Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia


Ekipa forum
upalny dzień lipca 1955
AutorWiadomość
upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]04.01.16 19:42
Brytyjskie upały były równie rzadkie co czterolistne koniczyny, a mimo to taki dzień właśnie nadszedł. Wyjątkowo gorący, parny; wręcz nie do zniesienia. Cień okazał się być towarem deficytowym, na wagę złota nawet. Woda lała się litrami po nieprzyzwoicie odsłoniętych ciałach, lody schodziły niczym świeże bułeczki wczesnymi rankami. Liliana nie wiedziała, czy lepiej gnić w zaciszu czterech, niesamowicie dusznych ścian, czy topić się pośród ponurych bagien Fenland. Obie propozycje były mało kuszące, aczkolwiek pierwsza zostawiała większą swobodę w kwestii ubioru. W pustym domostwie mogła poruszać niemal nago, nie siejąc ani zgorszenia, ani wyrzutów w przypadkowo spotkanych ludziach. Z oczywistego braku klimatyzacji betonowa puszka odbierała cenne pokłady powietrza; tereny dookoła miały go zdecydowanie więcej. Niestety, prażące słońce wysuszające trawy i do tej pory podmokłe ziemie wokół nie zachęcało do leżenia wśród tego skwaru. Dlatego decyzja była niemożebnie trudna do podjęcia i minęło kilka długich, bezowocnych godzin spędzonych na kręceniu się to tu, to tam. Odsłaniając i zasłaniając niektóre części ciała na zmianę doprowadziła się w ostateczności do zmęczenia. Ono z kolei zaprowadziło ją do łazienki i zimnego prysznica będącego wybawieniem, muśnięciem ulgi na rozgrzanej skórze. To właśnie tam narodził się pomysł o tym, żeby odwiedzić swoją przyjaciółkę (nie, jej brata na pewno nie będzie, skądże znowu!) i wspólnie przecierpieć to późne popołudnie przyprawiające o ból głowy. Pomysł był spontaniczny, Yaxley nie kłopotała się powiadomieniem Polly o swoim przybyciu i to niechybnie było jej największym błędem. Gdyby nie dostała odpowiedzi, wiedziałaby, że Havishamówny nie ma w domu, a droga nie okazałaby się próżną i daremną.
Ubrana w przewiewną, kwietną sukienkę odsłaniającą kolana i, o zgrozo, nieco ramion, z białą parasolką nad głową wsiadła do Błędnego Rycerza. Podróż była krótka, jak zwykle wyczerpująca, zwłaszcza biedny żołądek. Niezrażona tym wcale odnalazła pożądany budynek, do którego prowadziła brukowana, rozgrzana do granic możliwości uliczka. Stanęła przed drzwiami i przykładnie zapukała, składając prowizoryczną ochronę przed słońcem. Nie usłyszawszy kroków kierowanych w stronę wejścia, wzruszyła nieprzyzwoitymi ramionami i nacisnęła na klamkę. Zamknęła za sobą drzwi, zdjęła trzewiczki i lekkim krokiem udała się w stronę drzwi łazienki, skąd dobiegały odgłosy puszczanej wody. Lilka pokiwała pełna zrozumienia blond główką i oparła się bokiem o ścianę, dokładnie przed wyjściem z łazienki. Nie wiecie jak ogromną ulgę odczuła czując chłód ogarniający jedną z rąk!
- Polly, wiem, że się nie zapowiedziałam, ale ten upał był tak nieznośny, że nie wiedziałam co ze sobą zrobić - krzyknęła, oglądając swoje paznokcie. - Może nie wiem, zjadłybyśmy lody, albo w jakiś inny sposób przeżyły ten paskudny dzień, co? - dodała równie głośno, oczekując rzecz jasna jakiejś reakcji. Nie wiedząc zupełnie, że przyjaciółki dawno nie ma!


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]04.01.16 20:35
Szef niemal siłą przekonywał Williama, by wziął wolny dzień. Havisham był jednym z tych dziwacznych pracowników, którzy siedzą w pracy kiedy muszą i kiedy nie muszą, przed godzinami pracy, w trakcie i po nich, w dzień i w nocy (akurat w Departamencie Tajemnic trudno było rozróżnić), właściwie, gdyby było to możliwe, spędzaliby w miejscu pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Oczywiście Billy był w o tyle lepszej sytuacji, że posiadał istotę klasyfikowaną jako siostra, posiadającą dźwięczne imię Polly, która potrzebowała poza miejscem do spania również braterskiej opieki. O ile William nie za bardzo umiał zająć się sobą, o tyle ze wszelkich sił próbował choć trochę uporządkować myśli, by zaopiekować się wyrośniętym bobo, któremu mógł już tłumaczyć tak zawiłe pojęcia jak na przykład imperatyw kategoryczny, a ona je rozumiała (a przynajmniej bardzo dobrze szło jej udawanie, że pojmuje zawiłe meandry filozofii, psychologii i innych zagadnień pasjonujących jej brata). W związku z tym nie wyczarował sobie w Departamencie kanapy, lecz grzecznie wracał do mieszkania, by przy okazji korzystania z dobrodziejstw wyczarowanych przez cudowne rączki osóbki o łudząco podobnych genach podpytywać ją również o to, jak wiedzie jej się w życiu. Poza tym pojawiały się też takie indywidua jak Daniel zwany Kruegerem i Krueger zwany Vincentem oraz inne mniej lub bardziej sprecyzowane postaci. Była też Liliana, oczywiście, przyjaciółka Polly również słodka jak cukierek, jednakże co do niej Havisham miał nieco mieszane uczucia. Jednakże z właściwym sobie brakiem przejęcia wszystkim, co siedziało w jego osobistym środku (głowy innych ludzi zawsze wydawały mu się dużo bardziej interesujące) nie zastanawiał się nad tym zbyt wiele, wychodząc z założenia, że kobiet i tak nigdy nie pojmie, więc byłyby to bezcelowe i bezsensowne rozmyślania. Bardziej realistyczne wydawało mu się odnalezienie przyczyny magiczności u jednych, zaś braku u drugich, wyjaśnienia fenomenu charłactwa, znalezienie esencji magii lub wyjaśnienie daru wróżenia niż choćby częściowe zrozumienie kobiet czy relacji międzyludzkich ze szczególnym naciskiem na te damsko-męskie. W tym względzie wyjątkowo uznawał wyższość praktyki nad teorią i unikał zagłębiania się w podobne tematy, wyczuwając instynktownie, że zawiodłoby go na manowce.
Niemniej jednak jego oddanie (niepełne, w końcu postaci pojawiające się w jego życiu żądały uwagi i wyciągały go spomiędzy grubych ksiąg) nie było pojmowane z pełnym entuzjazmem. Pracoholizm Havishama był jak najbardziej na rękę jego pracodawcy, który oszczędzał w ten sposób na kilku pracownikach, którzy musieliby wykonywać jego pracę (choć może oszczędności przepadały, gdy Billy nagle wyjeżdżał w sprawach służbowych - badawczych, a potem okazywało się, że przedłużał swoje delegacje do niebotycznych rozmiarów zapominając rzecz jasna o poinformowaniu kogokolwiek), jednak nie był on również pijawką, która chciała wyssać z Williama wszelkie życiowe soki. Może miał zamiar wyjechać z rodziną nad jezioro i dlatego poczuł litość nad bladym Williamem, który słońce widział chyba tylko na zdjęciach? Kazał mu iść do domu i nie pracować, a najlepiej wyjść na dwór. Billy błagał i prosił, ale spotykał się z murem niezrozumienia, wobec czego nie miał innego wyjścia, jak tylko spakować manatki i z buntowniczą myślą, że jak najbardziej w domu pracować będzie wrócić do pustego mieszkania. Polly nie było, Daniela nie miał zamiaru kłopotać (wspominał coś o pracy, a może był obrażony), więc, a jakże, usiadł przy biurku i spełnił swoje groźby.
Po jakimś kwadransie pojął, że promieniowanie podczerwone nie uznaje czegoś takiego jak kultura, wychowanie, dach lub ściana i w związku z tym koszula zaczyna przylepiać mu się do ciała z zamiarem stania się najwyraźniej drugą skórą. W tym momencie samo rozebranie się do rosołu nie rozwiązywało już dramatycznego problemu, a zatem przed przywdzianiem nieco lżejszego okrycia Havisham musiał poddać się ablucji całego ciała pod prysznicem, który w tym momencie wydawał mu się jednym z najwspanialszych wynalazków ludzkości. Strumień chłodnej wody ma to do siebie (ciepłej właściwie też), że zagłusza większość dźwięków dochodzących z zewnątrz, a ponieważ Billy oblewał się hojnie (na bogato!), nie usłyszałby prawdopodobnie nawet rzuconej w niego Avady. Tym bardziej nie słyszał, że ktoś kręci się po jego mieszkaniu (nawet gdyby był to złodziej, zbyt dużo do przywłaszczenia by nie znalazł) ani krzyków pod drzwiami łazienki. Z całkowitym spokojem zakręcił kurek, narzucając na siebie jedynie ręczniczek (mimo absolutnej pewności, że jest sam w domu nie odczuwał dzikiej przyjemności z paradowania nago, choć może byłoby to genialne w skutkach? naukowych, oczywiście) i nie przejmując się niczym, prócz utrzymaniem go na biodrach, wyszedł z łazienki z zamiarem znalezienia czegoś mniej spadającego z tyłka we własnej szafie. Zamiar ten jednak brutalnie musiał zostać odłożony na później, gdy za energicznie otworzonymi drzwiami Billy zetknął się oko w oko z nikim innym, a właśnie panienką Yaxley, której szlachetne oczy zdecydowanie nie powinny widzieć go w samym ręczniku, co dotarło do niego po nieco zbyt długiej chwili stania w paraliżu na progu łazienki i wpatrywania się w nie mniej zakłopotaną twarz Liliany. - Polly nie ma. - zauważył niespodziewanie, wciąż przerażony swoją niemożnością wykonania jakiegokolwiek ruchu ratującego jego honor.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]04.01.16 21:05
Minuty zdawały się być godzinami, kiedy Liliana stała pod drzwiami łazienki i nasłuchiwała jakiejkolwiek odpowiedzi Polly na swoje słowa. Nie doczekawszy się ich wcale, westchnęła ciężko i podjęła jeszcze kilkukrotną próbę ponowienia swoich arcyważnych pytań. Wreszcie dotarło do niej, że woda najzwyczajniej w świecie zagłusza jej słowa, ale z rzeczonych wniosków zadowolona nie była. Podeszła zatem pod same drzwi z zamiarem głośnego zapukania i wystraszenia Havishamówny swym niespodziewanym jestestwem w jej domu. Lecz kiedy tylko złożona w pięść dłoń zawisła w okolicach bram do raju obiecanego, Yaxleyównę ogarnęły wątpliwości co do tego planu. Któryś raz z kolei wzruszyła ramionami i usunęła się z pola rażenia, gdyby Polly postanowiła się wykaraskać spod prysznica. Nie mówiła już absolutnie nic, bębniąc długimi, szczupłymi palcami o ścianę i przypominając sobie łacińskie nazwy mięśni w oczekiwaniu na przyjaciółkę. To, co miało się właśnie zdarzyć, przejdzie jej najśmielsze oczekiwania... naturalnie widok rozpostarty przed jej oczami sprawi, że swego występku później żałować nie będzie, lecz w tej konkretnej sytuacji miała ochotę się zaavadować. Na śmierć śmierci.
- No naresz... - zaczęła, kiedy drzwi się z hukiem otworzyły. Przekonana, że spojrzy na zdziwioną twarz przyjaciółki uśmiechnęła się niewinnie. Niestety, ów niewinny uśmieszek zniknął w mgnieniu oka uświadomiwszy sobie, że osoba, na którą patrzy, nie jest tą, którą pragnęła ujrzeć. Liliana zamrugała gwałtownie; spod powiek wyłaniał się pełen nieskończonego zszokowania wzrok utkwiony w twarz Willa, który, z nieokreślonych przyczyn, w kilka sekund zniżył się niżej. Kiedy zaś dotarł do ręcznika...
- O cholera! - pisnęła przeraźliwie, dopiero w tym konkretnym momencie orientując się, co właśnie zaszło. Zamknęła oczy, odruchowo obracając głowę do tyłu. Było to zabiegiem o tyle dobrym, o ile jej usiana piegami twarz (w szczególności policzki) zapłonęła teraz żywym szkarłatem. Nie była przygotowana na taką sytuację, ba! w ogóle nie spodziewała się zastać Havishama w domu. Głupio, wszakże i on tutaj mieszkał. Przyznajcie z kolei, jakie było prawdopodobieństwo, że wstrzeli się z wizytą akurat w momencie, kiedy mężczyzna nie będzie w pracy? Nieomal bliskie zeru, a tu proszę - cóż za szczęściara z Yaxleyówny...
- Oranyboskiemerlinowskie - wyrwało się jej, kiedy wciąż z zamkniętymi oczami powoli obróciła głowę w stronę Willa. - To ja, to ja przyjdę kiedy indziej, przepraszamjużmnietuniema - mówiła szybko, na wydechu, nie kontrolując poziomu swojego zawstydzenia i zażenowania, które najprawdopodobniej osiągnęło stan krytyczny. Wyciągnęła rękę, chcąc wyminąć brata Polly, ponieważ niczego nie widziała, a nie chciałaby przecież na niego wpaść. Zamiast tego ową ręką dotknęła jego ramienia, a wtedy czerwień jej twarzy pogłębiła się jeszcze bardziej - zakładając, że było to w ogóle możliwe.
- Nie wychodzi mi ta ucieczka z miejsca przestępstwa - jęknęła, ledwo słyszalnie, nie wiedząc już, czy go przepraszać, otwierać oczy i rzucać się do drzwi czy udawać, że nic się nie stało. Co też przyszło jej do głowy, aby tu przychodzić bez zapowiedzi?


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]04.01.16 21:39
Wszak i ona była obnażona! Jego oczy zarejestrowały nagie ramiona, niedopuszczalne w wypadku szanującej się panienki z dobrego domu, a umysł usiłował tłumaczyć, że przecież to wcale nie jest żadna krępująca sytuacja. Jeśli ona świeciła golizną, to on był chodzącą pochodnią, a może bardziej statyczną - bo ruszyć się nie był w stanie. Obserwował w kompletnym zszokowaniu panikę Liliany, czując bezradność powodowaną paraliżem kończyn. Dopiero kiedy Yaxleyówna rzuciła coś na temat bycia nie tutaj połączenia między neuronami wróciły do normy i Billy poruszył się w bezsensownym geście zatrzymania jej, pogarszając jedynie sytuację, gdyż podłożył się pod jej dłoń, miękką, delikatną i niewielką dłoń, która znalazła się na jego wilgotnym jeszcze ramieniu.
- Nie bardzo. - wyrwało mu się w końcu, gdy udało się również doprowadzić w miarę do porządku ośrodek mowy i odzyskał już jako-takie panowanie nad własną osobą. W przeciwieństwie do Liliany nie musiał zamykać oczy (a może powinien? te ramiona!), mógł się więc przyjrzeć głębokiej czerwieni jej policzków, która jedynie pogłębiała wrażenie niezręczności całej tej sytuacji. - Uwaga, teraz cię dotknę. - ostrzegł, sięgając dłonią do jej łokcia, by delikatnie przesunąć zdemoralizowane przez siebie dziewczę na bok. - I pójdę się ubrać. - obiecał, choć jakiś chochlik w jego umyśle podpowiadał, że może nie powinien. To był jednak bardzo niedojrzały i nieodpowiedzialny chochlik, więc Billy zignorował jego piskliwy głosik, porzucił biedną Lilianę pod łazienką i poszedł ubrać się w tempie możliwym jedynie mężczyznom, którzy boją się, że spłoszą z mieszkania półwilę. To znaczy, przyjaciółkę siostry, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia czy przeproszenia za niemoralną sytuację, co w dalszej perspektywie mogło okazać się niezwykle zgubne w skutkach (trauma do końca życia, unikanie Williama lub - nie wiedział co gorsze - nieświadomej niczego Polly), przez co nawet nie ubrał skarpetek, a kompletnie mugolską, luźną koszulę zapiął nierówno. - Usiądź sobie w kuchni, ale nigdzie nie uciekaj! - zawołał jeszcze, zdając sobie nagle sprawę, że posiadanie na lędźwiach bokserek i spodni ma tajemniczy wpływ na umiejętność mowy (trzeba to zbadać!), co było w tym momencie niezmierne ważne. Kiedy wreszcie uznał, że jego strój jest godzien uzyskania audiencji u panny Yaxley urzędującej w jego kuchni opuścił swój pokój i skierował się do kuchni z nadzieją, że go posłuchała i nie wyskoczyła przez okno. Zamierzał ją zapewnić, że nie ma żadnego powodu lękać się o swój honor, bo on nikomu nie powie, więc popełnianie rytualnego samobójstwa (tak, William dość dziwacznie postrzegał szlacheckie zwyczaje) nie jest konieczne.
- Proszę o wybaczenie, panno Yaxley. - Gdyby ten nagły patetyczny ton nie był aż tak dziwaczny, Havisham pewnie padłby na kolana, by ukorzyć się przy stopach Liliany (wcale nie patrząc się przy tym na urocze łydki wystające spod kwiecistej sukienki), ale ze względu na wystarczającą ilość dramatyzmu pozostał w pozycji stojącej. - Niestety nie mam pod ręką nic, co mogłoby być wyrazem mojej skruchy. - Układał kwieciste słowa pod jakimś dzikim natchnieniem, zwykle w jej towarzystwie nie odzywał się zbyt składnie. - Chociaż w lodówce może być kubełek lodów, o ile Polly go nie zeżarła. - przypomniał sobie z rozjaśnioną twarzą i rzucił się do zamrażalnika, by triumfalnie wydobyć kubełek... pusty. Marne, niejadalne już resztki przechowywanego w nim wcześniej pożywienia były po prostu żałosne i błagały, by uczcić je minutą ciszy. - Hmm. - zamarł znowu, zastanawiając się czy może zmazać swoje winy w jakiś inny sposób. - Tak czy inaczej nie ma potrzeby się tym przejmować, chociaż, hm, wolałbym, żeby to pozostało pomiędzy nami. - zauważył z zakłopotaniem, a gdy wyrzucał kubełek do śmietnika, rzucał Lilianie ukradkowe spojrzenia. I nie trafił, oczywiście. Więc zakłopotał się jeszcze bardziej i schylił się, by tym razem już nie robić z siebie idioty ze słabym celem.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]04.01.16 22:49
To prawda, była niedopuszczalnie obnażona, ale on... on był przecież niemalże nagi! Ta myśl krążyła po głowie Yaxleyówny niczym bumerang, nie pozwalając na to, aby zaprzestała wstydu. Wstydu wypełzającego na wierzch w postaci głupich poczynań, czerwonych policzków oraz zamkniętych oczu. Wstyd palił ją od środka, w zupełności zaburzając racjonalne myślenie oraz g o d n e zachowanie. Etykieta chyba nie przewidziała sytuacji, kiedy to panienka z dobrego domu natyka się na prawie gołego mężczyznę i biedna Lilka nie wiedziała cóż w tej sytuacji powinna uczynić. Zamknięcie oczu i wyjście wydawało się być najlepszą opcją, tylko jak wyjść nie wiedząc dokąd się kierować? Nie chciała wszakże wpaść ani na Willa, ani na stojak na ubranie, ani wejść w drzwi. To wszystko dlatego właśnie, te nieprzyzwoite macanki o szóstej trzydzieści przy Robert Adam St. 28/6. One pogłębiały tylko nieuchronne uczucie zażenowania, wypełniające już chyba każdą komórkę jej ciała. Co powiedziałaby rodzina, gdyby to zobaczyła? Z miejsca zostałaby wydziedziczona i nigdy więcej nie zobaczyłaby swego drogiego ojca. Ta myśl ją dodatkowo przeraziła, dlatego stała taka sierotka na korytarzu i z zamkniętymi oczami modliła się o rychły koniec swojego żywota. Słowa, które usłyszała chwilę później spowodowały, że jej gardło zawiązało się w ciasny supeł. Bała się gniewu Havishama, że straci cierpliwość, zwyzywa ją od głupich dzieciorów i nie wiadomo co jeszcze. Może nawet wyrzuci za drzwi? Ta myśl była upokarzająca i paliła policzki jeszcze mocniej. Czyżby tak właśnie wyglądało piekło i ogień piekielny?
Wstrzymała oddech na to osobliwe ostrzeżenie, jednocześnie nie mogąc pozbyć się wrażenia, że przy Williamie nigdy nie potrafiła poprawnie oddychać, a to było bardzo niepokojące. Dotyk nie był uciążliwy, nawet by go doceniła, gdyby nie groteskowość sytuacji. Pokiwała głową na znak, że w porządku, rozumie, tak, niech się ubierze. Kiedy tylko wydało jej się, że brat Polly nie stoi już przed nią, ostrożnie uniosła jedną powiekę do góry, gotowa ją natychmiast zamknąć w razie potrzeby. Nie zauważywszy przed sobą mężczyzny podbiegła szybko po buty, chcąc się zmyć zanim Havisham uzna, że należy ją widowiskowo wyrzucić na schody. W ostatniej chwili usłyszała informację, że powinna usiąść w kuchni, zamiast w iście angielskim stylu dać nogi za pas. Wahała się chwilę (wszak szkarłat z lic jeszcze nie zszedł) czy powinna ową prośbę spełnić, lecz ostatecznie pomaszerowała tam, gdzie jej przykazano. Kto by pomyślał, że taka z niej posłuszna istotka?
Z niepokojem siedziała przy stole, klepiąc się jednocześnie po policzkach, jak gdyby ten zabieg miał przyspieszyć odzyskiwanie naturalnego, bladego koloru. Obawiała się również okropnej reprymendy, wyśmiania albo czegoś bardzo podobnego, dlatego niemal czuła swą duszę na ramieniu. Kiedy Billy pojawił się w progu skierowała na niego swe sarnie oczy zdradzając strach i zafascynowanie jednocześnie. Słuchała uważnie tego, co mówił, nie ośmielając się przerwać w żadnym momencie. Wiercąc się nieco na krześle oraz podążając wzrokiem za gestami mężczyzny próbowała uspokoić rozszalałe bicie serca co było zadaniem niestety niełatwym.
- To ja powinnam przeprosić, panie Havisham. Nie powinnam była przychodzić do pańskiego domu bez zapowiedzi, przepraszam - wydusiła z siebie, lekko drżącym głosem. - Chciałam spędzić czas z Polly, a że pomysł przyszedł mi do głowy spontanicznie, to wyszło jak wyszło... - kontynuowała, wodząc tym razem wzrokiem po wszystkim, byleby nie patrzeć na Willa, bo wtedy nie wydusiłaby z siebie niczego. - Oczywiście nikomu nic nie powiem! - zapewniła gorąco, skupiając się tym razem na nieszczęsnym kubełku. Zachowywała się nieco jak uczeń przyłapany przez profesora na łamaniu regulaminu, z jednym, małym wyjątkiem...
Jak zapomnieć obraz, który widziała i który ciągle przewijał jej się przed oczami?


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]05.01.16 18:47
W podręcznikach do savoir vivre nikt nie poruszał tematu ewentualnego wpadnięcia na niemal nagiego mężczyznę - ani bycia takim właśnie mężczyzną na którego wpadła panienka z dobrego domu. Do wybrnięcia z tej dziwacznej sytuacji nie mogła się przydać ani wiedza na temat zachowania w teatrze ani rozróżnianie miliona widelczyków do najrozmaitszych potraw. Mogli liczyć jedynie na własne wyczucie kultury - a to podpowiadało Billemu, by przypadkiem nie pozwolił Lilianie uciec po tak krępującej sytuacji bez upewnienia się, że to nie wpłynie drastycznie na relacje pomiędzy nimi, a przynajmniej pomiędzy nią i Polly.
- Billy. - podpowiedział odruchowo usłużnym tonem, nagle przypominając sobie, że to właściwie pierwsza sytuacja, gdy rozmawiają bezpośrednio, bez towarzystwa Polly, zwracają się do siebie wprost bez stosowania wymijających, bezosobowych form i przebiegł go dreszcz. Czy przebywanie sam na sam w Havishamowej kuchni mogło być podstawą do wątpliwości o dobre prowadzenie się Yaxleyówny? Zamarł na moment z głową w niemal pustej lodówce i odwrócił się do Liliany nieznacznie, zastanawiając co teraz zrobić.
- Tak więc Polly nie ma. - zauważył raz jeszcze - Gdzieś poszła. - Udzielał bardzo wielu konkretnych informacji i powoli zaczynał czuć, że powinien chyba jednak wiedzieć, gdzie jest jego malutka siostrzyczka. Z drugiej strony miał być w pracy, więc nie zauważyłby nawet jej nieobecności.
Zastanawiał się, czy nie powinien szarmancko zaproponować potraktowania zaklęciem Oblivate - był w końcu niegdyś amnezjatorem, pewne przyzwyczajenia pozostały - od razu uznał to jednak za niezbyt dobry pomysł i dlatego postanowił o nim nie wspominać. Przez moment w kuchni panowało nieco niezręczne milczenie, a myśli Billa błądziły po bezdrożach kreatywności w poszukiwaniu odpowiedniego rozwiązania.
- Moglibyśmy... - zaczął ostrożnie, patrząc badawczo na Lilkę, nie na jej ramiona, na Lilkę, gotów wycofać się, gdyby wyczytał z jej twarzy coś, czego tam być nie powinno, gdy składał jej całkowicie szaloną propozycję (widać to był dzień spontanicznego podejmowania decyzji) - w takim wypadku... - kontynuował coraz bardziej niepewnie, bo w miarę mówienia jego genialny pomysł wydawał mu się coraz mniej genialny - iść na przeprosinowe lody do kawiarni. - zakończył z westchnieniem ulgi, że wreszcie udało mu się wydusić z siebie to wszystko. Choć, gdyby być całkowicie szczerym, początkowo planował wspólną ekspedycję nad jezioro, jednak Lilka była zbyt onieśmielająca, by zdołał zabrać ją na równie ekstrawagancką wycieczkę. Zresztą, czy szlachciance wypadałoby udać się nad jezioro w jego towarzystwie? Kawiarnia była znacznie bardziej neutralna i wydawała mu się dość sprytnym wybrnięciem z całej sytuacji bez wzbudzania niepotrzebnych podejrzeń.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]05.01.16 22:52
Podręczniki do etykiety widocznie były mocno przereklamowane, skoro tak jakże prozaiczne zdarzenie nie było szeroko opisane na kartach opasłych tomisk. A raczej cenne wskazówki, cóż w danej sytuacji uczynić należy, aby jako-tako wyjść z opresji z godnością. Której Lilianie ewidentnie zabrakło, przez co biedna się czerwieniła i przeklinała siebie w myślach. Okrutny los z niej zakpił - nie była przygotowana na podobne rzeczy. Gdyby była, rozegrałaby to zgoła inaczej i mogła wyjść z bladą twarzą, a nie szkarłatną. Niestety, zmieniacz czasu nie spoczywał w kieszonce sukienki, dlatego musiała teraz mierzyć się z konsekwencją swych poczynań. O tyle dobrze, że Yaxleyówna oduczy się raz na zawsze (czy aby na pewno? Przecież to kuszące) robić niespodzianek swej najlepszej przyjaciółce, ponieważ jej doświadczenie w tej kwestii jest żałosne; lepiej nie pchać się tam, gdzie nie potrzeba.
- Lilka - rzuciła automatycznie, nie analizując dogłębnie swoich słów. Nie wiedzieć czemu poczuła nagły impuls, ażeby jasno dać do zrozumienia, że nie powinien się do niej zwracać per panno (jeżeli miałaby się kłócić o nazewnictwo, odpowiednim byłoby lady, ale to brzmiało jeszcze dziwniej), bo jej to nie pasuje. Od zawsze była Lilianą, Lilią, Lilką, Lilą, nikim więcej i nikim mniej. Nieswojo jej było z inną tytulaturą bez względu na to, czy rzucone w eter sformułowanie było jedynie częścią patetycznego przemówienia, celowym zabiegiem czy też grzecznościowym nazewnictwem - wieprzowina podana na trzy sposoby wciąż pozostanie wieprzowiną, a tej nie raczy zjeść (tak na wszelki wypadek) z różnych pobudek. Ot, koniec rozwinięcia mało interesującej kwestii.
Pokiwała z wolna głową na kolejne zapewnienia o tym, że Polly nie ma. Zdążyła już zostać o tym poinformowana, sama doszła nawet do podobnych wniosków. Zapanowała chwila niezręcznej ciszy, podczas której Yaxleyówna odgarniała niesforne kosmyki włosów do tyłu, poprawiała brzegi sukienki, strzepywała z dekoltu niewidzialny pyłek i zbierała się do grzecznościowych sloganów to ja nie przeszkadzam dłużej, miłego dnia czy jeszcze raz przepraszam za zachowanie, czas już na mnie, do widzenia i tym podobne. Nawet otworzyła już usta, by zabrać głos, lecz wtedy pierwszy odezwał się Billy. Skupiła na nim niepewny, acz zaciekawiony wzrok błękitnych tęczówek i w napięciu oczekiwała na dalszy rozwój jego kwestii. Dobrnąwszy z wielkim trudem do puenty, na twarzy Liliany odmalowało się nie dość, że zdziwienie, to dodatkowo podejrzane rozweselenie. Które narastało z każdą jedną sekundą, w mig wyrastając do rozmiarów niemalże euforii, skutecznie jednak tuszowanej - objawiała się ona jedynie poszerzającym uśmiechem i czerwieńszymi (ponieważ zdążyły nieco zblednąć) policzkami. W najśmielszych myślach nie przyszłoby jej do głowy, że brat Polly kiedykolwiek wysunie taką propozycję. Nawet, jeżeli to w gruncie rzeczy nic nie znaczyło (na lody zabiera się głównie dzieci, czyż nie?), to w naiwnym umyśle dziewczęcia całość urosła do niewyobrażalnego rozmiaru rangi co najmniej poważnego, towarzyskiego spotkania. Szkoda tylko, że Havisham nie podzielił się swoimi myślami, Liliana dużo bardziej wolałaby się udać nad jezioro!
- Jeżeli to nie problem... to bardzo chętnie - wydusiła z siebie wreszcie, niemalże wypuszczając ze świstem całe nagromadzone w płucach powietrze. A może to były emocje?


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]06.01.16 12:58
Należałoby zgłosić pilną potrzebę napisania podręcznika do sytuacji ekstremalnych. Autorzy takich ksiąg zawsze mieli to do siebie, że pozostawali nieco w tyle za pędzącym na łeb, na szyję światem, nie przewidywali możliwych problemów pojawiających się przed młodym pokoleniem. Rzecz jasna nie było sensu oszukiwać się, że wśród dobrze ułożonych panienek szlachcianek zapanuje moda na kobietę wyzwoloną - wyzwoloną i wydziedziczoną - ale nawet na skostniałych salonach zwyczaje zaczynały się zmieniać. Na przykład taka Liliana, czy ktoś pozwoliłby jej jeszcze jakiś czas temu pracować w Mungu? Odwiedzać sobie koleżaneczki w mieszkaniach zupełnie nie luksusowych, zakładać kwieciste sukieneczki z obnażonymi nieprzyzwoicie ramionami? Sam fakt, że obecnie przebywała sam na sam z Havishamem w jego mieszkaniu był zjawiskiem niepokojącym, który nie powinien mieć szansy zaistnienia. A jednak była tutaj. Strażnicy etykiety powinni zweryfikować swoje skostniałe maniery i nieco dostosować je do wszechobecnej walki o wolność i niezależność. Nieco. Szlachta zawsze pozostanie przecież szlachtą.
Nawet nieogarnięty Billy zdążył w końcu pojąć, że twarzy Lilki zmienia kolory w sposób mocno niekontrolowany - na całe szczęście nie pojawiała się wśród nich zieleń, którą jako dumny brat stażystki w Mungu jednoznacznie interpretował jako zwiastun bliskiego szorowania podłogi - więc powstrzymał się od komentarza, nie wiedząc też za bardzo, jak powinien on brzmieć. Droga Lilko, wyglądasz niczym przypominajka?
- Wspaniale. - zadecydował. Cieszył się potrójnie - raz: mógł bowiem uwolnić się od mieszkania, w którym robiło się coraz bardziej duszno, dwa: towarzystwo gwarantowało, że naprawdę wyjdzie z domu zamiast wrócić do papierów, trzy: było to towarzystwo Lilki, które cenił. Nieważne, że właściwie nie zamienili w życiu zbyt wielu słów i zawsze - do tego momentu - widywali się jedynie w uroczym towarzystwie Polly, przy tym to Billy stanowił zwykle piąte koło u wozu. Było to dla niego zupełnie zrozumiałe i naturalne, nie zamierzał walczyć z prawami natury - one były przyjaciółkami, dwudziestolatkami, on zaś starszym bratem, do tego naukowcem - dlatego nie odczuwał żadnego zawodu, zostawiając je same i zajmując się papierkową robotą we własnym pokoju. Tym razem sytuacja wyglądała nieco inaczej i choć Havisham-pracoholik pragnął w samej bieliźnie oddawać się z zapałem zgłębianiu wiedzy, to Havisham-brat-Polly z wdzięcznością przyjął od losu szansę chwilowego wyrwania się ze szponów swojego mrocznego alter ego. Serdeczne dzięki w stronę uroku półwili... a może po prostu Liliany?
- W takim razie chodźmy. - wyciągnąłby do niej po dżentelmeńsku ramię, jednak w tej sytuacji mogłoby to zostać zrozumiane przez plotkarki-sąsiadki dość opacznie, zatem zwyczajnie zachowywał bezpieczny dystans, otwierając przez Yaxleyówną drzwi i idąc wraz z nią do jednej z kawiarenek serwujących lody.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]06.01.16 14:45
Nie da się ukryć, że Lilce mocno brakowało zdolności umiejętnego zachowania się. Jednakże na Robert Adam St. odwiedzała swoją przyjaciółkę Polly, a nie urządzała sobie schadzki; Havishamowie nie byli ani półkrwiakami, ani tym bardziej mugolakami, co stanowiło niewątpliwy atut w ewentualnej argumentacji na temat występków Yaxleyówny. Nagie ramiona były tylko i wyłącznie wybrykiem zarezerwowanym na czas gorejących upałów, dlatego święcie (być może także naiwnie) wierzyła, że ten karygodny precedens zostanie jej wybaczony. Jeśli zaś sprawa tyczyła się jej pracy, to dziewczę nie miało nic na swoje usprawiedliwienie - prócz tego, że była potomkinią wil, które znane były ze swych umiejętności leczniczych. Zatem dlaczego nie miałaby ich wykorzystywać w dobrym celu? Sam ojciec uważał ją jeszcze zbyt młodą, aby wydawać ją za mąż. Niestety jednocześnie Liliana świadoma była faktu, że niezaprzeczalna możność folgowania sobie za jakiś czas zostanie brutalnie ukrócona przez wolę rodziciela i nic nie będzie mogła z tym zrobić. Najprawdopodobniej to właśnie to sprawiało, że blondynka pragnęła cieszyć się życiem i wykorzystywać każdą sposobność do tego, aby robić to, co chce ona, a nie cała reszta świata. Później nie tyle co nie będzie wypadało bardziej, co nie będzie zupełnie możliwe. Skazana na posłuszeństwo wobec męża i godne reprezentowanie jego osoby będzie wręcz konieczne. Dlatego może w tym szaleństwie jest metoda? Dopóki rzecz jasna nie zbliża się niebezpiecznie do ostatecznej granicy.
Nieświadoma myśli Willa (zawstydziłaby się chyba po same końcówki włosów) znajdowała się przez dłuższą chwilę w swoim własnym mikroświecie, gdzie zawsze świeciło słońce (acz nie tak obficie jak dziś), na niebie malowała się wyrazista tęcza, a łąka usiana była najpiękniejszym zbiorem kwiatów. Pośród nich do tej scenerii chwilowo dołączył Havisham nietraktujący Lilki jak małoletnią przyjaciółkę swej siostry a jak... no właśnie, jak? Może wiernego słuchacza, kiedy opowiada o swojej naukowej pracy? Na tyle, na ile to było możliwe, rzecz jasna. Śmielszych pragnień póki co najpewniej nie posiadała.
- Chodźmy - przytaknęła i energicznie podniosła się z krzesło. Te zabujało się nieco, przez co Yaxley posłała Billemu przepraszający uśmiech i ruszyła w stronę korytarza. Z którego zabrała parasolkę, szybko ubrała trzewiki i w parę minut później oboje wylali się na brukowaną uliczkę (Liliana mogłaby przysiąc, że można byłoby na niej smażyć jajka... kurze, oczywiście, względnie przepiórcze). Oboje trzymali dystans, a dziewczę za wszelką cenę usiłowało zachowywać się odpowiednio, co wcale, a wcale nie było łatwe - roznosiła ją energia i radość, gdyby nie miejsce publiczne możliwe, że lekko by podrygiwała. Na szczęście mężczyzna nie musiał się jej wstydzić, ani podczas krótkiego spaceru do kawiarni, ani już w pomieszczeniu. Po przekroczeniu progu pachnącego słodkościami lokalu złożyła ponownie parasolkę i ułożyła ją gdzieś z boku. Następnie usiadła przy jednym ze stolików (możliwie najdalej od okna, przy którym najprawdopodobniej roztopiliby się szybciej niż lody) i tak naprawdę to dopiero wtedy spojrzała na swojego towarzysza. Policzki wciąż piekły; automatycznie przyłożyła do jednego z nich dłoń, chcąc się upewnić, że to nie jest jedynie projekcją jej umysłu. - To od gorąca - wyjaśniła, żeby Will, broń Merlinie, nie miał żadnych wątpliwości! Lub żeby nie pomyślał, że jest zawstydzona (skądże znowu), to tylko pogłębiłoby jej zażenowanie.
W tym momencie się nieco zacięła, ponieważ nie spyta go często tu bywasz? - to byłoby absurdalne. Komentować pogody nie było po co - jaka jest, każdy widzi i niestety czuje. Pomimo tego przywdziała na twarz dzielny uśmiech, odgarnęła włosy do tyłu i wzięła głęboki oddech. - Jakie lody lubisz? Bo ja ostatnio z przykrością stwierdziłam, że lubię chyba wszystkie smaki, byleby były słodkie i zimne - zaśmiała się niepewnie, dopiero pod koniec wypowiedzi orientując się, że tym pytaniem także się pogrążyła. Odchrząknęła niepewnie, stwierdzając, że musi próbować dalej, a może nareszcie jakaś bystra myśl przepłynie między neuronami.
- Kiedy wracasz do pracy? Bo ja mam dziś nocny dyżur, pewnie zostanę w szpitalu jakieś dwa dni zanim wykopią mnie ledwo żywą do domu - podjęła inny temat, bardziej... neutralny? - W ogóle to nic o niej nie wiem... możesz uchylić rąbka tajemnicy? - poprosiła, przybierając minę zbitego pieska, która dość często działała na Polly, może słabość do danego wyrazu twarzy jest rodzinna?

przepraszam, dziś jestem mega śpiąca tears


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]06.01.16 19:13
Gdyby Lilka spytała się Williama, jak teraz ją traktował, a może bardziej jako kogo - co byłoby prawdopodobnie jeszcze bardziej nietaktowne niż wpadnięcie na niego wychodzącego spod prysznica - bez wątpienia odpowiedziałby, że nie wie. Kategoryzowanie ich relacji czy konkretnie tego spotkania nie zaprzątało Havishamowych myśli. Wiedział jedynie, że ludzie zwykle pamiętają koniec, nie początek, a jakoś musiał zmazać ten dyshonor jaki spotkał ich kilka(naście) minut wcześniej. I przeczuwał też, że lepiej byłoby zostawić cały ten dzień w mglistej tajemnicy, nie dzieląc się nią wyjątkowo z Polly - nie, żeby uważał wyjście z Lilianą na lody podczas jej nieobecności za jakieś straszne przestępstwo - po prostu, żeby się nie denerwowało. Droga siostra Billy'ego miała niezwykłą skłonność do wyolbrzymiania przeróżnych zjawisk i dorabiania teorii spiskowych do najmniej znaczących, przypadkowych zdarzeń. Nie, żeby miał zamiar jawnie kłamać, ale gdyby przypadkiem się nie dowiedziała...
- Tak, bardzo jest gorąco. - odpowiedział nieco nieuważnie, kiedy pokonali już niezbyt długą (i dobrze, zaraz by się rozpuścił) drogę do kawiarniolodziarni, która kusiła ogromną reklamą zimnych przysmaków i schowanej w chłodnym (jak na standardy tego dnia) wnętrzu lodówce z kolorowymi lodami. Milczał, przeglądając z zainteresowaniem niezbyt obszerne menu, co wyjaśniało czemu Yaxley odczuwała potrzebę podtrzymania rozmowy. A raczej jej marnego cienia, bo jak nazwać tak dziwaczną wymianę zdań?
Chciał już odpowiedzieć, w przeciwieństwie do Liliany nie dostrzegając wcale w tym pytaniu czegoś dziwnego lub niedorzecznego, jednak ona przeskoczyła zaraz na inny temat, wprawiając go w dużo większe zakłopotanie niż gdyby pozostali przy rozważaniach na temat smaku lodów, których głównym zadaniem było bycie zimnymi i słodkimi, ewentualnie kwaśnymi - bo za takimi akurat Billy przepadał. Zadała mu trzy pytania, a on, jako umysł ścisły, stanął przed olbrzymim problemem na które powinien jako pierwsze odpowiedzieć. Zacząć od początku czy końca?
- Osobiście najbardziej lubię kwaśne. - zdecydował się na pytanie pierwsze i zerknął odruchowo w kartę, zastanawiając się, czy lepszy będzie pomarańczowy sorbet czy jednak cytryna. - A do pracy pójdę jutro rano, mam nadzieję. Chyba, że szef zabarykaduje drzwi. - zauważył ponuro. Co za dużo wolnego to niezdrowo, choć po spotkaniu z Lilką zapewne weźmie jeszcze jeden prysznic - miejmy nadzieję, że już bez niespodzianek - i powróci do notatek rozłożonych na biurku. - Te dyżury układają jakoś dziwacznie. - skomentował grzecznie, kiwając głową z myślą, że Lilka naprawdę uroczo wyglądała w tej kwiecistej sukience bez ramion (nie, żeby na nie patrzył, choć należało korzystać z okazji, póki Yaxleyówna pozwalała sobie na taką drobną nieprzyzwoistość). Oczywiście on mógł pracować niemal cały czas, jednak zdawał sobie sprawę, że nie wszyscy byli tak oddani swojemu powołaniu. A i praca w Mungu różniła się od tej w Ministerstwie. - Jak sama nazwa wskazuje, Departament Tajemnic jest niezwykle tajemniczy. - zauważył nieco wykrętnie, przypominając sobie częste pogadanki na temat poufności i dyskrecji. - Nie za bardzo mogę o tym rozmawiać. Ale przede wszystkim interesuje mnie umysł. - uniósł wskazujący palec i poważnym gestem wskazał swoją głowę. A później milczał przez moment. - Więc, zdecydowałaś się na coś? - spytał jak gdyby nigdy nic, znów zerkając do menu.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]06.01.16 22:58
Szczęśliwie lub nie, Lilka miała własne teorie tyczące się traktowania swej osoby przez Willa; to prawda, nie były one przychylne, lecz całkowicie zrozumiałe, logiczne i właściwe. Nie śmiała nawet z nimi walczyć, w tej materii będąc przekonaną o swojej porażce, która niechybnie czekała na nią na końcu drogi. Zazwyczaj była uparta, nie poddawała się i walczyła do końca; widocznie nauczyła się, że trzeba również umieć mierzyć siły na zamiary i wiedzieć, kiedy się wycofać. Przecież relacja brat przyjaciółki - przyjaciółka siostry nie mogła być aż tak beznadziejna, prawda? W to Yaxley chciała wierzyć i tym w głównej mierze się karmiła oraz pocieszała, chcąc zawsze patrzeć na jasną stronę medalu, a nie na ciemną.
Teraz zaś te myśli w ogóle jej nie zajmowały; jej umysł był nastawiony na wysokie obroty, aby uczynić to spotkanie możliwie znośnym. Znośnym dla niego, bo Lilka podejrzewała, że zaburzyła mu cały rytm dnia tym wtargnięciem i propozycja, która padła z jego ust była propozycją czysto grzecznościową (co, rzecz jasna, nie przeszkadzało jej w dzikiej, aczkolwiek głęboko skrywanej radości). Dlatego też jej rozum nakazywał jej, żeby zrobiła wszystko co w jej mocy, aby Havisham żałował swojej propozycji w jak najmniejszym stopniu. Według jej logiki, badania, nauka oraz książki wydawały się dla naukowca dużo ciekawszą opcją niż niańczenie przyjaciółek młodszej siostry. Empatia czy rozszyfrowywanie ludzi nie było jej najmocniejszą stroną, kierowała się zatem w głównej mierze domysłami i poszlakami. Te, chociaż niewątpliwie jej niesprzyjające, nie budziły w niej ani niepokoju, ani smutku - nieustannie, bo od dzieciństwa, była przecież dzielnym rycerzem!
Kwaśne. Odnotowała tę niesamowicie istotną kwestię w swoim umyśle i pokiwała głową udając, że nie widzi jego zakłopotania, acz miała w planach do tego wrócić. Póki co uśmiechała się przyjaźnie, najprawdopodobniej wyglądając nie mniej słodko niż te wszystkie lody za sklepową szybą. Faktycznie było jej bliżej do uroczego dziecka aniżeli drapieżnej wili-kokietki. Nawet sukienka nieprzyzwoicie odkrywająca ramiona była w kwiatki przywodząc na myśl małą dziewczynkę.
- Dlaczego miałby zabarykadować drzwi? Ma dosyć ciągłego oglądania tej samej twarzy w pracowni? - spytała z rozbawieniem mając jednocześnie nadzieje, że Billy nie odbierze tego w żaden negatywny sposób, gdyż to nie było jej zamiarem. - Niestety ludzie chorują i umierają także w nocy, ktoś musi być. Najlepiej posłać stażystkę jako mięso armatnie i samemu się nie przepracowywać zbytnio. Pamiętam, że raz zapomniałam pić przez cały dzień, a później sama siedziałam w poczekalni z eliksirami nawadniającymi przyjmując pełne współczucia spojrzenia pacjentów, którzy sądzili, że uzdrowiciele mnie niemal zabili katorżniczą pracą. Od tamtej pory bardzo się pilnuję - rozgadała się zupełnie nie wiedząc dlaczego. Słowa popłynęły, lekko i ładnie, dlatego nie zastanawiała się nad tym dłużej.
Żałowała, że nie mógł powiedzieć niczego więcej, dlatego zasmuciła się na moment, by w kilka sekund później znów być pogodnym dziewczęciem.
- Ale... tak teoretycznie czy wręcz bardzo praktycznie? - Nie mogła powstrzymać się przed tym jednym, chyba jedynym pytaniem. Zżerała ją ciekawość, do tego stopnia, że nawet trochę żałowała tego, że nie pracuje w jego departamencie. - Ach, tak, tak. Lody bananowo-czekoladowe brzmią fantastycznie. Chociaż powinnam wziąć coś bardziej orzeźwiającego? To może mięta z limonką? Tak, mięta z limonką - odpowiedziała, nie będąc do końca zdecydowaną, szczęśliwie rzuciła ostatnie słowo. - Przepraszam, że tyle gadam, ale mamy z siostrą to samo gadulstwo, to chyba rodzinne - rzuciła lekko i odłożyła kartę na stolik.


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]07.01.16 19:46
Uśmiechnął się nieznacznie. - Nie mam pojęcia, ale dziś zwyczajnie zabronił mi pracować. - Wzruszył ramionami, bo co on, biedny, mógł na to poradzić. Pracujesz za pięciu, dajesz z siebie wszystko, a tu nagle ktoś ci mówi, że tak nie można. Że trzeba wyjść na dwór. No przecież wychodził, bo głupio byłoby się tak teleportować prosto z Ministerstwa do mieszkania, prawda? Tyle się mówi o zbawiennym znaczeniu ruchu, że ten spacerek musiał przeboleć (próbował czytać książkę w drodze, ale przywalił boleśnie w słup, co skutecznie odwiodło go od łączenia chodzenia i pracy - co najwyżej mógł prowadzić rozległe rozważania w swym światłym umyśle, ale kiedy za bardzo się wczuł zdarzało mu się zgubić).
- To musi być bardzo ciężkie. - przyznał, bo tak prawdę mówiąc nie miał zielonego pojęcia o pracy w Mungu, chociaż Polly tam też przecież pracowała. - Ale, bądź co bądź, praca magomedyka to powołanie. - rzucił zaraz banałem, żeby nie było, że tylko komentuje słowa Lilki, a sam nic z siebie nie daje. Wyczulony był, w końcu miał siostrę. I to jaką! Najlepszą. Przez moment wczytywał się w kartę (znowu), a pomiędzy nimi panowała cisza. - A ty czujesz powołanie? - spytał nagle, rzucając Yaxleyównie badawcze spojrzenie. To było jedno z tych przenikliwych spojrzeń, które nie są do końca kontrolowane i przewiercają człowieka na wylot, zmuszając niemalże do mówienia prawdy. Niczym veritaserum, choć można się im przecież oprzeć. Spojrzenie natchnione, jakby... Williama rozbolała głowa. Zaczął kaszleć, chcąc ukryć swoje zmieszanie i niepokój, bo czuł, jak coś się rodzi w jego głowie. A bardzo tego nie lubił, trzeba przyznać. Bał się swoich wizji - na całe szczęście wyczuwał już ich kiełkowanie i od razu skupiał myśli na czymś innym, byleby tylko nie pozwolić im się rozwinąć. Nie zawsze się udawało, niekiedy były zbyt silne. Nie tym razem, ku jego wielkiej uldze.
- I tak, i tak. - odpowiedział bez większego zastanowienia, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że może nie powinien... Nie chwalił się na prawo i lewo, że jest legilimentą, ludzie czasami odbierali to w bardzo nieprzewidywalny sposób. Nieprzyjemny. A przecież otaczał się książkami, mógł grać czystego teoretyka, więc czemu teraz tak się wydał? Miał nadzieję, że Liliana pytała może jednak o coś zupełnie innego albo nie skupi na tym większej uwagi.
- To taki sympatyczny szczebiot. - ocenił nieuważnie, wstając od stolika. Bo tak mu się wydawało, że to samoobsługa. Więc poszedł zamówić, dla Lilki pucharek z miętą i limonką (tylko wie pani, tak od serca, a może dorzuci pani parasoleczkę?), dla siebie zaś podwójny sorbet pomarańczowy. Czekając bębnił cichutko palcami o drewnianą ladę, zastanawiając się przy tym nad tym, czy prawdą jest to, że lody jeść się powinno w zimę, nie w lato - ale to nie miało większego znaczenia, bo jak bez lodów mieliby przeżyć dzisiejszy dzień? Właściwie mógł napuścić sobie zimnej wody do wanny i siedzieć w niej z notatkami i książką... tak, właśnie to zrobi po powrocie do domu!
Ostrożnie przyniósł oba pucharki do stolika. - Bardzo proszę. - powiedział szarmancko (całkiem nieświadomie, rzecz jasna) i zasiadł na powrót na swoim miejscu.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]09.01.16 23:55
Zwykłe, grzecznościowe spotkanie. Pomimo tego Liliana wciąż odczuwała cały szereg kłębiących się emocji, dziwną ekscytację i zadowolenie nieomal ze wszystkiego, co dziś tu usłyszała. A usłyszała niewiele, warto dodać. Najbardziej żałowała niemożności dowiedzenia się czegoś więcej o badaniach prowadzonych przez Willa, które im bardziej tajemnicze były, tym większa ciekawość zżerała biedne dziewczątko. Co objawiało się niekiedy w niespokojnych ruchach czy ogólnym kręceniu się na krześle, które to z kolei próbowała zatuszować innymi gestami - chrząkaniem, odrzucaniem włosów za plecy, drapanie karku i tym podobne.
- Może to również wynikać z pogody. Bał się o twoje przegrzanie się. Rozsądniejszym byłoby ochłodzenie umysłu, bowiem zdenaturyzowany na nic się nie przyda, a nie oszukujmy się, jest na wagę złota. - Wypowiedziała swoje zdanie. Nie miała pojęcia, czy powinna tak uczynić, czy też po raz kolejny się wygłupiła, dlatego przez chwilę zaczerwienione policzki paliły intensywniej niż te kilka chwil temu. Zdecydowała się jednakże, że nie będzie się ani poprawiać, ani z tego tłumaczyć - i tak pogrążała się wtedy jeszcze bardziej. Nie wiedzieć czemu chciała wypaść przed bratem Polly jak najlepiej - to powodowało, że nieustannie odczuwała jakoby stąpała po kruchym lodzie. Starała się rozważnie dobierać słowa, acz szybko przekonała się, że jest to zadaniem niełatwym, kiedy emocje działają na nią z tak ogromną mocą. Aura, mimo, że była tłem w tym wszystkim, także nie sprzyjała poprawnemu rozumowaniu skutecznie dekoncentrując, ba, nawet kierując myśli na tory lodu, więcej lodu i chłodu!
- Tak, to prawda - przytaknęła najpierw na jego stwierdzenie. By w sekundę później zwątpić, słysząc jego pytanie. I ten przewiercający wzrok... błądziła spojrzeniem dookoła sylwetki mężczyzny zmuszając się do intensywniejszego, równomiernego oddychania, ażeby wspomóc mózg w swojej pracy. Czy czuła powołanie? Wbrew pozorom było to bardzo trudnym pytaniem, na które ciężko było odpowiedzieć wprost. - I tak i nie - przyznała, wybierając drogę najszczerszą z możliwych. - Wychowano mnie w trwodze i pogardzie dla osób o niskim statusie krwi i przyznam, że mam z tym czasem problem podczas pracy. To znaczy, nie zdarzyło mi się, abym komuś nie pomogła, raz nawet zabrałam mugola do domu, by go wyleczyć po dotkliwym spotkaniu z trollem, ale odczuwałam różnego różnego rodzaju obawy. Wiem, że to niemądre, dlatego chcę z tym walczyć. Z drugiej strony nie chciałabym zawieść ojca, bardzo go cenię i szanuję - wyznała. Tym razem bacznie obserwując mimikę Havishama, lecz w tym momencie odczuwała lęk przed zbyt dosadną krytyką z jego strony. Była pewna, że tego nie zrozumie. Dlaczego tak mocno chciała, aby nie myślał o niej źle?
- Wszystko w porządku? - spytała z troską w głosie, kiedy tylko zobaczyła i usłyszała, że Billy kaszle. Nic nie wspominał o tym, że był chory. Nie wyglądał też źle, tak na pierwszy rzut oka. - Źle się czujesz? Może cię zbadać? - dopytywała, będąc z powodu pracy przewrażliwiona na tym punkcie. Miała też po cichu nadzieję, że nie wywołały tego jej słowa! - To naprawdę... ciekawe - powiedziała jedynie, chwilę później, kiedy tylko temat zszedł na badanie mózgów. Wiedziała, że nie mogła o nic więcej pytać, dlatego zdecydowała się na tę jedną, krótką uwagę.
Spąsowiała ponownie, słysząc o szczebiocie. Szczęśliwie William odszedł wtedy od stolika, aby przynieść im lodów w pucharkach. Dzięki czemu ponownie mogła przywołać się do porządku.
- Dziękuję - odpowiedziała z wdzięcznością. Zaraz potem chwyciła za chłodny metal w postaci łyżeczki, którzy przyjemnie szczypał w rozgrzaną skórę. Nałożyła trochę deseru, który zaraz zniknął w jej buzi. - Naprawdę pyszne - skomentowała, kiedy udało jej się porcję lodów przełknąć i wyczuć ich smak. - Podjęłam słuszną decyzję - dodała jeszcze, posyłając towarzyszowi lekki, pełen zadowolenia uśmiech.


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]10.01.16 17:04
- Tak, to możliwe. - odpowiedział nieporadnie, nie zwracając szczególnej uwagi ani na to, że jego umysł, zdaniem Liliany, jest na wagę złota, ani na głęboką czerwień uroczo barwiącą jej policzki. William nie dostrzegał wielu rzeczy, które dostrzegać powinien, taki już był jego urok - człowieka nierozgarniętego, roztrzepanego, nieco nieporadnego w gąszczu powinności, zobowiązań i relacji międzyludzkich. Może dlatego nie był najlepszym opiekunem dla Polly? Bardzo się starał, ale nastolatka potrzebuje czegoś więcej niż dobrych intencji (którymi piekło jest wybrukowane!) starszego brata, który nie radził sobie z opanowaniem własnego życia, a co dopiero dwójki ludzi. Niekiedy zdarzała się ekstremalna sytuacja, która budziła w nim ogromne pokłady odpowiedzialności i umiejętności organizacji. Ale potrzeba było czegoś więcej, codziennej pracy. A przecież to Havishamówna musiała przypominać mu o zjedzeniu obiadu.
Obserwował z zaciekawieniem - lecz nie n a c h a l n i e - reakcję Liliany na zadane pytanie. Czekał cierpliwie na odpowiedź, nie popędzając ani słowem, ani spojrzeniem. Interesowało go zdanie dziewczyny na ten temat. Wbrew pozorom nie widział w niej dziecka, które bezmyślnie powtarza zasłyszane gdzieś spostrzeżenia i choć Yaxleyówna znajdowała się w kłopotliwej szufladce zatytułowanej przyjaciółka małej Polly Havisham szczerze liczył na ciekawą konwersację na ten temat.
- To dopiero twoje początki. - zauważył po chwili milczenia, podczas którego w jego oczach tańczyły ogniki zainteresowania. - Jeśli chcesz to przezwyciężyć, na pewno ci się uda. Prędzej czy później. - Doskonale pamiętał nauki matki, która panicznie (i bezskutecznie) usiłowała zrobić z dzieci Selwynów, wpajając im te wszystkie szlacheckie gadki o manierach, kulturze, sztuce, historii, językach i wreszcie - czystości krwi. Polly była bardziej podatna - a może jeszcze nie żyła dość długo, by dostrzec pewne nieścisłości w takim rozumowaniu - niż Havisham, który stawiał swoje badania ponad wszelkimi podziałami społecznymi i nie widział problemu w brataniu się naukowcami, od tych wywodzących się ze szlachty, przez wykluczonych i nieczystokrwistych, na mugolach kończąc. Ostatecznie okazywało się, że wszyscy oddychają tak samo, odczuwają smutki i radości. Kwestia wychowania rzucała się w oczy, nie była jednak najistotniejsza - przynajmniej jego zdaniem. - To kwestia czasu. Dobrze, że dostrzegasz problem. - dodał uspokajającym tonem, dziwnie przejęty problemem Liliany.
Pokręcił przecząco głową, z rozbawieniem odwracając się, bo przecież nie wypada komuś tak kaszleć w stolik, prawda? - Może innym razem. - zaproponował, nie zdając sobie zupełnie (na pewno?) sprawy z tego, jak mogło to zabrzmieć. Jak zabrzmiało.
Po powrocie z lodami sam również chwycił za łyżeczkę, by skosztować swojego pomarańczowego sorbetu. Przez moment pozwalał, by chłód przyjemnie znieczulał wnętrze ust, ale szybko zainteresował się słowami Liliany. - Mów, gdybyś chciała dokładkę. Nie chciałem brać dużo na raz, żeby się nie stopiły. - Sięgnął łyżeczką przez stolik, by b e z c z e l n i e ukraść odrobinę wybranych przez dziewczynę smaków. Takie uroki wspomnianej wcześniej szufladki! Havisham zupełnie nie myślał o tym, że nie wypada - zamroczyło go? - dłubać komuś w lodach. Ale musiał spróbować, no musiał! Przyzwyczajony był do wychodzenia na lody z Polly, zawsze wymieniali się smakami, więc teraz nie pomyślał, że powinien opanować swoje nawyki. Nawet uśmiechnął się z uznaniem. - Chcesz spróbować? - Podsunął Lilce własny pucharek.
Gość
Anonymous
Gość
Re: upalny dzień lipca 1955 [odnośnik]11.01.16 13:20
Całość spotkania podszyta była różnym rodzajem niepewności, obawy i nieporadności, z obu stron. Najpewniej to właśnie dlatego jedno nie odnotowywało zachowania drugiego, samego usiłując wyplątać się z sieci uwierających konwenansów oraz własnych myśli, które często nie sprzyjały poprawnej ocenie zdarzeń. Liliana błądziła po bezdrożach własnych interpretacji i przekonania o tym, że jej rozumowanie jest jedynym słusznym. Prawdopodobnie w kontakcie z umysłem Willa okazałoby się, że przekonania obojga mocno się krzyżują, co na pierwszy rzut oka może nie być tak bardzo oczywiste. Niezrażona swoimi niepowodzeniami i przeświadczeniem, że wygląda niczym jedna, wielka kompromitacja uśmiechała się do mężczyzny przyjaźnie. Cieszyła się w duchu, że pomimo wszystko przyjął do siebie jej komplement, jakże sprytnie zawoalowany w niby niegroźną uwagę, pozornie nic nieznaczącą. Czas mijał szybko, niestety zbyt szybko jak dla niej - mogłaby tak spędzić z Havishamem całe dnie pod warunkiem, że pogoda zrobiłaby się znośniejsza lub dostaliby dożywotni zapas lodów. Pomimo nieśmiałości, która była obecna w życiu Yaxleyówny i jej jawnym zachowaniu, z każdą sekundą nabierała coraz więcej pewności siebie i swobody, czując się w towarzystwie brata Polly bardzo dobrze. Nie dziwiła się, że mają ze sobą tak dobre kontakty - nawet, jeżeli on często znikał. Lilka zazdrościła im tej relacji.
Odczuwała dziwny ścisk w żołądku i klatce piersiowej podczas wygłaszania krępującej przemowy; nie była przygotowana na tak nagłą falę szczerości, która zaleje całe ich spotkanie. Nie chodziło nawet o zaufanie do Billego, już bardziej o jego pogląd na sprawę. Być może wcale nie chciał wysłuchiwać wynurzeń małego dziewczęcia, które próbowało być dorosłą, tylko coś mocno jej nie wychodziło. Gdyby nie siedziała na krześle, pomyślałaby, że grunt osuwa jej się pod nogami. Z zapartym tchem słuchała tego, co mówił William - nie wiedzieć dlaczego liczyła po cichu na... wsparcie? Radę od bardziej doświadczonego człowieka? Jego zainteresowanie tematem miło łechtało jej ego, sprawiając, że wokół pojawiła się bańka mydlana pełna komfortu i spokoju.
- Wierzysz we mnie? - Wyrwało jej się. Te trzy słowa, pełne głupiej, naiwnej wiary w to, że gdzieś na świecie istnieje ktoś, kto mógłby jej pomóc. Przejąć się? Zrozumieć? Nie potrafiła dokładnie zinterpretować swoich oczekiwań, w dodatku nagle zaświtała jej myśl, że chyba nie powinna? - Przepraszam - mruknęła, zupełnie nieelegancko, chowając wzrok po kątach. Zagalopowała się ze wszystkimi swoimi emocjami, wątpliwościami i zaufaniem - czy miała prawo oczekiwać czegokolwiek od osoby niezainteresowanej jej światem? Wszak nie byli p r z y j a c i ó ł m i.
Słysząc kolejne zdanie zaczerwieniła się ponownie, nie mogąc jednocześnie powstrzymać cisnącego się na usta szerokiego uśmiechu. Przecież w jej ufnej, dziewczęcej główce od razu pojawił się czerwony wykrzyknik wołający b ę d z i e i n n y r a z, co przepełniało ciało przyjemną radością równie obfitą co żar lejący się z nieba. Skwitowała całość jedynie kiwnięciem głową.
Jedzenie lodów było przyjemne, acz nie tak bardzo jak rozmowa. Przynajmniej do momentu, kiedy to zapasy deseru tak gwałtownie się uszczupliły! - Ej! - wyrwało jej się, ale i tak niemal od razu zaniosła się cichym śmiechem. - Oko za oko - odpowiedziała wesoło na jego pytanie, zanurzając łyżeczkę w pomarańczowym sorbecie. - No, no, masz całkiem niezły gust - zacmokała z zadowoleniem. Nie spodziewała się, że kwaśne smaki potrafią być tak orzeźwiające!


Kwiat przekwita, ciern zostaje

Liliana R. Yaxley
Zawód : stażystka w św. Mungu
Wiek : 20
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Usiadłszy przed lustrem pewnego razu
Chciałam prawdy, jasnej wizji chciałam,
Innej od gładkiego, słodkiego obrazu,
Który w nim dotąd widywałam...
Ujrzałam kobietę dziką, jak wiatr,
Niekobiecymi miotaną żądzami.
OPCM : X
UROKI : X
ALCHEMIA : X
UZDRAWIANIE : X
TRANSMUTACJA : X
CZARNA MAGIA : X
ZWINNOŚĆ : X
SPRAWNOŚĆ : X
Genetyka : Półwila

Nieaktywni
Nieaktywni
http://morsmordre.forumpolish.com/t1951-liliana-yaxley http://morsmordre.forumpolish.com/t1977-skrzynka-pocztowa-lilki#28265 http://morsmordre.forumpolish.com/t1976-zakwitaja-lilie-wodne http://morsmordre.forumpolish.com/f113-fenland-yaxley-s-hall http://morsmordre.forumpolish.com/t1986-liliana-yaxley

Strona 1 z 2 1, 2  Next

upalny dzień lipca 1955
Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach