Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share
 

 Marlene Malkin

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Marlene Malkin
Marlene Malkin

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1835-marlene-malkin http://morsmordre.forumpolish.com/t1893-ofelia http://morsmordre.forumpolish.com/t1894-marla
Zawód : Projektantka, krawcowa, ikona stylu
Wiek : 24
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Zamężna
Każda kobieta uważa się za niezastąpioną, choć sądzi, że sama mogłaby zastąpić bez trudu każdą inną.
OPCM : 0
UROKI : 2
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 13
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Marlene Malkin QmO3LGL

Marlene Malkin Empty
PisanieTemat: Marlene Malkin   Marlene Malkin I_icon_minitime02.12.15 0:34


Marla Christina Sheridan

Data urodzenia: 1 maja 1931 roku
Nazwisko matki: Jones
Miejsce zamieszkania: ul Pokątna, Londyn
Czystość krwi: Półkrwi
Zawód: Krawcowa, ikona stylu, projektantka mody
Wzrost: 170 cm
Waga: 55 kg
Kolor włosów: Ciemny brąz
Kolor oczu: Błękitne
Znaki szczególne: Idealny makijaż oka.



Noc Walpurgi, u Germanów cieszyła się ponurą sławą - święta złych duchów. okazała się szczególnie wyjątkowa, szczególnie dla młodego małżeństwa Malkin. Gdy wybiła dwunasta w nocy, równo, co do minuty, świeżo upieczonej mężatce odeszły wody, sygnalizując, że na świat ma zamiar wydostać się zły duch, którego wspólnie z mężem powołała na świat. Mieszkanie w centrum Cardiff stanowiło nie mały problem, by w ekspresowym tempie dotrzeć do szpitala świętego Munga. Poród odbył się w domowym zaciszu, a gdy zegar wybijał trzecią nad ranem, szczęśliwa matka trzymała w dłoniach długo wyczekiwane zawiniątko. Gdy dumny pan Malkin odchylił poły beciku, w który zawinięte było niemowlę, z nadzieją, że ujrzy ślicznego blondwłosego chłopczyka o niebieskich oczach, podobnego do matki, z zaskoczeniem stwierdził, że dziewczynka, która faktycznie przyszła na świat, jest wierną kopią jego samego. Czarnowłosa główka kontrastowała z bielą kocyka, a rozdzierający płacz, który wydobył się z płuc noworodka, mógł przerazić nawet najstraszliwszego złego ducha.
Na imię jej dano Marlene. Nie po mamie, nie po babci, nie po sąsiadce przychodzącej pożyczyć szklankę cukru do herbaty, lecz po bohaterce książki, którą pani Malkin przeczytała w okresie swojego dojrzewania i zachwyciła się historią pięknej Marli, której wszystko się w życiu udawało. Czy wszystko miało udać się w życiu Marli Malkin?
Dzieciństwo minęło jej pod znakiem miłości do Quidditcha, która nie szła w parze z jej umiejętnościami utrzymywania się na „tym cholernym kiju z pochrzanionymi witkami, nieznającymi swojego zastosowania!” – zwanego potocznie miotłą. Sybille Malkin, zanim wyszła za mąż, znana była jako Sybille Jones – czarownica mugolskiego pochodzenia - niegdyś kapitan Zjednoczonych z Puddlemere, obecna trenerka Jastrzębi z Falmouth. Kobieta pragnąc, by pierworodna córka zapałała miłością do Quidditcha, zabierała dziewczynkę w towarzystwie starszej o dwa lata Gwendolyn Morgan na każdy mecz Quidditcha, jaki tylko miał odbywać się w okolicy. W przeciwieństwie do kuzynki, talent Marli do tego sportu był raczej znikomy. Nie znaczyło to jednak, że wcale się nim nie interesowała. Jeśli chodziło o kibicowanie, Marla nie miała sobie równych.


Gryffindor był tylko formalnością. Być może tiara przydziału uległa naleganiom dziewczynki, a może po prostu do innego domu wcale pasować nie mogła. Bo kto inny mógł znieść powtarzaną jak litanię do Morganie winnej tiary przydziału – „GryffindorproszęniechtobędzieGryffindorproszęproszęprosssssssssszę!” Pisk, jaki rozległ się w Wielkiej Sali, kiedy biegła do stołu podopiecznych Godryka, był tak rozdzierający, że grupka pierwszorocznych musiała zatkać uszy, kiedy ciemnowłosa dziewczynka ruszyła, aby wyściskać z całych sił zaskoczoną i uszczęśliwioną werdyktem kuzynkę. Jasnowłosa trzynastolatka była kompletnym przeciwieństwem Marlene. Pomimo młodego wieku, już teraz zapowiadała się na piękność, która w przyszłości miała podbijać męskie serca nie tylko wśród widowni, ale również wśród graczy przeciwnych drużyn. Marla nie rosła za szybko; niskiego wzrostu, odrobinę zbyt przysadzista, nie znosiła, kiedy mama proponowała jej fryzurę na grzybka. Dopiero w Hogwarcie mogła pozwolić sobie na zapuszczenie długich do ramion lśniących, ciemnych włosów, z którymi nigdy więcej się nie rozstała. Na szczęście okres dorastania i dla niej był łaskawy. Z roku na rok przybywało jej wdzięku, który dodatkowo wspomagała dzięki krzykliwym stylizacjom, jakie uwielbiała na siebie wkładać zawsze wtedy, kiedy nie obowiązywały uczniów szkolne szaty. Nie mogła zliczyć ile razy przed wyjściem do Hogsmeade opiekunka domu Godryka Gryffindora odsyłała ją na sam szczyt wieży, tylko po to, by kwiecistą sukienkę z falbankami, zamieniła na czerwony golf zniekształcający wszelkie atrybuty jej figury. Szczęście, że panna Morgan zawsze gotowa była zająć dla niej krzesło i zamówić piwo w Trzech Miotłach, co nie było takim prostym zadaniem, bo kto jak kto, ale blondynka znajomych, którzy szukali jej towarzystwa miała naprawdę sporo. Marla, która dopiero co mogła szczycić się zgodą na szkolne wycieczki z zaabsorbowaną miną przysłuchiwała się rozmowom starszych uczniów, których towarzystwo zawdzięczała popularnej kuzynce. Wkrótce i ona zaczęła brylować. Jako najlepsza organizatorka
dopingu sportowego, przed każdym meczem Quidditcha. Tworzyła transparenty z ruchomymi motywami, które podczas meczy ze Ślizgonami najczęściej przedstawiały lwa, grillującego filety z węża przy ognisku. Pomimo tego, że winowajców i autorów prześmiewczych, kolorowych ornamentów było sporo, zazwyczaj to ona obrywała szlabanem, ponieważ jako przywódczyni rebeliantów, bardzo często sama się przyznawała. Jednak po kilku semestrach żaden z nauczycieli nie dawał się zwieść i na roboty społeczne w formie czyszczenia pucharów w Izbie Pamięci, odsyłano całą grupę rebeliantów. Nic tak nie zacieśnia przyjaźni jak zapach środka do dezynfekcji metali szlachetnych. Nic tak nie uczy historii szkoły, jak alfabetyczne układanie orderów za zasługi dla szkoły. Z nauką radziła sobie nie najgorzej. Była nienajgorsza z eliksirów. Po czterech latach już wiedziała co zrobić, by kociołek przestał wybuchać w niewyjaśnionych okolicznościach. Czasem tylko przymrużała oko jeśli chodziło o ilość ingrediencji w przepisie. Na przykład wrzucając cztery szczypty sproszkowanego rogu buchorożca, zamiast dwóch. Ale przecież to nie była aż tak duża różnica, prawda? Kochała magiczne stworzenia, nie mogła jednak przeboleć kiedy jej najnowszy zamszowy nabytek obuwniczy cierpiał na skutek spotkania z błotem z zagrody. Jej konikiem była transmutacja. Już w trzeciej klasie potrafiła przemienić gwizdek w zegarek, a zegarek w gwizdek. To właśnie z tego przedmiotu osiągnęła jedyny wybitny zarówno na sumach jak i owutemach. Najsmutniejszym okresem edukacji w Hogwarcie, okazały się te ostatnie lata, gdy w murach zamku zabrakło Gwendolyn. Zapał do kibicowania drużynie Gryfonów osłabł. Hogsmeade też nie wydawało się już tak interesujące jak do tej pory. Pomimo dwóch lat różnicy, Gwendolyn nadal pozostawała jej najlepszą przyjaciółką. Skora do bójek chłopczyca i modnisia wkładająca spódnice w niezapominajki nawet, gdy deszcz zacinał kaskadami, a parasole uginały się pod ciężarem nadmiaru wody. Można to uznać za beznadziejny duet, który nie miał prawa się udać. Nic bardziej mylnego. Z rodzinnej zażyłości wynikały zazwyczaj same korzyści. Worek treningowy, który Gwen okładała w chwilach frustracji, został w dormitorium Gryffindoru, przypadł w udziale Marli. Jednak czwarty złamany paznokieć skutecznie zniechęcił ją do tej formy wyładowywania niespożytkowanej energii. Z ulgą więc przyjęła koniec nauki.


Pierwszy krok w dorosłość nie należał do najłatwiejszych. Od kilku dobrych lat jej rodzice zamieszkiwali zamożną dzielnicę w centrum… nie Londynu, lecz Paryża. Ojciec, Francuz, po wieloletnim pobycie w Zjednoczonym Królestwie, postanowił wyrwać z korzeniami wszystko, co wiązało się z ich małym domkiem rodzinnym na wybrzeżu Cardiff. Przyjął bowiem posadę zastępcy szefa departamentu międzynarodowej współpracy czarodziejów. Sybille, wieloletnia trenerka Jastrzębi, musiała przemianować charakter swojej kariery zawodowej na dziennikarkę sportową. Nie było to rzeczą łatwą, zwłaszcza, że oboje z rodziców musiało oddać część swoich planów w ofierze, by związek nie rozpadł się po dwudziestu latach. Marla poprzysięgła sobie, że nie będzie brać przykładu z rodziców, czerpiąc z życia pełnymi garściami. Na start w nowe życie otrzymała niewielką kawalerkę, należącą niegdyś do jej babci, której wystrój wskazywał nieodwołalnie na początek lat dwudziestych dwudziestego wieku. Nikt nie zajmował się tym miejscem od wielu lat. Pod mieszkanie podlegał również stary zakład, połączony z magazynem. Ponoć w dziewiętnastym wieku urzędował w nim stary czarodziej rumuńskiego pochodzena, niejaki Radulescu, prowadząc w nim zakład szewski. Dzięki wsparciu pieniężnym rodziców wyremontowała mieszkanie, a zakład przemieniła na pracownie krawiecką oraz niewielki kram. Nigdy nie była bardziej dumna, kiedy panowie, których zatrudniała do pomocy wciągali nad drzwi malowniczy szyld „Zakład Madame Malkin”. Nie była żadną Madame, miała jednak żyłkę do interesu i uważała, że taki nagłówek przyciągnie z pewnością dużo więcej klientów. Początki były bardzo trudne. Nawiązanie znajomości z hurtowniami krawieckimi nie należały do rzeczy łatwych. Nikt w ciemno nie miał ochoty powierzać swojego towaru młódce, która miała jeszcze mleko pod nosem. Dlatego też, wzięła się na sposób, proponując pewnej damie o odpowiedzialnej aparycji, podawać się za Madame Malkin. Niemożliwe stało się możliwe. Pierwsze zamówienia nie były szczytem marzeń, jednak nie mogła narzekać na brak klientek. Przyjaciółki z lat szkolnych odwiedzały jej mały przybytek, zawsze
racząc ją dobrym słowem i pełnym otuchy uściskiem. Nie zmieniało to faktu, że ciężkie dni odreagowywać musiała w Dziurawym Kotle. To właśnie tam spotkała j e g o. Sheridan wywarł na niej wrażenie. W przeciągu dwu lat zgubił gdzieś te młodzieńcze, rumiane, papuśne poliki, które ustąpiły miejsca idealnie zarysowanej szczęce, regularnym rysom – co tu dużo mówić, twarz to mu chyba Michał Anioł tłutem charatał. Pomimo tego, że jego praca ograniczała się do nalewania trunków i machania ścierą wprzód i nazad, Marla dostrzegła w wyrazie jego twarzy to coś, co powinno w pierwszej chwili ostrzec ją, by nie zadawać się z tym typem. Niestety jej instynkt samozachowawczy okropnie szwankował. Był dokładnie taki, jak chciała go widzieć. Potrafił słuchać, a tego potrzebowała w pierwszej kolejności. Pomimo, że jego twarz była jej dobrze znana, to poznawać zaczęła go dopiero przy barowej ladzie, przy której potrafili rozmawiać do białego rana. Nie spodziewała się, że z przelotnej znajomości przerodzi się to w coś bardziej poważniejszego. Nie minęło wiele czasu, a ona wpadła jak śliwka w kompot, chwaląc się kuzynce swoim pierścionkiem zaręczynowym. Pomimo tego, że obiecała sobie dochować wierności co do postanowień, że pozostanie niezależną kobietą, wiedziała, że to małżeństwo nie odbierze jej samodzielności. Mimo wszystko nie przelała swoich oszczędności na małżeńską skrytkę Gringotta, pozostawiając je w skrytce założonej na panieńskie nazwisko matki. Na ślub zaprosiła tylko najważniejsze osoby. Gwendolyn oraz Harriett Lovegood. Kariera wili rozwijała się w zawrotnym tempie, a ich drogi musiały się wreszcie kiedyś skrzyżować. Pamiętała dzień, kiedy śliczna blondwłosa dziewczyna przekroczyła próg jej zakładu. Wystarczyło jedno spojrzenie, by Marla chwyciła szkicownik, by w kwadrans zaproponować dwadzieścia modeli sukienek idealnych dla jej figury. Obie pękały z dumy, kiedy kolekcja Marlene Malkin stała się popularna dzięki brylującej w świetle reflektorów gwieździe. Żadna z druhen nie przyprowadziła osoby towarzyszącej. Krótka ceremonia, zminimalizowana do granic możliwości. Nie wierzyła w pełne obawy szepty Gwendolyn, które słyszała nad swoim uchem, gdy ta pomagała zapiąć jej suknię ślubną, którą sama sobie uszyła. Była go pewna. Pierwsze miesiące były bajką. Pomimo tego, że nie należała do kobiet uległych, starała się wkładać w to małżeństwo jak najwięcej, do bólu przypominając swoją matkę. Jednak szczęście, które odczuwała, wkrótce miało zostać zastąpione potokami wylewanych łez. Oczywiście nigdy w jego obecności. Wtedy zaciskała zęby, była twarda. Bardzo długo udawała, że to małżeństwo wcale nie było nieudane. Nie zliczyła już nocy spędzonych u Gwendolyn. Nigdy nie słyszała też słów – „A nie mówiłam?” – za co była wyjątkowo wdzięczna. Wiadomość o ciąży spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Dziecko? W tej sytuacji dziecko było najgorszą opcją z możliwych. Jak niby miała powoli rozkręcający się interes pogodzić nie tylko z wychowaniem dziecka, kiedy w postaci niesfornego małżonka miała już jedno na głowie? Mimo wszystko pragnęła troszczyć się o to nowe, niczemu nie winne życie, które rozwijało się pod jej sercem. Była świadoma, że samo nie pchało się na świat i chociaż ona chciała podjąć się konsekwencji i obowiązku, by dziecku niczego nie brakowało. Regularnie odwiedzała magomedyczkę w szpitalu św. Munga, która prowadziła jej ciążę. Dbała o siebie, pilnowała prawidłowego odżywiania się, sklep zamykała wcześniej i nie siedziała już do późnej nocy nad maszyną do szycia. Nie zrywała się też bladym świtem, by zrealizować jakiś wspaniały pomysł, który jej się przyśnił. Octavius nie rozumiał jej zmiany; nie musiał, bowiem awantury, które oboje wszczynali, były jedyną niezmienną rzeczą w ich wspólnym życiu. Wiedziała, że nie powinna była się denerwować w swoim stanie. Kiedy wyrzucała niedomknięte walizki męża posyłając go do diabła, miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że jest w ciąży, a on nigdy na oczy nie zobaczy ich dziecka. Dopiero, kiedy oswoiła się z myślą, że będzie matką, zrozumiała, że ten związek nie będzie miał racji bytu. Nie widziała Octaviusa w roli ojca i męża, kiedy już to drugie przynosiło mu pewne trudności. Kochała go, ale bardziej od niego kochała swoje dziecko. Dlatego też nie mogła zrozumieć, ba, nie uwierzyła nawet, kiedy kobieta, która śmiała nazywać się uzdrowicielem, zarzekła się, że płód obumarł. Nie słuchała tłumaczeń kobiety, że wynikło to z powodu guza, którego żadne badania w ogóle nie wykryły.
Tego dnia zrozumiała, przez co przechodziły kobiety, które zażyły niesławny eliksir panny Rity z Nokturnu. Ból, pustka, obawa, że gdyby nie postąpiła tak pochopnie, być może uratowałaby swoje dziecko. Zabiła je niewiedza. Niewiedza ojca, który w swojej nieświadomości zatrzasnął za sobą drzwi, odsyłając ją zapewne do stu diabłów. A ona się właśnie tam znalazła. Sala szpitalna, w której przeprowadzano zabieg usunięcia martwego dziecka była piekłem. Uzdrowiciele, którzy krzątali się przy jej łóżku byli diabłami. Nie chciała z nimi rozmawiać. Nie interesowała się swoim stanem zdrowia. Nie jadła. Nie piła. Magiczny odpowiednik kroplówki utrzymywał ją przy życiu. Wszystkie dni, które spędziła w szpitalu zlały się w jedno. Nikomu nie powiedziała, gdzie jest. Dlatego pojawienie się Harriett przyjęła z przerażeniem, mieszającym się z niedowierzaniem. Ktoś ze szpitala, kto zdawał sobie sprawę, że obie młode panie łączyła bliska przyjaźń, napisał do sławnej półwili informacje - nie mogło być innego wytłumaczenia. Dopiero przy niej pozwoliła sobie dać ujścia emocjom, które od tygodni się w niej nasilały. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie płakała tak rozdzierająco. Po wyjściu ze szpitala dostała kategoryczny zakaz mieszkania w pojedynkę. Magipsychiatrzy, którzy zainteresowali się jej przypadkiem, stwierdzili to w zgodzie z Harriett, która użyczyła jej dachu nad głową. Wystrój domu, w którym gościła ją pani Naifeh, odrobinę przytłaczał. Wchodząc do niego, poczuła się, jakby nagle znalazła się na wakacjach w tropikach. Mimo wszystko towarzystwo przyjaciółki, jej małego synka i zrozumienie męża, który pozwolił na to, by pod jego dachem znalazła się jakby nie patrzeć obca kobieta. Przez pół roku jej życie kręciło się jedynie wokół wizyt u magipsychiatry i pomaganiu Harriett w codziennych domowych obowiązkach. Po czterech miesiącach jej stan poprawił się na tyle, że mogła wrócić do swojego mieszkania na Pokątnej. Musiała pilnować godzin przyjmowania eliksiru, który miałby jej pomóc w wyjściu z głębokiej depresji. Uświadomiła sobie, że tęskni nie tylko za dzieckiem, które straciła, ale też za mężem i za krótkim, lecz jakże słodkim wspomnieniem, kiedy wydawało jej się, że życie jest idealne i wszystko idzie po jej myśli. Częste odwiedziny u państwa Naifem weszły jej w nawyk poprawiając samopoczucie i nie pozwalając odczuwać głębszej samotności.


Po jakimś czasie mogła zaprzestać sesji u terapeutki magipsychiatry, a jej wizyty w szpitalu kończyły się jedynie na odebraniu kolejnego zapasu specyfiku raz w miesiącu. Przywróciła dawną renomę swojemu zakładowi. Wyrzuciła z domu wszystko, co związane było z Octaviusem Sheridanem. Dumna była kiedy do sklepu coraz częściej zaczęły trafiać młode kobiety z rodów szlacheckich. Przyglądała się ich pełnym gracji ruchom. Szlachetne czarownice nie były zwykłymi kobietami, ich obycie i kultura sprawiły, że nierzadko wieczorem stawała przed lustrem, by wyćwiczyć sobie podobne gesty i ruchy. Nie przynosiło jej to większego trudu, tak jak zdobycie wspólnego języka z damami. Wyrobiła sobie ocenę gustu każdej ze swoich klientek. Każda była inna, nie do wszystkich pasował jeden fason sukni. Czasami udawało jej się w ciemno przygotować strój idealny dla swojej klientki. Czasem zabierała kobiety do Czerwonego Imbryka, by przy aromacie indyjskiej herbaty ze szkicownikiem w jednej i ołówkiem w drugiej dłoni, tworzyć wymarzoną kreację pod czujnym okiem przyszłej szczęśliwej posiadaczki. Wnoszenie poprawek i zmian w projekcie i obserwowanie rozpromienionych twarzy pań, gdy pytała – „Czy to jest Twoja suknia?” – należało do najprzyjemniejszych momentów w jej barwnej codzienności. Im częściej wychodziła z domu do ludzi, nie tylko do klientek, tym zapał pchał ją coraz dalej i dalej. Wkrótce upomniał się o nią i Paryż ściągając jej uwagę prężnie rozwijającą się branżą modową. Odwiedzenie paryskich domów mody należało do jej marzeń, po które właśnie postanowiła się upomnieć. Nie musiała martwić się tym co zastanie w sklepie po powrocie, bowiem od dłuższego czasu Harriett była już nie tylko jej główną muzą, dla której zaprojektowała najwięcej ubrań, ale również wspólniczką. Jej wyczucie smaku, styl oraz świeże spojrzenie na wiele tematów, sprawiły, że okazała się wręcz niezastąpiona. Marla po rozstaniu z Octaviusem przestała posługiwać się jego nazwiskiem i wróciła do panieńskiego, by to właśnie na nim zbudować swoją renomę. Chciała uczyć się od najlepszych i przez pewien czas pracowała jako jedna z krawcowych w nowym raczkującym dopiero domu mody Givenchy. Szybko dostrzeżona została przez swoją kierowniczkę, która umożliwiła jej pracę
przy przygotowywaniu pokazów mody. Nigdy jeszcze nie chodziła tak niewyspana, ale i szczęśliwa. Rozpoczęła też naukę animagii.  Jedna z kobiet, które poznała we Francji, namówiła ją do tej sztuki, zauważając jej talent do transmutacji. Zagwarantowała jej ćwiczenia pod swoją opieką, jak również wręczyła pokaźny stosik książek na ten temat, które Marla wertowała przed snem. Zajęło jej to dużo więcej czasu, niż na początku przypuszczała. Dopiero po kilku miesiącach ćwiczeń zaczęły pojawiać się efekty jej pracy. Najpierw jej uszy przybrały postać szarych, puchatych kocich szpiczastych uszu. Następnie na ramionach pojawiało się białe jak śnieg futro. Wkrótce potem coraz sprawniej potrafiła przemienić się w młodą kotkę syjamską.


Biorąc sobie do serca uwagi doświadczonych projektantów, zabłysnęła kilkoma projektami, które zostały dołączone do kolekcji. Na początku pokazy mody mogła oglądać jedynie zza kotary garderoby, jednak zdarzały się i sytuacje, kiedy zasiadała na widowni. Na jednym z przyjęć znalazła się przypadkiem w towarzystwie francuskiego arystokraty, samego Huberta de Givenchy, który właśnie rozwijał swój autorski dom mody, do którego mogła dołożyć własną cegiełkę. Był młody, przystojny i utalentowany i tak samo odległy co blask jutrzenki o poranku. Marlene nie miała złudzeń, jednak nie przeszkadzało jej to w podziwianiu tegoż mężczyzny. Wróżyła mu świetlaną przyszłość. Zazwyczaj na wieczornych przyjęciach, świętujących sukces pokazu, starała się nie pić zbyt wiele alkoholu, który zazwyczaj źle wpływał na jej obycie, plącząc dodatkowo język. Wznosząc toast z każdym kolejnym współudziałowcem sukcesu, starała się jedynie zamaczać usta. Nie zawsze jej się to jednak udawało i podczas jednego z takich właśnie wieczorów poznała pana Barrowicka. Spotkała go w towarzystwie dwojga starszych ludzi, którzy niewątpliwie należeli do osób wybitnie zamożnych. Jego zainteresowanie jej osobą było nad wyraz wymowne. Od etapu Octaviusa nie spotkała mężczyzny, który spojrzałby na nią w ten szczególny sposób. Ku swojemu przerażeniu był to również wieczór, podczas którego wychyliła skandalicznie dużą ilość lampek szampana, a jej śmiech rozchodził się czasem aż nazbyt głośno, gdy ktoś w towarzystwie uraczył grono biesiadników zabawną anegdotą. Uciszając swoje obawy, mimo onieśmielenia aparycją pana Burrowicka, zgodziła się towarzyszyć mu w czasie spaceru. Słowa, które tamtego wieczoru wyrwały jej się z ust, zupełnie ją otrzeźwiły. Dopiero, gdy usłyszała dźwięk swojego głosu, zrozumiała, że to, co miało być jedynie jej przelotnym pobożnym życzeniem, wydostało się z jej podświadomości na światło latarni, pod którą się znajdowali.


Wszystko potoczyło się przerażająco szybko. Wkrótce dowiedziała się, że pan Barrowick jest tym samym Theodorem Barrowickiem, z którym przez dwa lata dzieliła nie tylko jedną szkołę, ale i Pokój Wspólny Gryffindoru. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy wtedy o swoim istnieniu. Ona, rozbrykana drugoklasistka, szukająca poklasku raczej wśród towarzystwa z czwartego roku, które otaczało wianuszkiem jej ukochaną kuzynkę. On, samotnik z siódmego roku, przygotowujący się do Owutemow, raczej nie zwracający uwagi na młodsze pokolenie dzieciaków. Dlatego, gdyby wtedy na wróżbie andrzejkowej ktoś przepowiedziałby jej związkek z Theo, chyba idąc za przykładem Gwendolyn, przywaliłaby mu w nos z zawstydzenia. Spędzała we Francji wystarczająco dużo czasu, by sprawnie posługiwać się językiem francuskim, w którym z początku rozmawiali. On wydawał się wtedy mieszkać tam na stałe. Marla, która postanowiła nadrobić stracone miesiące pogrążone w depresji, dzieliła swoje obowiązki na dom mody Givenchy, jak i własny interes na Pokątnej. Nie mogła pozostawić drogiej Harriett ze wszystkim samej. Czasem jednak nadchodziły momenty, kiedy uświadamiała sobie, jak bardzo jest beznadziejna. Jednym z nich był dzień, w którym zrozumiała, że ponownie zaszła w ciążę. Strach i obawy przed poinformowaniem Theodora o jej stanie spędzały jej sen z powiek. A kiedy wreszcie się na to zdobyła, słysząc ofertę zaręczyn, doszczętnie spanikowała, prosząc o odrobinę czasu. Czasu, którego nie miała w żadnym wypadku. W szczególności nie miała go na dziecko. Moment, kiedy była na nie gotowa przeminął bezpowrotnie. Wtedy była kimś innym. Małą, zahukaną, zapłakaną z powodu Octaviusa Marlenką Sheridan, która straciła wszystko w chwili, gdy wybuchnęła niepohamowanym gniewem. Teraz, jako Marla Malkin, przyjaciółka samego hrabiego Givenchy – a tak sobie przynajmniej wmawiała –, stała się wicedyrektorką domu mody. Żałowała, że wszystko, co udało jej się osiągnąć we Francji, będzie musiała stracić na rzecz pieluch, płaczu, kaszek, nocnego wstawania, posypek na otarcia. Nienawidziła swojego stanu przez strach. Bała się, że wszystko przez co przeszła po śmierci pierwszego dziecka znowu powróci. Ze względu na swój stan i własne obawy, zrezygnowała z dalszych zobowiązań, jakie wiązały ją z Francją. Przyjaźnie, które tam nawiązała, zarzekały się, że przetrwają na dłużej i będą
na nią czekać z otwartymi ramionami. Wróciła do Anglii. Odwiedziła magipsychiatrę, kobietę, która pomogła jej równie mocno co Harriett i Gwendolyn. Potrzebowała tej rozmowy, która oswobodziłaby ją z wątpliwości i złości, że postąpiła tak pochopnie, pozwalając zwieść się na manowce. Oczywiście, że go kochała. Marla miała swój kodeks zasad. Między innymi nie lądowała w łóżku z mężczyznami, których nie kochała. Znów osiadła na stałe na Pokątnej. Ich współpraca z Harriett rozwijała się znakomicie, jednak ze względu na stan zaawansowanej ciąży, Marli przypadały w udziale raczej mniej odpowiedzialne i mniej stresogenne funkcje. Ponownie ta sama położna stanowiła pieczę nad stanem jej zdrowia. Jakież było jej zdziwienie, kiedy usłyszała, że na świat wyda nie jedno, lecz dwa istnienia. Odmiennej płci. Pierwszy sukces, którego nie musiała, wręcz nie mogła świętować szampanem, lecz filiżanką ulubionej herbaty.


Szczęście trwało do momentu kiedy jej drogi Theodore oznajmił, że wyjeżdża, by zaopiekować się schorowanym dziadkiem. Przyjęła tę informację ze spokojem, który próbowała zatuszować uśmiechem zrozumienia. W oczach jednak tlił się błysk wściekłości na cały świat. Jakież to on do cholery obowiązki wobec dziadków, którzy swoje przeżyli, kiedy na świat wkrótce miała wydać nie jedno, lecz d w o j e jego dzieci? Czy to go nie zobowiązywało do żadnej odpowiedzialności? Nie pozwoliła sobie jednak na powtórkę z rozrywki. Palącą ochotę na wyrzucenie jego walizek przez balkon i wykrzyczenia mu - że gówno ją obchodzi stojący nad grobem stary śmierdzący pieniędzmi cap, którego stać na opiekę medyczną dla siebie i biedoty całego Paryża – zastąpiła pocałunkiem w policzek i pożegnalnym uściskiem. A idź pan w chuj. Trudno jej było zapanować nad ciążowymi hormonami, zwłaszcza kiedy czuła się jak orka, a żali na temat braku tabliczki czekolady na szafce nocnej mogła wysłuchiwać tylko jej sowa, która towarzyszyła jej od piątego roku Hogwartu. Dopiero gdy nadchodził wieczór, zalewała się łzami z tęsknoty za Theodorem, a pociechą były jej listy, na które zawsze wylewnie odpisywała. Czasem narzekając, czasem zachwalając, czasem marudząc. Nie wahała się też posyłać wyjców, które stały się jej ulubionym medium komunikacji. Na szczęście oprócz dwóch zaufanych kobiet, które strzegły jej sekretów, nikt nie zdawał sobie sprawy, że jej małżeństwo z Sheridanem nie zostało rozwiązane. Ba, mało kto zdawał sobie sprawę z jego zainicjowania. Na palcach, prócz ozdobnych pierścionków, zawsze znajdował się taki, który przywodził na myśl obrączkę, a kiedy ktoś nazywał ją panią Barrowick, nie wyprowadzała nikogo z błędu. Szczerze mówiąc utknęła w martwym punkcie, nie bardzo wiedząc, jak wybrnąć z tego, co zgotował jej los. Wróciła do projektowania, towarzyszenia Harriett w ich wspólnych interesach, spotykania się z klientkami przy herbacie w Czerwonym Imbryku, rozpieszczania młodego Setha, a kiedy na wystawie lodziarni Floriana Fortescque zobaczyła lodowy torcik czekoladowy, nie wahała się…



Patronus: Od śmierci pierwszego dziecka przestała wyczarowywać to zaklęcie.










 
2
13
0
0
0
0
0


Wyposażenie

Sowa, różdżka





Powrót do góry Go down
 

Marlene Malkin

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Nieaktywni :: Karty nieaktywnych-
Styl: Caelan + Cassandra + Justine

Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.


Baner small nobg

Morsmordre 2015-19