Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950
AutorWiadomość
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]03.01.16 23:46
Dzień właśnie zbliżał się ku końcowi. Siedziałam samotnie przy kominku w pokoju wspólnym, pochłonięta przez księgę, nawet nie zauważyłam, kiedy cały salon wypustoszał. No, może nie całkiem. Ktoś spał z nosem w notatkach, jakaś para siedziała na schodach i migdaliła się do siebie, nie zwracając uwagi na innych. Trochę mi przeszkadzali, a że byli młodsi, to pozwoliłam sobie na głośne chrząknięcie. Para spojrzała się na mnie, wymamrotała coś pod nosem i pobiegła w stronę niższych kondygnacji. Już po chwili nikt mi nie przeszkadzał.
Było późno, większość uczniów już dawno oddała się w objęcia Morfeusza. Ja dzielnie siedziałam starając się skończyć powieść o historii magii i rodach czystokrwistych. Była bardzo interesująca, pochłaniałam ją już chyba po raz drugi, a może trzeci? Nie pamiętam.
Przekładając kartki robiłam to z najwyższą delikatnością, jakby była ona największą świętością. No i była. Zabrałam ją ze swojego domu, ojciec z niej nie korzystał, więc wątpię, aby zauważył jej zniknięcie. A nawet jeśli, to przecież nic się nie stało. Ważne jest to, co owa księga przedstawiała i to wystarczyło, aby jego złość, spowodowana wzięciem książki bez pytania, minęła.
Oderwałam wzrok od starych, żółtych kartek i przerzuciłam go na kominek, który dawał delikatne ciepło. Było to chyba jedyne miejsce w całym pokoju wspólnym, gdzie było chociaż trochę bardziej ciepło. Nie przepadałam za tymi wilgociami, ciemnością i zimnem, dlatego chętnie przebywałam tutaj na kanapie, oddając się swoim ulubionym czynnościom.
Właściwie, to dzisiejszego wieczora czekałam na kogoś. Z jakiegoś powodu nadal nie było go w pokoju, chociaż już dawno była cisza nocna i uczniowie nie powinni chodzić po korytarzach. Nigdy nie lubiłam, gdy ludzie się tak zachowywali, w szczególności ci mi bliscy, bałam się, że coś może im się stać. Chociażby, będąc złapanym przez cholernego woźnego.
Drzwi z lekkim skrzypnięciem otworzyły się, moja głowa automatycznie powędrowała dokładnie w tamtym kierunku. Ciszę przerywało tylko ciche chrapanie i kroki. Czyżby osoby, na którą czekałam?


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]05.01.16 15:16
Wiecznie przepełniająca mnie energia, nakazująca każdego mglistego poranka przed zajęciami, nawet przed śniadaniem, przemierzać kolejne mile czy też brać udział w każdym treningu Quidditcha, dając z siebie dwieście procent normy, odmawiała podporządkowania się ciszy nocnej. Zatopione w ciemnościach tylko punktowo rozświetlonych przez lampy korytarze nie napawały mnie lękiem, a rozchodzące się po nich echa przeróżnych szmerów nie sprawiały, że podskakiwałem w miejscu, czując palpitacje zajęczego serca. Miałem jasno określony cel i nie miałem zamiaru dać się zgnębić woźnemu, u którego pewnie od dawna widniałem już na czarnej liście niepokornych uczniów, mających w niewielkim poważaniu ogólnie przyjęte zasady powrotu do dormitoriów.
Przedostanie się do kuchni zajęło mi więcej czasu niż początkowo założyłem, dlatego też po zakończonych uprzejmych pogaduszkach ze skrzatem, który zachwycony moimi manierami i nietraktowaniem go jak nic niewartą służbę, gotowy był do udzielenia mi pomocy, zerknąłem przelotnie na zegarek. Czy wszyscy Ślizgoni poszli już spać, a ja tylko marnowałem czas? Jeden uśmiech tu, miłe dobranoc tam i szybko przemykałem już ponownie korytarzem w lochach, by wślizgnąć się do pokoju wspólnego, zapewne w momencie, gdy woźny patrolował korytarze w poszukiwaniu uciekinierów w pobliżu innego dormitorium.
- Już się obawiałem, że również poszłaś spać - rzuciłem w ramach przywitania, dostrzegając siedzącą nieopodal Rose, której sylwetkę miękko oświetlał blask płomieni radośnie tańczących w kominku. - Przyniosłem ci coś, by umilić ten mroźny wieczór - oznajmiłem, podchodząc bliżej blondynki, by wręczyć jej pokaźnych rozmiarów parujący kubek gorącej czekolady z małymi, wielobarwnymi piankami unoszącymi się na powierzchni. Cel mojej dzisiejszej wyprawy do kuchni. - Nie znasz już tej książki na pamięć? - zapytałem po chwili z lekkim rozbawieniem, rozpoznając księgę, którą panna Yaxley zawzięcie kartkowała w momencie mojego przybycia. Znam tę książkę aż za dobrze, identyczny egzemplarz znajdował się w mojej rodzinnej bibliotece i niejednokrotnie lądował w moich rękach. Ród Averych przykładał wszak olbrzymią wagę do historii magii, w której przeplatały się co chwila losy i dokonania przodków wszystkich znanych nam arystokratów. Zerkając na jasnowłosą i obdarzając ją jednym z najpiękniejszych moich uśmiechów, przysiadłem się do niej, by poczuć również ciepło bijące z kominka i zatopić usta w aromatycznej gorącej czekoladzie.


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]06.01.16 23:18
Uśmiechnęłam się do niego serdecznie. Bardzo cieszyłam się na jego widok, i że nic po drodze mu się nie stało i nie został złapany. Trwało to dłużej niż się spodziewałam, w końcu jednak dotarł i to nie z pustymi rękami.
- Czekałam na ciebie - stwierdziłam, posuwając się, aby mógł obok mnie usiąść.
Spojrzałam na to, co trzymał w dłoniach. Od razu w pomieszczeniu zrobiło się przyjemniej. Dookoła nas rozniósł się cudowny zapach gorącej czekolady, pianek i ciepła. Odłożyłam książkę na stolik, wzięłam od niego kubek i szybko przycisnęłam go do ust, aby spić jeszcze cieplutką piankę.
- Oh, dziękuje. Tego mi było trzeba - uniosłam na niego wzrok.
Perseus był taki cudowny. Tutaj, odcięci od wzroku innych ludzi, mogliśmy sobie oboje pozwolić na chwilę relaksu i rozluźnienia. A co za tym idzie, na odrzucenie chwilowo wszystkich etykiet i zasad, które nas obowiązywały, by stać się w tym momencie zwykłymi nastolatkami, głęboko w sobie zakochanymi? Można tak powiedzieć.
- Oczywiście, że nie. Za każdym razem gdy ją czytam, odkrywam coś nowego - odpowiedziałam mu uprzejmie, ponownie zatapiając swoje usta w gorącym napoju.
Zarumieniłam się widząc jego uśmiech, aż spuściłam wzrok zawstydzona. Przez chwilę trwaliśmy tak w ciszy, oboje delektując się gorącą czekoladą, nie bardzo kwapiąc się do przyśpieszania. W końcu mieliśmy całą noc dla siebie.
Trzymając kubek, położyłam go sobie na udach. Dreszcze mnie przeszły, a przyjemne ciepło rozeszło się od końcówek palców, po czubek głowy, wprawiając w jeszcze lepszy nastrój. Odwróciłam się lekko do chłopaka, spoglądając na jego oczy, które tak bardzo mi się podobały.
- Nie widziałam cię dzisiaj cały dzień, Pers - zaczęłam w końcu cichutko. - Próbowałam na ciebie trafić po zajęciach, ale ciągle mi umykałeś. Opowiedz mi, co dzisiaj robiłeś?
Bardzo lubiłam go słuchać. Z jakiegoś powodu działał na mnie bardzo uspokajająco. Uwielbiałam, gdy mnie adorował i dogadzał, pozwalając mu na więcej i więcej, by momentami ukrócić jego możliwości, gdy posuwał się za daleko. Nie było mi to na rękę, ale ojciec na pewno bym nie chciał, bym wchodziła na taki etap znajomości z młodym Averym, no i ja sama byłam jeszcze za młoda na takie miłostki. Za to o wiele bardziej wolałam z nim rozmawiać.
- Zawsze jestem ciekawa, z kim spędzasz te popołudnia i gdzie, kiedy nie mogę znaleźć cię w całej szkole - dodałam z ciekawością w głosie. - To dosyć... niepokojące.
Zmrużyłam oczy, jednak uśmiechnęłam się lekko, aby nie zabrzmiało to źle. W końcu Pers, ta jak i każdy inny znał moją ciekawość świata. Lubiłam dużo wiedzieć i być dobrze poinformowana, a gdy tak nie było, nie byłam zadowolona.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]07.01.16 15:46
Czekałam na ciebie. Dlaczego w karminowych ustach Rosalie brzmiało to jak zaklęcie, pociągające kąciki moich ust ku górze i sprawiające, że chciałem być jeszcze bliżej i bliżej blondynki?
- Mam nadzieję, że zdołam ci jakoś wynagrodzić to oczekiwanie - odpowiedziałem lekkim tonem, by z podobną lekkością ducha przysiąść się do niej, może zachowując odrobinę mniej dystansu niż powinienem i ciesząc się z tego, że moja wieczorna wyprawa do kuchni się opłaciła. Jeden jej uśmiech, tyle wystarczyło. Nawet gdyby teraz jakimś cudem do pokoju wspólnego wpadł ktoś stojący na straży porządku i oświadczył, że mam zarezerwować wszystkie soboty aż do końca roku szkolnego na szlaban, stwierdziłbym, że było warto.
- Co ciekawego odkryłaś tym razem? Kolejny historycznie uargumentowany powód, dla którego twój ojciec naśle na mnie wszystkie wasze trolle, gdy tylko dotrze do niego wieść, że nie omijam cię szerokim łukiem? - że raczę cię pięknymi słowami (pewnie zwodniczymi i demoralizującymi), że patrzę na ciebie jak na objawienie (pewnie nieprzyzwoicie), że zapraszam cię do Hogsmeade (pewnie w celach niegodnych)? Niewinny żart sam wyleciał z moich ust, gdy upiłem łyk gorącej czekolady, która rozlała się przyjemnym ciepłem po moim przełyku, chociaż do żartów wcale mi nie było. Wyjątkowo tradycyjne podejście ojca Rosalie co do stosunków między rodami nie było żadną tajemnicą. Przez chwilę wpatrywałem się w niespokojne płomienie, by powrócić ponownie spojrzeniem do uroczo zawstydzonej Ślizgonki i uśmiechnąć się lekko.
- Moja droga Rosalie, twoja troska jest naprawdę ujmująca. Gdybym tylko mógł, porzuciłbym część obowiązków szkolnych, by mieć więcej czasu na spędzanie w twoim towarzystwie. Merlin mi świadkiem, jesteś mi milsza od wszystkich tych ludzi, z którymi codziennie muszę obcować - stwierdziłem może odrobinę nazbyt szczerze, lecz zrzućmy to na rozluźniający aromat czekolady unoszący się w powietrzu i mieszający się z wyrazistym zapachem perfum panny Yaxley. Jak to możliwe, że w jej obecności robiłem się aż tak gadatliwy i beztroski?
- Zdaje się, że grudzień, abstrahując od pogody za oknem, jest najgorętszym okresem w roku. Wszyscy nauczyciele próbują przerobić jak najwięcej materiału, chyba dopiero w tym roku uświadomili sobie ile jeszcze musimy zrobić do egzaminów - zaśmiałem się odrobinę ponuro, wspominając niemalże panikę, z jaką nauczyciel zaklęć zadawał nam kolejne rozdziały ksiąg do przeczytania. - Po zajęciach długo rozmawiałem ze Snowyowlem, omawialiśmy taktykę na ostatni zimowy mecz. Co prawda już od dawna nie gram z Quidditcha - wypadek mający miejsce prawie dwa lata temu skutecznie wymazał ten sport z mojego dalszego życiorysu - ale teoria zagrywek wciąż mnie interesuje. Myślę, że w tym roku Slytherin może wygrać domowe rozgrywki, Andrew na pewno da z siebie wszystko, tym bardziej, że niedługo sam kończy szkołę - może troszeczkę wręcz zazdrościłem obecnemu kapitanowi drużyny odzianej w naszą zieleń? Ale nie, ten etap w moim życiu był już zamknięty. Nie pozwalając goryczy odmalować się na twarzy, zatopiłem usta w zawartości parującego kubka. - Później dopadł nas profesor Slughorn, sama wiesz, że ciężko szybko zakończyć z nim rozmowę. Swoją drogą, będzie organizował świąteczne przyjęcie dla Klubu Ślimaka. Byłoby ono bardziej znośne, gdybyś zechciała uczynić mi zaszczyt i wybrać się tam razem ze mną - płynnie kontynuowałem temat, zakańczając go, miejmy nadzieję, miłym akcentem i pytaniem wiszącym w powietrzu. - Bardzo bym chciał, byś wybrała się tam ze mną - doprecyzowałem, by wyrazić swoją szczerą chęć, która mogła wcześniej nieco utonąć w otoczce poprawnej, umiarkowanie nachalnej propozycji, jednak gdy artykułowałem już swoją prośbę ponownie, akcentując wyraźnie każdą sylabę, wyciągnąłem rękę w stronę dłoni Rosalie spoczywającej na kanapie pomiędzy nami, by przykryć ją delikatnie swoją dłonią i nie zostawić cienia wątpliwości co do szczerości mojego zaproszenia.


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]27.02.16 15:11
Uśmiechnęłam się szczerze, zanurzając swoje usta w ciepłym napoju, byle tylko nie roześmiać się tu zanadto. Całe szczęście, że mój ojciec nie wiedział, z kim idzie mi się zadawać będąc w Hogwarcie. Gdyby wiedział, jakim zażyłym uczuciem darzę członka wrogiego nam rodu, pewnie by mnie przeklnął. Ale młodość była po to, by móc się wyszaleć. A dla mnie największym szaleństwem były chyba moje kontakty z innymi ludźmi Tutaj, w Hogwarcie, przez te wszystkie lata kiedy razem przebywaliśmy, nagle rodzinne niechęci odchodziły na bok, by po szkole wrócić ze zdwojoną siłą. Czy ja też będę w przyszłości tak bardzo nienawidzić moich teraźniejszych znajomych, tylko dlatego, że mają nie takie nazwisko jak trzeba?
- Nie martw się, nie wolno wpuszczać trolli na teren Hogwartu - odpowiedziałam radośnie. - Mój ojciec jest specyficzny, to fakt, ale nie ma się czemu dziwić. Wychował go tak jego ojciec, dlatego tak samo próbuje wychować i nas.
Czasami mu współczułam, że żyje w takim zamknięciu. Po Gdyby tylko chociaż troszkę się otworzył, na pewno jego życie stałoby się przyjemniejsze. Ale on miał swoje trolle, którymi się zajmował i chyba nie w głowie było mu wychodzenie na świat.
Zerknęłam na Perseusa, było mi niezwykle miło słuchać jego słów. Uwielbiałam przesiadywać z nim i rozmawiać i naprawdę żałowałam, że to wszystko już niedługo się skończy. Szkoda, że naprawdę nie może tego wszystkiego porzucić, również bym to zrobiła, by tylko móc jeszcze przez chwilę z nim spędzić czas. Jeszcze troszkę, troszeczkę…
- Bardzo ci współczuje. Boje się na samą myśl, że i mnie to niedługo czeka. Ale i tak znakomicie dajesz sobie radę. Jak widzę, ilu uczniów przesiaduje nad książkami, to naprawdę zadziwiające, że masz na to wszystko czas i że udaje ci się go znaleźć również i dla mnie - stwierdziłam, znowu się lekko rumieniąc. - Quidditch już nie jest tak interesujący, odkąd nie ma cię w drużynie. Chyba nie muszę przed tobą ukrywać, że chodziłam na zawody tylko po to, by móc ciebie pooglądać Aczkolwiek obiecuję, że będę mocno trzymać kciuki. Puchar quidditcha nigdy nie powinien opuszczać naszych podziemi.
A co gorsza gdyby trafił do rąk Gryffindoru. Dobrze, że ich dormitorium było tak oddalone od naszego, ponieważ gdybyśmy spotykali się co chwilę na schodach czy na korytarzach, na pewno dochodziłoby do wielu nieodpowiednich zachowań. Te mugolskie pokraki bardzo działałyby mi na nerwy. Wystarczy, że muszę przesiadywać z nimi w jednym pomieszczeniu na zajęciach.
- O balu już słyszałam dzisiaj, dostałam informację od Gabrieli, ponieważ miała dzisiaj zajęcia z profesorem Slughornem - zaczęłam, pośrednio umknęło mi gdzieś jego zaproszenie. Dopiero, kiedy je powtórzył, na początku zdziwiłam się lekko, by za chwilę kiwnąć głową. - Będzie mi niezwykle miło, jeśli będę mogła ci potowarzyszyć.
Spuściłam lekko głowę. Spojrzałam na jego dłoń, przykrywającą moją dłoń. Nagle powietrze wokół nas jakby się zagęściło, a we mnie narastała dziwna ekscytacja. W duchu myślałam tylko o tym, aby nie zabierał swojej dłoni. Chciałam ją czuć na swojej jak najdłużej. Spojrzałam mu lekko w oczy, zapewne mógł dostrzec tańczące iskierki radości.
- Perseusie? - zapytałam cicho. - Te pół roku tak szybko minie, prawda?
Ile bym dała, aby lord Avery nie opuszczał Hogwartu. Żeby mógł być tu razem ze mną, aż i ja go skończę. Wtedy oficjalnie mogłabym go przedstawić swojemu ojcu, postawić, albo chociaż spróbować postawić na swoim. I tutaj, odciąć się od wszystkich wścibskich oczu i uszu, które mogłyby przekazać mojemu ojcu informację co ja wyrabiam. Chciałabym móc się czuć tak swobodnie tak jak teraz, kiedy wiem, że nie jestem przez nikogo obserwowana, ani oceniana.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]04.03.16 21:33
Zniewalająca woń beztroski unosiła się w pokoju wspólnym i chociaż wiedziałem aż za dobrze, jak zdradziecka potrafi być i jak niemiły bywa powrót do rzeczywistości, przez chwil parę albo paręnaście chętnie się w niej zatapiałem. Beztroska. Czy właśnie nie ona powinna charakteryzować młodość? Zdaje się jednak, że my wszyscy, szlachetnie urodzeni, zostaliśmy z niej ograbieni już przy pierwszym samodzielnym oddechu determinującym nasze dalsze żywoty, gdy nieznające obowiązków dzieciństwo zostało wyparte przez przypominające tresurę wychowanie i niekończącą się naukę wszystkiego, co mogłoby sprawić, że w dorosłym życiu wystartujemy jako lepsi. Czy w takim schemacie nie było logicznym to, że wcześniejszy brak swobody odbijemy sobie w szkolnych murach, gdzie podobno bezlitośnie dyscyplinującym uczniów nauczycielom daleko było do surowości znanych nam guwernerów, gdzie wolni byliśmy od bezustannego nadzoru, gdzie mieliśmy czas dla siebie i możliwości spędzenia go w dowolnie wybrany sposób? Bunt narastał we mnie coraz silniej, a razem z nim przekonanie, że narzucone odgórnie stosunki międzyrodowe są bezistotne. Może wynikało to ze specyfiki relacji rodu Averych i tego, że tradycja narzucałaby mi ograniczenie znajomych do zaledwie trzech nazwisk, lecz w rzeczywistości wianuszek moich przyjaciół systematycznie powiększał się o nowe osoby o zakazanych nazwiskach i nie wyobrażałem sobie po zakończeniu edukacji tak po prostu się od nich odciąć i udawać, że nigdy się nie znaliśmy - mało tego, że sobą dogłębnie gardzimy. I nie miałbym absolutnie nic przeciwko, gdyby i Rosalie miała podobne podejście do sprawy.
- Kto by pomyślał, że w szkole poczuję się bezpieczniej niż w domu - zaśmiałem się, mając przed oczami uroczą scenkę rodzajową, w której ojciec Rosalie wraz ze swoimi trollami czeka na granicach terenów szkolnych na dzień, w którym skończę swoją przygodę z Hogwartem. - Mam nadzieję, że jesteście dość odporne na tę lekcję wychowawczą. Chociaż szanuję tradycje, nie uważam, by wszystkie były godne kontynuowania - stwierdziłem lekkim tonem, po czym upiłem łyk gorącej czekolady.
To doprawdy okrutne, że okoliczności tak często nam nie sprzyjały. Wielokrotnie już pomstowałem na fakt, że nasze plany zajęć tak często każą nam się mijać, bo oto jedno ma wolny poranek, a drugie zajęcia od samego śniadania lub na odwrót, że czas ucieka jak złodziej i wkrótce nam go zabraknie, a wtedy bezpieczne od trolli i Fortinbrasa mury Hogwartu staną się przeszkodą stojącą na drodze naszego wspólnego szczęścia. Bo przecież naiwnie i wbrew wszystkiemu wierzyłem, że takie będzie nam dane.
- Nie powinnaś mieć najmniejszych powodów do obaw, jestem pewien, że wszelkie egzaminy zdasz śpiewająco i z rozbrajającym uśmiechem na ustach. Hmm może inni przesiadują tak namiętnie nad książkami, bo brak im odpowiedniej motywacji, by się sprężyć. Ja znam lepsze sposoby na spędzanie czasu - odpowiedziałem, uśmiechając się do panny Yaxley znad parującego kubka. - Jesteś aż nazbyt łaskawa, Rose. Ale może to i lepiej, że tak wyszło, w przeciwnym razie treningi pochłaniałyby mnie bez reszty, towarzystwa dotrzymywałby ci Marin, a ja z powodu zazdrości musiałbym z nim wkroczyć na wojenną ścieżkę - w żartobliwym tonie zakończyłem zapewnie średnio interesujący dla Rosalie temat Quidditcha, z pewnym zaskoczeniem odnotowując fakt, że faktycznie, przymusowe opuszczenie drużyny nie wydaje się już być tak nieznośne, jak wcześniej. Chociaż półwila miała niewątpliwą rację, puchar nigdy nie powinien opuścić podziemi, dlatego przytaknąłem jej jeszcze gorliwie.
- Profesor Slughorn nie byłby chyba sobą, gdyby nie zaczął zapraszania od czarujących uczennic - zaśmiałem się na słowa blondynki, po chwili poważniejąc w oczekiwaniu na odpowiedź. - Cała przyjemność będzie po mojej stronie - odpowiedziałem z pełnym przekonaniem, nie posiadając się z radości, gdy Rosalie przyjęła moje zaproszenie. I gdy nie cofnęła swojej dłoni, jakby sam mój dotyk ją parzył. Kąciki moich ust powędrowały ku górze, gdy wpatrując się w hipnotyzujące błękitem oczy dziewczyny, przesunąłem kciukiem po wierzchu jej dłoni tak delikatnie, jakby miała kości ze szkła. Dla mnie - miała.
- Obawiam się, że tak - westchnąłem, nie kryjąc rozczarowania chłodnymi prawami rządzącymi czasoprzestrzenią. - Ale zrobię wszystko, żeby każda minuta miała znaczenie - odparłem, ściszając głos niemalże do szeptu, jakby mówienie tych słów głośniej miało zdradzić emocje, których nie powinienem okazywać. A które przecież kotłowały się we mnie bez końca, gdy pod wpływem impulsu zaprzestałem kreślenia finezyjnych wzorów na dłoni Rosalie, by unieść ją delikatnie i złożyć na jej wierzchu pocałunek, będącym jakby przypieczętowaniem moich słów. - Kto wie, może nawet przypadkowo nie zaliczę jakiegoś przedmiotu i będziesz skazana na moje prześladowania rok dłużej? - dodałem już w lżejszym tonie, gdy już oderwałem swoje usta od smukłej dłoni panny Yaxley po chwili zbyt krótkiej, jak na mój gust i zbyt długiej, jak na zasady etykiety.


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]12.03.16 15:13
Gdyby Pers wiedział, jak wiele ma racji w swoich rozmyślaniach. Szlachetnie urodzone dzieci niby miały piękne dzieciństwo, posiadały wszystko to co chciały, odbywały nauki, opiekowało się nimi wielu guwenantów i guwernantek, a tak naprawdę byli jakby zamknięci w klatkach i jeśli ich rodzice w jakikolwiek sposób interesowali się dziećmi i okazywali im miłość, to można było powiedzieć, że byli prawdziwymi szczęściarami. Ja do takich należałam, ojciec pokazywał nam, że nas kocha, zawsze o nas dbał, mimo że częściej spędzałyśmy czas z opiekunami, to nigdy nie zabrakło jego miłości. W końcu byłyśmy tak podobne do jego ukochanej żony. Ale coś w zamian. Oczekiwał posłuszeństwa, oddania rodowi i to, że kiedyś wypełnimy swój obowiązek i wydamy na świat potomstwo w rodzie nam przyjaznym. Jak bardzo żałowałam, że Avery i Yaxley tak bardzo sobą gardzili. Póki co nie wyobrażałam sobie tego, że w przyszłości miałabym gardzić Perseusem.
- Ja również tak uważam - odpowiedziałam cicho, patrząc w kubek. - Aczkolwiek trudno jest być na coś takiego odpornym, sam dobrze zdajesz sobie z tego sprawę. Tobie jednak jest łatwiej, jesteś mężczyzną.
Spojrzałam na niego. Fakt, Pers był już mężczyzną. Na jego twarzy pojawiał się zarost, był wysoki, silny, w jego ramionach można było czuć się bezpiecznie. Ja się tak czułam, kiedy siedziałam tuż obok niego. Wiedziałam, że nic mi nie grozi.
Wysłuchałam go uważnie, gdy wspominał, że ja na pewno cudownie poradzę sobie z egzaminami. Wiedziałam, że tak będzie, bardzo przykładałam się do nauki już od pierwszej klasy i nigdy nie miałam problemów, ale czekał mnie jednak ten najważniejszy egzamin. Normalnym było, że się denerwowałam.
- Po stokroć wolałabym towarzystwo twoje niżeli Marina, jeżeli miałoby to spowodować wejście na tą wojenną ścieżkę, jak to określiłeś - zaśmiałam się lekko, patrząc na niego pobłażliwie. - Oh, nie mów tak. Wiem, jak wielkim uczuciem darzyłeś Quidditch i gdybym miała stać na drodze do twojego rozwoju, to nie wybaczyłabym sobie, gdybyś przeze mnie stracił jakąś szansę. Wolałabym, żebyś mógł dalej robić to co kochasz. I nie zaprzeczaj, widzę twoje nostalgiczne spojrzenie, kiedy rozmawiamy o Quidditchu albo oglądamy mecz.
Zarumieniłam się, gdy mówił o czarujących dziewczynach. Zapewne, gdybym dzisiejszego poranka to ja miała lekcje z profesorem Slughornem, byłabym pierwszą, która dowiedziałaby się o tym spotkaniu. Dotyk Persa był mi niezwykle miły, dlatego dłoni nie zabrałam. Zacisnęłam mocno usta, słysząc jego kolejne słowa, nie byłam jednak w stanie oderwać spojrzenia. To tak bardzo bolało, że zostało nam tylko pół roku.
Serce zaczęło bić mi mocniej, gdy na mojej dłoni spoczął jego pocałunek. Trwał zbyt krótko, tak krótko, a ja chciałam więcej. Uchyliłam lekko usta, wsłuchując się w jego dalszą wypowiedź, spojrzałam mu prosto w oczy, szukając w nich informacji, czy naprawdę byłby w stanie zrobić coś takiego.
- Perseuszu - wyszeptałam. - Nie wolno ci tak mówić. Nie możesz dla mnie zawalić egzaminów, nie pozwalam ci na to.
Miało zabrzmieć szorstko, żeby wiedział, że nie żartuje. Słowa jednak ledwo wypłynęły z moich ust, bardzo cicho, prawie niesłyszalnie.
Odstawiłam kubek na stolik, dzięki czemu mogłam odwrócić się do niego bardziej przodem. Uniosłam wolną dłoń, aby przejechać delikatnie palcami po jego twarzy, delikatnie zahaczając o włosy, czoło, skroń, dalej na policzek i kończąc na podbródku. Obserwowałam, jak zmieniał się wyraz jego twarzy, jak błądził wzrokiem po mojej, skupiając się w końcu na oczach. Ja również błądziłam wzrokiem, z całych sił starałam się zachować wolną wole, nie pozwolić sobie ulec pokusie, to jednak było takie trudne.
Chciałam powiedzieć mu, że nie przeżyję naszej rozłąki, że ma mi obiecać, że zawsze będę miała swoje miejsce w jego sercu i cokolwiek się wydarzy, czy dopadną go trolle mojego ojca czy nie, to zawsze będę dla niego kimś ważnym, nic jednak nie mogło wyjść z mojego gardła, prawdopodobnie zostawiając sobie te tkliwe wyznania, na nasze pożegnanie. Uśmiechnęłam się do niego tylko, gładząc jego skórę twarzy swoim kciukiem, bojąc się zrobić kolejny krok.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]16.03.16 20:15
Posłuszeństwo, oddanie i obowiązek. Te trzy słowa idealnie, wręcz do bólu, opisywały to, co nazywaliśmy swoją codziennością, tak różniącą się od szarych żyć bezimiennych, pozbawionych błękitnej krwi jednostek, które z pewnością były niezdolne do zrozumienia tego, z czym mierzyliśmy się na porządku dziennym - jakże więc miałbym ich uznawać za równych sobie? Nieszlachetnie urodzonym brakowało brzemienia, które spoczywało na naszych ramionach, presji wpisywania się w ramy wyznaczane sztywno przez rodzinę, konieczności godnego kontynuowania wielowiekowych tradycji. Nigdy nie narzekałem na sposób, w jaki mnie wychowywano ani na wymagania, jakie przede mną postawiono, ale z powodu chociażby tej wielkiej, leżącej już w najbardziej podstawowych kwestiach przepaści pomiędzy nami a szlamami, nie potrafiłem zaakceptować wzniosłych idei równości i tolerancji. Jeśli więc po szkole miałem kimś gardzić, o wiele bardziej przypadał mi do gustu pomysł gardzenia osobami o wątpliwym statusie krwi niż arystokratami, którzy urodzili się w "nieodpowiednim" rodzie.
- Niestety tak - potwierdziłem z westchnieniem dającym upust mojemu niezadowoleniu, po czym upiłem kolejny łyk czekolady. - Może przemawia przeze mnie młodzieńczy idealizm, ale wierzę w to, że nasze pokolenie będzie inne - oczywiście cały czas wierne czystości krwi, ale przy tym mniej stetryczałe, mniej nadęte, mniej wojownicze, mniej skłonne obstawać przy zamierzchłych konfliktach, kiedy to jeden praprapradziadek poprztykał się z drugim o granicę terytoriów przesuniętą o pięć cali czy sardoniczny uśmiech posłany na sabacie.
- Rad jestem to słyszeć - oznajmiłem pogodnie, z teatralną ulgą przyjmując fakt, że wojowanie z moim przyjacielem z dormitorium mogę jeszcze odroczyć i przełożyć na późniejszy termin. Najchętniej na termin "nigdy". - Kariera w tej dziedzinie najwyraźniej nie była mi pisana, ale to już zamknięty rozdział w moim życiu. Może to i lepiej, znajdę sobie coś, co spotyka się z mniejszym sprzeciwem ze strony mojej rodziny i będę się w tym realizował już bez wiecznego narażania się na dramatyczne wypadki. Nie będę zaprzeczał, Quidditch wciąż zajmuje specjalne miejsce w moim sercu i pewnie już na zawsze zostanie moim niespełnionym marzeniem - stwierdziłem, nie mogąc nie przyznać Rosalie racji, lecz zupełnie nie będąc przy tym zaskoczony bystrością jej obserwacji. - Rose, nigdy nie będziesz stać na mojej drodze, nawet tak nie mów - zakończyłem już bez cienia żartobliwości, ściskając lekko dłoń blondynki, jakby to miało podkreślić absolutną szczerość moich słów i nadać im emfazy. W żadnym ze scenariuszy w mojej głowie Rosalie nie była przeszkodą.
Rozmawianie o profesorze Slughornie jeszcze nigdy nie było tak przyjemne, jak kiedy moje palce wodziły po miękkiej skórze drobnej dłoni panny Yaxley. Gest ten, wbrew pozorom, wcale nie miał na celu wyrażania zbereźnych zamiarów, a wręcz przeciwnie - miał być delikatny jak rumieniec Rose, czysty jak moje uczucie do niej i... pełny oddania, które skłaniało mnie do wypowiadania podobnych słów, wcale nieprzesadzonych, mimo że na razie wciąż krążących w sferze żartów. Uśmiechnąłem się, słysząc jej słowa, lecz był to uśmiech pozbawiony wesołości, z którą jeszcze przed chwilą się wypowiadałem.
- Nie chciałbym po prostu, żeby koniec roku cokolwiek zmienił - praktycznie wyszeptałem, wciąż trzymając jej dłoń w uścisku. Nawet nie zarejestrowałem, kiedy podążyłem w ślady dziewczyny i upiwszy ostatni łyk czekolady, również odstawiłem kubek na pobliski stolik, skupiając się już tylko na twarzy Rosalie, oświetlonej miękkim światłem trzaskających w kominku płomieni. Kto by pomyślał, że takie ledwie muśnięcia, jakimi były prześlizgujące się po mojej twarzy szczupłe palce blondynki mogły budzić tak wiele emocji. Przesiąknięte zapachem perfum i czekolady powietrze zdawało się zafalować niespokojnie, a czas zatrzymał się w miejscu, gdy Rosalie była tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Wpatrywałem się w jej połyskujące tajemniczym blaskiem oczy, rozkoszując się subtelnym dotykiem i niezakłócanymi przez nikogo chwilami spędzanymi tylko w dwójkę w sposób, z jakim nie chciałbym się żegnać w ciągu zaledwie paru miesięcy.
- Nie zmieniajmy się, Rose - wyszeptałem, może odrobinę nazbyt śmiało wyrażając swoje przyszłościowe intencje. Panna Yaxley stała się istotą najbliższą mojemu sercu i w momencie, w którym ujmowałem lekko jej podbródek, by pochylić się w jej kierunku na tyle powoli, by jej nie spłoszyć, lecz niewystarczająco, by zaczęła mieć wątpliwości i złączyć nasze usta w pocałunku przerażająco czułym, nie zastanawiałem się już wcale nad niczym, co wykraczało poza nasze najbliższe otoczenie.
[bylobrzydkobedzieladnie]


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 


Ostatnio zmieniony przez Perseus Avery dnia 04.04.16 12:44, w całości zmieniany 1 raz
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]26.03.16 14:02
- Naprawdę w to wierzysz? Że będzie inne? - zapytałam niepewnie. - Naprawdę uważasz, że po opuszczeniu Hogwartu nic się nie zmieni?
Ja nie byłam tego taka pewna. Bałam się o Perseusza. Bałam się, że zachłyśnie się dorosłym światem, jego ideologia wejdzie w niego szybciej i dogłębniej niż się tego spodziewa i już na pierwszym naszym spotkaniu, po opuszczeniu przez niego Hogwart, odczuje jego oschłość w moim kierunku, o ile do jakiegokolwiek spotkania dojdzie.
Wysłuchałam go, gdy mówił o Quidditchu i o swoich planach na przyszłość. Widziałam go jako pracownika w Ministerstwie, z jego wiedzą powinien od razu trafić na staż, a potem rozpocząć karierę. Wiedziałam, że osiągnie sukces i wszystko mu się powiedzie. Uśmiechnęłam się lekko.
- Cieszę się, że masz jakieś plany na przyszłość. A mogę wiedzieć jakie? Co dokładnie chciałbyś robić? - zapytałam zainteresowana. - Ja bym najchętniej rozpoczęła staż w departamencie przestrzegania prawa, ale mój ojciec nigdy się na to nie zgodzi.
Dodałam jeszcze, ale w moim głosie nie słychać było ani żalu, ani zdenerwowania, ani smutku. Ot, pogodziłam się z tym faktem, oczywiście pomówię o tym ze swoim ojcem, ale wiedziałam, co mi powie. Nie jest to praca dla damy, powinnam zająć się czymś innym, chociażby tymi jednorożcami, do których tak chętnie chodzę.
Czując jego przyjemny dotyk na swojej dłoni, coraz bardziej miałam wrażenie, że się rumienie. Chciałam spuścić wzrok, z drugiej strony nie chciałam przestać patrzeć w jego błękitne oczy, które były takie piękne. Jego słowa były dla mnie tak bardzo ważne, wyrażały tyle emocji. Więcej niż mogą pokazać jego gesty, jego czuły dotyk. Zacisnęłam usta, tak bardzo bałam się, że go stracę.
- Ja również tego nie chcę, naprawdę - wyszeptałam.
Wodziłam po jego twarzy, równocześnie wzrokiem starałam się zapamiętać wszystkie, nawet najmniejsze szczegóły. Zapach jego męskich perfum, miałam wrażenie, przenikają mnie na wylot i jeszcze długo, długo po naszym spotkaniu będę nimi pachnieć, zdradzając wszystkim dookoła, co działo się dzisiejszego późnego wieczora.
Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć, kiedy poczułam jego dłoń na swoim podbródku. Pozwoliłam mu na ten śmiały krok, na rozchylenie swoich warg i do ostatniej chwili, z zapartym tchem, obserwowałam go, jak się nade mną pochyla. Zamknęłam oczy dopiero, gdy poczułam jego usta na swoich ustach. Były miękkie i ciepłe, jego oddech przyjemny. Mój pierwszy pocałunek był taki, jaki sobie wymarzyłam i z osobą, jaką sobie wymarzyłam. Czułam dziwny ścisk w żołądku, kiedy nasze usta łączyły się znowu i znowu.
Nie wiedziałam, czy umiem się całować, wszystko co robiłam, było wykonywane automatycznie z kobiecą intuicją. Miałam ogromną nadzieję, że Persowi podobało się tak bardzo jak mi.
Nie wiem ile to trwało, pół sekundy, minutę czy pięć, ale w końcu nasze usta się rozeszły. Miałam wrażenie, że pulsują mi i mrowieją, oraz są całe czerwone. Oblizałam je leciutko, nie spuszczając wzroku z chłopaka. Chwyciłam jego dłoń.
- Cokolwiek się wydarzy, kiedy opuścimy już Hogwart… zawsze będziesz, o tutaj - powiedziałam, kładąc jego dłoń, na swojej klatce piersiowej, w miejscu, gdzie znajdowało się serce.
Patrzyłam tak na niego, uśmiechając się niewinnie, po czym przybliżyłam się znowu i przytuliłam się do niego, chętnie chowając swoją twarz, w zagłębieniu jego szyi. Po tym, co się przed chwilą wydarzyło i zważywszy na to, że nikogo w salonie wspólnym już nie było, pozwoliłam sobie na trochę więcej swobody. Kto wie, kiedy znów będzie nam dane spędzić ze sobą kolejne, tak miłe chwile.
- To miłe, tak… łamać zasady - wymruczałam, delikatnie, przez kompletny przypadek, muskając ustami jego skóry.
Tuż obok mnie, leżała księga, w której opisane było, jak bardzo nasze rody się nienawidzą, a my właśnie robiliśmy coś, co przeczyło tej tezie w stu procentach. Co za paradoks.


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]04.04.16 13:32
- Zrobię wszystko co w mojej mocy, by tak było - oświadczyłem zdecydowanie, nie mając przed oczami żadnego innego scenariusza. To się przecież nie godziło, by po siedmiu latach obracania się w określonym towarzystwie, zakończenie edukacji i ochocze przekroczenie progu dorosłego życia miało wyżłobić pomiędzy nami przepaść nie do przeskoczenia. - Muszę w to wierzyć, bo inaczej znaczyłoby to, że wszystko, co robiłem i mówiłem dotychczas, było nieszczere i pozbawione jakiejkolwiek wartości - dodałem, podświadomie marszcząc brwi, jakby to faktycznie mogła być prawda. Czy to było możliwe, byśmy wszyscy w czasach nastoletnich byli stadem kłamców, pokazujących swoje prawdziwe, wyrzeźbione przez rodowe tradycje twarze dopiero później?
- To na razie jeszcze nic konkretnego, rozważam różne opcje. Praca za biurkiem zawalonym papierami byłaby dla mnie mordęgą, myślałem o międzynarodowej konfederacji czarodziejów, lecz to z kolei wiąże się z wiecznymi wyjazdami - zapędziłem się nieco w wyjawianiu swoich planów, docierając aż do punktu krytycznego: nie chciałbym być bezustannie w rozjazdach i nie widzieć miłej mi twarzy. Twojej twarzy, Rose. - Będziesz jeszcze miała aż nadto czasu, by zamartwiać się stażami. Kto wie, może gdy przyjdzie co do czego, nie będziesz potrzebowała jego zgody? - może pozwolenia udzieli ci już mąż, a nie rodziciel czy nestor? Wbiłem spojrzenie w tańczące w palenisku płomienie, uświadomiwszy sobie, że po raz kolejny wypowiadam słowa nazbyt śmiałe, które nie powinny tak płynnie wylatywać z moich ust. Uśmiechnąłem się krótko do panny Yaxley, mając jednak nadzieję, że nie będzie mi miała za złe tej werbalnej bezpośredniości, wyrażającej bezustannie mniej lub bardziej sprecyzowane wizje przyszłości, która nie mogła malować się inaczej niż w całej feerii barw. Naszej przyszłości. Po raz kolejny przesunąłem leniwie spojrzeniem po uroczo zarumienionych policzkach Rosalie, aż do jej lśniących oczu. Czy potrafiła wyczytać we mnie niczym w otwartej księdze wszystko to, co dyplomatycznie przemilczałem, nie chcąc jej płoszyć zbyt wzniosłymi deklaracjami i wyznaniami, które nie leżały w mojej naturze? Już i tak niejednokrotnie naginałem swoje zwyczaje w towarzystwie panny Yaxley, okazując jej o wiele więcej ciepła i troski, niż zazwyczaj to robiłem - lecz jakże mógłbym postępować inaczej, gdy biła od niej ta tajemnicza jasna poświata, a ja pragnąłem tylko, by poświata ta objęła i mnie, rozświetlając wszystko to, co nie było piękne i czyste? Rosalie Yaxley, moje katharsis.
Może więc barbarzyństwem były moje kolejne gesty, które choć nad wyraz czułe, w jakiś sposób odzierały blondynkę z jej niewinności, której smakowałem, wpijając się w jej usta, początkowo subtelnie, lecz z narastającą zachłannością. Palce wolnej dłoni przesunąłem delikatnie wzdłuż kości policzkowej Rosalie, by następnie wpleść je w jej jasne włosy, roztaczających ten nieziemski zapach, łaskoczący mnie w nozdrza. Pewnie nigdy się nie dowiem czy za całą magią tej woni stał urok wili, czy może we flakonie perfum panny Yaxley wirowała kropla amortencji, scalająca rozmaite nuty zapachowe w niepowtarzalną całość. Po raz ostatni ucałowałem różane wargi dziewczyny, by z lekkim ociąganiem odsunąć się od niej i uśmiechnąć, gdy wypowiadając kolejne słowa, przyłożyła moją dłoń do swojego serca, którego nieco przyspieszone bicie było doskonale wyczuwalne przez materiał jej sukni.
- Chcę być w jeszcze innym miejscu, o tutaj - wszelkie konwenanse zostały już wymazane z mojej głowy, gdy mówiąc to, ująłem po raz kolejny dłoń Rose, by wskazać jej serdeczny palec. Czy w dorosłym życiu nie byłoby nam razem jak w niebie? Tego wieczoru przed kominkiem w pokoju wspólnym nie chciałem wierzyć w nic innego. Objąłem ramieniem drobną sylwetkę dziewczyny, gdy przytuliła się do mnie, zacierając resztki granic pomiędzy nami i wdychając zapach jej perfum, palcami przeczesałem niespiesznie jej złociste włosy o strukturze przypominającej jedwab.
- Panno Yaxley, jeszcze łamanie zasad wejdzie ci w krew i zostaniesz pełnowymiarową rebeliantką - zaśmiałem się cicho, nie mogąc jednak nie przyznać jej racji, łamanie zasad faktycznie było miłe. Niech spłonie ta księga nienawiści, niech spłonie stek absurdów i chorych zasad - jak można mówić, że istniały one dla naszego dobra, jeśli jedyne, co robiły, to stawały na jego drodze?


stars, hide your fires:
  let not light see my black and deep desires.
 
Perseus Avery
Zawód : wiedźmia straż
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Kawaler
vicious
vengeful
victorious
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Czarodziej
nothing good ever stays with me
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
Martwi/Uwięzieni/Zaginieni
https://www.morsmordre.net/t1103-perseus-julius-avery https://www.morsmordre.net/t1235-persowa-poczta#9205 https://www.morsmordre.net/t1120-cry-me-a-river#7293 https://www.morsmordre.net/f177-shropshire-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t2783-skrytka-bankowa-nr-318#44957 https://www.morsmordre.net/t1181-perseus-avery#8549
Re: Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 [odnośnik]27.04.16 20:44
Tak bardzo łaknęłam jego słów i tak bardzo chciałam wierzyć w to, że tak właśnie będzie. Nie chciałam tracić przyjaźni tutaj zawartych, ani na pierwszym sabacie w myślach obrzucać, dawnej koleżanki z ławki, błotem. Dorosłe życie było dla mnie jeszcze taką ogromną zagadką, a wszystko co wiedziałam na jego temat, wiedziałam od starszego kuzynostwa, ojca i ciotki. Jednak miałam też swoje wyobrażenie tego wszystkiego i bałam się, że różni się i to bardzo od tego, co zastanę w rzeczywistości.
- Nie wyobrażam sobie ciebie za biurkiem, tutaj w Hogwarcie jest ciebie pełno i nie raz nie można cię w ogóle znaleźć, bo tak szybko przemieszczasz się z miejsca na miejsce, bardziej aktywne zajęcie w Ministerstwie zdecydowanie lepiej by pasowało - przytaknęłam na jego słowa.
Na resztę nie odpowiedziałam, spuszczając lekko wzrok. Również nie chciałam, aby Perseusz był w ciągłych rozjazdach, aczkolwiek, jeżeli ode mnie by to miało zależeć, a jemu na tej pracy by bardzo zależało, to zachęcałabym go, nie zważając na siebie. Tak bardzo jak nie chciałabym stawać na jego drodze do kariery w Quidditchu, tak bardzo nie chciałam stawać na jego drodze w karierze w Ministerstwie.
Nasze czyny nie były czynami odpowiednimi, ale były naturalną kolejnością dorastania. Każdy młody człowiek przeżywał swoje wzloty i upadki, a my dzisiejszy wieczór na pewno kojarzyć będziemy z cudownym wzlotem. Jak ptaki, które pierwszy raz opuściły rodzinne gniazdo i szybują pośród chmur ciesząc się wolnością. Ja, gdy czułam jego usta na swoich ustach, jego dłoń na swoim policzku, jego zapach tak blisko, naprawdę czułam tą wolność. Coś, co przeżywałam po raz pierwszy, co było zaskakująco miłe i z każdą chwilą chciało się więcej i więcej. Aż tego chcenia sama się wystraszyłam, nie wiedziałam, że jestem zdolna do takich uczuć. Całowanie osoby, którą się kocha, było najwspanialszą rzeczą jaką dano mi przeżyć dotychczas.
Nagle znowu spłonęłam rumieńcem, a z moich ust wydobyło się ciche jęknięcie, kiedy Perseusz wskazał na mój serdeczny palec. Wyobraziłam sobie, jak pojawia się na nim pierścionek zaręczynowy, który byłby moim małym artefaktem. Zwieńczeniem naszej miłości.
- Niech wejdzie, jeżeli mam je łamać z tobą, Perseuszu, to nie mam nic przeciwko - zadeklarowałam.
Uniosłam lekko wzrok do góry, spoglądając na jego twarz. Ta sytuacja wydawała mi się tak bardzo nierzeczywista. Jakby obok nas pojawiła się taka delikatna mgiełka, a wszystko to, co się właśnie wydarzyło było tylko i wyłączenie snem, ale za to jakim pięknym.
- Zróbmy wszystko, żeby nikt nam nie stanął na drodze do szczęścia, poczekasz na mnie, prawda? - zapytałam. - Będziesz o mnie walczyć?
Tak bardzo pragnęłam od razu po debiucie, po swoim pierwszym sabacie wyjść za mąż. Tak bardzo liczyłam na to, że Perseuszowi uda się przekonać nasze rody, aby zrobiły ten jeden, jedyny wyjątek. Jaka ja byłam wtedy naiwna, że coś takiego mogłoby się kiedykolwiek wydarzyć.

/Chyba już kończymy, co?


Za wilczym śladem podążę w zamieć
I twoje serce wytropię uparte
Przez gniew i smutek, stwardniałe w kamień
Rozpalę usta smagane wiatrem
Rosalie Yaxley
Zawód : doradczyni w zarządzie w Rezerwacie jednorożców w Gloucestershire
Wiek : 22
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zamężna
Nienawidzę pająków... dlaczego to nie mogły być motyle?
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950 DByCxa2
Nieaktywni
Nieaktywni
https://www.morsmordre.net/t649-rosalie-yaxley https://www.morsmordre.net/t696-smuzka#2194 https://www.morsmordre.net/t695-rosalie https://www.morsmordre.net/f288-fenland-yaxley-s-hall https://www.morsmordre.net/t3552-skrytka-bankowa-nr-174#62683 https://www.morsmordre.net/t955-rosalie-yaxley
Pokój wspólny ślizgonów, zima 1950
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach