Wydarzenia






 
IndeksIndeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  
Share | 
 

 Laboratorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3
AutorWiadomość
Mistrz gry
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/t475-sowa-mistrza-gry#1224 http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
naczelny mąciciel
odwieczny
n/d
n/d
Do you wanna live forever?
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Laboratorium   19.01.16 20:08

First topic message reminder :

Laboratorium

Laboratorium w rezerwacie służy badaniom martwych lub uśpionych osobników, warzeniu mikstur lub opatrywaniu mniej poważnych ran smokologów. Mieści się nieopodal czytelni, pod ukośnym, przeszklonym dachem, przez który doskonale widać sylwetki przelatujących gadów. W pomniejszych kuferkach oraz skrzyneczkach przechowuje się tutaj ingrediencje magiczne oraz opatrunki uzdrowicielskie. Palenisko wraz z żeliwnym kociołkiem umożliwia uwarzenie mikstury na miejscu. Drewniana posadzka wydaje się skrzypieć w tym pomieszczeniu mocniej, niż wszędzie indziej, a panele miejscami zroszone są krwią martwych stworzeń. Ciała rozkłada się na prześcieradłach zwiniętych na co dzień w kącie pomieszczenia, za metalowymi drzwiami.
Na laboratorium nałożone jest zaklęcie Muffliato.


Powrót do góry Go down

AutorWiadomość
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Laboratorium   02.05.17 0:58

|10.04.
Martwiła się. Sama uprzedzała Tristana, że od aplikacji eliksiru do zaobserwowania jakichkolwiek efektów może minąć trochę czasu... Trochę. Jednak ile dokładnie? Czy powinni czekać dalej, czy raczej musiała już pogodzić się z porażką i zacząć naprędce weryfikować poczynione przez siebie założenia? Pojawiło się zwątpienie - nie tyle w ich wspólne obserwacje i wnioski, co w wykonywaną samodzielnie część zadania. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak, jak powinno a najgorszym był fakt, że nikt nie mógł wyprowadzić jej z hipotetycznego błędu.
Znów była w laboratorium rezerwatu, lecz tym razem już nie sama; choć nie potrzebowała widowni, potrzebowała przy sobie Tristana. Czuła się przy nim nieco spokojniej, mniej samotne - wszak była to ich wspólna sprawa, ich wspólny dramat. Z drugiej strony, wolała nawet nie zastanawiać się, co będzie czuć jej małżonek, jeśli okaże się, że jej umiejętności zawiodły, że mimo wszelkich podjętych starań ich Devaughn umrze.
Długo milczała, od czasu do czasu spoglądając w kierunku towarzyszącego jej mężczyzny, głównie jednak kartkując nerwowo kolejne magiczne księgi, wracając od nich do swych odręcznych notatek czy powoli, drżącymi rękoma mieszając nową miksturę. Była zmęczona, wyraźnie zdenerwowana, jednak nie posiadała komfortu, jakim byłby czas na sen, na spokojne rozpatrzenie wszystkich możliwości. Cieszyło ją, że był tu ktoś, kto mógł ją złapać, gdyby upadła.
Więcej włosia jednorożca, krew smoka, odrobina popiołów feniksa - robiła wszystko, co mogła, by spotęgować działanie swego medykamentu, a także przyśpieszyć jego działanie. Było to ryzykowne i mogło skończyć się tragicznie - czy serce Devaughna wytrzyma? czy nie tyle nie powstrzyma wyniszczającej go choroby, co sama przyłoży rękę do jego śmierci? - jednak stanowiło to kolejną odpowiedzialność, którą musiała na siebie wziąć bez słowa sprzeciwu.
Minęło kilka kolejnych kwadransów, nim z nietęgą miną odeszła od kociołka i powolnym, nieco chwiejnym krokiem skierowała się w stronę Tristana. Nie mogła zrobić więcej - pozostało poczekać, aż eliksir ostygnie i jak najszybciej podać go niknącemu w oczach stworzeniu.
- Musimy poczekać jeszcze chwilę, to już prawie koniec - powiedziała cicho, kiedy stała już blisko, bardzo blisko. Poprawiła opadający na czoło kosmyk włosów, przerzuciła warkocz z powrotem na plecy i westchnęła mimowolnie, nie mogąc pozbyć się tego uciążliwego napięcia, które trzymało ją w swej władzy od jakiegoś czasu. - Pójdziemy do niego razem, dobrze? - upewniła się po raz kolejny, błądząc wzrokiem po licu swego męża. W końcu wsparła się głową o jego ramię, czując, że zaczyna brakować jej sił, że potrzebuje jego wsparcia.


Powrót do góry Go down
Morsmordre
avatar

Konta specjalne
Konta specjalne
http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/ http://morsmordre.forumpolish.com/f124-woreczki-z-wsiakiewki
Mistrz gry
n/d
n/d
O Fortuna
velut Luna
statu variabilis,
semper crescis
aut decrescis...
99
99
99
99
99
99
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   02.05.17 0:58

The member 'Evandra Rosier' has done the following action : rzut kością


'k100' : 77


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   04.05.17 11:17

Obserwował ją przy pracy - dotąd nie miał okazji robić tego wiele razy; jej długie, alabastrowe palce z łatwością przebierały pomiędzy ingrediencjami, obracając kłębkami sierści jednorożca i fiolkami z krwią pobranymi od tutejszych smoków; pochylona nad żeliwnym kociołkiem i otulona gęstym dymem aromatycznych oparów wydawała się jeszcze bardziej eteryczna, bardziej wila - jak jej nieposkromione leśne przodkinie. Nie mógł pozbyć się uczucia dumy - z tego, że chciała i z tego że potrafiła mu pomóc; jego rodzinie przytrafiło się wielkie szczęście, że wspomogła ją swoimi umiejętnościami. Nie chciał jej przeszkadzać, patrzeć na ręce i denerwować; potrzebowała spokoju i dobrze o tym wiedział - zostawił ją tutaj samą tylko na chwilę, by odebrać związaną z rezerwatem korespondencję, którą przeglądał już przy niej, w nieznośnym oczekiwaniu na silniejszy eliksir. Wiódł spojrzeniem wzdłuż kaligrafowanych, zamaszyście kreślonych liter listu nadanego z Francji, z propozycją współpracy, wspierając się tyłem o kont stołu, w prawej dłoni trzymając razem papeterię z kopertą, w drugiej - kielich z wodą, z którego od czasu do czasu popijał łyk. Trudno było mu się skupić - Devaughn odciągał jego myśli natrętnie i uparcie, zawładnąwszy dla siebie całą otaczającą ich przestrzeń, myśli, czyny, mijający czas. Wskazówki zegara tykały nieubłaganie, a każdy ich dźwięk mógł przynieść choremu smokowi ostatnie tchnienie - nie chciałby, żeby w ostatecznym rozrachunku wyszło na to, że się mylił. Żeby ich długa, wytężona praca nie przyniosła żądnych efektów.
Nie uniósł wzroku znad listu, kiedy odeszła od kominka - nie usłyszał jej, z wolna sunącej wprost ku niemu; zmarszczył brew dopiero wówczas, gdy dobiegł go jej słodki głos.
- Nie wydajesz się przekonana - stwierdził z westchnieniem, szeleszcząc papierem, odłożył go na stół, jej niewyraźna mina nie napawała optymizmem, nic dziwnego - wszystkie dotychczasowo stworzone przez nią receptury wydawały się zbyt słabe - a tak łatwo było zajść zbyt daleko za cienką granicę tego, co może wytrzymać smocze serce. Fakt, że gad tracił siły z dnia na dzień wcale nie ułatwiał zadania. Być może już był zbyt słaby, by przyjąć lekarstwo tak silne, że zdolna aż powstrzymać wyniszczającą go chorobę.
Początkowo milczał, błądząc myślami gdzieś obok leku; błądząc myślami przy niej - nie sądził, że tak szybko i tak lekko odnajdzie się w tym miejscu. Że tyle uczuć zbliży ją do stworzenia, co do którego był już niemal pewien, że skazał go na śmierć w bezlitośnie przedłużających się mękach. Wuj nie byłby z tego zadowolony. Delikatnie, ostrożnie otulił ją ramieniem, w którym trzymał kielich, podając jej owe  naczynie - z pewnością była spragniona. Zagarnął ją, wspartą przy ramieniu, bliżej i złożył krótki, czuły pocałunek na jej głowie, pośród srebrzystych, pachnących dziś smoczą krwią włosów. - Dobrze - zgodził się, Devaughn był w tym momencie całkowicie niegroźny. Niezdolny do kłapnięcia paszczą, podniesienia łapy, machnięcia ogonem, nie miał już nawet ognia - zamiast tego coraz mocniej śmierdział smołą. To nie będzie przyjemny widok, ale o tym przecież wiedziała, najważniejsze, że w tym momencie nic jej nie groziło. - Jak się czujesz, Evandro? - Troskliwie uchwycił jej spojrzenie. - Wiesz, że nie powinnaś się przemęczać. - Też jesteś chora, najdroższa. I jeśli ochronię cię przed tym tak jak tego smoka, to niech Merlin ma nas w opiece.





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Evandra C. Rosier
avatar

Nieaktywni neutralni
Nieaktywni neutralni
https://www.morsmordre.net/t578-evandra-lestrange https://www.morsmordre.net/t621-florentin#1749 https://www.morsmordre.net/t629-evandra#1794 https://www.morsmordre.net/t1074-sypialnia-evandry#6552 https://www.morsmordre.net/t982-evandra-lestrange#5408
Alchemiczka
23
Szlachetna
Zamężna
Smile, because it confuses people. Smile, because it's easier than explaining what is killing you inside.
0
1
30
4
0
0
1
0
Półwila

PisanieTemat: Re: Laboratorium   09.07.17 23:17

Czy nie wydawała się przekonana? Oczywiście. Kącik jej ust drgnął lekko, jednak ani nie uśmiechnęła się, ani nie skrzywiła; nie miała siły, by sarkać, by udawać silniejszą niż była. Przecież Tristan musiał wiedzieć, że nie mogła mieć pewności - nikt nie mógł. Byli pionierami, byli pierwszymi, którzy podjęli takie starania i oprócz satysfakcji i ulgi, na które mogli liczyć po stworzeniu zwycięskiej receptury, musieli też być gotowi na wiele rozczarowań, nieprzespanych nocy i nerwów.
Westchnęła cicho, boleśnie, myślami nadal błądząc w okolicach starych, zakurzonych ksiąg i dymiącego powoli kociołka. Po chwili kiwnęła małżonkowi głową i z wdzięcznością przyjęła z jego rąk kielich. Nie zastanawiała się nawet, czym został wypełniony; praca pochłonęła ją na tyle, że zapomniała o tak przyziemnych potrzebach, jak pragnienie.
- Dziękuję - odpowiedziała cicho, szukając swoim wzrokiem jego wzroku. Zastanawiała się, jak bardzo powinna być wylewna. Powiedzieć mu o wszystkim? Zrzucić na niego wszystkie swoje zmartwienia i troski? Nie, to nie był czas na narzekanie, na użalanie się nad sobą i kolejną zarwaną nocą. Przecież i Tristan miał swoje na głowie; zarządzanie rezerwatem było wystarczająco absorbujące samo w sobie, a gdy dochodził do tego lęk o Devaughna, o resztę smoków... Tak bardzo chciała mu z tym pomóc.
- Bywało lepiej, Tristanie, lecz jeśli nam się uda, oboje będziemy mogli odetchnąć z ulgą i odpocząć. - Próbowała się uśmiechnąć; nie chciała teraz rozpoczynać tego tematu. Wiedziała, że nie powinna się przemęczać, że nie dbała o siebie najlepiej ostatnimi czasy - lecz przecież musiał to zrozumieć. - Co czytasz? Coś ważnego?
Musieli poczekać jeszcze chwilę, nim mikstura ostygnie; mógł opowiedzieć jej w tym czasie, czym zajmował się, kiedy ona próbowała zdziałać cuda. Chciała dowiedzieć się, czy działo się coś innego, czym musiał się martwić; chciała, żeby czuł, że może jej zaufać i opowiedzieć, czym musi się zajmować na co dzień. Również rezerwat sam w sobie wydawał się jej coraz to bardziej interesujący i pociągający, jednak nie chciała tego przyznawać na głos, jak gdyby było to coś nie do końca dobrego. Bo działo się tak z powodu tylko i wyłącznie jej zainteresowań, czy ze względu na niego, na powoli nawiązującą się między nimi więź?


Powrót do góry Go down
Tristan Rosier
avatar

Śmierciożercy
Śmierciożercy
https://www.morsmordre.net/t633-tristan-rosier#1815 https://www.morsmordre.net/t639-vespasien https://www.morsmordre.net/t637-tristan-rosier#1838 https://www.morsmordre.net/f97-dover-upper-rd-13 https://www.morsmordre.net/t977-tristan-rosier#5336
Arystokrata, smokolog
27
Szlachetna
Żonaty
Ani żąda, ani prosi,
tylko w ślepiach żółty blask
i o schody ostrzy pazur,
aż człowieka bierze dreszcz.
29
30
0
0
0
42
5
11
Czarodziej

PisanieTemat: Re: Laboratorium   10.07.17 20:40

Obserwował, jak jej usta stykały się z kryształem kielicha, bezwiednie zaciskając palce wokół jej wątłego ramienia - zbyt słabego, by unieść te wszystkie troski. Pokładał w niej duże nadzieje, teraz już - nie tylko on - i nie mógł wyzbyć się wrażenia, że było to na nią zbyt wiele. Rosierowie liczyli na pomyślne zakończenie sprawy i nawet, jeśli teraz decyzje podejmował już on sam, nie wuj, a Evandra nie miała wielkiego doświadczenia - po raz pierwszy usiłując dokonać samodzielnie czegoś równie wielkiego. Bez pomocy - w alchemicznych zmaganiach nie potrafił jej wesprzeć. Oczarowywała go tym, jak lekko odnalazła się w smoczym rezerwacie - dobrze, o tym też chciał z nią przecież pomówić.
- Nic ważniejszego od ciebie - odparł, odnalazłszy w jej oczach zainteresowanie, z ledwie wyczuwalna nutą upomnienia. Nie powinna lekceważyć swojego zdrowia ani zbywać jego troski. Po chwili jednak, podjął: - Odezwali się smokologowie z Calais w sprawie obserwacji przestrzeni nad cieśniną. - Smoki znajdowały się wszak po obydwóch stronach kanału, przez które przepływało zdecydowanie zbyt dużo mugolskich statków. Były narażone na zniszczenia, ale Tristan bardziej przejmował się samymi smokami - które dostrzeżone przez niemagicznych mogłyby się stać ofiarami bezdusznych łowów, jak przed laty za rycerskich czasów. - Proponują współpracę. - Kosztowną i trudno stwierdzić na ile miarodajną, nie był pewien, co powinien o niej sądzić - ale miał jeszcze dużo czasu, żeby to przemyśleć. Wystarczająco dużo. - Jakiś czas temu na ich brzeg fale wyrzuciły rosłego samca, którego najprawdopodobniej złapali magiczni kłusownicy - wyjaśnił pokrótce, wodząc spojrzeniem po jej alabastrowej twarzy - była piękna nawet tutaj, a może zwłaszcza tutaj; w ciemnym i mrocznym laboratorium znajdującym się w samym sercu ich rodowego dziedzictwa. Rubinowa korona jego lady płonęła dzisiaj krwistszą czerwienią, niż kiedykolwiek wcześniej.
- Chodźmy - ani poprosił, ani zarządził, raczej stwierdził - Devaughn nie mógł czekać w nieskończoność. Odczekał, aż Evandra dokończy prace nad eliksirem, wypełniwszy nim jedną ze smukłych szklanych fiolek - nim przepuścił ją za drzwi i opuścił pomieszczenie w ślad za nią, prowadząc ją ku terrariom.

/zt x2 -> terraria





the vermeil rose had blown
in frightful scarlet, and its thorns
outgrown
Powrót do góry Go down
Inara Nott
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t1023-inara-carrow https://www.morsmordre.net/t1405-tu-jest-smok-ale-sowa https://www.morsmordre.net/t1100-inara-carrow https://www.morsmordre.net/f236-nottinghamshire-ashfield-manor https://www.morsmordre.net/t1598-inara-carrow
Alchemiczka
26
Szlachetna
Zamężna
I might only have one match
but I can make an explosion
10
10
35
0
0
0
5
5
Czarownica

PisanieTemat: Re: Laboratorium   11.01.18 1:55

| 29 maja

- Poradzę sobie - kiwnęła po raz kolejny dosyć nadgorliwemu, jak sie wydawało Inarze, pracownikowi rezerwatu. Krążył wokół alchemiczki, jak jedna z planetarnych orbit. Początkowo była wdzięczna nie tak już młodemu mężczyźnie, który najprawdopodobniej, to z polecenia Tristana miał zająć się swoistą opieką. Bynajmniej, nie starał się natarczywie wykonywać za nią wszelkie podjęte czynności, ale pojawiał się w okolicy jej zajęć zbyt często, by mogła zignorować jego obecność.
Początkowo, była wdzięczna za towarzystwo. Obeznany z charakterem pracy w rezerwacie, opowiadał, wskazywał, ostrzegał przed miejscami, których, jako dama nie powinna odwiedzać. Tłumaczenia, że pełniona przez nią funkcja nie będzie przeganiała jej bez potrzeby w najbardziej niebezpieczne stanowiska, ale widocznie, musiała najpierw zdobyć sobie zaufanie. Nie przychodziło jej to trudno. Początkowa niechęć wynikać mogła przede wszystkim z nieznajomości.
Ze smokami miała przyjemność spotkać się na tyle często, że nie reagowała pierwotny, wpisanym gdzieś w ludzka naturę strachu. Czuła za to budzący się nieustannie szacunek dla majestatu, który tak dostojne stworzenia prezentowały. Nigdy nie była specjalistką w ich rozumienia, ustępując w tym względzie pola tak swemu mężowi, jak i Tristanowi. I temu drugiemu była wdzięczna, że przygarnął pod skrzydła personę, która dla niektórych mogła się jawić, jako niechciana. Rezerwat w końcu znajdował się w rodowych rękach Rosierów, a Inara znana była ze swego pochodzenia. Nazwisko mogło zmyć dla niezainteresowanych naleciałość, ale można było o tym zapomnieć. Czarnowłosa tak własnie robiła, widząc w Tristanie po prostu przyjaciela. ostatnimi czasu bardzo pogrążonego...w chłodzie. Zmienił się, ale jako spadkobierca smoczego rezerwatu był idealny.
Usiadła przy jednym z najszerszych stołów, zbierając z jego poplamionej (krwią?) nawierzchni kilka, przyniesionych zawiniątek. Treściwie opakowane warstwy, odkrywały przed nią zawartość. jeszcze ciepłe od krwi fiolki smoczej krwi. Uniosła jedną z przeźroczystych buteleczek, która mieniła się w świetle, padającym z oszklonego sufitu. Podniosła także wzrok, gdy cień padł na trzymaną ingrediencję i na nią samą. Nad głową musiał przeleć jeden z większych przedstawicieli smoczej rasy. Mimowolnie uśmiechnęła się, a wzrok przeniosła na jej ciche towarzysza - Po prostu odłóż je pod drzwi - wskazała gestem głowy na pakunek, którym przenosił niezbyt przyjemną woń. Inara domyślała się, co też takiego chciał zostawić Edgar. Podłoga naznaczona śladami posoki zbyt wyraźnie przypominała, co też najczęściej działo się w laboratoryjnym pomieszczeniu. Przykro jej było, że musiały ginąć te ze smoczego miotu, które nie zdążyły jeszcze w pełni zrozumieć (i rozwinąć) swoich umiejętności. Za wcześnie urwane życie.
Zapachy nie raziły jej. Przyzwyczajona dl rozmaitości alchemicznych, jakie oferowała pełniona przez nią profesja, zwyczajnie ignorowała ich nieprzyjemne naleciałości. Zdarzało jej się w końcu warzyć tak dziwne substancje, że niektórzy, niezaznajomieni ze sztuka eliksirów, mogli nawet 9 w tych najbardziej granicznych przypadkach) nawet zwymiotować - Mają sie tym zająć, panienka pewnie ma inne zadania - pierwotna, przesadna uprzejmość, sztucznie podsycana. Minął już jednak prawie miesiąc i nieufny do tej pory mężczyzna, zdawał się powoli przyswajać obecność Inary, jako całkiem znośną - To prawda, potrzebuję na dziś antidotum na niepowszechne trucizny - prawdopodobnie nie musiała nawet wspominać nazwy. Eliksir był nieodłączną częścią egzystencji rezerwatu. I jego zapasy powinny były być w stałej dostępności. A po ostatnich, anomaliowych ekscesach, zapas skutecznie się skurczył.
Miała szczęście (albo i nie), że dzisiejszego popołudnia była jedynym alchemikiem w okolicy. Do południa niemal bez większej chwili odpoczynku, pomagała przy rozgardiaszu, jakiego dokonał jeden z chorych, bardzo młodych jeszcze smoków. Maści, które zdążyła przygotować, zostały zużyte niemal w całości, a na dnie kuferka tkwiła smętnie pozostawiony, zamknięty szczelnie słoiczek. I to wymagało uzupełnienia, ale bieżące sprawy wymagały szybszej reakcji. Tym bardziej, gdy ruch w laboratorium zwolnił i w pomieszczeniu nie przewijało się już tyle osób.
Inara niemal zdziwiona przyjmowała zastałą ciszę. jedyne głosy, które do niej docierały, należały do nieodłącznego towarzysza i stłumione zaklęciami i odległością - smocze nawoływania - Jeśli nie nie masz planu przyglądać się, jak go wykonuję, to naprawdę możesz zająć się swoimi sprawami - to niż, że to ona była (prawdopodobnie) jedną z jego spraw. Uśmiechnęła się kącikiem warg i ostrożnie wstawiła zawiniątko do jednej z zamykanych szafek - Możesz ewentualnie przed odejściem, postawić kociołek na...tym ogniu - po czym gestem różdżki rozpaliła płomień w kominku. Jeden z większych kociołków stał przy kamiennym podeście, jakby czekając na zawołanie. Wyglądał pięknie i alchemiczka nie zgadłaby, ile eliksirów - tak w rzeczywistości - zostało w nim uwarzonych - Jak sobie panienka życzy - i chociaż w słowach krył się jakiś zawoalowany żart, Nott tylko zmrużyła niebezpiecznie oczy. Edgarł musiał już zauważyć, że nowa alchemiczka reagowała alergią na zbyt częste mianowanie jej panienką, jakby nieustannie chciał przypominać, że swoją pozycję nosiła ze względu na status, nie na umiejętności. Powoli, metodycznie z iście alchemiczną wprawą udowadniała, że nie bez przyczyny pojawiła się w smoczym rezerwacie na wybranej pozycji. I to chyba tez weszło jej w krew - Proszę mnie powiadomić, gdyby czegoś zabrakło - skinął głową i zniknął za szczelnie zamkniętymi drzwiami.
Inara została sama, a postawiony na miejsce kociołek zakołysał się na podwieszeniu. Czysta, przefiltrowana przez susz woda zmętniała, gdy wlała doń zawartość litrowego dzbanka. Nie potrzebowała czekać, aż ciecz zagrzeje się. letnia wystarczała, by rozpuścić wsypaną garść zmielonej, brzozowej kory. Warstwa, która osiadła na powierzchni, tylko przez kilka minut trwała na pozycji. Odmierzony czas sprawił, że ingrediencyjne drobiny najpierw opadły na dno, potem stopiły sie z płynna konsystencją początkowej zawiesiny. Zamieszała jeszcze cienką gałązką jemioły i odłożyła składnik na podstawioną deskę. Starannie wycięła otulającą łodygę skórkę i wrzuciła, razem z trzema listkami, do moździerza. Rozgniotła porządnie z przyjemnością wdychając unoszący się zapach, który po części niwelował zastałe na miejscu wonie. Potem było już łatwiej.
Dodała kolce jeżozwierza, a zanim przygotowana papka znalazła sie w kociołku, na dno wrzuciła kamyk bezoaru. Pod wpływem ciepła i dobranych ingrediencji, w niedługim czasie powinien się rozpuścić. W palcach rozkruszyła jeszcze cienkie skrzydełka ważki, uważając, by nie rozsypać drogocennego pyłu poza brzegi naczynia.
Dźwięk nastawionego w magicznej klepsydrze czasu wskazywał, że musiała się streszczać. Nad głową zaczynało szybko ciemnieć, a sypiący coraz mocniej śnieg? powoli przysłaniał widok nieba. Mimo napływającego mroku, alchemiczka korzystała ledwie z kilku świec i blasku ognia w kominku, nad którym wisiał kociołek i równomiernie bulgoczący w nim wywar - Jeszcze jesteś tutaj...panienko? - najpierw usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi. Czarnowłosa, nieco zdziwiona zarejestrowała chyba dopiero teraz, że od dłuższego czasu nikt nie zaglądał do laboratorium. Raczej nie sadziła, by wszyscy z pracowników nagle skończyli. Obstawiała, że ktoś zadbał, by bez potrzeby jej nie niepokojono. gestem różdżki odstawiła kociołek, by przygotowane antidotum poddało sie tajemniczemu procesowi przegryzania i studzenia - Mhm? - odwróciła się do mężczyzny, który  uchylił wrota mocniej. Chwyciła w palce odstawione wcześniej fiolki, które jutrzejszego poranka miały zostac zapełnione eliksirem. Musiała wcześniej zadbać, aby nikt z przypadkowych pracowników, nie wpadł na głupi pomysł podnoszenia pokrywy, która ulokowała na kociołku. Szafka przy stole i stanowisko przeznaczone wyłącznie alchemikom powinno było wystarczyć. W końcu, pracowała z profesjonalistami - a znajdzie się tu jeszcze ta maść na oparzenia?... - starszy smokolog wsunął się całkiem do środka, dosyć nienaturalnie chowając za siebie lewą rękę - uhm, tak na dwie osoby - za nieco speszonym Edgarem, wsunęła się sylwetka młodszego przedstawiciela smoczych znawców. Ciemna plama, która znaczyła policzek, przy bliższych oględzinach odsłaniała poparzona głowę i przysmalone włosy. Wyglądało paskudnie, ale młodzian nie wydał z siebie większego dźwięku. Dziwnie spięty, gdy Inara podeszła, by zerknąć na rozmiar obrażeń - Ostał się jeden słoiczek. Akurat na was dwóch wystarczy - wsunęła palce na dno otwartej skrzyneczki, w które ostatni ze słoiczków, w końcu odnalazł swoje przeznaczenie. Jutrzejszego dnia zdecydowanie musiała przygotować ich więcej.

| zt





You with the sad eyes. Don't be discouraged, Oh I realize, It's hard to take courage. I see you real

Powrót do góry Go down
Fantine Rosier
avatar

Neutralni
Neutralni
https://www.morsmordre.net/t5048-fantine-rosier https://www.morsmordre.net/t5137-desdemona#111449 https://www.morsmordre.net/t5140-fanny-rosier https://www.morsmordre.net/t5141-komnaty-fantine https://www.morsmordre.net/t5138-fantine-c-rosier#111457
dama, alchemiczka, malarka z zamiłowania
20 lat
Szlachetna
Panna

dream on, dream on Rose Queen,
the fairest witch we've ever seen

5
10
19
0
0
1
10
0
Czarownica
królowa kier

PisanieTemat: Re: Laboratorium   13.05.18 19:02

21 maj


Wskazówki zegara wskazały godzinę dwunastą, a głośny trzask oznajmił teleportację. Smukła, drobna sylwetka lady Kent rozmyła się w powietrzu, znikając z oczu służącej, w dwa uderzenia serca później pojawiając się na ścieżce prowadzącej ku szklanemu budynkowi, będącego wejściem do rezerwatu albionów czarnookich, należącego do rodu Rosier od wieków. W niezwykle czułe, delikatne nozdrza natychmiast uderzył bukiet zapachów; mieszanka nasyconego solą, morskiego powietrza, dymu i siarki. Nie skrzywiła się choćby odrobinę, wonie te nie były dlań przykrymi, przywykła do nich już za dziecka. Nieśpiesznym krokiem ruszyła ścieżką, docierając do budynku; jeden ze strażników uchylił przed nią drzwi, jej twarz znał dobrze, choć nie spędzała w rezerwacie tak wiele czasu co Tristan, bądź Melisande. Nie musiał upewniać się, czy jest uprawniona do wejścia na jego teren; prawo to dawał jej sam fakt urodzenia i noszenia nazwiska Rosier. Mężczyzna towarzyszył Fantine nieustannie, choć dobrze znała drogę. Nie protestowała jednak, smoczy rezerwat w istocie nie był miejscem dla damy - nie było tu bezpiecznie, nigdy się z tym nie spierała. Poprowadził ją przez szklany budynek, by wyjść na kolejną ścieżkę, gdy pokonali zaklęcia ochronne.
- Jak się czujesz, milady? - zagaił niepewnie; trzymał się blisko, zachowując jednak odpowiedni dystans. Nie potrzebowała przyzwoitki. W tym miejscu wszyscy byli jej przyzwoitkami, a otrzymawszy informację, iż Fantine będzie odtąd służyć rezerwatowi nie tylko swym pędzlem i przyjęciami, lecz także umiejętnościami w dziedzinie alchemii, dostali także odpowiednie od Tristana rozkazy - by mieć na nią oko, pilnować, by była bezpieczna.
- Doskonale, dziękuję - odpowiedziała jedynie, wyraźnie sugerując, że nie jest w nastoju do rozmów; być może było to winą jego statusu społecznego (bo wszystkich spoza obrębu czarodziejskiej arystokracji traktowała z ogromną wyższością i zawoalowaną pogardą), lecz po części w rzeczywistości humor Fantine nie dopisywał - bo z czegóż tu się cieszyć. Nie była stworzona do pracy.
Kilka minut później dotarli do laboratorium, gdzie miała spędzić resztę dnia. Miało swoje miejsce nieopodal czytelni, pod skośnym oszklonym dachem. Strażnik, który zamilkł natychmiast, rozumiejąc, że nie ma co liczyć na uprzejmą pogawędkę z naburmuszoną damą, otworzył jej drzwi; do opustoszałego pomieszczenia weszła pierwsza, a drewniana posadzka od razu potępieńczo zaskrzypiała pod pantofelkami barwy pudrowego różu. Grymas niezadowolenia wpłynął na młodą twarzyczkę, gdy rozejrzała się po wnętrzu. Było stare, zakurzone... Nieco już podniszczone. Fantine, jako estetka, czuła się w nim wyjątkowo niekomfortowo, choć nie odwiedzała laboratorium po raz pierwszy. Zaczęła przechadzać się po nim, zaglądając w każdy kąt, niczym pani po swych włościach, kręcąc nosem i obiecując sobie, że gdy tylko Tristan zrozumie swój błąd - a tego dnia wciąż była pewna swych racji - a oni dojdą do porozumienia (a nie wątpiła, że tak będzie; nigdy nie potrafili długo na siebie się gniewać, potrzebowali się wzajemnie), poględzi mu nad uchem, aby przeznaczył środki na remont tego miejsca. Nie mogła przecież pracować w tak złych warunkach. Może nie od razu, może nie za chwilę, miała świadomość tego jak wielkie straty poniósł rezerwat podczas pierwszomajowej nocy. Tristan i jego doradcy z pewnością mieli na głowie poważniejsze problemy, niż stara podłoga w laboratorium.
- Gdybyś tylko czegoś, pani, potrzebowała, będę na zewnątrz - poinformował ją czarodziej, którego nazwiska nie pamiętała - podał je, gdy zjawiła się przy wejściu, lecz nie było na tyle istotne, by je zapamiętać.
- Dziękuję, będę o tym pamiętać - odpowiedziała z nienaganną uprzejmością, uśmiechając się leciutko, poprawnie; oczy pozostały jednak dalej tak samo obojętne, a wręcz znużone.
Mężczyzna zamknął za sobą drzwi i Fantine w laboratorium pozostała sama. Westchnęło bardzo ciężko, niemal tak, jakby miała na swych barkach los nie tylko całego tego rezerwatu, lecz także i świata. Podwinęła rękawy sukni; założył jedną ze starszych jakie miała (czyli sprzed roku), założyła ją przeszło trzy razy, nadawała się więc już jedynie do wyrzucenia, a mimo to w tym wnętrzu prezentowała się niczym królowa na polu ziemniaków. Z kieszeni spódnicy wyciągnęła różdżkę i szepnęła: - Wingardium Leviosa. - Wielki, ciężki kocioł poderwał się z drewnianej podłogi, a czarownica lekkim gestem przekierowała go nad palenisko; przelewitował nadeń posłusznie, zahaczając uszami o haki. Zbliżyła się do niego, aby różdżkę przyłożyć do jego brzegu. Szepnęła odpowiednią inkantację, a z jej końca zaczął płynąć strumień wody - i płynęła dotąd, dopóki nie zapełnił się cały kocioł. Jeszcze jeden ruch prawej dłoni, odpowiedni ruch nadgarstkiem i wyszeptana inkantacja, a pod kociołkiem zapłonął ogień. Woda musiała zacząć wrzeć, nim zacznie dodawać składniki; nie doprowadziła jej do odpowiedniej temperatury zaklęciem, by mieć czas na przygotowanie składników.
W tym celu podeszła do szerokiego, drewnianego stołu; starego i poznaczonego rysami różnej głębokości, śladami po krojeniu. Westchnęła jeszcze raz, nim uniosła różdżkę, aby przywołać do siebie naczynia. Gliniane miski, szklane pojemniki i fiolki wyleciały z szafek wiszących na ścianach. Zaklęciem otworzyła szafy, z której przylewitowały drewniane skrzyneczki, pudełka i słoje. Była tu zaledwie od kwadransa, wstała na godzinę przed przybyciem tutaj po dwunastu godzinach snu, a już czuła się umęczona co najmniej tak, jakby kazano jej pracować w kamieniołomie. Z umęczoną miną otworzyła pierwszy słoik, z którego wyciągnęła strączki wnykopieńki; było ich za mało, przywołać musiała więc drugi. Nie przywykła do warzenia eliksirów w podobnych porcjach, zazwyczaj czyniła to w zaciszu własnej pracowni, na użytek własny, bądź najbliższych. Otworzyła księgę z recepturą na odpowiedniej stronie, przeczytała ją uważnie, kilka razy, a po szybciej kalkulacji położyła na stole odpowiednią ilość strączków. Były zielone i obślizgłe, nieprzyjemne w dotyku, lecz to Fantine bynajmniej nie przeszkadzało - bo przywykła do brudzenia sobie delikatnych rączek. Przy eliksirach i malarstwie nie dało się tego uniknąć. Wzięła do prawej dłoni srebrny nóż i zaczęła strączki krajać, choć nie były to takie łatwe zadanie; zupełnemu amatorowi najpewniej wyślizgiwałyby się spod noża, lecz ona - dzięki naukom w Beaubatons i późniejszym, prywatnym korepetycjom - znała sposób jak je złapać i pod jakim kątem krajać. Uczyniwszy to wrzuciła je do pierwszej miseczki, po czym z zakurzonego pudełka wyjęła korzenie asfodelusa. Z nimi poszło już dużo łatwiej, choć musiała w ich siekanie włożyć sporo siły - młoda dama miała wątłe i słabe ramiona, oczywiście. Powietrze przesycone było już nie tylko zapachem dymu i siarki, lecz również ziół. Pracowała w ciszy, mąconej jedynie przez trzask ognia i uderzanie noża o drewniany stół, podskoczyła niemal w miejscu, gdy rozległo się potężne ryczenie: wiedziała, że smok był daleko od tego miejsca, poczuła się jednak zaskoczona. Nóż niemal wypadł jej z ręki. Położyła rękę na sercu i dała sobie kilka chwil. Zerknęła do kociołka: woda prawie już wrzała. Sięgnęła więc po kamienny moździerz, w którym utarła muchy siatkoskrzydłe. Dotykanie ich, mimo wszystko, przyprawiło Fantine o grymas niezadowolenia na ślicznej buzi.
Ułożyła na stole miseczki i fiolki z pozostałymi ingrediencjami w porządku, z jakim miała dodawać je do mikstury. Gdy woda w kotle zaczęła bulgotać, jako pierwsze wrzuciła doń pióra sowy i pawie. Zgodnie z przepisem zamieszała kilkukrotnie zgodnie ze wskazówkami zegara, p czym odczekała kwadrans. W tym czasie utarła pazur hipogryfa; moździerz był zaczarowany, nie było to więc dla niej wielkim wysiłkiem. Wsypała proszek z pazura i znów zamieszała - dokładnie trzy razy, tak jak mówił przepis. Musiała wówczas odczekać przeszło pół godziny, aby mikstura nabrała odpowiedniego koloru. Reszta składników czekała już przygotowana na stole. Fantine usiadła więc w miękkim fotelu w kącie, przy uchylonym oknie; w laboratorium przez buchający ogień i długo gotującą się miskturę zrobiło się strasznie gorąco. Nad koronami drzew dostrzegła obłok z ognia i ciemny kształt smoka w locie, który teraz wydawał się maleńki - wiedziała jednak jak ogromne i potężne to stworzenie.
Usiadłszy w fotelu nie próżnowała - już w kwietniu obiecała rysunek jednemu z darczyńców rezerwatu; młody smok został naszkicowany przed kilkoma tygodniami, lecz przez straszne wydarzenia na początku maja, nie miała czasu, by go dokończyć. Ręce i tak miała już brudne, chwyciła więc za węgielek i wzięła się do pracy. Pamiętała, by w odpowiedniej chwili odłożyć rysunek i podejść do kociołka, coby w miksturze znalazł się także żabi skrzek, pół słoja skarabeuszy i krew krokodyla. Wszystko to dodawała zgodnie z recepturą, po trzy razy upewniając się, czy zamieszała w kotle odpowiednią ilość razy. Geny Mahaut najwyraźniej były jednak bardzo silne: eliksir przybierał odpowiednie barwy i konsystencję, co przyprawiło Fantine o uśmiech samozadowolenia. Kilka godzin później był już gotowy, lecz to wcale nie oznaczało, że mogła opuścić laboratorium. Miała tu pracować, by przysłużyć się rodzinie, aż do samego zmierzchu. Czarodziej, który strzegł wejścia do budynku i jej samej, zabrał pełen kocioł, zamiast tego przynosząc Fantine pusty - i znów musiała zabrać się do pracy, choć czuła się tak udręczona, jakby nie spała od tygodnia.


| zt





Był raz wieczór rozmarzony
i nadzieje płonne,
Przez dziewczynę z końca sali
podobną do róży,
Której taniec w sercu moim
święty spokój zburzył.
Powrót do góry Go down
 

Laboratorium

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3

 Similar topics

-
» Stare laboratorium Hydry
» Opuszczone laboratorium
» Biuro koronera i laboratorium
» Laboratorium Beta
» Laboratorium [Podziemie]

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Morsmordre :: Reszta świata :: Inne miejsca :: Anglia i Walia :: Kent, Dover :: Rezerwat Albionów Czarnookich-
Styl: Evandra + Cassandra



Forum oparte na serii książek J.K.Rowling, niektóre imiona i nazwy własne są jej własnością.
Opisy częściowo pisane w oparciu o Pottermore.
Autorskie opracowania oraz pozostałe treści forum są własnością intelektualną twórców,
zabrania się ich kopiowania.



Baner small nobg

Morsmordre 2015-18