Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Lilith Avery (Greengrass)
AutorWiadomość
Lilith Avery (Greengrass) [odnośnik]25.11.15 13:38

Lilith Antares Greengrass

Data urodzenia: 01.07.1932 r.
Nazwisko matki: Bennett
Miejsce zamieszkania: Derbyshire, Dwór Greengrasów
Czystość krwi: Szlachetna
Status majątkowy: Bogata
Zawód: Przyszły Auror!
Wzrost: 169 cm
Waga: 52 kg
Kolor włosów: Zazwyczaj brąz
Kolor oczu: Brązowe
Znaki szczególne: Blizna na lewym biodrze



Moja historia? Jest niemal taka sama jak każdego człowiek na tej ziemi różniąc się jedynie szczegółami. Przyszłam na świat, już na starcie obdarzona zostałam siostrą bliźniaczką (przekleństwo i błogosławieństwo w jednym), przeszłam przez etap dzieciństwa, później dorastania, oczywiście z mniejszymi lub większymi przygodami, niektóre z nich miło wspominać, do innych wole nawet nie sięgać pamięcią.. W każdym razie, przeżyłam już 23 wiosny i żyję dalej. Moja historia ma smak słodko-gorzki. Ale o tym przekonacie się sami.



Pochodzę z rodu Greengrssów, jednego z najmłodszych, mimo to nie czujemy się ani słabsi ani gorsi od innych. Nie boimy się wyrażać własnych opinii i poglądów, nawet tych kontrowersyjnych. Nie jesteśmy również tak nieprzychylni mugolom jak większość rodów - często zdarza nam się stawać w ich obronie. Wychowana w takich a nie innych wartościach, nie boję się być sobą i pewnym krokiem idę przez życie. Myślę, że to właśnie im  zawdzięczam to kim tak naprawdę jestem, ponieważ to oni od małego dali mi wolność wyboru.  



Zacznijmy więc od początku. Mówiąc od początku mam na myśli od moich rodziców, w końcu gdyby nie oni, nie było by mnie tu, prawda? Ale spokojnie pominę ich dziecięce przeżycia i skupię się na szczegółach mających znaczenie. A więc, może najpierw parę słów o moim Ojcu - Williamie. Jest to wysoki, bo mierzący niemal 195 cm i dobrze zbudowany mężczyzna o dość ostrych rysach twarzy. Jego nieco długie, ciemno brązowe włosy, są zawsze starannie zaczesane do tyłu. Czarne jak węgiel oczy w których dzisiaj, nie dostrzeżesz niczego prócz przerażającej pustki, starają się świdrować wzrokiem każdego, kto choćby minie ich właściciela. Pan Greengrass, zazwyczaj nosi się w ciemnych kolorach,  nie zawsze jest to strój elegancki, czasami ubiera coś luźniejszego mimo to, ciągle trzyma się swojej kolorystyki. To wszystko sprawia, że wzbudza on niepokój a niekiedy i nawet strach wśród innych osób. Nie zaskoczę was chyba, dodając, że jest mu to całkiem na rękę. Rzadko kiedy spotyka się on z kimkolwiek, nie mówiąc już o nawiązywaniu nowych znajomości. Ponad to, wyostrzyła mu się jego mania czystości krwi, nie jest już tak tolerancyjny. Zamknął się w sobie, jest oschły, nie przejawia niemal żadnych emocji a cały czas spędza albo w swoim gabinecie albo w podróży. Jednak... Nie zawsze tak było. Kiedyś był inny. Wesoły, pełny życia, otwarty na ludzi... Ale to było dawno, zanim to wszystko się stało. Rozwinę ten temat później, teraz czas na moją Matkę - Annie Bennett. Nie wiele mogę wam o niej opowiedzieć, bo nie ma jej z nami od kilkunastu lat... Jak dobrze liczę, chyba jedenastu. Ale postaram się przekazać wam to co wiem a raczej to co zapamiętałam z dzieciństwa. Moja matka była Uzdrowicielką w Szpitalu Św.Munga, pamiętam ją jako dosyć ciepłą i sympatyczną osobę, która zawsze służyła pomocą każdemu, kto jej potrzebował. Nigdy też, nie oceniała nikogo pod względem czystości krwi czy pochodzenia. Ponad to była niezwykle piękną kobietą. To po niej odziedziczyłam kolor włosów i oczu ale nie tylko, to dzięki niej jestem metamorfomagagiem.
Przejdźmy więc teraz do sedna. Ich drogi skrzyżowały się w Londynie, gdzieś na rogu Harley i Weymouth Street. Wiecie jak mówią? Że czasami wystarczy na kogoś spojrzeć i już wiadomo, że jest się sobie przeznaczonym? Tak też było z nimi. Mieli wtedy może z 20 lat, całe życie przed sobą. Zaczęło się całkiem niewinnie, spotykali się, to tu to tam, wspólne wyjścia, imprezy, później wakacje aż w końcu przyszedł ten czas. Will oświadczył się Annie a ona oświadczyny te, przyjęła. Narzeczeni postanowili przedstawić rodzinom, swoje drugie połówki i na całe szczęście ani jedna ani druga strona nie miała nic przeciwko ich ożenkowi, no pomijając pomruki ze strony mojej babci, która upatrzyła już inną kandydatkę dla mojego ojca(zawsze lubiła dorzucić swoje 3 grosze). Niestety, w tej sprawie nie miała zbyt dużo do gadania, tak więc w maju następnego roku, młodzi wzięli ślub. Obydwoje kończyli wtedy 23 lata i wydawało im się, że są najszczęśliwszymi ludźmi na ziemi, starali się poświęcać sobie jak najwięcej czasu i tak oto, dwa lata później na świat przyjdziemy my.



Był 1 lipca 1932 roku, gdzieś w okolicach czwartej nad ranem, po długich i jakże męczących godzinach, na świat przychodzi pierwsza córka Państwa Greengrass - Lilith, kilka minut później druga, jej siostra bliźniaczka. Trudno opisać radość jaka ogarnęła wówczas, świeżo upieczonych rodziców. Od momentu ślubu, nie marzyli o niczym innym jak przypieczętowaniu ich związku, słodkim dzieciątkiem... Cóż, przekrętny los podarował im parę. Dodatkowo, już kilka minut po porodzie okazało się, że byłam, tak jaki i moja matka, metamorfomagiem.
Narodziny dziewczynek zbliżyły do siebie te dwa rody jeszcze mocniej. Moja babcia spuściła nieco z tonu, deklarując nawet swoją pomoc przy wnuczkach. Owszem była nami oczarowana, tak jak wszyscy, jednak tylko głupiec dałby się nabrać na ten chwyt. Jako największa mącicielka w rodzinie, niczego nie robiła bezinteresownie, tym razem również miała w swoim działaniu cel. Któż bowiem wychowa bliźniaczki lepiej niż ona?
Pierwsze lata mijały spokojnie, jeśli można nazwać tak zmienianie pieluch, nocne kolki, i spieranie resztek jedzenia z ubrań. W wieku trzech lat, można było u mnie zaobserwować pierwsze wyraźniejsze oznaki metamorfomagii - zmiany koloru włosów w zależności od nastroju. Matka była zachwycona, że przekazała córce tę cudowną umiejętność, w Ojcu wzbudziło to pewien rodzaj uznania, w końcu nie każdy mógł się poszczycić taką genetyką. Jak się później okazało, nie zostałam również obciążona żadną chorobą dziedziczną, które dotykały czarodziejów pochodzenia szlacheckiego a działo się to coraz częściej. Rosłyśmy coraz szybciej i szybciej, rodzina miała z nami nie małe utrapienie a przynajmniej ze mną. Jak twierdzi babcia, zadawałam zbyt dużo niewygodnych pytań, w dodatku wszędzie mnie było pełno. Wszystkiego musiałam dotknąć, spróbować samemu nim uwierzyłam komukolwiek z dorosłych. Jak na członka rodziny Blacków przystało, miałam gęste, ciemno brązowe włosy i jasną cere. Byłam dosyć chudą dziewczynką mimo, że jadłam za pięciu, cóż to chyba również zasługa genów. Przed 7 urodzinami dostałyśmy z siostrą po małej, dziecięcej miotełce. Oczywiście na początku nie obyło się bez siniaków, zdartych kolan i stratach w wyposażeniu domu gdyż nie była to taka łatwa sztuka na jaką mogła wyglądać. Nie minął jednak tydzień a już śmigałam jak szalona. Dziadek zawsze się śmiał, że jak utrzymam takie tępo to z pewnością wyląduje w reprezentacji Quiddicha. Jak na członka szlacheckiej rodziny, od małego byłyśmy uczone etykiety, zasad, tego co nam wolno i tego czego nie. Matka przykładała szczególną wagę do nauki języka francuskiego oraz doskonalenia genetyki jaką zostałam obdarzona, Ojciec zaś do nauki prostych zaklęć(oczywiście w teorii) i zgłębiania świata magii. W wolnym czasie, jeździłyśmy na polowania razem z dziadkiem lub jeździłyśmy konno. Podczas gdy moja siostra oddawała się sztuce, ja oddawałam się szermierce oraz strzelaniu z łuku - jestem w tym naprawdę dobra. Tak więc w naszym życiu coraz więcej się działo, nie było czasu na nudę ale absolutnie nie mam zamiaru narzekać! Nie wyobrażam sobie lepszego dzieciństwa.



Rok 1940. Sielanka zostaje nieoczekiwanie przerwana, przez chorobę mojej matki. Wydarzenia te pokryły się z słynną Bitwą o Anglię, to były niespokojny okres, bardzo ponury i smutny a Annie jak wiadomo była osobą może o nazbyt dobrym sercem - jak się później okazało, ta dobroć ją zabiła. Podczas tego ciężkiego czasu pomagała nie tylko czarodziejom ale i także mugolom. Nie wiadomo dokładnie od kogo się zaraziła, z tego co wiem, wtedy panował chaos i łatwo był zapomnieć o środkach ostrożności. Z początku, zauważyłam, że mama zaczęła jakby słabnąć, zrobiła się bledsza i wyglądała jakby zarwała parę nocy. W przeciągu zaledwie kilku dni została "przykuta" do łóżka a nam nie wolno było się do niej zbliżać. Niedługo potem - zmarła.
Cóż, był to niezwykle ciężki okres.  Zaczęłam mieć problemy z metamorfomagią, z trudem potrafiłam się skupić na chociażby zmianie koloru włosów, prostej rzeczy z którą do tej pory, nie miałam najmniejszych problemów. Tak więc musiałam wrócić do początku. Przez cały ten czas byłam rozbita... Nie dawałam jednak tego po sobie poznać, przynajmniej nie pokazywałam większych emocji. Nie płakałam, nie krzyczałam. Skupiłam się na ćwiczeniu metomorfomagii - był to mój własny sposób na odreagowanie tej złości i żalu jak we mnie zbierał. Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz lepsza. Z łatwością potrafiłam zmieniać kształt uszu, nosa czy poszczególnych kończyn. Jasne, przede mną była jeszcze długa droga a o przybieraniu wizerunku kogoś innego mogłam jedynie pomarzyć, jednak jak na niemal dziesięciolatkę, efekty były więcej niż zadowalające. Przez ten czas, ojciec zaczął znikać w swoim gabinecie, coraz częściej pozostawiając mnie pod opieką swoich rodziców. Martwiliśmy się o niego, był tak szaleńczo zakochany w swojej żonie, że byłby zdolny targnąć się na swoje życie. Nie wiem co go powstrzymało, może my? Może jest na tyle rozsądnym człowiekiem i umie rozgraniczać te skrajne emocje? W każdym razie wtedy nie tylko straciłam matkę ale i ojca. Już nigdy nie był tym samym człowiekiem.
Był to idealny moment dla mojej babci, która nie byłaby sobą jeśli by go nie wykorzystała. Próbowała wpoić nam (mnie i siostrze) określone, nieco ostrzejsze zasady, próbowała - bo nie do końca jej to wyszło. Wciąż byłam tą samą Lily, krnąbrną i nieposłuszną z własnym zdaniem. Nie udało jej się więc zniechęcić mnie do ludzi innego pochodzenia niż szlacheckiego czy takich którzy nie posiadali czystej krwi. Mimo, że wielokrotnie powtarzała, że gdyby nie mugole, mama by żyła. Z perspektywy czasu nie jestem w stanie zrozumieć jej zachowania... Byłam dzieckiem które właśnie przeżyło tragedie a ona próbowała zrobić z tego użytek. Nie wiem nawet czy może tłumaczyć ją jej pochodzenie i wartości jakie miała wpajane od małego... Chyba nie.



Wrzesień, rok 1943. To był chyba najlepszy dzień mojego życia. Dzień w którym wreszcie opuszczałam to smutne miejsce niegdyś nazywane domem. O dziwo, na peron odprowadził mnie nie kto inny a sam Ojciec. Po drodze udzielił mi kilka wskazówek, nawet rzucił paroma żartami. Przez chwilę znowu był tym samym człowiekiem co kiedyś a ja przez tą chwilę żałowałam, że nie może tak być zawsze.
Wsiadając do pociągu byłam lekko zestresowana, zastanawiałam się jak szybko uda mi się nawiązać nowe znajomości. Odpowiedź przyszła już po paru minutach jazdy, kiedy dosiedli się do mnie inni pierwszoroczni - od razu znaleźliśmy wspólny język.
Doskonale pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie wielka sala a w szczególności zaczarowany sufit przypominający sklepienie nieba. Pamiętam też ten dziwny ucisk w żołądku kiedy powoli stawiałam kroki w stronę Tiary by i mnie mogła przydzielić do któregoś z domów. Oczywiście trafiłam do Gryffindoru, szczerze mówiąc nie wyobrażałam sobie siebie gdziekolwiek indziej. Pierwszy rok minął bardzo szybko i w miarę spokojnie, podobnie minęły kolejne lata. Przez ten czas nawiązałam naprawdę silne relacje. Przez wydarzenia jakie miały miejsce w "domu" stałam się bardziej zdystansowana, zarówno do ludzi jak i świata, tak więc mimo swej otwartości, przyjaciół dobierałam starannie. Szczególnie przypadł mi do gustu taki jeden chłopak, nie pamiętam już jak się nazywał. Był starszy ode mnie i zawsze w pewien sposób mi imponował. Byliśmy jak duet wybuchowy, który praktycznie zawsze pakował się w kłopoty. Niestety jak to zwykle w takich historiach bywa, on skończył szkołę i jakiś czas później nasz kontakt się urwał. Wracając do mnie, prawie zawsze zadzierałam nosa, zawsze musiałam wtrącić swoje trzy grosze, uchodziłam więc za arogancką i pewną siebie dziewczynę. Jednak wszyscy wiedzieli, że byłam pierwszą osobą do której można było się zwrócić o pomoc, sama również oferowałam ją bezinteresownie. Nauka szła mi całkiem nieźle, co prawda nie byłam alfą i omegą więc z niektórych przedmiotów byłam troszkę gorsza. Do moich ulubionych zajęć z pewnością mogę zaliczyć: Zaklęcia, Obronę przed czarną magią, Transmutację i Quidditcha. Do tych czterech szczególnie się przykładałam. W między czasie, starałam się jak najczęściej ćwiczyć metamorfomagię, muszę przyznać, że świetnie wychodziło mi rozbawianie ludzi czy straszenie pierwszorocznych. Nabrałam też dziwnego zwyczaju zmieniania koloru włosów na czerwony, kiedy ktoś lub coś mnie wyjątkowo zdenerwowało. Przez te kilka lat moje relacje z ojcem nieco się poprawiły, jakby odległość w jakiś sposób nam pomogła. Miałam wrażenie, że docenił fakt iż tak naprawdę to ja mu zostałam.




W 1950 roku opuściłam na zawsze mury Hogwartu i wróciłam do Londynu. Wydoroślałam, zaostrzyły mi się rysy twarzy a oczy zmieniły kolor na jeszcze ciemniejszy. Nadal byłam szczupła, jednak już nie tak przesadnie- powiedzmy, że przez te kilka lat matka natura dodała mi kobiecych kształtów. Ponad to zachowywałam raczej zdrowy tryb życia, uprawiałam sport, nic więc dziwnego, że nie zamieniłam się w okrągłą kulkę.
Kiedy wracałam do domu wydawało mi się, że wszystko się ułoży, że znowu będziemy rodziną. Nie mogłam się bardziej mylić. Nadzieja jaką podarował mi - przez lata szkolne - mój jedyny rodzić, umarła gdzieś pomiędzy przekroczeniem progu a ostatnim kęsem obiadu. Nic się nie zmieniło. Co z tego, że spędziłam w domu zaledwie kilka godzin skoro sytuacja była oczywista już po minucie znajdowania się przy jednym stole. Ojciec stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie i nie obecny a przecież, tak jakby nie było mnie siedem lat prawda? Miałam wrażenie, że w ogóle nie obchodziło go to co mówiłam, może raz czy dwa podniósł głowę znad talerz. Liczyłam na jakieś większe zainteresowanie z jego strony... No cóż, zabolało. Reszta rodziny posłała sobie znaczące spojrzenia, najwyraźniej, w przeciwieństwie do mnie już dawno zaakceptowali sytuację i tylko ja siedziałam rozgoryczona i zawiedziona. Skończyłam więc swój posiłek, podziękowałam i tak jak stałam wyszłam z domu, czułam, że nie mogę tam spędzić ani sekundy dłużej. Moje serce pękło.
Udałam się do któregoś z czarodziejskich pabów, nie pamiętam dokładnie którego. Chciałam być jak najdalej od tego miejsca. Zrozumiałam wtedy, że muszę przestać żyć ułudą, wspomnieniem tego jaki Ojciec był i zaakceptować to kim się stał. Strasznie źle było o tym myśleć, był jedyną osobą (pomijając siostrę) na której mi zależało. Kończyłam chyba piwo kremowe kiedy dosiadła się do mnie mój starszy kuzyn. Myślałam, że będzie mnie namawiał na powrót do domu jednak, ku mojemu zaskoczeniu zaproponował mi wyjazd. Okazało się, że ma zamiar ruszyć w podróż po całym świecie. Cóż, zgodziłam się bez chwili zawahania. Od zawsze miałam z nim dobry kontakt a poza tym, wówczas nie miałam nic do stracenia - albo to albo powrót do "uroczej rodzinki". Musiałam jeszcze tylko zdobyć zgodę ojca, na szczęście ze wstawiennictwem mojego kuzyna udało mi się.
Ruszyliśmy już następnego dnia. Najpierw udaliśmy się do Norwegii, było tam nieco zimniej niż w Anglii ale z ciepłą kurtką dało się wytrzymać. Zakochałam się w fiordach. Przysięgam, że mogłabym godzinami po nich chodzić lub po prostu siedzieć i patrzeć na nie, stwierdziłam wtedy, że kiedyś tam wrócę i zamieszkam. Następnym przystankiem była Alaska. Tam też mogłabym mieszkać. Szczerze? Prawie w ogóle nie odczuwałam zimna jakie tam panowało, byłam zbyt zachwycona krajobrazem. Wyobrażałam sobie święta w jakimś drewnianym domku, ciepło kominka i... rodzinę. Postanowiłam, że kiedy już założę swoją (oczywiście taką pełną i szczęśliwą) to zabiorę ich tu któregoś grudnia. Kolejno odwiedzaliśmy inne Państwa, w każdym nie spędzając dłużej niż te pół roku.
Z jednego mam nawet pamiątkę - całkiem wyraźną bliznę na lewym biodrze. Cóż, nie polecam zagłębiać się w las, kiedy wiesz, że mieszkają w nim Akromantule.
Muszę przyznać, ze z moim kuzynem dogadywałam się świetnie, zupełnie tak, jakbyśmy byli jedną duszą w dwóch ciałach. Nie chcąc roztrwonić wszystkich pieniędzy, które dostaliśmy od rodziców, chwytaliśmy się różnych zajęć dorywczych - niekoniecznie przyjemnych. Zaraz ktoś z was powie, że pewnych rzeczy czarodziejom wysoko urodzonym nie wypada, cóż... tu nikt nie miał o tym pojęcia a poza tym traktowałam to jako przygodę i zbieranie nowych doświadczeń. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że to właśnie dzięki tej wyprawie (na której spędziłam ponad 3 lata), sytuacjach jakich tam doświadczyłam, stałam się tym kim jestem. Byłam w różnych miejscach, z różnymi ludźmi i robiłam różne rzeczy. Wiem jak ciężko niektórzy muszą pracować na to co mają, że pomoc może nadejść od osób od których byśmy się tego nie spodziewali i że czasami nie warto grać pierwszych skrzypiec.



W 1953 roku wróciłam do Anglii. Odwiedziłam rodzinę - nadal nic się nie zmieniło. Zdałam krótką relację z podróży, niektóre momenty pominęłam inne nieco ubarwiłam... z resztą i tak raz na jakiś czas dostawali list z wiadomością gdzie jestem i co robię a szczerość mogłaby im zaszkodzić, mnie z resztą również.
Wyprowadziłam się, zamieszkałam w niewielkim mieszkaniu blisko centrum Londynu. Kupiłam sobie psa a konkretnie Mastifa Angielskiego - ogromne bydle. Czuje się z nim bezpieczniej, pewniej i jakoś tak weselej. Poza tym od zawsze uważałam, że pies to dusza domu a moje nowe mieszkanie, z pewnością jej potrzebowało.
Po tych wszystkich latach wreszcie zrozumiałam kim jestem i jaką drogę chce obrać w życiu. Następne dwa lata spędziłam na szkoleniu się w kierunku zostania Aurorem. Muszę przyznać, że ta myśl chodziła mi po głowie już od wczesnych lat dzieciństwa. Przede mną było i nadal jest sporo pracy, w końcu to nie byle jaki zawód. Wiedziałam, że nie będzie to łatwa praca, bardzo nie bezpieczna a mój ognisty temperament oraz skłonność do wybuchów mogą mi ją nieco utrudniać, jednak posiadałam też wiele cech które będą mi w niej pomagać, dodatkowo moja genetyka również może się tu przydać, czyż nie?W każdym razie mam zamiar uparcie dążyć do wyznaczonych sobie celów.



Aktualnie jest rok 1955. Mam 23 lata a moja historia dopiero się rozpoczyna.



Don’t mistake my kindness for weakness. I’ll choke you with the same hand I fed you with.


Patronus : Wilk -Patronus Lily nie wiąże się z żadnym miłym wspomnieniem czy też osobą, odzwierciedla on jej charakter. Wilki są zwierzętami niezwykle majestatycznymi, które pomimo życia w stadzie, zachowują swą indywidualność. Cechuje je nie tylko odwaga, wytrzymałość, szybkość ale też nie ufność. Wypisz wymaluj panna Black. Od dziecka cieszy się nienagannym zdrowiem oraz zwinnością i sprytem. Chodzi własnymi ścieżkami, samemu decydując o słuszności danej sprawy bądź też i nie. Pomimo zawiłych sytuacji pomiędzy członkami rodziny, bardzo ją sobie ceni, przyjaciół również. Z czasem, nauczona przykrymi doświadczeniami nabrała dystansu do otaczającego ją świata i ludzi, tak więc nie licz na to, że szybko się przed Tobą otworzy.  

Ze względu na wagę jaką Lilith przykładała do tego zaklęcia, postać Patronusa jest bardzo klarowna i stała, przykładowy obserwator bez najmniejszego problemu dostrzeże w nim Wilka. Do wyczarowania go, było potrzebne silne wspomnienie, takie które byłoby szczęśliwe.. Jedyne takie wiąże z siostrą, za czasów kiedy były dziećmi i żyły zupełnie beztrosko.




Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 6 +3 (różdżka)
Zaklęcia i uroki: 12 +2 (różdżka)
Czarna Magia: 1 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 3 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 3 Brak
BiegłośćWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiII6
Silna wolaIV13
SpostrzegawczośćIV13
Ukrywanie sięIV13
SzermierkaIV13
Latanie na miotleII3
RetorykaII3
SzczęścieII3
TaniecII3
ŁyżwiarstwoI1
Opieka nad magicznymi stworzeniamiI1
PływanieI1
Historia magiiI1
2

Wyposażenie

Różdżka, Sowa, Pies, Teleportacja


[bylobrzydkobedzieladnie]




And on purpose,
I choose you.

.


Ostatnio zmieniony przez Lilith Greengrass dnia 22.01.16 17:43, w całości zmieniany 8 razy
Lilith Greengrass
Zawód : Auror
Wiek : 24
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Don't mistake my kindness for weakness,
I'll choke you with the same hands I fed you with.
OPCM : 6
UROKI : 12
ALCHEMIA : 0
UZDRAWIANIE : 0
TRANSMUTACJA : 3
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 3
Genetyka : Metamorfomag
Find someone who knows how to calm your storms.
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1807-lilith-black https://www.morsmordre.net/t2158-sow#32631 https://www.morsmordre.net/t2157-liliy#32628 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2288-lilith-greengrass
Re: Lilith Avery (Greengrass) [odnośnik]13.02.16 19:22

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Opowieść o młodziutkiej Lilith dopiero się rozpoczyna, choć arystokratka jasno zmierza do osiągnięcia powziętego celu - pragnie zostać aurorką. Śmierć matki była trudna dla całej rodziny, udało jej się jednak przetrwać ten kryzys. Lilith to indywidualistka, ma własne zdanie i nie waha się głośno o nim mówić. Nie leka się iść pod prąd - jak na tym wyjdzie?

OSIĄGNIĘCIA
indywidualistka, Weteran, Zaobrączkowany
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Pełnia zdrowia.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Statystyki
Zaklęcia i uroki:12
Transmutacja:3
Obrona przed czarną magią:6
Eliksiry:0
Magia lecznicza:0
Czarna magia:1
Sprawność fizyczna:3
Inne
teleportacja
WYPOSAŻENIE
rozdzka, sowa, pies, rapier (od Inary Carrow), woreczek ze skóry wsiąkiewki, płaszcz kameleona, lusterko dwukierunkowe (drugie posiada Perseus), myślodsiewnia
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[13.02.16] KP
[20.04.16] spotkanie zakonu feniksa +40pkt
[24.04.16] Udział w polowaniu +50 pkt
12.06.16 Udział w misji aurorów +50 pkt
[12.06.16] Wsiąkiewka listopad + 90 pkt
[18.07.16] Wyrównanie punktów +15 pkt
[19.07.16] Woreczek ze skóry wsiąkiewki, płaszcz kameleona: -150 PD
[22.07.16] sabat +35 pkt
[30.07.16] Zakup lusterek dwukierunkowych przez Inarę na prezent ślubny dla Perseusa i Lilith
[19.08.16] udział w gonitwie; +20 PD
[14.09.16] misja zakonu feniksa; +150 PD
[09.10.16] Wsiąkiewka (gru) +60 pkt
[10.01.17] Wsiąkiewka (styczeń/luty) +30 pkt, +1 punkt biegłości
[26.01.17] Osiągnięcia - Weteran, Zaobrączkowany: +130 PD




bo ty jesteś
prządką

Cassandra Vablatsky
Zawód : Szeptucha
Wiek : 30
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Panna
wdarły się znowu upiory w twój sen
OPCM : 0
UROKI : 0
ALCHEMIA : 26
UZDRAWIANIE : 36
TRANSMUTACJA : 25
CZARNA MAGIA : 1
ZWINNOŚĆ : 10/60
SPRAWNOŚĆ : 5/5
Genetyka : Jasnowidz

Sojusznik Rycerzy Walpurgii
Sojusznik Rycerzy Walpurgii
https://www.morsmordre.net/t569-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/t943-zorya-utrennyaya#4959 https://www.morsmordre.net/t687-cassandra-vablatsky https://www.morsmordre.net/f94-ulica-smiertelnego-nokturnu-17 https://www.morsmordre.net/t2811-skrytka-bankowa-nr-3#45477 https://www.morsmordre.net/t1510-cassandra#13947
Lilith Avery (Greengrass)
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach