Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Mortimer Flint
AutorWiadomość
Mortimer Flint [odnośnik]30.11.15 22:27

mortimer iceni flint

Data urodzenia: 17 I 1931
Nazwisko matki: Avery
Miejsce zamieszkania: dworek w lesie w Charnwood
Czystość krwi: błękitna krew
Status majątkowy: bogaty
Zawód: trzeci rok stażu w Mungu
Wzrost: sto siedemdziesiąt dziewięć centymetrów
Waga: siedemdziesiąt i pół kilograma
Kolor włosów: płowe
Kolor oczu: szare
Znaki szczególne: obumarłe spojrzenie; ostro zarysowany nos; przecinające papierową skórę kości; ziemista cera; przekrwione oczy; zakrywana ubraniami konstelacja blizn różnorodnych; zasinienia.



Tłoczy krew zawzięcie, przepompowuje ją przez przedsionki nadziei wprost w objęcia komór zagłady. Trzepocze rytmicznie, wartkim strumieniem wypełnia je jucha.

Serce.

Wciąż bije… choć przecież mógłbym przysiąc, że z mojej pustej powłoki ulotniło się już życie… że wysączyła się dusza. Obumieram – to pewne, lecz może ten proces jeszcze się nie skończył? Może wciąż da się go odwrócić?


anguis in herba

Przez cały okres adolescencji to właśnie on roztaczał swoją złowieszczą aurę, zaciemniając moją percepcję i ograniczając ją jedynie do wąskiego, starannie przez niego wybranego pola widzenia. Bezgłośnym szeptem nasączał moje myśli swoimi przekonaniami, zatruwając mój umysł skutecznie. Pozostawał nieustannie w epicentrum świata mojego, mej siostry tudzież matki – byliśmy marionetkowym trio bezdusznego lalkarza, którego nie wolno mi było nawet nazwać ojcem, bowiem życzył sobie uniżenia absolutnego oraz korzenia się wzrokiem bądź tytułami opiewającymi jego personę. Trzy pionki na szachownicy życia. Rozgrywał partie różnorodne nie bacząc na konsekwencje swych czynów.

Risteárd Flint.

Siostra dygała uniżenie, matka składała rewerans, ja pochylałem czoło, jednocześnie tak mocno wbijając paznokcie w zaciśniętą pięść, iż niemal przebijałem się przez skórną membranę. Drżałem, gdy tylko zaczynał powolny proces lustracji, kiedy jako pierwszy – władczo przemierzywszy pokój – zasiadał przy ogromnym, suto zastawionym stole.

Za każdym razem zastanawiałem się, w jakim humorze będzie tego dnia pan na włościach mej egzystencji. Naszej egzystencji. Czy ukarze mnie za krzywe spojrzenie (Ile razy powtarzałem Ci, że oczy są zwierciadłem duszy, więc musisz nauczyć się być obrazem pozornym, symetrycznym względem płaszczyzny? Złudzeniem optycznym...?), za grymas strachu muskający mą twarz (Na Merlina, młodzieńcze, jesteś Flintem, racz więc zachowywać się godnie i dumnie.), za drżenie głosu, gdy przebąkiwałem coś, aby podtrzymać kurtuazyjną pogawędkę (Czasem odnoszę wrażenie, że odziedziczyłeś inteligencję po trollu górskim. Naucz żeż się w końcu przemawiać w sposób artykułowany.).

Nie wiem, co to miłość. Tego uczucia nie można zdefiniować – powinno się go dotknąć; odczuć w sobie; obudzić zakorzenioną w duszy, pierwotną zdolność do obdarzenia drugiej osoby tym darem. Nie jestem pewien... czy kiedykolwiek miałem ku temu okazję. Tyran panoszył się w naszym dworku, odciskając swe piętno na psychice każdego z nas. Aczkolwiek ma siostra zawsze była jego perełką, oczkiem w głowie - traktuje ją jak porcelanową laleczkę ze swojej najdroższej kolekcji.

Ja natomiast jestem egzemplarzem wadliwym, o czym nie da mi nigdy zapomnieć. Noszę świadectwa jego humorów na swej skórze – piętna wszelkiej maści przypominają mi codziennie, że jestem własnością ojca i nigdy nie uda mi się zerwać chorej więzi powstałej na skutek nasączonych mą krwią zdarzeń. Wciąż czuję na sobie fantomowy dotyk jego różdżki, drewnianą obietnicę bólu; w mej głowie dudnią słowa, które wraz z każdą kolejną zadaną raną wyrył na ścianie pamięci na trwałe. Kowal mojego losu hartował mnie jak stal – uczył, jak być prawdziwym mężczyzną i jak znosić różne natężenie bólu; przyozdabiał ciało krwistymi bukietami; modelował psychikę podług woli. A ja pozostając biernym dawałem mu swoje przyzwolenie na ów długotrwały proces destrukcji.

Kilkanaście lat temu wydawało mi się, że ten osobliwy patent wychowawczy jest czymś, czego musi doświadczyć każdy chłopiec. A przynajmniej taki, który w pełni zasłużył sobie na szeroko pojętą karę. Nauczyłem się więc, jak przetrwać seans tortur - najczęściej leżałem na podłodze, w pozycji embrionalnej, wyzuty z wszelkiej godności - w inercji, całkowicie nieobecny, znieczulony bólem. Czasem miałem wrażenie, że stoję obok i przyglądam się z boku, gdy ktoś do złudzenia podobny do mnie gaśnie, stłamszony poczynaniami mężczyzny, którego włosy już wtedy zdążyła przyprószyć siwizna. To nie ja byłem tym wątłym światłocieniem, to nie ja wykrzywiałem się z bólu, to nie ja zastygałem bez ruchu, kiedy pan ojciec nasycił się swym dziełem.

Nigdy nie uderzył mnie w twarz - zawsze starannie wybierał miejsca na mapie mojego ciała - takie, które przed niepożądanym wzrokiem ukrywało odzienie; starał się zostawiać jak najmniej śladów; a służbie zamykał usta absurdalnie wysokimi zarobkami.

Na naszym prywatnym krańcu świata przemykałem pomiędzy sercami z marmuru w domu zasnutym w feston bluszczu, schowanym w leśnych odmętach, zapomnianym przez resztę ludzkości. Koegzystowaliśmy w dziwacznej, hermetycznej symbiozie, nie dopuszczając do dworku nikogo z zewnątrz. Nasza czwórka versus świat. Dwójka najmłodszych latorośli. Nieortodoksyjnie bogaty ojciec, sukcesywnie pnący się po kolejnych szczeblach hierarchii w Mungu, a ponadto władca imperium flintowych ingrediencji. Porwał matkę w cyklon miłosnej historii, mamiąc ją wyszukanymi, pięknymi słowami z najwyższych półek. Próżna kobietka z rodu Avery dała się zamknąć w złotej klatce - jednak z czasem przejrzała na oczy i dostrzegła, jakim człowiekiem był jej towarzysz podróży pod kryptonimem dopóki śmierć nas nie rozłączy. Każdy rok dodawał rysom twarzy pani Flint kolejnej porcji szaleństwa, a spojrzeniu coraz większej głębi pustki. Odkąd pamiętam godzinami przesiaduje w gargantuicznym fotelu obitym gnijącym zielenią pluszem, oddychając tytoniem i zatracając się w świecie poezji, którą deklamuje niewidzialnej widowni z zadziwiającą żarliwością.

Nie znałem innego życia. Ściana lasu rosła wzdłuż i wszerz; normalność ginęła pod ciężarem otaczającej mnie rzeczywistości. Pozwoliłem temu grzęzawisku wciągać mnie głębiej, coraz głębiej. Bez słowa sprzeciwu robiłem to, czego wymagał ode mnie ojciec. Uczyłem się francuskiego i włoskiego; filozofii starożytnych magów; heraldyki czystokrwistych rodów. Czytałem o wielkich czarodziejach - politykach, artystach, naukowcach oraz medykach. Jeździłem konno, próbowałem swoich sił w szermierce, przydeptywałem palce siostry podczas quasi walca wiedeńskiego w naszym wykonaniu, recytowałem łacińskie sentencje pod okiem podstarzałego guwernanta w skostniałych szatach, przed snem, natomiast, rzępoliłem na skrzypcach.

W niezagospodarowanym przez ojca czasie gubiłem się w zakamarkach dworku. Gdy nikt nie patrzył, siadałem po turecku tuż obok drzwi do pokoju mamy, słuchając deklamacji (tak po prostu łaknąłem jej obecności?). Przesiadywałem też w bibliotece, starając się zobaczyć świat w ziarenku piasku zawieruszonym pomiędzy stronami opasłego tomiszcza. Zasypiałem z gwiazdami pod i nad powiekami, zastanawiając się, co napędza taniec planet. Wymykałem się do pokoju siostry, gdy w środku nocy budziłem się zlany potem - tylko jej kojąca obecność pozwalała mi uwolnić się z okowów koszmarów. Po zabawach w szklarni długo nie mogłem pozbyć się grudek ziemi spod paznokci. A w akcie największego nieposłuszeństwa, na jakie było mnie stać, zdarzało mi się wymykać do lasu. Szukałem Blodeuwedd pod postacią sowy pozłoconej płatkami żarnowca. Unikałem ścieżek, które przemierzaliśmy podczas polowań - najczęściej zmierzałem w stronę owalnej polany objętej w zielono-niebieskie ramy, którą rozświetlał pęk płomieni ognistych bądź - znacznie częściej - rozlewający się na firmamencie Księżyc.

Właśnie tam poznałem Thorana o antycznym licu przytwierdzonym do dostojnej harmonii męskiego torsu. Uśmiechał się dziko, emanował powagą, a w jego spojrzeniu zaklęto mądrość wieków. Byłem śmiertelnie przerażany podczas pierwszej konfrontacji z centaurem, ale z czasem przywykłem do rytmu wypełnionej milczeniem ciszy. Ciszy  przerywanej enigmatycznymi wypowiedziami niezwykle inteligentnego stworzenia, które stopniowo ewoluowały. W pewnym momencie dzielący nas dystans zniknął. Thoran uczył mnie melodii nocnego nieba, prostymi słowami opowiadając o zawiłościach wirujących przestworzy. Zdradzał mi sekrety czarnych rozpadlin, jednak ani słowem nie zająknął się o tym, w jaki sposób jego pobratymcy w płomieniach i ruchach ciał niebieskich odnajdują wskazówki potrzebne do zinterpretowania przyszłości zapisanej na kartach przeznaczenia. Sam musiałem odkryć, jak potoczy się moje życie.


malum est in necessitate vivere, sed in
necessitate vivere necessitas nulla est

Po raz pierwszy przemierzyłem morze w wieku dziesięciu lat, by przekroczyć próg Beauxbatons i rozpocząć szeroko pojętą edukację. Z całą pewnością nie zostałem zapamiętany jako wybitny uczeń - ginąłem gdzieś w tłumie przeciętniaków, którzy nie zaprzątali sobie głowy nauką. Transmutacja oraz Numerologia to moje pięty Achillesowe, natomiast z Eliksirami i Zielarstwem nie miałem większych problemów. Tylko nauka Astronomii nie była dla mnie przykrym obowiązkiem, lecz sposobem na zapełnienie sporych ilości czasu wolnego. Poszerzyłem grono Harpii i zajmowałem się malarstwem, a raczej szkicowaniem węglem monochromatycznych, niepokojących dzieł wątpliwej wartości artystycznej. Jednak o wiele chętniej parałem się dziedziną sztuki, która nie była jeszcze wtedy zbyt popularna wśród czarodziejów i nie nauczano jej w Beauxbatons - fotografowałem (głównie migotanie pozujących wytrwale gwiazd). Na jednej z wież znajdował się taras widokowy, z którego najbliżej było do drogi mlecznej, drogowskazu wskazującego Strzelca - najczęściej to właśnie od tego gwiazdozbioru rozpoczynałem swoją wędrówkę po granatowych przestworzach.

Stałem się dzieciakiem ze snobistycznego towarzystwa wzajemnej adoracji - z garstką szlachciców i czystokrwistych zadzieraliśmy nosy wysoko, niemal haracząc misternie ozdobione sufity naszego pałacu importowanego prosto z bajki. Leśne nimfy dźwięcznym głosem przenosiły nas w świat ballad, lodowe posągi szeptały o historii tego magicznego miejsca, a ja przeżywałem swoje pierwsze życiowe dramaty - jak każdy dzieciak u progu dorosłości.

Rok po mnie uczennicą Beauxbatons została moja siostra.

Eurydice Flint.

Od najmłodszych lat przyciągaliśmy się siłą karykaturalnej grawitacji. Znam na pamięć konstelację jej piegów oraz kolor oczu wielkości skurczonych planet. Efemeryczną, rachityczną powłokę pociągniętą delikatną membraną. Dychotomia naszej relacji zawsze mnie przytłaczała. Nienawidzę tego, że w oczach ojca jest chodzącym ideałem. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego uporczywie udawała, że nie słyszy mojego bezgłośnego błagania o pomoc, kiedy opuszczała pokój tuż przed tym, gdy nasz rodziciel miał wymierzyć mi karę. Z drugiej strony to właśnie przy niej rozpadałem się na drobne części i pozwalałem sobie na łzy bezsilności, kiedy lord Flint już ze mną skończył. Zasypiałem zakleszczony w jej ramionach. A gdy poszliśmy do szkoły, trzymaliśmy się razem.

Pomogła mi, kiedy pod koniec czwartego roku śmiertelna bladość po raz pierwszy przeszła ze stanu uśpienia w aktywny. Nastąpił wtedy jeden z okresów zaostrzeń, trwający niemal dwa tygodnie. Od tego momentu żyłem ze świadomością drzemiącej w moim wnętrzu potworności, która tylko czeka na sposobność, by się obudzić. Mam skórę w kolorze, który niepokojąco przypomina biel, a w moim ciele zamiast gorącej krwi płynie rozkruszony lód. Przywykłem już do wiecznie zimnych dłoni i momentów osłabienia. Zawsze noszę ze sobą fiolki różnorodnych eliksirów, o których zażywaniu przypominała mi siostra (kiedyś; teraz już jej się to nie zdarza). Odnosiłem wrażenie, że przejmuje się bardziej ode mnie. Szczególnie wtedy, gdy następował okres zaostrzenia się choroby. Na wpół przytomny rejestrowałem jej obecność w sali szkolnej pielęgniarki. Serce biło mi zbyt gwałtownie, zapalając w mej głowie ogniste mary. Nie władałem oddechem; a jedyne, o czym potrafiłem myśleć, to pragnienie ukrócenia snem choć chwili tych męczarni.

Borykam się z owym problemem po dziś dzień, jednak nauczyłem się już, jak okiełznać chorobę na tyle, by przetrwać najgorsze momenty. Wymusiła to na mnie pierwsza samodzielna decyzja w moim życiu - przeprowadzka do stolicy tuż po ukończeniu szkoły. Zamieszkałem w kawalerce nad samym brzegiem Sekwany. A cały Paryż tańczył gdzieś tam pod moimi stopami. Lubiłem siedzieć na Montmartre, lubiłem - niczym Rimbaud - włóczyć się o nieprzyzwoitych porach po paryskim bruku zbrukanym nieprzyzwoitością, lubiłem też udawać, że idealnie pasuję do środowiska bohemy - zachłysnąłem się możliwościami zaoferowanymi przez tymczasowa anonimowość. Słałem do ojca listy z prośbą o zastrzyk finansowy, by później roztrwonić wszystko na hulaszczy tryb życia, którego nie potrafię sobie nawet przypomnieć, bowiem na aksamitnej powłoce ust zasychały niewypowiedziane słowa i kropelki absyntu zamraczającego mój umysł. Absyntu bądź narkotyków różnorodnych, z którymi szybko się zaprzyjaźniłem. Wraz z moimi przygodnymi znajomymi i kobietami na jedną noc wędrowaliśmy po piekle zbudowanym z popękanych dusz, znajdując ukojenie w środkach odurzających.

Niemal zupełnie zapomniałem, po co tak właściwie przybyłem do Paryża. Miałem asystować jednemu z najwybitniejszych astronomów, który zajmował się badaniem wpływu faz Księżyca na aktywność magicznej flory i fauny. Jednak o wiele bardziej zajmowało mnie trwonienie czasu i imprezowanie do białego rana. Tym samym przekreśliłem swoje szanse na karierę naukową - po dwóch latach mój mentor podziękował mi za uwagę, o czym dowiedział się ojciec, który przestał przesyłać mi pieniądze. Gdy sprzedałem rodową biżuterię i przepuściłem ostatniego knuta, z podkulonym ogonem wróciłem do domu. Jednakże przywiozłem ze sobą niezwykle cenną pamiątkę znalezioną w czarodziejskim antykwariacie na Avenue Montaigne - myślodsiewnię.

Powrót do Anglii otworzył mi oczy - wreszcie osoba Grindelwalda nabrała kształtów i znaczenia również w moim życiu; jego nazwisko nie było już tylko plamą farby drukarskiej w postaci zlepionych ze sobą liter, które ozdabiały krzykliwy, chwytliwy nagłówek (poprzedzający pusty treściowo tekst). W mojej ulubionej paryskiej kawiarence sięgałem po bagietkę oraz poranną porcję krwi i krzyku - francuskiego pismaka przeglądałem zblazowanym wzrokiem, w którym próżno było szukać choć paprocha uczyć. Niewiele obchodziły mnie niepokoje tudzież zawirowania polityczne w rodzinnym kraju. Do czasu, gdy już po powrocie na wyspy miałem okazję wyrobić sobie własne zdanie na temat przekonań czarnoksiężnika. W przeciwieństwie do niego nie sądzę, by wychodzenie z ukrycia było czarodziejom potrzebne. Przede wszystkim należy martwić się o to, by rządzili nami ludzie, w których żyłach magia płynie od kilku pokoleń. Powinniśmy się odciąć od świata niemagicznych tak bardzo, jak to tylko możliwe.

W Londynie nie miałem co ze sobą zrobić, więc stoczyłem się na samo dno po równi pochyłej. W oparach diablego dymu uśmiechałem się beztrosko, po Złotej Rybce pływałem w morzu halucynacji - sam spełniałem swoje najskrytsze marzenia w świecie fantazji, widziałem przyszłość w śnieżnobiałych barwach, a najczęściej poprawiałem swoją nadkruszoną samoocenę dodając sobie skrzydeł Wróżkowym Pyłem. Nie pamiętam, w którym momencie przestałem sięgać po te substancje z własnej woli, a zacząłem robić to z powodu uzależnienia. Balansowałem na granicy życia i śmierci - nigdy jednak nie czułem się na tyle silny psychicznie, by zdecydować się na złoty strzał.

Zabrali mi różdżkę, gdy sam odebrałem sobie godność, kiedy po raz pierwszy naćpałem się... w swoim pokoju w rodzinnym dworku. Zdecydowanie przesadziłem z eksperymentalną mieszanką substancji, których nie powinienem był łączyć. Moje butwiejące ciało w przedagonalnych konwulsjach, pobrudzone kolorytem niestrawionego do końca śniadania, znalazł ktoś ze służby i uratował mi życie, gdy zacząłem krztusić się własnymi wymiocinami. Zamknęli mnie w pokoju, a ojciec przywiązał mnie do łóżka - rozpoczął się kilkudniowy proces detoksykacji organizmu, który był tysiąc razy gorszy niż którykolwiek z etapów zaostrzenia się choroby.

Obiecałem im, że przestanę się truć, ale złamałem się niecały tydzień później. Potrzebowałem ponad pół roku, by przerwać błędne koło. Do dzisiaj walczę ze sobą, by nie wrócić do twardych narkotyków i staram się zadowolić Diablim Zielem, które jednak jedynie podrażnia mój głód.

Ale za wszelką cenę muszę teraz dbać o pozory - dwa lata temu ojciec postawił mi ultimatum i zagroził wydziedziczeniem. Zaplanował mi całe życie, a jeśli mu się sprzeciwię, odbierze mi wszystko - nawet nazwisko. Zgodnie z jego wolą odbywam staż w Mungu, na który dostałem się tylko ze względu na ojcowską protekcję. Zawsze marzył o tym, by zostać dyrektorem Munga, ale chyba nigdy nie uda mu się zrealizować tej ambicji, dlatego też stara się zrobić wszystko, by pewnego dnia do drzwi gabinetu dyrektora przybito tabliczkę z moją godnością. Na stażu nie radzę sobie najlepiej, aczkolwiek pasmo niepowodzeń sfrustrowało mnie do tego stopnia, że - ku zaskoczeniu wszystkich - zacząłem wreszcie nadrabiać zaległości. Niemniej jednak przyswajanie ogromu materiału pochłania mój czas wolny i wysysa ze mnie resztki energii. Zastanawiam się, jak długo dam jeszcze radę tak funkcjonować.

Lord Flint wymyślił w minione wakacje kolejny plan rzekomo idealny. Sproutowie i Flintowie od pokoleń prowadzą wspólne interesy - nie obyło się jednak bez elementu rywalizacji, który mój ojciec postanowił wyłączyć. Wpadł na pomysł połączenia naszych rodzin węzłem małżeńskim, skuszony perspektywą uzyskania monopolu na rynku ingrediencji (dzięki czemu mógłby dyktować ceny i zwiększyć swoje wpływy). Dlatego też przymknął oko na fakt, iż Sproutowie nie mają szlacheckiego rodowodu. Zostałem przyrzeczony Calanthe, której pod koniec sierpnia oświadczyłem się w iście kiczowato romantycznym stylu. W jej obecności wykrzywiam usta w grymasie, który ma przypominać uśmiech. Nasze spotkania przebiegają zgodnie z planem - począwszy od papierowych konwersacji, a skończywszy na wymuszonych uprzejmościach. Wszystko na pozór - tak jak zgrabne bukiety śnieżnobiałych storczyków, przepasanych atłasową wstęgą, które piękna Calanthe o smutnych oczach dostaje ode mnie przy każdej okazji. Emeraldowy pierścień ciąży na jej smukłym palcu i na mej duszy, bowiem stał się dla nas obojga symbolem zniewolenia.

Tęsknię za momentem spokoju. Marzenia o ułamku sekundy wytchnienia od stałego wyścigu myśli kwitną w mej głowie w histerycznym rytmie, każąc mi miotać się niczym ćmie złapanej pod klosz starodawnej lampy. W mej rzeczywistości kolory są nadmiernie wyraźne, zapachy za mocne, dźwięki za głośne, smaki zbyt wyraziste. Obsesyjnie szukam nieosiągalnego wyciszenia - zanurzam się w myślodsiewni, robiąc porządek w chaosie przeszłych zdarzeń.  

Przesiąkam emocjami, karmię się destrukcyjnym zachowaniem, odgrywam swoją rolę zgodnie ze scenariuszem napisanym przez ojca.

I marzę o posmakowaniu wolności, choć wiem, że nigdy nie będzie mi to dane.

Patronus:
Nie potrafi rzucić tego zaklęcia. Gdyby mu się jednak kiedyś udało, zapewne wyczarowałby perłowo-białą modliszkę.



                           
Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 0 Brak
Zaklęcia i uroki: 5 +2 (różdżka)
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 17 +3 (różdżka)
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 3 Brak
BiegłośćWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język (zn. bardzo dobra): francuskiII6
Język (zn. podstawowa): łacina (uzdrowicielska)I2
Język (zn. podstawowa): arabski (dialekt egipski)I2
Język (zn. podstawowa): centaurówI2
AstronomiaIV13
Historia magiiII3
ONMSII3
ZielarstwoIII7
AnatomiaIV13
LiteraturaII3
Malarstwo (monochromatyczne szkice)II3
FotografiaI1
Gra na skrzypcachI1
TaniecIII7
JeździectwoII3
KusznictwoI1
SzermierkaI1
RetorykaI1
Instynkt przetrwaniaI1
KłamstwoI1
Reszta: 1

Wyposażenie

2 punkty statystyk, teleportacja, różdżka, sowa, myślodsiewnia, glob księżyca, teleskop, wykres gwiazd, bezoar.



[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mortimer Flint dnia 07.02.16 19:52, w całości zmieniany 6 razy
Mortimer Flint
Zawód : niebieski ptak, kolekcjoner wspomnień
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
les monstres aussi
tombent amoureux.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1830-mortimer-flint https://www.morsmordre.net/t2260-blodeuwedd#34252 https://www.morsmordre.net/t3032-wspolna-jazn-interplanetarna#49666 https://www.morsmordre.net/f132-leicestershire-dworek-w-lesie-charnwood https://www.morsmordre.net/t4041-skrytka-bankowa-nr-478#78789 https://www.morsmordre.net/t4072-m-i-flint#78986
Re: Mortimer Flint [odnośnik]12.03.16 19:13

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Mortimer marzy o wolności, gdyż od zawsze pozostaje ona poza jego zasięgiem. Wychowany na prawdziwego arystokratę, z apodyktycznym, bezlitosnym ojcem, który przez swoje rozchwianie nie szczędził mu ciosów, nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Można by pomyśleć, że za czasów szkolnych, z daleka od domu, zazna nieco spokoju, lecz wtedy objawiła się kolejna z jego zmór, śmiertelna bladość. Czas mijał, zaś chęć wyrwania się ze schematu nie słabła. Lecz trwonienie majątku w odległym, bezpiecznym Paryżu czy dalsze popadanie w nałóg po powrocie do Anglii nie mogły obyć się bez konsekwencji. Czy Mortimerowi uda się przezwyciężyć nałóg i spełnić pokładane w nim nadzieje, a tym samym uniknąć wydziedziczenia? Uciekaj na fabułę i pokaż nam, jak potoczą się jego losy!

OSIĄGNIĘCIA
Niebieski ptak
STAN ZDROWIA
Fizyczne
Śmiertelna bladość.
Psychiczne
Trauma z dzieciństwa, uzależnienie.
UMIEJĘTNOŚCI
teleportacja
WYPOSAŻENIE
różdżka, sowa, myślodsiewnia, glob księżyca, teleskop, wykres gwiazd, bezoar, czarodziejska kusza, siodło
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[13.11.15 r.] Zakupy: -960 pkt
[22.07.16] Sabat: +30 pkt
[29.11.16] Zwrot 10PD, +4 statystyki magii leczniczej
[04.12.16] Lusterko: +10 pkt
[05.12.2016r,] Zaakceptowana propozycja do sklepiku: +10PD
[01.01.17] Zakupy: -125 pkt
[08.02.2017] Zwrot PD; +20PD, 1pkt Magia Lecznicza
Evandra C. Rosier
Zawód : Alchemiczka
Wiek : 23
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Mortimer Flint E0d6237c9360c8dc902b8a7987648526
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t4210-skrytka-bankowa-nr-5#85655 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Mortimer Flint
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach