był mocno zgrzany, gdy większość bielących się, śnieżnych czap, została odsunięta, a ogród oczyszczony, pozostawiając prowizoryczne, mroźne kopczyki pod nieco krzywym płotku, wciąż, niezmiennie chylącym się ku upadkowi, a mimo to, wciąż utrzymującym granicę, oddzielającym teren chatki od ulicy. Cisza i spokój, wydawała się jeszcze bardziej dostrzegalna, udzielająca się Samuelowi z każdą chwilą mocniej.
I jeśli przychodząc tutaj, wciąż pozostawał z ciemną chmurą myśli w głowie, tak teraz mógł swobodnie powiedzieć, że cieszył się. Miał przecież tu przyjaciół, którym ufał. Nie żałował swojej decyzji, pozwalając, by dziwne ciepło rozlało się po jego ciele, niezależnie od gorąca wywołanego pracą.
Uśmiechając się sam do siebie - wrócił w końcu do Kwatery. Kolejna kawa sama się nie wypije.

zt






Cause I walk through the valley of the shadow of death

And I fear no evil because
I'm blind.

Powrót do góry Go down
Florence G. Fortescue
avatar

Nieaktywni zakonnicy
Nieaktywni zakonnicy
https://www.morsmordre.net/t2957-florence-fortescue#48519 https://www.morsmordre.net/t3031-maskotka#49606 https://www.morsmordre.net/t2998-florka#49152 https://www.morsmordre.net/f278-pokatna-5-2 https://www.morsmordre.net/t3110-florence-fortescue#51096
współwłaścicielka lodziarni
27
Półkrwi
Panna
Sometimes the only payoff for having any faith - is when it’s tested again and again everyday
5
15
0
0
5
0
0
0
Czarodziej
Matka Florence z Pokątnej od dusz cierpiących

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   06.08.16 20:02

Cieszyła się, że nie idzie przez chatę sama - w głowie kręciło jej się tak strasznie, że jak nic wpadłaby po drodze na jakiś mebel. Przy odrobinie szczęścia byłaby to kanapa, na której mogłaby się chwilkę przespać i zregenerować siły, ale wchodziła też w grę mniej wesoła opcja: zderzenie z czymś twardym i kanciastym, na czym mogłaby ponabijać sobie paskudne siniaki. Obecność Fredericka pozwoliła jej jednak dość skutecznie ominąć większość przeszkód. Ujęła go pod ramię, gdy wychodzili z sali obrad i pozwoliła się poprowadzić w stronę drzwi wejściowych. Chyba tylko raz zatoczyła się i wpadła na ścianę. Chyba.  
- Tak, tak... przykładny angielski dżentelmen z Ciebie. - chichotała pod nosem, ewidentnie bardzo rozbawiona myślą o Lisie-dżentelmenie. Już nawet wyobraziła go sobie we fraku i przez to zaczęła chichotać nawet głośniej. - Jedyny w swoim rodzaju. - szepnęła jeszcze (chyba bardziej do siebie), po czym z ulgą wyszła w zimną, grudniową noc. Chłód na moment zaparł jej dech w piersiach. Padający z nieba śnieg wydawał się oszałamiająco piękny. Puściła więc ramię Fredericka i postawiła kilka chwiejnych kroków do przodu, by być bliżej tego zjawiska. Płatki osiadały jej na włosach, a delikatny wiatr przyjemnie chłodził zarumienione policzki. Odetchnęła głęboko, jakby miała nadzieję, że to zimno w jakiś sposób uwolni ją od ogromnej ilości procentów we krwi. Na to oczywiście nie było szans, ale poczuła się nieco lepiej. Mniej śpiąca, bardziej skupiona. Jeszcze przez kilka sekund z zadartą głową wpatrywała się w delikatnie opadające płatki i delektowała się panującą wokół ciszą. Miła odmiana po radosnym rozgardiaszu panującym w sali obrad! Kiedy nasyciła się już widokiem, odwróciła się ostrożnie w jego stronę. Teraz dla odmiany przez chwilę przypatrywała się jemu. I chyba podobało jej się co widziała, bo obdarzyła go kolejnym uśmiechem.
- Szalone to wszystko. - oznajmiła nie tłumacząc jednak o co dokładnie jej chodzi. O sam Zakon? O to przyjęcie? O coś jeszcze innego? Pewnie chodziło o to wszystko i jeszcze więcej. Zdarzało się przecież, że pijaniutka Florence mówi zagadkami (lub przynajmniej wyraża się w niejasny sposób). Ostrożnie stawiając stopy na śliskim gruncie, podjęła wędrówkę w jego stronę. Dopiero teraz poczuła jak śnieg wsypuje się w jej bardzo-nie-zimowe-bucki. Zmarszczyła lekko piegowaty nos na tą nieprzyjemną niespodziankę, ale była jeszcze daleka o zarządzenia powrotu do środka. Wciąż było jej za gorąco.
Zatrzymała się tuż przed nim. Stała tak może przez dwie sekundy z pewnym wahaniem na twarzy, a potem nagłym przypływie (pijanej) czułości - objęła go ramionami w pasie.
- Wesołych Świąt, Frederick.






I wish you were the one
Powrót do góry Go down
Frederick Fox
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t2155-frederick-fox#32552 https://www.morsmordre.net/t2178-poczta-fryderyka#33148 https://www.morsmordre.net/t2176-fantastic-mr-fox#33126 https://www.morsmordre.net/f220-varden-street-19 https://www.morsmordre.net/t2332-freddie-fox#35856
łowca czarnoksiężników... znaczy auror!
32
Zdrajca
Kawaler
I am sometimes a fox and sometimes a lion. The whole secret of government lies in knowing when to be the one or the other.
45
20
0
0
5
1
6
5
Metamorfomag
Love all, trust a few, do wrong to none.

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   10.08.16 0:30

Kiedy tylko podniosłem się z krzesła, świat zakołysał mi przed oczami, przyjemnie rozmywając obraz. Znajdująca się pod moim ramieniem Florence okazała się idealną amortyzacją przed utratą równowagi, a choć dzielnie utrzymywałem, że bez mojej asysty nie byłaby w stanie przespacerować odcinka od pokoju do drzwi wejściowych, tak sam wiedziałem, że przeceniłem własne siły. Byłem o wiele bardziej wstawiony, niż mi się wydawało. Droga na zewnątrz wydała się jakaś podejrzanie długa i wyboista. Podłoga niespodziewanie zaczęła falować, jakby ktoś teleportował nas na pokład statku. Chyba przypadkiem potłukłem nawet figurkę jednorożca w przedpokoju. A może to była wina Flo? W każdym razie, zamiast użyć prostego zaklęcia, by poskładać rozbite kawałki w całość, zaśmiałem się pod nosem, dumny ze swego osiągnięcia.
Niby gentelman, ale jednak recydywista.
Niemniej, figurka była okropnie brzydka, więc uzgodniłem ze samym sobą, że wspaniałomyślnie uratowałem wszystkich zakonników przed katastrofą estetyczną. Zdążyłem nawet zapomnieć, gdzie i dokąd zmierzam, w głowie mi wirowało, a świeże powietrze, które znikąd wdarło się przez moje nozdrza, zadziałało niczym wiadro zimnej wody, ściągając mnie na ziemię. Stałem na progu, opierając się o framugę drzwi, a Flo kręciła się obok, z dziecięcą fascynacją śledząc płatki śniegu. I chociaż chłód zaczął smagać mi policzki, poczułem jak wraca smak dawnej beztroski, jak w powietrzu zaczyna unosić się zapach niemyślenia, a gdzieś z pobliskiego lasu dobiega dźwięk wolności. Może odpowiedzialność za tę idylliczną wizję ponurej rzeczywistości ponosiła duża ilość Ognistej Whisky, może świąteczna atmosfera, a może po prostu widok dziewczyny, która pomimo kieszonkowych gabarytów potrafiła przeć do przodu niczym taran, w chwilach zawahania przypominając mi o najlepszym lekarstwie na ból istnienia, który czasem gryzł mnie po kostkach, szybko wywołując grymas na twarzy.
- Nie zniósłbym normalności. Choć teraz chyba tylko śmiech broni mnie przed obłędem. - Na moment przymykam oczy, pozwalając im na chwilę wytchnienia – rejestrowany przez tęczówki obraz nadal wiruje niestabilnie, przyprawiając o zawroty głowy. - Ale wiesz co? Tak jest chyba właściwie. Cała moja rodzina ma mnie za szaleńca. Kilkunastu takich jak ja przyszło dzisiaj do tej chaty. Myślę, że tak naprawdę ludzie jeszcze nie doceniają naszego geniuszu... - Zdaje się, że próbuję powiedzieć coś mądrego, ale ognista krzyżuje mi plany. Ostatecznie milknę, nie kontynuując wywodu. Kiedy otwieram oczy, Flo znajduje się może pół kroku przede mną, i nawet trzy lata doświadczenia w zawodzie aurora okazują się niewystarczające, kiedy daję się zaskoczyć jej nagłym atakiem wylewności. Kąciki moich ust drgają nieznacznie, kiedy w odpowiedzi otaczam Fortescue swoimi ramionami.
- Wesołych świąt.
Stoimy tak przez dłuższą chwilę w tych drzwiach, wtuleni w siebie, a mnie ciężko jest określić, czy mijają minuty, godziny, czy może cała wieczność. Profil Florence zdaje się idealnie rozkładać na moim ciele, wpasowując we wszystkie wypukłości i zagłębienia. To w zasadzie wiem już od dawna, tak jak od równie dawna tkamy razem jakiś przedziwny schemat znajomości, który - choć wydaje się mieć stałą orbitę - nieustannie zakreśla niewymierne łuki, pozostając w permanentnym chaosie.
I może właśnie ten chaos sprawia, że zadzieram spojrzenie do góry, dostrzegając przywieszoną nad drzwiami gałąź jemioły, która najpewniej tkwiła tam niezauważona od dłuższego czasu. Wbrew mojej woli krew jakby zaczyna pulsować szybciej, a podświadomość narzuca jedyny słuszny tor postępowania. Wyłączam myślenie. Nie pytając o pozwolenie, na wszelki wypadek stając się głuchym na wszelkie protesty, delikatnie zadzieram podbródek Fortescue ku górze, spoglądając w jej bursztynowe tęczówki. Alkohol nadal przyjemnie pulsuje mi we krwi, prawdopodobnie tak samo, jak i jej, ale ile to już razy przyciągał nas do siebie niczym dwa przeciwległe bieguny?
Powoli muskam ustami twoje skronie, poprzez powieki i zmarznięte policzki torując sobie drogę do kącików ust. Delikatnie wodzę wargami po skórze, by w końcu zachłannie spijać pocałunki złączone w jednym, wspólnym oddechu. Dobrze znam fakturę i kształt twoich ust, a jednak całuję cię tak, jakbym poznawał je na nowo.
Kiedy obudzę się rano skacowany, po raz setny wyprę się prawdy.





While you were hanging yourself on someone else's words, dying to believe in what you heard, I was staring straight into the shining sun.
Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   15.01.17 0:09

Jakaś kwietniowa data, którą ustalicie!!

Marzec przechodzi płynnie w kwiecień, spokój w rozpacz, a obawy pozostają w opozycji - zupełnie, całkowicie wręcz niezmienne. Był czas na rachunki sumienia, na listy wszystkich za oraz przeciw, na zadumę. W ograniczonej ilości. Nadal uczę w Hogwarcie, wciąż staram się być najlepszą z nauczycielek. To nie jest prostym zadaniem. Wychować młode pokolenia tak, żeby coś po nich jeszcze zostało, a co nie będzie kompletną ruiną. Myślami odbiegam jednak od swych powinności, zatracam się w nierealnych, wytworzonych przez mój umysł wyborach. Zgaduję cały szereg konsekwencji czekających za kolejnym skrętem w konkretnym, obranym przeze mnie kierunku. Część wniosków woła o pomstę do nieba, część wzbudza niemy strach, a jeszcze niewielki procent zakłada wspaniałą, widzianą w różowych okularach przyszłość. Istnieje jakiś nikły procent szans na powodzenie tak szalonych decyzji, tylko czy na pewno chcę temu zaufać? W ostatnim czasie zrobiłam się mocno sceptyczna, wręcz kasandryczna. Wszędzie węszę podstęp. Wyrzucam z siebie projekcję najczarniejszych scenariuszy, trwożąc się w duchu. Oraz nie pozwalając na dawną lekkość i naiwność. Zatracam siebie, Pomonę w całej swej rozciągłości, prawdziwości. Nie jestem sobą. Oglądam własny wizerunek przez zamgloną szybę nie rozpoznając we własnym ciele tych wyborów.
Ale jest już za późno. Kości zostały rzucone, a spotkanie z Bathildą okazało się być inspirującym. Pozwalającym ułożyć sobie pewne priorytety w głowie. Stanąć na straży własnych przekonań. Uśmiecham się do siebie, w duchu, chociaż daleko mi do śmiechu. Codzienna porcja tony cukru nie złagodziła objawów pochmurności w jaką wpadam przez złą aurę - nie tylko w sensie dosłownym. Ludzie są przerażający. Właśnie - czy można ich nazywać jeszcze ludźmi? Zaślepionymi nienawiścią oraz chorymi poglądami? Fanatyczną potrzebą mordu? Nie chcę się na to zgodzić. To nie przystoi istocie ludzkiej, bez względu na to jak wiele oczu zdarza się niektórym przymykać.
Wreszcie spotykamy się z Justine. Mam wrażenie, że ciężar noszony wspólnie wydaje się być lżejszy. Kwatera wygląda tak samo niepozornie jak wcześniej - a jednak jest już zupełnie inna. Omiatam wzrokiem zaniedbany ogród, nabieram w płuca rześkiego powietrza i opieram dłonie na szerokich biodrach.
- Więc… to już postanowione? - Upewniam się. Kieruję wzrok na Tonks. Wzrok pełen determinacji, z ledwie czającymi się wątpliwościami na dnie spojrzenia. W duchu wiem, że tak trzeba. Że to nowy życiowy cel. I że pozostaje zaprawić się w boju, co wydaje się być najtrudniejszym zadaniem całej tej powziętej decyzji. Czy ktoś o poglądach tak mocno pacyfistycznych jak ja potrafi prawdziwie, oddanie walczyć?




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   17.01.17 19:58

Minęła prawie połowa kwietnia, choć jego dni zdają się zlewać w jedną długą drogę, okupioną cierpieniem, bezsennością i próbami ponownego podniesienia się z kolan. Pierwszy kwietnia był brutalnym prima aprilis, choć wiedziałam, że nie żartuje do końca miałam głuchą nadzieję, że na sam koniec wyjawi, że był to okrutny żart. Śmierć długo krążyła nad moją głową niczym orzeł, by w końcu zapikować w dół i pochwycić w swe szpony ludzi których kochałam. Choć od zawsze sądziłam że krąży on, w oczekiwaniu na koniec mojego żywota. Od tamtego czasu poszukuje remedium. Czegoś, co pozwoli mi na nowo ułożyć życie. Zacząć funkcjonować prawie normalnie. Na tyle, by każda jedna mała myśl nie rozłupywała mi boleśnie serca na pół. Może Bathilda miała rację? Może jeszcze za mało cierpienia przewinęło się przez moje życie bym w pełni świadomie mogła oddać się próbie, stać się gwardzistą i być pomocą w sprawianiu by świat stał się lepszy? Ale ile cierpienia musiało znieść ludzkie serce by być pewnym? Zdawało mi się, że wiem na co się porywam. Nie przewidziałam jednak, że choroba, którą brałam za schorzenie psychiczne okaże się klątwą. Już następnego dnia spotkałam się z łamaczem klątw z żalem dowiadując się, że pozbycie się trapiącej mnie przypadłości to co najmniej miesiąc. Nie zamierzałam jednak zawisnąć sobie w próżni, to tylko przyśpieszyłoby pogrążenie się w oceanie smutków i żali. Nawet jako Zakonnik mogłam pomagać, wspierać bliskie mi osoby. Nawet tak, mogłam się przydać. Ale chciałam przydać się bardziej, zrobić więcej. Dla świata, dla ludzi których kochałam, ale też i dla tych o których istnieniu nie miałam pojęcia, czy też nawet dla tych, których istnienie dopiero miało nadejść.
Do Pomony zajrzałam w zwyczajowym geście jakiś czas temu, potrzebowałam zobaczyć jej pełne usta wyginające się w uśmiechu, czy choć w jego imitacji. Rozmawiałyśmy długo i cicho. Szeptane słowa i tak nie miały mocy by wyjść poza zaklęcie które rzuciłyśmy wokół nas. Byłyśmy ostrożne. A co więcej, nie byłyśmy głupie. Właśnie tego dnia postanowiłyśmy – wedle słów profesorki – nauczyć się walczyć. Zawsze raźniej były dochodzić do czegoś z kimś u boku. Miałyśmy wiele opcji do wyboru, a jednak po dokładnym przestudiowaniu ich wszystkich wybrałyśmy Brendana. Sądziłam że zrozumie nas i wspomoże w obranym celu. A co ważniejsze, nie da nam forum zachowując się wobec nas z profesjonalizmem, którym musiał wykazywać się co dzień szkoląc kolejne pokolenie aurorów. Umówiłyśmy się z nim na dziś. W miejscu w którym schodziły się drogi różnorakich jednostek łączone przez wspólny cel.
-Ja… nie mogę po prostu siedzieć i czekać. – mówię i spoglądam na Pomonę. Wiem że rozumie. W innym wypadku nie stałaby tu ze mną. Łapię ją w odruchu za ramię i krzyżuję z nią spojrzenia. Od samego początku kwietnia nie pozwalam się sobie zatrzymać. Muszę działać. Pozostawać w ruchu. Chwila w której zawisam bez zdania do zrobienia, bez czegoś, czym zajmuję myśli przynosi do mnie wspomnienia. Rozdziera serce na pół wypełniając je bólem i tęsknotą. Nie zgadzam się na to, by ten świat dalej tak funkcjonował. By dzieci dorastały w atmosferze strachu i możliwości, że więcej nie zobaczą już swoich ukochanych.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
London calling
to the far away towns:
now war is declared
and battle come down.
29
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   15.03.17 2:44

Blizna na jego dłoni jeszcze się nie zagoiła. Podłużna, szeroka, rozcinająca wierzch dłoni - przypominająca o ostatecznym poświęceniu. Całkowitym poświeceniu. Przypominająca o tym, za co i dlaczego walczyli - w imię czego i za jaką cenę. Nie żałował, wiedział, że ta cena była adekwatna. Bo - jak wycenić wartość ludzkiego życia? Czym je wykupić - jeśli nie innym życiem? W tym przypadku własnym, ale to nie miało żadnego znaczenia. Świat, w którym żyli dzisiaj, był zbyt niedoskonały. Minęło ledwie kilka dni, odkąd ją otrzymał. Kilka długich, bolesnych dni przepełnionych powracającymi wspomnieniami mary zesłanej na niego przez Bathildę Bagshot. Należał do Zakonu Feniksa tak naprawdę krótko, spotkanie, na którym pojawiła się historyczka, było pierwszym, w którym uczestniczył. I zdziwił się - widząc tam tak wiele znajomych twarzy, chociażby: Justine... i Pomonę. Mimo to, kiedy wezwano do owego ostatecznego poświęcenia, nie zawahał się ani chwili. W jego źrenicach błyszczała tylko bezwzględność, nie wahanie, kiedy przyszedł do kwatery, oznajmiając hardo: jestem gotów, tak naprawdę nie wiedząc wcale co wtedy deklarował. Dziś już wiedział, co właściwie zmieniała w nim ta wiedza? Nic - gotów był się oddać. Być może zupełnie podświadomie wyczuwał prośbę Justine, a może po prostu piekący ból nie dawał mu spokoju i przypominał mu o tym, kim się stał. Wiecznie żywe wspomnienie - narysowane na jego skórze miało nie pozwolić mu nigdy zapomnieć.
Justine poprosiła o spotkanie lakonicznie, na tyle, że nie domyślał się istoty sprawy. Ćwiczenia, ćwiczyć zawsze warto. Bo przecież zawsze - musieli być gotowi, nie tylko na obronę. A może nawet coraz mniej na obronę. Czy nie o to w tym wszystkim chodziło: żeby przejąć inicjatywę i zamiast wiecznej obrony, przejść do kontrataku przeciwko wciąż niewidzialnemu wrogowi? Protego. Petrificus Totalus. Expecto Patronum. Pewne zaklęcia trzeba było mieć doszlifowane perfekcyjnie, by nie zagubić się w nadchodzącej wojnie. A na szlif - każda okazja była dobra.
Otulony ciemnym - tak mocno kontrastującym z płomiennym włosem - czarodziejskim płaszczem zjawił się na miejscu z lekkim opóźnieniem; naprawdę rzadko mu się to zdarzało - ale zatrzymały go sprawunki w biurze aurorów. Już od ścieżki prowadzącej ku kwaterze skinął głową Justine, odnajdując wzrokiem jej towarzyszkę, a gdy znalazł się bliżej, powitał je obie słowem, w dłoniach mnąc w zbitą kulkę niepotrzebny już dokument w sprawie, która była przyczyną jego spóźnienia. Wówczas dotarły do niego również słowa Tonks, wypowiedziane do Pomony, a jednak dobitne  - i zrozumiałe. Nikt nie powinien przecież siedzieć bezradnie i czekać. Nie, kiedy trwała wojna.
- Mam nadzieję, że nie czekacie na mnie zbyt długo - rzucił na powitanie. - Wszystko w porządku? - Słowa Justine wszak nie mogły się wziąć znikąd, coś musiało pchnąć ją do tych przemyśleń; i oby nie było to nic ponadto, co już wiedział. Naprawdę miał nadzieję, że tak nie jest.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   24.03.17 15:38

Robi się niezręcznie kiedy tak czekamy na Brendana, a on nie nadchodzi. Zaczynam się zastanawiać co mu Just w tym liście napisała, że uznał, że spotkanie dwóch kobiet go przerasta. Z drugiej strony jest aurorem, ma ważniejsze sprawy niż nasze dziwaczne pomysły. Dlatego po prostu czekam - bez gniewu, bez zniecierpliwienia. Może nawet trochę znudzona pomimo pesymistycznych myśli kłębiących mi się w głowie. Słucham słów opuszczających usta Tonks, którym bezwiednie przytakuję. Kręcę się po ogrodzie dopiero teraz dostrzegając jak bardzo zaniedbany jest. Kręcę z dezaprobatą głową.
- Chyba musimy się za niego wziąć z Eileen. Przecież tu tylko karaluchów brakuje. - zmieniam temat na neutralny. Kładę ręce na biodrach gryząc usta oraz rozmyślając nad dalszym planem na naszą przyszłość. Pewnie - ćwiczenia zaklęć, ratowanie świata, ratowanie ogródka… na wszystko mam czas, naturalnie, że tak. Niezliczoną jego ilość. Nie wiem tylko gdzie jeszcze upchnąć pracę w Hogwarcie. Zaczynam się trochę denerwować swoim brakiem wydłużonej doby czy lepszej organizacji pracy. Wzdycham ciężko, a westchnienie to przepełnione jest nadludzkim cierpieniem. Obracam się już przodem do przyjaciółki i… Weasley’a. Och. Jest już. Jednak przyszedł. Uśmiecham się lekko, nonszalanckim krokiem podchodząc do niego, nadal nie zdejmując rąk z bioder. Patrzę porozumiewawczo na Just - nie może znać naszych prawdziwych zamiarów, gdyż zaraz nas zamknie w jakimś lochu Tower. Dla naszego dobra, rzecz jasna. Dlatego postanawiam prędko zmienić temat. Opłakanych skutków nie jestem w stanie przewidzieć.
- Pewnie! Czekamy na ciebie - mówię wesolutko, podchodząc jeszcze bliżej. - A co tam u ciebie? Muskulatura i wszystko inne widzę bez zmian - dodaję lekko, zaciśniętą w pięść dłonią szturchając go (delikatnie!) w ramię. I się śmieję. He, he, he. Co za wyborny podryw. W tej chwili dociera do mnie, że jeśli chcesz sobie wyrwać faceta, to może nie zachowuj się jak jego upośledzony kumpel – szkoda, że olśnienie przychodzi do mnie z opóźnieniem. Na brodę Merlina, co ja robię ze swoim życiem. To pasmo niekończących się wtop. W każdym razie nie polecam zastosowanej przeze mnie metody, jeżeli macie podobny pomysł co ja, to lepiej zamknijcie jadaczki. Wcześniej. Nie teraz, kiedy zaczynam czerwienieć jak dorodny burak. Spuszczając wzrok w dół dostrzegam paskudną ranę, ale nie chcę o niej nawet myśleć. Chociaż wiem, że nas to też czeka. A może nawet więcej.
Obracam się z prędkością światła tyłem do Brena, przodem do Just - z dwojga złego wolę, żeby to ona zobaczyła moje szkarłatne policzki. Już dosyć głupot. Teraz czas na mądrą, uzdolnioną Pomonę. Coś mówi mi w kościach, że szczególnie z tym drugim mogę mieć problem… - Ale dobra, my tu gadu-gadu, a robota czeka! Lejemy się czy nie? - rzucam w przestrzeń, chcąc zgubić powstałą przed chwilą niezręczność. Może jak zajmiemy się czymś pożytecznym, to naprawdę nabiorę mądrości oraz umiejętności. Wyciągam z kieszeni płaszcza różdżkę, stojąc gdzieś na środku ogródka, bliżej Tonks, ukrywając twarz przed aurorem. Na pewno dzięki temu uznamy moje słowa za niebyłe. To znaczy nie te o ćwiczeniach, te jeszcze wcześniejsze!




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   06.04.17 7:30

Wiodę wzrokiem za Pomoną. A później kieruję go na zarośnięty ogródek – to fakt, przydałaby mu się lekka zielarska resuscytacja. I nikt nie jest w stanie zrobić tego lepiej niż Pomona i Eileen – co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Oboje odpływamy do własnych myśli. Brendan spóźnia się, ale jak nigdy, dziś jestem dziwnie spokojna że przyjdzie. Nie wiedzieć czemu od zawsze sprawiał na mnie wrażenie ułożonego. Nie to co ja. Ja spóźniałam się notorycznie – choć dziś o dziwo byłam na czas(pewnie tylko i wyłącznie dlatego, że nie szłam na spotkanie sama a u boku Pomony).
Z zamyślenia wyrywają mnie właśnie jego słowa. Podnoszę spojrzenie niebiskich tęczówek a twarz Weasleya i… milczę. Jakby w skonsternowaniu próbując odnaleźć odpowiedź na tak proste pytanie. Bo nagle okazuje się, że w porządku to nic nie jest( i prawdopodobnie długo nie będzie). Przesłuchanie coraz bliżej, ostatnie spotkanie ze Skamanderem przekroczyło już granice dziwności i niezręczności, klątwa nadal spoczywa na moich barkach, a do tego zaczynam poważnie podejrzewać się o charłactwo – czego dowodem spokojnie mogłyby być moje ostatnie występy w klubie pojedynków. I zanim znajduję odpowiedź, która w zamierzeniu ma zawrzeć się w krótkim: „tak” – które oczywiście jest kłamstwem wierutnym – to wyręcza mnie Pomona. Sprawiając, że moje oczy najpierw rozszerzają się w wyrazie szczerego zdumienia, a zaraz chwilę później powracają do swojego pierwotnego ułożenia. Ja natomiast przygryzam wargi próbując z całych się nie zaśmiać się w głos.
-  Muskulatura i wszystko inne…?- szepczę cicho w jej kierunku, gdy podchodzi bliżej. Kochana, jedyna w swoim rodzaju, niepowtarzalna, Pomona. O ile świat był cieplejszy i barwniejszy, mając ją na swoim gruncie. Unoszę jednak jeszcze z zaciekawieniem jedną brew do kompletu przekrzywiając lekko głowę i mierzę tak te dwójkę bez słowa. W myślach dochodząc do szybkich wniosków, które mogą nie mieć nic wspólnego z prawdą. Chociaż czerwone policzki zielarki zdają się mówić same za siebie. Przez głowę przechodzą mi jak na zawołanie ostatnie słowa Bena te o tym, że w takich czasach potrzeba nam miłości. Marszczę nos i spoglądam w niebo – dziś bezchmurne – zastanawiają się czy widziałam kiedyś Brendana z ustami skąpanymi w uśmiechu. Jeśli tak, musiało to być dawno temu. W czasach, kiedy nie nosiliśmy na barakach tylu ciężarów.
-Musimy poćwiczyć, Brendan. – mówię w końcu zwracając się do aurora. Na ustach nadal czają mi się pozostałości rozbawienia, ale poważnieję coraz mocniej. – Nasz ostatni pojedynek mógłby mieć nazwę „jak nie rzucać zaklęć”. Ewidentnie robimy coś źle. – wyznaję mu szczerze. Nie ma sensu kłamać. I tak by się to kłamstwo wydało, zwłaszcza jeśli ruchy naszych dłoni i wypowiadanie inkantacje będzie nadzorować Brendan. Mam szczerą nadzieję, że nie każe nam biegać na rozgrzewkę czy coś, bo jakoś za bieganiem nigdy nie przepadałam. Kiedyś chyba nawet wspólnie z Pomoną uzgodniłyśmy, że bieganie zabiera duszę i od tego czasu jak ognia unikałyśmy tego sportu. Ale jak powie „biegajcie”, to pewnie pobiegniemy, wypluwając gdzieś po drodze płuca i wątrobę. Bo zależało nam bardziej niż na tym, żeby nie biegać. – Napisałam do ciebie, bo.. – zawahałam się chwilę, Pomona jasno dawała znać żeby nie mówić o naszym prawdziwym celu. Ale miał prawo wiedzieć dlaczego on wydał mi się najbardziej odpowiedni. - …bo nie chcemy, żeby nas ktoś klepał po plecach i mówił, że „następnym razem wyjdzie”. Nie potrzebujmy pocieszania, tylko praktyki. – spoglądam na Pomonę przygryzając lekko wargę, a potem unosząc lekko kącik ust. – Zero litości? – pytam ją, jednocześnie jakby rzucając stwierdzeniem w kierunku Brendana. Nie wiem jak to jest możliwe, ale jednocześnie funkcjonuje w obu tych odsłonach. Zawieszam błękitne spojrzenie na aurorze oczekując na jego odpowiedź.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Brendan Weasley
avatar

Gwardia Zakonu
Gwardia Zakonu
https://www.morsmordre.net/t3635-brendan-weasley https://www.morsmordre.net/t3926-victoria#74245 https://www.morsmordre.net/t3921-zmykaj-stad-bo-bede-gryzl#74154 https://www.morsmordre.net/f153-chancery-lane-13-21 https://www.morsmordre.net/t3925-brendan-weasley#74242
auror
25
Szlachetna
Kawaler
London calling
to the far away towns:
now war is declared
and battle come down.
29
16
0
0
0
0
10
16
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   22.04.17 23:19

- Eee...  - Właściwie wątpił, żeby Justine zawołała go to po to, by skomplementować jego muskulaturę. Być może dlatego nie był na to przygotowany na tyle, że odjęło mu mowę. Co prawda na komplement powinno się zapewne odpowiadać wzajemnym komplementem, a w ostatecznej niezręczności chociaż podziękowaniem, to Brendan nie zrobił żadnej z tych rzeczy, samemu do końca nie wiedząc, dlaczego; powiódł ze zdumieniem za pięścią Pomony szturchającej go w ramię, bez zrozumienia, następnie unosząc wzrok na jej twarz, która w jednej chwili owlekła się szkarłatną czerwienią, a widok ten ledwie moment później zastąpiły mu jej plecy. - Ja... - Uniósł w zakłopotaniu lewą dłoń, przykładając ją do karku, kryjąc w ten sposób świeżą bliznę, na którą zbłądziło jej spojrzenie, ale i w roztargnieniu przecierając skórę, wciąż nie mając zbyt wiele do powiedzenia. Czuł, jak powietrze między nimi gęstniało tak bardzo, że już po chwili dało się je ciąć nożem. Fakt, że Justine powtórzyła jej słowa, wcale nie pomagał. Choć szeptem - to przecież stał niedaleko i widział ruch jej warg i jej zdziwienie w ogóle nie pomagało mu się odnaleźć. Przeniósł dłoń z karku na skroń, wwiercając się w nią kciukiem i zakrywając twarz w cieniu ręki, nim obie zaprzestaną tego cichego porozumienia, które najwyraźniej paradoksalnie nie zakładało jego obecności. Nie miał pojęcia, jak się zachować i najchętniej by stąd zniknął - ale niestety już go zobaczyły.
- Lejemy... - powtórzył, niezbyt rozgarnięcie i bez zrozumienia, usiłując dojrzeć twarz Pomony - bezskutecznie. Na szczęście, z ratunkiem przyszła Justine - spojrzał na nią, czując narastające ciepło, mając nadzieję, że jej efektem nie będzie czerwieniejąca się twarz - na szczęście jego uczucia pozostawały na zażenowaniu, nie przejmował się swoim wyglądem na tyle, by zauważyć, że zarumieniony rudy naprawdę wyglądał beznadziejnie - dopiero teraz zaczynając cokolwiek rozumieć, a w każdym razie - mając na czym wreszcie skupić myśli. Ruch, aktywność - zawsze pomagały mu zatrzymać umysł w jednym miejscu. Odchrząknął, chcąc wyjść z zakłopotania. - Poćwiczyć - powtórzył znów, tym razem szybciej, bardziej zdecydowanie, za Justine. Poćwiczyć - oczywiście. Szły ciężkie czasy, wojna, wojna już trwała. A jeśli Zakon Feniksa miał pomóc tę wojnę zakończyć, jego członkowie musieli się tej walki nauczyć. Obie miał za bardzo zdolne czarownice, choć zdawało mu się, że - zwłaszcza Pomona, Justine jako ratowniczka, interwenientka sytuacji kryzysowych, mogła znajdować się w różnych sytuacjach - nie zdarzało im się raczej uczestniczyć w otwartych konfliktach. Dalsze słowa Tonks dotarły do niego jak przez mgłę - jak już znalazł bezpieczną kłodę, której mógł się uczepić w tym bezbrzeżnym morzu żenującej rozpaczy, nie chciał jej wypuszczać z rąk. Musiały poćwiczyć. Usłyszał dopiero końcówkę - zero litości. Brzmiało uczciwie, przecież dla rekrutów nigdy jej nie miał.
- Dobra - odpowiedział krótko, żołniersko, odchrząkując raz jeszcze, cofając się pół kroku - by dać im miejsce. Jeśli jego myśli były jak galopujący koń, udało mu się wreszcie zebrać wodze. I wolał nie myśleć o wstydliwej porażce, jakiej jeszcze przed momentem był niezbyt chlubnym performerem. - Pokażcie, co potraficie - żeby wyeliminować błędy, trzeba je było najpierw zobaczyć. Skup się, Brendan. - Justine - Spojrzeć na nią było jakoś łatwiej - zaczynaj, Expelliarmus. Pom - nie spojrzał na nią - przygotuj się do obrony. - Krótko, zwięźle i na temat. Tak - wreszcie grząskie bagno zamieniało się w twardy, znajomy grunt. Bezpieczny grunt.
Trzy, dwa, jeden, nic nie wybucha. Brać się do roboty.




Hey you, don't help them to bury the light,
Don't give in without a fight.

Powrót do góry Go down
Justine Tonks
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3583-justine-just-tonks https://www.morsmordre.net/t3653-baron#66389 https://www.morsmordre.net/t3649-just-tonks https://www.morsmordre.net/f192-st-james-s-street-13-8 https://www.morsmordre.net/t3701-just-tonks
ratowniczka w czarodziejskim pogotowiu ratunkowym
27
Mugolska
Panna
Don't worry mother,
your daughter is a soldier
25
15
0
13
6
0
4
2
Metamorfomag

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   26.04.17 23:55

Nie mogę poradzić nic na to, że ta niecodzienna odsłona Brendana aplikuje na mojej twarzy lekki uśmiech. Nie wyśmiewczy, łagodny bardziej, troskliwy nawet. Nie pamiętam też, by kiedyś zabrakło mu słów by udzielić konkretnej i rzeczowej odpowiedzi. Takim go znałam, a jednak była osoba która potrafiła do tego doprowadzić – kompletnie nieświadomie zapewne, będąc po prostu sobą. Zerknęłam więc zaraz też na Pomonę uznając, że ładnie jej w czerwieni rozlewających się na twarz. Zakłopotane potarcie karku przez Brendana uznałam za urocze i choć mogłabym patrzeć na nich długo i z przyjemnością oglądać zakłopotanie i niezrozumienie malujące się na jego twarzy czułam, że powinnyśmy ten czas wykorzystywać inaczej. Było mi jednak dziwnie wesoło, lekko nawet choć przez chwilę. Ta dwójka, całkowicie przez przypadek na chwilę pozwoliła mi przestać zamartwiać się wszystkim, co jawnie odbijało się na mojej twarzy malując błękit tęczówek troską i znacząc niewyspanie ciemnymi cieniami pod oczami. Zbliżały się przesłuchania, sytuacja z Samuelem była… dziwniejsza niż kiedykolwiek, wszystko zdawało się iść nie tak i pomimo tego że nie było dobrze czułam gdzieś w ciele, że będzie jeszcze gorzej. Zbliżała się wojna, dało się to wyczuć w powietrzu, które z dnia na dzień robiło się coraz cięższe. Chciałam być do niej gotowa, by wspomagać Zakon, nie zaś być dla niego kulą u nogi. Zapatrzyłam się na dłoń Brendana, której kciuk ten prawie wbijał sobie w skroń i dopiero gdy wypowiedział kolejne słowo wyciągnął mnie nim z rozmyślań. Zamrugałam kilka razy przytakując głową.
Tak, poćwiczyć. To właśnie musiałyśmy zrobić. A co więcej potrzebowałyśmy kogoś, kto wytłumaczy nam co robimy źle. Już dawno minął okres w którym mogliśmy klepać się po plecach i mówić sobie komplementy. Musiałyśmy dojść z Pomoną do jakiś wniosków, zrozumieć co robimy źle i to poprawić. Innego wyjścia nie widziałam. A najlepiej mógł nam w tym pomóc Brendan. Tym bardziej, że nie mogłam teraz o nic prosić Samuela, choć nie potrafiłam jednoznacznie odpowiedzieć dlaczego.
Zgoda na pomoc nam padająca z ust Brendana była pokrzepiająca. Ceniłam to, że zdecydował się poświęcić nam czas, jak i to, że nie zamierzał poczęstować nas taryfą ulgową. Skinęłam raz jeszcze głowa, chociaż niezidentyfikowana gula przewinęła się przez moje gardło gdy wydawał polecania, jednocześnie nie potrafiąc nadziwić się jak szybko udało mu się pokonać niezręczność i przejść do profesjonalnych poleceń. Chociaż i tak nie umknął mi fakt, że nie spojrzał na Pomonę wydając polecenia. Przez chwilę nasze spojrzenia się skrzyżowały, wydęłam usta znów oddając się rozmyślaniom na temat tej dwójki. Ładnie wyglądaliby razem, a Brendanowi przydałaby się kobieta by choć na chwilę nie martwił się o siostrę i świat. Sam Ben mówił że potrzeba nam miłości. chociaż nie wiedziałam już czy dobrze powoływać się na jego słowa, skoro chwilę później po mojej kuchni przetoczyła się istna burza emocji i zachowań - głównie moich.
Drgnęłam, jakby znów wypadając z zamyślenia i ustawiłam się na przeciw Pomony zerkając na nią niepewnie. Bałam się okropnie, że rzucę zaklęcie a z mojej różdżki nie poleci kompletnie nic. Jedno. Wielkie. Puste. Nic. Brendan się załamie. Tak z trzy razy; bo raz nade mną, raz nad Pomoną, a raz nad całym światem. I odejdzie odwracając się na pięcie. Przygryzłam lekko dolną wargę dochodząc do wniosku, że może jednak rzeczywiście lepiej by nam się przydał ktoś kto by nas po tych plecach klepał ale no... było już trochę za późno. Więc wzięłam wdech. Głęboki - jak moje płuca długie i szerokie.
- Expelliarmus - zarządziłam więc - a może poprosiłam? - od mojej różdżki kierując ją w kierunku przyjaciółki. Błagam wyjdź. Szeptałam w myślach cichą mantrę walcząc z chęcią zamknięcia oczu i podglądania przez palce na efekty mojego zaklęcia.




I need a hand but here I stand alone. I hear a cry but I think it’s just my own. How can I see when the darkness blinds my eyes? How can I love when my heart is
broken inside?

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   26.04.17 23:55

The member 'Justine Tonks' has done the following action : rzut kością


'k100' : 10


Powrót do góry Go down
Pomona Sprout
avatar

Zakon Feniksa
Zakon Feniksa
https://www.morsmordre.net/t3270-pomona-sprout#55354 https://www.morsmordre.net/t3350-pomonkowa-poczta#56671 https://www.morsmordre.net/t3302-pomonka-oponka#56021 https://www.morsmordre.net/f298-hogsmeade-mieszkanie-nr-14 https://www.morsmordre.net/t3351-pomona-sprout
nauczycielka zielarstwa
25
Czysta
Panna

co to takiego oglądać oczami,
po co serce mi bije
i czemu moje ciało nie zakorzenione.


20
11
5
5
5
0
3
3
Czarownica

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   09.05.17 11:24

Zażenowanie goni zażenowanie. Mam wrażenie, że wstyd za moment ze mnie eksploduje, a mózg rozgniecie się feerią barw na zaniedbanej trawie ogrodu. Jest dramatycznie, Brendan zareagował na moje słowa jeszcze gorzej niż się spodziewałam tego w najgorszych koszmarach. Udaję więc, że podziwiam wytrawny, zniszczony płot. To naprawdę piękny płot. O, tamten kamień też jest piękny. Nigdy wcześniej go nie widziałam. O, i jeszcze cudowny chwast. To naprawdę wspaniały chwast. Tak kontempluję nad udawanym pięknem roztaczającym swój urok dookoła, że nawet nie mam pojęcia co się dzieje za moimi plecami. I w ich głowach tym bardziej. Udaję, że to wcale mnie nie obchodzi. Tak jak urywane wypowiedzi aurora. Nic, a nic. Zero. Zero odczuć, zero zrozumienia, jakbyśmy stali oddaleni od siebie o tysiąc kilometrów. Tak właśnie. Nie wiem co ja robię ze swoim życiem, ale to, co robię, woła o pomstę do nieba. Nie komentuję tego jednak nawet we własnej świadomości, gdyż musiałabym się już doszczętnie załamać. A nie mogę, muszę wziąć się w garść, pozbierać to, co niepozbierane, a w pierwszej chwili utraconą dumę, później rozum, następnie zdrowy rozsądek, przydałaby się też umiejętność dialogu bez przypału. Brakuje mi wielu przymiotów, które naprawdę zniknęły gdzieś po drodze na to spotkanie. Oddycham miarowo, głęboko, za wszelką cenę starając się uspokoić. Kołaczące serce, zawstydzenie wypalające twarz oraz obawę o to, że naprawdę nie będziemy w stanie już dziś na siebie spojrzeć. Nie mylę się za bardzo w swej ocenie.
Dobrze, że Just ratuje sytuację. Ćwiczenia. Pokazywanie tego, co potrafimy. Mam ochotę się zaśmiać i powiedzieć, że szybko skończy nam się repertuar, ale na szczęście w porę gryzę się w język. Widocznie część zgubionych cnót udaje mi się odnaleźć i wtłoczyć do zaćmionej brendanowym urokiem głowy. Dobry początek. Wyciągam swoją różdżkę obracając ją kilkukrotnie w palcach, dalej czając się jakbym była Meduzą, a Weasley od spojrzenia w moje oblicze miałby zamienić się w kamień. Tak naprawdę nie jestem chyba daleka od prawdy. Chrząkam, postanawiając lepiej nic nie mówić, bo wyjdzie jeszcze żałośniej niż przed sekundami dwiema. Zajmuję swoją pozycję rozpoczynając niepisany konkurs na temat tego, kto nie spojrzy na siebie bardziej. Wydaje mi się, że idziemy z Brenem łeb w łeb, ale nie jestem tego pewna, w końcu wcale na niego nie patrzę.
- Protego - wypowiadam tuż po usłyszeniu inkantacji, starając się być szybka. Naturalnie towarzyszy temu przecięcie różdżką powietrza oraz ugięcie nadgarstka, a koniec podąża w stronę Tonks. Nie potrafię się jednak tak całkowicie skoncentrować, coś we mnie drży, policzki nadal nie odzyskały poprzedniej bladości, a w płucach czuję dziwne zatkanie. Jakbym nie mogła prawidłowo oddychać. I czas do tego zwalnia, wszystko się rozmazuje, na tyle, żeby nie zauważać fiaska mojej obecnej konkurentki. Nie wiem nawet czy z mojej różdżki się coś wydobywa, zupełnie jak gdybym straciła panowanie nad swoim ciałem oraz świadomością. Automat, wszystko dzieje się machinalnie, surowo, bez przemyślenia, byle było. Liczę na szczęście, na cud lub nie wiem już na co. Postawić na siebie byłoby raczej głupio.




Może na liściu albo na piórku ptaka zawisł
ten zagubiony pierścień

Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Ogród przed domem   09.05.17 11:24

The member 'Pomona Sprout' has done the following action : rzut kością


'k100' : 91


Powrót do góry Go down
 

Ogród przed domem

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 8Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8  Next

 Similar topics

-
» Ogród przed domem
» Przed domem
» Ogród za domem
» Klasa Obrony Przed Czarną Magią
» Schody przed szkołą

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Londyn :: Okolice :: Stara chata-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18