Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Login:

Hasło:

Pracownie sztuk pięknych
AutorWiadomość
Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]06.12.15 19:18

Pracownie sztuk pięknych

★★★
W galerii znajduje się kilka pomieszczeń gospodarczych, większość z nich umiejscowiona jest w dalszej części budynku. Jednak to konkretne, w których zorganizowane została pracownia, mieści się zaraz za szatniami, przylegając do Sali Zachodniej z prawej strony. Umiejscowienie jest stricte strategiczne - do pomieszczenia można dostać się szybko, co jest ułatwieniem dla dusz ogarniętych artystycznym szałem. Artyści znajdą tu wszystkie niezbędne narzędzia, a przede wszystkim dużo dziennego światła, które zapewniają wysokie okna.
[bylobrzydkobedzieladnie]


Ostatnio zmieniony przez Mistrz gry dnia 25.03.22 21:12, w całości zmieniany 2 razy
Mistrz gry
Zawód : naczelny mąciciel
Wiek : odwieczny
Czystość krwi : n/d
Stan cywilny : n/d
Do you wanna live forever?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownie sztuk pięknych Tumblr_mduhgdOokb1r1qjlao4_500
Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ https://www.morsmordre.net/t2762-skrytki-bankowe-czym-sa#44729 http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]15.12.15 18:55
Sam na sam z płótnami. Znów w pocie czoła prowadząc linie po kartkach, układając pędzle w oddzielnych przegródkach, znów sprawdzając jakie farby są do Twej dyspozycji. Jesteś w swoim żywiole. Jesteś w pracowni, którą uzyskałaś dzięki uprzejmości pani Avery. Jak się tu czujesz i czy pozwolisz, że tylko pochwalę wysokie okna, dzięki którym możesz wyglądać na zewnątrz i już nigdy nie będziesz się myliła który kolor gdzie położyć. Przechadzasz się właśnie po głównej sali. Dotykasz płócien, niektóre już zagruntowane, inne wciąż czekają na obróbkę. Zapaliłaś papierosa i rozkoszujesz się tym, co cię spotkało w Londynie. Skubiesz lekko wargę, zastanawiając się, czy już teraz zaczniesz portret pewnego jegomościa. Od dawna chciałaś go uwiecznić, a dzięki fotografii, którą masz przy sobie zawsze, masz taką możliwość. Pięć lat to chyba wystarczająco dużo czasu, by nie płakać przy tworzeniu? Jak sądzisz? Odwracasz się twarzą do okna, jakbyś chciała ukryć rozżalone spojrzenie w mokrych szybach otwierających się na płaczący Londyn.
Pięć lat temu czułaś się rozbita na kawałki, czułaś jakbyś nie miała już przed sobą tej przyszłości, a jednak ona nadeszła. Unieś znów głowę i postaraj się. Zaciągnij się głęboko, niech dym wypełni płuca i pozwoli pomyśleć, przemysleć. Czy Lewis powinien pojawić się na tej wystawie? Czy malując jego portret nie będziesz przypadkiem narażona na pytania typu k t ó ż to, czy z n a c i e się? I jak odpowiesz, kiedy ktoś spyta jak o d s z e d ł.
Zaraz słyszysz, że wchodzi ktoś. Powoli odwracasz się, bo pan Diggory mimo że asystentem właścicielki był, bardzo się go tutaj nie spodziewałaś. Że niby nie może? Może, nawet powinien. Ale kiedy to jego nienagannie wyczyszczony garnitur pojawia się gdzieś w okolicy Twej przestrzeni, czujesz się niewyraźnie. Jak ciężko wyabstrachować ci się jest teraz? Trzeba się było mu postawić. Stawiałaś się tylko trochę, najwyraźniej nie na tyle, żeby to mógł uszanować. Tym razem skubiesz usta z papierosem w wyciągniętych palcach i mierzysz spojrzeniem jego sylwetkę.
- Bardzo podoba mi się pracownia, mam nadzieję, że to zawdzięczam tylko sobie - chociaż poddajesz jednak w wątpliwość to, że bez jego pomocy udałoby ci się cokolwiek osiągnąć. Lekko uśmiechnięta myślisz zapewne, że tylko zajrzał i już zaraz wyjdzie. Palisz i wzrokiem przebiegasz po suficie i ścianach.


If there is a past, i have
forgotten it
Mathilda Wroński
Zawód : malarka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9242-mathilda-wronski#281180 https://www.morsmordre.net/t2026-sowa#30026 https://www.morsmordre.net/t1622-this-is-for-matilda#16765 https://www.morsmordre.net/f354-szkocja-timbermoore-marefield-grove-13 https://www.morsmordre.net/t9271-skrytka-bankowa-450#282368 https://www.morsmordre.net/t1698-mathilda-wronski#18244
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]20.12.15 12:00
Artyści, Alo miał z nimi do czynienia każdego dnia. W każdej godzinie swojej pracy. Pilnował ich finansów, terminów, pilnował, aby pieniądze pani Avery były rozdysponowane z rozsądkiem, a nie przepuszczone na jakieś zabawy. Artyści, sądzą, że swój sukces zawdzięczają sobie. Kłamstwo, wystarczyłoby, aby ten jeden raz w ich sprawie Aloysius nie wypełnił swoich obowiązków, nie przekazałby zdjęć obrazów, czy nie umówiłby ich na spotkanie z Laidan, a z wielkiej kariery nici. Może to oni swoimi dziełami zarabiali na galerię pani Avery, ale to on był kręgosłupem tego organizmu. On trzymał to wszystko w ryzach. On był mózgiem całej tej żywej istoty. Artyści? To tylko komórki ciała, które są małe, ale muszą istnieć. Zaś lady Avery była sercem tego wszystkiego. Śmieszne było dla niego myślenie, że żadnego artysty nie da się zastąpić. Nonsens. W dwa dni znalazłby zastępstwo, kolejnego niespełnionego artystę, który tylko czeka, aby się wybić. Dzisiaj wykonywał swoje obowiązki po raz kolejny. Musiał pilnować podopiecznych lady Avery. Właśnie dlatego pchnął drzwi prowadzące do pracowni. Uśmiechnął się na sam widok panienki Wroński. Wspomnienia związane z nią sprawiły, że od razu poczuła się lepiej. Widział jej zdenerwowanie, chociaż on nie rozumiał czemu się denerwowała. Przecież był całkiem spokojny. Jego wąskie usta nie zamierzały wrócić znowu do prostej linii. Słysząc jej słowa, odłożył aktówkę pod ścianę. Podszedł powolnie do niej. Jeden krok, drugi krok. Aloysius miał wiele oblicz. Wszystko zależało od tego z jaką osobą w danej chwili rozmawia.
-Oczywiście, że tak.-powiedział, chociaż sama Mathilda nie mogła stwierdzić, czy to jego szczere wyznanie, a może raczej sarkastyczna kpina. Podszedł bliżej o kolejne dwa kroki. Aloysius czuł się zdecydowanie zbyt pewnie. Ale czyż nie było mu wolno? Ale jakby się nad tym zastanowić to zasłużyła sobie na to wszystko. Gdyby Alo nie czuł się zadowolony po ich spotkaniu, być może dzisiaj by tutaj nie stała.
-Jak idą przygotowania do wystawy?-spytał, niewinnie. Zupełnie jakby nie zmusił jej do czegoś takiego jak stosunek. Chociaż sam przed sobą musiał przyznać, że nie żałuje tego co zrobił i chętnie jeszcze raz gościłby Mathildę w swoim łóżku.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]26.12.15 14:06
Nie wychodzi? Nie ruszasz się z miejsca. Skubiesz usta, papierosem zasłaniasz ich nabrzmiałą czerwień. Odsuwasz rękę tylko po to, by przesunąć dłonią po pastelach, których całą szachownicę widzisz przed oczyma. Skarby, które dostałaś i ich sprawca, wszystko w jednym pomieszczeniu. Kiedy jest uprzejmy, przypominasz sobie, że to tylko piękna rola.
- Um, staram się, żeby zdążyć ze wszystkim. Ale... - tu odwracasz się i nagle dostrzegasz, że znalazł się blisko. Może trochę zbyt blisko? Byliście bliżej swego czasu, ale tylko na jeden jego ułamek. I jeżeli z desperacją jesteś kojarzona, bo tak załatwiłaś sobie przepustkę do przyszłości, czym jest jego beztroska w podejściu do ciebie. Będzie teraz mienił swoją najlepszą malarkę dziwką? Niech stopnieje duma mu, niech się nie obudzi, bo idą nowe lata, lata sześćdziesiąte i zdziwi się, jakie wspaniałe będą to czasy. Nie będzie pamiętał ani jednego dnia, bo każdy z nich rozpoczęty od proszku, w kobiecie, jednej drugiej piątej z mężczyzną od czasu do czasu, wygodne garnitury, piękne okulary i włosy, które od zawsze zaczesane w identyczny sposób. To go czeka, nie będzie świętym wstrzymującym, będzie potentatem, mecenasem na skalę wieku. Będzie wielki. I jeżeli mienić zamierza każdą z kobiet dziwką, to tylko o nim świadczyć będzie nisko. Więc dziś nazwie cię swoją zdobyczą i swoją malarką. I może odtąd robić z tobą co mu się żywnie podoba, wszak jesteś produktem. Jak się na to zapatrujesz? W konsekwencji wymiany i tak nie tracisz tak wiele. Nie jest obleśnym grubasem, nie śmierdzi, wręcz przeciwnie, jego perfuma nie są przeszkadzające, nie są też intrygujące, są. Nie wadzą ci. Nie ma uśmiechu, ale jeżeli zarządałby go, zaraz uśmiechnęłabyś się szeroko. Niech tylko spełni kolejne z twoich oczekiwań, przecież zapłacisz każdą z cen. - Brakuje mi kontaktów w londyńskij sociecie. Mam czterech z dziesięciu modeli, ale jeżeli mam zdążyć do listopada... potrzebuję ich więcej. Nie chcę zawieść Lady Avery - czy argument Lady Avery nie działa najlepiej?


If there is a past, i have
forgotten it
Mathilda Wroński
Zawód : malarka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9242-mathilda-wronski#281180 https://www.morsmordre.net/t2026-sowa#30026 https://www.morsmordre.net/t1622-this-is-for-matilda#16765 https://www.morsmordre.net/f354-szkocja-timbermoore-marefield-grove-13 https://www.morsmordre.net/t9271-skrytka-bankowa-450#282368 https://www.morsmordre.net/t1698-mathilda-wronski#18244
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]28.12.15 11:05
Alojzy czuł się zdecydowanie zbyt pewnie, ale nie przeszkadzało mu to. Przybierał on tyle twarzy, że nie sposób rozpoznać, która z nich jest prawdziwa. Ta, którą przedstawił Mathildzie na pewno nie była tą prawdziwą. Prawdziwa była ta, kiedy siadał cierpliwie przy łóżku swojej matki, pomagał jej wstać i prowadząc ją pod rękę zabierał na spacer po ogrodzie, który specjalnie dla niej pielęgnował. Wroński? Trafiła na niego w złym czasie, być może dlatego właśnie poznała gorszą jego wersję. Uważnie słucha jej wypowiedzi, analizował jej osobę, ponieważ jest na tyle blisko, żeby sobie na to pozwolić. Jego wąskie usta nadal wyginają się w uśmiechu, którego chyba nic nie może zetrzeć z jego twarzy. Za wszelką cenę chciałby ją doprowadzić do szału, a przecież on nic nie zrobił. On tylko wypełniał swoje obowiązki względem lady Avery. Nikt przecież nie chciał zawieść Laidan Avery. Ciekawe, czy ona o tym wiedziała i czy to doceniała?
-Och, naturalnie. Nikt nie chce zawieść lady Avery.-odpowiedział, a potem, kiedy był zbyt blisko Mathildy, po prostu zabrał z jej dłoni papierosa, którego zgasił w szklance z wodą, a potem wyrzucił go do kosza.
-Nienawidzę, kiedy płótna są przesiąknięte zapachem tytoniu.-powiedział, zupełnie jakby czytał to z książki.
-Jakich modeli potrzebujesz?-spytał sucho. Chociaż za każdym razem, kiedy na nią patrzył widział ją w negliżu u swego boku.
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]29.12.15 11:43
Czy to ważne, która z twarzy zdarzyło ci się poznać? Masz Aloizego w głębokim poszanowaniu. Zna się na swojej pracy, przecież gdyby się nie znał, nigdy nie zwróciłby na ciebie uwagi. Masz więc szacunek, czy na niego zasłużył? Cóż musiałby uczynić, by nie zasłużyć. Sponiewierał twój honor, wykorzystał przewagę płci, był wcale niepokorny - cóż wiec sie dzieje, że nazwać możesz to uczucie, które żywisz s z a c u n k i e m. Smutne Twe oczy o barwie zielonej, teraz pod powiekami, czuwają, kiedy on się zbliża. Jest blisko.
- Tak sądziłam. Zanurzona w trzech czasach: przeszłym, teraźniejszym i przyszłym, poddajesz swą dłon jego wymogom. Zero papierosów, zero prywatności. Uginają ci się kolana, otwierasz oczy i znów ta sama twarz. - Czy to znaczy, że będziesz mi mówił, jak mam malować obrazy, które sam uznałeś za wartościowe? - pytanie w odpowiedzi na żądanie. Niechaj odpowiedź cię zadziwi, niechaj będzie nieuchwycona. Zabroni palić - i tak nie będziesz przestrzegała obowiązku. Pozwoli? Będziesz paliła w obawie że przyjdzie i znów z ust zabierze drogocenny nałóg.
Nabrane powietrze pozwala ci się utrzymywać na nogach, chociaż już miałaś upaść. Jakich modeli? Kąciki ust unoszą się na chwilę, to zadrgała nuta słodyczy, którą poruszył, zadając tak obcesowe pytanie w świątyni sztuki.
- Mężczyzn w wieku dojrzałym, kawalerów, wdowców, żonatych, ojców, dziadków, wujków. Tych, którzy osiągneli coś w życiu, coś wielkiego, albo są na najlepszej drodze. Manipulantów i szuje skończone, takich modeli potrzebuję - unosisz brodę, skończyło ci się powietrze, musisz znów zaciągnąć się, tym razem są to w czterdziestu procentach perfumy pana Diggory - Albo - tu twój wzrok znów sennie spoglada na mężczyznę, który chociaż wydaje się być wyjątkowy, jest do innych tak podobny, że staje się jednym z nich. I wiesz dobrze, że rozegrać tę grę będzie łatwo. I dostaniesz swe szuje, tylko kilka rzeczy wystarczy że zrobisz. Zacznij więc od połechtania ego pana asystenta. - moze ktoś taki jak ty - ciszej, bądź ciszej, niech wie, że nada się na najprawdziwszego modela, niech się zarazi tą myślą, połknie ją i marzy o niej we śnie.


If there is a past, i have
forgotten it
Mathilda Wroński
Zawód : malarka
Wiek : 26
Czystość krwi : Półkrwi
Stan cywilny : Wdowa
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Jasnowidz

Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t9242-mathilda-wronski#281180 https://www.morsmordre.net/t2026-sowa#30026 https://www.morsmordre.net/t1622-this-is-for-matilda#16765 https://www.morsmordre.net/f354-szkocja-timbermoore-marefield-grove-13 https://www.morsmordre.net/t9271-skrytka-bankowa-450#282368 https://www.morsmordre.net/t1698-mathilda-wronski#18244
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]01.01.16 19:39
Alojzy wlepił swoje spojrzenie bazyliszka w panienkę Wroński, w palcach jeszcze chwilę obracał niedopalonego papierosa małej artystki. Bo właśnie za to ją miał. Za małą, rozwydrzoną artystkę, która była tak zdesperowana, że skoczyła mu do łóżka. Jego oczy ciągle śmiały się jej w twarz.
-Mówię, że nie lubię zapachu papierosów w tym miejscu. Dotarło? Nie bądź zbyt pewna siebie, moja droga. Siedzisz w tym zdecydowanie za krótko, a ja zdecydowanie dłużej i nim się obejrzysz, znalazłbym pięć kolejnych artystów na twoje miejsce. Więc z łaski swojej zachowuj się jak na podopieczną lady Avery przystało.-mruknął chłodno patrząc na Matyldę. Sprawiał wrażenie w ogóle nie zainteresowanego. Prawda była taka, że ona niezbyt go interesowała. Była jedynie chwilową uciechą, nikim więcej. Dlatego też Diggory miał zamiar wykonać swoje obowiązki względem pani Avery i zwinąć się stąd, do kolejnych obowiązków. Tyle właśnie dla niego znaczyła. Była kolejnym uciążliwym obowiązkiem, który został zrzucony na jego barki, niczym więcej. A jeżeli panienka Wroński liczyła na specjalne traktowanie czy coś więcej to naprawdę nie miała na co liczyć. W dodatku brak manier. Damie nie przystoi palić i to jeszcze w towarzystwie.
Słysząc jej odpowiedź, usta Diggory'ego wyginają się w pobłażliwym uśmiechu.
-Nie próbuj ze mną grać moja droga.-odparł i chociaż ta wypowiedź nie miała sensu, to Wroński powinna wiedzieć o co mu chodzi. Modeli dostanie, ale niech nie liczy na to, że uda jej się go podejść. Nie jest pierwszą, nie ostatnią. Notuje coś w swoim zeszycie, a potem jego usta po raz kolejny rozciągają się w uśmiechu.
-Nie mam czasu na bzdury.-dodał po chwili. Zanotował jej prośbę na liście swoich zadań. Następnie w sposób dosyć ostentacyjny wziął do ręki nowego papierosa, którego wyciągnął ze swojej kieszeni, wziął go do ręki i odpalił.
-Owocnej pracy panno Wroński, w razie potrzeby proszę się ze mną kontaktować.-powiedział, a po chwili została po nim już tylko czarna smuga. Wyszedł, zostawiając ją w takim samym szoku, w jakim ją zastał.

//zt
Gość
Anonymous
Gość
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]21.02.16 11:03
| 4 listopada?

Cztery dni. Dziewięćdziesiąt sześć godzin. Łącznie pięć tysięcy siedemset sześćdziesiąt minut. Nie wiedział, w jaki sposób zdołał przetrwać ten czas, kiedy każda sekunda zdawała się trwać w nieskończoność, kuranty wybijały smętne, powolne melodie, a machinalne spojrzenie na tarczę kieszonkowego zegarka przypominało mu o niej. Było to zapewne infantylne, ale obawiał się konfrontacji, lękał się spojrzeć Lai w oczy po tym, co zmuszony został uczynić. Wciąż pamiętał jej obojętność oraz (zdrowy) dystans, jaki zachowywała między nimi, uniemożliwiając mu szepnięcie do ucha krzepiących słów i obdarzenie jej (nie)dyskretną pieszczotą. Tęsknił do tego a jego megalomania nie pozwoliła nawet na przypuszczenie, że Lai go nie chce. I nie potrzebuje.
Zwykle zjawiał się bez zapowiedzi. Nie słał do niej listów, prócz krótkich notek ze swoimi inicjałami, które dołączał do bukietów kwiatów, jakimi obdarzał ją niemal codziennie. Do tego nie potrzebował słów, zresztą stokroć bardziej wolał ich fizyczny, czasami również i milczący kontakt, niż zdania, drżącą ręką skreślone na papierze. Choćby pisane pod wpływem emocji, choćby naznaczone wilgocią łez. Nie znosił tej zatrważającej odległości i przenikającej go na wskroś separacji; nie c i e r p i a ł bezproduktywnego trwania w impasie. Zawieszony w próżni między samczym pragnieniem Laidan oraz potrzebą przyciśnięcia jej do piersi. Bez żadnych erotycznych podtekstów.
Egoistyczne pobudki przytłumiło jednak zaniepokojenie i choć umiejętność przewidywania przyszłości uważał za bajki dla niedouczonych naiwniaków, nie mógł zignorować nieco złowróżbnej wymowy listu swej matki. Znał ją przecież doskonale i wiedział, że kontroluje się doskonale, że jest stokroć silniejsza niż można sądzić po jej posturze i delikatnym uśmiechu. Z lakonicznej wiadomości tchnęła jednak obawa, zaskoczenie… potrzeba wsparcia? Avery czytając między wierszami usiłował zrozumieć, co takiego mogło dogłębnie wstrząsnąć Lai, lecz list pozostawał diabelnie dyskretny.
Nie mógł już wysiedzieć w szpitalu, wraz z każdym kolejnym pacjentem denerwując się coraz bardziej. Nie patrząc na nazwisko stawiał swoją parafkę przy recepcie, odsyłając petentów do diabła, by jak najszybciej zakończyć dyżur. Myśli Samaela i tak uciekały w kierunku Lai, przez co skutecznie się rozpraszał i pozostawał głuchy na wszystko, co działo się na oddziale. Gdy nareszcie wybiła utęskniona godzina, zrzucił kitel i obojętnie przeszedł korytarzem, nie zważając zupełnie na pielęgniarki szarpiące się z mężczyzną przyjętym zeszłej nocy. Równie dobrze tamten mógł je zaszlachtować, a Avery nie czułby się temu absolutnie winny. Był p o p r a c y i liczyła się już tylko Laidan.
Wyjątkowo użył kominka, by przedostać się bezpośrednio do galerii. Znowu matka dawała mu niepodważalny dowód swego niebanalnego umysłu. Tutaj, w jej królestwie, gdzie rządziła niepodzielnie, odziana w purpurę jak Królowa Kier – istniała minimalna szansa, by przeszkodził im ktoś niepożądany. Skierował swe kroki prosto do pracowni, spodziewając się, że właśnie tam znajdzie Lai. Czekającą na niego? Bez słowa zbliżył się do niej i mocno objął, wdychając zapach złotych loków, pomieszanych z unoszącym się wokół ostrą wonią farb i terpentyny.
-Ojciec? – spytał, głaszcząc ją lekko i nie pozwalając, żeby oderwała się od jego ciała. Nienawidził Reagana równie mocno, jak ona… zwłaszcza w tej chwili, kiedy widział ją rozbitą, choć dzielnie trzymającą się ram narzuconej, sztywnej przyzwoitości.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]21.02.16 18:01
Czas zajmował istotne miejsce w filozoficznych rozważaniach Laidan. Od zawsze. Jako malutkie dziecko odliczała godziny do momentu, w którym ukochany ojciec wróci z pracy, ucałuje ją w czoło i zachwyci się każdym obrazkiem, jaki namalowała tego dnia z myślą o nim, siwowłosym i potężnym jak dęby, widoczne z okien rezydencji. Później, gdy z pulchnej kilkulatki stała się młodą dziewczynką, samotnie spacerującą po korytarzach Hogwartu - tak innego od rodowego zamku, gdzie spędziła dzieciństwo - z utęsknieniem wyczekiwała każdej informacji o możliwości powrotu do domu. Ferie, wakacje, święta, nawet sporadyczne, weekendowe wizyty, jakie mogła składać w Shropshire dzięki swojej chorobie genetycznej, stawały się światełkiem w posępnym tunelu nauki oraz szlamowatych kontaktów. Przepełniona wiarą w cuda sądziła, że wraz z powrotem do rezydencji na dobre skończy się etap nerwowego zerkania na kalendarz i wpatrywania się w wskazówki zegara. Miała mieć Marcolfa na wyłączność, miała być jego jeszcze przez długie lata. Decyzje ojca brutalnie zweryfikowały jednak jej marzenia, znów stawiając ją przed faktem dokonanym i na dobre zesłały do trwającego dekadami czyśćca. Tym przecież było oczekiwanie: najpierw na datę ślubu, potem na jakiekolwiek spotkanie z seniorem Averym, następnie: na jego pierworodnego potomka. Czas przeciekał Laidan przez palce; niepostrzeżenie z wybuchowej panienki stała się młodą, nieco zagubioną kobietą a w końcu - po tylu bolesnych doświadczeniach, naznaczających ją swoim piętnem - lady, panią na włościach, panią swojego życia, panią swojego czasu.
Który i tak musiała wykradać z puli przeznaczonej na obowiązki żony, zwłaszcza teraz, kiedy marnotrawny Reagan powrócił na stęsknione łono rodziny. Dwumiesięczna sielanka została brutalnie ukrócona i Lai ponownie ustawiła w pracowniach galerii wiekowe zegary, nieuchronnie wybijające godzinę powrotu do rezydencji. Tego wieczoru miało być jednak inaczej; sprawiła sobie przecież wyjątkowy prezent, oczekując nie bolesnego zdenerwowania a chwili ukojenia. Wskazówki pełzły przez pozłacaną tarczę niezwykle powoli, lecz Avery potrafiła być cierpliwa. Wytrzymała magicznych architektów i ich niezbyt lotne umysły; pożegnała także Aloysiusa i Leandrę, zostając w gmachu galerii samotnie. Jeśli nie liczyć ciągle zapakowanych obrazów, ułożonych w równym rzędzie w końcu pracowni. Nie, nie musiała ich ani liczyć ani sprawdzać magicznych zabezpieczeń, robiła to jednak po raz kolejny, by jakoś oszukać dłużącą się izolację.
Słodko przerwaną znanym rytmem kroków. W pierwszej chwili chciała pozostać obrócona plecami do drzwi, by dalej utrzymać obojętny dystans, lecz głupiutka chęć ukarania Samaela wydała się jej nagle niezmiernie dziecinna. Podobnie z ukrywaniem uczuć, bo kiedy odwracała się, by spojrzeć na zbliżającego się mężczyznę, nie potrafiła przywołać na swojej twarzy ani obojętności ani szerokiego uśmiechu, jakim go zazwyczaj obdarzała. Po prostu wtuliła się w niego, przytulając twarz do jego mostka, słysząc powolne, mocne bicie serca. Zazwyczaj nie pozwalała sobie na okazywanie słabości, która wymykała się jej dziwnie spod kontroli. Odetchnęła głęboko jego zapachem i dopiero po krótkiej chwili czułego uścisku odsunęła się na tyle, by móc spojrzeć mu w oczy. Stanęła nieco na palcach - nawet w szpilkach nie sięgała na tyle wysoko - i położyła palec na jego ustach, uciszając niewypowiedziane do końca pytanie.
- Reagan wrócił, lecz nie o tym chciałam porozmawiać - odparła a głos nieco jej zadrżał, choć spojrzenie niebieskich oczu pozostawało silne i niewzruszone. Przynajmniej, gdy poruszała kwestie swojego męża - swojego problemu, z którym musiała uporać się sama. Mogła go nienawidzić, mogła błagać najbardziej mroczne moce o sprawienie mu bólu, ale pozostawała świadoma jego mocy sprawczej. Nie skarżyła się więc wcale, także teraz. Przez jej twarz przemknął tylko lekki cień, gdy nieco nerwowo gładziła przód szaty Samaela, przesuwając wzrok z jego niebieskich oczu na złote guziki. - Ja...sama nie wiem, czy to moje urojenia, czy...czy to stało się naprawdę, ale...to było tak prawdziwe - zaczęła nagle po długiej chwili ciszy, po raz pierwszy mówiąc nie dość, że nieskładnie, to bez typowych dla siebie przymiotów. Bez buty, bez władczego sarkazmu, bez  p e w n o ś c i i bez planu, a w każdą głoskę wkradał się chaos i niemalże dziewczęcy niepokój.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownie sztuk pięknych Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]27.02.16 15:21
Nie mógł nawet podejrzewać, z czym takim przyjdzie mu się zmierzyć. Bliskość Lai skutecznie odrywała jego myśli od wszystkiego, ukrywając za grubą kurtyną każdy, zamierzchły już problem. Korzystając ze skradzionych chwil, w których byli tylko we dwoje, Avery nie chciał zastanawiać się nad niczym. Istniała tylko ona: jej miękki głos, delikatny zapach perfum, jedwabiste loki, biała skóra ramion i zsuwające się ramiączko sukienki. Po chwilach tak długiej rozłąki (wydawała mu się wiecznością), Samael przekuwał Lai na czystą cielesność. Unikając jednak rażącej przedmiotowości; matka była jego ulubionym afrodyzjakiem i mógłby złożyć jej czołobitny hołd za jej obecność i w podzięce za jego przyjęcie. Pomimo występku, jakiego się dopuścił, mimo zranienia jej uczuć – Avery wiedział, że Laidan cierpiała i równie dobrze wiedział, że prędzej odbyłaby drogę krzyżową niż przyznałaby się do takiej słabości. Dlatego była tak bliska jego sercu; niezależność i niezłomność sprawiły, że oszalał na jej punkcie i mógł okazywać jej każde uczucie, jakim zdołał jeszcze pałać. Na piedestale z namiętnością, ponieważ tylko ją kochał w ten sposób.
I wciąż z młodzieńczą zaborczością, dziecięcym przywiązaniem, do którego przyznawał się wyłącznie przed nią, z nadzieją, że go zrozumie. Granica przeszłości nie zatarła się wszak za nimi, mieszając się z teraźniejszością i tworząc im przyszłość. Integralną ze wspomnieniami, współgrającą z każdym epizodem, wieszczącym ich finalne zbliżenie.
Które było im pisane i Avery w żaden sposób w to nie wątpił. Nawet po okresie rozchwiania, nawet, kiedy musiał patrzeć na czułe gesty Reagana, nawet, kiedy widział, jak pod stołem ściska jej kolano i pieści ją, niepomny na to, że jego dzieci są już dorosłe i rozumieją ten władczy dotyk. Nawet kiedy sam oddawał się rozkoszom, Lai zawsze majaczyła gdzieś w jego umyśle i Samael odliczał fantomowe godziny oraz kroki, dzielące go od rodzinnej rezydencji w Shropshire. Od ciepłego ciała matki.
Które teraz czuł ze zdwojoną intensywnością, jakby tęsknota wyostrzyła jego zmysły. W prostym objęciu zaklął każde słowo, jakim powinien ją raczyć, gdyby nie to, że na złotym cokole stawiał czyny. Dlatego milczał, pozwalając na zdradziecką bezpośredniość i samemu chłonął silne bodźce, emocjonalne roztrzęsienie wyrywające się z jej drgającego ciała. Niechętnie ją wypuścił, jakby odsunięcie się miało również inny, symboliczny charakter i z troską odwzajemnił jej spojrzenie. Poszukując jakichkolwiek niepokojących śladów. Nie tak trywialnych jak rozerwana warga, fioletowa pieczęć pod okiem czy zsiniałe nadgarstki; skupił się raczej na tych pozornie niewidocznych. Zmarszczone brwi, zatroskany wyraz twarzy, cień smutku, niepewności przymykającej przez jej oblicze nie mógł pozostać nieuchwytny. Zamilkł posłusznie, słuchając jej wyjaśnień – znowu rozpalających w nich wściekłość, bo od powrotu o j c a rosło w nim wyłącznie niezadowolenie i frustracja. Z jego obecności i ograniczenia kontaktu z Lai – i choć chciał, nie mógł pozbyć się upiornego wrażenia, że coś się zmieniło. Nie naciskał jednak, chyba po raz pierwszy widząc matkę tak rozedrganą, jakby trawiła ją ostra gorączka. Postanowił sobie, że i tak dowie się wszystkiego. Jeśli nie po dobroci, to wydrze z niej prawdę innym sposobem. Uspokajająco kołysząc ją w meandrach umysłu i wspólnych momentów, by niespodziewanie wyrwać z niej ukrywane zmartwienia. I położyć im kres.
Przytrzymał jej dłoń na swojej piersi, nie pozwalając, by oddaliła się od niego. Znowu.
-Jestem przy tobie – wyszeptał uspokajająco, jakby pełnił rolę gwaranta stabilizacji – co się stało? – spytał, głaszcząc ją po policzku. Ze świadomością, że naprawdę stało się coś poważnego, bo jeszcze nigdy nie doświadczył Lai w takim stanie. I obawiał się, czy będzie w stanie jej pomóc.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]27.02.16 16:08
Okazywanie słabości nigdy nie było dla Laidan opcją w żadnym ze starć z życiem. Wychowana twardą ręką ojca wiedziała, że pozwolenie sobie na podobne emocjonalne obnażenie przed kimkolwiek, nawet przed najwierniejszym przyjacielem, niesie ze sobą zbyt wielkie ryzyko. Szła więc przez swoją dorosłość z wysoko podniesionym czołem, pewnie, wydając się każdemu, kto ją poznał osobą wręcz niezniszczalną. Od dziecka aż po wiek dojrzały; zawsze odpowiednia, zawsze łagodnie prześlizgująca się przez granicę kobiecej łagodności i męskiego zdecydowania. Już jako mała dziewczynka częściej posługiwała się konkretnymi wymogami niż płaczem, wprowadzając w konsternację regularnie wymieniane guwernantki. Lai nie była typową szlachcianką. Nie posiadała matki, która mogłaby czesać jej długie włosy, ubierać w kolorowe sukienki i narzucać swoją żeńską słabość charakteru. Odkąd pamiętała znajdowała się wyłącznie pod pieczą ojca, który decydował o każdej z cech jej rozwijającej się osobowości. Nie, nie tęsknił za synem, jak robiło to wielu szlachciców, albo odnoszących się z pogardą do córek albo wmuszający w nie typowo samcze zachowania. Marcolf traktował ją jako osobę wyjątkową, potrafił znaleźć złoty środek między czułymi pieszczotami a treningiem stalowego charakteru. Szlachecka socjeta początkowo ze zdziwieniem przyjmowała zachowanie Laidan: po samotniczym wychowaniu bez kobiecej dłoni, formującej córkę, spodziewali się raczej dziewczęcia nieporadnego, zahukanego, nieprzystosowanego do towarzystwa...jednakże lady Avery nie spełniła tych nieprzychylnych oczekiwań, błyszcząc w każdym tego słowa znaczeniu. Uprzejma, lecz potrafiąca postawić na swoim; skromna, lecz pewna siebie; cnotliwa, lecz biegła w sztuce kokieteryjnej konwersacji. Z dworu Ludlow wychynęła prawdziwa młoda dama o wielu zaletach i jednej, największej tajemnicy, skrytej za śliczną buzią i latami nauki oklumencji. Dziewczę nie okazujące strachu czy dyskomfortu, nigdy nie plamiące Sabatów cichym płaczem z błahych powodów. Wysupływała emocje niemalże przypadkowo, subtelnie, panując nad każdym gestem i drgnięciem mięśni twarzy, perfekcyjna w odgrywanym przedstawieniu. Nawet za kulisami.
Nigdy przecież nie dzieliła się z Samaelem problemami małżeńskimi, nigdy nie zwierzyła mu się z sekretów alkowy, nigdy nie pozwoliła mu odkryć wspomnień związanych z ciężkim ciałem Reagana przyciskającym ją do podłogi. Niosła to brzemię samotnie, nawet nie biorąc pod uwagę możliwości przerzucenia części tragedii na ukochanego syna. Była przecież silna, dzielna, samowystarczalna, bez najmniejszej skazy. Nawet i w tej chwili, gdy jednak łamała narzucone sobie samej zasady. Chciała tłumaczyć to zmęczeniem, nagromadzeniem przykrości, jakie spotkały ją w ostatnich dniach, lecz tak naprawdę liczyła się tylko jego obecność. Wsparcie, ciepło ciała, delikatny dotyk palców, przesuwających się po jej policzku w uspokajającej pieszczocie. Ponownie spojrzała w oczy bruneta, z ulgą przyjmując ich zdecydowany wyraz bez ani grama zażenowania. Pomimo tej akceptacji, płynącej z jego strony, zacisnęła na chwilę usta w wąską linię, próbując okiełznać drżący głos.
- Wtedy, w noc... - zaczęła, lecz znów zamilkła. Powrót ojca, osoby, która ją stworzyła, która była całym jej światem i która kochała ją najmocniej, kompletnie dewastował lodowaty spokój, jakim zazwyczaj odznaczała się Laidan. Uśmiechnęła się na sekundę, trochę smutno, trochę ze strachem, trochę z jakimś wstydem. - Marcolf wrócił. Widziałam go. Rozmawiałam z nim - powiedziała w końcu, a gdy te słowa umknęły spomiędzy jej ust, Laidan poczuła się nagle niesamowicie lekko, wręcz radośnie...i jednocześnie przejął ją chłodny strach, osiadający gęsią skórką na odkrytych ramionach.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownie sztuk pięknych Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]29.02.16 3:18
Laidan była przy nim przez trzy dekady. On przy niej – nieco krócej, lecz kiedy pojął, jak oddawać i odwzajemniać matczyną miłość, zaangażował się w to bez reszty. Znał ją najlepiej; kobiece humory, poglądy, jakich niewiastom nie wypadało wypowiadać w towarzystwie wpływowych mężczyzn, jej ciało, które wciąż odkrywał powoli na nowo. Nie mieli przed sobą żadnych tajemnic – prócz sekretów, jakie rzeczywiście powinni zabrać ze sobą do grobu, by wraz z ich ciałem strawiły je płomienie – Avery chełpił się pełnym zaufanie matki. Która wydawała mu się wręcz nierzeczywista, dzielnie walcząc z targającym nią… rozrzewnieniem (?) Nie potrafił tego rozgraniczyć, nawet pomimo tego, że mienił się znawcą ludzkich dusz, Laidan pozostawała dla niego zagadką. Nie chciał atakować jej legilimencją i gwałtem wydzierać myśli i wspomnienia, lecz bał się o nią. I właśnie ten lęk, paniczny strach o najdroższą mu osobę powodował, iż rozważał zrobienie jej krzywdy. Dla jej dobra.
Musiał jednak okiełznać tę chęć pośpieszenia biegu wypadków – ostatnimi czasy stawał się stanowczo zbyt niecierpliwy. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziła Laidan, stawka zbyt wysoka, by móc ją przegrać. Mógł zaciskać pięści, w duchu miotać przekleństwa i wyobrażać sobie, jak ciało Reagan wiotczeje, gdy uderza w nie zielony promień z jego różdżki, mógł poważyć się na podniesienie na jego ręki, ale wówczas poniósłby porażkę. Musiał być cierpliwy. Dlatego milczał, czekając aż sama Lai zdobędzie się na otwarcie, na wyznanie – grzechu? winy? – i jednocześnie tulił ją, aby wiedziała, że znajdzie w nim wsparcie. Cokolwiek się stanie.
Nie przysięgał jej wierności w zdrowiu i chorobie, lecz razem przetrwali rzeczy gorsze niż egipskie plagi i Samael gotów był do największego poświęcenia. W imię przywiązania najprostszego, które kiełkowało w nim od dziecka – jeszcze zanim obdarzył Laidan pierwszym, świadomym, męskim dotykiem. Innym niż teraz, kiedy zwyczajnie i troskliwie przygarniał ją do siebie, chcąc zamknąć w ramionach i obronić przed złem, zdającym się czyhać z każdego zakątka. Role się odwróciły; teraz ona potrzebowała jego opieki, jaką destylował ze zdecydowanych gestów i równie niezłomnego wyrazu twarzy. Obiecującego Laidan, że nie spocznie, póki nie sprawi, żeby na powrót poczuła się bezpiecznie. Początkowa konfesja nie zaniepokoiła go; dopiero przerwane wpół zdanie brzęczącym gongiem zaalarmowało Avery’ego. Któremu obraz matki dziwnie się rozmazywał, rozwiewając nawet kontury – nie poznawał tej rozdygotanej kobiety, zazwyczaj perfekcyjnie opanowanej. I równie powściągliwej, jak on sam.
Dopiero kolejne słowa, jak pociski wbiły się w percepcję Samaela, tworząc w niej ogromną, ziejącą dziurę. Nie wierzył – przecież to niemożliwe – że jego o j c i e c mógł dobrowolnie powrócić po tylu latach banicji w świecie umarłych. Nie obchodziło go zupełnie, jak tego dokonał. Dołączył w poczet bytów niematerialnych, lecz namacalnych. Bardziej prawdziwych od wspomnień, jakie przecież oboje pielęgnowali szczególnie. Avery nie poddawał wyznania Lai żadnej wątpliwości, kłamstwo poprowadziłoby ją przecież donikąd. Jej stan również zdradzał silne rozchwianie emocjonalne – blade policzki zabarwione niezdrowym rumieńcem, trzęsący się głos… Marcolf wrócił.
Powinien natychmiast wypytać o każdy szczegół, jego serce powinien ścisnąć żal za przedwcześnie utraconym ojcem, powinien zawtórować Lai i może nawet uronić łzę, aczkolwiek... Nie potrafił się zdobyć na żaden z tych gestów. Stał niczym wmurowany w podłogę, jego ręce bezwładnie opadły wzdłuż tułowia, gdy milcząc wpatrywał się w oblicze Lai, poszukując u niej oznak szczęścia. Z odzyskania dawno utraconej miłości.
Poczuł się irracjonalnie zazdrosny i zakiełkowała w nim jedna, okropna myśl: że znowu bedą musieli się nią dzielić.
-Wrócił - powtórzył ochrypłym głosem, zszokowany i z ł y, choć przezierało zeń wyłącznie zaskoczenie. Wraz z akceptacją nieakceptowalnego faktu.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]29.02.16 15:56
Choć od pamiętnej Nocy Duchów minęło już kilka długich dni, Laidan nie potrafiła odnaleźć w sobie zdrowego dystansu. Wspomnienie lodowatego dotyku Marcolfa zdawało się zostawić trwały ślad nie tylko na jej ciele, ale i na dotąd niezmiennej osobowości, na właściwie każdym najdrobniejszym fragmencie duszy. Należącej przecież do niego: namiętna megalomania nigdy nie sięgnęła nawet cokołu, na którym zbudowała pomnik swojego ojca, traktując go niemalże jako istotę boską. Już za życia, kiedy rządził i dzielił z surową sprawiedliwością, towarzysząc Lai na każdym etapie mozolnej przemiany z niewinnego dziecka w kobietę upadłą...a mimo to wyniesioną wyżej niż jakakolwiek przedstawicielka słabszej płci. Ojciec nigdy nie traktował jej z pobłażliwością, kierowaną ku stworzeniom głupim i nieistotnym, od razu wymagając od niej więcej. Przestrzeganie złotych zasad początkowo bolało, lecz każdym cierpieniem zasługiwała na najsłodszą nagrodę. Jego obecność, jego uwagę, jego bliskość, niezależnie, czy otrzymywała ją w sposób platoniczny czy ten budzący początkowy niepokój, później płynnie przemieniony w palącą namiętność. Potrafiła przecież dokładnie przywołać z pamięci zapach jego wyjściowej szaty, kiedy wracał z Sabatów i całował jej czoło, lekko drapiąc materiałem i zarostem zarumienioną od snu szyję: zarówno, gdy była małą dziewczynką odzianą w białą halkę jak i wtedy, gdy czekała na niego nago, przykryta jedynie satynowym prześcieradłem.
Niezmienne pozostawało jedynie uczucie, dwójka aktorów i urocza gra Laidan.Zzawsze udawała głęboki sen, jakby chciała sprawdzić, czy Marcolf przyjdzie, czy jest dla niego aż tak istotna, czy nie może bez niej wytrzymać, czy do niej wróci.
Zaskakujące, jak niewiele zmieniło się od tamtego czasu. Ostatnie lata spędziła przecież w żałobnym letargu, udając, że potrafi poradzić sobie z nieobecnością ojca, że pogodziła się z nią na dobre i nie zaciska już wieczorem oczu, nasłuchując męskich kroków, odbijających się przytłumionym echem po korytarzach dworu. Nie słyszała ich...aż do tej nocy, gdy wyjątkowo Marcolf pojawił się w jej sypialni bez dźwięku, bez ciała, bez ż y c i a. Zaledwie wspomnienie ojca, mara, duch, urojenie? Jeszcze przed chwilą wątpiła, wahając się pomiędzy podważeniem zdrowia swych zmysłów a popadnięciem w stęsknione szaleństwo, ale w chwili, w której słowa zostały już wypowiedziane, jakiekolwiek pytające frustracje rozpierzchły się w drżącym powietrzu, jakie wydychała prosto w usta ich syna. Kolejnego dowodu, że idea może stać się ciałem i że nie można uciec przeznaczeniu. Zwłaszcza temu złożonemu na ołtarzu ich rodu, spływającego najczystszą krwią.
Wzburzoną falą przenikającego ich ciała. Czuła jego wzburzenie, jego szok, jego nagły dystans, lecz wszystko to odczytała - po raz pierwszy od bardzo dawna - opacznie. Ona przecież także drętwiała w niedowierzaniu, lżejszym jednak, bo przecież w chwili objawienia słyszała głos ojca. Samael miał tylko jej chwiejne świadectwo, jakie jednsk przyjmował. - Wiem, ja...też tego nie rozumiem - powiedziała po sekundzie z jakimś nagłym żarem, a przejmujący smutek - dzięki podzieleniu się dobrą nowiną z ukochanym synem - powoli przepalał się w podekscytowanie. Ciągle drżące z niepokoju i niepewności, ale jednak bliższe uśmiechowi niż grymasowi rozpaczy, nawet gdy instynktownie, z jakimś bólem zmysłów, dzieliła się z nim pierwszym wyznaniem. - Nie mogłam go dotknąć - wyszeptała, w tym samym momencie obejmując chłodnymi palcami dłoń Samaela. Wargi znów zadrżały z mieszaniną frustracji i żalu, ale jej oczy nie były już przygaszone. Wpatrywała się w stojącego przed nią mężczyznę niemalże wyczekująco, chociaż nawet nie próbowała wyobrazić sobie jego reakcji na informację o powrocie ukochanego ojca. - Boję się, że to była tylko ułuda, że sobie to wymyśliłam, że to po prostu... - kontynuowała już racjonalniejszym tonem, urywając jednak zdanie w połowie. Że to po prostu wynik zazdrości o ciebie, Samaelu? Tych przeklętych zaręczyn, pierścionka i pocałunku?



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownie sztuk pięknych Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]01.03.16 18:18
Czasami miewał przebłyski, że tak naprawdę wcale nie jest nieomylny i że pozostaje boleśnie ludzki, porównywalnie do motłochu, jaki rozplenił się na świecie niczym jakaś potworna zaraza. Zdarzało się to, kiedy już dorósł i dojrzał na tyle, by móc spojrzeć prawdzie w oczy – prawdzie, która przez znaczną część jego egzystencji pozostała zakryta grubą szklaną taflą. Zamazany i zdeformowany obraz rzeczywistości przyjmował pokornie, ponieważ było to tylko odbicie prezentowane na zewnątrz. Avery naturalnie posiadał samoświadomość, został obdarzony wiedzą większą i rozleglejszą. W sposób nieprzewidziany i wyłamujący się ze schematów scenariusza idealnego życia perfekcyjnej szlacheckiej rodziny. Trzy pokolenia złączone jedną osobą w prostym ciągu przyczynowo skutkowym. Marcolf, Laidan, oboje spajali łańcuch ich wynaturzonej więzi, a on stał się żywym, oddychającym dowodem na to, że nie istnieje przeszkoda nie do pokonania. Równocześnie zaś potwierdzał, iż losem decyduje Fatum a od przeznaczenia nie ma ucieczki.
Teorie predestynacji Samael uważał za bajdurzenie, jednakowoż nie mógł pozbyć się przeczucia, że każdy krok poczyniony przez niego w celu zbudowania z matką relacji wykraczającej poza sferę poznania ludzkiego został podyktowany przez siły wyższe. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, iż tak m u s i być, że żaden sprzeciw ani protest, ani rozstanie ani nawet ujawnienie sekretu ich nie zniszczy. Metafizyczna sfera ich relacji stała się zbyt ulotna, niedostępna dla śmiertelników, pozostająca poza ich granicami – każda tajemnica, którą skrywał ród Averych symbolizowała przynależność do kasty boskiej, lecz to zazdrosne jej strzeżenie doprowadzało do desakralizacji, z powrotem wtłaczając w krępujące jarzma człowieczeństwa.
Dzieciństwo Samaela utkane było w misterną arabeskę tajemnic i sekretów, zaborczo chronionych i skrywanych przed każdym. Bez wyjątku, czy mienił się przyjacielem rodu, czy też należał do pozostających poza nawiasem niedotykalnych. O pewnych rzeczach się nie mówiło – nikomu. Ojcostwo i macierzyństwo również poniekąd pozostawało tematem tabu; Avery przecież sam kultywował ową rodzinną tradycję, okłamując nie tylko cały świat, ale również i swą rodzoną córkę. Dokładnie tak samo, jak niegdyś okłamywano jego.
Miał mało czasu, aby poznać swego ojca. Choć Marcolf czuwał nad nim od urodzenia, choć poświęcał mu mnóstwo czasu, kiedy tylko przebywał we dworze, Samael dopiero w wieku piętnastu lat zobaczył w nim swego rodziciela. I potrzebował oswoić się z tą myślą, by od zupełnych podstaw wykuć między nimi więź. Nieco… patologiczną, kiedy całował jego pierścień i drżał z ekscytacji po raz pierwszy nazywając go ojcem, a jednocześnie myśląc o Laidan i o tym, co ich połączyło. Poza boską osobą Marcolfa. Avery tkwił w tym dysonansie między szacunkiem i podziwem a palącą zazdrością aż do śmierci swego ojca. Którą przyjął z żalem, rozpaczą i… ulgą. Starał się ją zepchnąć na dno świadomości, pogrążyć się w smutku i przelewać łzy goryczy, lecz czuł niepokojącą satysfakcję. Laidan wreszcie była tylko jego.
Ponownie się to zmieniało; przecież doskonale wiedział, że można oszukać śmierć. Danse macabre był nieunikniony, lecz Marcolf najwyraźniej przejął prowadzenie w krwawym tangu z kostuchą… i wrócił.
-Uspokój się – rzekł cicho, ale stanowczo, przytrzymując dłoń Lai i unosząc ją do ust, by obdarzyć czułym pocałunkiem. Ponownie przycisnął ją do piersi, aby ją wyciszyć - ze wszystkich emocji: ze strachu, z radości, z niedowierzania i z zawstydzenia. Gładząc ją po plecach, zmusił się do pozbierania myśli. Powinien się cieszyć, m u s i a ł się cieszyć. Matka właśnie zwiastowała mu Dobrą Nowinę, a on… jak syn marnotrawny chciał poprosić o swoją część schedy (czyli o nią) i odejść jak najdalej od Marcolfa, który wedle słów Lai powrócił do żywych.
-Wierzę ci – powiedział nieco roztargnionym tonem, machinalnie pieszcząc jej ramiona – Co takiego mówił? Dlaczego wrócił? – spytał już konkretnie, patrząc jej prosto w granatowe tęczówki. Jego tęczówki; tej miłości ani Reagan ani Marcolf nie mogli mu już odebrać.


And when my heart began to bleed,
'Twas death and death indeed.
Samael Avery
Zawód : ordynator oddziału magiipsychiatrii
Wiek : 30
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczony
Szalony, niech ukocha swe samotne ściany
I nie targa łańcucha, by nie draźnić rany
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Doskonała rozpusta wymaga doskonałego odprężenia.
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t631-samael-marcolf-avery#1801 https://www.morsmordre.net/t1443-samaelowa-skrzynka-z-pogrozkami#12562 https://www.morsmordre.net/t807-call-me-doctor-love https://www.morsmordre.net/f119-shropshire-peace-street-102 https://www.morsmordre.net/t2798-skrytka-bankowa-nr-160#45281 https://www.morsmordre.net/t972-ten-lepszy-avery
Re: Pracownie sztuk pięknych [odnośnik]01.03.16 20:50
Powrót Marcolfa otwierał całkiem nowy rozdział w księdze rodu, budowanej pieczołowicie kolejnymi stronicami kaligraficznego pisma, opisującymi zdarzenia sprzed wieków. Właściwie niezbyt różniącymi się od tych współczesnych: Avery pielęgnowali tradycję z absolutną dokładnością, pieczołowicie wypełniając każde zobowiązanie wobec szanowanych protoplastów. Surowe, spartańskie wychowanie, wierność rodowej maksymie, czystość krwi ponad wszystkim a każdy element misternego arrasu przetykany był jaśniejącą, złotą nicią megalomanii. Zaszczepionej w kodzie genetycznym na dobre i tak silnej, że nawet najbardziej narcystyczni ze szlachciców przy aroganckich przedstawicielach Averych wydawali się skromnymi paziami. Wysoko podniesione czoła, zaciśnięte usta, szorstkie obycie, nie pozbawione jednak specyficznej gracji. Inni słynęli z dokonań artystycznych, szczycili się królewskim pochodzeniem lub poskramiali niebezpieczne bestie, lecz nie oni. Odznaczający się brutalnością i pulsującymi od krwi sekretami, które w ostatnim pokoleniu wyjątkowo nie były tożsame z nienawiścią i brutalnością a najczystszym uczuciem miłości. Trzymanej w dusznej tajemnicy: poprzedni nestorzy rodu nigdy nie kryli się z morderczymi skłonnościami - kamienne pomniki w zamku Ludlow pamiętały przecież niejedno - lecz Laidan nigdy nie odnalazła w rodzinnych spisach żadnej wzmianki o nagłym uczuciu, burzącym ustalony przed wiekami porządek. Jej przodkowie wydawali się oschli a ich życia mieściły się w sztywnych ramach, gdzie jedyną namiętność stanowiło poczucie władzy i umiłowanie rodu.
Czyżby Marcolf był pierwszym, który stawiał miłość nad nienawiść i sianie strachu? Lai święcie w to wierzyła, co czyniło z ojca kogoś zasługującego na jeszcze więcej. Więcej szacunku, oddania, posłuszeństwa, zainteresowania; stawał się centrum i zarazem panem nowego wszechświata, jaki porządkował na swoich warunkach, nie patrząc na moralne zasady. W jego pewności siebie było coś jednocześnie mrożącego krew w żyłach jak i dziwnie rozczulającego: przynajmniej Laidan rozpływała się w nagłym pożarze, gdy uświadomiła sobie swoją wartość. Budowaną szorstkimi dłońmi ojca, zagarniającego ją do siebie jako własność. Zależną od niego w każdym calu a jednocześnie na tyle samodzielną, by mogła stanowić jego partnerkę i zostać naznaczoną jako matka jego syna.
Historia zataczała piękne koło moralnej zgnilizny, lecz Lai już dawno pozbyła się dziewczęcej niewinności, o ile kiedykolwiek taką posiadała, od razu z nieświadomego dziecka zostając przeprowadzoną w świat zmysłowej dorosłości. Czy podobnie postępowała z Samaelem? Nie mogła obiektywnie stwierdzić, a lata rozważań nad tym, czy mogła mu wtedy odmówić, tylko mocniej utwierdzały jej decyzję. Wtedy chwiejną, w pewien sposób zdradziecką, lecz okazującą się brzemienną w skutkach. Zarówno tych rozkosznych i pełnych miłości - przecież bez wsparcia syna od razu dokonałaby rytualnego samospalenia wdowy, rozsypując się w pył tuż obok chłodnego ciała Marcolfa - jak i bolesnych. Nie dała Samowi syna, powiła mu córkę, do tego córkę chorą, niewydarzoną, wybrakowaną. Kochała Julienne z całego serca, jednak żal do samej siebie nie pozwalał jej tego odpowiednio okazywać. Dziewczynka była uosobieniem jej porażki: jako kobiety i jako matki.
Te i inne myśli, krążące ściśle wokół rodziny, roztłukiwały się w jej umyśle wielokolorowym szkłem kalejdoskopu. Nie sprawiały jej bólu, raczej dekoncentrowały i wyprowadzały z chwiejnej równowagi, jaką odzyskała na dobre dopiero, gdy Samael ponownie przytulał ją do swojego ciała. Tu, w mgiełce jego zapachu i ciepłego oddechu, mogła pozwolić sobie na ukoronowanie słabości. Wcale nie płaczem, tylko cichym westchnieniem ulgi, gdy po prostu była przy nim. Najpierw w zamkniętymi oczami, potem z wzrokiem utkwionym w jego rozszerzonych źrenicach.
Nie odpowiedziała na pytanie od razu, najpierw stając nieco na palcach i przesuwając dłońmi po jego karku, by móc złożyć na jego ustach szybki pocałunek. Daleki od subtelności, lekko jeszcze drżący i bliższy namiętnej pieszczocie niż uspokajającemu gestowi. - Nie mówił wiele. Po prostu...wrócił. I chciał się z tobą zobaczyć - odpowiedziała już bez żadnego zawahania, nie zwiększając jednak dystansu między ich twarzami. Szepcząc, muskała raz po raz jego usta swoimi, na razie ślepa na czającą się gdzieś w podświadomości Samaela zaborczość. - To wszystko jest takie nierzeczywiste. Jego widok bolał, ale...dawno nie czułam takiej mieszaniny żalu i szczęścia - kontynuowała po chwili ciszy wypełnionej mocnym pocałunkiem. Po raz pierwszy mówiła tak szczerze o swoich uczuciach. - Wrócił do nas - powtórzyła znów, jakby wypowiadanie tych słów niosło ze sobą niesamowitą, jeszcze niezgłębioną magię, umacniając więź z niematerialnym widmem.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
Pracownie sztuk pięknych Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery

Strona 1 z 4 1, 2, 3, 4  Next

Pracownie sztuk pięknych
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach