Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
śnieżny luty 1926
AutorWiadomość
śnieżny luty 1926 [odnośnik]27.12.15 16:37
Zimowy bankiet, organizowany przez wysoko postawionego urzędnika Ministerstwa, podobno należał do tradycji. Podobno zapraszano na niego tylko wykazujących się pracowników, wyłącznie czystej krwi. Podobno w wystawnym dworku na przedmieściach Londynu znajdywali się najambitniejsi i najlepiej rokujący dyplomaci, prawnicy, strażnicy oraz aurorzy. Podobno Laidan powinna być zachwycona wieczorem spędzonym z ludźmi sukcesu – problem w tym, że lekki uśmiech, rozciągający jej krwistoczerwone (cóż za niemoralność!) usta, po trzeciej godzinie wymiany uprzejmości zaczynał niebezpiecznie drżeć. Miała dość dygnięć, przedstawiania się i przyjmowania bardzo spóźnionych gratulacji zamążpójścia, a co najważniejsze: miała dość ciągłej bliskości swego męża. Mogła zostać w domu i wykorzystać ten czas na krótką wycieczkę do posiadłości ojca, ale siła wyższa – będąca jej ukochanym ślubnym – zdecydowała inaczej.
Dopiero po trzech godzinach bankietu cudem wymknęła się spod zagarniających ramion Reagana - nowe dyplomatyczne towarzystwo, jakie właśnie zabawiał rozmową, zajęło go do tego stopnia, że łaskawie pozwolił Laidan na oddalenie się w kierunku damskiej toalety, zapewne nie chcąc, by zepsuła jego lingwistyczny żart. Zawsze śmiała się z nich na końcu, nieporadnie próbując łączyć fakty a przez to doskonale wpisując się w stereotypową łatkę młodziutkiej, głupiutkiej żonki. Będącej hojnym prezentem rodu, prezentem ciągle błyszczącym nowością, w końcu od radosnego dnia zaślubin minęło zaledwie sześć miesięcy. Odliczała dokładnie każdy dzień odebranej jej wolności, każdą noc, kiedy musiała zagryzać wargi i znosić dotyk zupełnie obcego mężczyzny. Nie mogła okazywać prawdziwych uczuć, parzącego rozżalenia, przejmującego smutku i tęsknoty za ojcem – nie taką rolę wyznaczono jej do odegrania. Z niewinnej córeczki bardzo szybko przeszła w ręce innego mężczyzny, dopełniając go jako żona idealna. Posłuszna, spokojna, doskonale wychowana, zawsze z lekkim uśmiechem i miłym słowem. Na salonach prezentowała się bez zarzutu, dojrzale jak na swój młody wiek, urodą podkreślając tylko charyzmę swego męża. Zabierającego ją ze sobą na wszelkie towarzyskie wydarzenia, zazwyczaj dotyczące pracy w Ministerstwie. Nie potrafiła spamiętać imion, nazwisk i stopni każdej przedstawianej jej osoby; gubiła się w tym wielkim, chłodnym i niesamowicie nudnym świecie politycznych rozmów. Trwała jednak przy boku Reagana, nie przynosząc mu wstydu a wręcz – mimo wewnętrznej rozpaczy – starając się wspierać go w salonowych gierkach. Rzadko kiedy pozwalała sobie jednak na samodzielne rozmowy, koncentrując się na komplementowaniu statecznych żon, patrzących na nią z wyraźną niechęcią. Na każdym ze spotkań była najmłodsza i często miała wrażenie, że większość traktowała ją dalej jako dziecko, chętnie usadzając ją przy osobnym miniaturowym stoliczku. By nie przeszkadzała…i nie prowokowała. Wyczuwała przecież na sobie lepkie spojrzenia rówieśników bądź przełożonych Reagana, na tyle subtelne, by nie wywołać skandalu, lecz także na tyle wyraźne, by czuła się niekomfortowo. Nawet tuż obok swojego męża, brylującego w towarzystwie, które właśnie opuściła.
Wymówka poprawienia urody – ach, to pudrowanie nosków i układanie niesfornych loków – była okazją do chwili samotności. Wiedziała, że całe swoje życie spędzi na tym salonowym piedestale i przyjmowała narzuconą rolę z pokorą (i odrobiną rosnącej fascynacji), jednakże pragnęła, by u jej boku stał Marcolf. Jej ukochany mężczyzna, jej ojciec, którego mogłaby słuchać godzinami, zerkając na jego dojrzałą twarz. W swej surowości i dystansie, jaki wokół siebie tworzył, tak bardzo różnił się od wzbudzającego powszechną sympatię Reagana, ale to do ojca Laidan lgnęła w kompletnym zaślepieniu, próbując jakoś poradzić sobie z tęsknotą. Chwyciła z wirującej w powietrzu tacy kieliszek, upijając łyk wina i kierując swe kroki do opustoszałej oranżerii. Całe rozochocone towarzystwo zaczynało kolejne tańce w przestronnym holu dworku a Lai pragnęła uciec jak najdalej zarówno od nachalnych spojrzeń jak i denerwującej ją muzyki.
W zachwycającej oranżerii – tym piękniejszej w kontraście z zamrożonym ogrodem poza szklanymi oknami – panowała duszna cisza, przerywana tylko kapaniem wody, stukotem obcasów Avery oraz…krokami kogoś jeszcze. Zafascynowana marmurową fontanną oraz pewna, że to tylko przypadkowy przechodzień, odwróciła się w ostatniej chwili, rozpoznając w mężczyźnie jednego z poznanych przedtem urzędników. Od bruneta zionęło alkoholem i jakimś niebezpieczeństwem, jakie wyczuwała nawet wychowana pod kloszem Lai. Instynkt widocznie działał jednak z przytępieniem, bo kiedy dłoń nowego znajomego zacisnęła się wysoko na jej ramieniu, zareagowała tylko próbą odepchnięcia jegomościa. Próbą nieudaną, stanowiącą dość żałosne preludium do żałosnych poczynań pijanego mężczyzny, przekraczającego zdecydowanie granicę przyzwoitości, kiedy jego lepkie od alkoholu usta przesuwały się po jej szyi. Prowokując krótką szamotaninę, słyszalną tylko w opuszczonej oranżerii – pomimo strachu, Laidan pozostawała żenująco cicha, ciągle w tyle głowy mając wyraźne zapisane złote zasady o nie wszczynaniu skandalu. Krzyk i tak nie przeszedłby przez jej ściśnięte gardło, kiedy próbowała wyrwać ramię z uścisku natręta, z trudem utrzymując równowagę na śliskiej posadzce.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
śnieżny luty 1926 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]02.01.16 17:15
Co on tu robił? Naprawdę coraz mniej był tego pewien. Niby jego obecność świadczyła o tym, że jest wyjątkowy, dobrze zapowiadający się, doceniony przez tych na górze, ale jakoś nie potrafił się tym cieszyć. Nie czuł się dobrze wśród śmietanki towarzyskiej. Przyszedł, bo wypadało, może trochę z ciekawości, żeby zobaczyć jak wygląda podobne wydarzenie. Nie było to nic ciekawego. Teraz już był tego pewien. Sztuczność. Że też tym ludziom to odpowiada... Naprawdę? Naprawdę ktoś przyszedł tu dla rozrywki? Oni naprawdę bawili się tak dobrze? Teraz już niczego nie był pewien. Może oni to lubili. Pewnie czuli się bardzo wyjątkowi, tak jak on powinien się czuć. Dlaczego więc się tak nie czuł? Błędne koło, ale te rozważania były ciekawsze niż to, co się działo w dworku... jakiegoś urzędasa. Czy to ważne którego? Oni wszyscy byli tacy sami! Londyn miał być szansą, ucieczką od rutyny i rodziny Krügerów. Tu wszystko miało być inne, miał robić karierę policjanta. Karierę pełną wyzwań i przygód. I robił. Robił karierę, wspinał się coraz wyżej, ale to wyglądało zupełnie inaczej niż się tego spodziewał. Rozczarował się. Teraz był pewien, że nie zabawi tu długo. Wyjedzie. Jeszcze nie wiedział dokąd, ale był pewien tego, że wyjedzie. Ucieknie od tej nudy i od tego całego Ministerstwa pełnego takich samych ludzi. Miał zamiar wrócić do rodzinnego kraju, do rodzinnego miasta, gdzie czeka na niego Szanowny Pan Właściciel rodzinnego biznesu, jego starszy brat Alfred, który w przeciwieństwie do Vincenta kontynuował tradycję: ożenił się, spłodził synów i zajmował się rodzinnymi interesami. Która z tych rzeczy była nudniejsza? Który z nich miał bardziej ekscytujące i pełne wrażeń życie? Czuł, że póki nie sprawdzi tego osobiście, nie ma prawa  rozstrzygać swojego dylematu.
Póki co był jednak częścią tego wszystkiego, tego bankietu, do którego całą swoją duszą nie pasował, ale za przykładem innych usilnie udawał, próbował sprawiać wrażenie, że wszystko jest w porządku i bawi się wyśmienicie. Już niedługo! On stąd wyjedzie, a oni zostaną w swoim błotku i nadal będą prawić sobie jakże szczere komplementy i wymieniać się równie szczerymi uśmieszkami. Najpierw jednak musiał ułożyć sobie jakiś plan i zdecydować, czy powrót do Düsseldorfu jest aby dobrym pomysłem. Tak średnio mu się to uśmiechało, ale gdzie indziej mógł pojechać? Był jeszcze młody, nie znał świata. Wolał nie próbować szczęścia w jakimś zupełnie obcym kraju. Wystarczy, że już raz popełnił ten błąd. Mógł być policjantem, ale to zajęcie już dawno mu zbrzydło, mógł się zatrudnić u brata i to mogło wypalić, czy mógł być jeszcze kimś innym? Nie był pewien.
Wyszedł. Chciał odetchnąć, może zapalić. Cokolwiek, byleby oddalić się od tej przytłaczającej atmosfery i kolejnych pseudo-rozmów. Znalazł naprawdę cudowne pomieszczenie. Pełne zielonych, ciepłolubnych roślin, w ten śnieżny wieczór. Idealnie! Kto by się tu zapuszczał, gdy w innych pokojach tyle wspaniałego towarzystwa? Mógł wreszcie odetchnąć. Podobne schadzki nigdy mu się nie zdarzały. Zawsze był duszą towarzystwa i głównym zainteresowanym. Lubił słuchać, a jeszcze bardziej opowiadać. O czym jednak mógł opowiadać tym ludziom, którzy najprawdopodobniej nim gardzili? Nie był szlachcicem. Jego rodzina nie znaczyła zbyt dużo w tym kraju. Imigrant aspirujący do zawodowego awansu w swojej karierze policyjnej. Normalnie te różnice się jakoś zacierały, ale teraz czuł się wyjątkowo nieswojo.
Położył się na jakiejś ławeczce. Po prostu się położył i zaczął obserwować gwiazdy przez szklany dach. Na moment dane mu było pooddychać świeżym powietrzem i zażyć spokoju. W końcu jednak do delikatnego szumu wody z fontanny stojącej na środku dołączył denerwujący stukot obcasów, po chwili usłyszał także kroki drugiej osoby. A niech ich! - przeklął w myślach parę, która ośmieliła się mu przeszkodzić. Vincent powrócił do pozycji siedzącej. Między gałęziami i liśćmi dostrzegł obie sylwetki. Sytuacja zmierzała w wiadomym kierunku, więc mężczyzna postanowił natychmiast opuścić oranżerię, najchętniej w ogóle niezauważony. Mimowolnie zerknął na nich jeszcze raz i wtedy zrozumiał, że coś jest nie tak. Kobieta najwyraźniej próbowała uwolnić się z uścisku. Podszedł bliżej, żeby się upewnić. Czy to nie jest czasem córka tego Avery'ego? Mógłby przysiąc, że to właśnie ona. Obojętnie kim była, Vincent nie miał czasu na zastanawianie się nad tym. Ruszył w stronę szamoczącej się pary najbliższą możliwą drogą, czyli przez gąszcz jakiś egzotycznych krzaków.
- Ej! - krzyknął i oboje zwrócili na niego uwagę. - Nie widzisz, że ta pani ma dość twojego towarzystwa? Tak się składa, że jestem z policji! - Wyraźnie zaakcentował ostatnie słowo, żeby facet nie miał wątpliwości z kim ma do czynienia. I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą Vincent wolał nawet nie myśleć o swojej nudnej pracy.
- Nic się pani nie stało? - zwrócił się do dziewczyny. Czy ona w ogóle była już pełnoletnia? Z tego co kojarzył, miała męża. Był on jej bliskim kuzynem. Nie zmieniła nawet rodowego nazwiska. Wstrętna sprawa. Patologia była przydomkiem niższych warstw społecznych, a tymczasem szlachcice żenili się z własnymi kuzynkami. To się zdarzało dość często. Vincentowi zrobiło się nawet żal dziewczyny. Założę się, że nie miała prawa głosu w sprawie swojego zamążpójścia. Pewnie nienawidziła ojca za to, co jej zrobił. Biedna kobieta zdominowana przez mężczyzn, żyjąca w patriarchalnym społeczeństwie z ojcem... z ojcem prawie takim samym jak mój. A teraz ten incydent i znowu - zapewne znowu - tak nieporadnie próbowała się uwolnić. Jak sarenka w sidłach. Dobrze, że trafiła właśnie na Vincenta.
Vincent Krueger
Zawód : bezrobotny
Wiek : 53
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 MEOW
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]05.02.16 12:06
Zawsze była do przesady ostrożna i uważna, zawsze prowadziła się nienagannie, unikając nie tyle sytuacji niebezpiecznych faktycznie co zagrażających perfekcyjnej reputacji przykładnej żony. Szlacheckie wychowanie wpoiło jej sztywne zasady a rodowe dziedzictwo tylko dopełniło dzieła, kreując młodą pannę na osobę przezorną. Odpowiedzialną za siebie, lecz nie w tym feministycznym, równościowym zakresie. Miała prezentować się przecież jak najlepiej: nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek urazy, siniaki czy zadrapania, o krzywo ułożonej fryzurze nie wspomniawszy. Ciągły obstrzał spojrzeń towarzyszył jej już od wielu lat, nasilając się, kiedy oficjalnie zaprezentowano ją na Sabacie a niedługo potem przekazano w ręce starszego męża. Pomimo chlubnego ożenku dalej przebywała na cenzurowanym, dalej otaczały ją szepty, dalej plotkowano na temat jednocześnie zachwycająco rozsądnego (ach te krwisto-ekonomiczne przyczyny) i nieco kontrowersyjnego połączenia dwóch gałęzi tego samego rodu. Wiedziała, że pozostanie na świeczniku przez całe swoje życie a jej przeznaczeniem będzie stałe odgrywanie kochającej żony i jeszcze nie mogła się z tym pogodzić. Od radosnych zaślubin minęło zaledwie kilka miesięcy i chociaż blask niezdrowego zainteresowania nieco przygasł, to Lai i tak nawet w samotności zachowywała się perfekcyjnie w każdym calu. Nikt nie mógł domyślić się prawdy, n i k t. Marcolf obdarzył ją nie tylko niezbędnymi technikami, ale i zaufaniem, którego zawiedzenie oznaczałoby dla niej największą tragedię. Większą nawet od przeżywania z Reaganem każdego dnia, większą od kompletnej malarskiej porażki, jaką okazały się jej nieśmiałe szkice i w końcu - najbardziej aktualne - większą od tego sztywnego przyjęcia.
Chciała uciec od tłumu, chciała zakosztować samotności a przez blond główkę nawet na sekundę nie przebłysnęła myśl o tym, że ktoś może podążyć za nią. Że ktoś będzie tak głupi, by ulec swojej słabości, podsycanej hojnie drogim alkoholem i ciszą oranżerii, dającej złudne nadzieje na chwilę...przyjemności? Kradzionej satysfakcji z zastraszenia młodziutkiej panny, będącej kobietą tylko przez wzgląd na złotą obrączkę, błyszczącą w półmroku szklarni? Dziwne, że w takiej sytuacji - chaosu, spięcia, szybszego bicia serca - Laidan zastanawiała się nad pobudkami tegóż ćwierćinteligenta a nie nad sposobem wyrwania się z jego uścisku, zupełnie skoncentrowana na tym, żeby nie zrobić zbyt wiele hałasu. Obiektywnie: dość potworne; dobre imię było ważniejsze od własnej godności i bezpieczeństwa, od samozachowawczego instynktu, nakazującego głośno krzyknąć i uszkodzić delikwenta siarczystym policzkiem. Kopniakiem. Roztrzaskaniem mu czaszki o marmurowy brzeg fontanny, na który nagle mocno ją popchnął i...zdrętwiał. Dłonie zaciśnięte na jej nadgarstkach wzmocniły uścisk na długie sekundy, wypełnione odgłosem przybliżających się kroków i męskiego głosu. Lai prawie go nie słyszała: krew szumiała w głowie, było jej niedobrze a ukoronowaniem stanu sarenkowego szoku była ta przedziwna bierność. Kiedy zachłanny nieznajomy zachwiał się i przestał utrzymywać jej ciało w względnym pionie, osunęła się po marmurowym obramowaniu fontanny zupełnie bezwładnie. Idealne uosobienie żałosności w każdym calu. Dopiero po kilku spazmatycznych oddechach uniosła wzrok do góry na swojego księcia z bajki, ratującego ją z oranżeryjnej opresji. Cudowna bajkowa sceneria wśród egzotycznych kwiatów; powinna uronić łzę wzruszenia, ale była zbyt zajęta pąsowieniem i wewnętrznym wrzaskiem obrzydzenia, by zareagować w jakikolwiek sposób. Dopiero gdy szklane drzwi oranżerii zamknęły się za tym niegodnym mężczyzną z trzaskiem, jej jasnogranatowe oczy zaczęły błyszczeć z powoli powracającą świadomością, ciągle będąc skierowanymi prosto na twarz nieznajomego.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
śnieżny luty 1926 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]07.02.16 11:34
Leżał na niewygodnej ławce i czuł się wspaniale. Rzadko doceniał samotność. Przeważnie kojarzyła mu się ona bardzo negatywnie. Niektórzy ludzie twierdzili, że lubią być sami, gdy nikt im nie przeszkadza i mogą zając się własnymi sprawami. On zdecydowanie taki nie był. Samotny Vincent to smutny Vincent. Nic tak nie poprawiało mu humoru jak rozmowa. Ile to razy umawiał się z kolegami w jakiejś knajpie, żeby pogawędzić i pograć w karty przy butelce czegoś mocniejszego? To był wspaniały sposób spędzania wolnego czasu. W porównaniu z tym bankietem, tamte spotkania były takie proste, nieskomplikowane! Chłopaki zachowywały się bardzo naturalnie. Żarty służyły do zabawy, nie do tego, żeby zabłysnąć inteligencją. Każda rzecz była możliwa do objęcia rozumem, a tu nigdy nie wiadomo było, czy rozmawiający ze sobą ludzie na pewno się lubią, czy tylko udają. Właśnie dlatego tym razem wyjątkowo uciekł od towarzystwa. Pewnie nikt nie zauważy jego zniknięcia. W końcu BYŁ NIKIM. To nawet lepiej! Jeszcze tak nisko nie upadł, żeby przejmować się opinią tych nadętych bufonów. No dobra, było mu trochę smutno, ale tylko dlatego, że musiał tu być, bo skoro się już zjawił, powinien zostać jakiś przyzwoity czas. Po chwili spędzonej w samotności pewnie nabierze energii na dalsze znoszenie tej męczącej sytuacji, a potem opuści posiadłość niemal niepostrzeżenie. To był dobry plan! Leżał na tej ławce i wpatrywał się w dziwnie bezchmurne niebo. Od kilku dni ciągle padało, ale na chwilę pogoda się uspokoiła. Specjalnie dla mnie! - zaśmiał się w duchu.
Delektowałby się odpoczynkiem w wygaszonej oranżerii, gdyby nie ludzie, którzy niemal od razu mu w tym przeszkodzili. Na całe szczęście zwrócił uwagę na to, co się dzieje, bo gdyby wyszedł odseparowując się od nich wszystkimi zmysłami, najprawdopodobniej wydarzyłoby się coś przykrego. W końcu osaczona kobieta nie zwracała na siebie uwagi. Taka cicha myszka. Nie potrafiła skutecznie się wyrwać, bała się też krzyczeć, zapewne z obawy przed napastliwym mężczyzną. Ten drań już dawno przekroczył wszystkie granice i posuwał się coraz dalej. Niedoczekanie! Nie, gdy Vincent był w pobliżu! Pewnie żadne z nich nie spodziewało się tego, że z krzaków wyskoczy nagle policjant. Ha! To było takie zabawne, choć równocześnie straszne. Straszne, bo w podobnych sytuacjach przeważnie brakowało wybawicieli. Panna... to znaczy pani Avery miała dzisiaj wielkie szczęście!
Gdy ten dureń wreszcie odpuścił, dziewczyna niemal zemdlała. To przestraszyło Vincenta, który automatycznie przy niej klęknął w każdej chwili gotowy do udzielenia jej pierwszej pomocy. Choć może raczej drugiej, bo pierwszą było wystraszenie tamtego faceta. Niech się cieszy, że nie użyłem siły, albo magii!
Pijany mężczyzna wyszedł, odgrażając się pod nosem i obrzucając Vincenta złowieszczym wzrokiem, ale najważniejsze, że w końcu opuścił salę. Teraz Krueger mógł poświęcić dziewczynie całą uwagę. Wyglądało na to, że jej omdlenie było zupełnie niegroźne, spowodowane zapewne strachem przed tym, co mogło się stać. Na pewno bardzo żałowała, że oddaliła się od męża tak niebezpiecznie daleko. Co ją w ogóle podkusiło, żeby zapuszczać się do ciemnej oranżerii, gdy w innych pomieszczeniach trwała zabawa? To było przecież przyjęcie jedno z wielu. Z pewnością bywała na podobnych bankietach niezliczoną ilość razy. Można by powiedzieć, to było jej życie. Najważniejsze jednak było to, że już nic jej nie grozi, przynajmniej dopóki jest z nią Vincent!
- Już dobrze - zapewnił przyjaznym tonem. Usiadł koło niej na brzegu fontanny. - Może być pani spokojna. - Jej największe obawy z pewnością zmalały do zera. W końcu to, co wywołało u niej wręcz paraliżujący strach, który odebrał jej wolę walki, już się skończyło.
Vincent Krueger
Zawód : bezrobotny
Wiek : 53
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 MEOW
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]07.02.16 21:08
Chłodny marmur fontanny tuż za plecami pomagał w powolnym powracaniu do konkretnej rzeczywistości. Nie tej urojonej w głowie, gdzie nachalny mężczyzna stanowił zagrożenie dla rodu, dobrego imienia męża i honoru małżeństwa, ale tej bardzo namacalnej, w której mogła czuć jeszcze szorstkie usta kogoś obcego na swojej szyi i mocne dłonie, zaciskające się na nadgarstkach. Machinalnie skierowała wzrok w dół, na swój podołek; na materiale zwiewnej sukni spoczywały jej blade ręce z zaczerwienionym stygmatem swoistych kajdanek, niedługo zmieniające kolor na fioletowy. Machinalnie roztarła urażone miejsca, a złote loki oddzieliły ją kaskadą włosów od nieznajomego obrońcy. Wielka ulga, jaka nieco osłabiła jej ciało, sprawiając, że na moment powróciła do roli bezwolnej marionetki, powoli roztrzaskiwała się w drobny pył, teraz wyraźnie podrażający jej psychikę. Już nie wpędzała się w wyrzuty sumienia - bo przecież mogła trwać przy Reaganie, mogła nie uciekać z tego tłumu, mogła zagryźć zęby, myśleć o Marcolfie i zostać na sali, rozdając uśmiechy i komplementy - a raczej całą autoagresję szybko transmutowała w niechęć do bruneta, który nie dość, że ośmielił się uratować ją z całkiem normalnej sytuacji (tak, potrafiła sobie to wmówić bardzo szybko), to jeszcze narzucał swoje towarzystwo. Zapach jego perfum - tanich, bardzo biurowych, potrafiła wyczuć to nawet w ciężkim powietrzu oranżerii - drażnił jej nozdrza, tak samo jak ta nagła bliskość, kiedy siadał obok niej beztrosko, nie pytając o pozwolenie.
Zacisnęła usta w wąską kreskę, ciągle pochylona nad swoimi dłońmi, jakby próbowała okiełznać zawroty głowy a nie zgrzytała bezdźwięcznie zębami, przelewając frustrację i strach na siedzącego po prawej stronie mężczyznę. Brakowało tylko tego, żeby dotknął jej ręki albo w jakikolwiek sposób naruszył nieopisaną granicę, czyniącą lady Avery nietykalną. Nie chciała przyznać, że bała się także rozpoznania; że w twarzy obrońcy, do tej pory zamazanej przez bieg gwałtownych wydarzeń, rozpozna przyjaciół Reagana. Lub męża największej plotkarki szlacheckiej socjety, tej podłej Greengrass. Aż zadrżała ze wzburzenia, w końcu zbierając się na wielką odwagę: podniosła głowę i usiadła prosto, wpatrując się bardzo uważnie w mężczyznę. Śledziła jego kości policzkowe, wąskie usta, zatrzymując wzrok na niebieskich oczach. Odważnych, szczerych, prostych, wskazujących na te same cechy, buzujące w duszy nieznajomego. Co powinno skłonić ją do kulturalnego zachowania, do zarumienienia się i podziękowania...lecz nie tak działała młodziutka Laidan. Wychowana do rządzenia, do bronienia siebie kosztem innych, potrzebowała nie tyle wyrażenia pogardy, co pozbycia się zbyt intensywnych emocji. Mogła to zrobić płacząc wieczorem w poduszkę i uderzając w nią drobnymi piąstkami, albo mogła pozbyć się ich już teraz.
- Masz zamiar o tym komuś powiedzieć? - zaczęła ostro, tonem słodkim, przyjemnym i przepięknym, jak ona sama, jednak o treści zdecydowanej, wręcz agresywnej. Jasnogranatowe oczy, przed chwilą całkowicie przerażone, teraz błyszczały dość niebezpiecznie, chociaż na razie nie podnosiła się z fontanny, nie ufając do końca wciąż drżącym nogom.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
śnieżny luty 1926 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]10.02.16 13:33
Dziewczyna była smutna, ale jak tu być wesołym w takiej sytuacji? Nawet jeśli została uratowana, to przed chwilą przeżyła naprawdę niemiłe chwile i na pewno czuła się z tym fatalnie. Vincentowi było jej tak bardzo żal. Zupełnie jej nie znał, nie wiedział nawet jak ma na imię. Skojarzył ją tylko z Marcolfem Averym, którego znał bardzo dobrze, ale nie osobiście. Zresztą kto mający coś wspólnego z Ministerstwem nie znał tego człowieka? Że też ktoś miał czelność napastować tę dziewczynę! Oczywiście status społeczny nie miał żadnego znaczenia jeśli chodzi o niemoralność tego czynu, ale trzeba było być zupełnie bezmyślnym, żeby przyczepić się do córki Averyego. To się wiązało z o wiele poważniejszymi konsekwencjami.
Mężczyzna usiadł koło niej, żeby dotrzymać jej towarzystwa. Nie mógł przecież tak po prostu odejść zostawiając ją znowu samą w ciemnej oranżerii, a i ciągnięcie na siłę z powrotem na przyjęcie bliskiej omdlenia kobiety nie miało najmniejszego sensu. Tu było dobrze, a gdy będzie chciała wracać, Vincent chętnie ją odprowadzi.
Milczała ze spuszczoną głową. Dla niego było to oznaką chwilowego załamania i ciągle odczuwanego niesmaku po zbyt bliskim spotkaniu z niechcianym mężczyzną. Nie chciał być nachalny, toteż nie przełamywał tej ciszy zmąconej cichym, monotonnym szumem wody. W końcu dziewczyna podniosła wzrok. Nie mógł odczytać jej myśli. Ta mina nic mu nie mówiła, była do bólu neutralna. Podobnie jak młoda kobieta wpatrywała się w jego twarz, on obserwował jej. Pozostając tak samo neutralny, a raczej chcąc taki pozostać, co mogło mu się nie udać przez małe zdezorientowanie jej słowami. Nie był całkowicie świadomy, dlaczego właściwie czuje się tak niepewnie. Pytanie było proste, a głos dziewczyny miły. Coś jednak go niepokoiło. Odchrząknął i spróbował jakoś pozbierać myśli.
- Nooo... - zmrużył lekko oczy, nie będąc pewny, czy dobrze zrozumiał jej słowa. Co innego jednak miałaby mieć na myśli? - Jestem policjantem - o tak, to jak zwykle należało podkreślić! - zawiadomię kogo tylko będzie trzeba. Bez obaw!- Jeśli o to chodziło, to Vincent dobrze wiedział jak rozwiązuje się podobne sprawy. Tamten frajer zdecydowanie zasługiwał na coś więcej niż tylko pogróżki od Kruegera. Sprawa była o tyle prostsza, że ofiara była nie lada szychą, to znaczy córką nie lada szychy, ale to prawie do samo. Tamten drań zapamięta sobie, żeby nie zaczepiać już więcej niewinnych kobiet! Avery mu nie odpuści, to było pewne.
Vincent uśmiechnął się, nabrawszy pewności, że jego dziwne przeczucia były mylne. Czy to jakieś zboczenie zawodowe, że tak dużo rzeczy wydawało mu się podejrzane? Dlaczego posądzał dziewczynę o...? sam nie wiedział o co mu wcześniej chodziło. Ona chciała pomocy! Czy to nie oczywiste? Biedna drobniutka kobietka. Zapewne nieśmiała i potrzebująca kogoś, kto zgłosi sprawę. Trafiła na właściwą osobę, bo na policjanta. Policjanta, który ma zamiar rzucić pracę, ale póki jeszcze tego nie zrobił, pomoże dziewczynie do końca. A ten niepokojący wzrok... W końcu cała sytuacja była niepokojąca. To normalne! Ech, głupi ja.
Vincent Krueger
Zawód : bezrobotny
Wiek : 53
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 MEOW
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]11.02.16 10:38
Cichy szum wody, szemrzącej za ich plecami, wcale nie uspokajał Laidan. Krople odbijające się od marmurowych stopni z donośnym pluskiem ponownie opadały w toń, zagłuszając podszepty chłodnego rozumu. A może szepty wcale nie dochodziły z fontanny, może były to szepty towarzystwa, przelewającego w każdą głoskę zjadliwą dociekliwość? Poruszanie się z gracją po szlacheckim ostrzu noża wyćwiczyła do perfekcji, tak samo jak kłamstwa, wyfruwające z jej ust łagodnie, bez zawahania i jakiegokolwiek drżenia, mogącego wskazać prawdziwą naturę kolejnych gładkich słówek. Tak została wychowana, zamykając przed postronnymi całą siebie; zarówno umysł jak i osobowość. Gorący, nieznoszący sprzeciwu temperament okazywała tylko ojcu a on kształtował go zdecydowanie. Wiedziała, że sprawia mu to przyjemność, że nawet jeśli ukochana córka zachowywała się przy nim zbyt żarliwie, to ostre przywrócenie jej do porządku było nagrodą samą w sobie. Dla nich obojga, dla idealnych dziedziców rodu, połączonych prawdziwą miłością. Dla postronnych zapewne szorstką i bliską szlacheckiej obojętności, z jaką właściciel traktuje swoją inwestycję. Sprzedał ją przecież starszemu o ponad dekadę krewnemu, co odbiło się głośnym echem w towarzystwie, wyraźnie złaknionym nawet najmniejszych ploteczek. Gdy była zaledwie dziewczynką, Laidan zawsze pragnęła być w centrum uwagi, obserwując z lekką zazdrością starsze kuzynki, brylujące na Sabatach, lecz kiedy upragniona dorosłość nadeszła, oprócz próżnej satysfakcji odczuwała także znaczący ciężar. Miała niespełna osiemnaście lat i mimo idealnego wychowania ciągle pozostawała młodą dziewczyną, prezentując się przez większość czasu perfekcyjnie w roli żony, córki i arystokratki. Spełnianie wymogów ojca osładzało trudy przebywania u boku Reagana, lecz pozłacana maska musiała kiedyś zsunąć się nieco z ślicznej buzi. Po raz pierwszy nie w zaciszu rodowego dworu a tu, wśród ludzi...a właściwie wśród soczystej, wręcz pulsującej roślinności, wypełniającej szklaną oranżerię. Gdyby Laidan posiadała w sobie chociaż odrobinę wdzięczności i pokory, na pewno dziękowałaby Merlinowi za to, że wybuch, jaki miał nadejść, rozegra się w tak kameralnym towarzystwie. I atmosferze niemalże romantycznej. Tylko oni, szemrząca woda, księżyc słabo prześwietlający przez przeźroczysty dach pokryty śniegiem, mocny zapach kwiatów, podwinięta suknia i dalekie dźwięki muzyki. Idealna sceneria do zawarcia nowej znajomości...albo wyrzucenia z siebie narastającej frustracji, pomieszanej w niebezpiecznych proporcjach z lękiem.
Niewidocznym w jasnych oczach, nieco zwężających się, kiedy spomiędzy wąskich ust mężczyzny padła dumna deklaracja. Policjantem? Miała do czynienia z przedstawicielem czarodziejskiej policji? Wewnętrznie Laidan aż wzdrygnęła się z pogardy do tego zawodu, polegającego - według niej - na zatrzymywaniu zapijaczonych męt i wyciąganiu ich z rynsztoka. Już samo przyznanie się do takiej kariery mogłoby zirytować wyniosłą Lai, ale to kolejne, beztroskie słowa sprawiły, że białe perły zębów zacisnęły się gwałtownie z bardzo nieeleganckim szurnięciem a drobne dłonie, do tej pory nerwowo poprawiające materiał sukni, zacisnęły się w piąstki.
- Nikogo nie powiadomisz, ty... - wycedziła niezmiernie powoli, jakby policjant miał problem z rozumieniem angielskiego, w ostatniej chwili hamując się nie tyle przed przekleństwem (takie nigdy nie przeszło przez moralne usta cnotliwej panienki), co przed wyrzuceniem z siebie śmiertelnej dawki wyrafinowanego jadu. Pełne wargi na szczęście zacisnęły się w odpowiednim momencie, chociaż jasne oczy rzucały niebezpieczne gromy a nozdrza noska rozszerzyły się jak u rozwścieczonej lwicy. Co właściwie pasowało do nieokiełznanej złotej burzy loków. - Nic się nie stało. Jak pan śmie wtrącać się w nie swoje sprawy? - kontynuowała już bez żmijowatych syków, chociaż słodki głosik wibrował na granicy rzucenia klątwy. Nerwowo wstała z brzegu fontanny, starając się jakoś powstrzymać drżenie kolan. Cały szok wydarzenia sprzed zaledwie chwili jeszcze nie opuścił jej ciała, ale znalazła teraz wyjątkowy sposób, by przelać całe żałosne wyrzuty sumienia i wstyd na kogoś innego.



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
śnieżny luty 1926 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]18.02.16 17:18
Naprawdę spodziewał się podziękowań. Czy to w formie słów, czy może słodkiej minki i wdzięcznego wzroku. Spodziewał się zobaczyć jakieś oznaki ulgi. Nawet najmniejsze. Zdeklarował się jej pomóc, zgłosić to tam, gdzie trzeba, żeby dziewczyna nie musiała się fatygować i narażać na dodatkowy stres. Wiadomo, że nie mógł sprawić, żeby nie musiała uczestniczyć w rozwiązaniu sprawy, ale miał zamiar bardzo jej to ułatwić. Co jednak otrzymał? Sam nie wiedział. Co ją ugryzło? Zastanawiał się, skąd u niej tyle zdenerwowania na niego. Dlaczego ta paniusia zrobiła się nagle taka nieprzyjemna? Nie żeby żądał od niej wielkiej wdzięczności, ale to by było chyba bardziej naturalne, niż oburzenie skierowane w stronę wybawiciela. Miała rację, że nic się nie stało, ale tak się składa, że to była głównie zasługa Vincenta. Gdyby nie on, gdyby nie wtrącił się w nie swoje sprawy, tamten idiota by ją skrzywdził. Czy ona tego nie pojmowała? Była aż tak głupia? Nie do wiary! Jak mogła mówić takie rzeczy? No jak?!
- Jak śmiem? - niemal krzyknął, a jego głos odbijając się od posadzki i szklanych ścian oraz sufitu, zadźwięczał głośnym echem jakby cała oranżeria zdumiała się słowami dziewczyny. Popatrzył na nią z niedowierzaniem i wskazał na siebie obiema rękami jakby chciał się upewnić, czy właśnie o niego jej chodzi. Tak jakby był tu ktoś jeszcze oprócz nich. Dlaczego Avery miała pretensje do tego, który właśnie ją uratował?
Czuł się naprawdę dziwnie. Wcale nie musiał jej ratować. Mógł uciec niepostrzeżenie i pozwolić tamtemu mężczyźnie na cokolwiek tylko zamierzał zrobić. Przynajmniej nie zostałby oskarżony o wtrącanie się w nie swoje sprawy. Cóż za absurd! Uratowałem ją, a ona ma pretensje. Komedia! Vincent był bardzo ciekawy, co jej się nagle stało. Analizował w myślach jej słowa, gesty i ton głosu. Wałkował w głowie całą sytuację i ciągle krążył wokół jej ostatnich słów. Nie mógł pojąć tego dziwnego zachowania i co się może jej roić w tej pięknej główce. Zwariowała. Postradała zmysły i wszystko jej się pomieszało. Innej rady nie ma!
- Co pani wygaduje? - powiedział do jej pleców bardzo zdziwiony, gdy nagle wstała. - Przecież gdybym pani nie uratował... - przerwał w połowie zdania, ponieważ nie chciał tego mówić. Nie chciał ciągle przypominać jej tamtego nieprzyjemnego incydentu. Musiał się jednak jakoś bronić przed jej atakiem. Niegroźnym, ale jednak atakiem.
Pewnie chciała już odejść, ale Vincent miał zamiar dowiedzieć się, dlaczego się na niego denerwuje. Również wstał, bo postanowił pójść za nią dokądkolwiek, byleby tylko wyjaśniła mu te oskarżenia. Poza tym to wszystko miało chyba jeszcze oznaczać, że odmawia zgłaszania sprawy. Kto normalny by odmówił? Kto z tak ważnego rodu jak Avery? To by była czysta formalność, bo tamten gość już miał gwarantowane kłopoty. Wystarczyło tylko to zgłosić, a słynne nazwisko zrobiłoby resztę. Samo! Stwierdził, że nie da się spławić tak łatwo, bo w końcu była mu coś winna. Przynajmniej jakieś wyjaśnienie. Kobiety są naprawdę skomplikowane, a już szczególnie arystokratki!
Vincent Krueger
Zawód : bezrobotny
Wiek : 53
Czystość krwi : Czysta
Stan cywilny : Kawaler
Oh, wie schade, oh, wie schade
Nur noch Trockenbrot und keine Schokolade
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
 MEOW
Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1611-vincent-krueger http://morsmordre.forumpolish.com/t1664-roxanne#17012 http://morsmordre.forumpolish.com/t1613-wujaszek-krueger#16519 http://morsmordre.forumpolish.com/f174-long-acre-14-8 http://morsmordre.forumpolish.com/t1676-wspominki-vincenta#17422
Re: śnieżny luty 1926 [odnośnik]06.03.16 16:18
Miała nadzieję, że mężczyzna w końcu zrozumie swój niewyobrażalny błąd (w jej głowie ciągle odbijały się echem te same słowa; jakże śmiał wtrącać się w nie swoje sprawy!) i ukorzy się przed nią, przepraszając solennie za swoją niesubordynację. Nie obchodziło ją to, co kierowało jego poczynaniami; nieważny był bohaterski instynkt, chęć zabłyśnięcia czy po prostu ludzka przyzwoitość, nakazująca mu bronić niewinną niewiastę, napastowaną przez plugawego współpracownika jej cudownego męża. Mogła sama sobie z nim poradzić, rozłożyć go na łopatki, posłać paskudną klątwę...
Och, jakże naiwna była Laidan w przekonaniu o swej samodzielności, o swej władzy. Ojciec wychował ją na kobietkę zbyt pewną siebie, i chociaż wyrastała w chowie raczej surowym, to roztoczony nad nią klosz nadopiekuńczości nie przyzwyczaił jej do stawiania czoła prawdziwym problemom, gdzie mężczyźni nie chylili przed nią czoła a beztrosko przekraczali granicę przyzwoitości. W tym momencie nie wiedziała, który z tej przeklętej dwójki, napotkanej w cichej, zimowej oranżerii, mocniej ją zirytował. Ciągle drżała z obrzydzenia, czując na swojej szyi lepki oddech nieznajomego, lecz obecnie jej frustracja kumulowała się na Merlina-winnym brunecie. Obiektywnie: ratującym jej cześć i godność; zasługiwał raczej na wzruszone przeprosiny i może na wspólny taniec, pozwalający mu wspiąć się na społecznej drabinie tego spotkania...gdyby miał szczęście trafić na pannę zrównoważoną emocjonalnie. Lai zdecydowanie taka nie była, rzucając mu rozognione spojrzenie. Ach, gdyby tylko miała przy sobie różdżkę! Mogłaby poczęstować mężczyznę słodkim Obliviate, niwecząc tym samym ryzyko małego skandalu.
- Nie potrzebuję ratunku. Potrafię sama o siebie zadbać - wysyczała w kolejnej odpowiedzi, marząc, by Vincent został w miejscu. Złudne nadzieje, słyszała, że ruszył za nią. Odwróciła się momentalnie i gwałtownie, tak, że znów stali blisko siebie a blondynka, pomimo obcasów (uderzających raz po raz o posadzkę; nogi ciągle jej drżały), musiała zadzierać głowę, by spojrzeć mu groźnie prosto w oczy. - Nikomu-o-tym-nie-powiesz. Nic się nie stało. Zgrywanie bohatera może pan zostawić na inną porę. I inną osobę - ucięła zdecydowanie, niemalże na granicy groźby, dźgając go palcem prosto w klatkę piersiową. Tyle, jeśli chodzi o perfekcyjne wychowanie, chłodny dystans i ukrywanie własnych rozchwianych emocji. Musiała od nowa zapakować je do pięknego pudełka swojego ślicznego ciała, lecz nie było to takie proste. Mogła poprawić włosy i sukienkę, mogła przykleić do twarzy uprzejmy uśmiech, ale ten delikwent widział ją już odsłoniętą, co denerwowało ją jeszcze bardziej. Była pewna, że każda kolejna sekunda, spędzona w tej farsie, tylko pogorszy sytuację, dlatego ponownie odwróciła się na pięcie i stukając obcasami zniknęła za drzwiami oranżerii, pozostawiając za sobą tylko zapach drogich perfum.

zt? :pwease:



when your smile is so wide and your heels are so high you can't cry

Laidan Avery
Zawód : mecenas i krytyk sztuki
Wiek : 48 lat
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Wdowa
I wanna see this world, I wanna see it boil
I wanna burn the sky, I wanna burn the breeze
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
śnieżny luty 1926 Tumblr_n6rzyyaEVN1rmr774o6_250
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t1280-laidan-avery https://www.morsmordre.net/t1289-ludwig#9767 https://www.morsmordre.net/t1290-kobieta-w-czerwieni https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1532-laidan-avery
śnieżny luty 1926
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach