Morsmordre
Czy chcesz zareagować na tę wiadomość? Zarejestruj się na forum za pomocą kilku kliknięć lub zaloguj się, aby kontynuować.
Wydarzenia



Login:

Hasło:

Katya Ollivander
AutorWiadomość

Katya Ollivander

Data urodzenia: 1 listopad 1931 roku
Nazwisko matki: Prewett
Miejsce zamieszkania: W ciągłej podróży, ale właściwie... Wróciłam do rodzinnego domu, a jak znów mnie tata zdenerwuje, to znajdę coś z dala od ich posiadłości, o!
Czystość krwi: Szlachetna
Status majątkowy: Bogata
Zawód: Uganiam się za czarnoksiężnikami i myślę, że kiedyś jakiegoś złapię, a jak już to zrobię... Będzie miał przechlapane!
Wzrost: 172 centymetry
Waga: 50 kilogramów
Kolor włosów: Rudo-brązowe z prześwitami blondu; istna paleta barw
Kolor oczu: Czarne, niczym smoła
Znaki szczególne: Troszkę piegów na nosie, dekolcie, ramionach, a do tego przytrafiły mi się dwie nieduże blizny z lewej strony pleców. Powstały podczas jednej z aurorskich akcji; wypadek przy pracy!


Prawda rzadko jest czysta i nigdy prosta.
Nic nigdy nie będzie prostsze od dzieciństwa, którego nie mąci żaden problem. Los jednak bywa przewrotny i zmienia się tylko wtedy, gdy zaczynamy robić bardzo złe rzeczy, bo kiedy dorastamy wszystko wraca ze zdwojoną siłą. Ten sam schemat podzielany jest w chwili, gdy na świat przychodzą bliźniaki, które nie różnią się od siebie niczym. Mają takie samo hipnotyzujące spojrzenie, identyczny uśmiech i co gorsza - ten sam talent. Magia jest sztuką, taką jak balet, muzyka, a nawet aktorstwo. Tylko pewni siebie czarodzieje potrafią okiełznać różdżkę, która odzwierciedla ich charakter. Czy to nie tym kierowała się moja rodzina przekazując sobie z pokolenia na pokolenie bogatą tradycję i historię, która miała być dziedziczona i kontynuowana w kolejnych latach? Z pewnością, ale często się zdarza, że coś idzie nie tak, a osoba, w której pokładało się ogrom nadziei nagle... Znika.
Jak niebo i ziemia.
Jak ogień i woda.
Tworzyliśmy z bratem duet, którego nie dało się niczym rozdzielić. Nasze cząsteczki zderzały się raz po raz i nikt nie potrafił poradzić sobie z temperamentami, które niosły nas coraz dalej i pokazywały nowe szlaki, którymi winniśmy podążać. Zapewne wtedy nie pomyślałabym, że Anthony Ollivander stanie się intrygantem, a ja przejmę rolę doskonałego narzędzia w rękach mistrzów, którzy w swoich dalekosiężnych planach będą starali się pisać scenariusze, które nie miały prawa się ziścić. To nawet nie tak, że nie byłam zainteresowana dziedzictwem; ja po prostu miałam na siebie inny pomysł, który niezupełnie miał odpowiadać rodzinie, która usłała mi tuż po porodzie życie różami i w kolejnych miesiącach pomagali mi wczuć się w rolę, niekoniecznie dla mnie napisaną.


Moralność jest pozą, którą przybieramy wobec niemiłych nam osób.
Jako małe dziecko przejawiałam ponadprzeciętne zainteresowanie światem magicznym, bo wpajano mi od najmłodszych lat, że magia to najpiękniejszy dar, jaki może otrzymać człowiek nieskalany żadnym ubytkiem w błękitnej krwi. Zdaniem Malakaia Ollivandera, mojego ojca, tylko tacy ludzie są w stanie osiągnąć rzeczy wielkie, ale moim zdaniem - status nie czyni czarodzieja, a jedynie błędne decyzje, które mogą odbijać się na przyszłości echem. Pewnie myślałabym tak nadal, jednak na drodze, którą miałam kroczyć pojawił się ktoś, kto zburzył cały światopogląd. Nigdy jednak nie ma kolorów, które świadczą o tym, że jesteśmy w pełni szczęśliwi. Zawsze znajdzie się ktoś, kto pomaluje szarymi odcieniami codzienność i skąpani w trwodze przed wyjawieniem sekretów stajemy się posłuszni wobec gróźb, które byłyby w stanie odebrać to, co mogliśmy mieć najlepsze.
Nikt zapewne nie przypuszczał, że nasza dwójka może być niemal identyczna, a zarazem tak różna i to nie tylko pod względem charakteru, który kształtowany przez lata w ostatecznym rozrachunku przeszedł fazę całkowitej destrukcji. Byłam żywiołowa, nieco ruchliwa - może czasem aż za bardzo, ale nie sprawiałam problemów wychowawczych, bo lubiłam luksus, który mi ofiarowano i jako dwuletnia dziewczynka zaskoczyłam każdego członka rodziny i wystarczyło tylko kichnąć, by postawić na nogi ojca, matkę, babcię i dziadka, a brat? Chyba właśnie wtedy zaczął mnie nienawidzić, choć jako mały brzdąc nie powinien tego znać. Zmieniały mi się włosy, kształt nosa, uszy stawały się nieco szpiczaste, ale to co pozostawało niezmienne to oczy. One są zwierciadłem duszy, ale to przecież tylko pusta fraza, w którą wierzą naiwni. Jak się okazało, byłam metamorfomagiem, a gen, który został mi ofiarowany otrzymałam po prababci, która opanowała sztukę przemiany do perfekcji. Oczywistym zatem było, że nie mogłam tego zaprzepaścić, a rozwijać, by w przyszłości uczyniło mnie to kimś wielkim, bo trenując i oddając się temu, byłabym w stanie zmienić wszystko, czego bym tylko pragnęła. Musiałam zatem być grzeczna i posłuszna.
Musiałam się słuchać.
Musiałam z dumą reprezentować Ollivanderów.
Wtedy zaczęłam się zastanawiać czym są więzy rodzinne? Trzeba je respektować, tak? Być im wiernym i oddanym, jakby to była jedyna świętość, którą można uznawać za właściwą? Wychowywałam się w niezwykle konserwatywnej rodzinie, która jak każda inna miała swoje specyficzne podejście do wielu spraw. Ojciec był tradycjonalistą i należało szanować jego zdanie i decyzje, które były nieodwołalne. To było w pewien sposób zastanawiające, że przez całe życie posiadł tak doskonałą umiejętność, jaką jest retoryka. Lubiłam go słuchać i tego, co potrafił mi zaoferować przez cały okres, gdy tylko pojawiała się kolejna perspektywa nowego scenariusza. Ściśle określony plan próbowała zaburzyć jednak matka, która jako rasowy Prewett wspierała mnie w tym, co było istotne także dla mnie. Nie uznawała, że moje wybory są czymś złym i potrafiła zaakceptować każdą decyzję, ale ojciec jako głowa naszego odłamu Ollivanderów nie znosiła, kiedy ktokolwiek mu się sprzeciwiał. Anthony w tym wszystkim został gdzieś w tyle. Był wycofany, stonowany i nie pchał się już na afisz, jakby wcale nie obchodziło go życie, które mogli zapewnić mu rodzice. Ciągle mi powtarzał: jestem inny, nie chcą mnie, nie doceniają, zabrałaś mi ich... Bolało i to mocno, bo widziałam to w jego pięknych tęczówkach, które z każdym dniem traciły blask. Wydawać się mogło, że pierwiastek metamorfomagii, który odziedziczyłam sprawił, że w oczach Malakaia byłam jeszcze bardziej atrakcyjna, a jedyne co mogło mnie popsuć to emocje. Ojciec mówił, że nie są niczym właściwym i powinnam je porzucić, bo doprowadzą do nieszczęścia, na które nikt nie jest gotowy, a ktoś taki jak ja, nie może łatwo popadać w nałogi, które przyćmiewały ludziom każdy dzień. Dusiłam się i umierałam codziennie i zapewne, gdyby nie Garrick Ollivander - kuzyn mojego ojca, to z chęcią poddałabym się słabościom i pozwoliła umrzeć duszy, która w ciele dziecka wydawała się być cholernie zgniła.


Kiedy ludzie są tego samego zdania co ja, mam zawsze wrażenie, że się pomyliłem.
List z Hogwartu nie był dla mnie zaskoczeniem, bo rodzice przygotowali nas do tego, że kiedyś przyleci sowa, która otworzy mi bramę do lepszego świata, w którym nauczą mnie czarów, o jakich nawet mi się nie śniło. Talent do magii pojawił się u mnie niezwykle wcześnie, ale wynikało to ze zbyt dużego stężenia czarodziejskich cech, których moje ciało nie potrafiło pomieścić i choć początkowo dawałam pokazy umiejętności, tak z biegiem lat zaczęło być to uciążliwe. Metamorfomagia bywa kłopotliwa, czyż nie? Pojedyncze i delikatne zmiany, jak chociażby  wydłużenie uszu, zmniejszenie nosa, czy w trakcie zbyt dużego pobudzenia emocjonalnego szybkie przefarbowanie włosów z rudego na różowy nie stanowiło problemu, ale... Stres? Nerwy? Przemęczenie? To na starcie dyskwalifikowało mnie w karierze Quidditcha, choć ten konkretny sport chyba nigdy nie był w stanie mnie zainteresować. Musiałam jednak ćwiczyć, żyć w ciągłym ruchu i pamiętać o eliksirach, relaksacyjnych kąpielach, bo stosowałam je od najmłodszych lat, choć od pół roku doskwierają mi bóle pleców, a o kolanach już nie wspomnę. Różnego rodzaju mikstury sprawiają jednak, że wszystko szybko mija, ale jeśli nie wypiję przeciwbólowego środku, to często kończy się to długimi godzinami, w których mam wrażenie, jakby wszystko rozrywało mnie w pół.
Dużo czytałam, bo byłam ciekawska i musiałam znać odpowiedzi na wszystkie pytania, ale kiedy razem z bratem przekroczyliśmy próg szkoły, zmienił się każdy detal, do którego niegdyś przywiązywałam ogromną uwagę. Tony znalazł się w Slytherinie, a wykończenie mojej szaty pokryte było niebieskim odcieniem, co wskazywało na Ravenclaw. Próbowaliśmy przełamać dzielące bariery, ale wśród kolegów nie potrafił zachowywać się tak, jak robił to w domu. Odsunął się ode mnie i nie ingerował w moją obecność, jakbym stała się powietrzem, którym on jest zmuszony oddychać. Tęskniłam za czasami, kiedy byliśmy we dwójkę i nikt nie wchodził między nas, choć to ja byłam faworyzowana i tylko głupiec by tego nie zauważył. Oparcie miałam jednak w człowieku, który stał mi się niezwykle bliski i jako powiernik moich sekretów wiedział, że powinnam być silna, by przetrwać lata w murach Hogwartu. I tak długo jak był ze mną Percival, nie czułam strachu ani lęku, bo przyswajał mi tajniki magii i ofiarował coś, czego nie mogłam dostać od brata, a przecież był dla mnie równie istotny, bo nie dzieliła nas szczególna różnica w pokrewieństwie. Jego matka i mój ojciec byli rodzeństwem, a to czyniło nas niezwykle bliskim kuzynostwem, dla którego granice zatarły się w chwili, w której wiedziałam, że tylko jemu mogę ufać.
"Tresura", której zostałam poddana przez ojca niczym figurka smoczka wystawowego odpowiadała mi do chwili, w której nie poznałam zalet płynących z wolności, ale i trwając w najcudowniejszym etapie, jakim była edukacja w Szkole Magii i Czarodziejstwa, nie spełniałam się tak, jak w głębi duszy chciałam. Ograniczało mnie wszystko. Brak spontaniczności, ulotności, chęci żartu, bo miałam przysłowiowego kija w kręgosłupie, który podtrzymywał moje wartości moralne. Wieczny kujon i panna spędzająca długie godziny w bibliotece, by wreszcie stać się sławną Katyą Ollivander, która wzbudzała w pewnym sensie podziw dla własnego intelektu, bo ulubiony tekst każdego profesora w postaci: dziesięć punktów dla..., stał się domeną Krukonów, a ja na swoim koncie zebrałam ich całkiem sporo, z czego wbrew pozorom wcale nie byłam dumna. Ciężko się słyszało od rówieśników, że jedyne co potrafiłam to odpowiadać poprawnie na pytania nauczycieli, a dogadanie się z osobami w moim wieku graniczyło z cudem, bo brakowało mi swoistego rodzaju pewności siebie, którą emanowały dziewczyny - chociażby z Gryffindoru i Slytherinu, bo te z Hufflepuffu przypominały raczej słodziutkie, bojaźliwe trzpiotki. Ślizgoni, podłe kreatury, których nigdy nie lubiłam (przez popsutą relację z bliźniakiem, bo to przecież ich o to oskarżałam i to, że są ciekawsi niż ja!), dostałam szansę, by to pięknie naprawić. Tony śmiał się ze mnie, ale zaproponował pewien układ. Założyliśmy się, że przez tydzień nie odpowiem dobrze na jakiekolwiek zagadnienie związane ze światem magii, a on zacznie się do mnie przyznawać. To było jednak silniejsze ode mnie i nie potrafiłam opanować potrzeby mówienia o tym, co już wiedziałam. Spędzałam w bibliotece średnio kilka godzin dziennie; no i, jak mogłam tego nie wykorzystać? Byłabym naprawdę idiotką. W gruncie rzeczy... I bez tego byłam, a co gorsza - wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że nic nie pozwoli mi odzyskać mojego Tony'ego.
Musiałam to zmienić. Chciałam to zmienić.
Nie wiedziałam tylko jak.
Zostając prefektem naczelnym w siódmej klasie miałam wrażenie, że już nic lepszego mnie nie spotka i tak było do momentu, w którym oprócz Obrony przed Czarną Magią, Zielarstwa, Eliksirów, Zaklęć, a także innych przedmiotów, zaczęła mi przyświecać chęć poznania smaku życia, które nie jest zakute w łańcuchy odpowiedzialności. Nie mogłam dopuścić się tego w sposób gwałtowny, bo byłam pod pełną kontrolą rodziców, a przecież świat zaczął wirować, gdy na mojej drodze stanął on. Szlag, te emocje nie były jednak takie złe.
Morpheus Sheeran był szukającym Gryffindoru i już wtedy wiedziałam, że szybsze bicie serca, a także płytszy oddech kiedy był zbyt blisko, nie jest czymś przypadkowym. Szczenięca miłość bywa najbardziej intensywną i emocjonalną, a przecież odnalazłam w nim cząstkę siebie, której brakowało mi przez cały ten czas, gdy tkwiłam w zamknięciu. Mogłam z nim milczeć i rozmawiać o głupotach, ale także górnolotnych sprawach, które jeszcze nas nie dotyczyły. Różnił się ode mnie, bo był odważnym Gryffonem, który w głowie miał jeszcze strojenie sobie żartów i choć doceniałam jego starania, to nie potrafiłam wykrzesać z siebie spontaniczności, która z niego wręcz kipiała i biła na odległość. Zastanawiałam się, jak możliwym było, że nie zauważyłam go przez tyle lat nauki w Hogwarcie, bo przecież chodziliśmy na te same zajęcia, prawda? Ja mimo to byłam zaabsorbowana książkami, które były dla mnie największą świętością. Pewnie dlatego bolały mnie przytyki ze strony rówieśników. Szydzili i potrafili wbijać bardzo głęboko szpileczki, bylebym zapamiętała, że bratania się z czarodziejami gorszego sortu, uczyni mnie taką samą. Niektórzy przypisywali mi już metkę zdrajcy, choć ja ciągle nic nie zrobiłam. Pamiętałam także wzrok brata, który niemal palił każdy mój kanalik nerwowy, gdy szłam obok Morpheusa i nie robił nic, kiedy jego koledzy wyśmiewali mnie w najlepsze. Będąc jednak metamorfomagiem mogłam więcej, prawda? Chciałam im utrzeć nosa i układałam w głowie najróżniejsze plany, bo jako doskonały analityk i strateg byłam w stanie szachować ich na wielu płaszczyznach. Uznałam jednak, że robiąc w stosunku do nich cokolwiek, stanę się równie niedojrzała, co oni. Dopiero pierwszy list od rodziców, który insynuował mi, że wiedzą o moim domniemanym romansie sprawił, że skłamałam po raz pierwszy. Potem weszło mi to w krew, a z racji, że mój ojciec wierzył w większość moich słów, bo nigdy go nie zawiodłam - nie miał podstaw, by mi wypierać rzeczy, które ubzdurali sobie zazdrośni koledzy. Wierzyłam, że moje kłamstwo nigdy nie wyjdzie na jaw. Szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że była to niemal sama końcówka roku i wielkimi krokami zbliżały się egzaminy; czekałam na dzień, w którym opuszczę szkołę, bo niczego bardziej nie pragnęłam w tamtym okresie niż w końcu ta wolność, której nigdy nie smakowałam.
Zawsze patrzyłam pobłażliwie na psikusy Gryfona, bo razem z kolegami wymyślał najróżniejsze żarty, ale jako czarownica postawiona na niezwykle ważnej funkcji, musiałam przestrzegać zasad, które złamałam dopiero na sam koniec i mimo, że nie groziło mi za to nic, a Morpheus wziął na siebie całą winę, to wiedziałam, że powinnam zrobić cokolwiek, by nie stracił punktów, a to przecież wtedy - z naszej głupoty i nieodpowiedzialności - nie wygrali pucharu domów, który ostatecznie trafił na konto Ravenclaw, jako kolejny sukces. Po opuszczeniu szkoły wcale tego nie żałowaliśmy, bo byliśmy jednością, której nie dało się rozerwać i choć bliźniakowi przeszkadzało to, że jest szlamą, to nie potrafił wskórać nic względem naszej relacji. Zdawałam sobie sprawę, że szuka argumentów, powodów i w chwili, w której w końcu je znalazł... Rodzina postawiła przede mną ultimatum, na które wcale nie powinnam się zgadzać.


Im dłużej żyję, tym wyraźniej widzę, że to, co było wystarczająco dobre dla naszych ojców, nie jest wystarczająco dobre dla nas.
Wiedziałam, że zasady, których miałam się trzymać nie mogły zostać nagięte w żaden sposób, bo wywodząc się z rodziny szlacheckiej musiałam liczyć się z konsekwencjami sprzeciwu, który i tak chodził mi po głowie. Nie myślałam o tym, co może się stać, gdy oznajmię im z kim chciałabym się związać, ale problem leżał ciągle w pochodzeniu, które według ojca było prawdziwą metką, która czyniła człowieka kimś lepszym. Mugolak był dla nich robakiem, który znajdował się pod ziemią i nie można było go wypuszczać na wolność, bo byłby powodem zbyt wielu problemów, które należało zdusić w zalążku.
Morpheus Sheeran był zatem owadem, któremu chcieli wyrwać skrzydła.
-Rozmawialiśmy podczas ostatniego spotkania z wujem o przekazaniu sklepu, co nastąpi za kilka lat i choć nigdy kobieta nie przejmowała rodzinnego interesu, to wzięliśmy pod uwagę także twoją osobę - zakomunikował Malakai, a ja skrzywiłam się na samą myśl tego, co mogło mieć dopiero miejsce. Wbrew pozorom nie pomyliłam się i choć serce waliło mi jak po zbyt długim biegu, to nie wydusiłam z siebie ani słowa.
-Och... Katyo, nie powiedziałaś jeszcze rodzicom o swoim wybranku? Jest... Mugolakiem, a to chyba nie byłoby pochwalane w naszych kręgach, prawda? - zagaił luźno Anthony, a ja czułam jak odchodzi mi krew z twarzy, bo zawsze robiłam to czego ode mnie oczekiwali. Oddałam się ich pasjom, ich żądzom, które niekoniecznie mi odpowiadały, ale próbowałam ze wszystkich sił być grzeczna, ale z drugiej strony - ile dziecko może słuchać: wstań, nie mlaskaj, łokcie przy sobie, głowa prosto, trzymaj różdżkę, ćwicz zaklęcia. Na Merlina! Głowa mnie od tego bolała, jednak byłam dobrą aktorką. Mogłam udawać i kłamać, jak z nut.
-Nie, ale zdążyłam ich uprzedzić, że nie zdałeś egzaminów... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby, bo brat wiedział, że zależało mi zarówno na możliwości rozwoju względem różdżkarstwa, ale także na Morpheusie. Nie mogłam mieć jednego i drugiego, więc musiałam wybrać, a kto nienawidzi podejmowania decyzji? Człowiek wolny od przykrego obowiązku dorastania. W rodzinie Ollivanderów wszystko było jednak skomplikowane, bo należało się trzymać kodeksów, które ciężko było zrozumieć.
-Czyli mnie okłamałaś, tak? Masz zakończyć znajomość z tym człowiekiem, bo w przeciwnym razie zostaniesz wydziedziczona i nic nie zmieni mojej decyzji, a jedynym ratunkiem dla twojej i tak zbrukanej już godności jest posłuchanie tego, co zapewni ci resztkę szacunku w moich oczach - to zdanie huczało mi w głowie i odbijało się echem, jakby co najmniej stado koni miało zamiar stratować to, co do tej pory uważałam za istotne. Nie mogłam jednak tego słuchać, bo ich czcze gadanie nie było warte wyrzeczenia się tego, co dawało mi szczęście, ale jako osiemnastolatka... Byłam niezwykle naiwna i łudziłam się czymś, co wcale nie miało odzwierciedlenia w codzienności, która uległa całkowitej zmianie.
Wychowana w bogatej kulturze i szlacheckim obyciu musiałam pojąć, że to ja popełniłam błąd i dałam się ponieść emocjom, które są przecież złym doradcą, toteż usilnie próbowałam znaleźć sposób na to, jak sobie radzić ze stratą, która nadchodziła wielkimi krokami. Szukałam ukojenia, ale to nie widniało na horyzoncie, toteż oddałam się w pełni różdżkarstwu, byle zająć myśli i skupić się na własnych potrzebach, które rozmijały się z tymi głęboko skrywanymi. Aż do dnia, w którym on nie zniknął na dobre...
Zostawił mnie i nie przejmował się tym, że chciałam porzucić dla niego całe swoje dotychczasowe życie, co jedynie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie był tego warty; dokładnie tak, jak mówił ojciec. Wtedy zmienił się mój stosunek do szlam, które nigdy mi nie wadziły, ale w życiu wszystko ulega gwałtownym przemianom. Żyłam zatem w przekonaniu o odejściu Morpheusa kilka miesięcy, aż nie dostałam listu, w którym jasno było napisane, że on nie żyje. Mój Sheeran był martwy, a ja nie mogłam zrobić nic, bo nie byłam w stanie cofnąć czasu, który bez trudu pozwoliłby mi na kolejne spotkanie z nim, by tylko zatrzymać machinę śmierci, która odebrała mi szczenięcą, najsilniejszą miłość. To zrujnowało zbyt wiele i nagle z dziewczyny, która była stateczna, pogrążona w książkach, wiecznej nauce i dystansie stałam się marną kopią samej siebie. Targały mną emocje, a dotychczasowe uczucia, jak gniew, złość, żal, frustracja, obojętność... Przestały być mi obce. Zrozumiałam, że w cierpieniu ukryte jest dużo więcej, a wszystko może mieć swoją barwę; te zaczęły mi odpowiadać i dzięki temu popełniłam w odczuciu wielu błąd, ale w moim własnym zrobiłam krok w przód, który uczynił mnie kobietą, a nie tylko popychadłem, który musi robić to, czego chcą inni.
Pragnęłam zapomnieć i oddać się w wir zajęć, a także doskonalenia tworzenia wszelkiej maści różdżek, poznawania kolejnych zastosowań, właściwości, ale nie radziłam sobie z wyrwą, która pozostała w miejscu, gdzie niegdyś było serce; jakby na znak, że w ogóle było. Pustka wypełniała każdy kanalik nerwowy i to pewnie targnęło mną, by udać się pewnego wieczoru do mieszkania Percivala, który był dla mnie wsparciem, przyjacielem i swoistego rodzaju zagadką. Sądziłam, że rozwiąże moje problemy, ale chyba nie przypuszczałam, że emocje wezmą w górę, a ja znajdę ukojenie w jego ramionach, które mnie przyciągały i otulały, zapewniając przy tym spokój i spełnienie, którego od dawna nie czułam. Był już nie tylko towarzyszem rozmów, ale i powiernikiem sekretów, a myśl o tym, że jest synem mojej matki chrzestnej sprawiała, że nie chciałam się wycofać. Nasze pokrewieństwo nie było przeszkodą, a jedynie napędzającą wizją, która budowała pewnego rodzaju napięcie, ale i wzmagała podniecenie. Kiedy było już po wszystkim, czułam się w jakiś sposób dopełniona. Przenieśliśmy się na inny poziom świadomości i to było dobre, bo nie musiałam czuć na karku oddechu zdrady, która kroczyła za mną wielkimi krokami. Nasza tajemnica nigdy nie ujrzała światła dziennego, przez co byłam bezpieczna, bo nikt nie przypuszczał, że słodka i posłuszna Katya Ollivander wkroczyła w buntowniczy etap, gdzie robiła po swojemu i nie zważała na reguły, które opiewały każdą osobę o błękitnej krwi. Żałowałam? Nie, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że straciłam najlepszą kartę przetargową, jaką była moja czystość, ale czy myślałam o zamążpójściu? Pewnie przez chwile, jednak tylko wtedy, kiedy istniał Morpheus; jego nie było, a ja zostałam sama ze skazą w oczach ojca, który zmienił do mnie nastawienie. Brak zrozumienia ze strony Tony'ego również dawał mi się we znaki, więc to zapewne przelało szalę goryczy, gdy on knując za moimi plecami i starając się za wszelką cenę dopasować do panujących wymagań względem dziedzica sklepu, zapomniał na dobre o tym co jest ważne. Kiedy jednak całkowicie pozbawili go szansy, bo był zbyt słaby i niewystarczająco interesujący, zniknął, co wiązało się z przykrą hańbą, jaką było wydziedziczenie z rodu. Zachodziłam w głowę, dlaczego tak się stało; dlaczego go nie chcieli; co było nie tak? Zrozumiałam to stosunkowo późno, gdy nie mogłam już niczego zrobić, bo choć to ja prawie okryłam hańbą szlachecki ród czarodziejów, to on nie miał w sobie tego najbardziej intrygującego pierwiastka w sobie. Metamorfomagia czyniła mnie kimś doskonałym w oczach Malakaia, który całe życie dążył do perfekcji i miał obsesję na punkcie ideałów, których człowiek nie jest w stanie sięgnąć. Traciłam osoby ważne i to odbierało mi oddech. Popychało do absurdalnych decyzji, które poskutkowały egoistycznym odejściem, a raczej zatopieniem się w odmętach samotności, gdzie najważniejszym było przejście szkoleń i kursów aurorskich, które pozwoliłyby mi na dobre wyłamać się z planów i scenariuszy Ollivanderów. Nie podobało im się to i nie pochwalali tego, bo w jakiś sposób burzyło to ich dotychczasowe idee względem mnie; pozostawali wierni swoim pomysłom, ale ja miałam własny plan i nie wiązał się on ze sklepem, a przecież żyli w przeświadczeniu, że to właśnie ja mam ogromną szansę na otrzymanie go, choć jasno pokazywałam, że to nie jest moja droga. Różdżkarstwo to jedno, ale zamknięcie w czterech ścianach, by dobierać "magiczne kijki" do charakteru przybyłych młodzików? Nie tworzyliśmy już rodziny, a jedynie marną imitację tych, którzy chcieli bez względu na wszystko zachować dobre imię. Nigdy nie przypuszczałam, że im się to uda, ale ewidentnie zniknięcie dzieci pozwoliło wrócić do reprezentacyjnego poziomu. Moja rekonwalescencja duchowa trwała trzy lata i to wtedy zmieniło się najwięcej.
Nowe postanowienia.
Nowe pasje.
Nowa ja.


Każdy urodził się królem, lecz większość ludzi umiera na wygnaniu, jak większość królów.
Matka pisała do mnie listy. Katowała mnie nimi i o, dziwo... Nie oszukiwałam jej. Próbowałam pojąć specyfikę tej jakże dziwnie skonstruowanej kobiety, w której ramionach niegdyś tonęłam, bo dawały mi pełne poczucie bezpieczeństwa. Nic nie trwa jednak wiecznie, a gdy stajemy na rozstaju dróg i wybieramy coś, co w oczach innych nie jest wcale dobre, wkraczamy na teren swoistego buntu, gdzie ten przyświecał mi bardziej niż dotychczasowe wartości. Nie dawałam im powodu do wydziedziczenia, bo realizowałam pewien scenariusz, ale nie z rolą, w której oni mnie obsadzili. Bawiłam się emocjami, które mogłam czuć dzięki wybitnie zdanym OWUTEM-om, które pozwoliły mi na udział w kursie. Złość. Frustracja. Gniew. Radość. Irytacja. To wszystko było dla mnie nieprzejednaną zagadką, ale na tyle fascynującą, by się nie odrywać ani na moment w najtrudniejszych zadaniach, ćwiczeniach, a także zaklęciach, które teoretycznie powinnam znać. Szkolenie różniło się od tego, co dawał mi Garrick, gdy uczył mnie w każde wakacje zastosowania rdzeni, drewna, a także właściwości różdżek. Opowiadał mi o nich, bo czuł, że kiedyś też będę wytwórcą, choć nie pociągało mnie to na tyle mocno, by się oddać temu bez pamięci; może to dlatego wciąż jest właścicielem Sklepu Ollivandera? Uwielbiałam spędzać z nim czas, bo jako doskonały nauczyciel ofiarował mi wiedzę, która pozwalała mi średnio raz w tygodniu testować różdżki moich kolegów i opowiadałam im o nich, jakby były dobrymi książkami, z których da się wszystko wyczytać.
Śmierć Morpheusa była dla mnie momentem przełomowym, który zmusił mnie do zmiany frontu i chyba wtedy zrozumiałam, że byłam tylko marionetką w rękach Malakaia, który zdając sobie sprawę, że nie ma już nade mną władzy, nie jest w stanie nic wskórać. Nie osądzałam go, a jedynie skutecznie odsuwałam się, by pojął wreszcie, że mała dziewczynka o pięknych brązowych oczach, a także szczerym uśmiechu i rudawych włosach, nie istnieje. Czasami odnosiłam wrażenie, że zapomniał iż nie jestem jestem już sterowaną marionetką, w której ukrył swoje niespełnione żądze i pragnienia. Zostanie aurorem było zatem przygodą, a każda praktyka, której doświadczyłam stawała się wspomnieniem, które zapisywałam na kartach pergaminu, by nic nie ominęło mojego kuzyna. Wysyłałam mu listy raz w miesiącu, by miał pewność, że jeszcze żyję, ale... Nadszedł też dzień, w którym zniknęłam. Pogrążyłam się w pustce, bo rozdzierające mnie na w pół uczucia sprawiały, że potrzebowałam złapać wiatr w żagle i znów wrócić do poziomu życia, którym była istna satysfakcja z tego, czym się zajmowałam. Teraz jak tak o tym myślę, to jestem niemal pewna, że był to jeden z powodów, dla których wyjechałam do Norwegii, chociaż nie do końca. Niegdyś rodzice planowali przeprowadzić się właśnie tutaj, bo czy ten piękny kraj nie należał do zrzeszonych magicznie, a Durmstrang nie dawał równie dobrych perspektyw na rozwój w czarodziejskim świecie, co Hogwart? Tak było i liczyłam się z tym, że ojciec chce dla nas jak najlepiej, bo gdy byłam małym dzieckiem - respektowałam jego zasady; dopiero gdy zaczęłam dojrzewać, wszystko się zmieniło. Tuż po przyjeździe dowiedziałam się, że Ministerstwo Magii w Oslo poszukiwało młodych, zdolnych aurorów, którzy są w stanie od zaraz podjąć współpracę, więc pomyślałam... Dlaczego miałabym to nie być ja? Jestem pewna siebie, odważna, dzielna i nie przypominam w niczym kujona, który jedynie odpowiada na kolejne pytania profesorów, a wszyscy wkoło błagają, bym wreszcie zamilkła. Znalazłam swój cel, który nie wiązał się z powrotem do domu, bo praktyka, a także codzienna praca i tropienie czarnoksiężników, dawało mi ogromną satysfakcję. Poszukiwałam emocji, a to właśnie mi je zapewniało, choć doskonale liczyłam się z tym, że bardzo ryzykuję. Nie myślałam o powrocie,  bo nie chciałam zamążpójścia - o, zgrozo... Nie czekałam z utęsknieniem na wybranka, który niczym najwierniejszy kochanek będzie stał pod mym balkonem i śpiewał serenady, bądź zacznie się zachować niczym najgorsza gnida, która nie zawaha się przed wymierzeniem mi ciosu zakrawającego o największą brutalność. Czarną Magię. Świadomość tego, że ludzie doskonale potrafią się maskować, uczyniła mnie zdystansowaną, ale też w jakiś sposób odporną na pragnienia dziewczyn w moim wieku. Mąż, dom, dziecko - to nie byłam ja, a przynajmniej - nie ja - prawdziwa.  Zdany egzamin do reszty zmienił moje patrzenie na przyszłość, która miała tonąć w stercie kolejnych raportów, misji, zleceń, bo praca pochłonęła mnie na tyle, że nie miałam czasu na nic. Żartuję. Oczywiście, że w wolnych chwilach często spędzałam wieczory z czarodziejami, których poznałam w pracy i pewnie nie było to dziwne, ale znowu poczułam do kogoś "coś więcej", jak tylko chwilowe zauroczenie. Był przystojny, czarujący i niezwykle zabawny; tak samo szalony, jak Morpheus, ale na tyle inny, że fascynował mnie całym sobą, a fakt, że tak jak ja był aurorem? To działało na jego korzyść, pomijając już oczywiście walory fizyczne, których nie dało się mu odmówić. Wiedziałam też, że zdaniem ojca ma wadę, która skreśliłaby go na dobre. Pochodził z mugolskiej rodziny, a to oznaczało, że po raz kolejny brudna krew mogła zniszczyć reputację Ollivanderów. Nie chciałam już popełniać błędu, więc zamknęłam Doriana w czystej relacji, która opierała się na przyjaźni. Prawdziwej przyjaźni. Miałam jednak tendencje do znikania, więc młody auror musiał pogodzić się z tym, że prędzej, czy później wyjadę, bo miesiące płynące w takiej ciszy i spokoju... Zaczynały mnie nużyć. Potrzebowałam kolejnego bodźca i cicho wierzyłam, że nie odwracając się w tył i pozostawiając Ministerstwo w Oslo za sobą, osiągnę to; oczywiście, złożyłam wymówienia, więc nic nie stało na przeszkodzie, by ruszyć dalej. W głowie miałam szatański plan i o ile potrafiłam niegdyś grać, tak zastanawiałam się, czy po powrocie nie poniosą mnie emocje. Sęk w tym, że Malaki miał dla mnie niespodziankę.
Zabójczą niespodziankę.


Jeżeli wilk jest u drzwi, jedyne wyjście to zaprosić go na obiad.
-Słucham? - oniemiałam. Byłam kompletnie w szoku i patrzyłam na ojca tak, jakby zaczął mówić do mnie w nieznanym mi dotąd języku, o którym nigdy nie słyszałam, bo nie było wzmianki w książkach. Starałam się przetrawić tę informację, ale była zbyt absurdalna, by mogła być prawdziwa, bo niby jak to? -Ale ja nie chcę mieć męża. Ani dzisiaj, ani jutro, ani pojutrze, ani za miesiąc, a już tym bardziej za rok... - czułam, że zaraz wybuchnę. Odliczałam w myślach do dziesięciu przynajmniej cztery razy, a Malakai chełpił się w tym, że jestem na skraju. Balansowałam na granicy złości i spokoju, ale byłam bliska temu, by dać się ponieść emocjom. Wróciłam ledwie po roku nieobecności, a on znowu to robił. Czynił mnie swoją mugolską maskotką; pluszakiem, którego można nafaszerować planami, bo tak naprawdę on wcale nic nie czuje; jest w końcu wypchany pluszem, a nie potrzebą życia według własnych pragnień i zasad. Byłam kurewsko naiwna, że zaufałam swojej intuicji i, że mój ojciec cokolwiek zrozumiał poprzez moje zniknięcie. Chciałam wierzyć, że to go opamięta, a także pozbawi chęci więcznej kontroli, w której okowach znów zostałam zamknięta, niczym stróżujący smok w podziemiach banku Gringotta; na łańcuchu i możliwości ujrzenia światła. Czy dziki ptak nie śpiewa najpiękniej na wolności? W tamtym momencie, gdybym posiadała niebezpieczne zdolności, to cała posiadłość zostałaby doszczętnie spalona. Przypominałabym groźnego Rogogona Węgierskiego i z dotychczasowego smoczka wystawowego, stałabym się niebezpieczną bestią. Ręce mi drżały, a serce waliło głośno w piersi, bo z każdym kolejnym oddechem traciłam grunt pod nogami, a wiecie co było najzabawniejsze? Mój typowy wyraz twarzy dla hazardzisty. Maska, która nic nie zdradza, choć frustracja płonęła w moich oczach i była tak dobrze widoczna, że nie umiałam jej zamaskować, ale ton głosu, uśmiech, a także naturalna poza wynikająca ze szlacheckich korzeni nie różniła się niczym od tej matki, która tym razem słowem się nie odezwała, a ojciec? Tryumfował... Znowu.
-Droga Katyo... - och - pomyślałam -zaraz się zacznie moralizatorskie gadanie i w sumie - wcale się nie pomyliłam. -Niebawem skończysz dwadzieścia cztery lata, a my chcielibyśmy dostać dziedzica, skoro po Anthonym ślad zaginął i nikt nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. To niewielkie życzenie w stosunku do tego, co od nas otrzymałaś, prawda? - poważnie? Byłam dla nich tylko dziewczyną, która ma im dać wnuka, a jakiemuś bucowi potomka? Owszem, trochę przesadzałam, bo jednak lubiłam męskie towarzystwo, ale na Merlina i jego zastępy magicznych chochlików! To znów nie moje życie, bo ja chciałam walczyć z czarnoksiężnikami i ich łapać, a potem odsyłać do Azkabanu, o ile przewinienia na to pozwalały, choć ciągle się uczyłam. Miałam w sobie lwa, takiego jak Gryfoni w swoim herbie pomimo, że nigdy w czerwonych szatach nie paradowałam, ale cóż za stan mnie dopadł, gdy powoli godziłam się z myślą, że oni naprawdę podjęli decyzję, która zmuszała mnie do małżeństwa. Dzieci mogłyby być przeszkodą, ale i łatwym celem, czyż nie? W świecie, w którym czarodzieje się perfekcyjnie ukrywają, a raczej potrafią szastać swoimi poglądami, nie można być pewnym nikogo. Nie chciałam ryzykować, by moje pierworodne dziecko było narażone, a czy będąc aurorem nie stałam się wrogiem tych, których udało mi się złapać? Mogli dopuścić się wszystkiego, a czego kobieta obawia się zawsze najmocniej? Utraty ukochanego maleństwa. -To dobry mężczyzna; ma co prawda delikatną skazę we krwi, ale wiesz... Lepsza partia taka niż żadna, prawda? - mój ojciec handlował ludźmi i rozstawiał ich, jak mu się żywnie podobało, a ja tylko posyłałam mu serdeczny uśmiech i kiwałam głową, jak hipogryf, który cieszy się na widok pierwszej fretki w ciągu dnia. Brakło mi sił, bo nie rozumiałam powodów, dlaczego się zgodził na małżeństwo, które nie miało przyszłości. Związek z jakimkolwiek czarodziejem kłócił się z moimi przekonaniami, ale ustąpiłam, bo pomimo, że nie znałam nazwiska przyszłego męża, to mogłam zawsze dostać zlecenie na misję, która odbywałaby się na drugim końcu świata, czyż nie? Usilnie chciałam w to wierzyć. Po kilku dniach faktycznie udało się objąć jedną z posad Aurora, ale co to miało do rzeczy, skoro ciągle wisiało nade mną widmo ślubu? Jedno było pewne - te zaręczyny musiały zostać zerwane jeszcze przed ich zawarciem. Dziwne koligacje, o których nie miałam pojęcia i zapewne nigdy się nie dowiem, że była to pisana umowa z Rosierem, która mnie i nieznanego mi partnera całkowicie zobowiązała i na siebie skazała. Bałam się zamążpójścia i swoich obowiązków, choć nie mogłam być wiecznie panną, a obawa o zmianę statusu powinna przyjść mi naturalnie. Od małego tłumaczono mi, że to jest to, co szlachcianki winny czynić z prawdziwą przyjemnością, ale to mogło odebrać mi poczucie wolności, a nienawidziłam kontroli. Może właśnie to budziło mój największy lęk w tamtym okresie? Mąż miałby wobec mnie ogrom praw, które musiałabym respektować, tak jak zdanie Malakaia, gdy wywierał na mnie presję i zmuszał mnie do rzeczy, których wcale nie chciałam. Nie zdradził mi jednak żadnych szczegółów, a już tym bardziej nie kwapił się do tego, by wspomnieć, że mój wybranek, który winien się zjawić już dawno temu z kwiatami pochodzi od Mulciberów. Zaczęłam sobie to bardzo prosto tłumaczyć; jestem już "stara" i powinnam skupić się na rodzinie, a dopiero potem karierze zawodowej, która była dla mnie najbardziej istotna, ale ileż jeszcze niewiadomych przede mną stało... Niezwykłe, doprawdy - niezwykłe.
Nie myślałam już o bliźniaku, bo uwolnił się z pod skrzydeł Ollivanderów, czego ja też pragnęłam; podjął decyzję i mogłam mu zazdrościć, że postąpił tak odważnie pomimo, że nie znałam prawdziwych przyczyn jego nagłego zniknięcia. Życie w Norwegii dało mi pogląd, że nie tylko praca jest ważna, ale też samopoczucie, które w moim przypadku zostało całkowicie nadszarpnięte. Sądziłam, że poświęcę się słusznej sprawie, jednak dla mnie zawalił się świat. Dramatyzowałam? Przesadzałam? Wcale nie. Zawzięłam się, że nigdy nie oddam serca w czyjekolwiek łapska i choć byłam pewna, że nie pokocham tego mężczyzny, tak czułam dziwny niepokój, który pewnego dnia został zakłócony przez list od Nott'a. Uświadomił mnie w tym, że nie ma pojęcia o moim powrocie do Wielkiej Brytanii i zapewne oczekiwał od swojej sowy, że list dostarczy mi do Oslo.

K.,
Kilka dni temu podsłuchałem rozmowę twoich rodziców czystym przypadkiem. Znaleźli ci męża, więc jeśli tylko zamierzasz wrócić, to uważaj na siebie.

P.


Och, Percivalu... Twoje wyczucie czasu mnie zabiło.




Patronus: Gdy Katya była w okresie edukacji szkolnej, często we wakacje wybierała się nad jezioro, które znajdowało się nieopodal rodzinnego domu. Stałym gościem, który otulał ją delikatną muzyką, stała się jaskółka. Ollivander wierzyła, że ma to jakieś głębsze znaczenie, aniżeli symboliczne i w pełni poprawnego patronusa, który w razie niebezpieczeństwa mógł ją ochronić, wyczarowała dopiero na początku szóstej klasy. Jak na tak zdolną czarownicę było to niezwykle późno, ale często się zdarzało, że jej wspomnienie nie było wystarczająco szczęśliwe, by móc w pełni oddać się inkantacji. Za każdym razem, gdy próbowała po raz kolejny rzucić zaklęcie, myślała o Morpheusie, przy którym czuła się w pełni sobą, jakby to była jedyna rzecz, która sprawiała, że mogła odczuwać szczęście.









Statystyki i biegłości
StatystykaWartośćBonus
OPCM: 8 Brak
Zaklęcia i uroki: 6 Brak
Czarna Magia: 0 Brak
Magia lecznicza: 0 Brak
Transmutacja: 0 Brak
Eliksiry: 0 Brak
Sprawność: 1 Brak
BiegłośćWartośćWydane punkty
Język ojczysty: angielski II0
Język obcy: francuskiI2
Język obcy: norweskiI2
Historia magiiI1
Instrument (fortepian)II3
JeździectwoII3
TaniecIII7
Wytwórstwo różdżekI1
KoncentracjaII3
SpostrzegawczośćIV13
Silna wolaIII7
Ukrywanie sięIV13
SzczęścieIV13
RetorykaIII7
0


Wyposażenie

różdżka, dwukierunkowe lusterko, krwawe pióro, teleportacja





cytaty wykorzystane w karcie należą do Oscara Wilde'a


meet me  with bundles of flowers We'll wade through the hours of cold Winter she'll howl at the walls Tearing down doors of time
Katya Ollivander
Katya Ollivander
Zawód : Zawieszona w prawie wykonywania zawodu
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Panna
Mogę się oprzeć wszystkiemu z wyjątkiem pokusy!
OPCM : 8
UROKI : 6
ELIKSIRY : 0
LECZENIE : 0
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 0
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 1
Genetyka : Metamorfomag

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t2039-celeste-ellsworth https://www.morsmordre.net/t2291-vesper#34826 https://www.morsmordre.net/t2286-dam-ci-gwiazdke-z-nieba#34654

Powrót do góry Go down

Witamy wśród Morsów

Twoja karta została zaakceptowana
INFORMACJE
Przed rozpoczęciem rozgrywki prosimy o uzupełnienie obowiązkowych pól w profilu. Zachęcamy także do przeczytania przewodnika, który znajduje się w twojej skrzynce pocztowej, szczególnie zwracając uwagę na opis lat 50., w których osadzona jest fabuła, charakterystykę świata magicznego, mechanikę rozgrywek, a także regulamin forum. Powyższe opisy pomogą Ci odnaleźć się na forum, jednakże w razie jakichkolwiek pytań, wątpliwości, a także propozycji nie obawiaj się wysłać nam pw lub skorzystać z działu przeznaczonego dla użytkownika. Jeszcze raz witamy na forum Morsmordre i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami na dłużej!

Cudowna dziewczynka, o rzadkiej zdolności metamorfomagii, istna gwiazdka z nieba w oczach swojego ojca. Jednak z upływem czasu traciła poparcie przez niedozwolone związki i zmianę ścieżki zawodowej, pozostając nikim więcej niżeli pluszakiem w jego rękach. Jak dostosuje się do sytuacji, gdy jej dalsze życie zostało przypieczętowane zaręczynami z tajemniczym Mulciberem? W końcu po wydziedziczeniu brata, nie może przynieść Ollivanderom wstydu.

OSIĄGNIĘCIA
Gwiazdka z nieba
 STAN ZDROWIA
Fizyczne
Dotyk Meduzy.
Psychiczne
Pełnia zdrowia.
UMIEJĘTNOŚCI
Statystyki
Zaklęcia i uroki:6
Transmutacja:0
Obrona przed czarną magią:8
Eliksiry:0
Magia lecznicza:0
Czarna magia:0
Sprawność fizyczna:1
Inne
teleportacja, metamorfomagia
WYPOSAŻENIE
różdżka, dwukierunkowe lusterko, krwawe pióro, sowa, królicza łapka, przypominajka, biały królik (od Inary Carrow), pierścień Zakonu Feniksa
HISTORIA DOŚWIADCZENIA
[07.01.16] Zakupy -650 pkt
[12.02.16] Sowa -100 pkt
[09.04.16] Królicza łapka, przypominajka -50 pkt
[20.04.16] spotkanie zakonu feniksa +40pkt
[24.04.16] Udział w polowaniu +50 pkt
[29.06.16] Wsiąkiewka listopad +90 pkt
[29.06.16] Wsiąkiewka grudzień +90 pkt
[18.07.16] Karta zmiany, różdżka - 350pkt
[20.07.16] Wyrównanie punktów +50 pkt
[22.07.16] sabat +30 pkt
[11.10.16] Misja w domu Horacego Slughorna: +150 pkt


I sit alone in this winter clarity which clouds my mind
alone in the wind and the rain you left me
it's getting dark darling, too dark to see

Allison Avery
Allison Avery
Zawód : Alchemik u Borgina&Burkesa, badacz
Wiek : 25
Czystość krwi : Szlachetna
Stan cywilny : Zaręczona
imagine that the world is made out of love. now imagine that it isn’t.
OPCM : 0
UROKI : 2
ELIKSIRY : 16
LECZENIE : 6
TRANSMUTACJA : 0
CZARNA MAGIA : 2
ZWINNOŚĆ : 0
SPRAWNOŚĆ : 0
Genetyka : Czarodziej
Katya Ollivander ZytGOv9s
Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t653-allison-avery https://www.morsmordre.net/t814-poczta-allison https://www.morsmordre.net/t815-allie https://www.morsmordre.net/f98-shropshire-ludlow-dwor-averych https://www.morsmordre.net/t1885-allison-avery#25620

Powrót do góry Go down

Katya Ollivander

Szybka odpowiedź
Uprawnienia

Nie możesz odpowiadać w tematach